Kiedy byłyśmy ptakami - Ayanna Lloyd Banwo

Kup ebooka

39.99 zł
30.79 zł (22,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

1

Yejide

-?Przede wszyst­kim musisz pamię­tać, że ist­niał czas przed cza­sem -?mówi bab­cia Cathe­rine, trzy­ma­jąc na kola­nach wnuczkę Yejide. Wpy­cha pierw­szą por­cję tyto­niu do heba­no­wej fajki. Bły­ska pło­myk srebr­nej zapal­niczki i bab­cia wkłada fajkę do ust. -?Kiedy zamiesz­ka­li­śmy w tym domu, przed powsta­niem osie­dla w doli­nie i kamie­nio­ło­mów, w Morne Marie żyły tylko zwie­rzęta. Ale nie takie zwie­rzęta jak dziś, o nie! -?Cathe­rine otwiera sze­roko oczy i wypusz­cza nosem błę­kitny dym. -?Oce­loty były wiel­kie jak tygrysy, a jele­nie bie­gały tak szybko, że nikt nie mógł ich zła­pać, nawet gdyby odwa­żył się wejść do dżun­gli, by na nie polo­wać. Małe zie­lone papugi, które śpie­wają o zmroku, były tak wiel­kie jak czer­wone ibisy żyjące na mokra­dłach. Zwie­rzęta potra­fiły ze sobą roz­ma­wiać, tak jak ja z tobą w tej chwili, i zbu­do­wały w lesie wiel­kie mia­sto. Ale nie przy­po­mi­nało ono Port Ange­les. Nie było tam budyn­ków, gra­nic, bram. Zwie­rzęta żyły razem, nie pil­no­wały tery­to­rium ani nie trosz­czyły się o gra­nice.

Lecz pew­nego dnia do dżun­gli wkro­czył wojow­nik. Zoba­czył, że jest tam wiele owo­ców i zwie­rząt do upo­lo­wa­nia. Kiedy patrzył na drzewa, widział domy, które mógłby zbu­do­wać, i zie­mię, która mogła stać się jego wła­sno­ścią. Zwie­rzęta pró­bo­wały z nim roz­ma­wiać i tłu­ma­czyć, że nie dostrzega wielu rze­czy, nie znał jed­nak ich języka i niczego nie rozu­miał. Wojow­nik przy­pro­wa­dził następ­nych wojow­ników. Przy­byli z nimi budow­ni­czo­wie, potem far­me­rzy i duchowni. Z duchow­nymi przy­byli guber­na­to­rzy, a z guber­na­to­rami śmierć. -?Ale zwie­rzęta wal­czyły z nimi, prawda? -?Yejide wierci się na kola­nach babci. Uwiel­bia poczu­cie syto­ści, słodki aro­mat tyto­niu, mia­rowy dźwięk fotela buja­nego, zie­lone wzgó­rza i twarz babci opo­wia­da­ją­cej baśnie. Myśli o ostrych zębach oce­lo­tów i cia­snych splo­tach boa dusi­cieli, które mogą zabić męż­czy­znę; dwu­nożny czło­wiek z małymi zębami pozba­wio­nymi jadu ni­gdy nie pokona dzi­kich zwie­rząt z dżun­gli.

Cathe­rine patrzy na Yejide i pyka fajkę.

-?Kto opo­wiada bajkę, ty czy ja?

Yejide uśmie­cha się i milk­nie.

-?Zwie­rzęta zawsze żyły w spo­koju, ale wie­działy, że przy­szedł czas wojny. Bitwa była krwawa i straszna. Toczyły wście­kłą walkę w kamie­nio­ło­mie, który widzisz za oknem. -?Cathe­rine wska­zuje głę­boki, brą­zowy kra­ter na stoku wzgó­rza. -?Pozo­stały po niej głę­bokie bli­zny. Dżun­gla odnio­sła wiele ran. Zbo­lała, pogrą­żyła się w żało­bie i zaczęła się naj­dłuż­sza susza w dzie­jach Morne Marie. Rzeki ukryły się w ziemi, drzewa uschły i umarły. Oce­loty stały się małe jak koty domowe, wyjce trwoż­liwe, a mazamy, oposy i paki, które wcze­śniej żyły w pokoju, zaczęły patrzeć na sie­bie jak na poży­wie­nie. Wojow­nicy też cier­pieli, bo nikt, ani czło­wiek, ani zwie­rzę, nie może prze­żyć, gdy natura ukryje swoje bogac­twa. Póź­niej, gdy wszy­scy byli zmę­czeni i wyda­wało się, że wojna znisz­czy nie tylko wojow­ni­ków, lecz także całą dżun­glę, w górach wybu­chła wielka burza. Z gęstych, ciem­nych chmur padał deszcz, ludzie i zwie­rzęta się cie­szyli na widok rzek, a dżun­gla piła wodę. Przez trzy dni i trzy noce ude­rzały pio­runy, na nie­bie lśniły bły­ska­wice. Ale pamię­taj: był to czas przed cza­sem, kiedy drzewo mogło wyro­snąć w ciągu jed­nego dnia, a chło­piec mógł stać się męż­czy­zną przez noc. Zwie­rzęta jesz­cze ni­gdy nie widziały takiej burzy. Z gór osu­wała się zie­mia i zasy­py­wała doliny w dole. Naj­star­sze drzewa tra­ciły opar­cie i prze­wra­cały się. Rzeki wystę­po­wały z brze­gów i zale­wały zie­mię. Radość zmie­niała się w smu­tek. Wyda­wało się, że dżun­gla zwró­ciła się prze­ciwko ludziom i zwie­rzętom, żądała życia tych, któ­rzy ska­zili wojną święte miej­sca. Zie­lone papugi, które skrze­czą, śpie­wają i paplają tak jak ty - Cathe­rine szczy­pie wargi Yejide, by powstrzy­mać jej chi­chot -?oka­zały się mądrzej­sze, niż sądziły zwie­rzęta. Papugi patrzyły na ulewę, na wzgó­rza, rzeki i coraz więk­sze stosy umar­łych. Urzą­dziły naradę na gałę­ziach ostat­niego świę­tego puchowca. Po jej zakoń­cze­niu stado papug podzie­liło się na dwie czę­ści. Jedna pole­ciała na wschód, a druga na zachód. Papugi, które pole­ciały na zachód, stały się małe i zmie­niły się w zie­lone ptaszki śpie­wające przed zacho­dem słońca. Ale te, które pole­ciały na wschód, stały się czarne i zakrzy­wiły się im dzioby, aż przy­po­mi­nały ostre haczyki. Zro­biły się wiel­kie, uro­sły im ogromne skrzy­dła, rzu­cały cień na zie­mię. Zaśpie­wały ostat­nią pieśń, aż zwie­rzęta i ludzie zadrżeli ze stra­chu, a póź­niej wyro­sły im szare kap­tury na gło­wach i na zawsze umil­kły. Wiesz, w co się zmie­niły, Yejide? -?Cathe­rine patrzy przez okno, uśmie­cha się i pyka fajkę.

-?W cor­be­aux! -?woła Yejide. Uwiel­bia udzie­lać pra­wi­dło­wych odpo­wie­dzi na pyta­nia babci. Sły­szała tę opo­wieść wiele razy, ale gdy odpo­wiada bez­błęd­nie, zawsze czuje się doro­sła i bar­dzo ważna.

Cathe­rine kiwa głową i głę­boko zaciąga się dymem.

-?Kiedy zmiana się doko­nała, cor­be­aux poczuły, że mają ochotę na mięso. Roz­po­starły skrzy­dła i powoli krą­żyły nad zie­mią, szu­ka­jąc umar­łych. Miały dłu­gie, zakrzy­wione dzioby i szpony ostre jak zęby kaj­mana; szar­pały ciała zwie­rząt, daw­nych przy­ja­ciół, i ludzi, daw­nych wro­gów. Kiedy zaspo­ko­iły głód, znowu pole­ciały do puchowca, pozo­sta­wia­jąc po sobie tylko kości. Żywi z prze­ra­że­niem patrzyli na cor­be­aux poże­ra­jące zmar­łych. Nie rozu­mieli, jak ptaki, które kie­dyś znali, mogą robić coś tak strasz­nego. Gada­tliwe papugi znik­nęły. Zmie­niły się w cor­be­aux. Kiedy stra­ciły zie­loną barwę i zmie­niły postać, zaczęły wypeł­niać święty obo­wią­zek -?strzec gra­nicy mię­dzy żywymi a umar­łymi. Cze­kają na śmierć, patrzą na trupy i zja­dają ich mięso. I nikt oprócz cor­be­aux nie wie, że dusze umar­łych zmie­niają się dzięki temu i uwal­niają od ciała.

Cathe­rine zdej­muje Yejide z kolan i sta­wia ją na drew­nia­nej pod­ło­dze. Wnuczka ma na nogach białe lakierki, w któ­rych cho­dzi do kościoła.

-?W porządku. Bajka skoń­czona. Teraz scho­waj buty i ładną sukienkę. Powieś ją na opar­ciu krze­sła w moim pokoju. Nie rzu­caj jej byle gdzie.

Ale Yejide dobrze zna rytuał.

-?To jesz­cze nie koniec bajki, bab­ciu. Co było dalej?

Cathe­rine spo­gląda na wnuczkę. Już nie­długo będzie za wysoka, by nosić sukienki dla małych dziew­czy­nek i sie­dzieć jej na kola­nach. Ale jesz­cze nie teraz. Wyciąga rękę i Yejide pada jej w obję­cia. Jesz­cze nie teraz.

-?No cóż, kiedy ran­kiem czwar­tego dnia wiel­kiej burzy wze­szło słońce, kiedy cor­be­aux miały pełne brzu­chy, a wszy­scy byli zmę­czeni bólem i smut­kiem, deszcz prze­stał padać. Powódź się skoń­czyła. Dżun­gla odzy­skała rów­no­wagę. Ale póź­niej nikt nie chciał myśleć o tym, kto ich ura­to­wał. Ludzie i zwie­rzęta są tacy sami. Wszy­scy zaczęli się bać cor­be­aux. Kruki odle­ciały, by zamiesz­kać na skraju lasu w pobliżu Morne Marie. Tylko one zro­zu­miały, że świat się zmie­nił, że będą miały zaję­cie w mia­stach zamiesz­ka­nych przez ludzi. W końcu, jak we wszyst­kich baśniach, które zmie­niają świat, ludzie zapo­mnieli, że burza skoń­czyła się w chwili, gdy naro­dziły się cor­be­aux. Oczy­wi­ście wszy­scy z wyjąt­kiem cor­be­aux... -?Pochyla się i szepce Yajide do ucha: -?Ale my pamię­tamy.

2

Darwin

Odra­pany pikap marki Bed­ford zwal­nia i zatrzy­muje się na pobo­czu drogi z miga­ją­cym poma­rań­czo­wym kie­run­kow­ska­zem. Dar­win kiwa głową w stronę kie­rowcy, sta­rego czło­wieka w czapce z dasz­kiem nasu­nię­tej na niskie czoło. Dziew­czyna na sie­dze­niu dla pasa­żera w ogóle nie unosi wzroku, wpa­truje się w komórkę.

-?Port Ange­les?

Stary czło­wiek ski­nię­ciem wska­zuje w stronę czę­ści baga­żo­wej z tyłu. Dar­win wska­kuje do auta, nim męż­czy­zna zdąży się roz­my­ślić, po czym puka w meta­lową szo­ferkę, by dać znać, że wsiadł. Jadą auto­stradą wśród brą­zo­wych, wysu­szo­nych pól, gdzie­nie­gdzie widać dymy pło­ną­cego buszu.

Odsuwa na bok wielki worek, chyba wypeł­niony kar­to­flami, bul­wami kolo­ka­zji albo innymi pro­duk­tami. Prze­suwa ciężki zwój liny. Siada pośrodku bagaż­nika, by nie spaść w cza­sie pod­sko­ków fur­go­netki. Opiera się o tylną klapę i patrzy na niebo. O tej porze jest zwy­kle przej­rzy­ste i różowe, ale w tym roku nad­le­ciał pył z Sahary. Róż jest zamglony, a obłoki przy­po­mi­nają kłęby brud­nych ubrań.

Takie niebo wpra­wia go w ponury nastrój. Łatwo mieć nadzieję, gdy niebo jest czy­ste, w powie­trzu unosi się zapach desz­czu, a góry są zie­lone i bujne. Czło­wiek wie wtedy, dokąd zmie­rza, czego pra­gnie. Wie­rzy, że wszystko jakoś się ułoży, choć nie ma poję­cia, co się za chwilę sta­nie. Niebo o bar­wie brud­nej bie­li­zny wywo­łuje ponure myśli. Pył, popiół i dym, które trzeba wdy­chać, koja­rzą się z polem bitwy.

Ale nawet w trud­nych cza­sach można mieć tro­chę szczę­ścia. Udało mu się poje­chać do mia­sta pika­pem. Samo­chody rzadko się zatrzy­mują o tej godzi­nie; słońce jesz­cze nie wze­szło. Kiedy Dar­win był młody, łatwo łapał oka­zję. Ktoś zawsze jechał na wybrzeże albo do mia­sta. Przy­łą­czał się do grupy chło­pa­ków z Dalia Street, któ­rzy gdzieś się wybie­rali, bez butów, bez koszul, śmie­jąc się gło­śno. Nawet nie musieli być przy­ja­ciółmi. Ale teraz czasy się zmie­niły. Nie jest już małym chłop­cem.

Prze­suwa się na śro­dek klapy bagaż­nika, by sta­ru­szek widział go wyraź­nie w lusterku wstecz­nym. Nie może go winić, że jest nie­ufny, takie są czasy, ale kiedy czuje na sobie jego wzrok, patrzy na niego twardo. Jest zado­wo­lony, że sta­ru­szek pierw­szy odwraca oczy. Czego się wła­ści­wie boi? Że Dar­win wgra­moli się przez okno do szo­ferki w cza­sie jazdy i pode­rżnie mu gar­dło? Można o nim powie­dzieć wiele rze­czy, lecz nie jest ban­dytą ani mor­dercą.

W dali nad brą­zo­wymi polami snuje się dym. Dar­win usi­łuje sobie przy­po­mnieć, kiedy ostat­nio padało. Upalna prze­rwa w porze desz­czo­wej jest zwy­kle mile widziana, pozwala ziemi wyschnąć, ale Petit Car?me przy­szło w tym roku wcze­śnie; panuje nie­zno­śny upał i zaczęły się pożary buszu. Dar­win patrzy na jutowy worek i zasta­na­wia się, czy sta­ru­szek jest far­me­rem i jedzie na targ. Ten rok musiał być wyjąt­kowo ciężki. Mógłby go spy­tać, gawę­dzić w cza­sie jazdy, roz­ma­wiać o mie­ście, do któ­rego jedzie po raz pierw­szy. Z przodu widać porzu­cone dźwigi wzno­szące się na tle nieba i wia­dukt wiszący w powie­trzu jak droga doni­kąd. Odkąd wiel­kie firmy budow­lane zban­kru­to­wały, a rząd zre­zy­gno­wał z budowy auto­strady mię­dzy Mount Perish a nizi­nami na połu­dniu, pracę można dostać tylko w mie­ście.

W zeszłym tygo­dniu, gdy Dar­win dotarł na począ­tek kolejki w pań­stwo­wym urzę­dzie zatrud­nie­nia w Whar­ton, nie mógł uwie­rzyć w swoje szczę­ście. Sły­szał o ludziach, któ­rzy cze­kali dłu­gimi godzi­nami i zna­leźli się w poło­wie kolejki, po czym kobieta w okienku oznaj­miała, że nie ma już żad­nych pro­po­zy­cji pracy i że powinni wró­cić jutro. Kiedy urzęd­niczka dała mu for­mu­larz ze stosu na biurku i kazała go wypeł­nić, odmó­wił modli­twę dzięk­czynną do Jah.

PANI JAME­SON -?STAR­SZA URZĘD­NICZKA. Kobieta sama wyko­nała tek­tu­rową wizy­tówkę na swoje biurko. Była jedyną naprawdę pra­cu­jącą osobą. W rogu sie­działo kilku męż­czyzn z pod­wi­nię­tymi ręka­wami bia­łych koszul; grali w karty na dwóch zesta­wio­nych biur­kach. Jeden fachowo taso­wał karty ze zło­śli­wym uśmie­chem na twa­rzy, jakby wie­dział, że ogra pozo­sta­łych z pie­nię­dzy. Obok sprze­czała się z kimś przez komórkę jakaś kobieta.

-?Co to za praca, pani Jame­son? -?Dar­win patrzy na for­mu­larz, który otrzy­mał.

-?Kiedy jesteś głodny i ktoś daje ci jedze­nie, czy pytasz, co to za jedze­nie? -?Popra­wia oku­lary i porząd­kuje akta.

-?Co to wła­ści­wie jest Fide­lis?

-?Nie sły­sza­łeś o Fide­li­sie? To duży cmen­tarz w Port Ange­les. Przy St Bri­gitte Ave­nue.

-?Cmen­tarz? Gdzie się chowa umar­łych?

-?Znasz cmen­ta­rze, gdzie robi się coś innego?

-?Jaką pracę wyko­nuje się na cmen­ta­rzu?

-?Potrze­bują nowego gra­ba­rza.

Dar­win przy­siągłby, że zje­żyły mu się włosy na gło­wie.

-?Nie ma pani innej pracy?

-?Posłu­chaj. Oddaj mi papier i idź. -?Kobieta wyciąga rękę po for­mu­larz. -?Możesz wró­cić, gdy nie będziesz miał wyj­ścia.

Jakby Dar­win mógł iść w inne miej­sce. Kiedy ludzie przy­cho­dzą do tego biura szu­kać pracy, jakiej­kol­wiek pracy, ozna­cza to, że stali we wszyst­kich kolej­kach, wpi­sali się na wszyst­kie listy i że to ostat­nia szansa. Jeśli Dar­win wyj­dzie, jego miej­sce natych­miast zaj­mie ktoś podobny do niego, kobieta z dziec­kiem, kobieta z pod­nisz­czoną torebką, męż­czy­zna w dobrych butach, które tro­chę się znisz­czyły od skwaru. Kolejka jest długa, sięga na ulicę i skręca za róg.

-?Emma­nuel Dar­win? -?urzęd­niczka odczy­tuje jego imię i nazwi­sko.

-?Tak, po pro­stu Dar­win, pro­szę pani.

Kobieta znowu popra­wia oku­lary i po raz pierw­szy mu się przy­gląda: długa broda, czapka zasła­nia­jąca włosy, zno­szone obu­wie. Jej spoj­rze­nie nieco łagod­nieje.

-?Posłu­chaj, Dar­wi­nie. Gdy­bym miała inną pracę, dała­bym ci ją, ale teraz mam tylko to. Możesz wró­cić, ale... -?Spo­gląda na kolejkę.

Dar­win pod­pi­suje for­mu­larz. Sze­ścio­ty­go­dniowy okres próbny, a jeśli będzie dobrze pra­co­wał, mogą go przy­jąć na stałe. Ma wra­że­nie, że zaprze­daje duszę. Ale świat zmu­sza ludzi do takich rze­czy. Może na tym polega doro­słość? Trzeba robić rze­czy, o któ­rych ni­gdy się nie myślało, podej­mo­wać trudne decy­zje, gdy nie zostało nic innego oprócz trud­nych decy­zji.

Znowu czuje na sobie oczy w lusterku wstecz­nym. Ale tym razem to dziew­czyna. Nie przyj­rzał jej się, gdy wsiadł do pikapa, lecz w lep­szym świe­tle widzi, że to wcale nie dziew­czyna: jest w jego wieku, może rok albo dwa młod­sza. Spo­gląda znad tele­fonu na sta­rego kie­rowcę, a potem na Dar­wina w lusterku. Uśmie­cha się lekko do niego, oczy mówią, że nie chce, by stary męż­czy­zna to zauwa­żył.

Dar­win zasta­na­wia się, czy podob­nie jak on chciała po pro­stu zła­pać oka­zję do mia­sta. Może sta­ru­szek to jej ojciec, wuj? Wydaje się za stary na męża, ale tak naprawdę ni­gdy nic nie wia­domo, bo czasy są cięż­kie. Gdyby wysie­dli w tym samym momen­cie, mógłby z nią poroz­ma­wiać. Patrzy, czy dziew­czyna jest ubrana jak do pracy w biu­rze, pró­buje ją oce­nić. Póź­niej myśli o ostat­nim spo­tka­niu z Mar­cią i o tym, że na pewno pro­wa­dzi teraz nowe życie. Patrzy na szminkę na ustach dziew­czyny, na dłu­gie włosy, które wydają się ostrzy­żone u dro­giego fry­zjera, a póź­niej przy­po­mina sobie, że nie ma w kie­szeni pra­wie ani gro­sza. Odwraca wzrok. Za wiele kło­po­tów. Pew­nie się zasta­na­wia, czy nie pode­rwać rasty, by wku­rzyć tatu­sia.

Ude­rza go to, że kilka dni wcze­śniej pani Jame­son widziała zupeł­nie innego czło­wieka niż dziew­czyna patrząca w lusterku wstecz­nym. Nie jest pewien, co teraz widzą ludzie, gdy na niego patrzą. Jak bar­dzo może zmie­nić się życie w ciągu tygo­dnia? Przy­po­mina to pożar buszu.

Prze­suwa dło­nie po kró­ciut­kich wło­sach i ma wra­że­nie, że głowa należy do kogoś innego. Szó­sta rano to szó­sta rano nawet w cza­sie suszy; nie jest przy­zwy­cza­jony do chłod­nego powie­trza owie­wa­ją­cego nie­mal łysą głowę, szyję, uszy. Dobrze, że matka dała mu na podróż cia­sto koko­sowe, cią­gle cie­płe i pach­nące jej dłońmi. Nie wstała z łóżka, by go poże­gnać, zosta­wiła cia­sto na ladzie w widocz­nym miej­scu. To, że przy­go­to­wała mu śnia­da­nie, musiało coś zna­czyć, choć jej twarz mówiła, że nie jest już jej synem. Czuje cię­żar w ple­caku i ma nadzieję, że nie­za­leż­nie od tego, gdzie trafi, matka cią­gle będzie wspo­mi­nać go w modli­twach.

Na wia­duk­cie zmie­niają pas ruchu i włą­czają się w sznur samo­cho­dów jadą­cych do mia­sta. Dar­win patrzy na niebo. Teraz, po wscho­dzie słońca, stało się jaśniej­sze, ale cią­gle jest zamglone. Widzi krą­żące czarne punkty. Cor­be­aux. Naj­lep­sza oznaka, że zbli­żają się do mia­sta.

Patrzy na nisko kołu­jące ptaki. Jego matka, Janaya, mówiła, że kiedy ktoś zbliża się do Port Ange­les, zawsze widzi mnó­stwo cor­be­aux. Ni­gdy nie robią nikomu krzywdy, ale jest coś upior­nego w tym, jak krążą w ciszy; cza­sami widać stado sie­dzące na dru­tach tele­fo­nicz­nych i obser­wu­jące oko­licę. Kiedy widać cor­be­aux, wia­domo, że szu­kają umar­łych. W mie­ście nie zawsze jest to mar­twy bez­pań­ski pies, opos albo zepsute mięso wyrzu­cone z restau­ra­cji na śmiet­nik. Może to być głowa kobiety, któ­rej ni­gdy nie znaj­dzie poli­cja, gdy odkryje resztę ciała. A innym razem opuch­nięty trup męż­czy­zny pły­wa­jący w wodach zatoki albo dziecko w juto­wym worku, o któ­rym nikt nie wie, dopóki nie przy­lecą cor­be­aux.

Kiedy Dar­win był małym chłop­cem, pytał Janayę, dla­czego ni­gdy nie cho­dzą do mia­sta do kina albo na kon­certy jak sąsie­dzi. Udzie­lała tej samej odpo­wie­dzi jak wtedy, gdy pytał, czy jego ojciec cią­gle mieszka w Port Ange­les: "W mie­ście są tylko umarli, Emma­nu­elu. Rasta nie zaj­mują się umar­łymi".

Po dotar­ciu do głów­nego skrzy­żo­wa­nia samo­chody się zatrzy­mują i Dar­win widzi wiel­kie beto­nowe łuki dworca kole­jo­wego w Port Ange­les. Kie­rowca staje na świa­tłach i nagle poja­wia się samo­chód poli­cyjny z miga­ją­cymi nie­bie­skimi świa­tłami. Stary far­mer za chwilę dosta­nie man­dat za wie­zie­nie go z tyłu, Dar­win wali pię­ścią w szo­ferkę i woła:

-?Wysia­dam, wujku! -?Wyska­kuje.

Prze­cho­dzi przez ulicę i dociera do dworca. Wcho­dzą do niego tłumy ludzi, mają poważne twa­rze, przy­po­mi­nają szybko kro­czące czer­wone mrówki. Nie­któ­rzy wspi­nają się po sze­ro­kich scho­dach, inni podą­żają kory­ta­rzami, a reszta wycho­dzi bra­mami do cen­trum mia­sta. Dar­win odwraca się na chwilę, by popa­trzeć na pikapa i sie­dzącą w nim dziew­czynę, ale zapa­liło się zie­lone świa­tło i sta­ru­szek odje­chał.

Czuje, że muska stopą coś leżą­cego na ziemi. Spo­gląda w dół i widzi męż­czy­znę śpią­cego na roz­ło­żo­nych kar­to­nach, mija­nego przez tłumy ludzi. Zarzuca ple­cak na ramię. Lepiej nie pró­bo­wać niczego z dziew­czyną. Tak będzie lepiej. Prze­cho­dzi przez wyso­kie beto­nowe łuki i roz­ta­pia się w mie­ście.

3

Kolejka przed fast foodem na gra­nicy mia­sta jest długa jak na Sądzie Osta­tecz­nym. Zaczyna się przy ladzie i sięga chod­nika. Wokół unosi się zapach szczyn i sta­rego oleju, ale ludzie cze­kają na sma­żone kur­czaki, jakby nie wie­dzieli, że ran­kiem jest pora na her­batę i ciastka. Należy zjeść coś smacz­nego, pach­ną­cego domem, nim będzie się miało do czy­nie­nia z ludźmi, któ­rzy spę­dzają dzień na łaj­dac­twach.

Dar­win pró­buje się zorien­to­wać, gdzie jest i jak się dostać do sta­rego mia­sta. Na postoju tak­só­wek stoi kilka samo­cho­dów; kie­rowcy wal­czą o pasa­że­rów, chcąc jak naj­szyb­ciej zdo­być dobry kurs. Pod­jeż­dża jasno­czer­wone auto, zatrzy­muje się i zabiera dwie kobiety, nie cze­ka­jąc na swoją kolej. Odjeż­dża w kie­runku portu, inni kie­rowcy klną. Gazety piszą, że cały ten obszar, gdzie przy­pły­wają statki wyciecz­kowe, a biz­nes­meni i poli­tycy sączą drinki i patrzą na morze, sta­nie się nowym, lep­szym Port Ange­les. Dar­win jest pewien, że nikt nie spyta sta­rego Port Ange­les, co o tym sądzi.

Igno­ruje tak­sówki i idzie pie­szo. Nie dostaną tak wcze­śnie rano jego ciężko zaro­bio­nych dola­rów. Nie jest daleko, a jeśli będzie miał szczę­ście, może zjeść cia­sto przed począt­kiem pracy na cmen­ta­rzu.

Mia­sto jest inne, niż sobie wyobra­żał. W wiel­kim mie­ście powinno być mnó­stwo wyso­kich budyn­ków, ele­ganc­kich skle­pów i restau­ra­cji z mod­nie ubra­nymi ludźmi sie­dzą­cymi na chod­ni­kach. Może tak wygląda Port Ange­les nad zatoką, ale tu mia­sto jest pła­skie i cia­sne, wszy­scy są stło­czeni obok sie­bie.

Mija han­dla­rzy owo­ców sprze­da­ją­cych zie­lone banany, mango odmiany julie, soczy­ste papaje i czer­wone arbuzy prze­cięte na połowy, a póź­niej han­dla­rzy ryb ważą­cych na lśnią­cych szal­kach makrele kró­lew­skie, lucjany i kawale. Skle­piki na rogach ulic mają żela­zne kraty zabez­pie­cza­jące przed wła­my­wa­czami. Klienci skła­dają zamó­wie­nia, wsu­wają ręce przez kraty, by ode­brać towary od skle­pi­ka­rzy. Uliczni kazno­dzieje w dłu­gich bia­łych sza­tach potrzą­sają Bibliami, ostrze­gają przed pie­kłem i potę­pie­niem. Chłopcy sprze­dają na sztuki papie­rosy, żelki i gumę do żucia ze sta­rych sło­ików, a obok sie­dzą włó­czę­dzy mający nadzieję, że ktoś da im drobną monetę. Po obu stro­nach ulicy dwóch męż­czyzn sprze­daje pirac­kie CD. Po jed­nej stro­nie jezdni roz­lega się Bogu niech będzie chwała, a po dru­giej cięż­kie dys­ko­te­kowe basy. Kako­fo­nia. Kobiety w szpil­kach i spód­ni­cach pędzą do pracy, pró­bują zwró­cić ich uwagę mło­dzi męż­czyźni. Dzieci kro­czą powoli, jakby chciały nie zdą­żyć na auto­bus do szkoły albo wybie­rały się na wagary. Pary trzy­mają się za ręce, męż­czy­zna szepce coś do ucha chi­cho­czą­cej kobiety. Wszystko zagłu­szają klak­sony samo­cho­dów, które utknęły w korku na ulicy.

Rasta­fa­ria­nie z grupy Bobo Ashanti pchają zie­lony wózek z jedze­niem, na wie­trze powie­wają czer­wono-żółto-zie­lone flagi, za Dar­wi­nem snuje się słodki zapach orzesz­ków sma­żo­nych na oleju. Dar­win woła, ale rasta­fa­ria­nin go nie zauważa. Idzie dalej, powoli i poważ­nie; nie zwraca uwagi na przy­by­sza, jakby był po pro­stu kolej­nym obcym.

Dar­win podąża za zna­kami ulicz­nymi, tłum się prze­rze­dza i mia­sto cich­nie. Skręca za róg i poja­wia się piękny widok: wielki park z wyso­kimi, roz­ło­ży­stymi tabe­bu­jami, żół­tymi aksa­mit­kami i starą fon­tanną z syre­nami pokry­tymi odcho­dami pta­ków lata­ją­cych w powie­trzu. Z pysków ryb nie try­ska woda. Plac Guber­na­tora. Znisz­czony jak wszystko, co ma coś wspól­nego z kró­lową, kró­lem albo guber­na­to­rem.

W środku placu Dar­win mija pusty postu­ment: jest na nim tylko połowa nogi uła­ma­nej w oko­licy uda. Na pod­sta­wie znaj­duje się zardze­wiała meta­lowa tabliczka, nie­czy­telna. Jeden z pomni­ków z daw­nych cza­sów, które ludzie oba­lili, gdy Dok­tor opo­wia­dał im o rewo­lu­cji. Teraz na postu­men­cie sie­dzą tylko kosy, a guber­na­tor ma jedną nogę. Dar­win pamięta, że gdy był mały, uczył się w szkole o Dok­torze. Jego por­tret znaj­do­wał się na odwro­cie wszyst­kich zeszy­tów. Dar­win zasta­na­wiał się, jakby się czuł w cza­sach, gdy zbun­to­wani ludzie chcieli zmie­nić Port Ange­les i cały kraj.

Drzewa są miłe; przy­po­mi­nają wiel­kie, zło­ci­ste para­sole. Przy­pusz­cza, że nie­które są star­sze od mia­sta. Podoba mu się myśl, że coś jesz­cze pozo­stało sprzed epoki zbu­twia­łych ławek, zatło­czo­nych chod­ni­ków, kłó­cą­cych się tak­sów­ka­rzy, guber­na­to­rów i rewo­lu­cjo­ni­stów. Warto pamię­tać, że nie­które rze­czy żyją długo i pozo­stają piękne nie­za­leż­nie od tego, co się wokół nich dzieje.

Skręca za kolejny róg i dostrzega znak uliczny St Bri­gitte Ave­nue i wyso­kie mury cmen­ta­rza Fide­lis. Chłód wcze­snego poranka minął i na jego skro­niach poja­wiają się pierw­sze kro­ple potu. Wyj­muje z kie­szeni chu­s­teczkę i ociera czoło. Przez chwilę jest zdu­miony, że nie czuje gru­bych dre­dów, tylko puszy­ste kępki wło­sów nie­równo ścię­tych tępymi nożycz­kami.

Mur jest tak długi, że nie widzi jego końca. Idzie chod­ni­kiem po prze­ciw­nej stro­nie ulicy i widzi nad murem dwu­spa­dowe dachy, kamienne łuki, roz­ło­ży­ste palmy i zie­lone korony drzew desz­czo­wych.

Ni­gdy wcze­śniej nie był na cmen­ta­rzu, ni­gdy tam nie wcho­dził. Rozu­mie, że ludzie pra­cują w takich miej­scach -?w szpi­talu, w kost­nicy, na cmen­ta­rzu -?ale ni­gdy sobie nie wyobra­żał, że będzie jed­nym z nich. Nawet w wio­sce, gdy dzieci bie­gły na skróty do sklepu przez nie­wielki cmen­tarz, prze­cho­dził na drugą stronę ulicy i trzy­mał się z dala. Nie czuł stra­chu. Nie wie­rzył w duchy i demony. Wie­dział, że umarły nie może wysko­czyć z grobu i zro­bić mu krzywdy, ale uwa­żał, że umarli powinni pozo­stać z umar­łymi, a żywi z żywymi.

Dociera do skrzy­żo­wa­nia, gdzie St Bri­gitte Ave­nue dzieli się na dwie ulice, po czym czyta tabliczki z nazwami: Queen Isa­bella Street bie­gnie w prawo, St Bri­gitte w lewo. Skręca w lewo. Im dalej idzie, kamienny mur staje się coraz gład­szy, jakby ktoś wypeł­nił nie­równe miej­sca świe­żym cemen­tem. Dalej zauważa zardze­wiałe tabliczki, biały wosk z wypa­lo­nych świec i puste butelki po rumie w rynsz­to­kach.

Widzi przed sobą wysoką bramę z kutego żelaza. Pręty są grube i pro­ste, na górze zagi­nają się i two­rzą datę 1806. Dotarł na miej­sce. Brama, mur i data to wszystko; jeśli ktoś nie wie, co ozna­czają, nie ma tu czego szu­kać. Roz­gląda się. Po tłu­mach, placu, samo­cho­dach St Bri­gitte Ave­nue wydaje się spo­kojną ulicą.

Nie jest pewien, co robić. Może po pro­stu powi­nien zacze­kać na zewnątrz, aż jeden z robot­ni­ków wyj­dzie zza rogu, i pójść razem z nim? Gdyby prze­kro­czył bramę sam, czułby się jak ktoś, kto wcho­dzi do cudzego domu bez zapro­sze­nia.

Zagląda do środka. Za bramą znaj­duje się długi pod­jazd bie­gnący do beto­no­wego budynku. Z boku stoi dwóch męż­czyzn, a trzech innych sie­dzi na scho­dach od frontu. Zacho­wują się swo­bod­nie, jakby się tu uro­dzili. Stary czło­wiek ze schludną, siwą brodą i pałą­ko­wa­tymi nogami opiera się o ścianę i pali papie­rosa; obok niego stoi drugi, wysoki i żyla­sty. Garbi się, trzyma głowę na pozio­mie twa­rzy siwo­bro­dego; pije ze sty­ro­pia­no­wego kubeczka.

Obra­cają po kolei głowy i patrzą na Dar­wina. Czuje się jak mały chło­piec przy­ła­pany na pod­glą­da­niu. Jedno ostat­nie spoj­rze­nie na spo­kojną ulicę, wyso­kie mury, łuk nad głową, po czym prze­cho­dzi przez bramę cmen­ta­rza Fide­lis z kutego żelaza.

4

-?Witaj­cie! -?Dar­win pozdra­wia zebra­nych ski­nie­niem głowy. Nikt nie reaguje. Co gor­sza, wszy­scy są w kom­bi­ne­zo­nach robo­czych i brud­nych butach. On cią­gle ma na sobie swoje jedyne czy­ste spodnie i koszulę. Pani Jame­son nie kazała mu przyjść w stroju do pracy ani prze­brać się na cmen­ta­rzu. Nie chciał iść przez mia­sto w kom­bi­ne­zo­nie robo­czym, bo wszy­scy wie­dzie­liby, gdzie pra­cuje.

-?Szu­kam Errola.

-?Po co? -?Męż­czy­zna ze sty­ro­pia­no­wym kubecz­kiem patrzy na niego. Dar­win wyj­muje z torby list od pani Jame­son i podaje mu.

-?Przy­słała mnie pani Jame­son z rady miej­skiej. Mam tu pra­co­wać.

Męż­czy­zna nawet nie patrzy na list. Chło­paki na scho­dach mają kamienne twa­rze.

-?Więc czemu sto­isz i się gapisz? Cze­kasz na zapro­sze­nie?

Dar­win czuje pot spły­wa­jący z czoła, ale nie wkłada ręki do kie­szeni, by wyjąć chu­s­teczkę i go otrzeć.

-?No cóż, nie wie­dzia­łem...

-?Ktoś ci powie­dział, że będziesz pra­co­wać w biu­rze? -?Męż­czy­zna wypija łyk z kubeczka i ogląda Dar­wina od stóp do głów. Widzi spodnie koloru khaki, koszulę i stare, ale czy­ste buty.

-?Mam kom­bi­ne­zon w tor­bie. Nie wie­dzia­łem, czy naj­pierw nie będzie roz­mowy...

-?Roz­mowy? -?Jeden z chło­pa­ków na scho­dach gło­śno się śmieje. - Sły­sze­li­ście? -?Spo­gląda na kolegę sie­dzą­cego obok. -?Jamesy, ktoś z tobą roz­ma­wiał, jak zaczy­na­łeś robotę?

Jamesy wykrzy­wia twarz. Dar­win czuje się, jakby sam sie­dział na scho­dach, a Jamesy patrzył na niego z góry.

-?McIn­tosh -?cią­gnie ten sam męż­czy­zna. -?Przy­nio­słeś życio­rys i inne papiery, kiedy zaczy­na­łeś pracę?

McIn­tosh cmoka i wypija kolejny łyk z kubeczka.

Dar­win znowu pró­buje.

-?Posłu­chaj­cie. Powiedz­cie mi po pro­stu, jak zna­leźć pana Errola, a potem...

-?Wsty­dzi się, chło­pak się wsty­dzi, Cardo. -?Jamesy się śmieje. -?Nie chce, żeby kobiety w mie­ście wie­działy, że kopie groby.

-?Nie wsty­dzę się. Po pro­stu nie wie­dzia­łem, czy...

-?Jeśli chcesz pracy dla ład­nych chłop­ców, możesz iść do pani Jame­son i powie­dzieć, żeby wpi­sała cię z powro­tem na listę. -?Star­szy męż­czy­zna sto­jący obok McIn­to­sha, który dotych­czas stał w mil­cze­niu, odcho­dzi od ściany budynku i idzie w stronę Dar­wina. Ma krzywe nogi i powi­nien tro­chę kuleć, a jed­nak cho­dzi nor­mal­nie; wygląda jak rewol­we­ro­wiec w sta­rym wester­nie. -?Powi­nie­neś pocze­kać, aż będą zatrud­niać urzęd­ni­ków w biu­rze rzą­do­wym, z kli­ma­ty­za­cją, fote­lem i sekre­tarką poda­jącą rano her­batę. -?Idzie dalej i zatrzy­muje się przed Dar­wi­nem, który widzi jego oczy. Jedno jest czarne, a dru­gie mlecz­no­białe jak kamień z rzeki. - Mógł­byś cze­kać i cze­kać, stać w kolej­kach, aż wresz­cie skoń­czy­łyby ci się pie­nią­dze. Był­byś głodny, patrzył­byś, jak twoja kobieta się kurwi, by kupić mąkę, a chło­paki z mia­sta prze­cho­wują pisto­let w domu two­jej matki, która nie może się sprze­ci­wić. Hmm? Jak ci się to podoba?

Dar­win czuje szum krwi w uszach. Nie po to szedł tak daleko, by jakiś stary czło­wiek obra­żał go jak małego chłopca. Reszta męż­czyzn go obser­wuje, czeka na jego następne posu­nię­cie. Dar­win powstrzy­muje się od chwy­ce­nia sta­rego czło­wieka za gar­dło albo wyj­ścia z cmen­ta­rza bez oglą­da­nia się za sie­bie. Ale myśli o domu matki na końcu Dalia Street, o wodzie, która poja­wia się tylko dwa razy w tygo­dniu, o lekar­stwach na jej ręce, które bolą, gdy zanosi się na deszcz, bo ma artre­tyzm.

Dla­tego ukrywa swoje uczu­cia.

-?Potrze­buję roboty. Potra­fię ciężko pra­co­wać. Po pro­stu powiedz­cie, gdzie zna­leźć szefa. -?Głos mu nie drży. Sły­szy w dali klak­son samo­chodu, basy z gło­śni­ków ste­reo po chwili cichną. Mia­sto znaj­duje się za murem, ale dźwięki dobie­gają z daleka. McIn­tosh prze­staje pić z kubeczka. Jamesy i inni męż­czyźni na stop­niach pochy­lają się do przodu.

Stary męż­czy­zna zaczyna się śmiać. Śmieje się gło­śno, Dar­win przy­siągłby, że sły­szy echo odbi­ja­jące się od ścian budynku. Potem zaczyna się śmiać McIn­tosh, następ­nie Jamesy i pozo­stałe chło­paki na stop­niach. Dar­win czuje, że śmiech sły­szą wszy­scy, naj­pierw na ulicy, za dłu­gim, sza­rym murem, a potem w mie­ście. Męż­czy­zna tak sze­roko otwiera usta, że Dar­win widzi wszyst­kie zęby, białe i ide­al­nie równe; zupeł­nie nie pasują do sta­rego, pół­śle­pego czło­wieka.

-?Odpręż się, chłop­cze, po pro­stu z cie­bie żar­tu­jemy, Dar­wi­nie. -?Kle­pie go po ramie­niu, aż pod Dar­wi­nem ugi­nają się kolana. Jest pie­kiel­nie silny. Wszy­scy uśmie­chają się i roz­luź­niają, jakby byli kum­plami.

-?Skąd pan zna moje nazwi­sko?

Stary męż­czy­zna znowu się uśmie­cha, ale Dar­wi­nowi jeżą się włosy na karku.

-?Jestem Errol, chłop­cze. Pra­cu­jesz dla mnie.

Dar­win prze­biera się w kom­bi­ne­zon. Cią­gle czuje się jak prze­klęty głu­piec. Strój jest za czy­sty, za nowy. Jasno­po­ma­rań­czowy jak pla­sti­kowy pacho­łek na auto­stra­dzie; reszta gra­ba­rzy nosi brą­zowe kom­bi­ne­zony, kilku koloru khaki. Myślał, że strój robo­czy doda mu pew­no­ści sie­bie, ale pod­kre­śla róż­nicę mię­dzy Dar­winem a pozo­sta­łymi. Wcale nie pomaga to, że Errol obser­wuje Dar­wina, jakby pró­bo­wał oce­nić, czy będzie uży­teczny, albo się zasta­na­wiał, w jaki spo­sób go ufor­mo­wać.

-?Chodź, chłop­cze, pokażę ci cmen­tarz. -?Errol pro­wa­dzi go do końca pod­jazdu i skrę­cają w lewo.

Dar­win na początku myśli o kościach. Fide­lis wygląda jak mia­sto zbu­do­wane z kości. Wszę­dzie widać szary kamień, biały mar­mur i beton; cmen­tarz jest ogromny. Z zewnątrz Fide­lis zdaje się obej­mo­wać trzy kwar­tały ulic, ale od środka wydaje się rów­nie wielki jak całe Port Ange­les.

Z chwa­stów ster­czą nagrobki, beto­nowe mau­zo­lea podobne do kościo­łów, tak wie­kowe, że poczer­niały i pora­sta je mech. Inne mają ażu­rowe ozdoby jak domy w sta­rej czę­ści mia­sta. Gdzie­nie­gdzie stoją posągi przed­sta­wia­jące mar­twe dzieci ze skrzy­dłami i pła­czące nad nimi matki, wszę­dzie widać czarne kute żelazo, ogro­dze­nia, zardze­wiałe i poma­lo­wane na biało, krzyże wysta­jące z ziemi niczym zgniłe palce.

Dar­win czuje, że Errol go obser­wuje, ale zacho­wuje kamienny wyraz twa­rzy. Wie, że to egza­min, i nie zamie­rza oblać go tak szybko. Widzi drzewa desz­czowe i palmy, waszyng­to­nie, a także nie­równe żywo­płoty z czer­wo­nych iksor, które wyma­gają przy­cię­cia. Wyglą­dają, jakby prze­ci­skali się przez nie ludzie, zamiast cho­dzić ale­jami. Iksory nie potrze­bują sta­ran­nej pie­lę­gna­cji -?matka Dar­wina hoduje je w ogro­dzie przy domu -?ale te wyma­gają przy­cię­cia i ufor­mo­wa­nia. Dar­win ma ochotę napra­wić dziury w żywo­pło­cie i przy­wró­cić porzą­dek; zasta­na­wia się, czy będzie to część pracy. Iksory są zanie­dbane.

W jasnym świe­tle poranka pra­wie wszystko wydaje się zmę­czone i znisz­czone. Wszystko z wyjąt­kiem dłu­gich pędów z fio­le­to­wymi kwia­tami rosną­cych na ziemi. Nie wyglą­dają, jakby je ktoś posa­dził. Bie­gną od grobu do grobu, reali­zu­jąc wła­sny plan. Dar­win czuje w piersi gorąco, gdy patrzy na pędy. Fio­le­towe kwiatki nie potrze­bują nikogo, by się nimi opie­ko­wał. Same decy­dują, jak żyć.

-?Fide­lis jest stary -?mówi Errol, kiedy idą główną aleją. -?Po wej­ściu widać daty na gro­bach. Leżą tu rodziny daw­nych plan­ta­to­rów i ich nie­wol­nicy. Cmen­tarz jest zbu­do­wany podob­nie do Port Ange­les, przy­po­mina siatkę, widzisz? Główna aleja bie­gnie z pół­nocy na połu­dnie. -?Errol wyciąga rękę jak poli­cjant kie­ru­jący ruchem. Pozo­stałe aleje bie­gną ze wschodu na zachód.

Dar­win unosi wzrok i widzi nie­bie­sko-białe tabliczki. Od głów­nej alei odcho­dzą boczne drogi, nie­które tak sze­ro­kie, że zmie­ściłby się na nich samo­chód, a inne tak wąskie, że dwóch męż­czyzn ledwo mogłoby się wymi­nąć.

-?Wszyst­kie aleje mają nazwy, a groby są ponu­me­ro­wane. Shir­ley dba o doku­menty, zbiera papiery, mówi nam, w któ­rej kwa­te­rze kopać. Nasza praca jest pro­sta. Kopiemy groby.

Dar­win kiwa głową i roz­gląda się.

-?Koparką?

-?Widzisz miej­sce, gdzie zmie­ści­łaby się koparka? -?Errol się śmieje. - Już ci powie­dzia­łem, Fide­lis jest stary. Nasza praca to łopata, widły, bre­zen­towa płachta, krew i pot. Wyko­pu­jemy część dołu przed pogrze­bem, chłopcy pokażą ci, jak to się robi. Koń­czymy robotę, gdy goście śpie­wają, modlą się albo co tam jesz­cze robią.

-?Dla­czego nie wyko­pu­je­cie całego grobu przed pogrze­bem?

-?Tra­dy­cja. Tak się to odbywa na tym cmen­ta­rzu. Ludzie mają swoje zwy­czaje, to jeden z nich. Grze­biemy różne osoby, więc cza­sem są hymny, cza­sem bębny, cza­sem w ogóle nie ma gości, przy­cho­dzi kilku ludzi, a potem wra­cają do domu. Te pogrzeby są naj­ła­twiej­sze.

-?Jak czę­sto? -?pyta Dar­win.

-?Jak czę­sto są pogrzeby? No cóż, to zależy od pory roku i od tego, czy mia­sto zaczyna sza­leć. -?Errol krzywo się uśmie­cha, wyj­muje z kie­szeni dwa papie­rosy, zapala jed­nego i daje drugi Dar­wi­nowi.

-?Nie, dzię­kuję. -?Dar­win kręci głową.

-?Nie palisz?

-?Nie. Ale twoje pale­nie mi nie prze­szka­dza.

-?Sły­sze­li­ście?! -?Errol znowu się śmieje, tym razem cicho, a może to cmen­tarz tłumi dźwięki. -?Nie prze­szka­dza ci, że palę. To, co ci prze­szka­dza albo nie prze­szka­dza, nie ma tu żad­nego zna­cze­nia.

Dar­win docho­dzi do wnio­sku, że naj­le­piej nie odpo­wia­dać. Wie, że Errol pró­buje go spro­wo­ko­wać. Posta­na­wia zacho­wać spo­kój.

Errol głę­boko zaciąga się dymem.

-?Więc skąd jesteś, Dar­wi­nie? Ze wsi, co? Wyglą­dasz jak chło­pak ze wsi.

-?Nie­zu­peł­nie.

-?Już masz przede mną sekrety?

-?To żaden sekret. To, skąd pocho­dzę, nie ma żad­nego zna­cze­nia.

Skrę­cają w lewo na końcu głów­nej alei. Na tablicy znaj­duje się napis: "Rząd 21". Nagle Fide­lis się zmie­nia. W tym miej­scu znaj­dują się rzędy gro­bów. Czy­ste mar­mu­rowe nagrobki, niskie beto­nowe pod­mu­rówki oddzie­la­jące od sie­bie sąsied­nie kwa­tery. Wyglą­dają na nie­dawno poma­lo­wane. Cały ten obszar jest pokryty lan­ta­nami z maleń­kimi czer­wono-żół­tymi kwia­tami wyra­sta­ją­cymi pro­sto z ziemi. Następny rząd gro­bów wyko­nano z betonu, w nagrob­kach znaj­dują się nie­wiel­kie otwory na kadzi­dełka -?widać wiele wypa­lo­nych.

Docie­rają do grobu pokry­tego chry­zan­te­mami i bia­łymi różami. Ma nagro­bek z bia­łego mar­muru. Par­szywy bez­pań­ski pies wącha kwiaty, pociąga nosem. Dar­wi­nowi bije serce. Świeży grób. Napis brzmi: ANTHONY GRA­HAM, UKO­CHANY OJCIEC. NA ZAWSZE W NASZEJ PAMIĘCI. Wyobraża sobie leżą­cego w trum­nie męż­czy­znę w porząd­nym gar­ni­tu­rze, z twa­rzą sztywną jak deski, w któ­rych go pogrze­bano. Stoi z Erro­lem tuż przy gro­bie, patrząc na życie, jakby było niczym.

Errol zauważa jego wzrok.

-?Pocho­dze­nie zawsze jest ważne. Mówi, kim jest czło­wiek, co sobą repre­zen­tuje, co zanie­dbuje, rozu­miesz, o co mi cho­dzi?

Dar­win patrzy na psa. Nie chce spoj­rzeć na Errola. Dwu­barwne oczy sta­rego bry­ga­dzi­sty spra­wiają, że czuje się dziw­nie. Errol może się wyda­wać pra­wie ślepy, ale Dar­win jest pewien, że nic mu nie umyka.

-?Już powie­dzia­łem. Ciężko pra­cuję. Nic poza tym się nie liczy.

Pies wyczuwa jakiś zapach. Sztyw­nieje, pro­stuje ogon. Zaczyna kopać mię­dzy kwia­tami, roz­rzuca je, roz­sy­puje zie­mię.

-?Wynoś się stąd! -?war­czy Errol. Okrzyk odbija się echem na cichym cmen­ta­rzu. Pies odska­kuje i ucieka, oglą­da­jąc się na nich. -?Nie mam nic prze­ciwko temu, że szu­kają tu jedze­nia. Cza­sami ludzie zosta­wiają ofiary.

Dar­win kiwa głową. Idą dalej.

-?Dla­czego inne groby są zalane beto­nem? -?pyta.

-?Cza­sami rodzina wyjeż­dża z mia­sta i nikt wię­cej nie zostaje pocho­wany w kwa­te­rze. Nie­któ­rzy decy­dują się na kre­ma­cję. Cza­sem uwa­żają, że dzięki temu nikt nie prze­szka­dza ich umar­łym. Ludzie są prze­sądni.

Dar­win wie, że Errol nie zapo­mniał o pyta­niu, skąd Dar­win pocho­dzi, ale wydaje się, że na razie nie zamie­rza znowu poru­szać tego tematu. Dar­win nie chce o tym roz­ma­wiać.

Zerka kątem oka na sta­rego bry­ga­dzi­stę. W trak­cie roz­mowy Errol jest spo­kojny, zacho­wuje się zupeł­nie ina­czej niż w dniu, gdy Dar­win po raz pierw­szy przy­szedł na cmen­tarz. Nawet lekko kuleje. Wydaje się dzięki temu nie­groźny.

Mijają zakręt i Dar­win widzi inną część Fide­lisu. Te groby znaj­dują się tuż obok sie­bie, nie ma pod­mu­ró­wek, fur­tek, pła­czą­cych posą­gów, krzyży, mar­mu­ro­wych nagrob­ków. Wszyst­kie są wyko­nane z betonu, a napisy nama­lo­wane ręcz­nie. Wokół rosną wyso­kie chwa­sty przy­po­mi­na­jące pióra, krzaki mimozy, któ­rych liście zamy­kają się potrą­cone butem, wysoka trawa i kol­cza­ste pędy widziane wcze­śniej przez Dar­wina. Są ciem­no­fio­le­towe, pokry­wają wolne prze­strze­nie. Jest też mnó­stwo śmieci. Stare butelki, opa­ko­wa­nia, część pan­to­fla, kar­ton po soku, odpadki.

-?Masz rodzinę? -?pyta Errol.

-?Tylko matkę -?odpo­wiada Dar­win, a potem myśli o ciotce Enid, przy­ja­ciółce matki, która trak­tuje go jak syna. -?I ciotkę.

-?To dobrze. Męż­czy­zna powi­nien mieć dobrą matkę, która dba o rodzinę. Nie­na­wi­dzę nie­wdzięcz­no­ści, wiesz? Nie zno­szę ludzi zosta­wia­ją­cych sta­rych rodzi­ców na pobo­czu drogi. Nie potra­fią być wdzięczni tym, któ­rzy im poma­gali, gdy byli bez­bronni.

Errol przy­śpie­sza i Dar­win stara się za nim nadą­żyć. Znowu idą główną aleją, z przodu widać budy­nek admi­ni­stra­cyjny i Dar­win rozu­mie, że spa­cer pra­wie się skoń­czył.

-?Szybko się przy­sto­su­jesz, chło­pie. Widzę to. Mam wyczu­cie ludzi i wiem, że dasz sobie radę.

Dar­win zasta­na­wia się, co widzi stary czło­wiek, kiedy na niego patrzy, jakie wyciąga wnio­ski. Może zauwa­żył, jak patrzył na kwiaty? Na chwilę zapo­mniał, że to dom umar­łych, gdzie ktoś taki jak on, taki, jaki kie­dyś był, nie ma nic do roboty. Nie poma­gaj Erro­lowi uda­wać, że Fide­lis to naj­nor­mal­niej­sze miej­sce na świe­cie, że to praca jak każda inna.

-?Popatrz. -?Errol wrę­cza mu pęk klu­czy. -?Główna brama i budy­nek admi­ni­stra­cyjny.

-?Wszy­scy mają klu­cze? -?Dar­win je bie­rze.

-?Nie. Jest tylko jeden zestaw klu­czy. Takie są zasady. Klu­cze ma rada miej­ska i poli­cja na wypa­dek nie­prze­wi­dzia­nych oko­licz­no­ści, ale nie chcą, by zbyt wielu pra­cow­ni­ków miało klu­cze. Uwa­żają to za zagro­że­nie.

Dar­win patrzy na stare krzewy wyma­ga­jące przy­cię­cia, chwa­sty, zruj­no­wany budy­nek i nagrobki.

-?Co można tu ukraść?

-?No cóż, na przy­kład żela­zne ogro­dze­nia. Widzisz krzyże, Matkę Boską i aniołki? Mar­mur. To też kra­dziono. Cią­gle by to robili, ale trudno prze­sko­czyć przez mur z dużym kamien­nym anio­łem na ple­cach.

Errol śmieje się, jakby powie­dział naj­za­baw­niej­szy żart na świe­cie, ale Dar­win czuje lodo­waty chłód. Ile to trwa? Kilka godzin? Skuć pie­de­stał, wyrwać ogro­dze­nie zato­pione w beto­nie, wyła­mać mosiądz, miedź, metal osa­dzony w kamie­niu? Jak czło­wiek docho­dzi do stanu, gdy może obra­bo­wać grób?

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki