1
Yejide
-?Przede wszystkim musisz pamiętać, że istniał czas przed czasem -?mówi
babcia Catherine, trzymając na kolanach wnuczkę Yejide. Wpycha pierwszą
porcję tytoniu do hebanowej fajki. Błyska płomyk srebrnej zapalniczki i babcia wkłada fajkę do ust. -?Kiedy zamieszkaliśmy w tym domu, przed
powstaniem osiedla w dolinie i kamieniołomów, w Morne Marie żyły tylko
zwierzęta. Ale nie takie zwierzęta jak dziś, o nie! -?Catherine otwiera
szeroko oczy i wypuszcza nosem błękitny dym. -?Oceloty były wielkie jak
tygrysy, a jelenie biegały tak szybko, że nikt nie mógł ich złapać,
nawet gdyby odważył się wejść do dżungli, by na nie polować. Małe
zielone papugi, które śpiewają o zmroku, były tak wielkie jak czerwone
ibisy żyjące na mokradłach. Zwierzęta potrafiły ze sobą rozmawiać, tak
jak ja z tobą w tej chwili, i zbudowały w lesie wielkie miasto. Ale nie
przypominało ono Port Angeles. Nie było tam budynków, granic, bram.
Zwierzęta żyły razem, nie pilnowały terytorium ani nie troszczyły się o granice.
Lecz pewnego dnia do dżungli wkroczył wojownik. Zobaczył, że jest tam
wiele owoców i zwierząt do upolowania. Kiedy patrzył na drzewa, widział
domy, które mógłby zbudować, i ziemię, która mogła stać się jego
własnością. Zwierzęta próbowały z nim rozmawiać i tłumaczyć, że nie
dostrzega wielu rzeczy, nie znał jednak ich języka i niczego nie
rozumiał. Wojownik przyprowadził następnych wojowników. Przybyli z nimi
budowniczowie, potem farmerzy i duchowni. Z duchownymi przybyli
gubernatorzy, a z gubernatorami śmierć. -?Ale zwierzęta walczyły z nimi,
prawda? -?Yejide wierci się na kolanach babci. Uwielbia poczucie
sytości, słodki aromat tytoniu, miarowy dźwięk fotela bujanego, zielone
wzgórza i twarz babci opowiadającej baśnie. Myśli o ostrych zębach
ocelotów i ciasnych splotach boa dusicieli, które mogą zabić mężczyznę;
dwunożny człowiek z małymi zębami pozbawionymi jadu nigdy nie pokona
dzikich zwierząt z dżungli.
Catherine patrzy na Yejide i pyka fajkę.
-?Kto opowiada bajkę, ty czy ja?
Yejide uśmiecha się i milknie.
-?Zwierzęta zawsze żyły w spokoju, ale wiedziały, że przyszedł czas
wojny. Bitwa była krwawa i straszna. Toczyły wściekłą walkę w kamieniołomie, który widzisz za oknem. -?Catherine wskazuje głęboki,
brązowy krater na stoku wzgórza. -?Pozostały po niej głębokie blizny.
Dżungla odniosła wiele ran. Zbolała, pogrążyła się w żałobie i zaczęła
się najdłuższa susza w dziejach Morne Marie. Rzeki ukryły się w ziemi,
drzewa uschły i umarły. Oceloty stały się małe jak koty domowe, wyjce
trwożliwe, a mazamy, oposy i paki, które wcześniej żyły w pokoju,
zaczęły patrzeć na siebie jak na pożywienie. Wojownicy też cierpieli, bo
nikt, ani człowiek, ani zwierzę, nie może przeżyć, gdy natura ukryje
swoje bogactwa. Później, gdy wszyscy byli zmęczeni i wydawało się, że
wojna zniszczy nie tylko wojowników, lecz także całą dżunglę, w górach
wybuchła wielka burza. Z gęstych, ciemnych chmur padał deszcz, ludzie i zwierzęta się cieszyli na widok rzek, a dżungla piła wodę. Przez trzy
dni i trzy noce uderzały pioruny, na niebie lśniły błyskawice. Ale
pamiętaj: był to czas przed czasem, kiedy drzewo mogło wyrosnąć w ciągu
jednego dnia, a chłopiec mógł stać się mężczyzną przez noc. Zwierzęta
jeszcze nigdy nie widziały takiej burzy. Z gór osuwała się ziemia i zasypywała doliny w dole. Najstarsze drzewa traciły oparcie i przewracały się. Rzeki występowały z brzegów i zalewały ziemię. Radość
zmieniała się w smutek. Wydawało się, że dżungla zwróciła się przeciwko
ludziom i zwierzętom, żądała życia tych, którzy skazili wojną święte
miejsca. Zielone papugi, które skrzeczą, śpiewają i paplają tak jak ty -
Catherine szczypie wargi Yejide, by powstrzymać jej chichot -?okazały
się mądrzejsze, niż sądziły zwierzęta. Papugi patrzyły na ulewę, na
wzgórza, rzeki i coraz większe stosy umarłych. Urządziły naradę na
gałęziach ostatniego świętego puchowca. Po jej zakończeniu stado papug
podzieliło się na dwie części. Jedna poleciała na wschód, a druga na
zachód. Papugi, które poleciały na zachód, stały się małe i zmieniły się
w zielone ptaszki śpiewające przed zachodem słońca. Ale te, które
poleciały na wschód, stały się czarne i zakrzywiły się im dzioby, aż
przypominały ostre haczyki. Zrobiły się wielkie, urosły im ogromne
skrzydła, rzucały cień na ziemię. Zaśpiewały ostatnią pieśń, aż
zwierzęta i ludzie zadrżeli ze strachu, a później wyrosły im szare
kaptury na głowach i na zawsze umilkły. Wiesz, w co się zmieniły,
Yejide? -?Catherine patrzy przez okno, uśmiecha się i pyka fajkę.
-?W corbeaux! -?woła Yejide. Uwielbia udzielać prawidłowych odpowiedzi
na pytania babci. Słyszała tę opowieść wiele razy, ale gdy odpowiada
bezbłędnie, zawsze czuje się dorosła i bardzo ważna.
Catherine kiwa głową i głęboko zaciąga się dymem.
-?Kiedy zmiana się dokonała, corbeaux poczuły, że mają ochotę na
mięso. Rozpostarły skrzydła i powoli krążyły nad ziemią, szukając
umarłych. Miały długie, zakrzywione dzioby i szpony ostre jak zęby
kajmana; szarpały ciała zwierząt, dawnych przyjaciół, i ludzi, dawnych
wrogów. Kiedy zaspokoiły głód, znowu poleciały do puchowca,
pozostawiając po sobie tylko kości. Żywi z przerażeniem patrzyli na
corbeaux pożerające zmarłych. Nie rozumieli, jak ptaki, które kiedyś
znali, mogą robić coś tak strasznego. Gadatliwe papugi zniknęły.
Zmieniły się w corbeaux. Kiedy straciły zieloną barwę i zmieniły
postać, zaczęły wypełniać święty obowiązek -?strzec granicy między
żywymi a umarłymi. Czekają na śmierć, patrzą na trupy i zjadają ich
mięso. I nikt oprócz corbeaux nie wie, że dusze umarłych zmieniają się
dzięki temu i uwalniają od ciała.
Catherine zdejmuje Yejide z kolan i stawia ją na drewnianej podłodze.
Wnuczka ma na nogach białe lakierki, w których chodzi do kościoła.
-?W porządku. Bajka skończona. Teraz schowaj buty i ładną sukienkę.
Powieś ją na oparciu krzesła w moim pokoju. Nie rzucaj jej byle gdzie.
Ale Yejide dobrze zna rytuał.
-?To jeszcze nie koniec bajki, babciu. Co było dalej?
Catherine spogląda na wnuczkę. Już niedługo będzie za wysoka, by nosić
sukienki dla małych dziewczynek i siedzieć jej na kolanach. Ale jeszcze
nie teraz. Wyciąga rękę i Yejide pada jej w objęcia. Jeszcze nie teraz.
-?No cóż, kiedy rankiem czwartego dnia wielkiej burzy wzeszło słońce,
kiedy corbeaux miały pełne brzuchy, a wszyscy byli zmęczeni bólem i smutkiem, deszcz przestał padać. Powódź się skończyła. Dżungla odzyskała
równowagę. Ale później nikt nie chciał myśleć o tym, kto ich uratował.
Ludzie i zwierzęta są tacy sami. Wszyscy zaczęli się bać corbeaux.
Kruki odleciały, by zamieszkać na skraju lasu w pobliżu Morne Marie.
Tylko one zrozumiały, że świat się zmienił, że będą miały zajęcie w miastach zamieszkanych przez ludzi. W końcu, jak we wszystkich baśniach,
które zmieniają świat, ludzie zapomnieli, że burza skończyła się w chwili, gdy narodziły się corbeaux. Oczywiście wszyscy z wyjątkiem
corbeaux... -?Pochyla się i szepce Yajide do ucha: -?Ale my pamiętamy.
2
Darwin
Odrapany pikap marki Bedford zwalnia i zatrzymuje się na poboczu drogi z migającym pomarańczowym kierunkowskazem. Darwin kiwa głową w stronę
kierowcy, starego człowieka w czapce z daszkiem nasuniętej na niskie
czoło. Dziewczyna na siedzeniu dla pasażera w ogóle nie unosi wzroku,
wpatruje się w komórkę.
-?Port Angeles?
Stary człowiek skinięciem wskazuje w stronę części bagażowej z tyłu.
Darwin wskakuje do auta, nim mężczyzna zdąży się rozmyślić, po czym puka
w metalową szoferkę, by dać znać, że wsiadł. Jadą autostradą wśród
brązowych, wysuszonych pól, gdzieniegdzie widać dymy płonącego buszu.
Odsuwa na bok wielki worek, chyba wypełniony kartoflami, bulwami
kolokazji albo innymi produktami. Przesuwa ciężki zwój liny. Siada
pośrodku bagażnika, by nie spaść w czasie podskoków furgonetki. Opiera
się o tylną klapę i patrzy na niebo. O tej porze jest zwykle przejrzyste
i różowe, ale w tym roku nadleciał pył z Sahary. Róż jest zamglony, a obłoki przypominają kłęby brudnych ubrań.
Takie niebo wprawia go w ponury nastrój. Łatwo mieć nadzieję, gdy niebo
jest czyste, w powietrzu unosi się zapach deszczu, a góry są zielone i bujne. Człowiek wie wtedy, dokąd zmierza, czego pragnie. Wierzy, że
wszystko jakoś się ułoży, choć nie ma pojęcia, co się za chwilę stanie.
Niebo o barwie brudnej bielizny wywołuje ponure myśli. Pył, popiół i dym, które trzeba wdychać, kojarzą się z polem bitwy.
Ale nawet w trudnych czasach można mieć trochę szczęścia. Udało mu się
pojechać do miasta pikapem. Samochody rzadko się zatrzymują o tej
godzinie; słońce jeszcze nie wzeszło. Kiedy Darwin był młody, łatwo
łapał okazję. Ktoś zawsze jechał na wybrzeże albo do miasta. Przyłączał
się do grupy chłopaków z Dalia Street, którzy gdzieś się wybierali, bez
butów, bez koszul, śmiejąc się głośno. Nawet nie musieli być
przyjaciółmi. Ale teraz czasy się zmieniły. Nie jest już małym chłopcem.
Przesuwa się na środek klapy bagażnika, by staruszek widział go wyraźnie
w lusterku wstecznym. Nie może go winić, że jest nieufny, takie są
czasy, ale kiedy czuje na sobie jego wzrok, patrzy na niego twardo. Jest
zadowolony, że staruszek pierwszy odwraca oczy. Czego się właściwie boi?
Że Darwin wgramoli się przez okno do szoferki w czasie jazdy i poderżnie
mu gardło? Można o nim powiedzieć wiele rzeczy, lecz nie jest bandytą
ani mordercą.
W dali nad brązowymi polami snuje się dym. Darwin usiłuje sobie
przypomnieć, kiedy ostatnio padało. Upalna przerwa w porze deszczowej
jest zwykle mile widziana, pozwala ziemi wyschnąć, ale Petit Car?me
przyszło w tym roku wcześnie; panuje nieznośny upał i zaczęły się pożary
buszu. Darwin patrzy na jutowy worek i zastanawia się, czy staruszek
jest farmerem i jedzie na targ. Ten rok musiał być wyjątkowo ciężki.
Mógłby go spytać, gawędzić w czasie jazdy, rozmawiać o mieście, do
którego jedzie po raz pierwszy. Z przodu widać porzucone dźwigi
wznoszące się na tle nieba i wiadukt wiszący w powietrzu jak droga
donikąd. Odkąd wielkie firmy budowlane zbankrutowały, a rząd zrezygnował
z budowy autostrady między Mount Perish a nizinami na południu, pracę
można dostać tylko w mieście.
W zeszłym tygodniu, gdy Darwin dotarł na początek kolejki w państwowym
urzędzie zatrudnienia w Wharton, nie mógł uwierzyć w swoje szczęście.
Słyszał o ludziach, którzy czekali długimi godzinami i znaleźli się w połowie kolejki, po czym kobieta w okienku oznajmiała, że nie ma już
żadnych propozycji pracy i że powinni wrócić jutro. Kiedy urzędniczka
dała mu formularz ze stosu na biurku i kazała go wypełnić, odmówił
modlitwę dziękczynną do Jah.
PANI JAMESON -?STARSZA URZĘDNICZKA. Kobieta sama wykonała tekturową
wizytówkę na swoje biurko. Była jedyną naprawdę pracującą osobą. W rogu
siedziało kilku mężczyzn z podwiniętymi rękawami białych koszul; grali w karty na dwóch zestawionych biurkach. Jeden fachowo tasował karty ze
złośliwym uśmiechem na twarzy, jakby wiedział, że ogra pozostałych z pieniędzy. Obok sprzeczała się z kimś przez komórkę jakaś kobieta.
-?Co to za praca, pani Jameson? -?Darwin patrzy na formularz, który
otrzymał.
-?Kiedy jesteś głodny i ktoś daje ci jedzenie, czy pytasz, co to za
jedzenie? -?Poprawia okulary i porządkuje akta.
-?Co to właściwie jest Fidelis?
-?Nie słyszałeś o Fidelisie? To duży cmentarz w Port Angeles. Przy St
Brigitte Avenue.
-?Cmentarz? Gdzie się chowa umarłych?
-?Znasz cmentarze, gdzie robi się coś innego?
-?Jaką pracę wykonuje się na cmentarzu?
-?Potrzebują nowego grabarza.
Darwin przysiągłby, że zjeżyły mu się włosy na głowie.
-?Nie ma pani innej pracy?
-?Posłuchaj. Oddaj mi papier i idź. -?Kobieta wyciąga rękę po formularz.
-?Możesz wrócić, gdy nie będziesz miał wyjścia.
Jakby Darwin mógł iść w inne miejsce. Kiedy ludzie przychodzą do tego
biura szukać pracy, jakiejkolwiek pracy, oznacza to, że stali we
wszystkich kolejkach, wpisali się na wszystkie listy i że to ostatnia
szansa. Jeśli Darwin wyjdzie, jego miejsce natychmiast zajmie ktoś
podobny do niego, kobieta z dzieckiem, kobieta z podniszczoną torebką,
mężczyzna w dobrych butach, które trochę się zniszczyły od skwaru.
Kolejka jest długa, sięga na ulicę i skręca za róg.
-?Emmanuel Darwin? -?urzędniczka odczytuje jego imię i nazwisko.
-?Tak, po prostu Darwin, proszę pani.
Kobieta znowu poprawia okulary i po raz pierwszy mu się przygląda: długa
broda, czapka zasłaniająca włosy, znoszone obuwie. Jej spojrzenie nieco
łagodnieje.
-?Posłuchaj, Darwinie. Gdybym miała inną pracę, dałabym ci ją, ale teraz
mam tylko to. Możesz wrócić, ale... -?Spogląda na kolejkę.
Darwin podpisuje formularz. Sześciotygodniowy okres próbny, a jeśli
będzie dobrze pracował, mogą go przyjąć na stałe. Ma wrażenie, że
zaprzedaje duszę. Ale świat zmusza ludzi do takich rzeczy. Może na tym
polega dorosłość? Trzeba robić rzeczy, o których nigdy się nie myślało,
podejmować trudne decyzje, gdy nie zostało nic innego oprócz trudnych
decyzji.
Znowu czuje na sobie oczy w lusterku wstecznym. Ale tym razem to
dziewczyna. Nie przyjrzał jej się, gdy wsiadł do pikapa, lecz w lepszym
świetle widzi, że to wcale nie dziewczyna: jest w jego wieku, może rok
albo dwa młodsza. Spogląda znad telefonu na starego kierowcę, a potem na
Darwina w lusterku. Uśmiecha się lekko do niego, oczy mówią, że nie
chce, by stary mężczyzna to zauważył.
Darwin zastanawia się, czy podobnie jak on chciała po prostu złapać
okazję do miasta. Może staruszek to jej ojciec, wuj? Wydaje się za stary
na męża, ale tak naprawdę nigdy nic nie wiadomo, bo czasy są ciężkie.
Gdyby wysiedli w tym samym momencie, mógłby z nią porozmawiać. Patrzy,
czy dziewczyna jest ubrana jak do pracy w biurze, próbuje ją ocenić.
Później myśli o ostatnim spotkaniu z Marcią i o tym, że na pewno
prowadzi teraz nowe życie. Patrzy na szminkę na ustach dziewczyny, na
długie włosy, które wydają się ostrzyżone u drogiego fryzjera, a później
przypomina sobie, że nie ma w kieszeni prawie ani grosza. Odwraca wzrok.
Za wiele kłopotów. Pewnie się zastanawia, czy nie poderwać rasty, by
wkurzyć tatusia.
Uderza go to, że kilka dni wcześniej pani Jameson widziała zupełnie
innego człowieka niż dziewczyna patrząca w lusterku wstecznym. Nie jest
pewien, co teraz widzą ludzie, gdy na niego patrzą. Jak bardzo może
zmienić się życie w ciągu tygodnia? Przypomina to pożar buszu.
Przesuwa dłonie po króciutkich włosach i ma wrażenie, że głowa należy do
kogoś innego. Szósta rano to szósta rano nawet w czasie suszy; nie jest
przyzwyczajony do chłodnego powietrza owiewającego niemal łysą głowę,
szyję, uszy. Dobrze, że matka dała mu na podróż ciasto kokosowe, ciągle
ciepłe i pachnące jej dłońmi. Nie wstała z łóżka, by go pożegnać,
zostawiła ciasto na ladzie w widocznym miejscu. To, że przygotowała mu
śniadanie, musiało coś znaczyć, choć jej twarz mówiła, że nie jest już
jej synem. Czuje ciężar w plecaku i ma nadzieję, że niezależnie od tego,
gdzie trafi, matka ciągle będzie wspominać go w modlitwach.
Na wiadukcie zmieniają pas ruchu i włączają się w sznur samochodów
jadących do miasta. Darwin patrzy na niebo. Teraz, po wschodzie słońca,
stało się jaśniejsze, ale ciągle jest zamglone. Widzi krążące czarne
punkty. Corbeaux. Najlepsza oznaka, że zbliżają się do miasta.
Patrzy na nisko kołujące ptaki. Jego matka, Janaya, mówiła, że kiedy
ktoś zbliża się do Port Angeles, zawsze widzi mnóstwo corbeaux. Nigdy
nie robią nikomu krzywdy, ale jest coś upiornego w tym, jak krążą w ciszy; czasami widać stado siedzące na drutach telefonicznych i obserwujące okolicę. Kiedy widać corbeaux, wiadomo, że szukają
umarłych. W mieście nie zawsze jest to martwy bezpański pies, opos albo
zepsute mięso wyrzucone z restauracji na śmietnik. Może to być głowa
kobiety, której nigdy nie znajdzie policja, gdy odkryje resztę ciała. A innym razem opuchnięty trup mężczyzny pływający w wodach zatoki albo
dziecko w jutowym worku, o którym nikt nie wie, dopóki nie przylecą
corbeaux.
Kiedy Darwin był małym chłopcem, pytał Janayę, dlaczego nigdy nie chodzą
do miasta do kina albo na koncerty jak sąsiedzi. Udzielała tej samej
odpowiedzi jak wtedy, gdy pytał, czy jego ojciec ciągle mieszka w Port
Angeles: "W mieście są tylko umarli, Emmanuelu. Rasta nie zajmują się
umarłymi".
Po dotarciu do głównego skrzyżowania samochody się zatrzymują i Darwin
widzi wielkie betonowe łuki dworca kolejowego w Port Angeles. Kierowca
staje na światłach i nagle pojawia się samochód policyjny z migającymi
niebieskimi światłami. Stary farmer za chwilę dostanie mandat za
wiezienie go z tyłu, Darwin wali pięścią w szoferkę i woła:
-?Wysiadam, wujku! -?Wyskakuje.
Przechodzi przez ulicę i dociera do dworca. Wchodzą do niego tłumy
ludzi, mają poważne twarze, przypominają szybko kroczące czerwone
mrówki. Niektórzy wspinają się po szerokich schodach, inni podążają
korytarzami, a reszta wychodzi bramami do centrum miasta. Darwin odwraca
się na chwilę, by popatrzeć na pikapa i siedzącą w nim dziewczynę, ale
zapaliło się zielone światło i staruszek odjechał.
Czuje, że muska stopą coś leżącego na ziemi. Spogląda w dół i widzi
mężczyznę śpiącego na rozłożonych kartonach, mijanego przez tłumy ludzi.
Zarzuca plecak na ramię. Lepiej nie próbować niczego z dziewczyną. Tak
będzie lepiej. Przechodzi przez wysokie betonowe łuki i roztapia się w mieście.
3
Kolejka przed fast foodem na granicy miasta jest długa jak na Sądzie
Ostatecznym. Zaczyna się przy ladzie i sięga chodnika. Wokół unosi się
zapach szczyn i starego oleju, ale ludzie czekają na smażone kurczaki,
jakby nie wiedzieli, że rankiem jest pora na herbatę i ciastka. Należy
zjeść coś smacznego, pachnącego domem, nim będzie się miało do czynienia
z ludźmi, którzy spędzają dzień na łajdactwach.
Darwin próbuje się zorientować, gdzie jest i jak się dostać do starego
miasta. Na postoju taksówek stoi kilka samochodów; kierowcy walczą o pasażerów, chcąc jak najszybciej zdobyć dobry kurs. Podjeżdża
jasnoczerwone auto, zatrzymuje się i zabiera dwie kobiety, nie czekając
na swoją kolej. Odjeżdża w kierunku portu, inni kierowcy klną. Gazety
piszą, że cały ten obszar, gdzie przypływają statki wycieczkowe, a biznesmeni i politycy sączą drinki i patrzą na morze, stanie się nowym,
lepszym Port Angeles. Darwin jest pewien, że nikt nie spyta starego Port
Angeles, co o tym sądzi.
Ignoruje taksówki i idzie pieszo. Nie dostaną tak wcześnie rano jego
ciężko zarobionych dolarów. Nie jest daleko, a jeśli będzie miał
szczęście, może zjeść ciasto przed początkiem pracy na cmentarzu.
Miasto jest inne, niż sobie wyobrażał. W wielkim mieście powinno być
mnóstwo wysokich budynków, eleganckich sklepów i restauracji z modnie
ubranymi ludźmi siedzącymi na chodnikach. Może tak wygląda Port Angeles
nad zatoką, ale tu miasto jest płaskie i ciasne, wszyscy są stłoczeni
obok siebie.
Mija handlarzy owoców sprzedających zielone banany, mango odmiany julie,
soczyste papaje i czerwone arbuzy przecięte na połowy, a później
handlarzy ryb ważących na lśniących szalkach makrele królewskie, lucjany
i kawale. Sklepiki na rogach ulic mają żelazne kraty zabezpieczające
przed włamywaczami. Klienci składają zamówienia, wsuwają ręce przez
kraty, by odebrać towary od sklepikarzy. Uliczni kaznodzieje w długich
białych szatach potrząsają Bibliami, ostrzegają przed piekłem i potępieniem. Chłopcy sprzedają na sztuki papierosy, żelki i gumę do
żucia ze starych słoików, a obok siedzą włóczędzy mający nadzieję, że
ktoś da im drobną monetę. Po obu stronach ulicy dwóch mężczyzn sprzedaje
pirackie CD. Po jednej stronie jezdni rozlega się Bogu niech będzie
chwała, a po drugiej ciężkie dyskotekowe basy. Kakofonia. Kobiety w szpilkach i spódnicach pędzą do pracy, próbują zwrócić ich uwagę młodzi
mężczyźni. Dzieci kroczą powoli, jakby chciały nie zdążyć na autobus do
szkoły albo wybierały się na wagary. Pary trzymają się za ręce,
mężczyzna szepce coś do ucha chichoczącej kobiety. Wszystko zagłuszają
klaksony samochodów, które utknęły w korku na ulicy.
Rastafarianie z grupy Bobo Ashanti pchają zielony wózek z jedzeniem, na
wietrze powiewają czerwono-żółto-zielone flagi, za Darwinem snuje się
słodki zapach orzeszków smażonych na oleju. Darwin woła, ale
rastafarianin go nie zauważa. Idzie dalej, powoli i poważnie; nie zwraca
uwagi na przybysza, jakby był po prostu kolejnym obcym.
Darwin podąża za znakami ulicznymi, tłum się przerzedza i miasto
cichnie. Skręca za róg i pojawia się piękny widok: wielki park z wysokimi, rozłożystymi tabebujami, żółtymi aksamitkami i starą fontanną
z syrenami pokrytymi odchodami ptaków latających w powietrzu. Z pysków
ryb nie tryska woda. Plac Gubernatora. Zniszczony jak wszystko, co ma
coś wspólnego z królową, królem albo gubernatorem.
W środku placu Darwin mija pusty postument: jest na nim tylko połowa
nogi ułamanej w okolicy uda. Na podstawie znajduje się zardzewiała
metalowa tabliczka, nieczytelna. Jeden z pomników z dawnych czasów,
które ludzie obalili, gdy Doktor opowiadał im o rewolucji. Teraz na
postumencie siedzą tylko kosy, a gubernator ma jedną nogę. Darwin
pamięta, że gdy był mały, uczył się w szkole o Doktorze. Jego portret
znajdował się na odwrocie wszystkich zeszytów. Darwin zastanawiał się,
jakby się czuł w czasach, gdy zbuntowani ludzie chcieli zmienić Port
Angeles i cały kraj.
Drzewa są miłe; przypominają wielkie, złociste parasole. Przypuszcza, że
niektóre są starsze od miasta. Podoba mu się myśl, że coś jeszcze
pozostało sprzed epoki zbutwiałych ławek, zatłoczonych chodników,
kłócących się taksówkarzy, gubernatorów i rewolucjonistów. Warto
pamiętać, że niektóre rzeczy żyją długo i pozostają piękne niezależnie
od tego, co się wokół nich dzieje.
Skręca za kolejny róg i dostrzega znak uliczny St Brigitte Avenue i wysokie mury cmentarza Fidelis. Chłód wczesnego poranka minął i na jego
skroniach pojawiają się pierwsze krople potu. Wyjmuje z kieszeni
chusteczkę i ociera czoło. Przez chwilę jest zdumiony, że nie czuje
grubych dredów, tylko puszyste kępki włosów nierówno ściętych tępymi
nożyczkami.
Mur jest tak długi, że nie widzi jego końca. Idzie chodnikiem po
przeciwnej stronie ulicy i widzi nad murem dwuspadowe dachy, kamienne
łuki, rozłożyste palmy i zielone korony drzew deszczowych.
Nigdy wcześniej nie był na cmentarzu, nigdy tam nie wchodził. Rozumie,
że ludzie pracują w takich miejscach -?w szpitalu, w kostnicy, na
cmentarzu -?ale nigdy sobie nie wyobrażał, że będzie jednym z nich.
Nawet w wiosce, gdy dzieci biegły na skróty do sklepu przez niewielki
cmentarz, przechodził na drugą stronę ulicy i trzymał się z dala. Nie
czuł strachu. Nie wierzył w duchy i demony. Wiedział, że umarły nie może
wyskoczyć z grobu i zrobić mu krzywdy, ale uważał, że umarli powinni
pozostać z umarłymi, a żywi z żywymi.
Dociera do skrzyżowania, gdzie St Brigitte Avenue dzieli się na dwie
ulice, po czym czyta tabliczki z nazwami: Queen Isabella Street biegnie
w prawo, St Brigitte w lewo. Skręca w lewo. Im dalej idzie, kamienny mur
staje się coraz gładszy, jakby ktoś wypełnił nierówne miejsca świeżym
cementem. Dalej zauważa zardzewiałe tabliczki, biały wosk z wypalonych
świec i puste butelki po rumie w rynsztokach.
Widzi przed sobą wysoką bramę z kutego żelaza. Pręty są grube i proste,
na górze zaginają się i tworzą datę 1806. Dotarł na miejsce. Brama, mur
i data to wszystko; jeśli ktoś nie wie, co oznaczają, nie ma tu czego
szukać. Rozgląda się. Po tłumach, placu, samochodach St Brigitte Avenue
wydaje się spokojną ulicą.
Nie jest pewien, co robić. Może po prostu powinien zaczekać na zewnątrz,
aż jeden z robotników wyjdzie zza rogu, i pójść razem z nim? Gdyby
przekroczył bramę sam, czułby się jak ktoś, kto wchodzi do cudzego domu
bez zaproszenia.
Zagląda do środka. Za bramą znajduje się długi podjazd biegnący do
betonowego budynku. Z boku stoi dwóch mężczyzn, a trzech innych siedzi
na schodach od frontu. Zachowują się swobodnie, jakby się tu urodzili.
Stary człowiek ze schludną, siwą brodą i pałąkowatymi nogami opiera się
o ścianę i pali papierosa; obok niego stoi drugi, wysoki i żylasty.
Garbi się, trzyma głowę na poziomie twarzy siwobrodego; pije ze
styropianowego kubeczka.
Obracają po kolei głowy i patrzą na Darwina. Czuje się jak mały chłopiec
przyłapany na podglądaniu. Jedno ostatnie spojrzenie na spokojną ulicę,
wysokie mury, łuk nad głową, po czym przechodzi przez bramę cmentarza
Fidelis z kutego żelaza.
4
-?Witajcie! -?Darwin pozdrawia zebranych skinieniem głowy. Nikt nie
reaguje. Co gorsza, wszyscy są w kombinezonach roboczych i brudnych
butach. On ciągle ma na sobie swoje jedyne czyste spodnie i koszulę.
Pani Jameson nie kazała mu przyjść w stroju do pracy ani przebrać się na
cmentarzu. Nie chciał iść przez miasto w kombinezonie roboczym, bo
wszyscy wiedzieliby, gdzie pracuje.
-?Szukam Errola.
-?Po co? -?Mężczyzna ze styropianowym kubeczkiem patrzy na niego. Darwin
wyjmuje z torby list od pani Jameson i podaje mu.
-?Przysłała mnie pani Jameson z rady miejskiej. Mam tu pracować.
Mężczyzna nawet nie patrzy na list. Chłopaki na schodach mają kamienne
twarze.
-?Więc czemu stoisz i się gapisz? Czekasz na zaproszenie?
Darwin czuje pot spływający z czoła, ale nie wkłada ręki do kieszeni, by
wyjąć chusteczkę i go otrzeć.
-?No cóż, nie wiedziałem...
-?Ktoś ci powiedział, że będziesz pracować w biurze? -?Mężczyzna wypija
łyk z kubeczka i ogląda Darwina od stóp do głów. Widzi spodnie koloru
khaki, koszulę i stare, ale czyste buty.
-?Mam kombinezon w torbie. Nie wiedziałem, czy najpierw nie będzie
rozmowy...
-?Rozmowy? -?Jeden z chłopaków na schodach głośno się śmieje. -
Słyszeliście? -?Spogląda na kolegę siedzącego obok. -?Jamesy, ktoś z tobą rozmawiał, jak zaczynałeś robotę?
Jamesy wykrzywia twarz. Darwin czuje się, jakby sam siedział na
schodach, a Jamesy patrzył na niego z góry.
-?McIntosh -?ciągnie ten sam mężczyzna. -?Przyniosłeś życiorys i inne
papiery, kiedy zaczynałeś pracę?
McIntosh cmoka i wypija kolejny łyk z kubeczka.
Darwin znowu próbuje.
-?Posłuchajcie. Powiedzcie mi po prostu, jak znaleźć pana Errola, a potem...
-?Wstydzi się, chłopak się wstydzi, Cardo. -?Jamesy się śmieje. -?Nie
chce, żeby kobiety w mieście wiedziały, że kopie groby.
-?Nie wstydzę się. Po prostu nie wiedziałem, czy...
-?Jeśli chcesz pracy dla ładnych chłopców, możesz iść do pani Jameson i powiedzieć, żeby wpisała cię z powrotem na listę. -?Starszy mężczyzna
stojący obok McIntosha, który dotychczas stał w milczeniu, odchodzi od
ściany budynku i idzie w stronę Darwina. Ma krzywe nogi i powinien
trochę kuleć, a jednak chodzi normalnie; wygląda jak rewolwerowiec w starym westernie. -?Powinieneś poczekać, aż będą zatrudniać urzędników w biurze rządowym, z klimatyzacją, fotelem i sekretarką podającą rano
herbatę. -?Idzie dalej i zatrzymuje się przed Darwinem, który widzi jego
oczy. Jedno jest czarne, a drugie mlecznobiałe jak kamień z rzeki. -
Mógłbyś czekać i czekać, stać w kolejkach, aż wreszcie skończyłyby ci
się pieniądze. Byłbyś głodny, patrzyłbyś, jak twoja kobieta się kurwi,
by kupić mąkę, a chłopaki z miasta przechowują pistolet w domu twojej
matki, która nie może się sprzeciwić. Hmm? Jak ci się to podoba?
Darwin czuje szum krwi w uszach. Nie po to szedł tak daleko, by jakiś
stary człowiek obrażał go jak małego chłopca. Reszta mężczyzn go
obserwuje, czeka na jego następne posunięcie. Darwin powstrzymuje się od
chwycenia starego człowieka za gardło albo wyjścia z cmentarza bez
oglądania się za siebie. Ale myśli o domu matki na końcu Dalia Street, o wodzie, która pojawia się tylko dwa razy w tygodniu, o lekarstwach na
jej ręce, które bolą, gdy zanosi się na deszcz, bo ma artretyzm.
Dlatego ukrywa swoje uczucia.
-?Potrzebuję roboty. Potrafię ciężko pracować. Po prostu powiedzcie,
gdzie znaleźć szefa. -?Głos mu nie drży. Słyszy w dali klakson
samochodu, basy z głośników stereo po chwili cichną. Miasto znajduje się
za murem, ale dźwięki dobiegają z daleka. McIntosh przestaje pić z kubeczka. Jamesy i inni mężczyźni na stopniach pochylają się do przodu.
Stary mężczyzna zaczyna się śmiać. Śmieje się głośno, Darwin
przysiągłby, że słyszy echo odbijające się od ścian budynku. Potem
zaczyna się śmiać McIntosh, następnie Jamesy i pozostałe chłopaki na
stopniach. Darwin czuje, że śmiech słyszą wszyscy, najpierw na ulicy, za
długim, szarym murem, a potem w mieście. Mężczyzna tak szeroko otwiera
usta, że Darwin widzi wszystkie zęby, białe i idealnie równe; zupełnie
nie pasują do starego, półślepego człowieka.
-?Odpręż się, chłopcze, po prostu z ciebie żartujemy, Darwinie. -?Klepie
go po ramieniu, aż pod Darwinem uginają się kolana. Jest piekielnie
silny. Wszyscy uśmiechają się i rozluźniają, jakby byli kumplami.
-?Skąd pan zna moje nazwisko?
Stary mężczyzna znowu się uśmiecha, ale Darwinowi jeżą się włosy na
karku.
-?Jestem Errol, chłopcze. Pracujesz dla mnie.
Darwin przebiera się w kombinezon. Ciągle czuje się jak przeklęty
głupiec. Strój jest za czysty, za nowy. Jasnopomarańczowy jak plastikowy
pachołek na autostradzie; reszta grabarzy nosi brązowe kombinezony,
kilku koloru khaki. Myślał, że strój roboczy doda mu pewności siebie,
ale podkreśla różnicę między Darwinem a pozostałymi. Wcale nie pomaga
to, że Errol obserwuje Darwina, jakby próbował ocenić, czy będzie
użyteczny, albo się zastanawiał, w jaki sposób go uformować.
-?Chodź, chłopcze, pokażę ci cmentarz. -?Errol prowadzi go do końca
podjazdu i skręcają w lewo.
Darwin na początku myśli o kościach. Fidelis wygląda jak miasto
zbudowane z kości. Wszędzie widać szary kamień, biały marmur i beton;
cmentarz jest ogromny. Z zewnątrz Fidelis zdaje się obejmować trzy
kwartały ulic, ale od środka wydaje się równie wielki jak całe Port
Angeles.
Z chwastów sterczą nagrobki, betonowe mauzolea podobne do kościołów, tak
wiekowe, że poczerniały i porasta je mech. Inne mają ażurowe ozdoby jak
domy w starej części miasta. Gdzieniegdzie stoją posągi przedstawiające
martwe dzieci ze skrzydłami i płaczące nad nimi matki, wszędzie widać
czarne kute żelazo, ogrodzenia, zardzewiałe i pomalowane na biało,
krzyże wystające z ziemi niczym zgniłe palce.
Darwin czuje, że Errol go obserwuje, ale zachowuje kamienny wyraz
twarzy. Wie, że to egzamin, i nie zamierza oblać go tak szybko. Widzi
drzewa deszczowe i palmy, waszyngtonie, a także nierówne żywopłoty z czerwonych iksor, które wymagają przycięcia. Wyglądają, jakby
przeciskali się przez nie ludzie, zamiast chodzić alejami. Iksory nie
potrzebują starannej pielęgnacji -?matka Darwina hoduje je w ogrodzie
przy domu -?ale te wymagają przycięcia i uformowania. Darwin ma ochotę
naprawić dziury w żywopłocie i przywrócić porządek; zastanawia się, czy
będzie to część pracy. Iksory są zaniedbane.
W jasnym świetle poranka prawie wszystko wydaje się zmęczone i zniszczone. Wszystko z wyjątkiem długich pędów z fioletowymi kwiatami
rosnących na ziemi. Nie wyglądają, jakby je ktoś posadził. Biegną od
grobu do grobu, realizując własny plan. Darwin czuje w piersi gorąco,
gdy patrzy na pędy. Fioletowe kwiatki nie potrzebują nikogo, by się nimi
opiekował. Same decydują, jak żyć.
-?Fidelis jest stary -?mówi Errol, kiedy idą główną aleją. -?Po wejściu
widać daty na grobach. Leżą tu rodziny dawnych plantatorów i ich
niewolnicy. Cmentarz jest zbudowany podobnie do Port Angeles, przypomina
siatkę, widzisz? Główna aleja biegnie z północy na południe. -?Errol
wyciąga rękę jak policjant kierujący ruchem. Pozostałe aleje biegną ze
wschodu na zachód.
Darwin unosi wzrok i widzi niebiesko-białe tabliczki. Od głównej alei
odchodzą boczne drogi, niektóre tak szerokie, że zmieściłby się na nich
samochód, a inne tak wąskie, że dwóch mężczyzn ledwo mogłoby się
wyminąć.
-?Wszystkie aleje mają nazwy, a groby są ponumerowane. Shirley dba o dokumenty, zbiera papiery, mówi nam, w której kwaterze kopać. Nasza
praca jest prosta. Kopiemy groby.
Darwin kiwa głową i rozgląda się.
-?Koparką?
-?Widzisz miejsce, gdzie zmieściłaby się koparka? -?Errol się śmieje. -
Już ci powiedziałem, Fidelis jest stary. Nasza praca to łopata, widły,
brezentowa płachta, krew i pot. Wykopujemy część dołu przed pogrzebem,
chłopcy pokażą ci, jak to się robi. Kończymy robotę, gdy goście
śpiewają, modlą się albo co tam jeszcze robią.
-?Dlaczego nie wykopujecie całego grobu przed pogrzebem?
-?Tradycja. Tak się to odbywa na tym cmentarzu. Ludzie mają swoje
zwyczaje, to jeden z nich. Grzebiemy różne osoby, więc czasem są hymny,
czasem bębny, czasem w ogóle nie ma gości, przychodzi kilku ludzi, a potem wracają do domu. Te pogrzeby są najłatwiejsze.
-?Jak często? -?pyta Darwin.
-?Jak często są pogrzeby? No cóż, to zależy od pory roku i od tego, czy
miasto zaczyna szaleć. -?Errol krzywo się uśmiecha, wyjmuje z kieszeni
dwa papierosy, zapala jednego i daje drugi Darwinowi.
-?Nie, dziękuję. -?Darwin kręci głową.
-?Nie palisz?
-?Nie. Ale twoje palenie mi nie przeszkadza.
-?Słyszeliście?! -?Errol znowu się śmieje, tym razem cicho, a może to
cmentarz tłumi dźwięki. -?Nie przeszkadza ci, że palę. To, co ci
przeszkadza albo nie przeszkadza, nie ma tu żadnego znaczenia.
Darwin dochodzi do wniosku, że najlepiej nie odpowiadać. Wie, że Errol
próbuje go sprowokować. Postanawia zachować spokój.
Errol głęboko zaciąga się dymem.
-?Więc skąd jesteś, Darwinie? Ze wsi, co? Wyglądasz jak chłopak ze wsi.
-?Niezupełnie.
-?Już masz przede mną sekrety?
-?To żaden sekret. To, skąd pochodzę, nie ma żadnego znaczenia.
Skręcają w lewo na końcu głównej alei. Na tablicy znajduje się napis:
"Rząd 21". Nagle Fidelis się zmienia. W tym miejscu znajdują się rzędy
grobów. Czyste marmurowe nagrobki, niskie betonowe podmurówki
oddzielające od siebie sąsiednie kwatery. Wyglądają na niedawno
pomalowane. Cały ten obszar jest pokryty lantanami z maleńkimi
czerwono-żółtymi kwiatami wyrastającymi prosto z ziemi. Następny rząd
grobów wykonano z betonu, w nagrobkach znajdują się niewielkie otwory na
kadzidełka -?widać wiele wypalonych.
Docierają do grobu pokrytego chryzantemami i białymi różami. Ma nagrobek
z białego marmuru. Parszywy bezpański pies wącha kwiaty, pociąga nosem.
Darwinowi bije serce. Świeży grób. Napis brzmi: ANTHONY GRAHAM, UKOCHANY
OJCIEC. NA ZAWSZE W NASZEJ PAMIĘCI. Wyobraża sobie leżącego w trumnie
mężczyznę w porządnym garniturze, z twarzą sztywną jak deski, w których
go pogrzebano. Stoi z Errolem tuż przy grobie, patrząc na życie, jakby
było niczym.
Errol zauważa jego wzrok.
-?Pochodzenie zawsze jest ważne. Mówi, kim jest człowiek, co sobą
reprezentuje, co zaniedbuje, rozumiesz, o co mi chodzi?
Darwin patrzy na psa. Nie chce spojrzeć na Errola. Dwubarwne oczy
starego brygadzisty sprawiają, że czuje się dziwnie. Errol może się
wydawać prawie ślepy, ale Darwin jest pewien, że nic mu nie umyka.
-?Już powiedziałem. Ciężko pracuję. Nic poza tym się nie liczy.
Pies wyczuwa jakiś zapach. Sztywnieje, prostuje ogon. Zaczyna kopać
między kwiatami, rozrzuca je, rozsypuje ziemię.
-?Wynoś się stąd! -?warczy Errol. Okrzyk odbija się echem na cichym
cmentarzu. Pies odskakuje i ucieka, oglądając się na nich. -?Nie mam nic
przeciwko temu, że szukają tu jedzenia. Czasami ludzie zostawiają
ofiary.
Darwin kiwa głową. Idą dalej.
-?Dlaczego inne groby są zalane betonem? -?pyta.
-?Czasami rodzina wyjeżdża z miasta i nikt więcej nie zostaje pochowany
w kwaterze. Niektórzy decydują się na kremację. Czasem uważają, że
dzięki temu nikt nie przeszkadza ich umarłym. Ludzie są przesądni.
Darwin wie, że Errol nie zapomniał o pytaniu, skąd Darwin pochodzi, ale
wydaje się, że na razie nie zamierza znowu poruszać tego tematu. Darwin
nie chce o tym rozmawiać.
Zerka kątem oka na starego brygadzistę. W trakcie rozmowy Errol jest
spokojny, zachowuje się zupełnie inaczej niż w dniu, gdy Darwin po raz
pierwszy przyszedł na cmentarz. Nawet lekko kuleje. Wydaje się dzięki
temu niegroźny.
Mijają zakręt i Darwin widzi inną część Fidelisu. Te groby znajdują się
tuż obok siebie, nie ma podmurówek, furtek, płaczących posągów, krzyży,
marmurowych nagrobków. Wszystkie są wykonane z betonu, a napisy
namalowane ręcznie. Wokół rosną wysokie chwasty przypominające pióra,
krzaki mimozy, których liście zamykają się potrącone butem, wysoka trawa
i kolczaste pędy widziane wcześniej przez Darwina. Są ciemnofioletowe,
pokrywają wolne przestrzenie. Jest też mnóstwo śmieci. Stare butelki,
opakowania, część pantofla, karton po soku, odpadki.
-?Masz rodzinę? -?pyta Errol.
-?Tylko matkę -?odpowiada Darwin, a potem myśli o ciotce Enid,
przyjaciółce matki, która traktuje go jak syna. -?I ciotkę.
-?To dobrze. Mężczyzna powinien mieć dobrą matkę, która dba o rodzinę.
Nienawidzę niewdzięczności, wiesz? Nie znoszę ludzi zostawiających
starych rodziców na poboczu drogi. Nie potrafią być wdzięczni tym,
którzy im pomagali, gdy byli bezbronni.
Errol przyśpiesza i Darwin stara się za nim nadążyć. Znowu idą główną
aleją, z przodu widać budynek administracyjny i Darwin rozumie, że
spacer prawie się skończył.
-?Szybko się przystosujesz, chłopie. Widzę to. Mam wyczucie ludzi i wiem, że dasz sobie radę.
Darwin zastanawia się, co widzi stary człowiek, kiedy na niego patrzy,
jakie wyciąga wnioski. Może zauważył, jak patrzył na kwiaty? Na chwilę
zapomniał, że to dom umarłych, gdzie ktoś taki jak on, taki, jaki kiedyś
był, nie ma nic do roboty. Nie pomagaj Errolowi udawać, że Fidelis to
najnormalniejsze miejsce na świecie, że to praca jak każda inna.
-?Popatrz. -?Errol wręcza mu pęk kluczy. -?Główna brama i budynek
administracyjny.
-?Wszyscy mają klucze? -?Darwin je bierze.
-?Nie. Jest tylko jeden zestaw kluczy. Takie są zasady. Klucze ma rada
miejska i policja na wypadek nieprzewidzianych okoliczności, ale nie
chcą, by zbyt wielu pracowników miało klucze. Uważają to za zagrożenie.
Darwin patrzy na stare krzewy wymagające przycięcia, chwasty, zrujnowany
budynek i nagrobki.
-?Co można tu ukraść?
-?No cóż, na przykład żelazne ogrodzenia. Widzisz krzyże, Matkę Boską i aniołki? Marmur. To też kradziono. Ciągle by to robili, ale trudno
przeskoczyć przez mur z dużym kamiennym aniołem na plecach.
Errol śmieje się, jakby powiedział najzabawniejszy żart na świecie, ale
Darwin czuje lodowaty chłód. Ile to trwa? Kilka godzin? Skuć piedestał,
wyrwać ogrodzenie zatopione w betonie, wyłamać mosiądz, miedź, metal
osadzony w kamieniu? Jak człowiek dochodzi do stanu, gdy może obrabować
grób?
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki