Kiedy Bóg puszcza do ciebie oko - SQuire Rushnell

-
Proszę czekać

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Boże mrugnięcia mają charakter osobisty

Mija kolejny z tych dni, kiedy wszystko wydaje się pozbawione sensu.

Myślisz: "Czy nie byłoby wspaniale obudzić się pewnego ranka i mieć pewność co do wszystkiego?". Pewność odnośnie do miłości? Pewność odnośnie do pracy? Pewność odnośnie do przyszłości?

Z kim mógłbyś o tym porozmawiać? A przede wszystkim - kto by cię wysłuchał?

Niepewnie kierujesz wzrok ku niebu.

"Halo? Jesteś tam, Boże?".

A potem twój umysł prędko ocenia wagę twojego żądania. Chcesz, by Bóg ciebiewysłuchał, natychmiast. To niedorzeczne. Tę planetę zamieszkuje około siedmiu miliardów ludzi. A jeśli oni wszyscy wołają do Boga równocześnie?

Smutno ci. Jesteś w psychicznym dołku.

I nagle coś się dzieje.

Zwyczajne głupstwo.

Ktoś, o kim właśnie pomyślałeś po raz pierwszy od lat, jak gdyby nigdy nic do ciebie dzwoni; głupi zbieg okoliczności, tak głupi, że kwitujesz go wzruszeniem ramion. Albo - twoja modlitwa niespodziewanie zostaje wysłuchana! Lewa półkula twojego mózgu natychmiast przypomina ci stwierdzenie, które kiedyś słyszałeś: "Wszystko ma swoje matematyczne wytłumaczenie".

- Ale... - mówisz - może to nie tylko zbieg okoliczności czy przypadek!

Może to Bóg komunikuje się z tobą.

Tak, bezpośrednio z tobą!

Potrząsasz głową.

Skądże. To niemożliwe.

Jednak... co, jeśli Bóg komunikuje się z tobą niewerbalnie, pozwalając na mały cud, który rozgrywa się właśnie przed twoimi oczami? W końcu Bóg nie przemawia do ludzi ludzkim głosem. Jest Bogiem... Mógłby zrobić coś, czego nikt inny nie potrafi, aby ci udowodnić, że to Jego dzieło!

A skoro tak, znaczyłoby to, że On jednak nas słucha! Racja?

Naprawdę cię usłyszał!

A co, jeśli posługując się takim dziwnym zbiegiem okoliczności czy wysłuchaną modlitwą, On wysyła ci - właśnie tobie, wybranemu spośród miliardów innych ludzi - bezpośrednie, osobiste zapewnienie o swoim wsparciu? Abyś przestał się martwić? Abyś nie tracił wiary? Abyś wiedział, że wszystko będzie dobrze?

To, mój drogi czytelniku, jest istotą tej książki.

TA KSIĄŻKA JEST O TOBIE

Każda sytuacja nazywana przez niektórych zbiegiem okoliczności czy też każda wysłuchana modlitwa to bezpośrednie dane przez Boga zapewnienie o Jego wsparciu dla nas - coś, co nazywam okiem puszczonym przez Boga.

Można tu przywołać sytuację, gdy jako dziecko siedziałeś przy stole w jadalni. Gdy popatrzyłeś w górę, to dostrzegałeś, że patrzy na ciebie ktoś, kogo kochasz. Mama, tata czy dziadek. Puszczali wówczas do ciebie oko.

"Ty bowiem jesteś narodem poświęconym Panu, Bogu twojemu. Ciebie wybrał Pan, Bóg twój, byś (...) był ludem będącym Jego szczególną własnością".

Pwt 7, 6 1

Taka rozmowa bez słów poprawiała ci nastrój.

Co to znaczyło? Prawdopodobnie: "Cześć, słonko... Właśnie teraz o tobie myślę. Jestem z ciebie dumny. Wszystko będzie dobrze".

Oto, czym jest oko puszczone przez Boga.

Każdy tak zwany zbieg okoliczności i każda wysłuchana modlitwa to sposób, w jaki On komunikuje się z tobą bez słów. Mruga do ciebie, mówiąc: "Cześć słonko... Właśnie teraz o tobie myślę!".

Wyraźnie dodaje ci otuchy; bez względu na to, jak wiele niepewności jest obecnie w twoim życiu, On pomoże ci odnaleźć pewność.

To znak, że nigdy nie jesteś sam. W rzeczywistości jesteś zawsze w Jego GPS-ie, Jego globalnym systemie nawigacyjnym, który lubię nazywać Bożym Systemem Nawigacyjnym.

Niniejsza książka w założeniu ma dowieść, że każde Boże mrugnięcie, które zdarza się w twoim życiu, jest bardzo osobistym doświadczeniem. Zebrałem wiele porywających opowieści, które jedna po drugiej przekonają cię, że już nigdy nie będziesz musiał się zastanawiać nad swoim miejscem pośród blisko siedmiu miliardów ludzi zamieszkujących kulę ziemską. Podobnie jak bohaterowie historii, które wkrótce przytoczę, zrozumiesz, gdzie jest twoje miejsce w momencie, kiedy tylko Bóg do ciebie mrugnie. Tak jest, jesteś pierwszy na liście.

Jasne jak słońce2

Mavis Jackson przejeżdżała nieopodal Kryształowej Katedry w Garden Grove, w stanie Kalifornia. Od dwudziestu lat powtarzała sobie: "Któregoś razu tam zajrzę".

Pewnego niedzielnego poranka w końcu to zrobiła. Założywszy najlepsze ubranie, zdecydowała po prostu: "Teraz albo nigdy".

Mavis dotarła na miejsce wcześniej, zajęła więc miejsce pośrodku i przyglądała się wypełnionemu ludźmi ogromnemu kościołowi zdolnemu pomieścić trzy tysiące wiernych. Uroczyste głosy chóru, które zdawały się otaczać ją ze wszystkich stron, wywarły na niej ogromne wrażenie. Prawie oniemiała z zachwytu, kiedy na początku mszy znaczna część szklanego sufitu przesunęła się, tworząc swoisty "szyberdach", tak jakby nawet ptaki zostały zaproszone na nabożeństwo.

Pod koniec mszy Mavis wstała i czekała, aż zwolni się miejsce w przejściu. Starając się nie okazywać przesadnego entuzjazmu, odezwała się do młodej kobiety stojącej obok:

- Tak się cieszę, że tu dziś przyszłam. Czyż nie było cudownie?

Tamta skinęła głową.

- Jesteś stąd? - zapytała Mavis.

- Nie, ze Środkowego Zachodu - odparła młoda kobieta i dodała: - W zasadzie przyjechałam tu z misją. Chcę znaleźć swoją matkę. - Nastąpiła chwila ciszy.

- Wiem, co czujesz - powiedziała Mavis. - Dawno temu musiałam oddać do adopcji małą dziewczynkę. Nie chciałam tego, ale...

"Serce człowieka obmyśla drogę, lecz Pan utwierdza kroki".

Prz 16, 9

Znów zapadło milczenie.

Młoda kobieta spojrzała Mavis głęboko w oczy.

- Pamiętasz, kiedy są jej uro­dziny?

- Tak - odparła ostrożnie Mavis. - Trzydziestego października.

- To dzień moich urodzin.

Tak, to prawda! Niezwykły "zbieg okoliczności" - Boże mrugnięcie - połączył matkę i córkę po długiej rozłące. Jakie mogło być prawdopodobieństwo, że coś takiego się stanie?

Usiadły.

Młoda kobieta przedstawiła się jako Cheryl Wallace.

Cheryl wyjaśniła, że od lat nękała ją uporczywa myśl, że nie zna swojej rodzonej matki ani - co ważniejsze - nie wie, dlaczego ta ją zostawiła.

W jej niewielkim mieście na Środkowym Zachodzie nikt nie dodawał jej otuchy.

"Szukasz igły w stogu siana" - zawyrokował urzędnik miejski.

"Nie ma po niej śladu" - mówili inni.

W końcu sugestia kogoś, komu wydawało się, że słyszał o wyprowadzce biologicznej matki Cheryl do hrabstwa Orange w Kalifornii, sprawiła, że znalazła się akurat tu i teraz.

Nawet w najbardziej optymistycznych przypuszczeniach Cheryl nie przyszedłby do głowy tak nieprawdopodobny scenariusz: że taka niepewność skończy się taką pewnością - i to za sprawą wydarzeń, które mógł zaaranżować tylko Bóg.

Kiedy zaś potwierdziły, że ten wspaniały cud jest prawdą - że są matką i córką, które zostały na długo rozdzielo­ne - wiedziały, że Dzień Matki już nigdy nie będzie taki sam.

Czego możesz się nauczyć dzięki historii Mavis i Cheryl? Tego, że istnieje wielka siła, potężniejsza niż my wszyscy, która nas obserwuje, sterując naszym życiem. A kiedy będziemy działać, pełni wiary, tak jak Cheryl, która szukała swojej matki, możemy otrzymać to, czego pragnie nasze serce. Możemy zmienić niepewność w pewność.

Zastanawiam się, czy w przeszłości zdarzyło ci się działać, kierując się wiarą... na przykład w młodości. I czy w rezultacie twoja wiara została nagrodzona. Jeśli tak, być może twoje doświadczenia przypominają sytuację opisaną poniżej.

Niezwykła opowieść Tima

- Kiedy dorastasz w miejscu takim jak Chagrin Falls w stanie Ohio - powiedział światowej sławy aktor komediowy Tim Conway - jest to samo w sobie doświadczenie o charakterze religijnym. Każdy mieszkaniec miasta dba o ciebie i się o ciebie troszczy.

Rodzinne miasto Tima Conwaya odzwierciedlało rzeczywistość przedstawianą na obrazach Normana Rock­wella. Pomiędzy niedzielnymi nabożeństwami w dwóch lokalnych kościołach mieszkańcy, niczym wielka rodzina, uczestniczyli w życiu pozostałych osób. Co rano lekarze wychodzili z domów, aby opatrywać rany, mechanicy spieszyli naprawiać samochody, nauczyciele szli zadbać o rozwój dziecięcych umysłów, podczas gdy małe dziewczynki grały w klasy na pomalowanych kredą chodnikach, a chłopcy, w drodze nad rzekę, sprawdzali wyważenie bambusowych tyczek do łowienia ryb.

W wieku dwunastu lat Tim roznosił gazety, próbował gumy do żucia przylepionej na spodzie krzesła i marzył o własnej wiatrówce Red Ryder BB.

Bóg był obecny w życiu chłopca jako ogromna, tajemnicza siła. Mimo że Tim nie miał dowodu na Jego istnienie, nie miał też powodu, aby w niego wątpić. W końcu każdy mówił, że On jest.

W umyśle chłopca z Chagrin Falls ważne miejsce zajmowało też coroczne Święto Rozkwitu, któremu towarzyszyły największa parada w roku i zabawy uliczne.

Nocą w dole rzeki wyrosła magiczna miniwioska. Ogromny diabelski młyn wznosił się ponad kościelną wieżę, dokoła rozbrzmiewała rytmicznie melodia karuzeli, a zapachy prażonej kukurydzy i smaru drażniły nozdrza chłopca.

W kieszeni Tima brzęczało pięćdziesiąt centów, kiedy po uporaniu się z sobotnimi obowiązkami maszerował w stronę miasteczka. Podobało mu się, jak monety dźwięczą w jego kieszeni.

Po wypiciu coli i zakupie biletu na diabelski młyn zaczął się starannie rozglądać wśród stoisk z grami, aby ustalić, przy którym z nich mógłby zgarnąć najlepszą nagrodę.

Wówczas go zobaczył! Biały, plastikowy, lśniący w ciemności krucyfiks, który wisiał na zielonej wstążce. Z jakiegoś niewyjaśnionego powodu emanował niezwykłym urokiem.

Długowłosy mężczyzna z brudnymi paznokciami oświadczył, że wystarczy zaledwie dziesięć centów, aby Tim zdobył nagrodę... może właśnie tę, której się przygląda. Ściskając wędkę, chłopiec zarzucił linkę z haczykiem nad niewielkim zbiornikiem z wodą, w którym podrygiwało sześćdziesiąt plastikowych kaczuszek. Wyciągnięcie niektórych oznaczało nagrodę, ale wyłowienie tylko jednej z nich upoważniało tego, komu się to uda, do odbioru krzyża, który świecił w ciemności.

Pierwsza dziesięciocentówka, pierwsza próba. Nic.

Druga dziesięciocentówka, druga próba... Złapał plastikową kaczkę na haczyk, ale w nagrodę otrzymał tylko tani wisiorek.

Trzecia dziesięciocentówka, ostatnia próba. Jeszcze jeden bezwartościowy przedmiot.

Z każdą kolejną porażką coraz lepiej zdawał sobie sprawę z trudności zadania. Równocześnie krucyfiks stawał się jeszcze bardziej pożądany. Tylko że Tim nie miał już pieniędzy.

Ruszył w stronę domu, myśląc o tym, jak dobrze ten krzyż wyglądałby nocą, kiedy świeciłby w ciemnościach spowijających jego pokój.

Tim zwiesił głowę, rozmyślając nad swoim losem. Tak bardzo chciał mieć ten krucyfiks.

A niech to.

W tym momencie dostrzegł skarb... leżącą na chodniku błyszczącą dziesięciocentówkę. Podniósłszy ją - zdawałoby się, że w zwolnionym tempie - Tim pobiegł z powrotem w stronę miasteczka.

"Raduj się w Panu, a On spełni pragnienia twego serca".

Ps 37, 4

Ponownie ocenił sytuację. Jedna szansa na sześćdziesiąt, że wyciągnie z mętnej wody błyszczący krucyfiks. Trzymając dłoń w kieszeni, obracał dziesięciocentówkę w palcach, tylko po to, by się przekonać, że moneta wciąż tam jest. To był niezwykle ważny moment, który wymagał największego skupienia.

Tim przystanął w połowie drogi.

Oparłszy się o rosły klon, złożył głowę na ramieniu i zdecydował, że przetestuje tajemniczą Bożą siłę.

- Panie... - zaczął z wahaniem, niepewny, jak brzmią słowa, którymi powinno się zwracać do Wszechmogącego - naprawdę chciałbym... tamten biały krzyż. Ten... na zielonej wstążce... ten świecący w ciemności.

Tim odwrócił się od drzewa i pewnie ruszył w stronę budki. Długowłosy mężczyzna z brudnymi paznokciami pamiętał go. Spojrzał na niego, lekko uniósł brew i wyciągnął umorusaną dłoń.

Dziesiątka, którą chłopak wyjął z kieszeni, szybko zmieniła właściciela.

Mężczyzna podał Timowi wędkę, a ten zmarszczył brwi, zacisnął wargi, tak że z ust wystawał mu tylko czubek języka, umieścił drąg nad wodą i ze skupieniem godnym miotacza pierwszej ligi zanurzył haczyk, po czym wyciągnął akurat tę kaczkę, na której wyłowienie szanse równały się niemal zeru. Należała mu się nagroda; świecący w ciemności krucyfiks na zielonej wstążce!

- Trzymałem ten krzyż pod poduszką dopóty, dopóki nie poszedłem do college'u - mówi Tim. - Wciąż go mam.

Przez kolejne lata, podczas których zdarzało się wiele okresów pełnych niepokoju - od egzaminów w college'u po castingi - Tim Conway zawsze cieszył się poczuciem bezpieczeństwa, a to dzięki pewności siebie, jaką zyskał tamtego dnia pod klonem podczas karnawału w Chagrin Falls. Niewielki przedmiot przez długi czas stanowił dla niego potwierdzenie, że otrzymał osobistą odpowiedź na swoją modlitwę - mrugnięcie, o którym nigdy nie zapomniał.

TEST

A ty? Czy podobnie jak Timowi Conwayowi wydaje ci się, że Bóg jest tajemniczą, niematerialną istotą? Ludzie mówią, że On istnieje, ale nie jesteś tego pewien? A może Go wypróbujesz?

Zaufaj Jego istnieniu, tak jak Tim, a zobaczysz, że otrzymasz osobistą wiadomość w postaci mrugnięcia.

Kiedy Bóg się uśmiecha

Danielle uwielbiała uśmiechnięte twarze. Naklejała je wszędzie w swoim pokoju. Wysyłała je na kartkach z pozdrowieniami. Rysowała w listach - okrągłe buzie z oczami i uśmiechem.

- Współgrały z jej osobowością - powiedział jej ojciec, Daniel Heard.

Jako uzdolniona muzycznie dziewiętnastolatka miała się wybrać w podróż z domu w Michigan do Los Angeles, aby się spotkać z producentami, którzy uznali, że jej piosenki - skomponowała ich ponad dwadzieścia - mają szansę stać się hitami.

Wówczas zdarzyła się tragedia. Utrata panowania nad kierownicą. Zderzenie czołowe. Dziewczyna zginęła.

Nie jesteśmy w stanie wyobrazić sobie bólu pogrążonych w żałobie rodziców i dwóch starszych sióstr Danielle. Życie nie przygotowuje nas na tego rodzaju nieszczęścia.

Dziewięć miesięcy później jej ojciec wciąż czuł w sercu nieutulony żal. Daniel stał samotnie na ganku na tyłach swojego domu, patrząc w las. Była ciemna noc. Niebo zasnuły czarne chmury.

- Mój Boże... to nadal boli. Mój Boże... proszę, daj mi znak, że z Danielle wszystko w porządku. Że jest z Tobą - lamentował. Następnie pochylił głowę i przepełnionym smutkiem głosem powiedział: - Podejrzewam, że nie jestem tego godzien.

Na ganek padł promień światła. Daniel spojrzał w górę, a jego oczom ukazał się cudowny widok. Na czarnym niebie utworzył się prześwit, w którym idealnie zmieścił się księżyc w pełni. Daniel przypatrywał się mu, rozpoznając zlokalizowane w górnej części kratery przypominające ludzkie oczy. Następnie na dolną część tarczy księżyca powoli nasunęła się wąska, ciemna chmurka, która się zatrzymała... a jej boki uniosły się ku górze.

Poprzez ten bezpośredni, osobisty kontakt Bóg puścił oko do Daniela.

Przez całe piętnaście czy dwadzieścia sekund księżyc w pełni wyglądał jak uśmiechnięta buźka, właśnie taka, jakie zbierała Danielle.

- Dziś doradzam i pomagam innym rodzicom, którzy zmagają się z żałobą - powiedział Daniel. - Mówię im, że powinni się spodziewać, iż ból, złość i smutek będą przychodziły falami. Aż pewnego dnia wszystko będzie dobrze. Kiedy indziej, wiele miesięcy później, zaleją się łzami. I od czasu do czasu otrzymają znak, Boże mrugnięcie, które doda im otuchy.

Trzy miesiące po tym, jak ujrzał na niebie uśmiechniętą twarz, Daniel przeprowadził się z żoną Paulą do nowego domu. Budowano go przez cały poprzedni rok na pięcioakrowej działce, którą Danielle wybrała jeszcze przed wypadkiem.

Było chłodne niedzielne popołudnie. Daniel wiedział, że musi jeszcze zebrać przed pierwszym śniegiem wszelkie kawałki drewna i śmieci pozostawione przez elektryków, ekipę odpowiedzialną za oblicówkę i innych budowlańców. Przez trzy godziny pracował, pchając ciężką, załadowaną stertami śmieci taczkę po błotnistym terenie. Przez cały ten czas myślał o Danielle. Nieustannie przypominał sobie uśmiechnięty księżyc. Cieszył się, że Bóg do niego przemówił. Teraz, kiedy wiedział, że z Danielle wszystko w porządku, chciał jeszcze mieć pewność, że ona jest z Nim.

Do oczu napłynęły mu łzy. Poczuł ucisk w gardle i rozpłakał się głośno.

"Płacz nadchodzi z wieczora, a rankiem okrzyki radości".

Ps 30, 6

Daniel pracował jeszcze przez kilka minut. Zadowolony, że wkrótce skończy, zaczął się rozglądać za kawałkami drewna. Dostrzegł jeszcze jeden. Podszedł do niego i przykucnął, aby go podnieść. Był to kawałek deski do elewacji o długości około dwudziestu pięciu centymetrów. Podniósł ją i odwrócił. Nie mógł uwierzyć własnym oczom. W drewnie, prawdopodobnie gwoździem, wyryto słowa:

"Cześć, tato".

Oniemiały, przez kilka chwil z niedowierzaniem wpatrywał się w Boże mrugnięcie, które trzymał w rękach!

Nie mógł się doczekać, aż wejdzie do środka i opowie o wszystkim żonie. Później o tym rozmawiali. O znaczeniu uśmiechu widocznego na księżycu i o kawałku deski oraz o fakcie, że wszystkie te rzeczy dały się zauważyć w chwili błagania Boga o zapewnienie, że ich córka jest w niebie.

Paula zauważyła, że pracownik kładący elewację pracował razem z synem. Prawdopodobnie to stąd słowa: "Cześć, tato" wzięły się na desce. Spojrzeli na siebie i równocześnie wzruszyli ramionami: "I co z tego?". Ktokolwiek zostawił ten fragment deski, był Bożym Ogniwem.

BOŻE OGNIWA

Bóg wykorzystuje innych ludzi jako swoich posłańców, którzy przekazują nam Jego mrugnięcia. W rzeczywistości każdemu z nas zdarzyło się być posłańcem dobra, nie mając najmniejszego pojęcia, że Bóg posługuje się nami w ten sposób.

Kiedy ktoś, o kim myślimy, dzwoni do nas ni stąd, ni zowąd, prawie nigdy nie pytamy, dlaczego telefonuje akurat teraz. Kiedy ktoś, kogo spotkaliśmy, zmienia całkowicie bieg naszego życia, zazwyczaj nie pytamy, dlaczego ta osoba była w danej chwili w danym miejscu.

Ci ludzie to Boże Ogniwa.

W poprzedniej opowieści ważne było nie to, kto był posłańcem, ale to, że podniesiona na koniec przez Daniela deska zawierała bardzo osobistą wiadomość, którą chciał mu przekazać Bóg.

Pomyśl o sytuacji, kiedy to ty byłeś takim ogniwem - osobą, która ni stąd, ni zowąd zadzwoniła do kogoś, kto akurat o niej myślał. A może zdarzyło ci się spotkać kogoś i spotkanie to doprowadziło do zmiany biegu życia tej osoby. Byłeś Bożym Ogniwem, nieświadomym posłańcem Bożej dobroci.

Teraz, kiedy zwróciłem na to uwagę, miło o tym wiedzieć, prawda?

Fotografia

"Nie wiedziałam, że pochodzisz z rodziny królewskiej" - nabazgrała żartobliwie przyjaciółka Janet na zdjęciu z "New York Daily Mirror". - "Wygląda zupełnie jak ty".

Janet się uśmiechnęła.

Rzeczywiście. Pokazana na zdjęciu kobieta, która rozwodziła się z brytyjskim markizem, wyglądała zupełnie jak ona - miała ciemne włosy sięgające ramion. Rozbawiło to Janet. Schowała wycinek z gazety datowanej na 21 maja 1954 roku razem z innymi pamiątkami.

Minęło pięćdziesiąt lat.

W wieku trzydziestu ośmiu lat David Gutterman osiągnął ten etap w życiu, kiedy zdążył się już pogodzić z tym, że jeśli nie spotka odpowiedniej kobiety, będzie musiał zaakceptować fakt, że zostanie kawalerem. Kiedy jednak na jego drodze stanęła Romaine Orthwein, trzydziestodziewięciolatka zajmująca się fotografią artystyczną, wiedział, że to ta jedyna. Ona poczuła to samo. Zaaranżowali randkę w ciemno i natychmiast spodobali się sobie nawzajem.

Ich związek rozwijał się wyjątkowo szybko; David i Romaine odwiedzili rodziców mężczyzny w hrabstwie Westchester w stanie Nowy Jork. Spostrzegłszy kolekcję oprawionych w ramki rodzinnych zdjęć, Romaine nie mogła wyjść z podziwu.

- Twoja mama wygląda tak jak moja niegdyś - powiedziała w zamyśleniu, przypomniawszy sobie stojące na jej komodzie zdjęcie własnej matki. Mama Romaine zmarła, kiedy ta miała zaledwie dziewięć lat.

- To zdjęcie zaręczynowe - odparł David, kiedy kontynuowali swój spacer po domu.

Przez następne miesiące David i Romaine stawali się sobie coraz bliżsi i wkrótce poruszyli temat małżeństwa. David zaczął się zastanawiać, co zrobić, aby jego oświadczyny były wyjątkowe.

W końcu wpadł na pewien pomysł. Przy kilku okazjach Romaine sugerowała, aby wybrali się z Brooklynu, gdzie mieszkali, na Manhattan, w celu odwiedzenia galerii sztuki w SoHo. Tak naprawdę średnio podobała mu się ta propozycja, ale teraz doszedł do wniosku, że będzie to idealny wybieg pozwalający zabrać kobietę do miejsca, którego nigdy nie zapomni.

- Taki ładny dzień, może przejdziemy przez Most Brooklyński, a potem złapiemy taksówkę do SoHo? - zasugerował jakby od niechcenia.

Romaine była podekscytowana.

W połowie mostu David zaproponował gestem odpoczynek na ławce. To była chwila, którą planował.

- Mam dla ciebie prezent - powiedział, wyciągając z kieszeni paczkę wielkości książki.

- Och, uwielbiam prezenty! - krzyknęła Romaine, sądząc, że to tomik poezji.

W środku znajdowała się srebrna ramka z uderzająco piękną, przedstawiającą ich dwoje fotografią, której nie widziała wcześniej. Na zdjęciu tańczyli. David szeptał coś do ucha Romaine, a ona się uśmiechała.

- Bardzo ci dziękuję. Jest wspaniała! - krzyknęła.

- Podoba ci się ramka? - zapytał David.

Spojrzała na niego dziwnie.

- Jest srebrna - podpowiedział. - Pasuje do pudełka.

- Jakiego pudełka?

Wyjął z kieszeni zabytkowe, srebrne pudełeczko na pierścionek. Wygrawerowano na nim imię Romaine. Pierścionek był w środku.

- Wyjdziesz za mnie? - zapytał, gdy otworzyła pudełko.

Jej oczy rozbłysły. Uśmiechnęła się, objęła go i powiedziała:

- Tak. O, tak!

Przebiegli całą drogę powrotną do Brooklynu. Chcieli zadzwonić do wszystkich i przekazać im dobrą wiadomość.

- Wiedziałam, że on tak naprawdę nie chce iść do galerii - paplała Romaine.

Przez chwilę, kiedy siedziała w milczeniu z zabytkowym pudełeczkiem, pomyślała z tęsknotą o matce; o tym, jak chciałaby się z nią podzielić swoją radością.

Przygotowania do ślubu rozpoczęto natychmiast. Ro­maine zaplanowała jedno przyjęcie zaręczynowe w St. Louis, gdzie mieszkał jej ojciec i ona sama dorastała, następne zaś w Nowym Jorku, gdzie wychowywał się David.

Zaraz przed pierwszym przyjęciem zaręczynowym w St. Louis matka Davida, Janet Gutterman, zadzwoniła z przeprosinami, że nie uda jej się przyjechać. Była chora.

- Naprawdę chciałem, abyś poznała rodzinę Romaine - powiedział David z rozczarowaniem w głosie.

- To może... chociaż pokażesz im moje zdjęcie? - odpowiedziała życzliwie, starając się znaleźć jak najlepsze wyjście z niefortunnej sytuacji.

- Czy to dobry pomysł? - zażartował David w odpowiedzi. - Chodzi mi o to, że jesteś bardzo podobna do matki Romaine. Czy to nie wprawi w zakłopotanie jej ojca?

- Powiedz mi coś więcej o matce Romaine - odparła z ciekawością Janet, przypominając sobie, że David już wcześniej wspominał o tym podobieństwie.

- Wyszła za markiza Milford-Haven, Davida Mountbattena. Następnie, dziesięć lat przed swoją śmiercią, poślubiła ojca Romaine - odparł, starając się odtworzyć sobie w pamięci te fakty.

Coś zaczęło jej krążyć po głowie.

"Dlaczego z czymś mi się to kojarzy?" - zastanawiała się Janet, próbując przypomnieć sobie jakieś wydarzenie z przeszłości.

Wiedziona ciekawością, wybrała się na strych, aby zajrzeć do niewielkiej skrzyni, w której trzymała pamiątki. Przeglądając je, natknęła się na wycinek z gazety, który z jakiegoś powodu postanowiła zatrzymać. Była to pochodząca z 1954 roku fotografia kobiety z "New York Daily Mirror", której podobieństwo do niej sprawiło, że koleżanka przysłała jej zdjęcie z notatką: "Wygląda zupełnie jak ty".

Przyglądając się starej fotografii, Janet wydała z siebie głośny okrzyk. Natychmiast zadzwoniła do swojego syna.

- Davidzie, mam stare zdjęcie z gazety. Nie mogę w to uwierzyć - powiedziała bez tchu. - Mam gęsią skórkę! Kobieta z gazety, która wygląda jak ja... ona jest matką Romaine!

Jeszcze raz przeczytała podpis, aby się upewnić. To musiała być ona.

- Romaine wspominała, że nosi takie samo pierwsze imię jak jej matka. Podpis pod zdjęciem ze starej gazety informował, że Romaine Pierce Simpson rozwodzi się z markizem Milford-Haven.

"Tym, którzy wierzą naprawdę, nie potrzeba cudów. Wątpiącym żaden cud nie wystarczy"3.

Nancy Gibbs

- Zaniemówiłem - opowiadał David. - Zdjęcie, które ukazało się w gazecie na długo przed urodzinami Romaine, ujrzało ponownie światło dzienne pięćdziesiąt lat później, z dokładnością co do miesiąca, w maju 2004 roku, akurat, kiedy planowaliśmy przyjęcie zaręczynowe. Jakie mogło być prawdopodobieństwo, że coś takiego się stanie? I że nasze matki będą wyglądały zupełnie tak samo; będą miały takie same twarze i fryzury? Tylko pomyśl - kontynuował. - Moja żona i jej matka obie otrzymały imię Romaine i obie wyszły za mąż za mężczyznę o imieniu David. Dwie Romaine i dwóch Davidów.

- Byłam wstrząśnięta - powiedziała Romaine. - Zbiegi okoliczności nie są dla mnie niczym dziwnym. Wierzę, że przypadki mają miejsce z jakiegoś powodu. Mimo to poruszyła mnie ta sprawa. Czułam, że moja matka chce przekazać mi, że zdecydowanie akceptuje Davida.

Dziś zdjęcie matki Romaine nadal znajduje się na jej komodzie, tuż obok fotografii przedstawiającej Davida i ją, tańczącą i śmiejącą się, w pobliżu grawerowanego srebrnego pudełeczka na pierścionek.

W albumie Janet Gutterman znajdują się obok siebie dwie - prawie identyczne - fotografie dwóch matek.

Bóg istnieje

Starszy człowiek przemawiał z ambony nieśmiało, łamaną angielszczyzną, niepewny, czy zebrani zrozumieją jego kazanie.

Jego syn, Arthur Caliandro, zdecydowanie wyróżniał się spośród rówieśników podczas nauki w prestiżowym Unijnym Seminarium Teologicznym (Union Theological Seminary) w Nowym Jorku.

Jednym z cenionych przywilejów studentów ostatniego roku, których ojcowie byli duchownymi, było zapraszanie ich, by wygłosili mowę. Arthur wiedział, że jego pochodzący z Włoch rodzic z niepokojem wyczekiwał tego dnia. Ojciec wyemigrował do Portland w stanie Maine, gdzie stał się szanowanym pastorem niewielkiego kościoła włosko-amerykańskiego. Dzisiaj jednak, wygłaszając kazanie w murach prawdziwego bastionu studiów teologicznych, miał nadzieję, że mimo swojego włoskiego akcentu zdoła sprawić, aby syn był z niego dumny.

Ojciec Arthura wypracował sobie ujmujący sposób wykorzystywania przykładów do wyjaśnienia tego, co pragnął przekazać. Tego ranka opowiedział historię, która miała obrazować, w jaki sposób Bóg wykorzystuje czasem tajemnicze środki w celu bezpośredniego komunikowania się z nami. Była to opowieść o człowieku ze Środkowego Zachodu, który się przestraszył, kiedy wpadający przez otwarte okno podmuch wiatru przewrócił ramkę stojącą na komodzie w jego sypialni. Znajdowało się w niej zdjęcie jego ojca. Dopiero później dowiedział się, że jego ojciec zmarł dokładnie w tamtej chwili.

Arthur był zażenowany.

W przypływie młodzieńczej arogancji zastanawiał się, co jego koledzy pomyślą o tak niewyszukanej opowieści.

"Tato! Dlaczego posłużyłeś się tą historią?" - zapytał potem ostro ojca.

Natychmiast zrozumiał, że jego słowa są krzywdzące. Uderzyły ojca prosto w serce, zraniły jego uczucia. Przez wiele lat Arthur chciał cofnąć tamtą chwilę lekkomyślności, mając nadzieję, że jego ojciec tak naprawdę wiedział, że on był z niego dumny tamtego dnia.

Minęły całe lata.

Arthur Caliandro zrobił imponującą karierę jako duchowny i przez ponad dwie dekady był charyzmatycznym kaznodzieją przemawiającym z ambony słynnego kościoła Marble Collegiate Church w Nowym Jorku jako wybrany w drodze przemyślanej selekcji następca dr. Normana Vincenta Peale'a.

Pewnego lata Arthur i jego rodzina wybrali się na wakacje na niewielką wysepkę na wybrzeżu stanu Maine. Jego młodszy brat przebywał tam razem z żoną i dziećmi. Na miejscu znaleźli się też żona i dzieci jego starszego brata, Bruna, który został w Nowym Jorku. Ich dni były wypełnione różnymi czynnościami; dorośli dyskutowali, a dzieci pozostawały w ciągłym ruchu.

Któregoś dnia, późnym rankiem, do ich uszu dobiegł przeciągły dźwięk syreny straży pożarnej.

Żona Bruna, Carol, wstała w swojej przyczepie i - zachowując się zupełnie inaczej, niż można by się po niej spodziewać - wezwała wszystkich dorosłych i dzieci do wspólnych poszukiwań miejsca pożaru.

Kiedy jednak dotarli na opustoszały teren po drugiej stronie wyspy, nie znaleźli tu ani śladu ognia.

Obserwując wycofujący się wóz straży pożarnej, członkowie rodziny wzruszyli ramionami i z rozbawieniem zastanawiali się, z jakiego powodu, o ile taki był, zostali zebrani razem w takiej odludnej okolicy.

Roześmiali się i wrócili do domu.

Zadzwonił telefon.

To był Bruno.

- Tata właśnie zmarł - oznajmił ze smutkiem. - Zawał.

Rodzina była zdruzgotana.

Dopiero później Arthur i jego bracia ustalili, że fałszywy alarm zagnał ich w ustronne miejsce dokładnie w momencie śmierci ojca.

Zupełnie, jakby tak zarządził Bóg.

Po latach Arthur świadomie połączył ze sobą te dwa wydarzenia związane z jego ojcem - historię, która wprawiła Arthura w zakłopotanie i spowodowała, że zranił ojcowskie uczucia, oraz przygodę na wyspie.

Przypomniał sobie ten moment w opowieści ojca, w którym mówił on o Bogu zaznaczającym swoją obecność w naszym życiu poprzez drobne, a zarazem wyjątkowe wydarzenia, takie jak podmuch wiatru przewracający fotografię człowieka, który właśnie umiera. Arthur skojarzył to z sytuacją, w której dzięki Bożemu mrugnięciu rodzina jego ojca została wezwana w odludne miejsce dokładnie w tym momencie, kiedy ojciec zmarł.

- Musimy zwracać uwagę na podobne duchowe związki w naszym życiu - powiedział Arthur. - Świadczą one o istnieniu Boga, o tym, że Bóg istnieje, a Jego tajemnica jest nieopisana.

BARDZO OSOBISTY SPOSÓB

Mavis, Tim, Daniel, Romaine i Arthur - wszyscy oni otrzymali osobistą, pocieszającą wiadomość z góry. Mavis nie spodziewała się mrugnięcia od Boga, które połączyło ją z utraconym dawno temu dzieckiem i odmieniło jej życie. Tim Conway, sprawdzając istnienie Boga, otrzymał odpowiedź w postaci błyszczącego w ciemności krzyża na zielonej wstążce, z którym od tego czasu się nie rozstawał.

Daniel, desperacko szukając zapewnienia, że jego córka jest w niebie, dostrzegł Boże mrugnięcie stanowiące bezpośrednią odpowiedź od Boga. Romaine, pragnąc w głębi duszy, aby jej nieżyjąca od dawna matka mogła dzielić z nią weselne szczęście, uzyskała zdecydowane potwierdzenie w postaci podobieństwa, jakie łączyło jej matkę i matkę Davida. Artur zaś, który skojarzył dwa niezwykłe wydarzenia dopiero wiele lat później, był w stanie docenić cudowne Boże "sztuczki" z szerszej perspektywy.

"Myśl o Nim na każdej drodze, a On twe ścieżki wyrówna".

Prz 3, 6

Być może rozpoznajesz w tych opowieściach doświadczenia podobne do twoich własnych. Doświadczenia, które skwitowałeś wzruszeniem ramion i zapomniałeś o nich. Poszukaj ich teraz w pamięci. Wybierz się w podróż, którą nazywam archeologiczną ekspedycją w przeszłość. Zobacz, czy i do ciebie Bóg mrugnął akurat w chwili, kiedy potrzebowałeś potwierdzenia, że nie jesteś sam, że Ktoś tam w górze obserwuje cię w bardzo osobisty sposób.

1 Cytaty biblijne zamieszczone w niniejszej książce pochodzą z: Biblia Tysiąclecia. Pismo Święte Starego i Nowego Testamentu, Poznań 2003 [przyp. tłum.].

2 Opowieść ta została oparta na opowieści starszego pastora Kryształowej Katedry, dr. Roberta Schullera. Imiona i nazwiska zostały zmienione. O ile nie zaznaczono inaczej, wszystkie przypisy pochodzą od autora.

3 Nancy Gibbs, http://www.worldofquotes.com/author/Nancy+Gibbs/1/index.html, 16.02.2006.