Rozdział 1
Sarny
Jak większość dni o tej porze roku w Warszawie, 14 stycznia 1933 był zimny i ponury. Kiedy przyszedłem na
świat owego właśnie dnia, mama i niania orzekły, że oto narodził się
wielki polski poeta. O czym ja dowiedziałem się znacznie później, gdy
już zacząłem dobrze mówić, a dlaczego to nie mojego starszego brata albo
siostrę wytypowano do owej wzniosłej profesji, pozostaje tajemnicą do
dziś. Ilekroć pytałem o to mamę, tylko się uśmiechała.
Mieszkaliśmy na peryferiach w Sarnach, we wschodniej Polsce, w otoczonym
przez brzozy, sosny i dęby wielkim drewnianym domu. Posiadłość okalał
drewniany płot, głównie by chronić przed płową zwierzyną ogród i sad,
które znajdowały się na tyłach domu. Stara brama od frontu chętnie
otwierała się dla gości. Lubiłem huśtać się na niej i słuchać, jak
skrzypi.
Za domem znajdował się duży dziedziniec ze stajnią, ogrodem i niewielkim
stawem. Był to nasz plac zabaw, miejsce letnich przyjęć ogrodowych,
punkt zbiórki przed polowaniami oraz wyprawami na jagody i grzyby, a także miejsce, gdzie przyjmowano Cyganów dla rozrywki i aby wysłuchać
wróżby. Mama zawsze chciała, żeby Cyganie jej wróżyli. A potem żebym nie
wiem jak ją męczył, nigdy nie chciała zdradzić, co powiedzieli.
Zofia, moja siostra, bawiła się ze mną w chowanego w stajni, w której
trzymano konie oraz wozy, sanie, powóz, a także kury, kaczki i gęsi. W niektóre poranki mama posyłała nas tam, żebyśmy zebrali świeże jajka na
śniadanie - jeden z niewielu obowiązków, których spełnienia nigdy nie
odmawiałem - i jeśli mieliśmy szczęście, mogliśmy zobaczyć, jak kury
znoszą jaja. Kiedy nadchodził dzień wylęgu, godzinami czekaliśmy, aż
kurczęta przebiją się przez skorupki.
W ogrodzie obok stajni rosły rozliczne zioła i warzywa, wśród nich moja
ulubiona kukurydza i ogórki. Z drugiej strony stajni był staw, w którym
pluskały się kaczki i gęsi. Uwielbiałem karmić je chlebem i obserwować,
jak młode dorastają, drepcząc za mamami, beztroskie i szczęśliwe. Często
zastanawiałem się, dzięki czemu uczą się dorosłego życia o tyle szybciej
niż ludzkie dzieci.
Na tyłach domu wzdłuż płotu rosły słoneczniki, wystawiające swe
roześmiane twarze do słońca. Całe lato czekaliśmy, aż dojrzeją, by móc
łuskać ich pestki. Do płotu często podchodziły sarny i jelenie, wtykały
głowy między słoneczniki i błagały pięknymi oczami o kapustę i sałatę.
Choć płochliwe, mnie się nigdy nie bały, czmychały jednak szybko na
widok dorosłych.
Za płotem ciągnął się las, do którego rodzina chadzała z przyjaciółmi na
grzyby. Słońce tylko gdzieniegdzie przedzierało się przez ciężki, gęsto
utkany baldachim z liści, ziemię pokrywał dywan z mchu. Nawet w najgorętsze dni powietrze było tam świeże i chłodne, głęboko przepojone
wonią dzikich jagód, kwiatów, porostów i spróchniałych drzew. Grzyby
skrywały się w poszyciu wśród wilgotnych zeszłorocznych liści i znalezienie ich wymagało nie lada bystrego oka. Ale za to jak cudownie
było ostrożnie odgarniać palcami liście i odsłaniać wynurzające się
krągłości kapeluszy! Ich złotawe, brązowe, zielonkawe i czerwone
odcienie sprytnie maskowały się w poszyciu. Najbardziej kolorowe i najpiękniejsze grzyby często były trujące. Mój brat Jurek, wytrawny
grzybiarz, sprawdzał wszystko, co znajdowałem, by się upewnić, czy jest
jadalne.
Ciężkie drewniane drzwi wejściowe prowadziły do niewielkiego
przedsionka, przy którym znajdowała się szatnia. Wzdłuż całego domu
ciągnął się stamtąd długi korytarz łączący wszystkie pokoje. Większość
czasu spędzałem we własnej sypialni. To był mój pokój zabaw, pełen
książek i zabawek, a także miejsce, w którym mama, niania i siostra
opowiadały mi bajki oraz uczyły czytać i pisać. Najbardziej lubiłem
historię o krainie krasnoludków i jej mieszkańcach tak małych, że
zmieściliby się we wnętrzu dłoni. Ich królestwo ukryte było głęboko w lesie i jak głosiła opowieść, można było czasami, choć niezwykle rzadko,
znaleźć krasnala śpiącego pod grzybem. Jakże pragnąłem, żeby mnie się to
przytrafiło, choćby jeden raz! Ale one pracowały nocą, a w ciągu dnia
spały w ukryciu.
Najciekawszym pokojem był w domu gabinet ojca. Jego ściany pokryte od
podłogi do sufitu dębową boazerią stwarzały mroczną i tajemniczą
atmosferę. W powietrzu unosił się zapach cygar. Stary parkiet i dywanik
były wyraźnie przetarte pod wielkim dębowym biurkiem o blacie wyłożonym
zieloną skórą, ozdobioną wytłoczonym złotym szlaczkiem. Z jednej strony
biurka piętrzyła się sterta map i wykresów, a z drugiej - stosy
papierów, które zdawały się nigdy nie maleć. Brązowa podkładka o skórzanych rogach, poplamiona atramentem, zakrywała tę część blatu, przy
której ojciec pracował.
Nad biurkiem znajdował się duży portret pierwszego marszałka Polski,
Józefa Piłsudskiego, pod którego dowództwem ojciec służył podczas obrony
Polski w wojnie 1920 roku. Z obu jego stron wisiały portrety dwu
słynnych polskich generałów, którzy wsławili się w walce o niepodległość
Ameryki, Kazimierza Pułaskiego i Tadeusza Kościuszki, a obok obrazy
przedstawiające ich bitwy oraz - nieco dalej - portrety największych
polskich królów. Naprzeciw biurka znajdował się okazały kamienny kominek
ze stosami drewna ułożonego po obu stronach. Nad nim dumnie prezentowały
się ojca strzelby, pistolety oraz lśniąca oficerska szabla, a jeszcze
wyżej, w szklanej gablotce, jego czapka, dystynkcje i odznaczenia.
Pozostałe wolne miejsca wypełniały barwne przedstawienia historycznych
bitew.
Gabinet ojca był świętością. Przed wejściem trzeba było zawsze najpierw
zapukać i zapytać: "Czy mogę wejść?" Ale jeśli akurat nie pochłaniała
ojca jakaś pilna praca, nikomu nie odmawiał wstępu. Znalazłszy się
wewnątrz, natychmiast wskakiwałem mu na kolana, a on raczył mnie jakąś
historyjką albo odpowiadał na pytania związane z wcześniej opowiadanymi
przygodami. Nawet gdy nie miał dużo czasu, tych kilka minut w gabinecie
pozwalało mi poczuć przynależność do świata przodków, świata innego, a zarazem tak bardzo mojego własnego.
Na wieszaku przy drzwiach wisiały mundury ojca, polowy i galowy. Oba
starannie wyprasowane w ostry kant, zawsze w pogotowiu. Pod wieszakiem
stały wysokie skórzane oficerki, tak wyglansowane, że odbijały migotanie
ognia na kominku niczym lustro. Z drugiej strony drzwi, w przeszklonej
gablocie, stały jedno- i dwururki, strzelby na grubą zwierzynę oraz
wszelkiego rodzaju inne myśliwskie przybory.
Ojciec opowiadał mi niekiedy o dzikich hordach Mongołów, które dawno
temu nieustraszenie prowadzone przez Dżyngis-chana sunęły od wschodu i podbijając rozległe terytoria, tworzyły imperium większe niż imperia
Rzymian, Greków czy nawet Persów. Słuchałem też o tym, jak wiele lat
później wywodzący się od Mongołów Tatarzy atakowali Europę od wschodu,
zapuszczając się tak daleko na zachód, że kiedyś nawet dotarli do
Krakowa. Napadali na wsie, w których mężczyzn mordowali bezlitośnie, a kobiety i dzieci brali w jasyr i ze zrabowanym łupem powracali do Azji.
Słuchając tych opowieści, nie mogłem opędzić się od myśli, czy najeźdźcy
ze wschodu aby znowu na nas nie najadą. Ale ojciec zawsze zapewniał
mnie, że nie ma się czego bać.
Ze wszystkich opowiadanych w gabinecie historii najbardziej lubiłem tę o bitwie pod Grunwaldem. Ojciec powiedział mi, że była to największa i najbardziej krwawa jednodniowa bitwa w średniowiecznych dziejach Europy.
Pamiętam, jak pewnego zimnego wieczoru, kiedy za oknem huczał silny
wiatr, ojciec pozwolił mi wejść do gabinetu. Choć historię Grunwaldu
słyszałem już wiele razy, udało mi się namówić go, aby opowiedział ją po
raz kolejny. Ojciec jak zawsze posadził mnie sobie na kolanach, okrył
wełnianym kocem, a ja wlepiłem oczy w obraz bitwy wiszący na
przeciwległej ścianie i czekałem, aż zacznie się akcja.
Gdy tylko rozpoczynała się opowieść, pole bitwy natychmiast ożywało.
Tysiące za tysiącami ludzi po obu stronach w milczeniu stanęły naprzeciw
wrogów. Wszyscy trwali nieruchomo, jak gdyby nic nie miało się wydarzyć
- rycerze zakuci w ciężką zbroję, dzierżący kopie i miecze w dłoniach
oraz piechota uzbrojona we włócznie, łańcuchy, noże, żelazne siatki i liny. Tylko sztandary niesione przez chorążych łopotały na wietrze.
Rycerze pochylili głowy. Piechurzy opadli na kolana, pogrążając się w pokornej modlitwie.
- Tato, czemu żołnierze modlą się przed bitwą? - zapytałem.
- Proszą Boga o wybaczenie grzechów, ponieważ wiedzą, że może to być ich
ostatni dzień - odpowiedział z powagą.
Ciszę po polsko-litewskiej stronie przerwały sygnały trąbki. Szeregi
ruszyły, na początku powoli, a potem szybciej i szybciej. Słyszałem
tętent kopyt końskich w pełnym galopie i tupot tysięcy stóp ludzi
biegnących z bitewnym okrzykiem na ustach. Widziałem rycerzy zakutych od
stóp do głów w lśniącą zbroję, jak z opuszczonymi przyłbicami mierzą
każdy ciężką kopią we wroga. Potem nagle tętent przeszedł w przerażający
szczęk i zgrzyt stali o stal. Tumult zamieniał się w rozszalały wir
ludzi i zwierząt. Rycerze padali na ziemię, a ponieważ niezdolni byli
się poruszyć, żołnierze piechoty natychmiast podrzynali im gardła. Głowy
piechurów spadały na ziemię od jednego cięcia miecza silnego wojownika.
Ranni byli tratowani. Konie stawały dęba z przerażeniem w oczach,
buchając parą z nozdrzy, poskramiane przez jeźdźców jedną ręką
dzierżących wodze, a drugą walczących z wrogiem. Kłębowisko ludzi i koni
nurzało się oto przede mną w kałużach krwi, tu i ówdzie wystawały
odrąbane członki. Potworne!
Przez wiele godzin walka była prawie wyrównana. Aż z bitewnego zgiełku
wyłonił się rycerz, który nie miał ani zbroi, ani hełmu, jedynie białą
jedwabną tunikę z czarnym krzyżem, symbolem krzyżackim, naszytym z przodu i z tyłu. Był to wielki mistrz Ulrich von Jungingen, dosiadający
wspaniałego siwego wierzchowca. Jego miecz, uniesiony wysoko, gotowy był
do ciosu. Zanim jednak zdołał utoczyć choćby kroplę krwi wroga,
zaatakowało go włócznią i toporem dwóch długowłosych i brodatych
polskich piechurów. Koń stanął dęba. W jednej chwili włócznia pierwszego
napastnika przebiła serce Krzyżaka, a topór drugiego rozpłatał mu
czaszkę. Był to punkt zwrotny bitwy; kilka godzin później zgiełk ucichł.
Z pola walki dochodziły jedynie wołania i jęki rannych i umierających.
Na ciała zabitych sfruwały kruki i wrony, które od wielu godzin wisiały
cierpliwie w powietrzu. Z okolicznych wsi przychodziły kobiety z wiadrami wody, by gasić pragnienie rannych. Inne nadchodziły, by modlić
się za dusze zmarłych. I tak godzina po godzinie, dopóki nie zapadł
zmrok.
Siedzieliśmy z ojcem w skórzanym fotelu, obserwując gasnący ogień w kominku i długo nic nie mówiąc. Drobne płomyki przeskakiwały z trzaskiem
z polana na polano, potem zdawały się niknąć, by nieoczekiwanie się
znowu pojawiać, kpiąc sobie ze mnie i napawając mnie strachem, jakby
były zjawami z pola bitwy. Czułem, że duchy są w pokoju, chociaż nie
mogłem ich zobaczyć. Zacisnąłem powieki i przytuliłem się mocniej do
piersi ojca. Delikatne, ledwo słyszalne pukanie przerwało ciszę.
Otworzyłem oczy i ujrzałem, jak drzwi bardzo wolno się otwierają.
Zadrżałem. Może to duch jednego z poległych?
Zanim ojciec zdążył się odezwać, z korytarza dobiegł łagodny głos.
- Wiesiulku - powiedziała mama - już od dawna powinieneś być w łóżku.
Ojciec, słysząc werdykt mamy, wziął mnie na ręce i zaniósł do kuchni, w której czekało ciepłe mleko i ciasteczka.
W przeciwieństwie do historii o krwawych bitwach, które lubił ojciec,
mama opowiadała mi zazwyczaj przypowieści o Bogu i aniołach stróżach.
Uczyła mnie o Wszechmogącym, który zasiada wysoko w niebiosach i który
wie wszystko, widzi wszystko i wszystko słyszy. Dlatego, mawiała, zawsze
powinienem być grzecznym chłopcem i słuchać rodziców. Mama wytłumaczyła
mi też, że każdy człowiek ma własnego anioła stróża, by go strzegł, oraz
że inne anioły zawsze służą pomocą.
Co wieczór razem z mamą modliłem się do Boga i do mojego anioła stróża.
Zamykając oczy i składając dłonie, prosiłem, by czuwali w nocy nad tatą,
nad mamą, nad bratem i siostrą, nad nianią i służbą. A potem prosiłem,
by czuwali także nade mną. Gdy następnego ranka widziałem wszystkich
zdrowych i uśmiechniętych, wiedziałem, że moje modlitwy zostały
wysłuchane. I tak zacząłem stopniowo zdobywać wiarę w istnienie Boga
oraz w siłę modlitwy. Rzecz jasna nic złego nie mogło spotkać ani mnie,
ani mojej rodziny. Znaczenie religii w historii i tradycji zacząłem
doceniać później. Religia nie stanowiła oddzielnej sfery życia; była
częścią naszego dziedzictwa. Święta kościelne wyznaczały porządek roku.
Szczególnie Wielkanoc i Boże Narodzenie, o głęboko zakorzenionych
tradycjach, były piękne i zapadały w pamięć, a ja ich przyjścia zawsze
wyczekiwałem z największą niecierpliwością.
Życie w naszym domu było starannie zorganizowane, na wszystko przypadał
właściwy czas. Była pora posiłku, zabawy, nauki, odpoczynku, pora
odmawiania modlitwy oraz pora snu.
Wzrastając w takiej atmosferze, wiedziałem, czego się ode mnie oczekuje
oraz jakie mogą być konsekwencje moich uchybień.
Kiedy ojciec przebywał w domu, życie toczyło się spokojnie i bezkonfliktowo, ponieważ nie miało sensu przeciwstawianie się panującym
zasadom. W rzadkich chwilach, gdy mama narzekała, że źle się zachowuję,
ojciec wzywał mnie do swojego gabinetu.
- Mama mówi, że jej nie słuchasz. Chcę wiedzieć dlaczego - powiedział
kiedyś przy takiej okazji.
- Słucham, tato - odpowiedziałem cicho, mając na myśli, że słyszeć
słyszę, co mama mówi, co nie oznacza jeszcze, że zawsze wykonuję, co
poleca.
- Wiesiu - powiedział - posłuchaj mnie uważnie. W naszym domu nie
uznajemy kar cielesnych, chyba że ktoś uporczywie popełnia poważne
wykroczenie. A najgorsza rzecz, jaką można zrobić, to nie słuchać
własnej matki. Zrozumiałeś?
- Tak, tato.
- Dobrze. I proszę, żeby się to więcej nie powtórzyło, bo mama wymierzy
ci karę, a jeśli ja się o tym dowiem, zostaniesz ukarany po raz drugi
przeze mnie. - Tata wziął mnie za rękę i poprowadził do swojej sypialni,
gdzie wskazując na umocowany w ścianie hak, zapytał: - Widzisz, co tutaj
wisi?
Czy widziałem? A czy mogłem nie widzieć? Z pewnością jednak mogłem nie
mieć ochoty patrzeć na ów duży, gruby i szeroki pas...
- Teraz - powiedział ojciec - daruję ci, ale następnym razem nie.
Zapamiętaj to sobie. A teraz idź przeprosić mamę.
Jak umiałem najszybciej, pobiegłem ją przepraszać. Pasa co prawda nigdy
nie poczułem na własnej skórze, ale nietrudno było mi wyobrazić sobie,
jakie byłoby to uczucie. Pozostał symbolem przypominającym, że istnieje
granica, której nie powinno się przekraczać. Czasami jednak, kiedy tata
wyjeżdżał, rozbrykiwałem się ze zwykłej ciekawości, jak daleko mogę się
posunąć. Ku memu zaskoczeniu spostrzegałem wówczas, że mama, choć bardzo
kochająca, bywała równie nieugięta.
Pewnego dnia, aby wypróbować jej stanowczość podczas nieobecności ojca,
nie usiadłem z całą rodziną do stołu w czasie obiadu. Oświadczyłem, że
nie jestem głodny. Mama wytłumaczyła mi, że nie muszę nic jeść, ale że
będzie bardzo niegrzecznie, jeśli nie usiądę z innymi przy stole.
Odmówiłem i oznajmiłem, że odchodzę z domu. Na co ona lekkim tonem
odrzekła: "Jeśli tak chcesz, to proszę bardzo". Wręczyła mi nawet
walizkę. Jej słowa i zachowanie wprawiły mnie w osłupienie. Nie mogłem
pojąć, dlaczego moja kochająca mama jest nagle dla mnie taka nieczuła i niedobra.
Wtem zaświtało mi w głowie, że gdybym opuścił dom, musiałbym sam zadbać
o siebie. Nie miałbym jedzenia, nie miałbym miejsca do spania i nie
miałbym rodziny do towarzystwa. Przeraziłem się. Rozpaczliwie
zapragnąłem pobiec do niej z powrotem i przeprosić, ale nie byłem w stanie. Miałem swoją dumę. Kiedy ojciec coś powiedział, zawsze
dotrzymywał słowa, a ja przecież chciałem być taki jak on. Nie było
odwrotu. Miałem nadzieję, że mama przełamie się w ostatniej chwili i zawoła, żebym został. Ale nie zrobiła tego.
Spakowałem do walizki trochę ubrań i powiedziałem: "Do widzenia".
Odpowiedziała spokojnie: "Do widzenia". Nawet nie pocałowała mnie ani
nie zapytała, dokąd się wybieram i czy będę miał zamiar wrócić. Mocno
zabolał mnie ten brak troski, całkowicie do niej niepodobny. Wyszedłem z domu i wolno powędrowałem w kierunku starej drewnianej bramy. Każdemu
krokowi towarzyszyła nadzieja, że usłyszę jej wołanie, żebym wrócił.
Skręcając na drogę, zerknąłem w okna, ale nikogo w nich nie było. Po raz
pierwszy w życiu nagle odczułem lęk. Poczułem, jak strasznie byłoby
utracić rodzinę i dom. Rozpłakałem się, zawróciłem i pobiegłem z powrotem, prosto w rozpostarte matczyne ramiona. Bez jednego słowa mama
udzieliła mi najcenniejszej lekcji w życiu: zrozumiałem, ile znaczy
posiadanie domu i rodziny.
Moja mama urodziła się w Warszawie w 1897 roku jako Anna Schinagel.
Rodzice jej, w przeciwieństwie do rodziców mego ojca, byli dobrze
wykształceni. Jej matka była nauczycielką, a ojciec wziętym adwokatem.
Wedle wszelkich przekazów mama była piękną kobietą. Podziwiano jej
spływające na ramiona kruczoczarne włosy, ostro kontrastujące z jasną
karnacją, oraz gładką, delikatną cerę. Do wyjścia za mąż mama mieszkała
pod Krakowem.
Mój ojciec, Jan Franciszek Adamczyk, był niskiego pochodzenia. Urodzony
w 1893 roku w małej miejscowości Ciężkowice, był wykształcenie. W czasie
pobierania nauki utrzymywał się głównie z udzielania innym studentom
korepetycji. W ten sposób poznał mamę, którą uczył francuskiego oraz
niemieckiego. Nie upłynęło wiele czasu, jak zakochali się w sobie. Ich
uczucie kwitło pomimo częstych nieobecności ojca podczas sześcioletniej
służby wojskowej i w roku 1921 się pobrali. W 1922 roku urodził się mój
brat Jerzy, a siostra Zofia cztery lata później.
Gdy w 1914 roku wybuchła pierwsza wojna światowa, ojciec otrzymał
powołanie do armii. Polska znajdująca się pod rozbiorami nie istniała w owym czasie na mapie. Ponieważ ojciec mieszkał w zaborze austriackim,
musiał wcielić się do armii austriackiej. Szybko w niej awansował i zaproponowano mu uczęszczanie do szkoły oficerskiej. W 1918 roku, gdy
wojna miała się ku końcowi, ojciec doszedł do stopnia porucznika. Polska
odzyskała w tym czasie niepodległość i ojciec wstąpił do na nowo
formującej się armii polskiej. Zorganizował własną kompanię piechoty w okręgu krakowskim i awansował do stopnia kapitana.
W latach 1919-1920 kraj ogarnęła kolejna wojna. Bolszewicy zdecydowani
narzucić komunizm całemu światu zaatakowali Polskę. Chcieli ją podbić i uzyskać w ten sposób zaplecze dla ofensywy na resztę Europy. Nowo
utworzony polski rząd znajdował się wciąż jeszcze w stanie pewnej
dezorganizacji, ale oficerowie, a wśród nich mój ojciec, zdecydowanie go
poparli. Podczas rozegranej pod Warszawą ostatniej i decydującej bitwy,
zwanej "cudem nad Wisłą", pokonano i odparto bolszewików. Nie tylko
Polska została ocalona, ale i cała Europa.
Dzięki zwycięstwu Polska odzyskała niektóre przedrozbiorowe ziemie na
wschodzie, zamieszkane także przez Ukraińców i Białorusinów. Rząd polski
zaoferował żołnierzom i rolnikom ziemię oraz wsparcie finansowe,
pokrywające koszty przesiedlenia się; tych, którzy skorzystali, zaczęto
nazywać osadnikami. Mój ojciec, nadal oficer czynnej służby, powołany
został do nadzorowania parcelacji i rozdzielania ziem polskich w regionie miejscowości Sarny. On sam otrzymał niewielki majątek na
peryferiach Saren oraz przydzielono mu do pomocy przy pracy dwóch
adiutantów, którzy zamieszkali w osobnych kwaterach na terenie majątku.
Sarny pozostały naszym domem do 1938 roku.
Do obowiązków ojca należało częste objeżdżanie ziem odzyskanych,
uważanych za najżyźniejsze w Europie. Podczas podróży zajmował się
nadzorem oraz podziałem gruntów we współpracy z inżynierami i architektami. Pomagał też chłopom, którzy często byli analfabetami,
wypełniać dokumenty przekazujące im ziemię. Po wymaganym regulaminem
okresie czynnej służby oficerskiej ojciec przeszedł do rezerwy, ale
pozostał zatrudniony przy rozdziale gruntów.
Z biegiem czasu zakres podstawowych obowiązków ojca zmienił się z pomiaru i rozdziału gruntów na sferę finansów i bankowości. Jesienią
1938 roku rodzina przeprowadziła się z Saren do Łucka, większego i bardziej rozwiniętego miasteczka, gdzie ojciec wynajął mieszkanie
nieopodal państwowego banku rolnego, w którym pracował.
Nasze mieszkanie znajdowało się na parterze piętrowej ceglanej
kamienicy, stojącej przy jednej z główniejszych ulic. Składało się z czterech sypialni oraz z dużej jadalni, salonu, kuchni i mieszczącej się
w suterenie służbówki kucharki Marysi. Była ona tak przywiązana do
naszej rodziny, że wymogła zabranie jej z Saren do Łucka, a nawet
zapowiadała, że zabierze się z nami do samej Ameryki - gdzie mieszkało
kilkoro braci i sióstr ojca - gdybyśmy kiedykolwiek postanowili tam
wyjechać.
Choć wiele rzeczy nadal spoczywało w pudłach na początku owej zimy,
okres świąt Bożego Narodzenia rozpoczęliśmy tak jak zawsze. Od
pierwszych dni grudnia w powietrzu czuło się radość, podsycaną
oczekiwaniem na mające nadejść jedyne w swoim rodzaju rozkosze. Tata
wynajął ogromne sanie zaprzężone w dwa konie, do których zapakowaliśmy
się wszyscy, by zgodnie z tradycją wyjechać za miasto po
bożonarodzeniową choinkę.
Po dwóch godzinach byliśmy z powrotem, podekscytowani i gotowi do
przystrajania wysokiego świerku. Jego żywiczny świeży zapach wypełniał
cały salon i oficjalnie potwierdzał, że wytęskniony świąteczny czas
rzeczywiście nadszedł. Ubieranie choinki było zadaniem dla całej
rodziny. Wyczekiwaliśmy go z niecierpliwością - nawet mama, o tej porze
roku przecież wyjątkowo zapracowana. Do tego zajęcia nie trzeba było jej
namawiać. A kiedy mama skończyła ustawianie wszystkich figur żłóbka w rogu pokoju, tata uroczyście - teraz, tak samo jak zawsze - zadał
pytanie, na które skwapliwie czekaliśmy:
- Dzieci, czy wszyscy są gotowi na aniołka?
Pochwyciłem aniołka, nim zdążył zrobić to ktokolwiek inny, i szybko
podbiegłem z nim do ojca. A on podniósł mnie wysoko w górę, bym umieścił
aniołka na czubku choinki. Rozpromieniony ześlizgnąłem się po ojcowym
ramieniu, drapiąc sobie buzię o jego wąsy. Po kolacji był ciąg dalszy -
najpierw ojciec pozapalał świeczki, do których nie mogliśmy dosięgnąć, a potem Jurek, Zosia i ja zapaliliśmy resztę.
Tak jak pragnęliśmy, następnego dnia spadł gęsty śnieg. Wstaliśmy
wcześnie rano, żeby ulepić bałwana. Lepiliśmy i lepiliśmy, coraz wyżej i wyżej, aż przestałem dosięgać do jego czubka. Kiedy bałwan mierzył już
ponad półtora metra, mama przyniosła dwa węgielki na oczy. A potem
wetknęła poniżej oczu marchewkę jako nos. Zosia zdjęła swój szalik i założyła mu na grubą szyję.
Moje podniecenie rosło wraz z tym, ile rzeczy robiło się wspólnie. W dzień Wigilii wszyscy uwijali się jak frygi przy szykowaniu wieczerzy.
Późnym popołudniem Jurek, Zosia i ja pomagaliśmy nakryć do stołu.
Najpierw zgodnie ze zwyczajem, który przypominał o skromnym miejscu
narodzin Chrystusa, rozłożyliśmy sianko pod śnieżnobiałym wykrochmalonym
lnianym obrusem. Następnie ustawiliśmy zastawę, srebra, postawiliśmy
wysokie świece, a obok każdego nakrycia umieściliśmy haftowaną serwetkę
oraz dekorację z zielonej gałązki jedliny.
Gdy choinka, stół i wigilijna wieczerza były gotowe, moje
rozgorączkowanie sięgnęło zenitu. Co kilka minut wybiegaliśmy z siostrą
i bratem przed drzwi, wypatrując pierwszej gwiazdki. Wkrótce
zniecierpliwiony czekaniem wycelowałem palec w niebo i krzyknąłem:
- Jest! Widziałem ją!
- Nie widzę ani jednej gwiazdy - odpowiedzieli Jurek i Zosia niemal
jednocześnie.
- Bo wy oboje za słabo patrzycie - natychmiast odparowałem pewnym
głosem.
- No to mi pokaż - zażądała Zosia.
Wyciągnąłem energicznie rękę jak mogłem najdalej, z palcem wskazującym
wycelowanym mniej więcej tam, gdzie spodziewaliśmy się ujrzeć pierwszą
gwiazdę. Zosia i Jurek wpatrywali się usilnie, nic jednak nie
dostrzegli.
- Znowu się wygłupiasz, braciszku - stwierdził Jurek. - W zeszłym roku
było tak samo.
- Świetnie, w takim razie idę po tatę. Wtedy zobaczycie, kto ma rację!
Wbiegłem do środka, obwieszczając, że wypatrzyłem pierwszą gwiazdkę.
Ojciec wyszedł przed próg i długo spoglądał w niebo. Wreszcie powiedział
z rozczarowaniem:
- Wiesiu, musisz mieć oczy lepsze od moich, bo nie mogę jej znaleźć.
- Tatusiu - odezwała się Zosia - on tylko fantazjuje. Tak jak w zeszłym
roku.
- A może jednak nie? - odpowiedział ojciec. - Spójrzmy wszyscy uważniej
jeszcze raz.
I kilka minut później wszyscy dostrzegli gwiazdę migoczącą jak maleńki
diament na aksamitnie czarnym niebie. Co znaczyło, że można już wejść z powrotem do domu i zapalić kilkadziesiąt świeczek na choince.
Zasiedliśmy do stołu. Ojciec podziękował modlitwą za dary, a następnie
podzieliliśmy się opłatkiem. Każdy odłamywał kawałeczek, a potem
obejmowaliśmy się i całowali, składając sobie nawzajem życzenia zdrowia,
szczęścia i wszelkiej pomyślności. Byłem dobrze przygotowany, kiedy
nadeszła moja kolej składania życzeń ojcu. Na nadchodzący rok życzyłem
mu więcej czasu na polowania. A kiedy zapytał, czego ja sobie sam
chciałbym życzyć, odparłem, że chciałbym, abyśmy wszyscy pojechali do
Ameryki odwiedzić rodzinę i przy okazji zobaczyli kowbojów i Indian.
Ojciec uśmiechnął się i odparł, że też by tego chciał. A potem dodał, że
może moglibyśmy nawet pojechać na Wystawę Światową do Nowego Jorku.
Po kolacji usiedliśmy dookoła choinki, by śpiewać kolędy i opowiadać
różne historyjki. Każdy członek rodziny miał opowiedzieć co najmniej
jedną. Opowieść mamy była najlepsza. Opowiedziała o Narodzeniu Pańskim i wyjaśniła znaczenie Świąt. Kiedy skończyliśmy opowieści, wszyscy
wyszliśmy na zewnątrz śpiewać przed domami sąsiadów. Po powrocie do domu
mama utuliła mnie do snu, po czym rodzice, Jurek i Zosia poszli na
pasterkę.
Rankiem w Boże Narodzenie, po późnym śniadaniu, ojciec sprawił rodzinie
wspaniały prezent. Powiedział, żebyśmy otworzyli frontowe drzwi. A tam
czekała piękna gniada klacz i wielkie sanie! Woźnica poproszony został
do środka na poczęstunek, który miała podać mu Marysia, gdy będziemy
zażywać sanny. Tata chwycił lejce, my poprzykrywaliśmy się kożuchami i już po krótkiej chwili byliśmy poza miastem.
Powietrze było rześkie, słońce świeciło jasno, drzewa uginały się od
śniegu. Klacz ruszyła powoli, ale zaraz potem sama przyśpieszyła, jak
gdyby też miała ochotę na przejażdżkę. Ziemia szybko umykała spod płóz.
Wiatr gwizdał do wtóru naszym radosnym kolędom. Klacz rżała cicho od
czasu do czasu, a dzwoneczki zawieszone na jej grzywie śpiewały razem z nami. Im szybciej jechaliśmy, tym głośniej śpiewaliśmy, aż do utraty
tchu. Po chwili ojciec zatrzymał sanie na poboczu i ogłosił, że będziemy
powozić na zmianę. Mama, jak poprzedniego roku, odmówiła, ale
namówiliśmy ją, żeby spróbowała. Kiedy nadeszła moja kolej, tata podał
mi lejce. Z ojcem u boku, kolędującą rodziną, lejcami mocno trzymanymi w dłoniach, otwartą drogą przed nami i potężną gniadą klaczą brzęczącą
dzwoneczkami i pędzącą równym krokiem, czułem się, jakbym był w niebie.
Takie właśnie było Boże Narodzenie!
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki