Działalność KG-200, jednostki specjalnego przeznaczenia w składzie
niemieckiej Luftwaffe, przez wiele lat stanowiła zagadkę. Tylko
nieliczni wiedzieli o jej istnieniu, ale z różnych względów nie chcieli
w tej kwestii zabierać głosu bądź świadomie tworzyli wokół niej otoczkę
mitu. Nawet na procesie norymberskim, który odsłonił niejedną tajemnicę
lotnictwa wojskowego III Rzeszy - demaskując między innymi szpiegowską
eskadrę majora Theodora Rowehla - eksperci trybunału nie zajęli się
dokładniej wyjaśnieniem zadań tej elitarnej jednostki.
W regulaminowych skrótach Luftwaffe litery "KG" oznaczały
"Kampfgeschwader", czyli pułk lotnictwa bombowego. Liczba "200" była
numerem ewidencyjnym, określającym jego odrębność organizacyjną wśród
innych jednostek tego samego szczebla i przeznaczenia. Posługując się
tym prostym kluczem, można było przyjąć, że KG-200 jest jednym z takich
pułków, który różnił się od innych stosunkowo późną datą sformowania.
Służby wywiadowcze państw walczących z Niemcami prowadziły rejestr tych
jednostek, skrupulatnie odnotowując każdą informację, która odsłaniała
ich rodowód, strukturę, posiadany sprzęt, obsadę kadrową i wykonywane
zadania. Nie ulega wątpliwości, że z takiego zapisu musiał wyłaniać się
nietypowy obraz KG-200, ale dopiero po upływie lat ujawniono tę prawdę w bardziej czytelnych konturach, bez niedomówień i znaków zapytania. Sporo
zresztą powiedzieli sami Niemcy, twórcy osobliwych dokonań tej unikalnej
jednostki, odstępując - zapewne dla własnej sławy - od rygoru
przestrzegania tajemnicy, która z biegiem czasu straciła jakikolwiek
sens. Co więc kryło się za skrótem KG-200?
W końcowym okresie wojny, kiedy militarna klęska III Rzeszy była już
definitywnie przesądzona, ktoś - nadal nie wiadomo kto - na
kierowniczych szczeblach Luftwaffe rzucił myśl utworzenia specjalnej
jednostki, przeznaczonej do wykonywania zadań tajnych. W drodze ostrej
selekcji kadrowej skierowano do niej najbardziej doświadczony personel,
elitę wybranych, którzy mieli już za sobą lata służby i tysiące godzin
zaliczonych w powietrzu na pokładach różnych samolotów. Kadra tej
jednostki mogła się składać wyłącznie z ludzi politycznie sprawdzonych,
godnych zaufania i czynnie aprobujących program narodowego socjalizmu. W Luftwaffe rozwijanej pod patronatem partii "brunatnych koszul" zwłaszcza
przed takimi otwierały się perspektywy awansów i orderów. Nie było więc
trudności związanych z kompletowaniem personelu, wystąpiła nawet
nadwyżka owych "najlepszych", której nie mógł wchłonąć etat nowo
powstającej jednostki.
W przeciwieństwie do innych pułków lotnictwa bombowego Luftwaffe
struktura KG-200 nie miała ściśle określonych ram, ulegając różnym
przeobrażeniom podyktowanym bieżącymi zadaniami. W jej obrębie
znajdowały się trzy dywizjony ze zmiennym składem eskadr, od dwóch do
czterech w każdym, różniących się wyposażeniem sprzętowym i liczbą
czynnych oraz rezerwowych załóg. Wskutek ponoszonych strat bezpowrotnych
dochodziło do częstych przetasowań w składzie tego personelu, zwłaszcza
w ostatnich miesiącach wojny, kiedy cała Luftwaffe stanęła w obliczu
zagłady.
W spisie zadań KG-200 mieściły się przede wszystkim tajne zlecenia
wywiadu, początkowo Abwehry, a później - od lipca 1944 roku - Głównego
Urzędu Bezpieczeństwa Rzeszy, który prowadził działalność
szpiegowsko-dywersyjną pod własnym szyldem. Na samolotach tego pułku
przerzucani byli agenci ze sprzętem, często do odległych punktów w krajach Europy i Afryki Północnej. Podejmowane były również próby ich
ewakuacji drogą powietrzną, połączone z lądowaniem na terenach
położonych w dużej odległości od linii frontu. Pułk był zatem narzędziem
w rękach niemieckiego wywiadu, "oczkiem w głowie" służb specjalnych,
które nie zamierzały przedwcześnie kapitulować na tajnym froncie, choć
te operacje i rozgrywki kończyły się najczęściej dotkliwymi porażkami.
Inne zadanie KG-200 polegało na próbach nowych środków napadu
powietrznego, pośpiesznie projektowanych i budowanych w drugiej połowie
wojny. W nomenklaturze niemieckiej propagandy nosiły one nazwę
"cudownych broni", co miało wywołać wrażenie, że nie wszystko jeszcze
jest stracone. Ambicje konstruktorów sięgały daleko, ale od pomysłu do
jego realizacji droga wiodła kręta, toteż te środki, między innymi w postaci zespołów typu Mistel, do końca wojny nie osiągnęły dojrzałości
technicznej. Nie bacząc na serię katastrof podczas lotów zapoznawczych i treningowych, personel KG-200 posłużył się nimi w marcu 1945 roku,
rozkazem samego Hitlera, do atakowania przepraw na Odrze i Nysie1. "Cudowna broń" zawiodła i - wbrew nadziejom Niemców - nie
oddaliła widma pogromu Rzeszy.
Pułk KG-200 był wreszcie jedynym w Luftwaffe dysponentem samolotów
zdobycznych, w tym amerykańskich bombowców dalekiego zasięgu B-17
"Flying Fortress", które po doznanych uszkodzeniach przymusowo lądowały
na terenie Niemiec. Po przeprowadzeniu niezbędnych remontów służyły one
jako transportowce i były wykorzystywane przez załogi tego pułku w tajnych wyprawach na głębokie zaplecze frontu. Pomysł zastosowania ich w zadaniach wywiadowczych zrodził się z inicjatywy pilotów, którzy w ten
sposób chcieli zdezorientować naziemną obronę przeciwlotniczą, co w lotach nocnych nie było wykluczone.
Z beczką pod kadłubem
Lecieli w mroku, zmierzając do linii frontu. Samotny bombowiec Ju-188
był niewidoczny na tle ciemnego nieba z rzadkimi strzępami chmur
warstwowych. Za jego sterami siedział oberleutnant Wilhelm Stahl, od
niedawna dowódca stacjonującego we Frankfurcie nad Menem dywizjonu
"Olga", który wchodził w skład pułku KG-200. Obok pilota zajmował
miejsce nawigator, feldwebel Hans Fecht, oświetlając kieszonkową latarką
rozpostartą przed nim mapę. Obaj, mimo różnicy stopnia i wieku, byli
weteranami Luftwaffe, obaj służyli w pułku KG-30. Przydzieleni do jednej
załogi wcześniej brali udział w nalotach na miasta Anglii i Francji,
zrzucając na nie setki bomb burzących i zapalających.
Teraz przypadła im inna rola. Od początku listopada 1944 roku znaleźli
się w pułku KG-200, wybrani spośród najlepszych w ocenie dowódcy tej
specjalnej jednostki, oberstleutnanta Wernera Baumbacha, obwieszonego
wysokimi odznaczeniami za gorliwe spełnianie rozkazów na froncie
wschodnim i zachodnim. Był rutynowanym pilotem, przedstawicielem
elitarnej gwardii w lotnictwie bombowym, toteż nic dziwnego, że sam
Goering powierzył mu zadanie sformowania nowej jednostki z prawem doboru
personelu latającego i technicznego. Przekopał wtedy sterty teczek i dokumentów, przeprowadził dziesiątki rozmów i rzeczywiście wybrał tych,
którzy jego zdaniem zasługiwali na przywilej służby w organizowanym od
podstaw pułku. Odszukał Stahla, ten z kolei podpowiedział mu Fechta i dwóch strzelców pokładowych ze swojej załogi. W taki sposób cała czwórka
zmieniła przydział, meldując się kolejno w sztabie KG-200 na lotnisku
Gatow pod Berlinem, a właściwie na południowej krawędzi tego wielkiego
miasta. Mieli od tej pory latać nie tylko na dobrze im znanych
bombowcach Ju-188, lecz także na innych typach samolotów dalekiego
zasięgu, przystosowanych - jak się niebawem okazało - do transportu
ludzi i określonych ładunków. Dokładniej rzecz biorąc, współpracowników
wywiadu z zadaniami szpiegowskimi i dywersyjnymi oraz ich ekwipunku,
złożonego najczęściej z broni, amunicji, materiałów wybuchowych, sprzętu
fotograficznego, nadajników radiowych, obcych walut i innych środków. Na
liście osobistego wyposażenia tych ludzi znajdowały się ponadto
podrobione dokumenty, czyste blankiety różnego wzoru przepustek, bilety
kolejowe, kartki żywnościowe, mapy, plany miast i ampułki z trucizną.
Zestaw akcesoriów obejmował z reguły kilkadziesiąt pozycji, niezbędnych
przy wykonywaniu zlecanych zadań, był zatem zróżnicowany w zależności od
tego, co dany agent miał wykonać po wylądowaniu na zapleczu linii
frontu.
Z rozkazu Baumbacha, który kierował takimi operacjami, Stahl przejął
dowództwo nad dywizjonem "Olga", gdzie już funkcjonował oficer
łącznikowy z Głównego Urzędu Bezpieczeństwa Rzeszy, wyznaczony na jego
doradcę do spraw specjalnych. Nowe zadania w niczym nie przypominały
poprzednich, kiedy był pilotem pułku bombowego. Skończyły się loty
zespołowe w składzie większych formacji, osłanianych zwykle przez
Messerschmitty i Focke Wulfy. W niepamięć poszedł obraz ziemi miotanej
eksplozjami zrzucanych bomb. To wszystko było już rozdziałem zamkniętym.
Uświadomili sobie tę zmianę po pierwszych lotach, przypominających
wędrówkę spłoszonego nietoperza. Każda załoga od startu do lądowania
mogła polegać wyłącznie na własnych umiejętnościach, z nikim nie
utrzymując nawet łączności radiowej.
Stahl szybko zapoznał się z nowymi obowiązkami i zaczął dyrygować tym
ruchem, w czym pomagał mu przedstawiciel RSHA. Dywizjon "Olga" zajmował
się wtedy przerzutem agentów do Holandii, Belgii i Francji, na tereny
wyzwolone przez wojska zachodnich aliantów. W dniu 23 listopada 1944
roku, kiedy już był nieźle zorientowany w przejętym interesie, wpisał
swoją załogę do tabeli lotów, przestudiował z Fechtem trasę długiej
wyprawy, pokwitował osobiście odbiór tajnego ładunku i na krótko przed
północą wystartował.
Pierwsza godzina w powietrzu upłynęła w miarę spokojnie, nad własnym
obszarem czuli się jeszcze bezpiecznie. Dwusilnikowy Junkers, najnowszy
model tej klasy, spisywał się bez zarzutu. Stahl włączył mechanizm
automatycznego pilota, który bezbłędnie prowadził ich na kursie 325
stopni. Lecieli na wysokości około 1000 metrów, ciągle w zasięgu ognia
małokalibrowych armat przeciwlotniczych, co było dosyć ryzykowne.
Dowództwo KG-200 nie uprzedzało bowiem nikogo o planowanych wyprawach,
toteż ci w dole z nadgorliwości mogli do nich kropnąć, mógł również
przyplątać się jakiś nocny tropiciel łatwego żeru, własny lub obcy.
Spowita w mroku ziemia sprawiała jednak wrażenie uśpionej, nikt też nie
pojawił się w pobliżu łagodnie balansującego Junkersa.
Rozjaśniło się dopiero na przedpolach Renu, ocknęli się najpierw Niemcy,
stawiając dosyć chaotyczny i oszczędny ogień zaporowy w smugach
reflektorów. Potem odezwała się artyleria brytyjska, już po drugiej
stronie frontu, nie żałując amunicji. Stahl przejął stery, zwiększył
prędkość i krótkimi unikami zaczął manewrować między kolorowymi krechami
pędzących pocisków. Wystarczyłaby jedna celna seria, żeby ich samolot
zamienił się w płonącą żagiew, ale po kilku minutach szalejące piekło
pozostało za nimi, zaczęła natomiast mrugać setkami świateł ziemia. W mijanych wsiach i miastach ludność jakby zapomniała o wojnie, jawnie
lekceważąc możliwość jakiegokolwiek zagrożenia z powietrza. Na terenie
całej Rzeszy niezmiennie obowiązywał nakaz zaciemniania, tu był już
ignorowany.
Wyraźnie widzieli oświetlone dworce kolejowe, place i kolumny samochodów
z zapalonymi reflektorami na drogach, dowód oczywisty, że nikt już nie
traktuje poważnie obecności Niemców nad tymi obszarami. W dzień i w nocy
przestrzeń powietrzna nad wyzwolonymi terenami Holandii, Belgii i Francji niepodzielnie należała do lotnictwa aliantów, co dawało ludności
poczucie pełnego bezpieczeństwa. W kilku miejscach dostrzegli zresztą
sami sunące licznymi grupami samoloty. Rozciągnięty strumień
przypuszczalnie czterosilnikowych kolosów kierował się na wschód w wiadomym celu. Ich załogi nie mogły widzieć pojedynczego Junkersa, który
skradał się w odwrotnym kierunku, lecąc znacznie niżej. Gdyby nawet tak
się stało, byłby też zlekceważony.
Gdy od czoła zaczęła wynurzać się łuna świateł nad Rotterdamem, Stahl
rozpoczął manewr zniżania. Zbliżali się do pierwszego punktu tajnej
wyprawy. Przymknął zawory chłodnic, zredukował prędkość do 250 km/h,
wypuścił klapy lądowania w środkowe położenie. Znajdowali się dokładnie
nad szosą prowadzącą do Bredy, w lewo od niej na ich przylot oczekiwali
ludzie, jakaś grupa proniemieckiego podziemia, nadal korzystająca z pomocy wywiadu RSHA. Dla nich przeznaczone były dwa duże pojemniki,
załadowane sprzętem szpiegowsko-dywersyjnym i walutą, fałszywymi
dolarami i funtami, masowo wytwarzanymi przez fachowców z resortu
Himmlera. Punkt zrzutu miał być oznaczony światłami, tworząc trójkąt
zwrócony ostrym wierzchołkiem na północ. Stahl był przygotowany na dwa
kręgi, ale z wysokości zaledwie 250 metrów zobaczył sygnały wyłożone
prawie na osi podejścia, równolegle do szosy, i już w pierwszym
okrążeniu zwolnione z zamków pojemniki poszybowały w dół. Do każdego
doczepiona była długa taśma w jaskrawych kolorach, dzięki czemu mogły
być łatwiej odnalezione.
Grupa latarkami potwierdziła celny zrzut, Stahl poderwał więc samolot i zmienił kurs, kierując się w stronę Belgii. W odległości dwudziestu
minut lotu na tym odcinku trasy mieli odszukać drugi punkt, znane im ze
zdjęć skrzyżowanie dróg obok wiatraka na wysokiej skarpie. Każdy z nich
miał w oczach ten obraz, wielokrotnie oglądany przed startem na ekranie
w sali projekcyjnej. Oficer wywiadu RSHA służył dodatkowymi
informacjami, Fecht odnotował współrzędne celu na mapie z wyliczeniem
poprawek na znoszenie magnetyczne, siłę wiatru i możliwe zmiany w skali
prędkości, a jednak ta cała nawigacyjna buchalteria wzięła w łeb. Gdy
znaleźli się w pobliżu miejsca zrzutu, jak wynikało z przygotowanych
notatek, ziemia podsunęła im obraz zupełnie inny: szosę przeciętą torem
kolejowym. Stahl stracił orientację, choć też uchodził za rutyniarza w lotach nocnych. Ponieważ czas uciekał, wybrał miejsce w pobliżu lasu i tam pozbyli się "pasażera", młodego Belga w specjalnym kombinezonie,
objuczonego workiem spadochronu. Dywersant na całej trasie ukradkiem
łykał alkohol z manierki, żeby opanować rozdygotane nerwy, toteż w stanie zamroczenia wypadł niczym kukła z otwartego luku, nie bardzo
pojmując, co się z nim dzieje. Zdążył tylko wrzasnąć, gdy nagle podłoga
ociekła mu spod nóg, i już był w powietrzu. Linka samowyzwalacza
wyszarpnęła bez jego udziału czaszę spadochronu.
Pozostał jeszcze ładunek ostatni, zawieszone pod kadłubem olbrzymie
pudło cylindrycznego kształtu z dykty, nieco podobne do wydłużonej
beczki. Był to tajny środek transportu agentów, zaprojektowany przez
techników z KG-200 na żądanie przełożonych z RSHA. Stwierdzono bowiem
wielokrotnie, że dla tych ludzi skok ze spadochronem był najtrudniejszą
próbą, często nie do pokonania, a tylko drogą powietrzną mogli być
przerzucani na zaplecze frontu. Pojemna beczka, nosząca nazwę PAG,
wybawiała ich z tego kłopotu. W jej wnętrzu można było ulokować dwie lub
trzy osoby z bagażem, rozmieszczone w pozycji leżącej bez wzrokowego
kontaktu z ziemią, po prostu w całkowitej izolacji. Pod czołową pokrywą
tego oryginalnego pojemnika znajdowały się trzy spadochrony, połączone
stalową linką z kadłubem samolotu i samoczynnie otwierane w momencie
zrzutu. Wykładzina ze sztucznej gąbki chroniła agentów przed obrażeniami
w chwili twardego lądowania. O własnych siłach wydostawali się wtedy z ciasnej klatki, mając już za sobą kilkadziesiąt sekund grozy w locie do
ziemi bez widoczności. Na trasie docelowej utrzymywano z nimi łączność
telefoniczną, ograniczającą się do jednostronnych i krótkich informacji.
Ostatni sygnał odbierali przed zrzutem, potem następowała absolutna
cisza.
Taką właśnie beczkę Stahl miał pod kadłubem swojego Junkersa. Władowano
do niej przed startem trzech Francuzów, którym wywiad powierzył jakieś
zadanie. Adres dostawczy znajdował się na północ od Paryża, w punkcie
położonym nad zakolem Sekwany. Spory kawał drogi i ryzyko tym większe,
że wdzierali się do strefy kontrolowanej przez aliantów, nie licząc na
jakąkolwiek pobłażliwość z ich strony.
Do granicy belgijsko-francuskiej lot przebiegał w miarę spokojnie.
Bezpośrednio po jej przekroczeniu, co Fecht zasygnalizował na podstawie
mapy, dostrzegli pod sobą zdumiewającą iluminację. Mozaiką różnobarwnych
świateł rozjarzyła się płyta dużego lotniska, zapraszając ich do
lądowania. Stahl momentalnie zacisnął dłonie na wolancie, uciekając
podciąganym zakrętem w ciemną stronę nieba, a za nim - jak na ironię -
pognały zielone rakiety, kolejny znak, że mogą siadać na wolnym pasie.
Ci w dole wzięli Junkersa za własny samolot, zdziwieni zapewne, że mimo
przyjaznych gestów ucieka na pełnych obrotach.
Przeżyli chwile strachu, Stahl zdołał jednak wymknąć się z pułapki,
szybko tonąc w mroku na zachód od gościnnego lotniska. "Pasażerowie"
uwięzieni w beczce podniesionymi głosami zareagowali na tę nagłą
huśtawkę, ale zlekceważono ich protest. Dla Niemców ci Francuzi byli
tylko uciążliwym balastem. Stahl obiecywał sobie przed startem, że w razie zagrożenia wyrzuci ich gdziekolwiek, byle tylko wrócić z tej
wyprawy. Żadna różnica, co potem zameldują, jeśli w ogóle będą mogli to
uczynić.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki