Wstęp
WSTĘP
Wczesny wieczór czerwcowy 1943 roku. Jak zwykle o tej porze roku było
jeszcze zupełnie jasno. Słońce nadal nie zamierzało udać się na
spoczynek, choć jego promienie nie miały już takiej mocy jak choćby
godzinę wcześniej. Nagrzane powietrze pachniało latem, mimo że dzień
wciąż należał do kalendarzowej wiosny. Pogoda zachęcała do spacerów,
toteż mimo niemieckiego terroru panującego w mieście, wybrało się na nie
wielu warszawiaków. Znalazły się wśród nich trzy młode kobiety dziarsko
podążające wzdłuż torów kolejowych biegnących od Dworca Gdańskiego w kierunku ulicy Powązkowskiej. "Mira", "Krysia" i "Zosia Saska" szły
pochłonięte rozmową, co rusz to wybuchając śmiechem, który wydawał się
odbiciem ich beztroskiego nastroju, choć równie dobrze mógł służyć
rozładowaniu stresu.
Przez ponad trzy lata konspiracyjnej działalności nauczyły się
opanowywać stres środkami czerpanymi z aktorskiego rzemiosła. Gdy szły
na akcję, było im ciężko nie tylko na duchu, ale i fizycznie. Grały tak
profesjonalnie, że trudno by było komuś się domyślić, iż dźwigają
dziesięć termitówek, czyli opakowań z materiałem zapalającym
wyposażonych w zapalniki chemiczno-czasowe. Uzbrojenie takiego ładunku
następowało po przełamaniu rurki, w której znajdował się kwas siarkowy.
Gdy przetrawił on celofanową osłonkę, masa termitowa zapalała się,
osiągając temperaturę dwóch tysięcy stopni Celsjusza. Następowało to po
czterdziestu pięciu minutach. Zapalniki przesyłane z Anglii działały z dokładnością co do minuty, natomiast te produkowane konspiracyjnie
zawierały celofan różnej grubości, a przez to kwas przeżerał go w różnym
czasie, były więc mało precyzyjne.
Dochodząc do wylotu ulicy Burakowskiej, dziewczyny rzuciły pierwsze
ładunki na dach magazynu przechowującego mundury Wehrmachtu. Kolejne
pozostawiły w niedaleko od magazynu usytuowanym składzie drewna. "Mira"
już widziała oczami wyobraźni płonące na podwórzu piramidy desek, które
Niemcy ułożyli z cechującą ich pedanterią. Kolejnym celem ich rzutów
były zaplombowane wagony towarowe, które prawdopodobnie zostały
przygotowane do wyprawienia na wschód. Na każdym z dachów tego
trzyczłonowego ciągu wylądował termitowy ładunek. Do zagospodarowania
pozostał im już tylko jeden. "Mira", widząc samotną lokomotywę stojącą
na bocznicy, postanowiła na niej umieścić termitówkę. Gdy ruszyła w jej
kierunku, paczka wysunęła się jej z ręki i upadła na ziemię. Od razu
zaczęły wydobywać się z niej kłęby dymu, co trudno byłoby ukryć przed
mieszkańcami okolicznych domków. Dziewczyny postanowiły więc jak
najszybciej zniknąć z okolicy, tym bardziej że było już niewiele czasu
do zapalenia się podłożonych wcześniej ładunków. Nie zawracały, by nie
znaleźć się koło obiektów, które lada moment mogły stanąć w ogniu, lecz
zaczęły biec dalej, w kierunku Dworca Gdańskiego. Nagle wyrósł przed
nimi niemiecki policjant z formacji nadzorującej kolej i nakazał, by
zawróciły z drogi. Tu w sukurs przyszło im obeznanie z teatralnymi
sztuczkami. Konspiratorki jedna przez drugą zaczęły świergotać, że
spieszą się na pociąg, a to najkrótsza droga, że jeśli nie zdążą, to ich
mamy będą zdenerwowane, a jedna jest chora na serce, takie emocje mogą
więc stać się dla niej groźne, że... Mundurowy, zatykając uszy, machnął
ręką i pozwolił im biec dalej.
Gdy dotarły do przejazdu kolejowego, czekała na nie następna przeszkoda:
niemiecki kolejarz stojący tam zwykle na posterunku. Znów zaczęły
szczebiotać na trzy głosy, wkładając w artykułowanie prośby o przepuszczenie cały dramatyczny kunszt. Tym razem finał sceny był nieco
inny, gorszy. Niemiec przepuścił je, ale kazał zapłacić mandat karny, po
sześć złotych od każdej. Odetchnęły z ulgą, po czym "Mira" wręczyła mu
banknot dwudziestozłotowy, nie licząc na resztę. Kolejarz był jednak
skrupulatny i zaczął szukać w torbie dwóch złotych, wypisując
równocześnie trzy pokwitowania. "Krysia" i "Zosia Saska" odeszły, ale
"Mira" musi czekać. Spogląda na zegarek i widzi, że do wybuchu
termitówek pozostało tylko kilka minut. Przestępuje z nogi na nogę,
niecierpliwie czekając na zakończenie formalności. Służbista znajduje
wreszcie drobne i wręcza jej wypełnione kaligraficznym pismem papiery.
"Mira" biegnie i dołącza do koleżanek. Chwilę później są już w jej
mieszkaniu i z okna obserwują erupcje kolejnych ognisk znaczących
obiekty, na które wrzucały ładunki zapalające. "Lokomotywa pewnie
ocalała", myślą, choć miejsce, w którym spadła na ziemię przeznaczona
dla niej termitówka, nie było od niej odległe. Może...
"Mira" (Kazimiera Olszewska), "Krysia" (Krystyna Wierzbicka) i "Zosia
Saska" (Maria Ocetkiewicz) to członkinie Kobiecych Patroli Minerskich,
które powstały w marcu 1940 roku. Idea ich powołania zrodziła się pod
koniec 1939 roku, kiedy jeszcze dobrze nie przebrzmiały echa przegranej
kampanii wrześniowej. W kierowniczych kręgach Związku Odwetu, formacji
do zadań specjalnych wydzielonej ze Związku Walki Zbrojnej, przewidywano
trudności, jakie napotkać może akcja dywersyjno-sabotażowa, do której
zaczęto się przygotowywać. Panowało przekonanie, że kobiety kręcące się
wokół obiektów wojskowych, torów kolejowych czy zakładów produkcyjnych,
szczególnie te obciążone torbami z zakupami, będą zwracać mniejszą
uwagę, niż znajdujący się w tych samych miejscach mężczyźni. Co prawda,
okupanci szybko zorientowali się, jak głęboko i wszechstronnie polskie
kobiety zaangażowały się w walkę z nimi i równie błyskawicznie zaczęli
je gnębić, lecz ten początkowo powszechnie akceptowany argument legł u podstaw zorganizowania wyłącznie kobiecego oddziału dywersyjnego.
Drugim bodźcem do jego powstania była działalność Zofii Franio, lekarki,
która całe życie podporządkowała dwóm misjom: niesieniu pomocy, często
bezinteresownej, chorym i walce o wolną ojczyznę. Rozpoczęła ją już w trakcie studiów medycznych, biorąc udział w stopniu porucznika w wojnie
polsko-bolszewickiej. W Drugiej Rzeczypospolitej, mimo blisko dwudziestu
lat pokoju, jakby przeczuwając, że jest on tymczasowy, ukończyła kursy
Przysposobienia Wojskowego Kobiet i potem sama szkoliła wiele drużyn
ratowniczych, forsując tezę, że w ewentualnym konflikcie zbrojnym
kobiety są w stanie walczyć na równi z mężczyznami. W listopadzie 1939
roku, pracując jako lekarka w warszawskim szpitalu św. Ducha,
zaangażowała się w działalność konspiracyjną. Zaprzysiężona w Służbie
Zwycięstwu Polski przez Franciszka Niepokólczyckiego "Teodora", przyjęła
pseudonim Doktor. Kilka miesięcy później weszła w skład Związku Odwetu,
formacji wydzielonej ze Związku Walki Zbrojnej, powołanej na miejsce
SZP, której zadaniem miało być prowadzenie akcji dywersyjno-sabotażowej.
Ustawicznie, i jak się okazało - przekonująco, namawiała przełożonych do
utworzenia zespołów dywersyjnych złożonych z samych kobiet.
I oto w lutym 1940 roku zjawił się w jej mieszkaniu Zbigniew Lewandowski
"Szyna", szef Biura Badań Technicznych Wydziału Saperów Komendy Głównej
ZWZ (przeradzającego się właśnie w tym miesiącu w Armię Krajową), który
otrzymał rozkaz przeprowadzenia pierwszego szkolenia minerskiego kobiet.
Później wspominał to tak: "Szedłem do mieszkania dr Franio wcale
nieprzekonany o słuszności zleconego mi zadania. Nie wątpiłem oczywiście
ani o odwadze, ani o patriotyzmie Polek, ale żeby powierzać im
wysadzanie w powietrze torów i mostów kolejowych, to już w moim
przekonaniu przekraczało siły kobiece. Jakże się myliłem"1.
Na ten pierwszy w historii kurs minerski skierowano pięć kobiet. Były
odważne, zdecydowane podjąć proponowaną im działalność, sprawne
fizycznie i już przeszkolone w różnych rodzajach pomocniczej służby
wojskowej, skoro przed wojną funkcjonowały jako instruktorki PWK.
Pierwszą chętną do pogłębiania specjalistycznej wiedzy była Zofia
Franio, a za nią na liście kursantek znajdowały się: Antonina Mijal,
Kazimiera Olszewska, Janina Rudomino-Kochanowska i Kazimiera
Skoszkiewicz. Tworzyły one zalążek Kobiecych Patroli Minerskich (KPMin.)
i otrzymały zadanie sformowania własnych, pięcioosobowych patroli; a więc miały dobrać sobie po cztery kobiety oraz przeszkolić je
teoretycznie i praktycznie według programu kursu, które same ukończyły.
Jesienią tegoż roku do działania gotowe były dwa patrole: Antoniny Mijal
i Kazimiery Olszewskiej. W tym samym mniej więcej czasie Janina Galler
(ps. Oliwa, Nina), przedwojenna prawniczka i komendantka oddziału
pozaszkolnego PWK, na własną rękę zorganizowała grupę kilku dziewcząt
(były to m.in. Wanda Keller "Krysia C", Zofia Koprowska "Czesia",
Jadwiga Łukasiak "Basia" i Janina Zglińska "Jaśka") i przeprowadziła ich
szkolenie w Żabieńcu pod Warszawą. Dlatego jego uczestniczki żartobliwie
były nazywane "Żabinkami". Kilka miesięcy później Janina Geller nagle
zmarła i zastąpiła ją Janina Zglińska. Grupa ta dołączyła do KPMin. jako
trzeci patrol. Później powstało jeszcze ich sześć i w sumie zrzeszały
pięćdziesiąt pięć kobiet. Dowództwo całości powierzono doktor Franio, a jej zastępczynią została Antonina Mijal.
Gdy KPMin. miały za sobą już dwa lata walki i udział w wielu trudnych
akcjach, w listopadzie 1942 roku w Komendzie Głównej Armii Krajowej
wydzielono komórkę o nazwie Kierownictwo Dywersji, w skrócie Kedyw, z pułkownikiem Emilem Fieldorfem "Nilem" na czele. Minerki włączono do
Okręgu Warszawskiego Kedywu, kierowanego przez majora Jerzego
Lewińskiego "Chuchro", którego po jego aresztowaniu, a potem straceniu,
zastąpił w październiku 1943 roku kapitan Józef Rybicki "Andrzej". Wraz
z wybuchem powstania warszawskiego KPMin. jako wyodrębnione oddziały
przestały istnieć. Szesnaście jego członkiń (z patroli "Tosi", "Miry",
"Bogumiły" i "Aliny") przydzielono do Oddziału Żeńskiego Saperów,
kierowanego przez doktor Franio. Trzy patrole ("Justyny", "Czesi" i "Zosi Saskiej") otrzymały zadanie wysadzania mostów w podwarszawskich
miejscowościach. Pozostałe kobiety rozpoczęły działalność w różnych
oddziałach męskich. Nie ograniczały się do swej minerskiej specjalności,
ale znalazły się zawsze tam, gdzie była taka potrzeba, i robiły to, co w danej chwili było najważniejsze. Zginęło dziesięć spośród nich, sześć w trakcie walk powstańczych. Większość opuściła Warszawę przez obóz w Pruszkowie i uniknęła niewoli.
Wyjechały z Warszawy trzydziestego kwietnia 1944 roku o godzinie
czternastej. Miały ze sobą pistolet automatyczny, piłę z zapasowym
ostrzem, nóż, dłuto, szprycę i kwas solny. Było ich pięć: "Margerita",
"Halinka", "Magda", "Iga" i "Klara". Do Szaniaw (miejscowość położona
dwanaście kilometrów od Łukowa, około dziewięćdziesięciu od Lublina)
dojechały około godziny dziewiętnastej. Stamtąd, podzielone na dwie
grupy, doszły do miejsca upatrzonego podczas jazdy pociągiem. Zajęło im
to przeszło godzinę, ale znalazły się w uroczym, zacisznym zakątku, w przytulnej leśnej kotlince.
Po rozlokowaniu "Margerita" i "Halinka" udały się na zwiady. Musiały
rozejrzeć się w terenie, by wyznaczyć najlepsze miejsce do
przeprowadzenia akcji. Wybrały niewielki pagórek sąsiadujący z resztkami
przewróconego, spalonego pociągu, znajdujący się na otwartej
przestrzeni, ale w pobliżu sporej kępy drzew o gęstych, pokrytych
pierwszą zielenią gałęziach. Wyższe położenie dawało większą gwarancję,
że nie natrafią na wodę. O dwudziestej trzeciej, godzinie ustalonej z drugim patrolem, który pojechał pod Mińsk Mazowiecki, rozstawiły czujki
i przystąpiły do kopania. Mniej więcej co piętnaście minut musiały
przerywać pracę na czas przejazdu pociągu. Okazało się, że kabel
znajduje się na głębokości blisko dwóch metrów, dotarcie do niego zajęło
im więc przeszło godzinę. Piłowanie trwało około dwudziestu pięciu
minut. Potem jeden koniec kabla, nie przypadkowy, lecz ten biegnący w stronę Brześcia nad Bugiem, z dużym wysiłkiem we trzy wyciągnęły tak, by
znalazł się nad końcem drugim, i wstrzyknęły w niego dwie szpryce kwasu
solnego. Operacja dobiegła końca. Zasypały dół i bardzo starannie ubiły
ziemię nogami. "Iga" odeszła na pewną odległość, by sprawdzić, czy
miejsce wygląda tak, jak przed kopaniem. By utrudnić poszukiwania punktu
przecięcia kabla, jeszcze w dwóch innych miejscach wzdłuż jego
niewidocznej trasy rozkopały ziemię, po czym zakopały i pieczołowicie
ubiły.
Odwrót zaplanowany był brzegiem lasu znajdującego się po drugiej stronie
toru, ale stamtąd dochodziły odgłosy strzałów, ruszyły więc na przełaj
przez pola. Musiały przeciąć linię kolejową prowadzącą do Lublina, by
znaleźć się na drodze do Łukowa. Nie przewidziały utrudnień w postaci
rozległych mokradeł. Przez spory ich fragment przedzierały się do nasypu
kolejowego, po czym czas jakiś szły torem aż do grobli ciągnącej się
pomiędzy bagnami. Odbijając kilka kilometrów od trasy kolejowej, dotarły
wreszcie do drogi, którą pierwotnie miały iść. Solidnie zmęczone
zatrzymały się w dość głębokim rowie. Była godzina czwarta. Wstawał
dzień. O piątej trzy z nich wyruszyły na dworzec, by wsiąść do pociągu
odjeżdżającego z Łukowa o szóstej trzydzieści sześć. Pozostałe dwie
pojechały następnym, o ósmej dwadzieścia.
Kobiece Patrole Minerskie były fenomenem na skalę światową, podobnie jak
powstały półtora roku później oddział specjalny dywersji i sabotażu
kobiet "Disk", którego członkinie ("Margerita" - Maria Jankowska,
"Halinka" - Wanda Burawska-Broniewska, "Magda" - Helena
Ujazdowska-Konopacka, "Iga" - Halina Sejko i "Klara" - Oleńka
Jaxa-Stojowska) wzięły udział w akcji przecięcia kabla ziemnego pod
Łukowem, opisanej powyżej.
Organizacją oddziału, z rozkazu szefa sztabu KG ZWZ AK generała Tadeusza
Pełczyńskiego, zajęła się Wanda Gertz "Lena", która zarówno na etapie
jego budowania, jak i późniejszej działalności odegrała taką samą rolę
jak Zofia Franio w patrolach minerskich. "Lena" była już wyszkolona
wojskowo, ponieważ służyła między innymi w I Brygadzie Legionów Polskich
i była komendantką jednego z batalionów Ochotniczej Legii Kobiet. Ona
również z przekonaniem starała się udowadniać, że udział kobiet w walce
nie musi się ograniczać do funkcji pomocniczych. Podobnie do "Doktor" w konspiracji działała już od listopada 1939 roku.
Wanda Gertz do kadry dowódczej "Disku" powołała swoje koleżanki z POW,
znając ich możliwości i mając pewność, że może na nich polegać. Były to:
Hanna Bilik "Filipina", Maria Jankowska "Margerita", Władysława
Macieszyna "Sława", Jadwiga Szymańska "Wiga" i Maria Zielonka "Zofia".
Od razu rozpoczęło się ich szkolenie obejmujące teoretyczne i praktyczne
zagadnienia związane z dywersją, sabotażem, a także wywiadem, które
poprowadził kapitan Jan Kajus Andrzejewski "Jan". Kobiety dołączające do
oddziału po tej pierwszej piątce, stanowiącej jego zalążek, były
szkolone przez oficerów męskiej podchorążówki. Po dwóch turnusach takich
zajęć "Disk", opierając się na wyszkolonej już kadrze, stworzył własną
żeńską podchorążówkę, w której regularne zajęcia rozpoczęły się wiosną
1943 roku. Jeszcze podczas prac organizacyjnych, które zajęły mniej
więcej pół roku, werbowane kobiety brały udział w akcjach, najpierw
związanych z tak zwanym małym sabotażem, a wkrótce zaczęto im powierzać
coraz poważniejsze i bardziej niebezpieczne zadania.
W szczytowym okresie działalności "Disk" liczył sto trzydzieści
członkiń. Po powstaniu Kedywu włączony został do jego pułku
dywersyjnego, który występował pod kryptonimami: "Motor", "Sztuka",
"Deska", "Broda 53". Cały czas na czele "Disku" stała Wanda Gertz
"Lena", dlatego często nazywano go oddziałem Leny. Funkcję zastępcy
dowódcy pełniła Maria Zielonka "Zofia". Pierwszego sierpnia 1944 roku
oddział prawie w komplecie stawił się w wyznaczonym punkcie - w fabryce
Telefunkena na Woli, gdzie przydzielono jego członkinie do konkretnych
odcinków, teraz już nie konspiracyjnej, ale jawnej walki. Część z nich
dołączono do oddziałów męskich, a resztę z "Leną" na czele włączono do
Brygady Dywersyjnej "Broda 53". W walce poległo jedenaście członkiń
"Disku". Piątego października 1944 roku "Lena" z częścią swych
podwładnych, na czele dwóch tysięcy kobiet, wyszła z pokonanej Warszawy
do niewoli.
Trzecia grupa kobiet, które zdecydowały się na konspirację, a w jej
ramach na walkę sabotażowo-dywersyjną pod sztandarem Kedywu, nie
należała ani do Kobiecych Patroli Minerskich, ani do "Disku". W różnym
czasie ochotniczo dołączały do oddziałów męskich, pełniąc w nich
najrozmaitsze funkcje. Większość miała już za sobą jakieś doświadczenie
w organizacjach paramilitarnych Drugiej Rzeczpospolitej albo należała do
Związku Harcerstwa Polskiego, który na użytek działań konspiracyjnych,
pod koniec września 1939 roku, przyjął nazwę Szare Szeregi. W tym drugim
przypadku owo wejście do "podziemia" odbywało się niejako naturalnie,
płynnie, ponieważ drużyny zrzeszające młodzież ponadosiemnastoletnią
weszły w skład Grup Szturmowych bezpośrednio podległych Kedywowi. W sierpniu 1943 roku utworzono z nich batalion "Zośka", którego 3.
kompania - "Agat", później przemianowana na "Pegaz" - wydzielona została
do zadań specjalnych i stała się zalążkiem batalionu "Parasol".
Ochotniczki bez żadnego stażu zazwyczaj ktoś wprowadzał do oddziału,
ponieważ specyfika działań Kedywu wymagała, aby osoby w nich
uczestniczące charakteryzowały się niepowszednimi cechami charakteru i obligowała do najściślejszego utajnienia. Błąd w rekrutacji mógł wiele
kosztować, a dowodem, że przeprowadzana była właściwie, jest to, iż
nawet najcięższe śledztwa - niestety, wpadki się zdarzały - nie złamały
większości kedywianek.
Kedyw powstał na rozkaz generała Stefana Roweckiego "Grota", dowódcy
Armii Krajowej. Rozkaz ten został wydany dwudziestego drugiego stycznia
1943 roku. Tytuł rozkazu: "Uporządkowanie odcinka walki czynnej",
lapidarnie określał cel powstania nowej formacji. Jej komórki sztabowe
miały być organizowane nie tylko w Komendzie Głównej AK, czyli w Warszawie, ale i w komendach poszczególnych Okręgów na terenie całego
kraju. By objąć działaniami Kedywu tak duży obszar, polecono stworzenie
odrębnej sieci szybkiej łączności pomiędzy nimi.
Również w terenie, poza stolicą, w akcje prowadzone przez Kierownictwo
Dywersji zaangażowanych było sporo kobiet, ale przedsięwzięcia te są
znacznie gorzej udokumentowane, a o losach ich bohaterek niewiele do
dziś wiadomo, chyba że już po wojnie jakąś sferą swego życia zwróciły na
siebie publiczną uwagę. Przykładem takiej osoby jest Hanka Skarżanka,
znakomita aktorka filmowa (ponad pięćdziesiąt filmów) i teatralna
(przede wszystkim zasłynęła rolami kreowanymi w warszawskim teatrze
Ateneum). Wojna zastała ją w Wilnie, gdzie na Uniwersytecie Stefana
Batorego studiowała najpierw rolnictwo, a potem polonistykę,
równocześnie ucząc się w tamtejszym konserwatorium. Wybuch wojny
niemiecko-radzieckiej przekreślił planowany na najbliższe dni jej debiut
w Teatrze Małym. Wtedy wstąpiła do AK i przyjęła pseudonim Nira albo
Aktorka. Najpierw jako kelnerka w kasynie oficerskim zbierała informacje
dla polskiego wywiadu wojskowego. Po powstaniu Kedywu brała udział w wielu jego akcjach. Najsłynniejsza z nich to odbicie z więzienia na
Łukiszkach Eugeniusza Chylińskiego "Freza", cichociemnego, inspektora
dywersji wileńskiego Kedywu, który, symulując atak wyrostka
robaczkowego, transportowany był z więzienia do szpitala św. Jakuba.
Skarżanka, mimo że była w zaawansowanej ciąży, podjęła się przewiezienia
go przez całe miasto w bezpieczne miejsce. Korzystając ze swych jeszcze
wtedy dosyć znikomych doświadczeń teatralnych, za pomocą
charakteryzacyjnych sztuczek zmieniła wygląd zbiega. A potem, gdy go
wiozła i była zatrzymywana na licznych niemieckich posterunkach
kontrolnych, udawała, że właśnie zaczyna rodzić. W lipcu 1944 roku
"Nira" została zdekonspirowana i internowana w Kałudze. W czasie wojny
straciła ojca i męża. W 1945 roku wraz z roczną córeczką, matką i bratem
wróciła do Polski.
"Nie ulega dla mnie żadnej wątpliwości, że kobiety górowały nad
mężczyznami w konspiracji swoją ofiarnością, poświęceniem, pracą,
ideowością i wyczynami. Nie wiem, nie wyobrażam sobie, jak wyglądałaby
konspiracja bez udziału, bez pomocy kobiet. Nie było odcinka pracy
konspiracyjnej, w którym by one nie brały czynnego udziału. Były więc
łączniczkami, pielęgniarkami, pilnowały melin, wyrabiały materiały
wybuchowe, przechowywały broń, brały udział w akcjach
bojowych"2.
"Nie będzie przesadą stwierdzenie, że kobiece patrole stanowiły oddział,
na którego codzienne życie składały się trudne i niebezpieczne zadania,
mogące niejednemu mężczyźnie spędzić sen z powiek, wywołać drżenie rąk
oraz mocne kołatanie serca"3.
"LENA". Wanda Gertz (1896-1958)
W mundurze porucznika, 1921
"LENA"
Wanda Gertz (1896-1958)
Był lipcowy powszedni dzień. Jak na tę porę roku przystało, mimo że
dochodziła już siedemnasta, słońce wciąż tkwiło wysoko i nie robiło
wrażenia, by miało ochotę szybko rozpocząć swą schodzącą wędrówkę po
nieboskłonie. Jego blask porażał intensywnością właśnie w tym miejscu,
gdzie jaskrawe promienie zderzały się z kolorystycznie mu pokrewnym
łanem niemal już dojrzałego zboża. Jego kłosy pięły się do góry, jakby
każdy chciał prześcignąć inne swym wzrostem. Nie pochylały się w żadną
stronę, nie szumiały nostalgicznie, stąd wnioskować należy, że dzień był
bezwietrzny. Z oddali dochodziły odgłosy miasta. Klaksony samochodów,
jakieś nawoływania, ale przede wszystkim zgrzyt zatrzymujących się na
przystankach tramwajów, przypominający świdrujący uszy dźwięk, jaki
wydaje nóż drapiący po talerzu. Dyskomfort dla ucha wynagradzany był
dźwięcznym, w jakiś sposób radosnym, brzmieniem dzwonka obwieszczającego
odjazd, czyli ruch ku czemuś zawsze napawający nadzieją. Tu, wśród
pękających z nadmiaru ziaren kłosów, wzorcowe gospodarstwo rolne, jakim
był AGRiL (Administracja Gospodarstw Rolnych i Leśnych) usytuowany na
Rakowcu, co roku chwaliło się imponującymi zbiorami. W tym miejscu owa
miejska krzątanina zdawała się tak odległa, że aż nierealna.
"Lena" i "Margerita" już od blisko pół godziny skulone, przyczajone,
siedziały w zbożu. Sielskie otoczenie sprawiało, że ich myśli błądziły
po radosnych zakamarkach przeszłości, szczególnie tej związanej z letnimi wyjazdami na wieś. Co jakiś czas któraś z nich ostrożnie
prostowała się, by spojrzeć na "Jankę" stojącą na najbliższym
przystanku, bo to jej powierzono wstępny wywiad i obserwację skazanej.
To ona najlepiej wiedziała, jak wygląda osoba, na którą czekały.
Ustalonym sygnałem miała potwierdzić jej tożsamość. Na razie nic się nie
działo. Spojrzały na zegarki, a potem wymownie na siebie.
- Może dziś nie poszła do pracy? - szepnęła "Margerita".
- Spokojnie, po drodze z pracy do domu można przecież załatwiać różne
rzeczy, na przykład robić zakupy - uspokajała Lena, choć i na jej
poważnej, pociągłej twarzy, znaczonej wyraźnie wystającymi kośćmi
policzkowymi i wydatnym nosem, a zwieńczonej gładko do góry zaczesanymi
kruczoczarnymi włosami, rysowało się napięcie.
Głośny szelest rozchylanych czy przygniatanych pod jakimś ciężarem
kłosów sprawił, że zamarły. Dosłownie chwilę wcześniej "Janka" nie
dawała żadnych znaków, czyżby...? Tym razem "Lena" bezszmerowo uniosła się
do góry, by sprawdzić, co się dzieje na przystanku.
- Nic - szepnęła i wtedy z miejsca znajdującego się około dziesięciu
metrów od nich wyfrunął duży leśny gołąb.
Odetchnęły, omal nie wybuchając niedozwolonym w tych okolicznościach
śmiechem. Ulga nie mogła przesłonić czujności. Gdy tym razem "Margerita"
wyjrzała ponad zboże, zobaczyła, że w ich stronę idzie jakaś kobieta, a postępująca za nią w odpowiedniej odległości "Janka" zdejmuje płaszcz i ruchem głowy na nią wskazuje.
- Idzie!
"Lena" dotknęła rewolweru znajdującego się w kieszeni. Pogładziła go
lekko, jakby nie mogąc w tej sytuacji już niczego sprawdzić, chciała w ten sposób zapewnić sobie jego niezawodność. Jednym zgrabnym ruchem
wyskoczyła na ścieżkę wydeptaną w zbożu, pewnie przez ludzi skracających
sobie drogę od przystanku, i stanęła twarzą do zbliżającej się
konfidentki. Kiedy ta była już bardzo blisko, lekko drżącym głosem
zaczęła wypowiadać sentencję akowskiego wyroku:
"W imieniu Polski Podziemnej jesteś skazana na karę śmierci za...".
Przerwała, w chwili gdy przerażona kobieta zaczęła szukać oczami drogi
ucieczki. Wystrzeliła. Strzał był celny. Teraz "Lena" nieśpiesznie
obeszła ciało i tą samą ścieżką, którą przed chwilą przemierzała zabita,
udała się w stronę przystanku. Wsiadła do akurat ruszającego tramwaju.
Była to pierwsza dla członkiń "Disku" i w ogóle wszystkich kobiet
działających w Kedywie akcja likwidacji agentów i konfidentów gestapo i dlatego, obawiając się o jej wynik, uzależniony nie tyle od sprawności
organizacyjnej i fizycznej, ile od odporności psychicznej, kierownictwo
Okręgu Warszawskiego Komendy Głównej AK wysłało też do niej męskiego
ubezpieczyciela. W tym jednak wypadku jego rola polegała wyłącznie na
obserwacji, gdyż "Lena" poradziła sobie perfekcyjnie. Od razu sama
podjęła się wykonania tego zadania, zdając sobie sprawę, że dla jej
podwładnych może okazać się traumatycznym przeżyciem. Zorganizowała
"Disk", a stojąc na jego czele, dbała o swe podkomendne jak troskliwa
kura o wszystkie wykluwające się kurczaki. Była z pozoru oschła,
zasadnicza, całkowicie poświęcona idei walki, robiła wrażenie, że oprócz
jej rezultatów nic się dla niej nie liczy, ale bezpieczeństwo i dobro
kobiet, którymi dowodziła, stawiała w swym moralnym kodeksie ponad
wszystko. Bezkompromisowość, konsekwencja w stosowaniu przyjętych reguł
postępowania wydawały się płynąć w krwiobiegu komendantki. Jej decyzje
nierzadko spotykały się ze sprzeciwem, nie znajdował on wprawdzie
żadnego ujścia w warunkach walki, ale był niekiedy przechowywany w pamięci do końca życia.
Stało się tak w przypadku "Marty", która pierwszego sierpnia, w dniu
wybuchu powstania, nie mogąc dotrzeć do fabryki Telefunkena przy ulicy
Mireckiego, miejsca koncentracji oddziału, zaczęła pracę jako łączniczka
Delegatury Rządu na Kraj. Jakiś czas później, przenosząc meldunek na
Wolę, po drodze wstąpiła do fabryki Telefunkena i bardzo chciała wrócić
do macierzystej jednostki. "Lena" jednak kategorycznie sprzeciwiła się
temu, dowodząc, że byłoby to nielojalne wobec ludzi, z którymi już
rozpoczęła współpracę. O próbę dezercji oskarżyła też "Igę", która
chciała przedostać się do męskich oddziałów, gdyż marzyła o plutonie
pancernym. W końcu do niego dołączyła, ale pluton wycofał się już wtedy
z Woli i stracił wszystkie czołgi. Wcześniej jednak za swe zachowanie
musiała odpokutować zamknięta na dwadzieścia cztery godziny w "kozie".
Zatarg z komendantką miała też "Renia", współpracująca z batalionem
"Parasol" przy inwigilowaniu szczególnie okrutnych zbrodniarzy.
Zazdroszcząc niektórym napotykanym koleżankom udziału w walkach, chciała
odejść z "Disku", by do nich dołączyć.
- Nasza sytuacja, i w ogóle powstania, jest teraz bardzo zła i absolutnie nie zezwalam na ten krok - usłyszała kategoryczny sprzeciw
"Leny".
"Reni" wydawało się, że przełożoną kieruje nie rozeznanie sytuacji, ale
nadmierny pesymizm, charakterystyczny dla ludzi jej pokolenia, uciekła
się więc do metody "na łzy". Ale nie przyniosła ona oczekiwanego przez
dziewczynę pozwolenia, lecz jedynie krótki rozkaz:
- Dołącz do robiących butelki zapalające!
Takie decyzje nie zjednywały "Lenie" sympatii, ale żołnierki, które
znały ją lepiej, doskonale zdawały sobie sprawę, że znajdują się pod
najlepszą z możliwych w tych okolicznościach, niemal matczyną opieką.
Niewiele akcji, w których komendantka fizycznie brała udział, zostało
udokumentowanych, gdyż ona głównie je przygotowywała, a potem
rozdzielała zadania pomiędzy swe podwładne. Gdy jednak pojawiała się na
pierwszej linii, a z pewnością zdarzało się to częściej, niż można
wnioskować z dokumentów, akcja musiała być na tyle trudna, czasem
wydawała się wręcz niewykonalna, że nie chciała ryzykować życiem
podkomendnych. Wiedząc, że jest najbardziej doświadczoną członkinią
"Disku", i to zarówno pod względem stażu w walce, jak i w dowodzeniu,
odczuwała brzemię odpowiedzialności za kobiety, czasem nawet młode
dziewczyny, dla których był to pierwszy kontakt z wojenną
rzeczywistością.
W chwili wybuchu drugiej wojny światowej miała czterdzieści trzy lata i pięć miesięcy, a za sobą dwadzieścia cztery lata służby na rzecz
ojczyzny, jeśli nie liczyć wcześniejszego zaangażowania w tajny w czasach zaborów skauting. Jako dziewiętnastolatka, po skończeniu
gimnazjum i kursów buchalteryjnych Zgromadzenia Kupców miasta
stołecznego Warszawy, przystąpiła do Konfederacji Narodowej Polskiej,
która to organizacja stawiała sobie za cel doprowadzenie do wyłonienia z morza najrozmaitszych stronnictw jednej wspólnej dla Królestwa Polskiego
reprezentacji politycznej. Chodziło o to, by wszyscy, którym na sercu
leżała niepodległość kraju, działali razem, a nie w rozproszeniu.
Natrętnie nasuwa się pytanie, dlaczego młoda kobieta, wchodząca w samodzielność, tak pokierowała swym życiem, co sprawiło, że nie rzuciła
się w wir życia zawodowego i osobistego, jak jej rówieśnice? Dlaczego
zamiast cieszyć się przywilejami swego wieku, wybrała żołnierski los?
Jedną z pewnie wielu możliwych odpowiedzi na te pytania jest ta, że jej
ojciec Jan, mimo że pochodził z rodziny o korzeniach saksońskich, która
dopiero w XVIII wieku przybyła do Polski, brał czynny udział w powstaniu
styczniowym, a po nim wciąż żył nadzieją nadejścia niepodległości.
Podobne rojenia o wolnej Polsce mieli jego koledzy powstańcy, którzy
często spotykali się w domu państwa Gertzów. Mała Wanda, pewnie siedząc
pod stołem, słuchała opowieści o bohaterach minionych lat i marzeniach,
które wydawały się nierealne, o wolnej Polsce. Być może więc nie
widziała dla siebie innej drogi niż walka o ich spełnienie. Ale
atmosfera domu chyba by nie wystarczyła, musiała mieć takie cechy
charakteru, które przyniosła ze sobą na świat. Choć nie wydaje się
zasadne rozpatrywanie jej osobowości według kryteriów, które
stereotypowo wiążą skłonności i cechy charakteru z płcią, nie ulega
wątpliwości, że wybierając taki plan na życie, dobrowolnie pozbawiła się
wielu jego elementów przypisywanych tradycyjnie kobietom.
Niezależnie od tego, w ramach jakiej organizacji działała, robiła to
zawsze z pasją i pełnym zaangażowaniem. Jako członkini Konfederacji
całymi dniami roznosiła po domach apele i odezwy, czasem z pewnością
spotykając się z niechęcią, a może nawet wrogością. Po nocach zaś szyła
chlebaki dla żołnierzy Polskiej Organizacji Wojskowej. Jednocześnie
uczestniczyła w działaniach Polskiego Komitetu Pomocy Sanitarnej, który
otaczał opieką rannych żołnierzy, z czasem także ludność cywilną, która
ucierpiała podczas działań wojennych. Rozdzielała pomiędzy nich żywność,
środki czystości, ubrania, materiały opatrunkowe, a także brała udział w wydarzeniach towarzyskich czy kulturalnych, podczas których zbierano
środki na działalność Komitetu. Doba Wandy była chyba dłuższa niż
dwadzieścia cztery godziny, znajdowała bowiem jeszcze czas na działanie
w Poczcie Listów Prywatnych. Ta ciekawa inicjatywa była reakcją członków
POW na utrudnianie przez Niemców kontaktów mieszkańców stolicy z ludźmi
żyjącymi na terenie okupacji austriackiej. Za symboliczną opłatą
peowiacy dostarczali korespondencję do prywatnych adresatów. W czasie
niecałego roku przez ich ręce przeszło ponad cztery tysiące listów.
Z zapałem włączyła się również do akcji ekwipowania Batalionu
Warszawskiego, marząc, by wstąpić w jego szeregi. Nie było to jednak
możliwe, ponieważ składali się na niego wyłącznie zaprzysiężeni i zdolni
do służby wojskowej członkowie POW. Batalion wyruszył z Warszawy
dwudziestego drugiego sierpnia 1915 roku, by po czterech dniach połączyć
się z I Brygadą Legionów, kolejnym marzeniem Wandy. W tym wypadku nie
odstąpiła od zamiaru. Nieczęsto się zdarza, by ktoś z taką determinacją
i konsekwencją walczył o realizację swych marzeń z dzieciństwa. No i zwyciężyła we własnej wojnie, nim wzięła udział w tej o ojczyznę. Ze
względu na zakaz przyjmowania kobiet do Legionów, obcięła włosy, ubrała
się po męsku i z dokumentami swego kuzyna, Kazimierza Żuchowicza, już w lutym 1916 roku, a więc pół roku po tym, jak ze łzami w oczach i rezygnacją w duszy patrzyła na wymarsz ze stolicy Batalionu
Warszawskiego, została przyjęta do Legionów. Oczywiście na fryzurę i strój nie wszyscy dali się nabrać. Bezpośredni przełożeni doskonale
zdawali sobie sprawę, kogo przyjęli, lecz upór, zawziętość i zapał do
walki przekonały ich do dziewczyny, przymknęli więc oczy. Dzięki temu
uzyskała zgodę na niestawienie się na obowiązkowe wstępne badania
lekarskie i skierowana została do Piotrkowa, gdzie rozpoczęła służbę
jako adiutant majora Ottokara Brzozy. Major znał prawdę, a jego
autorytet nie pozwalał na jakiekolwiek pytania dotyczące nowego
adiutanta. W przeciwieństwie do przełożonych koledzy, towarzysze broni,
nie byli pewni, kim jest odważniejszy od wielu innych, nieoszczędzający
się w boju kanonier Kazik.
- Czy to prawda, że jesteście przebraną kobietą i dlatego nie poszliście
na oględziny? - zapytał kiedyś nowo zwerbowany legionista.
- Sierżant to samo mówił o was - z rozbrajającym uśmiechem odpowiedziała
Wanda, przygotowana na tego typu zaczepki.
Po dwóch tygodniach pracy administracyjnej wysłano ją na front z przydziałem do 2. baterii haubic 1. Pułku Artylerii II Brygady Legionów.
W tej formacji brała udział w bitwach pod Kostiuchnówką i nad Stochodem
na Wołyniu, rozegranych w ramach akcji przeciwstawiania się rosyjskiej
ofensywie generała Brusiłowa. Obydwie bitwy były krwawe, legioniści
stracili w nich ponad dwa tysiące żołnierzy, wielu było rannych i zaginionych. Kazik przetrwał, ale nad Stochodem, oprócz zawziętej walki
z pięciokrotnie silniejszym przeciwnikiem, przeżył własny dramat. Nagle
przestał widzieć. Dostrzegał jedynie ciemne kontury, nie rozróżniał
przedmiotów i ludzi. Był pewien, że oślepł. Ta perspektywa dla każdego
jest tragedią, ale osoba wiążąca swą przyszłość z wojskiem musiała ją
przeżyć w dwójnasób. Chciano zaprowadzić go do lekarza, ale nie zgodził
się, wciąż obawiając się wszelkich kontaktów z medykami. Gdy nocą
wyruszyli w drogę, musiał kurczowo trzymać się wozu, aby się nie potknąć
lub nie wpaść gdzieś do rowu. Na szczęście, kiedy rankiem dotarli do
celu, normalne widzenie wróciło, ale przez kilka kolejnych dni o zmierzchu znów stawał się niemal niewidomy. Bez lekarza orzeczono, że to
kurza ślepota, co zdarzało się w warunkach wojennych z powodu stresu,
wyczerpania walką i nierzadko ubogiej diety.
Po siedmiomiesięcznej czynnej służbie w II Brygadzie we wrześniu 1916
roku Wanda wróciła do Warszawy, gdzie nadal jako Kazik rozpoczęła
działalność w kancelarii I Okręgu Polskiej Organizacji Wojskowej. Ósmego
grudnia tegoż roku została aresztowana przez Niemców za udział w demonstracji zorganizowanej przez POW na placu Zbawiciela. Skazana przez
sąd wojenny na sześć miesięcy więzienia, przebywała w celi na Pawiaku
trochę ponad dwa tygodnie, po czym została zwolniona za kaucją wynoszącą
pięćset marek, musiała ponadto jeszcze zapłacić tysiąc dwieście marek,
jako że karę więzienia udało się zamienić na pieniężną.
Nie przestraszyła się jednak represji i działała dalej. W zadziwiająco
szybkim tempie zorganizowała Żeński Oddział POW i przez ponad pół roku
stała na jego czele, a potem przeszła do żandarmerii i jako zbrojmistrz
w stopniu sierżanta dotrwała do kwietnia 1919 roku, kiedy wróciła do
służby liniowej w Wojsku Polskim. Mianowana zastępcą dowódcy Ochotniczej
Legii Kobiet przy Dowództwie Frontu Litewsko-Białoruskiego awansowała
do stopnia podporucznika. Najpierw na czele Batalionu Wileńskiego wzięła
udział w walkach o Wilno, Grodno i Białystok, a potem w bitwie o Warszawę, na odcinku Praga-Grochów, za co otrzymała stopień porucznika.
Ten etap życia przyniósł Wandzie podziw przełożonych i kolegów oraz
wiele odznaczeń. Zasłynęła brawurowymi akcjami, opanowaniem i myśleniem
strategicznym. Można pokusić się o stwierdzenie, że miała w sobie to
coś, może instynkt, co z szeregowego żołnierza w pewnych momentach czyni
wodza. Kiedy było trzeba, wszelkie lęki, których z pewnością
doświadczała, chowała w głębokich zakamarkach duszy i... działała. Kiedyś
na przykład wzdłuż linii obronnej Wilna nocą sama patrolowała konno
dwudziestosześciokilometrowy odcinek frontu, mimo iż kilkakrotnie
ostrzeliwana była przez nieprzyjaciela.
Umiała skutecznie, ale i bezpiecznie dowodzić ludźmi, o czym świadczy
fakt, że nawet wtedy, kiedy do oddziału dochodziły alarmujące wieści o zbliżaniu się wroga, żaden jej podwładny nie opuszczał stanowiska. Gdy
okazywało się, że ustąpienie z placówki jest konieczne, zarządzała
odwrót, ale często wraz z kilkoma żołnierzami pozostawała na miejscu, by
powstrzymując nieprzyjaciela, reszcie umożliwić bezpieczny odwrót.
Dzięki temu najczęściej oddział nie odnotowywał strat, a kiedy
ubezpieczyciele opuszczali stanowisko, natychmiast zajmowali je
żołnierze przeciwnika.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki