Rozdział 1. "Pociąg osobowy z Zakopanego wjeżdża na tor przy peronie czwartym..."
Rozdział 1
"Pociąg osobowy z Zakopanego wjeżdża na tor przy peronie czwartym..."
Był to jeden z owych zmiennych, chłodnych poranków wiosennych,
zsyłających prawie co kwadrans niewielki deszcz, a po nim krótkie
rozjaśnienie.
Kiedy Anna wyjrzała przez lewe okno taksówki, zobaczyła nad ulicą
niebieskie, czyste niebo. Zerknęła w prawe okno. Ponad mijanym skwerem i dachami kamienic odchodziła wystrzępiona, nisko i szybko płynąca czarna
chmura.
Anna oparła się o siedzenie wozu, mimo woli dotknęła mokrego kaptura
swego nieprzemakalnego płaszcza i tak samo mimo woli uśmiechnęła się.
Ten młody, dziko wyglądający chłopak włóczył się za nią prawie przez
trzy godziny i sprawiło jej to przyjemność, chociaż nawet teraz, kiedy
straciła go już z oczu, nie przyznałaby się do tego otwarcie sama przed
sobą. Uśmiech zniknął z jej twarzy równie szybko, jak się pojawił.
- Idiotko... - powiedziała do siebie szeptem, tak cicho, żeby kierowca nie
mógł jej usłyszeć. - To nie będzie łatwy dzień. - Przymknęła oczy i dodała w myśli: "Nie. Na pewno nie będzie. To może być nawet
najtrudniejszy dzień w twoim życiu...".
Wóz zakręcił ostro. Uniosła powieki. Przed nią była niska, pękata hala
Dworca Głównego. Anna spojrzała na zegarek. Za dziesięć dziesiąta. Nie
musiała się zanadto śpieszyć. Pociąg z Zakopanego wjedzie dopiero za
dwanaście minut.
Zapłaciła taksówkarzowi i szybko wbiegła po stopniach prowadzących do
hali. Rozejrzała się. Przy kasach stały kilkunastoosobowe kolejki po
bilety. Przecięła halę na ukos i zatrzymała się przed jednym z automatów
sprzedających peronówki. Szukając w torebce dwuzłotówki, spojrzała w lusterko wbudowane pośrodku automatu. Zobaczyła w nim zmęczoną twarz bez
uśmiechu, zaciśnięte usta i oczy pełne niepokoju. Odruchowo poprawiła
wymykające się spod kaptura kosmyki jasnych włosów i wyprostowała się, a potem lekko i ze zniecierpliwieniem uderzyła palcami w tarczę automatu.
Dopiero wtedy zauważyła, że w drugiej dłoni ciągle jeszcze trzyma
dwuzłotówkę. Wsunęła ją szybko do otworu, odczytała instrukcję i nacisnęła guzik. Automat szczęknął, odbyły się w nim nagle jego zwykłe
mechaniczne przemiany i peronówka wylądowała w maleńkiej niklowanej
rynience. Anna patrzyła jeszcze przez chwilę, nie zdając sobie sprawy z tego, że więcej nic już się tu nie stanie. Potem wyciągnęła
niecierpliwie dłoń, wzięła bilet i ruszyła ku przejściu na perony. Była
godzina dziesiąta minut dwie.
- Zakopiański jeszcze nie przyszedł, prawda? - zapytała kontrolera z nagłym niepokojem. Jeżeli rano nieuważnie spojrzała na tablicę
informacyjną i Marysia zdążyła już przyjechać, byłby to fatalny zbieg
okoliczności.
- Nie - kontroler starannie przedziurkował peronówkę i oddał,
spoglądając na nią dalej z wahaniem, jak gdyby mogła być podrobiona. -
Ale zaraz chyba będzie. Nie zapowiadali jeszcze, to znaczy, że nie
wyszedł z Zachodniego.
Odetchnęła z ulgą. W tej samej chwili megafon dworcowy obwieścił ostrym,
skrzekliwym kobiecym głosem:
- Pociąg osobowy z Zakopanego wjeżdża na tor przy peronie czwartym!
Powtarzam: pociąg osobowy...
Anna przyśpieszyła kroku, wychodząc z hali. Ale pociągu jeszcze nie było
i zatrzymała się pod słupem najbliższej latarni, zdyszana. Powoli oddech
uspokajał się. Znowu pomyślała przelotnie o tym chłopcu, ale myśl ta
pojawiła się i zniknęła w ułamku sekundy, gdyż z dala, pośród splątanej
sieci drutów trakcyjnych i lasu semaforów, ukazał się potężny zielony
elektrowóz, a za nim sznureczek wagonów. Pociąg był tak daleko, że nie
słyszała go jeszcze. Potem zbliżył się. Po peronie przejechał zabawny,
podobny do chrabąszcza wózek towarowy, na którym siedziało trzech
kolejarzy w rozpiętych koszulach. Anna rozpięła płaszcz i zsunęła kaptur
z głowy. W tej chwili świeciło słońce i z kałuż na peronie unosiły się
maleńkie obłoczki pary. Pociąg był już blisko.
Elektrowóz wolniutko podciągnął sznur wagonów do końca peronu i zatrzymał się cicho.
Anna minęła oba wagony pocztowe i zatrzymała się przed wozem sypialnym,
z którego właśnie wyskoczył konduktor i wyciągnął dłoń ku wysiadającej
ostrożnie staruszce. Za staruszką widać było grupkę pasażerów
stłoczonych przy wyjściu i w korytarzu. Zaczęli schodzić w dół i kolejno
stawali na peronie. Siedmiu. Ośmiu. Wszyscy.
Przysunęła się do drzwi wagonu, aby nie dać się unieść fali ludzkiej,
która zaczęła płynąć peronem. Potem odwróciła się szybko. Mógł być
przecież i drugi wagon sypialny w tyle.
Ktoś dotknął lekko jej ramienia. Odwróciła się na pięcie i po raz drugi
dzisiaj odetchnęła z ulgą.
Przed nią stała młoda dziewczyna, ubrana w kostium podróżny i rozpięty
płaszcz nieprzemakalny. W jednej dłoni trzymała małą walizeczkę, w drugiej torebkę. Pochyliła się naprzód i nie wypuszczając z rąk bagażu,
dotknęła przelotnie wargami policzka czekającej.
- Serwus, Aniu! Bałam się, że nie dostałaś depeszy i nie przyjdziesz.
Dobrze, że jesteś.
Kiedy tak stały naprzeciw siebie, można było dostrzec na pierwszy rzut
oka, że łączy je bliskie pokrewieństwo. Były podobnie zbudowane i tak
samo jasne: jasne włosy, jasna cera, jasne oczy.
- Serwus, mała. Nie przyjechałaś sypialnym? - Anna starała się nadać
swoim słowom barwę zdawkowego zaciekawienia i z zadowoleniem
stwierdziła, że jej się to udało.
- Zdecydowałam się jechać w ostatniej chwili i nie było już miejsca.
Chodź...
Młodsza, nie uśmiechając się już, pociągnęła ją w stronę wyjścia.
Ruszyły powoli pośród gęstego, obładowanego bagażami tłumu, który
opływał je z obu stron. Przez chwilę szły w milczeniu.
"Dlaczego ona nic nie mówi?... - pomyślała Anna, nie patrząc na siostrę. -
Dlatego, że ma zamiar zrobić, albo już zrobiła, największe głupstwo w swoim głupim życiu".
Przez chwilę starała się opanować rosnącą złość, ale nie wytrzymała i spojrzawszy z ukosa na siostrę, powiedziała twardo:
- Wieczorem dostałam twoją depeszę. Wiem z doświadczenia, że nie lubisz
zbytecznej korespondencji. Prosiłaś, żebym wyszła po ciebie na dworzec.
Wyszłam. Jestem. Co się stało?
Tamta wzruszyła ramionami.
- Marysiu... - powiedziała Anna cicho i zdziwiła się, że siostra usłyszała
ją pośród zgiełku.
- Tak?
- Pytam, co się stało?
- Wiesz przecież, co się stało.
- Wiem i nie wiem. Wiem, co się mogło stać. Co się może stać. Ale nie
chcesz mi chyba powiedzieć, że rzucasz Romana dla tego... tego smarkacza?
Maria zatrzymała się, postawiła walizeczkę i zaczęła szukać biletu w torebce. Anna patrzyła ze zniecierpliwieniem na jej piękne palce
przerzucające bezradnie dziesiątki przedmiocików w głębi torebki.
Pomyślała, że chyba nigdy jeszcze nie była tak zła na swoją młodszą
siostrę jak dziś.
- Możesz to i tak określić - powiedziała Maria, szukając nadal. - Rzucić
męża dla przystojnego smarkacza. Tobie pewnie tak się to przedstawia.
Nie mogę mieć do ciebie pretensji. To ja go kocham, nie ty. Jest! -
Wyciągnęła bilet i podała Annie, która wzięła go bezmyślnie. Potem
uniosła walizeczkę i ruszyły. Obładowany tragarz rozdzielił je
gwałtownie, wołając: - Przepraszam!... Przepraszam!... - Potem znowu były
blisko siebie w gęstniejącym przy wyjściu tłumie.
- W końcu dla ciebie to słowa... takie albo inne. A dla mnie to
najważniejsza sprawa w życiu! - mówiła Maria.
Anna podała oba bilety i znalazły się przed dworcem. Chwyciła siostrę za
ramię. Stały teraz z boku, obok kraty i tłum mijał je w pewnej
odległości.
- To nieprawda! On nie może być dla ciebie najważniejszy. Pomyśl o Romanie!
- Myślałam. Myślę, ale to niczego nie zmienia. Zresztą, powiedziałam
Romanowi o Henryku...
- Powiedziałaś mu!
- Tak, to przecież on mi kazał wyjechać na tydzień, dokąd zechcę, i przemyśleć wszystko. Wiesz, jaki on jest: spokojny. Pojechałam do
Zakopanego. Ale nie potrzebowałam całego tygodnia, żeby się zdecydować.
Wróciłam. Depeszowałam do ciebie, bo chcę, żebyś była przy tym. Nie jest
mi łatwo. Roman był zawsze bardzo dobry dla mnie.
- Tak, był bardzo dobry dla ciebie! - powiedziała Anna, nie mogąc
opanować nagłej nienawiści do dziewczyny, którą wychowała i nauczyła się
kochać nie tylko jak siostrę, ale i jak córkę. - To prawda, był za dobry
dla ciebie! Za dobry! Za dobry!!
Odwróciła się i zaczęła iść przed siebie w stronę postoju taksówek.
Młodsza pobiegła za nią, dopędziła ją i zagrodziła jej drogę.
- Nie zostawiaj mnie samej - powiedziała ze strachem. - On przecież
zrozumie...
- Na pewno! - Anna chciała ją wyminąć, ale nie poruszyła się. Nie mogła.
Nie mogła pozostawić jej samej. Maria, jak gdyby zrozumiawszy to, dodała
szybko i błagalnie:
- On jest dobry. Zobaczysz, że przyjmie to spokojnie. Sam mi mówił, że
jest o dwadzieścia lat starszy i że... Nieraz tak mówił. Pojedź ze mną. On
ciebie lubi.
Anna opuściła głowę, a potem ją uniosła. W jej oczach nie było już
niechęci ani niepokoju, tylko rozpacz.
- Zmarnujesz życie sobie i jemu - powiedziała cicho. - Dlaczego tacy
wspaniali, utalentowani, pracowici mężczyźni jak Roman biorą sobie
zawsze takie idiotki, które myślą tylko o nowych sukniach i nowych
kochankach?
- Nie miałam kochanka. Nie chciałam być taka, jak mówisz, i dlatego
powiedziałam mu... Chciałam być uczciwa wobec niego...
Zaczęły iść w kierunku postoju taksówek.
Wozy unoszące falę pasażerów zakopiańskiego pociągu odjechały już i pojawiły się następne puste taksówki.
- Chciałaś być uczciwa! Żeby przynajmniej nie dowiedział się o tym
nigdy. To nie jest uczciwe: sprawiać cierpienie innym, żeby sobie
ułatwić życie.
- To znaczy, że uczciwiej byłoby go oszukiwać?
Anna nie odpowiedziała. Stały już przy taksówkach. Trochę zbyt
gwałtownie szarpnęła drzwiczki, ustąpiły miękko. Wsiadła. Maria wsunęła
za nią swoją walizeczkę, którą starsza siostra, znowu zupełnie
odruchowo, wzięła na kolana. Kiedy drzwiczki zatrzasnęły się i wóz
ruszył, Maria pochyliła się naprzód i zwróciła do kierowcy:
- Dębowa dwanaście.
- Dębowa? - Na ułamek sekundy odwrócił ku niej głowę. - Gdzie to będzie?
- Na Okęciu. Mała willowa uliczka. Ostatni numer pod laskiem. Niech pan
jedzie. Pokażę panu potem.
Opadła na siedzenie.
- Ale dlaczego chcesz mnie w to wciągnąć? - zapytała starsza. Odruchowo
bębniła palcami po krawędzi walizeczki.
- A kogo? - odparła tamta szczerze. - Przecież tylko ciebie mam na
świecie. Wychowałaś mnie, Aniu, i...
- I chcesz, żeby Roman podziękował mi osobiście za to, jak ślicznie cię
wychowałam! - Urwała. - Nie powinnam tam jechać z tobą - dodała bez
przekonania. Wiedziała, że pojedzie, że musi pojechać. Cokolwiek miałoby
się zdarzyć w życiu jej siostry, ona zawsze weźmie za to tyle
odpowiedzialności, ile potrafi udźwignąć.
- Musisz! - Marysia wzięła ją za rękę. Anna chciała cofnąć dłoń, ale nie
cofnęła. - Wytłumaczysz mu. On ci uwierzy...
- Tobie też wierzył...
Umilkły. Taksówka jechała powoli w długim łańcuchu aut i zatrzymała się
przed czerwonymi światłami skrzyżowania.
- Popatrz - powiedziała cicho Maria, wskazując małą owalną tabliczkę na
bocznej ściance, pomiędzy siedzeniami:
"Dorożka osobowa - 2224".
Anna uniosła głowę. Przez chwilę wpatrywała się w przestrzeń, nie
rozumiejąc. Potem usłyszała głos siostry.
- Dorożka osobowa numer 2224... to zupełnie jak dla mnie... Aż dziwne...
Miałam dwadzieścia dwa lata, kiedy wyszłam za niego, a teraz mam
dwadzieścia cztery...
Anna odwróciła do niej zwilgotniałe nagle oczy.
- Marysiu, Marysiu, Marysiu... - Opuściła głowę. Maria zauważyła dwie łzy,
które upadły na wieko walizeczki i zamieniły się w lśniące, nieregularne
plamki.
- Nie płacz, no nie płacz - powiedziała zduszonym głosem.
- Ale czy ty naprawdę musisz to zrobić? Jeżeli on ci dał czas do
namysłu, to zastanów się jeszcze. Potem będzie już za późno. On...
Znowu umilkła, nie kończąc zdania. Przecież wiedziała, że jest już za
późno. Niczego nie można było już zmienić. Roman...
Nie chciała myśleć o Romanie. Zwróciła głowę do Marii, która powiedziała
twardo:
- Muszę... Możesz mi wierzyć albo nie, ale ja naprawdę kocham Henryka. I wiem, że Roman sam by nie chciał, żebym została z nim, kochając kogo
innego. Zresztą, pozwolił mi wybrać. Wybrałam. - Urwała, a potem dodała
z nagłą rozpaczą w głosie: - Nie mogę inaczej, nie mogę...
Kierowca z ciekawością zerknął w lusterko, w którym widział wyraźnie dwie młode kobiece twarze. Zauważył, że młodsza z kobiet położyła głowę na ramieniu starszej i zasłoniła sobie oczy dłońmi, tuląc się do niej.
Rozdział 2. "Romku, dlaczego nie odpowiadasz..."
Rozdział 2
"Romku, dlaczego nie odpowiadasz..."
Willa była mała, parterowa i położona w płytkim, wypielęgnowanym, młodym
ogrodzie, najwyraźniej zasadzonym w chwili, kiedy ukończono dom. Od
ulicy odgradzała ją siatka i rosnący wzdłuż siatki żywopłot, który
częściowo zasłaniał widok. Asfaltowa droga biegnąca od strony miasta
pomiędzy willami stojącymi pośród młodych ogrodów kończyła się w tym
miejscu i przechodziła w zwykłą koleinę, która przecinała niezabudowane
jeszcze pola i omijając niewielki, cudem tylko chyba pozostawiony tu
lasek, a raczej zagajnik brzozowy, łączyła się z daleką szosą; biegły po
niej maleńkie z tej odległości ciężarówki i samochody osobowe.
W uliczce było bardzo cicho. Odgłosy miasta przypływały tu w postaci
nikłego, niekończącego się nigdy szumu, ale był on tak jednostajny, że
po chwili ucho przestawało go słyszeć i stawał się częścią ciszy.
Sąsiadujący z willą na krańcu uliczki domek oddzielony był od niej
niezabudowaną parcelą i leżał w odległości stu kroków. Nigdzie wokoło
nie było żywej duszy.
Od strony miasta nadjechała taksówka, zatrzymała się i po chwili
wysiadły z niej dwie kobiety. Podeszły do furtki. Ciężka ciemna chmura
przesłoniła słońce i uliczka w jednej chwili stała się niemal mroczna.
Maria nacisnęła klamkę furtki. Nacisnęła po raz drugi i sięgnęła do
torebki, stawiając walizeczkę na wysypanym żwirem chodniku. Wyjęła pęk
kluczy i wsunęła jeden z nich w zamek.
Otworzyła i weszła pierwsza, zapominając o walizeczce.
Anna pochyliła się, wzięła walizeczkę i poszła za nią, zamykając
trąceniem pantofla furtkę. Spojrzała na okna willi. Były ciche i zamknięte. Nie dostrzegła w żadnym z nich najmniejszego ruchu.
Wzdrygnęła się.
Idąca przed nią Maria odruchowo trącała trzymanymi w dłoni kluczami
krzewy róż rosnących po obu stronach ścieżki. Pierwsze krople deszczu,
wielkie i rzadko rozrzucone, upadły na ogród.
Weszły po kilku szerokich, płaskich stopniach i zatrzymały się na ganku
willi. Anna wzdrygnęła się raz jeszcze i spojrzała na mocne drzwi
wejściowe wykonane z gładkiego białego dębu i ozdobione pokrytą szkliwem
wizytówką obwieszczającą:
MARIA I ROMAN RUDZIŃSCY
"Od dziś jedno z tych imion przestanie tu figurować" - pomyślała. W szklany daszek nad ich głowami zabębniła nagła, gwałtowna ulewa.
Zagrzmiało.
Maria po krótkim, niedostrzegalnym prawie wahaniu nacisnęła dzwonek,
który zaturkotał cicho w głębi domu. Stały, czekając.
Za nimi, w głębi uliczki, taksówka przysłonięta firanką deszczu
zawróciła i odjechała.
Maria raz jeszcze nacisnęła dzwonek. Znowu czekały przez chwilę.
- Może wyszedł? - powiedziała Anna trochę za swobodnie. - O tej porze
jest przecież zawsze w pracowni.
Maria wzruszyła ramionami.
- Do niego też wysłałam depeszę, że przyjeżdżam. Nie wyszedłby przecież
przed rozmową ze mną. - Cofnęła się nagle i chwyciła siostrę za rękę. -
Słuchaj, a jeżeli on tam jest i nie chce mi otworzyć? - zapytała z nagłym przestrachem. - Może nie chce mnie wpuścić? Co ja zrobię?
- Pojedziesz do mnie - powiedziała Anna szybko. Obejrzała się. Po
taksówce nie było już śladu. Deszcz padał teraz równo i gęsto. Cały
widnokrąg pokryty był nisko płynącymi, ciężkimi chmurami.
- Dobrze! Jedźmy! - Maria odwróciła się i chciała sięgnąć po walizeczkę.
Ręka jej uniosła się powoli. - Przecież mam klucze - powiedziała cicho.
- Nie wiem, co mi jest. Zwariowałam chyba...
Szybko wsunęła klucz w zamek i drzwi otworzyły się bezszelestnie. Maria
stała przez chwilę, patrząc w głąb pustego przedpokoju.
- Nie wejdę - powiedziała cicho. - On tam jest i nie chce ze mną mówić.
Anna odsunęła ją lekko i poszła pierwsza. Nie odwracając się, usłyszała,
że Marysia idzie za nią i zamknęła za sobą drzwi. Stały teraz w półmroku, bardzo podobne, nieruchome, nadsłuchując.
Anna nabrała głęboko powietrza w piersi.
- Romku! - powiedziała głośno, na pewno trochę za głośno. Cisza. - Jego
płaszcz wisi - dodała po chwili półgłosem, wskazując wieszak. - W takim
razie jest chyba? Wziąłby go, bo od rana jest brzydko. Romku!...
Maria zbliżyła się do półotwartych drzwi, które prowadziły do jednego z dwu frontowych pokojów.
- Romku! - Zajrzała i cofnęła głowę. Odwróciła się do siostry. - Nie.
Nie ma go już. Na pewno wyszedł w kurtce.
Szybko podeszła do drugich drzwi, otworzyła je i zajrzała.
- Tu też go nie ma.
Anna stała pośrodku przedpokoju, śledząc jej ruchy.
Maria zwróciła się do trzecich drzwi, leżących po przeciwnej stronie
przedpokoju.
Zatrzymała się na ułamek sekundy z ręką na klamce, potem nacisnęła i zajrzała. Otworzyła drzwi szerzej i stanęła w progu.
- Dzień dobry, Roman - powiedziała cicho, załamującym się głosem. -
Dlaczego nie odpowiadasz? Dzwonimy, wołamy i... Romku!!
W jej głosie było coś takiego, że Anna drgnęła, a potem szybko podeszła
do drzwi i stanęła przy niej.
Był to duży, jasny pokój stołowy, w którym stał kredens, stół i krzesła,
pochodzące sprzed lat mniej więcej pięćdziesięciu. Anna nie zwróciła
najmniejszej uwagi na dziwaczne umeblowanie. Bywała tu często i wiedziała, że stanowiło ono własność rodziców Romana Rudzińskiego. Nie
pozbył się tych ciężkich i zbyt wielkich mebli nigdy, najprawdopodobniej
przez sentyment dla zmarłych, chociaż Marysia, zwolenniczka jak najdalej
posuniętej nowoczesności, była im bardzo przeciwna.
Roman Rudziński siedział przy stole z głową opartą na rękach. Wyglądał,
jak gdyby przed chwilą usnął. Twarzy nie było widać.
Wzrok Anny pobiegł ku podłodze, na której dostrzegła rozbitą szklankę.
Tuż za sobą słyszała przyśpieszony, przerywany oddech siostry. Czując
nierówny, gwałtowny rytm własnego serca, podeszła do siedzącego.
- Romku, to ja - powiedziała cicho. - Przyjechałam z nią, żeby...
Nie odpowiedział i nie poruszył się. Anna położyła łagodnie dłoń na jego
ramieniu.
Pomyślała, że siedzący chce strząsnąć z ramienia jej palce.
Ale to nie była prawda.
Wystarczyło to lekkie dotknięcie, aby ciało Romana Rudzińskiego zwaliło
się ciężko z krzesła na podłogę.
Anna cofnęła się o krok, chwytając oddech.
Za sobą, jak gdyby z ogromnej odległości, usłyszała wysoki, przenikliwy,
niemal nieludzki krzyk Marii:
- Romaaan! Romaaan! Romaaan!!!
Odwróciła się powoli.
- Jeżeli go zabiłaś - powiedziała cicho, ze zdumiewającym spokojem,
którego nie umiała sobie wytłumaczyć - miej teraz przynajmniej tyle
godności, żeby się przyzwoicie zachowywać.
Krzyk dziewczyny urwał się nagle w połowie frazy.
- Ja?... Ja go nie zabiłam - wyszeptała Maria i spojrzała na nią
przerażonymi oczami. - Jak mogłam go zabić?
- Ale umarł przez ciebie, prawda? - powiedziała Anna, klękając przy
nieruchomym ciele i dotykając lekko dłonią czoła. Było zimne, tak zimne,
że przemknęło jej przez myśl, jak martwy przedmiot może być o tyle
chłodniejszy od otoczenia...
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki