Każdym skrawkiem duszy. Flight & Glory. Tom 1 - Rebecca Yarros

Kup ebooka

38.00 zł
29.64 zł (23,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

ROZ­DZIAŁ 1

Kto, do cho­lery, do­bi­jał się pięć po siód­mej?

Trzy­krotny ci­chy stu­kot do mo­ich drzwi sta­no­wił echo gwał­tow­nego do­bi­ja­nia się na dole. Mama się wku­rzy, że ktoś śmiał prze­ry­wać jej po­ranną ru­tynę.

- Pro­szę! - za­wo­ła­łam przed wci­śnię­ciem syn­chro­ni­za­cji na iPo­dzie, gdyż prze­glą­da­łam aku­rat li­stę pio­se­nek, które chcia­łam mieć. Przy mu­zyce bie­gało mi się nie­mal zno­śnie. To okropna ak­tyw­ność fi­zyczna. Ob­li­czy­łam już jed­nak dy­stans nie­zbędny do spa­le­nia świą­tecz­nych cu­kier­ków, które po­chłonę pod­czas ca­łej wi­zyty w domu. Ter­mo­metr po­ka­zy­wał, że na ze­wnątrz pa­nuje tem­pe­ra­tura mi­nus je­de­na­ście stopni Cel­sju­sza, a skoro po­wolne za­ma­rza­nie było prze­re­kla­mo­wane, Boże Na­ro­dze­nie w Ko­lo­rado mia­łam spę­dzić na bieżni. Brawo ja.

Gus wsu­nął pełną ru­do­blond lo­ków głowę przez szcze­linę w drzwiach. Na czole miał moje go­gle la­bo­ra­to­ryjne. Nada­wały jego sied­mio­let­niej, skrzy­wio­nej z fru­stra­cją twa­rzy wy­gląd sza­lo­nego na­ukowca.

- Co tam, mały? - za­gad­nę­łam.

- Em­ber? Mo­żesz otwo­rzyć? - za­py­tał.

Ści­szy­łam pły­nącą z lap­topa mu­zykę.

- Drzwi fron­towe?

Po­ki­wał głową, przy czym nie­mal spa­dły mu go­gle, a ja mu­sia­łam bar­dzo się po­sta­rać, żeby nie wy­buch­nąć śmie­chem.

- Przy­je­chali po mnie, bo mamy grać w ho­keja, a mama nie otwiera - po­skar­żył się.

Po­sta­ra­łam się przy­wo­łać po­ważny wy­raz twa­rzy i spoj­rza­łam na ze­gar.

- Do­bra, ale jest do­piero siódma, a tre­ning masz pew­nie koło po­łu­dnia. Mama nie za­po­mnia­łaby o twoim ho­keju. - W końcu po kimś odzie­dzi­czy­łam do­bre ce­chy cha­rak­teru.

- A co, je­śli dziś tre­ning bę­dzie wcze­śniej? - Wes­tchnął z iry­ta­cją.

- O sześć go­dzin?

- No tak! - Wpa­try­wał się we mnie sze­roko otwar­tymi oczami, jakby chciał mi dać do zro­zu­mie­nia, że je­stem naj­głup­szą sio­strą na świe­cie.

- Do­brze, mały. - Jak zwy­kle się pod­da­łam. Gdy w ze­szłym roku wy­jeż­dża­łam na stu­dia, Gus pła­kał tak rzew­nie, że od tego czasu dla niego za­wsze by­łam go­towa po­zmie­niać swoje plany.

Za­nim za­mknę­łam lap­topa, po raz ostatni spraw­dzi­łam Skype'a. My­śla­łam, że może tata bę­dzie do­stępny. Wy­je­chał trzy mie­siące, dwa ty­go­dnie i sześć dni temu. Nie że­bym li­czyła.

- Za­dzwoni - obie­cał Gus i wtu­lił się we mnie. - Musi. To jak nie­pi­sana za­sada, czy coś. Za­wsze dzwoni się do swo­ich dzieci w ich uro­dziny.

Wy­si­li­łam się na uśmiech i ob­ję­łam jego szczu­płe ciało. To, że koń­czy­łam dziś dwa­dzie­ścia lat, nie miało nic do rze­czy. Po pro­stu chcia­łam po­roz­ma­wiać z tatą. Znów roz­le­gło się pu­ka­nie na dole.

- Mamo! - za­wo­ła­łam. - Drzwi! - Zgar­nę­łam z blatu biurka gumkę do wło­sów, wsu­nę­łam ją mię­dzy zęby i ze­bra­łam dłu­gie pa­sma w ku­cyk.

- Mó­wi­łem - wy­mam­ro­tał brat. - Nie otwo­rzy. Nie chce, że­bym po­je­chał na tre­ning ho­keja. Już za­wsze będę do kitu! Nie chcę, żeby tre­ner Wal­ker po­my­ślał, że je­stem do dupy!

- Nie prze­kli­naj. - Po­ca­ło­wa­łam go w czu­bek głowy. Pach­niał po­ma­rań­czo­wym szam­po­nem ze Spi­der-Ma­nem oraz słoń­cem. - Chodź, spraw­dzimy, kto się do­bija.

Wy­rzu­cił ręce w górę na znak zwy­cię­stwa. Po­biegł ko­ry­ta­rzem przede mną, po czym zszedł tyl­nymi scho­dami, które znaj­do­wały się bli­żej mo­jego po­koju. Śli­zgał się w skar­pet­kach po pod­ło­dze przy kuchni, a kiedy go do­go­ni­łam, wy­ję­łam z lo­dówki bu­telkę wody. Ktoś na­dal pu­kał, a mama nie otwie­rała. Mu­siała po­je­chać z April czy coś, cho­ciaż siódma rano to pew­nie zbyt wcze­sna pora dla mo­jej młod­szej sio­stry.

Od­krę­ca­jąc wodę, prze­szłam przez ja­dal­nię i sa­lon. Przez szybę w drzwiach zo­ba­czy­łam dwie po­sta­cie, które tkwiły tam i wy­glą­dały, jakby nie miały za­miaru prze­stać pu­kać.

- Chwi­leczkę! - za­wo­ła­łam, prze­ska­ku­jąc nad gwiezd­nym nisz­czy­cie­lem z kloc­ków Lego, któ­rego Gus zo­sta­wił na środku pod­łogi w przed­po­koju. Na­dep­nię­cie na te klocki cho­ler­nie bo­lało, a mógł zro­zu­mieć to w pełni je­dy­nie ktoś, kto miał młod­szego brata.

- Nie otwie­raj - szep­nęła mama, która znaj­do­wała się na fron­to­wych scho­dach, za­le­d­wie kilka me­trów od drzwi.

- Mamo? - Obe­szłam ba­lu­stradę i zo­ba­czy­łam, że sie­dzi sku­lona, ko­ły­sząc się w przód i w tył. Wsu­nęła ręce w ciem­no­kasz­ta­nowe włosy, które rów­nież po niej odzie­dzi­czy­łam, i naj­wy­raź­niej za nie szar­pała. Coś się stało. - Kto przy­szedł, mamo?

- Nie, nie, nie, nie... - mam­ro­tała, nie chcąc unieść wci­śnię­tej w ko­lana głowy.

Od­su­nę­łam się i uno­sząc brwi, spoj­rza­łam na Gusa. W od­po­wie­dzi brat wzru­szył ra­mio­nami, jakby chciał po­wie­dzieć: "A nie mó­wi­łem?".

- Gdzie jest April? - za­py­ta­łam go.

- Śpi.

No ja­sne. Miała sie­dem­na­ście lat, więc tylko spała, wy­my­kała się z domu i znów spała.

- No tak.

Ktoś po­now­nie ener­gicz­nie i szybko za­stu­kał.

- Pani Ho­ward? - za­py­tał ła­godny mę­ski głos, lekko znie­kształ­cony przez drzwi. Przez szybę wi­dzia­łam, że nasz gość się po­chy­lił. - Pro­szę otwo­rzyć.

Mama unio­sła głowę i spoj­rzała na mnie. Jej oczy były mar­twe, jakby ktoś wy­ssał z nich ży­cie. Lekko roz­chy­liła usta. To nie była moja ide­alna matka ni­czym z Żon ze Step­ford.

- Co się dzieje? - za­py­tała April i gło­śno ziew­nęła. Usia­dła w pi­ża­mie na gór­nym stop­niu. Ja­sno­rude włosy miała po­tar­gane.

Po­krę­ci­łam głową i zwró­ci­łam się ku drzwiom. Klamka w mo­jej dłoni wy­da­wała się cie­pła. W pod­sta­wówce wpa­jano nam, żeby pod­czas po­żaru pod żad­nym po­zo­rem nie otwie­rać cie­płych drzwi. Dla­czego o tym po­my­śla­łam? Spoj­rza­łam na mamę i pod­ję­łam de­cy­zję. Zi­gno­ro­wa­łam jej bła­ga­nie i ni­czym w zwol­nio­nym tem­pie otwo­rzy­łam.

Na na­szej we­ran­dzie stało dwóch woj­sko­wych w mun­du­rach, ści­ska­ją­cych czapki w rę­kach. Po­czu­łam, że żo­łą­dek mocno mi się skur­czył.

Nie, nie, nie...

Wie­działa. Wła­śnie dla­tego nie otwie­rała. Mama już wie­działa.

Łzy na­tych­miast na­pły­nęły mi do oczu, nim któ­ry­kol­wiek z tych męż­czyzn zdo­łał wy­du­sić choć słowo. Bu­telka wy­śli­zgnęła mi się z rąk, ude­rzyła o fu­trynę i woda roz­lała się na błysz­czące buty żoł­nie­rzy. Młod­szy otwo­rzył usta, aby coś po­wie­dzieć, ale unio­słam rękę, uci­sza­jąc go, po czym ostroż­nie za­mknę­łam drzwi.

Łka­jąc, opar­łam o nie czoło. Otwo­rzy­łam drzwi po­ża­rowi, który miał znisz­czyć moją ro­dzinę. Gwał­tow­nie wcią­gnę­łam po­wie­trze, przy­wo­ła­łam pro­mienny uśmiech na twarz i ob­ró­ci­łam się do Gusa.

- Ej, mały. - Po­gła­ska­łam go po pięk­nej, nie­win­nej główce. Nie po­tra­fi­łam po­wstrzy­mać tego, co za­raz się sta­nie, ale przy­naj­mniej mo­głam oszczę­dzić tego jemu. - Zo­sta­wi­łam iPhone'a na szafce noc­nej. - W po­koju, który jest naj­da­lej od drzwi wej­ścio­wych. - Może sko­czysz do mo­jej sy­pialni i po­grasz w An­gry Birds? Nie cho­dzi o tre­ning ho­keja. To sprawy do­ro­słych. Graj, do­póki do cie­bie nie przyjdę, do­brze?

Roz­pro­mie­nił się, więc ob­da­rzy­łam go jesz­cze szer­szym uśmie­chem. Ile mi­nie czasu, nim po­now­nie zo­ba­czę ra­dość w jego oczach?

- Spoko! - krzyk­nął i po­biegł scho­dami, omi­ja­jąc na ich szczy­cie April. - Cza­icie? Em­ber po­zwo­liła mi po­grać na te­le­fo­nie! - wo­łał ra­do­śnie, zmie­rza­jąc do mo­jego po­koju.

- Co się dzieje? - do­py­ty­wała się sio­stra. Zi­gno­ro­wa­łam ją jed­nak i ob­ró­ci­łam się do mamy.

Uklę­kłam na stop­niu przed nią i od­su­nę­łam jej włosy z twa­rzy.

- Czas ich wpu­ścić, mamo. Wszy­scy tu je­ste­śmy. - Uśmiech­nę­łam się ze łzami w oczach.

Nie od­po­wie­działa. Przez chwilę cze­ka­łam, nim zro­zu­mia­łam, że się nie ode­zwie. Wy­da­wało się... jakby jej tu nie było. April ze­szła i usia­dła obok mamy. Otwo­rzy­łam po­now­nie drzwi i nie­mal stra­ci­łam nad sobą pa­no­wa­nie na wi­dok li­to­ści w oczach młod­szego żoł­nie­rza.

- June Ho­ward? - za­py­tał star­szy.

Za­prze­czy­łam ru­chem głowy.

- Em­ber... to zna­czy De­cem­ber Ho­ward. June - wy­du­si­łam, wska­zu­jąc za sie­bie - to moja mama. - Sta­nę­łam obok niej i prze­ło­ży­łam rękę przez ba­rierkę, aby po­ło­żyć dłoń na jej ple­cach.

Mógł zo­stać ranny. Tylko ranny. Przy­cho­dzili po­wia­da­miać rów­nież o po­waż­nych bo­jo­wych ob­ra­że­niach. Tak, to tylko rana. Wyj­dzie z tego.

- Ka­pi­tan Vin­cent i po­rucz­nik Mor­gan. Mo­żemy wejść? - za­py­tał star­szy żoł­nierz. Przy­tak­nę­łam. Miał na pa­go­nach po­dobne na­szywki jak mój oj­ciec. We­szli, a ich mo­kre po­de­szwy za­pisz­czały na płyt­kach w przed­po­koju. Za­mknęli za sobą drzwi. - June Ho­ward, żona pod­puł­kow­nika Ju­stina Ho­warda? - do­cie­kał. Mama słabo po­ki­wała głową, ale cały czas pa­trzyła w dy­wan, gdy ka­pi­tan Vin­cent nisz­czył mi świat. - W imie­niu mi­ni­stra ds. ar­mii chcie­li­by­śmy zło­żyć pani naj­szczer­sze kon­do­len­cje. Dziś nad ra­nem, to jest dzie­więt­na­stego grud­nia, pani mąż Ju­stin zgi­nął w boju w Kan­da­ha­rze w Afga­ni­sta­nie. Po­legł pod­czas ostrzału z broni ręcz­nej nie­przy­ja­ciela na szpi­tal, do­cho­dze­nie w tej spra­wie na­dal trwa. Mi­ni­ster wy­raża głę­bo­kie ubo­le­wa­nie z po­wodu pań­stwa straty.

Zła­pa­łam się po­rę­czy, aby się nie prze­wró­cić. Za­mknę­łam oczy i łzy spły­nęły mi po po­licz­kach. Zna­łam prze­pisy. Przez dwa­dzie­ścia lat mo­jego ży­cia, kiedy to by­łam córką żoł­nie­rza, zdą­ży­łam się na­uczyć, że woj­sko mu­siało po­wia­do­mić nas o śmierci w okre­ślo­nych ra­mach cza­so­wych od zi­den­ty­fi­ko­wa­nia po­le­głego. Ad­mi­ni­stra­cja miała na to kilka go­dzin. Tata cał­kiem nie­dawno jesz­cze żył. Nie mo­głam od­dy­chać. Nie po­tra­fi­łam na­brać po­wie­trza do płuc w świe­cie, w któ­rym nie było już mo­jego ojca. To po pro­stu nie było moż­liwe. Pod­łoga usu­wała mi się spod stóp, a ból roz­ry­wał każdą ko­mórkę mo­jego ciała. Za­czę­łam szlo­chać i nie mo­głam się uspo­koić. Roz­legł się roz­dzie­ra­jący krzyk April. Boże, ależ to bo­lało.

- Pro­szę pani? - ode­zwał się młody po­rucz­nik. - Czy mo­żemy ko­goś jesz­cze po­wia­do­mić? Nie­ba­wem po­wi­nien przy­je­chać do pań­stwa woj­skowy psy­cho­log, ale za­nim to na­stąpi, do kogo mamy za­dzwo­nić?

Psy­cho­log. Oj­ciec zgi­nął. Zo­stał za­bity. W ostrzale nie­przy­ja­ciela. Strze­lił do niego ktoś w afgań­skim mun­du­rze. Tata był le­ka­rzem. Le­ka­rzem! Kto, do cho­lery, strzela do le­ka­rza? Coś się tu nie zga­dzało. Czy oj­ciec w ogóle miał broń?

- Pro­szę pani?

Dla­czego mama nie od­po­wia­dała?

Mil­czała, wpa­trzona w chod­nik w przed­po­koju, nie za­mie­rza­jąc się od­zy­wać. Nie mo­gąc nic z sie­bie wy­du­sić.

Coś się we mnie zmie­niło. Po­czu­łam na bar­kach od­po­wie­dzial­ność, która czę­ściowo ujęła mi bólu, aż znów mo­głam od­dy­chać. W tej chwili to ja mu­sia­łam być osobą do­ro­słą w tym domu, skoro nikt inny nie był w sta­nie pod­jąć się tej roli.

- Zajmę się nią do czasu przy­jazdu psy­cho­loga - udało mi się wy­po­wie­dzieć drżą­cym gło­sem, ale na tyle sil­nym, aby prze­bił się przez krzyki April.

- Jest pani pewna? - za­py­tał ka­pi­tan Vin­cent z tro­ską na nie­zna­jo­mej mi twa­rzy.

Przy­tak­nę­łam.

- Mają przy­go­to­wany se­gre­ga­tor na wy­pa­dek... - We­pchnę­łam pięść do ust i mocno ugry­złam, aby się nie roz­pła­kać. Uspo­ko­iłam się, na­bie­ra­jąc głę­boko po­wie­trza. Dla­czego nie mo­głam od­dy­chać? - Na wy­pa­dek, gdyby to się... stało. - Tata wie­rzył, że przy­go­to­wa­nym nic się nie przy­da­rzy. Nie byłby za­do­wo­lony z tego, jak bar­dzo się po­my­lił.

Ka­pi­tan po­ki­wał głową. Wy­jął for­mu­larz, po­pro­sił, abym spraw­dziła, czy in­for­ma­cje za­pi­sane cha­rak­te­rem pi­sma ojca są pra­wi­dłowe. Prze­czy­ta­łam nasz ad­res, nu­mer te­le­fonu, na­sze imiona i daty uro­dze­nia.

Po­rucz­nik wy­da­wał się za­sko­czony.

- Wszyst­kiego naj­lep­szego z oka­zji uro­dzin - szep­nął.

Ka­pi­tan Vin­cent po­słał mu kar­cące spoj­rze­nie.

- Bar­dzo nam przy­kro. Psy­cho­log woj­skowy wraz z ze­spo­łem wspar­cia po­wi­nien po­ja­wić się w ciągu go­dziny, je­śli się pani na to zgo­dzi.

Przy­tak­nę­łam. Zna­łam pro­ce­dury i wie­dzia­łam, że mama bę­dzie po­trze­bo­wać spe­cja­li­sty.

Żoł­nie­rze za­mknęli za sobą drzwi, zo­sta­wia­jąc nas w na­szym roz­trza­ska­nym świe­cie.

Przez ko­lejną go­dzinę mama sie­działa na scho­dach i się nie od­zy­wała, a April pła­kała w moje ra­mię. To nie­prawda. To nie mo­gła być prawda. Nie umia­łam utu­lić jej na tyle, żeby się uspo­ko­iła. Wspar­cie po­ja­wiło się mniej wię­cej wtedy, kiedy sio­stra prze­stała gło­śno szlo­chać. Wpu­ści­łam do domu trzy ko­biety z ze­społu po­mocy ro­dzi­nie w jed­no­stce taty. Uzbro­jone we współ­czu­cie w oczach i prze­pisy na za­pie­kanki, za­jęły się wszyst­kimi obo­wiąz­kami do­mo­wymi. Po­myły na­czy­nia po śnia­da­niu, na­sta­wiły pra­nie, zmio­tły z pod­łogi płatki, które wcze­śniej roz­sy­pał Gus. Wie­dzia­łam, że były tu, by po­ma­gać - za­jąć się nami do przy­jazdu babci - ale nie mo­głam wy­zbyć się wra­że­nia, że ktoś bez­praw­nie wtar­gnął do domu i prze­jął nad wszyst­kim kon­trolę, po­nie­waż sami nie by­li­śmy w sta­nie o sie­bie za­dbać.

Kogo chcia­łam oszu­kać? Mama na­dal sie­działa sku­lona na scho­dach. Nie da­wa­li­śmy rady. Jedna z ko­biet przy­go­to­wała Gu­sowi prze­ką­skę i za­pew­niła, że wciąż jest za­jęty grą na moim te­le­fo­nie. Nie mo­głam mu po­wie­dzieć. Po pro­stu nie mo­głam.

Go­dzinę póź­niej do drzwi za­pu­kał woj­skowy psy­cho­log, więc jego rów­nież wpu­ści­łam. April za­pro­wa­dziła mamę do sa­lonu, po­sa­dziła na ka­na­pie i ob­ło­żyła po­dusz­kami. Sie­działa więc wpa­trzona w ciemny ekran umiesz­czo­nego w sza­fie te­le­wi­zora. Nie spoj­rzała na żadne z nas. Nie są­dzi­łam, aby do­cie­rało do niej, co się tak na­prawdę dzieje. Ja też tego nie ro­zu­mia­łam, jed­nak nie mo­głam po­zwo­lić so­bie na ka­ta­to­nię.

- Ka­pi­tan Adam Wil­son - przed­sta­wił się męż­czy­zna. Miał na so­bie mun­dur, ale wy­da­wało się, że nie czuje się naj­le­piej w roli, do któ­rej zo­stał przy­dzie­lony. Na jego miej­scu pew­nie czu­ła­bym się tak samo. Za­jął nie­mal całą sofkę usta­wioną na­prze­ciwko ka­napy, na któ­rej sie­działa mama, przy­cią­gnął do sie­bie sto­lik ka­wowy, szu­ra­jąc no­gami me­bla po dy­wa­nie. - Czy chce­cie, żeby ktoś spo­rzą­dzał no­tatki? - Po­pa­trzył na moją mamę. - Otrzyma je, gdy doj­dzie do sie­bie.

- Zajmę się tym - po­wie­działa ko­bieta z grupy wspar­cia, trzy­ma­jąc już w dłoni kartkę i dłu­go­pis.

Ka­pi­tan Wil­son wy­jął ze skó­rza­nej ak­tówki stos do­ku­men­tów i po­pra­wił so­bie kra­wat.

- Jest tu jesz­cze jedno dziecko, prawda? - Przej­rzał pa­piery, wy­jął je­den z for­mu­la­rzy. - Au­gust Ho­ward?

- Gus gra na gó­rze - od­po­wie­dzia­łam, sia­da­jąc na ka­na­pie nie­opo­dal ka­pi­tana. Ści­ska­łam w dło­niach czarny se­gre­ga­tor, który przy­nio­słam z ga­bi­netu mamy. Jak mó­wił tata przed wy­jaz­dem, był to ostatni przed­miot w ko­mo­dzie. - Jesz­cze mu nie mó­wi­łam.

- Czy ja mam to zro­bić? - za­py­tał ła­god­nie ka­pi­tan Wil­son.

Za­sta­no­wi­łam się nad tym. Mama nie była w sta­nie z nim roz­ma­wiać, a psy­cho­log był prze­szko­lony do prze­ka­zy­wa­nia ta­kich in­for­ma­cji. Nie mo­głam jed­nak po­zwo­lić na to, aby obcy czło­wiek na za­wsze zmie­nił świat mo­jego bra­ciszka.

- Nie. Sama so­bie z tym po­ra­dzę - od­par­łam. April znów się roz­pła­kała, a mama wciąż po­zo­sta­wała nie­ru­chomą, pu­stą sko­rupą, jakby w ogóle jej z nami nie było. - Chcę dać mu moż­li­wie jak naj­wię­cej czasu, za­nim będę mu­siała to zro­bić. Jego świat wciąż jest nor­malny. Na­dal nie wie, że nic już nie bę­dzie jak daw­niej. - Stłu­mi­łam szloch. - Ma sie­dem lat i wła­śnie skoń­czyło się ży­cie, ja­kie znał. Wy­daje mi się, że le­piej dać mu jesz­cze kilka mi­nut. - Za­nim ro­ze­drę go na strzępy. Po­czu­łam, że się czer­wie­nię, gdy do oczu na­pły­nęły mi świeże łzy. Po­dej­rze­wa­łam, że tak bę­dzie jesz­cze przez pe­wien czas. Mu­sia­łam na­uczyć się je tłu­mić.

Ka­pi­tan Wil­son od­chrząk­nął i po­ki­wał głową.

- Ro­zu­miem - od­parł, na­stęp­nie wy­ja­śnił, w czym nam po­może w związku ze śmier­cią taty. Cho­dziło o za­ła­twia­nie for­mal­no­ści, ce­re­mo­nię po­grze­bową i wszyst­kie sprawy, któ­rych nikt z nas się nie spo­dzie­wał. W pew­nym sen­sie był na­szym opie­ku­nem, peł­nią­cym rolę bu­fora po­mię­dzy na­szym smut­kiem a ar­mią Sta­nów Zjed­no­czo­nych. Cie­szy­łam się z jego obec­no­ści, a jed­no­cze­śnie go nie­na­wi­dzi­łam.

Miał z nami zo­stać, do­póki nie uznamy, że już go nie po­trze­bu­jemy.

Po wy­ja­śnie­niach przy­szła pora na la­winę py­tań. April ode­szła, mó­wiąc, że musi się po­ło­żyć. Nie mia­łam wąt­pli­wo­ści, że w ciągu kilku mi­nut wia­do­mość roz­nie­sie się po Fa­ce­bo­oku. Sio­stra nie po­tra­fiła cier­pieć w mil­cze­niu.

Za­częły się py­ta­nia, więc otwo­rzy­łam czarny se­gre­ga­tor. Zo­ba­czy­łam cha­rak­ter pi­sma taty na te­sta­men­cie, po­li­sie ubez­pie­cze­nio­wej i in­nych do­ku­men­tach, sta­ran­nie przy­go­to­wa­nych na tę chwilę. Czy wiemy, gdzie chciał zo­stać po­cho­wany? W ja­kiej trum­nie? Czy ktoś ma nam to­wa­rzy­szyć? Czy po­dał wła­ściwe konto ban­kowe do wy­płaty sumy ubez­pie­cze­nia na ży­cie? Czy chcie­li­śmy le­cieć do Do­ver, aby ode­brać jego szczątki, pod­czas gdy ar­mia bę­dzie szy­ko­wać jego po­grzeb?

Do­ver. To jak woj­skowa wer­sja prze­prawy przez rzekę Styks.

Mama mil­czała, wpa­tru­jąc się w ciemny te­le­wi­zor, pod­czas gdy ja szu­ka­łam od­po­wie­dzi na za­da­wane przez ka­pi­tana py­ta­nia. Żadne z nich nie wy­rwało jej z odrę­twie­nia. Tak samo jak szar­pa­niem za rękę i szep­ta­niem do niej nie da­wa­łam rady spro­wa­dzić jej do miej­sca, w któ­rym de­spe­racko pra­gnę­łam, aby się zna­la­zła. Co­raz bar­dziej oczy­wi­ste sta­wało się, że zo­sta­łam sama.

- Czy jest ktoś, do kogo mo­żemy za­dzwo­nić, żeby po­mógł w pod­ję­ciu tych de­cy­zji wspól­nie z pani mamą? - za­py­tał ka­pi­tan i za­ci­snął usta, zer­ka­jąc dys­kret­nie w stronę mo­jej ro­dzi­cielki. Nie by­łam pewna, ile zszo­ko­wa­nych wdów wi­dział już w swo­jej ka­rie­rze, ale dla mnie mama była pierw­szą.

Bab­cia miała przy­je­chać do­piero ju­tro. Po­nie­waż była mamą taty, woj­sko mu­siało ją ofi­cjal­nie po­in­for­mo­wać o jego śmierci, tak samo jak nas. Nie mia­łam wąt­pli­wo­ści, że już do nas je­dzie, ale do­póki tu nie do­trze, nie mie­li­śmy ni­kogo in­nego. Ro­dzice mamy nie żyli. Jej brat nie zaj­mo­wał miej­sca w na­szym ży­ciu, więc nie uwa­ża­łam za słuszne, żeby go te­raz do niego spro­wa­dzać.

- Je­stem tylko ja - od­po­wie­dzia­łam. - Będę po­dej­mo­wała wszyst­kie de­cy­zje aż do chwili, kiedy mama sama zdoła to ro­bić.

- Em­ber? - za­wo­łał do mnie sto­jący na scho­dach brat. - Co się dzieje?

Po­ło­ży­łam dłoń mamy z po­wro­tem na jej ko­la­nie. I tak nie czuła, że ją trzy­mam. Wzię­łam naj­głęb­szy od­dech w ży­ciu i po­de­szłam do bra­ciszka. Usia­dłam obok niego na scho­dach i po­my­śla­łam nad tym, jak w sło­wach zro­zu­mia­łych dla sied­mio­latka prze­ka­zać to, co wie­dzie­li­śmy. Cho­ciaż nie było tego za wiele. Mu­sia­łam po­wie­dzieć to, czego by­li­śmy pewni.

- Ta­tuś nie wróci do domu, Gus.

Do jego ma­łych nie­bie­skich oczu na­pły­nęły łzy i za­częła drżeć mu dolna warga.

- Do­pa­dli go wro­go­wie?

- Tak, skar­bie. - Ob­ję­łam go i utu­li­łam. Ko­ły­sa­łam jak wtedy, gdy był ma­lutki. W końcu od­su­nę­łam mu włosy z czoła i go po­ca­ło­wa­łam.

- Ale to twoje uro­dziny. - Jego cie­płe łzy wsią­kały w moją ko­szulkę do bie­ga­nia i na­tych­miast sty­gły, gdy wciąż tu­li­łam go tak mocno, jak tylko po­tra­fi­łam. Zro­bi­ła­bym wszystko, co w mo­jej mocy, aby ująć mu bólu, aby nie mó­wić tego, co mu­siało zo­stać po­wie­dziane. Ale nie mo­głam przy­jąć prze­zna­czo­nej dla taty kuli.

Gus pła­kał, gdy ka­pi­tan Wil­son sie­dział cier­pli­wie i ob­ser­wo­wał mamę i jej brak re­ak­cji. Za­sta­na­wia­łam się, ile mi­nie czasu, za­nim padną słowa ta­kie jak "leki" i "psy­chia­tra". Mama to naj­sil­niej­sza osoba, jaką zna­łam, ale za­wsze stała na fun­da­men­cie, któ­rym był jej mąż.

Kiedy Gus prze­stał pła­kać, za­py­ta­łam, czy cze­goś po­trze­buje i czy mogę coś dla niego zro­bić.

- Chciał­bym, że­byś miała tort i lody. - Uniósł głowę z mo­jej piersi i wziął mnie za rękę. - Chcę, że­byś miała uro­dziny.

Wez­brała we mnie pa­nika, serce przy­spie­szyło, a do oczu znów na­pły­nęły łzy. Coś dzi­kiego sza­lało w moim wnę­trzu, do­ma­ga­jąc się uwol­nie­nia, uzna­nia i czu­cia. Bar­dziej się skrzy­wi­łam, niż uśmiech­nę­łam, i ener­gicz­nie po­ki­wa­łam głową, obej­mu­jąc uro­czą twarz bra­ciszka. Spoj­rza­łam na ka­pi­tana Wil­sona.

- Mo­żemy zro­bić dzie­się­cio­mi­nu­tową prze­rwę?

Męż­czy­zna przy­tak­nął, jakby wy­czu­wał, że za­raz stracę nad sobą kon­trolę, a by­łam je­dyną opa­no­waną osobą w domu roz­ża­lo­nych ko­biet i dzieci.

- Czy mogę jesz­cze ja­koś po­móc?

- Mógłby pan za­dzwo­nić do mo­jej babci i spraw­dzić, co z nią? Dzia­dek zgi­nął w Wiet­na­mie... - zdo­ła­łam wy­du­sić. Nie­unik­niony krzyk co­raz bar­dziej pod­cho­dził mi do gar­dła.

- Oczy­wi­ście.

Po­ca­ło­wa­łam Gusa w czoło, wzię­łam klu­czyki i wy­bie­głam z domu, póki jesz­cze mia­łam dość siły. Wsko­czy­łam za kie­row­nicę volks­wa­gena jetty. Do­sta­łam go od ro­dzi­ców, gdy ukoń­czy­łam ogól­niak. Tata chciał, że­bym jeź­dziła czymś bez­piecz­nym, wra­ca­jąc na week­endy do domu z Uni­wer­sy­tetu Ko­lo­rado w Bo­ul­der. Szkoda, że sam nie był chro­niony w Afga­ni­sta­nie.

Wło­ży­łam klu­czyk do sta­cyjki, uru­cho­mi­łam sil­nik i zbyt szybko wy­co­fa­łam auto pod­jaz­dem. Po­spiesz­nie zje­cha­łam ze wzgó­rza. Po­ko­ny­wa­łam za­kręty, nie dba­jąc o bez­pie­czeń­stwo chyba po raz pierw­szy, od­kąd do­sta­łam prawo jazdy. Przed skle­pem spo­żyw­czym świa­tło zmie­niło się na czer­wone. Ha­mu­jąc, uświa­do­mi­łam so­bie, że jest mi zimno i mro­wią mnie palce. Sa­mo­cho­dowy ter­mo­metr po­ka­zy­wał, że na ze­wnątrz jest mi­nus osiem stopni Cel­sju­sza, a ja mia­łam na so­bie je­dy­nie strój do bie­ga­nia na bieżni. Nie wzię­łam kurtki. Za­par­ko­wa­łem jettę i po­szłam do sklepu, wdzięczna za odrę­twie­nie w koń­czy­nach i sercu.

Zna­la­złam alejkę z wy­ro­bami cu­kier­ni­czymi i skrzy­żo­wa­łam ręce na piersi. Tort. Gus chciał tort, więc za­mie­rza­łam go ku­pić. Cze­ko­la­dowy. Wa­ni­liowy. Tru­skaw­kowy. Z bitą śmie­taną. Z lu­krem. Zbyt wielki wy­bór. Prze­cież to tylko cho­lerne cia­sto! Dla­czego było ich aż tyle? Kogo to ob­cho­dziło? Wzię­łam tort pierw­szy z brzegu i po­szłam do alejki z lo­dami, gdzie zu­peł­nie me­cha­nicz­nie chwy­ci­łam pu­dełko cia­stek z ka­wał­kami cze­ko­lady.

W po­ło­wie drogi do kasy wpa­dłam na ro­dzinę. Prze­ciętną, skła­da­jącą się z mamy, taty, syna i córki. Śmiali się, wy­kłó­ca­jąc o film, który mieli oglą­dać wie­czo­rem. Wy­grała dziew­czynka, pro­sząc o Śnię­tego Mi­ko­łaja. Ja­kim cu­dem ci lu­dzie prze­ży­wali nor­malny dzień i pro­wa­dzili zwy­czajne roz­mowy? Dla­czego nie ro­zu­mieli, że wła­śnie skoń­czył się świat?

- Wiesz, gdy­byś chciała, mogą na­pi­sać ci na nim imię. - Z za­my­śle­nia wy­rwał mnie mę­ski głos, więc unio­słam głowę i spoj­rza­łam w zna­jome brą­zowe oczy. Zna­łam chło­paka w czapce z logo Uni­wer­sy­tetu Ko­lo­rado, ale nie pa­mię­ta­łam skąd. Wy­da­wał się bo­le­śnie zna­jomy. Oczy­wi­ście, że zwró­ci­ła­bym uwagę na ta­kiego przy­stoj­niaka, ale na uczelni stu­dio­wało bli­sko czter­dzie­ści ty­sięcy osób. Za­wsze więc wi­dy­wało się zna­jome twa­rze, do któ­rych trudno było do­pa­so­wać imię czy szcze­góły wcze­śniej­szego spo­tka­nia. Jed­nak taki uni­kat po­win­nam so­bie przy­po­mnieć, na­wet bę­dąc w szoku.

Cze­kał, aż coś z sie­bie wy­du­szę.

- Ach tak, tort. - Mia­łam mę­tlik w gło­wie i de­spe­racko uchwy­ci­łam się w miarę lo­gicz­nych my­śli. Przy­tak­nę­łam, mruk­nę­łam coś w po­dzię­ko­wa­niu i wró­ci­łam do alejki z wy­ro­bami cu­kier­ni­czymi. Dzięki Bogu moje nogi sa­mo­ist­nie się po­ru­szały.

Pulchna ko­bieta za ladą się­gnęła po cia­sto, więc je jej po­da­łam.

- Czy mo­głaby pani na­pi­sać na nim "Wszyst­kiego naj­lep­szego"?

- Oczy­wi­ście. Czyje to święto?

Święto? To dzień z pie­kła ro­dem. Sta­łam przy la­dzie w skle­pie spo­żyw­czym z tor­tem, któ­rego nie chcia­łam, i zro­zu­mia­łam wła­śnie, że to naj­praw­do­po­dob­niej naj­gor­szy dzień w moim ży­ciu. Może po­win­nam od­na­leźć ja­kąś po­cie­chę w tym, że je­śli już było tak okrop­nie, to go­rzej być nie mo­gło. Jed­nak co, je­śli to wcale nie był naj­po­dlej­szy dzień mo­jego ży­cia? Co, je­żeli ju­tro cze­kać mnie bę­dzie coś, co prze­nie­sie cier­pie­nie na zu­peł­nie nowy po­ziom?

- Pro­szę pani? - Wró­ci­łam wzro­kiem do twa­rzy eks­pe­dientki. - Ja­kie imię wpi­sać na tor­cie?

- De­cem­ber.

- Tak, mamy wła­śnie gru­dzień, ale czyje imię ży­czy so­bie pani na tor­cie?

Po­now­nie po­czu­łam w gar­dle ucisk wy­wo­łany ża­lem i pa­niką.

- To moje imię. De­cem­ber.

Ko­bieta par­sk­nęła śmie­chem.

- Ale pro­szę pani, na tor­cie są na­sto­let­nie Wo­jow­ni­cze Żół­wie Ninja. To tort dla chłopca!

Coś we mnie pę­kło. Tama pu­ściła, usta wy­po­wie­działy, co ślina przy­nio­sła na ję­zyk.

- W du­pie mam, co jest na tor­cie!

- Ale na pewno by­łaby pani szczę­śliw­sza...

Mia­łam dość.

- Nie, nie by­ła­bym. Wie pani, co by mnie uszczę­śli­wiło? Po­wrót do łóżka i cof­nię­cie wszyst­kich tych wy­da­rzeń. Nie chcę stać po­środku tego sklepu, żeby ku­po­wać głupi tort zgod­nie z ży­cze­niem brata, aby­śmy mo­gli uda­wać, że nasz oj­ciec nie zgi­nął! Za­tem nie, mam gdzieś, czy na tor­cie są Żół­wie Ninja, Bar­bie czy cho­lerny Spon­ge­Bob Kan­cia­sto­porty!

Ko­bie­cie za­częła drżeć dolna warga, do oczu na­pły­nęły łzy.

- Wszyst­kiego... naj­lep­szego... De­cem­ber - wy­du­kała, po­woli prze­su­wa­jąc to­rebką z lu­krem po zie­lono-nie­bie­skim tor­cie i wy­pi­su­jąc moje imię. Po­dała mi cia­sto drżą­cymi rę­kami, za co po­dzię­ko­wa­łam ski­nie­niem głowy.

Ob­ró­ci­łam się i zo­ba­czy­łam zszo­ko­wa­nego stu­denta, który wy­cią­gał rękę po pu­dełko ja­go­do­wych muf­fi­nek, jed­no­cze­śnie wpa­tru­jąc się we mnie sze­roko otwar­tymi oczami.

Nie mo­głam go za to wi­nić. Też zdzi­wił mnie mój wy­buch i prze­stra­szy­łam się, że miał miej­sce po­środku sklepu.

Sta­łam przy ka­sie, cze­ka­jąc, aż młoda dziew­czyna ska­suje za­kupy, a po mo­jej twa­rzy pły­nęły łzy.

- Trzy­dzie­ści dwa, dzie­więt­na­ście - po­wie­działa. Się­gnę­łam do tyl­nej kie­szeni, w któ­rej za­zwy­czaj mia­łam port­fel, ale wy­ma­ca­łam je­dy­nie gładki span­dex spodni do bie­ga­nia.

- Cho­lera - mruk­nę­łam, w ge­ście po­rażki za­my­ka­jąc oczy. Nie mia­łam ani kurtki, ani port­fela. Świet­nie.

- Za­płacę. - Brą­zo­wo­oki chło­pak prze­su­nął pięć­dzie­siątkę po ta­śmie. Na­wet nie za­uwa­ży­łam, że sta­nął za mną w ko­lejce.

Ob­ró­ci­łam się i spoj­rza­łam na niego. Zdu­miał mnie jego wzrost. Się­ga­łam mu za­le­d­wie do oboj­czyka. Za­chwia­łam się, ob­ra­ca­jąc się tak na­gle, więc chło­pak zła­pał mnie ostroż­nie za ręce, aby pod­trzy­mać.

- Dzię­kuję. - Grzbie­tami dłoni otar­łam mo­kre po­liczki i od­da­łam mu resztę. Na­dal wy­da­wał mi się zna­jomy... Ale dla­czego?

- Po­trze­bu­jesz mnie? - za­py­tał ła­god­nie, gdy ka­sjerka po­dała mu jego na­pój wi­ta­mi­nowy.

- Co? - Nie mia­łam po­ję­cia, o co mu cho­dzi.

Za­ru­mie­nił się.

- Chcesz, że­bym ci to po­niósł? To zna­czy, wy­gląda na cięż­kie - do­koń­czył po­woli, jakby sam się zdzi­wił, że to po­wie­dział.

- To tort. - Był chyba naj­bar­dziej sek­sow­nym i naj­bar­dziej nie­po­rad­nym chło­pa­kiem, ja­kiego po­zna­łam.

- No tak. - Wziął swoją torbę i po­krę­cił głową, jakby chciał wy­rzu­cić z niej my­śli. - Po­zwo­lisz przy­naj­mniej, że od­wiozę cię do domu?

Wow, na­prawdę wy­brał zły dzień na pod­ryw.

- Na­wet cię nie znam. Nie uwa­żam, żeby to było wła­ściwe.

Uśmiech­nął się ła­god­nie.

- Je­steś De­cem­ber Ho­ward, a ja Josh Wal­ker. Skoń­czy­łem li­ceum trzy lata przed tobą.

Josh Wal­ker. Cho­lera ja­sna, zna­łam go z ogól­niaka. Na­gle na­pły­nęły wspo­mnie­nia, tyle że ten, który stał te­raz przede mną, nie mógł być tym Jo­shem Wal­ke­rem. Nie, tam­ten chło­pak był wy­ta­tu­owa­nym, jeż­dżą­cym na mo­to­cy­klu ma­gne­sem przy­cią­ga­ją­cym che­er­le­aderki, a nie schlud­nym, mi­łym chłop­cem z są­siedz­twa.

- Josh Wal­ker. No tak. Gdy wy­gra­li­ście mi­strzo­stwa stanu, mia­łam twoje zdję­cie przy­kle­jone do drzwi szafki. - Cho­lera. Dla­czego to po­wie­dzia­łam? Za­sko­czony uniósł brwi, a ja do­da­łam w du­chu: "a może na­dal mam, ale nie­ważne". - Je­śli mnie pa­mięć nie za­wo­dzi, mia­łeś kask ho­ke­jowy za bar­dzo na­su­nięty na oczy, żeby za­uwa­żać lu­dzi z niż­szych klas. - Ale ja go do­strze­ga­łam, tak jak każda dziew­czyna w szkole. Zmru­ży­łam oczy, przy­glą­da­jąc się jego gład­kiej twa­rzy, która po okre­sie do­ra­sta­nia stała się jesz­cze bar­dziej kan­cia­sta i sek­sowna. - I mia­łeś dużo wię­cej wło­sów.

Na błogą chwilę sku­pi­łam się na jego pięk­nym uśmie­chu. Ja­kim cu­dem ho­ke­ista miał tak pro­ste zęby?

- No więc nie je­stem nie­zna­jo­mym. - Po­dał mi tort, a jego bez­tro­skę za­stą­pił prze­błysk... bólu lub li­to­ści? - Moje kon­do­len­cje, Em­ber. Po­zwól, pro­szę, że od­wiozę cię do domu. Nie po­win­naś pro­wa­dzić w tym sta­nie.

Po­krę­ci­łam głową, od­wró­ci­łam wzrok od jego współ­czu­ją­cych oczu. Na chwilę nie­mal za­po­mnia­łam. Na­tych­miast po­ja­wiły się wy­rzuty su­mie­nia. Po­zwo­li­łam, by roz­pro­szyła mnie ładna buźka... ale wszystko po­wró­ciło ze zdwo­joną siłą. Dla­czego w ogóle o nim my­śla­łam? Mia­łam chło­paka, prze­ży­wa­łam śmierć ojca i to nie był czas na flirty. Oj­ciec nie żyje. Z bólu mocno za­ci­snę­łam po­wieki.

- Em­ber?

- Mu­szę to zro­bić. Mu­szę wie­dzieć, że je­stem w sta­nie. - Po­now­nie mu po­dzię­ko­wa­łam za za­płatę za moje za­kupy i wró­ci­łam do rze­czy­wi­sto­ści.

Usia­dłam na zim­nym skó­rza­nym fo­telu w sa­mo­cho­dzie i oszo­ło­miona nie ru­sza­łam przez dłuż­szy mo­ment. Jak to moż­liwe, że coś tak pro­stego jak spo­tka­nie z Jo­shem Wal­ke­rem mo­gło na­pra­wić nie­wielki frag­ment mo­jej du­szy, pod­czas gdy reszta się roz­trza­skała? Zimno z sie­dze­nia prze­do­sta­wało się przez cien­kie spodnie, wy­rzu­ca­jąc my­śli o Jo­shu z mo­jej głowy. Tort, który po­ło­ży­łam na miej­scu pa­sa­żera, szy­dził ze mnie głu­pimi, szczę­śli­wymi, usta­wio­nymi w bo­jo­wych po­zy­cjach żół­wiami. Gu­sowi się spodoba. Bar­dzo. Boże, co on po­cznie bez taty? Co wszy­scy zro­bimy? W mo­jej piersi znów wez­brała pa­nika, zgro­ma­dziła się w gar­dle, po czym wy­da­łam z sie­bie nie­po­dobny do mnie krzyk. Jak mia­łam za­jąć się mamą bez taty? Jak mia­łam co­kol­wiek zro­bić, je­śli pra­gnę­łam je­dy­nie zwi­nąć się w kłę­bek i o wszyst­kim za­po­mnieć?

Prze­sta­łam nad sobą pa­no­wać i przez całe pięć mi­nut pła­ka­łam w kie­row­nicę, na­stęp­nie usia­dłam pro­sto, otar­łam łzy i się uspo­ko­iłam. Nie mo­głam wię­cej po­zwo­lić so­bie na szloch czy za­ła­ma­nie. Mu­sia­łam za­jąć się ro­dziną.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki