Rozdział 1
Kac. Zwykło się mawiać, że kto nie doświadcza tego uczucia rano, a poprzedniego wieczoru miał okazję pić, ten pił na marne. Ja coraz rzadziej pijałem na marne, a kac stawał się powoli moim dobrym znajomym, uporczywym towarzyszem porannych niewygód.
Z trudem otworzyłem zaspane oczy. Byłem sam. Co prawda wymięta poduszka pachniała jeszcze intensywnością kobiecych perfum, sam zresztą przesiąknąłem tym zapachem, ale był to jedyny ślad, który wskazywał na nocną obecność ciałka obcego w moim łóżku. Kiedy podniosłem nieco ociężałą głowę, zobaczyłem na stoliku karteczkę. Sięgnąłem po nią. Widniał tam numer telefonu zapisany niedbale czarną kredką do powiek (której, swoją drogą, zdecydowanie nadużywała), a na odwrocie przeczytałem: "W razie potrzeby... Weronika". Uśmiechnąłem się w duchu na wspomnienie naszych nocnych harców, a zaraz potem mała kulka zgniecionego papieru wylądowała w stojącej nieopodal popielniczce. Było to już nasze drugie spotkanie i nie widziałem potrzeby, aby tę znajomość przeciągać. Zbliżaliśmy się niebezpiecznie do punktu, w którym mogłoby komuś wpaść do głowy pytać o "nasze wzajemne relacje". A kilka, nawet ponadprzeciętnych, orgazmów to jeszcze nie "wzajemne relacje".
Spojrzałem na zegarek w komórce. Było piętnaście po jedenastej. Przeleżałem w łóżku jeszcze kilka chwil, starając się na próżno okiełznać pulsujący ból głowy, po czym zrezygnowany wstałem, naciągnąłem na tyłek spodnie, założyłem wymięty trykot i poczłapałem ostrożnie stromymi schodami na parter.
Lodówka, jak to po każdej większej imprezie, była zupełnie pusta. Ku swojej uldze przypomniałem sobie o skrytce pod zlewem. Doświadczenie życiowe, że tak to określę, kazało mi wczorajszego wieczoru przygotować się na dzisiejszy poranek. Otworzyłem więc szafkę pod zlewem i odsunąłem wypełniony po brzegi kosz na śmieci. Było tam. Dokładnie gdzie je postawiłem, nietknięte. Sięgnąłem po otwieracz, uwolniłem nieco bąbelków i łapczywie wypiłem całą zawartość butelki, kojąc uporczywie dręczące pragnienie. W takich sytuacjach często korzystałem z rady Wolanda, który skacowanemu dyrektorowi Stiopie Lichodiejewowi podawał dwa kieliszki wódki, pouczając go, że "podobne należy leczyć podobnym".
Załączyłem wodę w czajniku i usiadłem przy kuchennym stole, który zastawiony był pustymi butelkami po różnego rodzaju alkoholach. Zapaliłem papierosa. Nawet nie myślałem o śniadaniu. Bez porannego papierosa, mocnej czarnej kawy i - w razie potrzeby - butelki piwa przed południem, nie mogłem normalnie funkcjonować. Taki to był już ze mnie typ człowieka. Jedni nie mogą żyć bez porannego jogurtu owocowego z musli, inni bez czterech tysięcy metrów wzdłuż plaży, jeszcze inni bez francuskich tostów, jajek sadzonych na boczku czy porannej prasy, a ja nie mogłem żyć bez dymu tytoniowego wypełniającego moje płuca oraz gorącej, nie takiej małej czarnej, grzejącej moje gardło.
Moje obecne życie nie było zbyt skomplikowane. W wieku dwudziestu dwóch lat miałem swoją chatę (uroczy domek raptem sto metrów od plaży), dobry samochód i zabezpieczenie finansowe. Mógłby ktoś pomyśleć, że byłem człowiekiem sukcesu. Nic bardziej mylnego. Miałem po prostu obrzydliwie bogatych rodziców.
Tata jest prezesem we własnej dużej firmie, zajmującej się transportem morskim i lądowym. Należą się staruszkowi słowa uznania, gdyż praktycznie zaczynał od zera, a po wejściu do Unii zbija niezłe kokosy. Mama natomiast prowadzi ekskluzywną restaurację w centrum miasta. Małżeństwem zawsze byli w miarę szczęśliwym, choć z dzieciństwa pamiętam, że zbyt często zdarzały im się drobne sprzeczki. Jednak w tej ich ciągłej pogoni za pieniędzmi oczywiście zapominali o tym, że mają syna, który potrzebował nieco rodzicielskiego zainteresowania. Wprawdzie nigdy niczego mi nie brakowało, ale gdyby nie dziadkowie ze strony ojca, którzy tak na dobrą sprawę zajęli się moim wychowaniem, mógłbym w okresie dojrzewania potrzebować pomocy psychologa. Nie miałem rodzeństwa i byłem rodzicom za to szalenie wdzięczny. Jestem przekonany, że ciągła rywalizacja z bratem lub siostrą o ich skąpe względy nie mogłaby żadnemu z nas wyjść na dobre.
Od pewnego czasu prowadziłem zdecydowanie rozrywkowy tryb życia. Nie twierdzę, że balowałem non stop, bo nawet mój - bądź co bądź wytrzymały - organizm również potrzebował dłuższych chwil odpoczynku. Ale to właśnie spotkania ze znajomymi, wspólne wypady do klubów, dyskotek, na imprezy oraz częste spraszanie różnorodnego towarzystwa do siebie, wypełniało sporą część mojego życia. W wolnych chwilach natomiast byłem studentem drugiego roku zaocznych studiów historycznych. Nie studiowałem historii z powołania. O nie. Prawdę mówiąc, tuż po maturze dostałem się na wymarzone - przez ojca - studia prawnicze. Tam jednak nie poznali się na moim talencie, gdyż wywalili mnie już po pierwszym semestrze, co było rzecz jasna ogromną tragedią - dla ojca. I teraz już chyba nawet duże pieniądze i rozległe znajomości tatusia nie pomogą mi zostać prokuratorem. Rodzice wymagają jednak, abym zdobył dyplom, więc poszedłem na historię. Charakter zaoczny studiów był rzecz jasna moim pomysłem. Co prawda umowa była taka, że zaczynam pracować w firmie ojca, który na początek miał mi powierzać mniej skomplikowane zadania, ale już po miesiącu moich starań obaj zgodnie stwierdziliśmy, że jednak jeszcze nie czas.
Dopiłem kawę, zgasiłem papierosa i z niemałą obawą przeszedłem do salonu, aby oszacować poimprezowe szkody.
Na pierwszy rzut oka wszystko wydawało się być w porządku. To znaczy, chciałem powiedzieć, że nie dostrzegałem żadnych poważniejszych uszkodzeń. O porządku natomiast nie mogło być mowy. Wszędzie walały się brudne naczynia, puste i nie tak do końca puste butelki po piwie i innych drinach. W dywan wdeptane były chipsy, słone paluszki, orzeszki ziemne i chyba tona piasku, naniesiona prawdopodobnie przez ekipę, która najpierw wypróbowała jakiś nowy towar nabyty od Łysego, a później, przy blasku księżyca, szukała bursztynów na plaży. Wystarczyło tylko, że któryś z tych najaranych półgłówków rzucił hasło, że one podobno świecą w nocy...
Wolnym krokiem, dokładnie rozglądając się po ścianach, które na szczęście nie były tym razem oblepione kolorowymi mozaikami niestrawionego pokarmu, zmierzałem w kierunku najcenniejszej rzeczy znajdującej się w tym pokoju - do fortepianu. Mój cudowny, lśniący steinway. Byłem dumny, że posiadam instrument tej klasy. Obejrzałem go dokładnie ze wszystkich stron, rejestrując każde nowe zadrapanie. Ludzie naprawdę nie mieli żadnego szacunku dla czyjejś własności. A instrument muzyczny tym bardziej należało darzyć szacunkiem. Tego mnie uczono już na pierwszej lekcji w szkole muzycznej, lata temu.
Regał z książkami był nietknięty, co nie zdziwiło mnie wcale, gdyż zdecydowana większość osób z towarzystwa, które się tu wczoraj bawiło, raczej nie miała w zwyczaju zaglądać do książek. Trudno mi się do tego przyznać, ale ja również odwykłem od lektury. Ostatnią książkę, poza tymi, które przeglądałem przed egzaminami, miałem przyjemność czytać dawno temu. Posiadałem jednak bogatą, jak na warunki mieszkalne, bibliotekę, której zawartość mogłaby zadowolić nawet wymagającego bibliofila.
Z salonu, przez otwarte na oścież drzwi, wyszedłem na taras. Rozejrzałem się po ogrodzie, którym nazywałem pasmo wysokich traw i samotną, młodą jeszcze jabłonkę rosnącą przy płocie. Nie stwierdziwszy jednak niczego niepokojącego postanowiłem wejść z powrotem do domu. Odwróciłem się i dopiero wtedy zdałem sobie sprawę, że drzwi okienne wcale nie są szeroko otwarte, ich po prostu nie było. Przeszukałem dokładnie pół domu, niestety bez rezultatu, po czym ponownie wróciłem na miejsce zbrodni. Byłem już zdecydowany zamawiać nowe drzwi, kiedy w głębi ogrodu zauważyłem coś białego, wystającego z zarośli nieopodal płotu. Zguba się odnalazła. Z niemałym trudem przyniosłem je i włożyłem z powrotem na miejsce.
Doprowadzenie domu do jako takiego porządku zajęło mi ponad dwie godziny. Poczułem się trochę zmęczony, więc walnąłem się na kanapę w salonie. Odkręciłem butelkę wody mineralnej, którą znalazłem w piwnicy i powoli gasiłem pragnienie. Na wieczór byłem umówiony z Radkiem, czyli Łysym. Sięgnąłem po paczkę lakistrajków i uspokoiłem domagający się nikotyny organizm. Przekimałem kilka godzin.
Wziąłem długi prysznic, ogoliłem się bez entuzjazmu i zacząłem zbierać się do wyjścia. Czysta koszula, dżinsy, skórzana kurtka i buty. Spojrzałem jeszcze w lustro wiszące w przedpokoju i stwierdziwszy, że wyglądam jak zwykle świetnie, otworzyłem drzwi. Na werandzie przeszył mnie podmuch zimnego powietrza. Pogoda, jak na końcówkę czerwca, była beznadziejna. Potruchtałem w stronę garażu, naciskając dwa przyciski na małym pilocie wymacanym w kieszeni, po czym odczekałem chwilę, nim brama garażowa z powolnym dostojeństwem się otwarła. Mój czarny jeep grand cherokee (limited edyszyn) był gotowy do drogi. Usiadłem za kierownicą, włączyłem silnik i z piskiem opon ruszyłem w stronę miasta.