I ty mówisz, że masz nieciekawe życie? Bo oczywiście mnóstwo jest na świecie osób, którym Minkiewicz przywiózł dżinsy z Ameryki, a Polański obiecał wysłać paczkę! Ale jesteśmy jeszcze w czasach, w których na pewno nie nosiłaś dżinsów. Wychowałaś się na dobrym podwórku?
W ogóle nie chodziłam na podwórko. Z dwóch powodów. Po pierwsze, przy moim domu, na ulicy Rozbrat nie było podwórka, a po drugie, nawet gdyby było, to pewnie byłyby na nim dzieci. Więc wychowywałam, a raczej chowałam się przed nimi, w domu. Bo od dziecka nie przepadałam za dziećmi. Zwłaszcza za dziewczynkami. Wtedy żałowałam, że nie urodziłam się chłopcem.
A teraz?
Żałuję jeszcze bardziej. Mężczyźni mają łatwiej.
Dlaczego?
Bo kiedy na przykład od mężczyzny odchodzi kobieta, to odchodzi kobieta. A kiedy od kobiety odchodzi facet, to wali się jej cały świat. Tylko nie pytaj dlaczego.
Bo?
Nie wiem. Ale kobiety tak mają.
Ale to raczej dylematy dorosłych kobiet. My na razie opowiadamy o dziecku. Może już nie z loczkiem, ale jeszcze nie z walącym się, z powodu odchodzącego faceta, światem.
Krótko byłam dzieckiem. Postanowiłam szybko wydorośleć.
Kiedy to ci się udało?
Jak miałam osiem, góra dziewięć lat. Kiedy zarobiłam pierwsze pieniądze.
Za co?
Za zjedzenie szpinaku. Którego nie cierpiałam. Tłumaczenie, że jest zdrowy, nie przekonywało mnie.
A pieniądze cię przekonały?
Zdecydowanie. Bo już od dłuższego czasu zbierałam (do świnki) na wymarzonego pieska. Że na pieska, wiedziała tylko babcia. I to właśnie ona, w tajemnicy przed rodzicami, zmotywowała mnie do jedzenia szpinaku. Za każdą przełkniętą porcję płaciła mi chyba równowartość dzisiejszych pięciu złotych. To były moje pierwsze zarobione ciężko, ale uczciwie, pieniądze. I wtedy poczułam się dorosła. Bo nie wiedziałam jeszcze, że będąc dorosłym, można mieć pieniądze zarobione niekoniecznie ciężko i uczciwie. Teraz już to wiem, ale to wiedza czysto teoretyczna. Praktycznie nigdy nie udało mi się jej wykorzystać.
Żałujesz?
Szczerze?
Nie nalegam.
I za to, między innymi, tak cię lubię. A wracając do tego, kiedy poczułam się dorosła, to był jeszcze jeden moment. Wcześniej niż zarobiłam pierwsze pieniądze. Tylko wtedy nie zdawałam sobie z tego sprawy.
Że świadczy o twojej dorosłości?
Właśnie. I odpowiedzialności. Zapytana przez kogoś z rodziny, kim chciałabym być, kiedy dorosnę, powiedziałam, że na pewno nie będę chciała być mamusią. I tak mi zostało, i tak mi się udało. Wtedy miałam natomiast nadzieję, że zostanę Indianinem.
Nie Indianką?
Nie. Bo Indianki wydawały mi się brzydkie, a Indianie przystojni. I wspaniali! Jak "Winnetou, czerwonoskóry gentleman". Aha. Bo chyba nie wspomniałam, że kiedy dziewczynki w moim wieku czytały "Anię z Zielonego Wzgórza", ja czytałam wyłącznie książki o Indianach. Może dlatego łatwiej mi było nawiązać kontakt z chłopcami? Za dziećmi, jak mówiłam, w ogóle nie przepadałam, za dziewczynkami zwłaszcza. I to się utrzymało do dziś. Nigdy nie miałam przyjaciółki. Były koleżanki ze szkoły, ze studiów, z pracy... Niektóre nawet lubiłam, ale z żadną się nie zaprzyjaźniłam.
Dlaczego?
Bo nie odczuwałam takiej potrzeby. Uważam, że przyjaźń damsko-damska, jeśli w ogóle istnieje, to jest przereklamowana. Taka jest moja wersja i będę się jej trzymać.
Z kobietami trudniej mi się rozmawia. W pierwszej pracy, w radiowej reklamie, oprócz facetów były trzy panie. I tak zwane babskie rozmowy. Głównie o dzieciach. Jedno miało kolkę, drugiemu wyrzynały się ząbki (chyba mądrości, bo było wyjątkowo mądre), trzeciemu się ulewało. Albo wprost przeciwnie. Nie jestem pewna, bo te newsy mało mnie wciągały. Podobnie jak narzekania na mężów, którzy nie opuszczali deski, nie myli po kąpieli wanny i nie wynosili śmieci. Za to przynosili za mało pieniędzy. Kiedy więc panie mówiły o "ciężkim okresie", myślałam o braku płynności finansowej. A okazywało się, że one miały na myśli fizjologię. Te "dni, z których każdy jest nasz, jeśli podpaski dobre masz". Nie miałam i nie mam ciekawości na ten temat.
A może po prostu miałaś pecha i trafiałaś na kobiety, które nadają na innych falach?
Niewykluczone. Ale jeśli, to ten pech zaczął mnie prześladować już w szkole. Dokładnie w klasie maturalnej, kiedy z liceum Batorego przeniosłam się do żeńskiego, imienia Narcyzy Żmichowskiej. Trzydzieści kilka dziewcząt w jednej klasie! To przecież gorzej niż w koszarach!!! Nie śmierdziało, ale bolało. Jurek Dobrowolski napisał kiedyś piosenkę "Najlepsze są panienki z bardzo dobrych domów". Niestety, nie miał racji. Nigdy wcześniej ani później nie nasłuchałam się tylu koszarowych dowcipów, jak w tej szkole, do której chodziły właśnie takie panienki. Po koedukacyjnym, a głównie męskim Batorym uszy mi więdły!
To dlaczego się przeniosłaś?
W Batorym dostałam propozycję nie do odrzucenia. Powiedzieli, że jeżeli się nie przeniosę, to dostanę złą opinię na studia.
Narozrabiałaś?
Nie bardzo. Chodziliśmy wieczorami w pobliskie Aleje Ujazdowskie. Jeden kolega miał gitarę, było jakieś wino. Ale spokojnie, bez żadnych rozrób. Niestety. W naszej klasie był jeden chłopak, którego nikt nie lubił. Syn ważnego działacza partyjnego. I przyszedł, bo chciał się z nami zakolegować. My nie chcieliśmy, on nalegał. Wkurzył nas i go opluliśmy. Następnego dnia poskarżył się w szkole, odbyło się przesłuchanie i winnym "zaproponowali" zmianę szkoły. Kto z tej propozycji nie skorzysta, dostanie złą opinię. Co w tamtych czasach w zasadzie przekreślało dostanie się na studia. A ja marzyłam o pójściu na dziennikarstwo. To było pół roku przed maturą. Chcąc nie chcąc (raczej opcja druga), przeniosłam się do Liceum imienia Narcyzy Żmichowskiej. Żeńskiego (co mnie odrzucało), ale najbliżej i z angielskim. Co mnie przekonało.
O zmianie szkoły rodzicom nie powiedziałam, bo nie chciałam ich denerwować. Z tego samego powodu nie powiedziałam im również o terminie ustnych egzaminów maturalnych. Dowiedzieli się, kiedy już zdałam. Najpierw się ucieszyli, potem wkurzyli.
Oczywiście nie dlatego, że zdałam, tylko że nie powiedziałam im o zmianie szkoły. Ale możemy zmienić temat?
Bo co?
Bo nie lubię grzebać w przeszłości. Co było, a nie jest... Coraz częściej odnoszę wrażenie, że niektórym trudno uwierzyć, że byłam kiedyś młoda.
Ja wierzę. Nawet w to, że byłaś kiedyś dzieckiem.
I to jest najgorsze. Bo zdaniem psychoanalityków źródeł większości naszych problemów ze sobą trzeba szukać w dzieciństwie. Więc gdyby człowiek od razu był dorosły, pewnie miałby mniej problemów.
A poza tym ja naprawdę nie lubię wspominać. Podobnie jak wybiegać w przyszłość. Przychylam się do opinii, że są dwa dni, którymi nie należy się przejmować. To wczoraj i jutro.
Zmuś się trochę. Pamiętasz wojnę?
Urodziłam się niecałe trzy tygodnie przed wybuchem. Drugiej, a nie, jak może sądzisz, pierwszej. I pamiętam niewiele.
Pamiętam natomiast dzień rozpoczęcia Powstania Warszawskiego. Byłyśmy z babcią na spacerze, zaczęły wyć syreny. Wróciłyśmy szybko do domu i z rozmowy rodziców dowiedziałam się, że wybuchło powstanie. Nie bardzo wiedziałam, co to znaczy. Potem wiedziałam tylko, że kiedy zaczynają wyć syreny (tak zwane krowy), trzeba uciekać do piwnicy. Nie bałam się, ale nie lubiłam tego. Bo w piwnicy było mnóstwo ludzi, duszno i ciemno. A potem porobiło się jeszcze gorzej.