Każdy musi płacić - Robert Foryś

Reflow text when sidebars are open.
Ród Jareńskich i jego otoczenie
Henryk II Jareński - z łaski Trójcy cesarz meryjski, elekcyjny król Almerji i Leworcji, dziedziczny monarcha Nercji i Wyspy Książęcej, opiekun Świętych Baronii
Beatrycze Aragańska - pierwsza żona Henryka, matka arcyksięcia Jermira
Konstancja, królowa tysiąca dni - druga żona Henryka
Izabela z Leworcji - trzecia żona Henryka
Jolanta z Fegrji - czwarta żona Henryka
Arcyksiążę Jermir - pierworodny syn cesarza Henryka II, samozwańczy król Almerji - pokonany i uwięziony przez ojca, umarł w niewyjaśnionych okolicznościach
Konrad v Jareński - syn arcyksięcia Jermira, król Almerji i książę Starszej Merji
Alvert - książę krwi, syn Henryka II i Izabeli z Leworcji
Margot Jareńska - córka Henryka II i Jolanty z Fegrji
Heinz Jareński - naturalny syn cesarza, sanitariusz
Ricer Verhi - naturalny syn cesarza, kapitan generalny Troskanii
Wilhelm z Albii - naturalny syn cesarza, wikariusz Lazuru i Breneventu
Tadeusz z Allesy - kanclerz cesarstwa, wielki sędzia nadworny
Piotr Vilion - skarbnik i protonotariusz cesarstwa
Branard - arcytytulariusz Wyspy Książęcej
Ditrich z Bergen - wikariusz Trójrzecza
Wiprecht Stoder - książę Misen i Hrewna o przydomku Bogaty
Albericht Stoder - syn Wiprechta, zaręczony z Margot Jareńską
Zygfryd II Bitny - hrabia Winnicy
Bernard Asberg - wielki książę Zagórza
Tybaldo z Florenzy - podesta Pawioli
Hugon Ries - marszałek dworu
Jakub z Yory - wikariusz Zarzecza
Albirt - tytulariusz Vimercy
Uberto - sługa
Dedo - sierżant
Johan Moger - bankier
Gento ze Skorzenia - prefekt cesarskich szpiegów
Otoczenie wikariusza Trójrzecza
Ditrich z Bergen - wikariusz
Pelena - żona Ditricha, nieślubna córka cesarza Henryka
Tankrid z Krom - justycjariusz
Orlanda
Jarhen - sierżant
Fridger Zych - starszy brat
Licjan Zych, przydomek Żubr - młodszy brat
Adil - Argat
Cerdik
Przychodzący z Deszczem - Jurga
Mandolf - rycerz
Mostowo
Ekbert - arcytytulariusz Mostowa
Armina Value - czcigodna matka
Torito - człowiek Ekberta
Wyrburg
Adrim Srogosz - syn hrabiny Srogosz
Orus Gliński - starosta hołyński
Lowir z Vorn - kapitan straży domowej
Alois Kepler - komornik i człowiek interesu
Marcel - kurwimistrz
Mrugacz - nadzorca gołębnika
Johana - powierniczka
W Yeralu
Ingentius IV - Jego Świętobliwość episkop Trójcy
Gerard z Riestu - kapitulariusz
Hoger - arcytytulariusz Wyborga
Herman z Gepito - arcytytulariusz Cerny na wygnaniu
Crioster Swern - arcytytulariusz Dirgi
Ortrif - herszt
Ostafii Butt - posadnik Kompanii Wschodnioyeralskiej
Zawsze Czujny - Perm
Brunsberg
Mikołaj Grismeier
Mathew
Jean
Gunder
Amato Muller - zarządca kopalń
Cal - kupiec bławatny
Klasztor w Liedelsn
Maja - nowicjuszka
Leja - nowicjuszka
Vojlis - czcigodna matka
Talejs - czcigodna matka
Cerva - czcigodna matka
Lokis - czcigodna matka
Zoe - magistrantka
Olis - magistrantka
W drodze
Makward - inkwizytor
Dors - pomocnik Makwarda
Jan - pomocnik Makwarda
Belarda - czcigodna matka
Oskar z Berry - mnich
Elseja z Brenesto - powierniczka
Filip Ludowirg - namiestnik Almerji i wielki książę Teurygii
COPYRIGHT ? BY Robert Foryś COPYRIGHT ? BY Fabryka Słów sp. z o.o., LUBLIN 2013
WYDANIE I
ISBN 978-83-7574-913-7
Wszelkie prawa zastrzeżone All rights reserved
Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.
PROJEKT I ADIUSTACJA AUTORSKA WYDANIA Eryk Górski, Robert Łakuta
PROJEKT ORAZ GRAFIKA NA OKŁADCE Piotr Cieśliński
REDAKCJA Michał Cetnarowski
KOREKTA Agnieszka Pawlikowska
SKŁAD WERSJI ELEKTRONICZNEJ Dariusz Nowakowski
SPRZEDAŻ INTERNETOWA
ZAMÓWIENIA HURTOWEFirma Księgarska Olesiejuk sp. z o.o. s.k.a. 05-850 Ożarów Mazowiecki, ul. Poznańska 91 tel./faks: 22 721 30 00 www.olesiejuk.pl, e-mail: hurt@olesiejuk.pl
WYDAWNICTWO
Fabryka Słów sp. z o.o. 20-834 Lublin, ul. Irysowa 25a tel.: 81 524 08 88, faks: 81 524 08 91 www.fabrykaslow.com.pl e-mail: biuro@fabrykaslow.com.pl
Ciemność cuchnęła kwaśną wonią potu, ekskrementów i krwi.
Odorem wydzielanym przez pochowane za życia ludzkie ciało. Jej ciało. Marjta nie potrafiła określić, ile dni spędziła w zamknięciu, dość jednak, by smród przylgnął do niej na podobieństwo drugiej skóry. Skazana na niekończący się mrok, mierzyła upływ czasu porami, gdy upiory schodził do ciemnicy, by ją dręczyć.
Błądząc po omacku opuszkami palców, odnajdywała wyryte w glinie ostatnie wspomnienia ich poprzednich ofiar. Odgadywała zaklęte w liniach postacie ludzi i zwierząt, wizerunek słońca lub kwiatów, wszystkie stworzone dziecięcą dłonią.
Postanowiła je policzyć. Doszła do tuzina, na tym kończyła się jej znajomość liczb.
Marjta również postanowiła zostawić po sobie znak, kilkanaście koślawych liter, gdyż jako pańskie dziecko nauczono ją podpisu. Szukając po omacku rzeczy, która posłuży jej za rylec, odkryła dziurę. Niewielki zamaskowany otwór w kącie ciemnicy, zaraz przy miejscu, gdzie załatwiała naturalne potrzeby.
Nie wiedziała, któremu z małych więźniów udało się, pomimo braku narzędzi, przebić przez warstwę twardej gliny i dotrzeć do ziarnistej ziemi pod klepiskiem. Domyślała się jedynie, że bezimienne dziecko nie zdołało dokończyć rozpoczętej pracy. Musiała to zrobić sama.
Dlatego pracowała bez wytchnienia, skulona w kącie cuchnącej jamy, a grudki twardej, zmieszanej z drobnymi kamyczkami ziemi przesypywały się przez poranione do żywego mięsa palce, odmierzając bezlitosny czas. A jego, czuła to wyraźnie, miała coraz mniej. Upiory odwiedzały ją rzadziej niż na początku, zaraz po uwięzieniu, lecz gdy to czyniły, były niezwykle brutalne i okrutne. Marjta wiedziała, że musi się śpieszyć, nim przyprowadzą do ciemnicy nową ofiarę, a ona stanie się niepotrzebna.
Kopała niemal bez ustanku, nie zważając na omdlałe ramiona i rwący ból po głębokich ukąszeniach na piersiach, wnętrzach ud czy pośladkach. Jej dłonie stały się łopatami, a ona sama przemieniła się w wielkiego, białego kreta.
Czasem tylko, gdy zmęczenie i ból przedzierały się przez mentalny pancerz, pozwalała sobie na płacz. Świadectwo, że wciąż jest istotą ludzką.
Aż w końcu pozdzierane do żywego palce przebiły się na zewnątrz i poczuła chłód oblekający łagodnym balsamem krwawiące rany. Minęła chwila, nim pojęła, że znów oddycha świeżym powietrzem.
Teraz, gdy ocalenie było na wyciągnięcie ręki, wstąpiły w nią nowe siły. Rzuciła się do pracy z milczącą zaciekłością, nie zważając na potworny ból w dłoniach, w zgarbionych plecach i wyczerpanych mięśniach ramion.
Nie potrzebowała dużego otworu, była szczupła i drobnej budowy, nawet jak na swoje trzynaście wiosen. Pełzając na brzuchu, pomyślała, że wygląda niczym jedna z glist, które ojciec pokazał jej we wnętrznościach padłej krowy. Wpierw przeszła jej głowa, potem ramiona i biodra; rodziła się po raz drugi, wychodząc z wilgotnego, czarnego łona na świat.
Marjta otworzyła oczy. Na zewnątrz panowała noc. Spojrzała w niebo. Ogromny srebrzysty dysk sięgał zenitu, oświetlając stożkowate korony drzew. Wydała z siebie cichutki jęk rozpaczy. Była pełnia. Pora, podczas której upiory wychodziły na żer. Tak opowiadała jej stara Gerta, która opiekowała się nią po śmierci matki.
Przez chwilę wpatrywała się zahipnotyzowana w księżyc, sparaliżowana i niezdolna do podjęcia decyzji, jakby mdła poświata opadła na nią niewidzialną siecią. Z otępienia wyrwało ją ostrzegawcze nawoływanie puchacza. Opuściła głowę i powiodła wzrokiem po gęstej jak smoła ciemności zalegającej między pniami drzew.
Jeszcze niedawno las nocą wydawał jej się czymś niewyobrażalnie przerażającym, a żyjące tu wilki i dziki budziły przesadne dziewczęce lęki. Obecnie tamte strachy wydawały jej się nieistotne, wręcz żałośnie śmieszne.
Upiory pokazały jej, czym jest prawdziwe przerażenie, i żadne dzikie zwierzę nie mogło wzbudzić w niej większego. Pchana przez tę samą wolę życia, która pozwoliła jej wydostać się na zewnątrz, poderwała się z ziemi i pobiegła przed siebie w paszczę mroku.
Poruszała się na oślep, gnana czystym instynktem, byle tylko oddalić się od jamy. Kluczyła między drzewami, których nisko zwisające gałęzie chłostały jej nagie ciało, a bose stopy niemal nie odczuwały ran zadawanych przez leśne poszycie. Biegnąc, zachłystywała się świeżym, pachnącym żywicą powietrzem i chłodem nocy, w którym rozwiewał się odór jej skóry.
Nie potrafiła określić, ile czasu zajęło jej dotarcie do pagórka, za którym kończył się las. Przywarła do szorstkiego pnia wysokiej sosny, patrząc z napięciem na rozpościerające się przed nią nadrzeczne łąki.
Po chwili dostrzegła coś jeszcze, ciemniejszą linię biegnącą wzdłuż rzeki. Zdecydowała, że to musi być trakt. Jej serce zabiło żywiej. Była ocalona, na końcu każdej drogi zawsze znajduje się siedziba ludzka.
Przez kilka chwil zbierała w sobie odwagę i siły, po czym opuściła względnie bezpieczną otulinę lasu. Biegła zgarbiona, przemykając się chyłkiem między oddalonymi od siebie kępami krzewów. Gdy dotarła do drogi, zdecydowała, że pójdzie na północ.
Wyprostowała się... i ujrzała upiora. Widziała go wyraźnie w mdłej, srebrzystej poświacie. Stał na skraju lasu, niemal w tym samym miejscu, co ona parę chwil wcześniej. Nie patrzył w jej stronę, lecz Marjta przysięgłaby, że słyszy jego węszenie. Przywarła do ziemi niczym zlęknione cielę sarny, kryjące się przed drapieżnikiem. Wiedziała, że nie powinna się poruszać, nawet drgnąć, jednak świadomość, że być może to stworzenie właśnie na nią patrzy, stała się nie do zniesienia.
Groza okazała się silniejsza niż rozum.
Rzuciła się biegiem w stronę rzeki, nie oglądając się za siebie. Nawet gdy noc przeszyło skrzeczenie upiora.
Popędziła, ile tylko pozostało jej sił w nogach, gnana przerażeniem i wolą życia. Musiała dotrzeć do rzeki, jej ciemnych wód i gęstwiny trzcin porastających brzeg. Jednak zmaltretowane ciało nie mogło więcej znieść.
Stawiane przez Marjtę kroki stawały się coraz krótsze i mniej pewne, stopy zapadały się w podmokłym gruncie. Wiedziała, że jeśli upadnie, nie zdoła się podnieść. Ból palił ją ogniem, odcinał dech w piersiach, mącił wzrok.
Potknęła się raz i drugi na jakiejś dziurze, lecz utrzymała równowagę. Zrobiła kolejny chwiejny krok. Nagle zaczepiła o coś stopą, skręciła kostkę i krzyknęła z bólu. Prawa noga ugięła się pod ciężarem wychudzonego ciała. Odruchowo wyciągnęła przed siebie ręce, chroniąc twarz. Wbiła poranione palce w ziemię pachnącą wiosenną łąką.
Z wysuszonego gardła wydobył się bulgot, coś, co miało być wezwaniem o pomoc. Obróciła głowę i ujrzała postać upiora wyłaniającą się z mroku. Nie spieszył się, wiedział, że nie może mu umknąć.
Podpierając się na łokciach, zaczęła pełznąć w kierunku rzeki, tak bliskiej i jednocześnie tak odległej. Marjta słyszała, jak upiór podchodzi i zatrzymuje się nad nią. Jęknęła przeciągle i szlochając, wtuliła twarz w wilgotną od rosy trawę, niezdolna do dalszego oporu.
Gdy pochylił się, poczuła woń pachnideł: jaśmin i piżmo.
Bezlitosne dłonie zacisnęły się na jej ramionach, obróciły na plecy.
Z jej oczu spłynęły łzy.
przysłowie z Caldory
Cień rzucany przez deszczowe chmury pochłonął ostatni skrawek miasta rozłożonego w dolinie u podnóża twierdzy.
Tankrid z Krom przez krótką chwilę obserwował, jak gaśnie słoneczny blask na miedzianej kopule chramu, po czym rzucił zniecierpliwione spojrzenie na zamknięte podwoje prowadzące do sali audiencyjnej.
Wejścia strzegło dwóch barczystych jasnowłosych wojów, odzianych w kolczugi i błękitne płaszcze z wizerunkiem białego łabędzia. Strażnicy ściskali w dłoniach drzewca halabard, krzyżując broń ze sobą w wymownym geście ostrzeżenia, jakby same drzwi, grube na dwa kciuki i okute miedzią, nie stanowiły wystarczającej przeszkody w dostaniu się przed oblicze pani Wyrburga.
Hrabina kazała mu czekać dłużej, niż wypadało. Tankrid spodziewał się, że nim wypełni postawione przed nim zadanie, będzie musiał ścierpieć sporo mniej lub bardziej dotkliwych obelg. W wielu ziemiach cesarstwa szlachetnie urodzonym wydawało się, że nie podlegają żadnym prawom prócz tych, które sami sobie wyznaczali.
Z tą myślą ponownie obrócił wzrok na pogrążający się w ulewie Wyrburg. Z zadumy wyrwał go odgłos otwieranych drzwi. Strażnicy rozstąpili się na boki, zabierając do siebie halabardy, i z sali audiencyjnej wyszedł rycerz o pociągłej twarzy, z zapadniętymi policzkami i siwymi wąsami opadającymi ku brodzie. Jeszcze na dziedzińcu przedstawił się Tankridowi jako Lowir z Vorn, kapitan straży domowej Srogoszów.
- Hrabina Irsana wraz z radą oczekuje cię, panie - głos mężczyzny brzmiał szorstko, wręcz nieprzyjaźnie.
Tankrid skinął głową. Bez słowa pozostawił kapitana wraz z wartownikami w holu i wkroczył do komnaty. Ta okazała się obszerną salą oświetloną przez dziewięć wysokich, pięcioramiennych świeczników, rozstawionych w równych odstępach. Ich blask odbijał się w dużych, wysoko rozmieszczonych oknach.
Na krześle tronowym zasiadała pani Wyrburga. Dojrzała i piękna, odziana była w szmaragdową suknię, której rękawy, kołnierz i głęboki dekolt zdobiła przetykana złotą i srebrną nicią koronka z Avers.
Tankrid szybko uniósł wzrok i napotkał czujne, ciemnozielone, oceniające go z rezerwą oczy. Jeśli cokolwiek mógł powiedzieć o hrabinie, to tyle, że twarz Irsany Srogosz - okolona falującymi kasztanowymi włosami, szczupła, o wysokich kościach policzkowych i doskonale ukształtowanych ustach - w najmniejszy sposób nie zdradzała trzydziestu sześciu przeżytych przez hrabinę wiosen.
By uświadomić sobie prawdziwy wiek kobiety, Tankrid musiał przenieść wzrok na dwudziestoletniego młodzieńca, stojącego tuż za oparciem tronu. Jego włosy i rysy twarzy nie pozostawiały wątpliwości, czyim jest synem, choć po ojcu - zmarłym przedwcześnie wojewodzie Srogoszu - odziedziczył wąskie usta i cofniętą brodę, której kształt starał się maskować szpiczastą bródką.
Tankrid przyjrzał się błękitnemu wamsowi z wyhaftowanym łabędziem na piersi, liliowym spodniom, skórzanym trzewikom ze srebrnymi klamrami i mieczowi przypasanemu do boku. Młody Srogosz stale trzymał dłoń na rękojeści oręża.
Po lewej stronie hrabiny stał kolejny mężczyzna. Posiadał ogorzałą, poprzecinaną zmarszczkami twarzy. Orus Gliński, chorąży wojewody Srogosza i starosta ziemi hołyńskiej.
"Jak widać, wciąż stoi u boku swych dobroczyńców" - pomyślał Tankrid. Co go zresztą nie zdziwiło. Wszyscy możni wykorzystywali każdą sposobność, by wyszarpać dla siebie kawałek sukna z postrzępionego i dziurawego płaszcza, jakim stało się cesarstwo.
"Ja zaś jestem tu po to, aby płótno to zszywać, w miejscach gdzie pruje się najbardziej" - z tą myślą popatrzył na drugą z kobiet obecnych na sali. Spodziewał się obecności czcigodnej matki, lecz widok akurat jej był dla niego mocnym zaskoczeniem.
Stała po prawej ręce hrabiny. Wysoka, szczupła, odziana w prostą, pozbawioną zdobień suknię wstawienniczki, komponującą się z czernią jej włosów. Pochwycił jej spojrzenie. W głębi ciemnych oczu dojrzał... sam nie był pewien, co to było. Być może tylko cień własnych wspomnień, nadziei i pragnień.
Wykonał płytki ukłon.
- Tankrid z Krom - przedstawił się oficjalnie, nim przekazał Oficjum staroście Glińskiemu. Ten wręczył nakaz pani na Wyrburgu.
Irsana obejrzała z uwagą odcisk pieczęci umieszczony u spodu nakazu: pętle i miecz, symbole cesarskiej sprawiedliwości. A potem, mrużąc lekko powieki, zaczęła czytać treść. Jej oblicze pozostało spokojne, emanowało pewnością siebie.
Irsana Srogosz skończyła czytać, zwinęła pismo w rulon i oddała staroście, a ten przekazał je justycjariuszowi.
- Ufam, że śledztwo oczyści me dobre imię - odezwała się. - Oddaję się, panie, do twej całkowitej dyspozycji.
Tankrid zastanowił się przelotnie, czy celowo użyła tak dwuznacznego zwrotu.
Uczono go odczytywać prawdę i kłamstwo z ludzkiej twarzy, postaci oraz gestów. Tymczasem oblicze Irsany Srogosz, z wieloznacznym uśmieszkiem błąkającym się po zmysłowych wargach, jej drobne dłonie spoczywające swobodnie na poręczach tronu, rozluźniona sylwetka, nie powiedziały justycjariuszowi nic w żadnej z nurtujących go kwestii.
W Garonie przestrzegali go, że hrabina w młodości, nim wyszła za wojewodę Srogosza, przez lata była nowicjuszką w Morgling.
"Bądź przygotowany na wszystko" - oznajmił mu Ditrich z Bergen na dzień przed wyjazdem z Garony, gdy spotkali się w prywatnych komnatach wikariusza. "Wiedźmy z pewnością nauczyły ją swoich sztuczek".
- Potrzebuję odizolowanych pomieszczeń na kwaterę dla mej Pięści - Tankrid zwrócił się bezpośrednio do hrabiny.
- Wieża Kruków z pewnością zadowoli cię, panie - wyręczył matkę Adrim Srogosz.
- Poleciłam przygotować na piętrze wygodną komnatę - dodała Irsana. - Ufam, panie, że zalety, które oferuje, sprostają twym oczekiwaniom.
"Małe pokusy, od nich wszystko się zaczyna".
- Z pewnością tak właśnie będzie, pani - odparł uprzejmie. - Niemniej nad wygodę muszę przedkładać obowiązki.
Tankrid zerknął na wstawienniczkę i złożył hrabinie płytki ukłon. Zmierzając do drzwi, czuł skupione na sobie spojrzenia. Był więcej niż pewien, że jeszcze tego dnia z zamku do Garony wylecą gołębie z pytaniami o jego osobę i słabości.
"Choć o jednej mogli już wiedzieć. O ile zdradziła im swój sekret".
Zamykając za sobą drzwi, z trudem powstrzymał się przed spojrzeniem na kobietę w czerni. Czcigodna matka Armina Value, jego pierwsza prawdziwa miłość.
Armina wróciła do swej komnaty zaraz po spotkaniu z justycjariuszem. Rozpięła podtrzymującą płaszcz klamrę na piersi i pozwoliła okryciu opaść miękko na kamienną, wyłożoną słomą posadzkę.
Musiała oczyścić umysł, odegnać cienie z przeszłości. Uznała, że pomoże jej modlitwa i medytacja. Przeniosła się do alkowy, w której na podłodze zamiast słomy leżał dywan. Większa część pomieszczenia ginęła w cieniach. Stanęła przy łożu i zaczęła rozplątywać sznurki w zakonnej szacie. Doszła do ostatniej zapinki, gdy dostrzegła zwitek papieru leżący pod narzutą.
Armina podniosła go i rozwinęła. Niezaszyfrowana wiadomość brzmiała:
"Przyjdź przed zachodem słońca na Bocianią Wieżę". Nie było podpisu, ale i bez niego wiedziała, kto nakreślił słowa. Zesztywniała.
Jak się tu dostał?
Ubrała się i zawołała swych gwardiałów, Orsona i Igora. Obaj wysocy i barczyści, nim wstąpili na jej służbę, byli galernikami skazanymi na powolne umieranie przy wiosłach. Armina znała ich przeszłość i straszliwe czyny, jakie popełnili w poprzednim życiu, jeszcze nim wykupiła ich z łańcuchów i dała rozgrzeszenie. "Ufaj tylko ludziom, których możesz zniszczyć. Strach jest zwykle trwalszym uczuciem niż miłość". Kolejna przydatna prawda wpojona jej w Morgling.
Obaj mężczyźni stanęli przed nią w postawie wyrażającej szacunek.
- Ktoś zostawił dla mnie wiadomość w alkowie - oznajmiła im Armina. - Ktoś, kto nie powinien móc tam wejść.
- Ja stałem u drzwi - przyznał Orson zakłopotany. - Ale wpuściłem wyłącznie pokojowe - zaręczył szybko. - Oraz kobietę, która przyszła opróżnić kubeł na nieczystości.
- Widziałeś ją już wcześniej?
Orson potarł bliznę na prawej stronie kanciastej szczęki.
- Nie, chyba nie.
- Jak wyglądała?
- Czarnowłosa, wysoka, ale nie bardzo, twarz... - Ramiona Orsona drgnęły w bezradnym geście. - Zwykła, ani ładna, ani brzydka. Kobieta jak inne.
Armina westchnęła w duchu.
Orson nigdy nie był najbystrzejszy, zresztą nie tego po nim oczekiwała. Z pewnością mówił prawdę, był dla niej jak otwarta księga.
Odprawiła gwardiałów, rezygnując z dalszych dociekań. Zwróciłyby tylko uwagę donosicieli i przypominały szukanie igły w stogu siana. Hrabina wezwała na czas procesu kilkunastu najznaczniejszych wasali Srogoszów. Każdy z rycerzy przybył z giermkami, knechtami i uzbrojoną czeladzią, niektórzy przywiedli ze sobą najemników. W zamku roiło się więc od obcej służby: praczek, szwaczek, kucharek i pospolitych dziwek.
Stanęła przy kominku, zamyślona, z wzrokiem wbitym w dopalające się polana. Przed oczyma stanął jej inny kominek, w innej komnacie, znajdującej się w południowym skrzydle rezydencji arcytytulariusza Mostowa.
- Cieszę się, widząc cię w zdrowiu i urodzie, Armino - słowa te padły dziewięć dni temu z ust samego arcytytulariusza Ekberta. Jego eminencja wpatrywał się we wstawienniczkę z ruchomego fotela ustawionego blisko ognia. Wątłe, zniszczone przez chorobę ciało dostojnika okrywał koc z gęstej białej wełny.
Jedno spojrzenie w blade, zimne oczy tytulariusza ostrzegło Arminę, że starzec wcale nie jest tak cierpiący, za jakiego chciałby uchodzić.
Zgodnie z etykietą zgięła kolana i złożyła pocałunek na masywnym pierścieniu z oprawionym weń okiem Stwórcy. Dopełniwszy formalności, cofnęła się i popatrzyła na stojącego za oparciem fotela mężczyznę ubranego w szatę mnicha. W człowieku tym wszystko było przeciętne, wzrost, szczupła postura, oblicze mogące należeć do każdego. Twarz, której zwykle nie zapamiętuje się na dłużej.
Nazywał się Borso Torito i było w nim coś nienaturalnego. Mówiono, a raczej szeptano z najwyższą ostrożnością, że jest osobistym i niezawodnym sługą Ekberta, dzięki któremu jego eminencja pozbywał się niepotrzebnych kłopotów. Obecność tego człowieka podczas audiencji nie wróżyła nic dobrego.
Armina wytrzymała spojrzenie ciemnych, beznamiętnych oczu Borso. "Nic na świecie nie może przerazić kogoś, kto przeszedł próbę Ciemnej Komnaty. Niech obaj to wiedzą".
Pomarszczona, plamista dłoń arcytytulariusza uniosła się z nałokietników, wskazując stojący za kominkiem zydel.
- Proszę, spocznij, czcigodna matko, podróże o tej porze roku są wyczerpujące nawet dla młodych - głos Ekberta brzmiał o wiele mocniej i twardziej, niż sugerowała to jego cherlawa, zniszczona przez gościec sylwetka.
Armina machinalnie zerknęła w okno, za którym mżył nieprzerwanie zimny deszcz. Skinęła głową, przesunęła zydel bliżej fotela dostojnika i usiadła, podciągając wilgotny płaszcz.
- Czcigodna matka wygląda na przemarzniętą, podaj jej kubek wina - polecił Ekbert. Borso natychmiast wykonał polecenie.
Armina przyjęła z wdzięcznością srebrny kielich i upiła łyk. Wino było mocne, o lekkiej miodowej nucie. Już po chwili poczuła przyjemne ciepło rozchodzące się po ciele. "Nie pozwól, by uśpił twą czujność" - napomniała się, zerkając znad srebrnej krawędzi w stronę wpatrzonych w nią mężczyzn. Przypominali skalne sępy wypatrujące przekąski... Czego od niej chcieli?
- Otrzymałem wiadomość z Garony - odparł Ekbert półgłosem, jakby odgadując jej myśli. - Mój człowiek służący w kancelarii wikariusza twierdzi, że Ditrich z Bergen podpisał Oficjum dotyczące hrabiny Wyrburga. To bardzo niefortunna decyzja. Nie można dopuścić, aby proces przybrał dla hrabiny niekorzystny obrót.
Armina zmarszczyła czoło. Sprawa, o której wspomniał jego eminencja, wydawała się zamknięta na zawsze, wraz z kamienną płytą, która spoczęła na grobie tamtego biednego dziecka.
- Śmierć dziewczyny nastąpiła zeszłej jesieni - powiedziała, badając teren. - Czemu akurat teraz wikariusz postanowił wysłać oprawcę?
- Polityka. Ditrich węszy zagrożenie, zawsze był sprytny - w głosie Ekberta zabrzmiało niechętne uznanie. - Nie jest pewien, kogo może jeszcze nazywać swym stronnikiem. Postanowił więc pokazać rodom Trójrzecza, że wciąż muszą się z nim liczyć. - Oblicze starca wykrzywił bezzębny uśmiech. - Nic tak nie podnosi autorytetu władzy, jak mała demonstracja siły.
- Kto otrzymał Oficjum? - zapytała.
- Tankrid z Krom. Wiem, że byliście ze sobą blisko - stwierdził Ekbert, nie spuszczając z niej wzroku.
Poczuła, że napina mięśnie. Użyła całej wpojonej przez lata szkolenia dyscypliny do zachowania obojętnego wyrazu twarzy.
- Kiedyś, dawno temu - potwierdziła, cedząc słowa przez ściśnięte, suche gardło. - Nim złożyłam śluby.
- To on był ojcem dziecka?
Armina nie spuściła wzroku.
- Tak, eminencjo.
Arcytytulariusz wydawał się lekko zakłopotany, jednak wrażeniu temu przeczyły jego oczy, zimne i wyrachowane.
- Wierzę, że sprostasz tej misji, czcigodna matko.
Zgasiła w sobie uczucia, wyobrażając sobie, że zdmuchuje płomień świecy, tak jak wpojono jej w Morgling. Uniosła brodę, ściągnęła usta.
- Uczynię, co w mej mocy - odrzekła.
Jego eminencja skinął wyrozumiale głową.
- Borso będzie ci towarzyszył - oznajmił od niechcenia. - Oczywiście incognito.
"Oczy, uszy i ukryty nóż".
Armina uniosła wzrok. Oblicze mnicha pozostało nieprzeniknione. Starcza, poplamiona dłoń uniosła się nieco z nałokietnika. Gest ten oznaczał koniec audiencji.
Do rzeczywistości przywróciło ją poruszenie klamki. Zamrugała i odwróciła wzrok od ognia.
Przez drzwi weszła wysoka kobieta o kasztanowych, krótko przyciętych włosach. Rjana Orsey.
Armina obserwowała złożoną z ostrych płaszczyzn twarz przybocznej, gdy ta zbliżyła się do niej z gracją dzikiego kota. Orsey nie rozstawała się z mieczem przypasanym do boku, i to mimo faktu, że w zamku znajdowała się blisko setka zbrojnych, zaprzysiężonych pani na Wyrburgu. A jednak Armina przekonała się już dawno temu, że pod tą szorstką powierzchownością kryje się ciepło i lojalność. Obrzuciła towarzyszkę pytającym spojrzeniem.
- Stało się coś?
- Przyleciał gołąb z Morgling. - Rjana wyciągnęła dłoń z miniaturową karteczką.
Nareszcie! Armina ledwie pohamowała ekscytację. Wzięła kartkę, muskając chłodne, nawykłe do ściskania broni palce.
- Przynieś lupę - poprosiła i wyjęła ze świecznika grubą, nieco stopioną świecę. Wróciła do kominka i zapaliła knot. Spotkały się przy stole. Rjana wręczyła lupę czcigodnej matce.
Armina podciągnęła suknię i spoczęła na krześle. Rozwinęła skrawek papieru i nachyliła się nad miniaturowymi, pełnym zawijasów znakami. Pismo Ajrów, pierwsze, które Oczekiwana Matka podarowała ludziom. Niemal zapomniane przez wieki ciemności i znane tylko nielicznym.
Odczytanie zaszyfrowanej wiadomości zajęło jej kilka oddechów. Zgniotła papier w dłoni. Herjera Eberh, przełożona klasztorów w Morgling, przedstawiła swe oczekiwania bez niedopowiedzeń.
Armina cisnęła karteczkę w ogień. Rjana przypatrywała się jej w milczeniu.
- Złe wieści? - zapytała Orsey.
- Mam wypełniać polecenia Ekberta aż do odwołania.
- Nawet jeśli hrabina jest winna? - Orsey nie skrywała odczuwanej odrazy. - To były małe dziewczynki!
- Przysięgłam posłuszeństwo, ty również - przypomniała Armina chłodnym głosem. - Wybacz, chcę zostać sama.
Gdy Orsey opuściła jej pokoje, Armina podeszła do okna i odciągnęła kotarę.
Blade słońce spoglądało na zamek zza strzępów chmur gnanych przez wiatr. Spojrzała na najwyższą z baszt niskiego zamku. Nazywano ją Bocianią. Jak wyjaśnił jej kapitan Lowir, jeszcze za czasów jego młodości ptaki te zakładały gniazda na jej szczycie, zwabione obfitością pożywienia, jaką zapewniały ich młodym podmokłe ugory w dolinie. Potem jednak Wyrburg rozrósł się, łąki osuszono pod domy na przedmieściach. Jedynym śladem po dawnym krajobrazie pozostały stawy rybne, lecz tam bociany nie były już mile widziane.
"Chcąc stworzyć coś trwałego i pożytecznego, często trzeba dokonywać trudnych i nieuniknionych wyborów" - pomyślała, szukając usprawiedliwienia dla samej siebie.
Tylko gdzieś w głębi serca rozległo się słabe pytanie, czy podobne wytłumaczenia nie przychodzą jej coraz łatwiej.
Hedrotus z Likarji, "Ludy barbarzyńskie w granicach imperium"
Trzy osoby mogą dochować tajemnicy pod warunkiem, że dwie z nich nie żyją.przysłowie z Mory
Wieża Kruków była chyba najstarszą budowlą w zamku, a przynajmniej takie sprawiała wrażenie. Toporna, lekko pochylona, obrośnięta mchem budowla musiała służyć za siedzibę tutejszego pana w czasach, gdy istniał wyłącznie górny zamek. Tankrid domyślał się, że w tamtych odległych latach Srogosze nie osiedlili się jeszcze w Trójrzeczu.
Omiótł spojrzeniem wnętrze wartowni mieszczącej się na parterze. O tym, że niegdyś w tym miejscu znajdował się spichlerz, świadczyły zamurowany właz w suficie i belka, z pomocą której wciągano zboże na wyższą kondygnację. Pomieszczenie było wilgotne i ponure, a jedyne źródło dziennego światła stanowił lufcik wybity w ścianie jakiś łokieć nad jego głową.
Baszta od razu przypadła mu do gustu. Gdyby przyszło im się bronić, wąskie drzwi i brak okien stawały się istotnym atutem. Pomimo to postanowił poczekać z decyzją, aż obejrzy wszystkie cztery kondygnacje. Ostatecznie zawsze mógł zażądać, na mocy Oficjum, każdego innego pomieszczenia w zamku, wyjąwszy pomieszczenia kaplicy i samotni hrabiny.
Dotknął dokumentu pod płaszczem w okolicy serca. Dzięki Oficjum przemawiał głosem samego cesarza, co czyniło go na czas procesu najpotężniejszą osobą w Wyrburgu. Każdy człowiek, bez względu na urodzenie, sprawowany urząd czy więzy pokrewieństwa, zobowiązany był do udzielenia justycjariuszowi wszelkiej żądanej przez niego pomocy. Przynajmniej w teorii.
Tankrid pomyślał o tych wszystkich justycjariuszach, którzy popełnili błąd, myśląc, że Oficjum jest dla nich wystarczającą tarczą. Iluż z nich zmarło tragicznie podczas wypełniania ciążących na nich obowiązków? Upadek z wieży, trucizna czy jadowity pająk - sposobów, aby odroczyć proces, gdy nad oskarżonym wisiała groźba niekorzystnego wyroku było wiele.
Najpierw jednak podsuwa się sędziemu ładną dziewkę lub chłopca, no i rzecz jasna złoto.
Tankrida ciekawiło, na ile wyceni go Irsana Srogosz.
Nagle w pomieszczeniu zrobiło się jeszcze ciemniej. Tankrid spojrzał w stronę furty. Przez wąskie przejście przeciskali się Fridger i Licjan, trzymając pod ramiona skutego łańcuchami więźnia. Oblicze mężczyzny skrywał płócienny worek.
- Zaprowadźcie go na górę - polecił braciom i ruszył za nimi po schodach.
- Tu można by go przykuć. - Fridger wskazał na niewielką niszę, gdy już znaleźli się w ciasnym pomieszczeniu. Był starszym z braci. Miał rude włosy, zawsze krótko przystrzyżone, i zadbaną bródkę, nad którą często się uśmiechał. Barczysty i niemal tak wysoki jak Tankrid, nie dorównywał młodszemu bratu ani posturą, ani też wzrostem.
Nie była to żadna ujma. Niewielu mężczyzn mogło równać się w tym względzie z Licjanem Zychem. Odkąd Tankrid pamiętał, młodszy z braci zawsze był większy i silniejszy nie tylko od rówieśników. Często sprawiał też lanie starszym od siebie chłopcom. Z powodu jego siły nazywano go wtedy Żubrem i tak już zostało.
Skinął głową i obrzucił więźnia przelotnym spojrzeniem. Mężczyzna drżał z chłodu. Niski i chudy, odziany tylko w długą koszulę pełną plam, wydawał się zupełnie niegroźny. Wrażenie absurdalności sytuacji pogłębiały worek na głowie i krępujące go obręcze na nadgarstkach i kostkach nóg, połączone luźno zwisającym łańcuchem.
"Wszyscy czynimy to, co konieczne".
- Dajcie mu koc i ciepłe jedzenie - polecił Tankrid braciom, nim ruszył po wytartych schodach ku solidnym drzwiom na trzecim piętrze. Były uchylone. Pchnął je i znalazł się w jasnym pomieszczeniu o wysokim, podtrzymywanym przez ciemne belki suficie.
Pośrodku komnaty czekało łoże z baldachimem, przykryte kapą ze złotogłowiu. Był też stół i dwa krzesła o wysokich oparciach i miękkich siedziskach, ustawione przy jednym z trzech obszernych okien. W głębi stał masywny kredens.
Za nim odkrył kolejną niszę. Znajdowały się w niej niskie drzwiczki zaopatrzone w skrzyniowy zamek. Nacisnął klamkę i znalazł się w wąskim, mrocznym korytarzyku. "Przejście do kasztelu" - odgadł z niezadowoleniem.
Cofnął się do komnaty, zaryglował za sobą drzwi i zatrzymał spojrzenie na schodach pnących się pośrodku pomieszczenia do zamkniętego włazu nad jego głową. Ruszył na górę, pchnął właz i znalazł się na szczycie Kruczej. Powitały go blade słońce i zimny wiatr.
Ze szczytu baszty rozciągał się wspaniały widok na miasto i opływającą je rzekę Hołynię. Justycjariusz jednak nie dla nich wspinał się na samą górę.
Zbliżył się do krawędzi muru i wyjrzał za blanki od strony dziedzińca. Dostrzegł Adila, stojącego przy należących do Pięści wierzchowcach. Argat trzymał w dłoni zwinięty bicz, używany przez jego pobratymców przy przepędzaniu stad bydła. Wymachiwał nim groźnie przed twarzami dwójki chłopców stajennych, tłumacząc coś i wskazując ostrzegawczym gestem siwego, nakrapianego ogiera.
Chłopcy wyglądali na wystraszonych. Tankrid uznał, że lepsze to, niż gdyby przez nieostrożność mieli stracić palce czy pół odgryzionej twarzy, co zdarzało się już w przeszłości ciurom, którzy nie zachowali odpowiedniego respektu dla ich koni. W przypadku służącej mu Pięści wierzchowce były równie groźne jak ich jeźdźcy.
Poszukał wzrokiem Orlandy. Odnalazł ją w pobliżu pomieszczeń straży domowej Srogoszów.
Wysoka, ciemnowłosa kobieta rozmawiała z jednym z sierżantów. Mężczyzna był wyraźnie podenerwowany, co chwila poprawiał płaszcz z wyszytym na nim łabędziem, zerkał na boki, przestępował z nogi na nogę i dukał coś półgębkiem.
"Prawdy szukaj u prostaczków" - tego nauczył go mistrz Bertold. "Służba zawsze wie najwięcej. Odsiej plotki, kłamstwa i pomówienia, a ujrzysz prawdę".
Ktoś wchodził po schodach na górę. Tankrid domyślił się, że to Jarhen, tylko on poruszał się tak cicho. Sierżant odznaczał się przeciętnym wzrostem i szczupłą budową ciała. Dolną część twarzy osłaniał gęstym, srebrzącym się zarostem, aby zakryć paskudną bliznę na krtani, pamiątkę po grocie włóczni. Włosy zaplatał w długie siwiejące warkoczyki, jak zwykli czynić mieszkańcy wschodniego pogranicza.
Jarhen zbliżył się do krawędzi muru i przez chwilę patrzył w dal, podziwiając widok. Potem skupił wzrok na dowódcy.
- Nie ma żadnych ukrytych przejść - powiedział chropowatym głosem. - W piwnicy znalazłem stary właz, ale zamurowano go dawno temu.
Tankrid zastanowił się chwilę.
- Rozwal mur i zobacz, co jest za ścianą - zadecydował.
Jarhen skinął głową, grymas w kąciku ust wskazywał, że sierżanta martwi co innego.
- Nie podoba mi się ten łącznik z kasztelem - wskazał zagrożenie. - Jeśli przyjdzie co do czego, będziemy musieli przenieść się wyżej.
- Hrabina nie zaryzykuje otwartej napaści - stwierdził Tankrid. - Wiesz, jaka jest za to kara.
- Słaba to pociecha, że rozwloką jej flaki, jeśli wcześniej trafimy do ziemi. - Jarhen jak zwykle zamartwiał się na wyrost.
- Jeśli udowodnimy jej winę, prędzej ucieknie.
Sierżant nie wyglądał na przekonanego. Tankrid nie dziwił się jego sceptycyzmowi, wiedział, że jest trzecim justycjariuszem, pod którym służy Jarhen. Wszyscy poprzedni odeszli przedwcześnie, zawsze w gwałtowny sposób.
- Zapasy żywności, wodę i wino będziemy trzymali na trzeciej kondygnacji - oznajmił starszemu mężczyźnie. - Tak samo broń, bełty do kusz i strzały.
- Polecę służbie, aby przyniosła dodatkowe sienniki i kubły na nieczystości - dodał sierżant, drapiąc się po bliźnie na szyi. - W razie kłopotów wolałbym nie walczyć, stojąc po kostki w gównie.
- A tak będziemy wylewać je na sukinsynów w dole.
- Właśnie dla takich chwil wciąż trzymam się tej roboty. - Jarhen uśmiechnął się krzywo i odszedł wykonać polecenia.
Tankrid ponownie popatrzył na podwórze. Przypomniał sobie szczupłą, okoloną siwizną twarz mistrza Bertolda: błękitne, gasnące oczy i strugę jasnej krwi, spływającą z ust na srebrzystą brodę. Jego mistrz był najlepszym justycjariuszem w Koronie, lecz i on nie uniknął sztyletu, który zakończył wypełnione służbą życie. Wspomnienie nauczyciela konającego na jego rękach prześladowało Tankrida niczym wyrzut sumienia.
Mara zniknęła, pozostawiając po sobie smutek. Odegnał to niepotrzebne, ciążące mu uczucie.
On i jego Pięść nie dadzą się tak zaskoczyć - poprzysiągł sobie. Spojrzał ostatni raz na miasto pod zamkiem, po czym opuścił smagany wiatrem szczyt wieży. W przeciągu dwóch, trzech dni zamierzał wezwać przed sąd pierwszych świadków.
Ludzka pamięć to dziwna rzecz. Pamiętamy wyraźnie jedne wydarzenia, a inne zapominamy. Przeważnie na odwrót, niż tego pragniemy. Ostatni raz Armina widziała Tankrida w dzień, gdy jej ojciec odesłał go do Krom. Obserwowała ukradkiem z okna domowego aresztu, jak odjeżdża w towarzystwie trzech zbrojnych, otulony w szary płaszcz, na gniadej klaczy. Patrzyła na dziedziniec, próbując rozpaczliwie jeszcze raz spojrzeć w twarz ukochanego. Niestety, powiedziano mu, że wyjechała z majątku. Nigdy się nie pożegnali.
Wspomnienie to wywołało w Arminie nadspodziewanie silny ból.
Trzy tygodnie później nie dostała comiesięcznego krwawienia, a potem pojawiły się mdłości.
Medyk sprowadzony przez ojca stwierdził ciążę. "Zhańbiłaś mnie i całą rodzinę" - oznajmił jej rodzic, nim odesłał ją do klasztoru, gdzie urodziła martwe dziecko. To była jej kara i pokuta.
Podwójne drzwi przed nią rozwarły się i między strażnikami Armina wkroczyła do sali obrad.
Komnata była przestronna i jasna dzięki wysokim oknom. Na zewnątrz znajdował się obszerny taras, zamknięty w chłodne dni. Stojąc przy marmurowych parapetach, można było obserwować dolinę i leżące w dole miasto.
Hrabina i trzech mężczyzn zasiadających z nią przy stole nie sprawiali wrażenia chętnych do podziwiania widoków. Armina widziała ponure miny, zlęknione spojrzenia i wypisaną na twarzach kalkulację.
Irsana Srogosz siedziała u szczytu stołu. Przywitała czcigodną matkę bezbarwnym uśmiechem. Armina odpowiedziała płytkim ukłonem. Orus Gliński i kapitan Lowir powstali z krzeseł i ukłonili się czcigodnej matce. Adrim Srogosz nie podniósł się z miejsca, obserwował ją spod przymrużonych powiek, uśmiechając się cynicznie pod wypielęgnowanym wąsikiem.
Hrabina zignorowała nieuprzejmość wykazaną przez syna wobec gościa.
- Wybaczcie, panowie, pragnę pomówić z czcigodną matką na osobności - poprosiła.
Starosta i kapitan straży wymienili spojrzenia i skierowali się do wyjścia.
- Ty również - dodała Irsana, tym razem dostrzegając ociąganie się syna. Adrim nadął gniewnie wargi, podniósł się sztywno zza stołu.
Znów zaciskał dłoń na mieczu. Oznaczało to, że chłopak jest spięty, czuje się zagrożony.
- Jak sobie życzysz, matko - odparł chłodno paniczyk i opuścił komnatę. Arminie nie podobały się oczy wojewodzica, była w nich złośliwość i okrucieństwo.
Ludzka twarz ma niemal cztery tuziny mięśni, dające setki kombinacji. W Morgling Armina nauczyła się rozpoznawać wszystkie z nich. Już pierwsza ocena bladego oblicza hrabiny nie pozostawiła wątpliwości: Irsana Srogosz była przerażona.
- Mają świadka - wyrzuciła z siebie, jakby wypluwała truciznę.
- To tylko sprytna zagrywka - Armina zmodulowała głos, aby brzmiał pewnie, a zarazem miękko i uspokajająco. Nim skończyła zdanie, wiedziała już, że popełnia błąd.
Irsana Srogosz spojrzała na nią z furią.
- Nie próbuj na mnie tych waszych sztuczek - warknęła, na moment zrzucając maskę uprzejmości. - Oczekuję od ciebie czegoś więcej niż jarmarcznych guseł, dobrych dla prostaków.
Czcigodna matka stłumiła w sobie urazę.
- W mej opinii justycjariusz chce sprowokować nas do nieprzemyślanych ruchów, odsłonięcia się - wyjaśniła spokojnie. - Nawet jeśli ma świadka, to z pewnością nie kluczowego. Wszyscy zamieszani w tamtą nieszczęsną sprawę zniknęli. - Ściągnęła brwi. - Tak mnie zapewniałaś, pani?
Hrabina uciekła wzrokiem. Podeszła do stolika i napełniła puchar winem. Jej dłonie drżały.
- Zapewniałaś - syknęła Armina, postępując krok naprzód.
Hrabina drgnęła, uniosła głowę. W jej oczach błyszczało wyzwanie.
- Kilka tygodni temu wezwałam na dwór Lusjo Farsalę - wyznała cierpko.
Wyraz twarzy Arminy nie zmienił się, choć ledwie powstrzymała jęk wściekłości.
Irsana Srogosz miała wszystkie cechy, których Armina nienawidziła. Zawistna, próżna i głupia kobieta, obdarowana przez los i urodzenie bogactwem i władzą.
- Czyż człowiek ten nie powinien być martwy, podobnie jak trzech jego kamratów? - głos wstawienniczki niemal się nie zmienił.
- Zdecydowałam, że ktoś o jego talentach może być jeszcze przydatny w przyszłości - wyjaśniła nieszczerze hrabina.
- Czemu znów sprowadziłaś Farsalę?
- Miałam coś do załatwienia. Nic związanego z tamtą dziewczyną.
- Miała na imię Marjta.
Hrabina spojrzała na nią obojętnie.
- Ostrzegano cię, że wikariusz przyśle tu szpiegów - rzekła zimno Armina.
- Lusjo Farsala przebywał w Wyrburgu tylko parę dni - odparła Irsana. Zabrzmiało to niemal jak usprawiedliwienie. - Opuścił moje ziemie zaraz po tym, jak wykonał zlecone mu zadanie.
- Co to było za zadanie?
- Jeden z prevotów sprawiał mi kłopot. Szkalował podczas nabożeństw, oskarżał o rozwiązłość i okrucieństwo, nawet odważył się sugerować, że miałam coś wspólnego ze zniknięciami dziewcząt. Nie mogłam tego tolerować.
Armina poczuła, że drży jej powieka.
- Co się stało z prevotem?
Irsana Srogosz obrzuciła czcigodną chytrym spojrzeniem.
- Och... pragnę wyznać ci mój grzech, czcigodna. - Hrabina zrobiła kilka szybkich kroków w stronę wstawienniczki. Były tak blisko siebie, że Armina czuła jej gorący, pachnący miętą oddech. - Znaleziono go martwego we własnym domu. - Wypomadowane wargi wykrzywił mściwy uśmieszek. - Jego słudzy widzieli cień czarnego demona, który uleciał przez okno, gdy przybiegli do sypialni zwabieni przerażającym krzykiem.
Armina powściągnęła obrzydzenie odczuwane wobec tej kobiety i siebie samej.
- Ta sprawa nie leży w zakresie zadań wyznaczonych mi przez jego eminencję - odparła. - Nie udzielę ci rozgrzeszenia. Sięganie na ciemną stronę to potworny grzech.
- Tak mówią - w głosie hrabiny na próżno było szukać żalu czy skruchy. - Ale niekiedy nie ma innego wyjścia, prawda...?
To, co Armina wyczytała z oblicza Irsany Srogosz, zmroziło jej krew w żyłach.
- Za podniesienie ręki na justycjariusza, otrucie go czy rzucenie czaru karą są tortury i utrata głowy, bez względu na urodzenie winnego - przypomniała.
Przez chwilę obie mierzyły się wzrokiem.
- Zatem zadbaj, aby moja głowa, zgodnie z życzeniem tytulariusza Ekberta, pozostała na swoim miejscu - wysyczała hrabina, po czym odwróciła się i opuściła komnatę, szeleszcząc suknią.
Armina podeszła do okna. Zakratowany powóz, z którego wyprzęgnięto już konie, wciąż stał na dziedzińcu. Bez względu na ryzyko musiała poznać tożsamość świadka przywiezionego przez justycjariusza.
Wróciła do swej samotni, gdzie trzy służące przygotowywały stół do obiadu. Armina zazwyczaj jadała z Rjaną Orsey, chyba że hrabina czyniła jej zaszczyt i zapraszała czcigodną do siebie. Po ich ostatniej rozmowie nie spodziewała się doświadczyć takiej uprzejmości.
Pożywiały się w milczeniu, skubiąc jagnięcinę w sosie ziołowym i pogryzając dwuwarstwowy placek nadziewany farszem z sera i dziczyzny. Miejscowe specjały, przyciężkie i niewyszukane podobnie jak wino, cierpkie w smaku i mocne, noszące w sobie charakter północnych stoków, kamienistych i zraszanych deszczami. Zupełnie inne niż słodki trunek z winnic jej ojca, położonych w sąsiedztwie Królewca, najbogatszego i najbardziej zdeprawowanego z miast zachodu. Zerknęła w kielich, był niemal pusty. Jej lekarstwo na troski.
Dała znak rudowłosej piegusce. Dziewka uzupełniła trunek w pucharze i cofnęła się pod ścianę.
- Martwi cię coś, czcigodna? - zapytała Rjana.
Armina uniosła wzrok. Jej przyboczna i przyjaciółka wpatrywała się w nią znad trzymanego oburącz, nietkniętego ustami kielicha.
Doszła do wniosku, że czas, aby Rjana dowiedziała się o podejrzeniach hrabiny.
- Odejdź i zaczekaj u siebie - poleciła rudowłosej dziewce. Odczekała, aż Orson, pełniący straż przed drzwiami, zamknie za służącą. - Hrabina sądzi, że justycjariusz przywiózł w tym wozie Lusjo Farsalę.
Rjana drgnęła, kilka ciemnych kropel wydostało się za krawędź trzymanego przez nią pucharu i ściekło po srebrnej powierzchni na śnieżnobiały obrus. W oczach przybocznej odbiło się niedowierzanie.
- Tego czarownika?! Myślałam, że jest martwy.
Armina westchnęła, odstawiając kielich.
- Podobnie jak i ja.
- Co z pozostałymi?
- Ponoć nie żyją. Zajął się tym sam Farsala. Irsana twierdzi, że w prezencie przywiózł jej ich głowy.
- To do niego podobne - zgodziła się Rjana. - Nie pojmuję tylko, czemu hrabina nie pozbyła się czarownika. W ten sposób naraziła się na niebezpieczeństwo.
- Tych dwoje łączy coś więcej niż wspólnota czarnych dusz - odparła Armina. - Jestem pewna, że Lusjo Farsala ją pieprzył. Kobiety, działając pod wpływem uczuć, bywają nierozsądne, nawet takie żmije jak Irsana Srogosz.
Przyboczna postukała palcem w blat.
- Co zamierza Borso?
- To, co rozkazał mu Ekbert - rzekła Armina zasępiona.
- Uciszy Farsalę?
- To bez wątpienia pomogłoby zakończyć tę farsę z procesem - przyznała wstawienniczka.
- I wprowadzić nas w nieliche kłopoty, jeśli mu się nie powiedzie lub zdecyduje, że ryzyko jest zbyt duże. Wówczas Torito może zechcieć w inny sposób zatrzymać proces. Wystarczy zabić justycjariusza, co może być prostsze niż dostanie się do więźnia w silnie strzeżonej baszcie. Trucizna w kielichu czy na bełcie - dodała przyboczna. - Gdybym lubiła mężczyzn, uznałabym, że nasz justycjariusz jest przystojny. - Uśmiechnęła się lekko. - Szkoda by go było.
Arminie nie było do śmiechu, nie w tej sprawie.
Pożądanie i miłość przysłaniają zdolność racjonalnego myślenia, tak jak dym przysłania taflę lustra, a chmury księżyc i słońce, tak twierdził Darwius Młodszy. W Morgling nauczono ją radzić sobie również z tymi uczuciami. Przynajmniej myślała tak, póki znów nie ujrzała Tankrida.
Rjana Orsey nie dostrzegła nieuchwytnej zmiany nastroju wstawienniczki.
- Musisz być ostrożna w kontaktach z Borso. Jeśli zostanie pochwycony, na torturach może nas obciążyć.
- Nie pouczaj mnie - rzuciła Armina ostrym głosem.
Orsey zmierzyła ją wzrokiem. Na szczupłej twarzy przybocznej odbiły się uraza i gniew.
- Wybacz mi - powiedziała zimno. - Mogę się oddalić?
- Idź - zezwoliła Armina.
Wbiła wzrok w talerz. Gdy drzwi zamknęły się za przyjaciółką, już ochłonęła. Wiedziała, że złość w jej sercu bierze się z uczuć, których nie miała prawa doznawać.
Kilka kolejnych godzin poświęciła na medytacje i modły. Tuż przed zachodem słońca ubrała się w ciepły płaszcz i udała na spotkanie.
Pięć wysokich kondygnacji, złączonych krętymi schodami, wywołało lekki ból w jej łydkach i szybszy oddech w piersi. Jednym pchnięciem otworzyła drzwi i wyszła na otwartą koronę Bocianiej. Tak wysoko wiatr był zimny i porywisty. Nawet gruby płaszcz nie chronił jej przed chłodem przenikającym kości, wywołującym drżenie.
"A może to strach przed tym, co muszę zrobić?" Poprawiła rozwiane przez podmuch włosy.
Słońce, olbrzymi dysk barwy miedzi, schylało się ku szczytom na zachodnim horyzoncie. Spojrzała na miasto rozłożone u podstawy zamkowego wzgórza. W niektórych domach pełgały już pierwsze światełka, rozpalane przez mieszczan na noc.
Brama Wyrburga, wciąż otwarta, przywabiła ostatni pędzący traktem kryty wóz. Strażnicy spieszący się, aby zamknąć wrota i wreszcie zakończyć służbę, przepuścili zaprzęg, nie zwracając na niego większej uwagi.
Miasto leżało w urokliwej dolinie w miejscu, gdzie rzeka Hołynia, jeden z dopływów Wielkiej Leny, robiła się spławna, co przyciągało do Wyrburga kupców spieszących na południe i północ przez Przełęcz Tryburdzką, gdy tylko ta stawała się przejezdna po zimie. Armina widziała maszty wciąż nielicznych szkut, kołyszące się w przystani, połączonej z rynkiem szeroką drogą, przy której pyszniła się piętrowa siedziba Kompanii Wschodnioyeralskiej. Na drugim brzegu rzeki podniosła się mgła, zasłaniając widok na osadę należącą do włości tytulariusza Cerny, feudalnego seniora Srogoszów.
Uznała, że marznie już wystarczająco długo. Rzuciła ostatnie spojrzenie na miedzianą kopułę chramu i z ulgą wycofała się na schody. Zeszła na dziedziniec. Rozejrzała się po niemal opustoszałym placu niskiego zamku. W słabym blasku rzadko rozmieszczonych pochodni uwijało się kilku pachołków, niosących w wiadrach karmę dla zwierząt trzymanych w oborach i chlewach.
"Ciekawe, gdzie jest?" - pomyślała, choć wiedziała, że nie ma sensu się nad tym zastanawiać.
Drżąc pod płaszczem, ruszyła brukowaną drogą prowadzącą do kasztelu.
O tym, że ktoś się zbliża, ostrzegło ją stukanie laski o kamienie ulicy. Znała ten odgłos i osobę, której nadejście zwiastował.
Ukryła się w cieniu arkadowego przejścia łączącego zamek z niewielkim chramem, w którym modlili się słudzy, czeladź i żołnierze. Odczekała, aż uporczywe stukanie i ślizgający się po murach blask lampy zbliżą się, po czym nagle wyłoniła się z ukrycia i zastąpiła drogę spieszącemu dokądś staremu ptaszysku.
Armina zauważyła z satysfakcją, że otulona w czerń, zgarbiona kobieta drgnęła na jej widok.
- Zimny wieczór na spacery, siostro - stwierdziła bez cienia troski w głosie.
Starucha uniosła głowę. Blask lampy, trzymanej w lewej dłoni, rozświetlał od dołu oblicze tutejszej powierniczki, nadając pomarszczonym rysom złowieszczy wygląd.
Szyję staruchy spowijał czarny szal, mający zarówno chronić przed chłodem, jak i zasłaniać puchlinę pod prawą szczęką. Reszta zgarbionej sylwetki również tonęła w czerniach. Blade oczy, osadzone w wysuszonej czaszce, spoczęły na Arminie.
Siostra Johana przypominała starą, kulawą wronę. "Bardzo upartą i nieskorą do współpracy" - pomyślała Armina, wyciągając dłoń z pierścieniem czcigodnej. Starucha zmrużyła oczy, stuknęła laską, podsuwając się bliżej nisko opuszczonej dłoni, z wysiłkiem zgięła kark i dotknęła wargami onyksowego klejnotu.
- Rozważyłaś, siostro, to, o co cię prosiłam? - zapytała Armina, cofając rękę.
Starucha skrzywiła się, jakby rozbolał ją jeden z nielicznych zębów.
- Niestety, muszę odmówić twej prośbie, czcigodna - odparła, ledwie otwierając usta.
Armina nie dowierzała własnym uszom. Zacisnęła palce na chudym ramieniu Johany, drugą dłonią chwytając za jej szyję, tuż pod puchliną. Przyciągnęła do siebie kobietę. Powierniczka szarpnęła się w uścisku, nie wypuszczając z rąk laski i lampy.
- To nie była prośba - warknęła Armina. - Tylko wola jego eminencji. Masz przekazywać mi wszystko, co wyznaje ci ta suka Irsana. Wszystko! - Potrząsnęła chudym, słabym ciałem. - Pojmujesz, stara krowo?
Zacisnęła z całej mocy palce, czując przez tkaninę sukni wysuszone mięśnie i kruche kości ramienia. Johana pisnęła jak szczur, kuląc się, spuszczając wzrok na bruk. Armina rozluźniła chwyt.
- Rozumiesz? - powtórzyła, choć w jej własnych uszach nie zabrzmiało to już tak groźnie, jak za pierwszym razem.
Johana znów spojrzała na nią spod rzadkich brwi. Arminie nie spodobało się to, co ujrzała w jej oczach.
- To Oczekiwana Matka obdarzyła nas prawem, mocą i błogosławieństwem - zakrakała twardo. - Nawet tytulariusz nie może nakazać mi, abym złamała nasze reguły.
- Zmusić, nie - syknęła Armina złowróżbnie. - Ale już przenieść do klasztoru, gdzie spędzisz resztę życia o zgniłym chlebie i wodzie, to jest w jego mocy.
Poczuła, jak starucha zadrżała. Mimo to nie ustąpiła.
- Rób, jak zechcesz, siostro - wypluła słowa, jakby parzyły ją w język. - Ja również wyślę ptaki do Morgling. Niech wielka rada osądzi, komu służysz, Ekbertowi czy Zgromadzeniu.
- Pisz, przekonasz się, że w tym wypadku nie ma różnicy.
Armina rozluźniła palce i odepchnęła od siebie starą wronę tak, że ta omal się nie wywróciła. Potem odeszła, nie oglądając się za siebie, czując na karku nienawistny wzrok. Skręciła w uliczkę prowadzącą do kasztelu i wzburzona nie dostrzegła na czas postaci, która wyłoniła się przed nią z niszy w murze.
- Wstawienniczko - zatrzymał ją szept przeznaczony wyłącznie dla niej. Borso podszedł bezgłośnie, tak blisko, że czuła ostrą woń potu i stajni.
"A więc tam się zaszył".
Zerknęła za siebie, w ciemności między kolumnami, zastanawiając się, czy był świadkiem rozmowy, którą odbyła z upartą staruchą.
- Hrabina obawia się, że świadek zaszkodzi jej podczas przesłuchań - odezwała się wreszcie, pewna, że Borso widział więźnia, którego przywiózł ze sobą justycjariusz.
- Zatem musi domyślać się tożsamości tego człowieka - wydedukował Torito.
- Uważa, że może to być Lusjo Farsala.
Na dwa oddechy zapadła cisza.
- Myślałem, że on nie żyje?
- Świat jest pełen niespodzianek. Prawda?
Przez usta Borso przemknął uśmiech.
- Może oprawca próbuje sprowokować hrabinę do nierozważnego zachowania? - zasugerował.
- Nie można wykluczyć takiej ewentualności - przyznała Armina. - Lecz jeśli to naprawdę Lusjo Farsala, mamy problem.
- Postaram się czegoś dowiedzieć - obiecał Borso, nim wycofał się w mrok równie bezgłośnie, jak nadszedł.
Armina poprawiła płaszcz, aby lepiej chronił szyję przed chłodem, i szybkim krokiem ruszyła w stronę górnego zamku. Trawiła ją złość, nie znosiła czuć się bezradna, zdana na czyjąś pomoc. Uczucia te przypominały jej, kim była, nim dostąpiła święceń i wywyższenia.
Od kasztelu i strzegących jego bramy wartowników dzieliło ją kilkaset stopni pokrytych wieczornym przymrozkiem. Przystanęła na moment między stromą ścianą a niskim murkiem, za którym znajdował się głęboki jar. Słyszała wyraźnie szum strumienia płynącego kilkadziesiąt łokci poniżej.
A jednak nie mroczno-romantyczna aura tego miejsca kazała jej sięgnąć po ukryty pod płaszczem sztylet. Czuła, że jest obserwowana. Uniosła głowę i zobaczyła na szczycie wałów wpatrzone w nią kocie ślepia. Syknęła i zwierzę czmychnęło w mrok. Mimo to niepokojące uczucie pozostało. Rozejrzała się w ciemnościach, zlustrowała podnóże schodów i słabo oświetlony dziedziniec niskiego zamku. Nie dostrzegła nikogo, kto mógłby ją śledzić.
Wykonała znak Trójcy. Ignorując złe przeczucia, minęła wartowników i wkroczyła w ciemną gardziel bramy.
błogosławiona Soray
Kaplicę ze stojącym w niej pustym tronem oświetlała samotna świeca. W jej nikłym blasku klęczała młoda, odziana w biel niewiasta. Modliła się, lecz bez prawdziwej wiary, że zostanie wysłuchana.
Bogini milczała od trzech tysięcy lat. Maja nie łudziła się, że zmieni się to z jej przyczyny. Mimo to uparcie szukała odpowiedzi, znaku, pocieszenia. Na przekór palącemu bólowi kolan, pleców i karku, wbrew przejmującemu zimnu bijącemu od ścian, a nawet - bała się tej myśli - wbrew samej sobie. Klęczała wyprostowana, z odrzuconym na plecy kapturem i rozpuszczonymi czarnymi włosami, które - jak jej mówiono - odziedziczyła wraz z urodą po matce.
Przyłożyła lewą dłoń do czoła, ust i serca, po czym powstała z obolałych kolan, pozwalając sobie na grymas. Wychodząc z kaplicy, zdmuchnęła świecę i znalazła się w pustym holu. Przez chwilę nasłuchiwała odgłosów wichru atakującego zajadle witraże osadzone w półkolistych oknach. Z niechęcią ruszyła do drzwi.
Szła krok za krokiem po oblodzonym przez przymrozki chodniku, kierując się ku drzwiom na przeciwległym krańcu pomostu. Wiedziała, że jeśli nie spojrzy z niskiej galeryjki, wysokiej na kilka pięter, wszystko pójdzie dobrze. Za pierwszym razem popełniła błąd i popatrzyła na odległy bruk. Stała wówczas jak posąg na środku mostka, unieruchomiona przez zawroty głowy i atak paniki, szarpiący się w jej piersi niczym wygłodniałe zwierzę.
Maja cierpiała na lęk wysokości, odkąd tylko sięgała pamięcią. Dlatego o każdym brzasku kazano jej pokonywać ten piekielny most w obie strony. W ten sposób udowadniała sobie i czcigodnym matkom, że jest w stanie przemóc słabość.
"Człowiek jest wart tyle, na ile potrafi kierować się własną wolą, tłumić wyniesione z mroków puszcz i jaskiń instynkty" - tak brzmiała pierwsza nauka, jaką wpojono jej w klasztorze. "Wola i Słowo, dwa boskie dary, które różnią ludzi od zwierząt".
Wspomnienie głosu nauczycielki prowadziło ją niczym napięta lina wprost do bezpiecznych drzwi. Zatrzasnęła je, zostawiając za sobą chłód i lęk. Serpentyną schodów wtopionych w grube mury zeszła do holu na parterze. Wielkie pomieszczenie o jasnych ścianach i wysokich ostrołukowych oknach zapełniały setki dziewcząt w różnym wieku. Ustawione w kolejkach do magistrantek nowicjuszki czekały na przydział codziennego zestawu obowiązków niezwiązanych z nauką.
Maja podeszła do Lei. Jasnowłosa, drobna dziewczyna była jej jedyną przyjaciółką w klasztorze. Przywitały się uśmiechem, lecz żadna z nich nie odezwała się. Za niedozwolone rozmowy nowicjuszkom groziły surowe kary.
W tym tygodniu pracami rocznika Mai zarządzała magistrantka Olis, drobna czarnowłosa kobieta, bliska przyjaciółka Zoe. Maja nie zdziwiła się więc, kiedy otrzymała wiadro i szczotkę pozbawioną trzonka oraz absurdalne polecenie, aby poszła wyszorować dach dormitorium.
Leja miała więcej szczęścia, przydzielono jej dyżur w bibliotece. Maja jednak nie zamieniłaby się z przyjaciółką, która za drobne przywileje musiała płacić wysoką cenę.
Maja zabrała narzędzia pracy, po czym udała się do studni. Gdy już napełniła wiadro wodą, skierowała się ku schodom prowadzącym na dach. Nawet bez dodatkowego ciężaru niełatwo było pokonać kilkaset wąskich, wyślizganych stopni. Gdy dotarła na wyznaczone jej przez Olis miejsce, czuła drżenie wszystkich mięśni.
Pracowała, póki nie rozbolały jej ramiona, potem postanowiła zrobić sobie przerwę. Upewniwszy się, że nikt nie wchodzi po schodach, wyprostowała zgrabiałe plecy i zapatrzyła się na wspaniałą panoramę gór, otaczających niewidoczne z tej perspektywy Jezioro Kantońskie. Niebo było jasne, niemal błękitne, dzięki czemu doskonale widziała na wschodzie lukrowe czapy okrywające Koronę Bogini, jak nazywano trzy najwyższe szczyty górujące nad Przełęczą Błogosławieństwa.
Zauroczona widokiem i ogłuszona szumem wiatru w uszach niemal upadła, gdy zalała ją fala lodowatej wody. Przemoczona i zaskoczona obróciła się i stanęła przed Zoe, która trzymała w dłoniach puste wiadro.
- Polecono ci pracować, nie odpoczywać - oznajmiła magistrantka z mściwym uśmieszkiem, błąkającym się pod wąskim i lekko przekrzywionym nosem, który nadawał jej w oczach Mai wygląd paskudnego ptaszyska.
- Wybacz, siostro - wyszeptała, kornie spuszczając wzrok. Liczyła, że samo oblanie wodą zaspokoi sadystyczne skłonności Zoe.
- Wiesz, jaka jest kara za nieposłuszeństwo - głos Zoe, zimniejszy niż dmący wiatr, rozwiał tę nadzieję. - Uklęknij.
Maja odruchowo zacisnęła pięści. Zoe dostrzegła ten gest, brzydką twarz wykrzywił wyzywający grymas.
- Znów chcesz mnie uderzyć? - wysyczała, podchodząc bliżej, mrużąc oczy, prowokując nowicjuszkę. - Drugi raz nie wywiniesz się pokutą. Wiesz o tym.
Zoe nie myliła się. Maja stłumiła szalejący w niej gniew. Czcigodna Dermei nie da się potem oszukać, przesłucha ją i Zoe, wyciągnie z nich prawdę, tak jak medykus wyjmuje glisty z trzewi chorego człowieka. Maja nie łudziła się, że potrafi sprostać Dermei, najlepszej ze znanych jej prawdomówczyń.
Rozprostowała palce i powoli uklękła. Zerknęła na Zoe, ta wyjęła spod szarej szaty spleciony rzemień, z pomocą którego wymierzało się nowicjuszkom karę. Przeszła za plecy Mai.
- Podciągnij suknię i wypnij się!
Maja uniosła białą szatę na wysokość brzucha, opadła na łokcie. Zimny strumień powietrza owiał jej nagie uda, wdarł się pod płócienną bieliznę.
"Sześć razów, nie więcej, tyle wyznacza reguła. Po prostu muszę to znieść, nie dać tej suce satysfakcji". Nie było to jednak takie proste, zwłaszcza że Zoe przedłużała tę chwilę, napawając się upokorzeniem Mai.
- Co tu się wyrabia? - ostry głos czcigodnej Lokis zaskoczył na równi je obie.
Maja uniosła wzrok i ujrzała szczupłą, wysoką postać w czarnej szacie, która powiewała na wietrze niczym krucze skrzydła.
- Nowicjuszka okazała opieszałość w pracy i nieposłuszeństwo - odparła Zoe służalczym tonem.
Czcigodna Lokis przez dłuższą chwilę milczała, po czym opuściła wzrok na Maję.
- Podnieś się, dziecko - poleciła. - Wielebna matka Vojlis chce bezzwłocznie widzieć cię u siebie w wieży.
Maja wyprostowała się, opuściła suknię. Nie podnosząc wzroku, skierowała się ku zejściu z dachu.
- Ty zostań, chcę z tobą pomówić - usłyszała jeszcze ostry głos Lokis. I zagłuszoną przez wiatr odpowiedź Zoe.
Maja oddaliła pokusę, aby podsłuchać rozmowę. Zeszła na dół i wyszła na pierwszą kondygnację krużganków okalających główny dziedziniec. Podążając zgodnie z ruchem wskazówek zegara, dotarła do przejścia, za którym otwierał się przestronny hol o wąskich oknach i wysokim suficie podtrzymywanym przez sześć kolumn. Schody znajdowały się po lewej stronie, tuż za kapliczką, w której stał posąg błogosławionej Soray.
Przed Mają wznosiło się trzysta sześćdziesiąt sześć stopni. Tradycja głosiła, że każda czcigodna matka musiała co dzień pokonywać tę drogę o własnych siłach, a gdy ich na to nie starczało, odchodziła na zasłużony odpoczynek w którymś z prowincjonalnych konwentów.
W połowie drogi na górę Maja zrobiła sobie krótki postój. Nie chciała dotrzeć przed oblicze wielebnej zdyszana czy z przyśpieszonym tętnem. W klasztorze już je nauczono, że przyszłe czcigodne matki i prawdomówczynie w każdych warunkach powinny zachowywać opanowanie i zimną krew.
Wyjrzała przez okno na półpiętrze, zwabiona hałasem dochodzącym z dziedzińca. Przez bramę klasztoru wmaszerował oddział knechtów prowadzący skazańców. W większości mężczyzn, choć Maja dostrzegła również trzy kobiety. Na czele kawalkady jechał oficer w kirysie i kolczym kapturze na głowie. Rycerz uniósł dłoń, dając znak knechtom, aby zatrzymali pochód spętanych więźniów. Kilkanaście obdartych, brudnych postaci rozglądało się niepewnie po otaczających ich wyniosłych murach.
Na niektórych obliczach wyryta była niegodziwość, która wżera się w człeka niczym rdza, inne twarze były zwyczajnie przerażone. Maja przypuszczała, że wielu skazańców musiało słyszeć niepokojące pogłoski na temat losu, który czeka ich w klasztorze.
Oficjalnie czcigodne matki wykupywały przestępców skazanych na śmierć przez hrabiego, aby ocalić im życie i zadbać o zbawienie zbłąkanych dusz. Złoczyńcy mieli spędzić resztę swych dni za murami konwentu, pokutując i modląc się, odizolowani od społeczności, dla której stanowili zagrożenie. W świecie, gdzie tortury i okrutna śmierć groziły za większość przestępstw, pomysł, aby karać sprawców odosobnieniem przez resztę życia, ponosząc koszty ich utrzymania, wydawał się aktem niezwykłej dobroci ze strony Zgromadzenia.
Maja wiedziała jednak, że nie wszyscy wierzyli w altruizm wiedźm, jak często pokątnie nazywano wstawienniczki. Krążyły pogłoski, że skazańcy trafiają do kopalń, które znajdują się pod klasztorem. Mieliby tam wydobywać złoto, zapełniając skarbiec Zgromadzenia. Inni skrycie szeptali, że wstawienniczki oddają cześć diabłom i składają ofiary z ludzi. Mówiono też, że moce czcigodnych matek pochodzą od picia ludzkiej krwi. Jednak za takie gadanie można było trafić na stos lub osobiście przekonać się, jak naprawdę żyje się w klasztornych lochach.
Maja przez chwilę obserwowała skazańców ze współczuciem. Z pewnością żaden z nich nie potrafił sobie wyobrazić losu, który czekał ich w podziemiach. Nic nie mogła z tym zrobić.
Podjęła wspinaczkę na najwyższe piętro wieży, przeszła długim korytarzem i dotarła pod drzwi samotni matki przełożonej.
Zapukała, odczekała moment i nacisnęła mosiężną klamkę. Zajrzała do obszernego gabinetu o wielkich przeszklonych oknach. Wielebna Vojlis siedziała przy biurku. Miała za plecami kominek, w którym płonął ogień. Obok niej stała czcigodna Talejs, do której obowiązków należało dbanie o posiadłości ziemskie klasztoru, obejmujące liczne wsie, młyny oraz tartaki, położone w hrabstwie i kilku okolicznych gminach wiejskich.
Maja pomyślała, że zaabsorbowane rozmową czcigodne matki nie usłyszały pukania do drzwi. Zamierzała się wycofać, lecz wielebna Vojlis zaprosiła ją gestem dłoni za próg gabinetu.
Maja zamknęła za sobą drzwi i skupiła wzrok na reliefach pokrywających kamienną ścianę naprzeciw tarasu. Stanowiły tryptyk i przedstawiały Oczekiwaną Matkę przekazującą rodzajowi ludzkiemu dary. Najbliżej wejścia uwieczniono dar ognia niesiony do brodatych postaci w skórach, czających się na krawędzi mroku. Po drugiej stronie tryptyku ta sama czarnowłosa kobieta wręczała z uśmiechem grubą księgę klęczącym przed nią odzianym w białe togi mędrcom: podarunek pisma i prawa.
Środkowa, największa część tryptyku ukazywała wniebowstąpienie na górze Strom. Maja przypuszczała, że relief wyszedł spod dłuta innego mistrza. Sugerowała to postać bogini, bardziej władcza i surowa, gdy z uniesionymi dłońmi przekazywała swym pierwszym uczennicom dar Słowa i łaskę wstawiennictwa, co alegorycznie wyrażały krążące nad głowami niewiast synogarlice.
- Co z tymi chłopami? - zapytała wielebna Vojlis, biorąc w dłoń jeden z leżących na blacie dokumentów.
- Chodzi o górali z Urgau i Zwikau - wyjaśniła Talejs. - Wdzierają się na nasze górskie łąki i karczują lasy, twierdzą, że nadania dla klasztoru ze strony poprzedniego hrabiego były nielegalne, gdyż ziemie te od zawsze należały do ich gminy.
- Użytkujemy te tereny?
- Tymczasem nie - przyznała Talejs. - Lecz czy możemy pozwolić na taki precedens?
- Masz słuszność, co raz zostało dane Zgromadzeniu, pozostaje w jego posiadaniu na zawsze. Chyba że same zdecydujemy inaczej. Poproś hrabiego o wysłanie zbrojnych, niech zniszczą wszystkie zabudowania, które wznieśli wieśniacy, i ukarzą winnych.
- Tak uczynię, wielebna - powiedziała Talejs i zabrała papiery z biurka.
- Przykaż dowódcy ekspedycji, że ma zabijać tylko wówczas, gdy zostanie zaatakowany - dodała Vojlis. - Nie chcę wywoływać zatargu z góralami, nie teraz, gdy w okolicy kręci się tylu obcych.
- Jak sobie życzysz, wielebna. - Talejs ukłoniła się i opuściła gabinet.
Vojlis przypatrzyła się uważnie przemoczonej nowicjuszce.
- Stało się coś, dziecko?
Maja uniosła wzrok na szczupłą, okoloną siwymi włosami twarz wielebnej.
- Oblałam się wodą, czcigodna matko.
Czoło Vojlis przecięła zmarszczka wyrażająca irytację.
- Jeśli już kłamiesz, dziewczyno, to chociaż rób to dobrze - rzekła z naganą w głosie.
Nowicjuszka spuściła wzrok pod palącym spojrzeniem prawdomówczyni.
- Magistrantka Zoe przyłapała mnie, gdy zrobiłam sobie przerwę podczas pracy na dachu - wyznała.
Jedna z brwi Vojlis uniosła się odrobinę wyżej.
- Co tam robiłaś?
- Czyściłam go.
- Ach tak... Zapewne ucieszy cię wiadomość, że Zoe wkrótce dostąpi próby Ciemnej Komnaty. Jeśli przejdzie ją pomyślnie, zostanie czcigodną matką i opuści klasztor, aby podjąć służbę w miejscu wyznaczonym przez kapitułę. Zdecydowałam, że ty, Maju, przejmiesz po Zoe służbę magistrantki.
Maja, zupełnie zaskoczona, ośmieliła się unieść wzrok na wielebną matkę. Wszystkie nowicjuszki marzyły o tym, żeby zostać jedną z "ciotek", jak potocznie określano magistrantki. Funkcja ta otwierała pewną drogę do otrzymania święceń czcigodnej matki.
O ile przejdzie się próbę Ciemnej Komnaty.
- Obawiasz się próby - surowy głos wielebnej matki otrzeźwił ją skuteczniej niż wcześniejszy kubeł zimnej wody. - To naturalne, ja też się bałam.
Siwowłosa kobieta przeniosła wzrok za okno, na szczyty bielące się od śniegu utrzymującego się w górach. Po chwili znów spojrzała na Maję.
- Ja osobiście i Zgromadzenie wiążemy z tobą wielkie nadzieje. Wierzę, że nas nie zawiedziesz... - Vojlis uczyniła pauzę. - Możesz powrócić do swych obowiązków.
Maja ukłoniła się i oszołomiona zamknęła za sobą drzwi gabinetu.
Po opuszczeniu wieży udała się do auli, gdzie odbywały się zajęcia dla nowicjuszek. Każda z nich, bez względu na to, czy w przyszłości miała otrzymać święcenia, czy też wieść świeckie życie u boku męża, musiała znać płynnie trzy języki w mowie i piśmie; meryjski, traskoński oraz rjusjański. A to był dopiero początek, gdyż po otrzymaniu niższych święceń magistrantki poznawały jeszcze mowę Fegryjczyków i Ranów, którzy posługiwali się staromeryjskim.
A przecież nauka języków była tylko częścią codziennej edukacji, na którą składały się algebra i geometria, teologia, nauki przyrodnicze, antropologia kulturowa i geografia. Nowicjuszki, u których rozpoznawano Dary Oczekiwanej Matki, spędzały ponadto długie godziny na poznawaniu ścieżek umysłu i ćwiczeniu się w złożonej sztuce prawdomówstwa.
Dwa razy w tygodniu dziewczęta ze starszych roczników prowadzano też po zajęciach na arenę, gdzie miały zdobyć umiejętności walki bronią i wręcz. To był jeden z tych dni.
Arena znajdowała się w lochach pod klasztorem, tylko jeden poziom wyżej nad piekłem Komnaty Tysiąca Odbić. Korytarz, którym Maja w grupie nowicjuszek zmierzała na zajęcia z samoobrony, był bardzo długi i pełgające światło niesione przez czcigodną Cervę ledwie go oświetlało. Po drodze nie było widać drzwi czy korytarzy. Po kilkuset krokach natknęli się na furtę osadzoną w litej skale, niską i wąską.
Maja zadrżała na myśl o skrywanych tam okropnościach. Inne dziewczęta czuły to samo, mimowolnie cała gromadka przyśpieszyła kroku i po chwili znalazły się na arenie. Nieduży okrągły plac z piaskiem otaczały siedziska wykute w skale. Naprzeciw drzwi, przez które weszły, znajdowało się zakratowane przejście prowadzące do cel, gdzie trzymano kukły. Na arenie zastały trzech gwardiałów klasztornych, barczystych mężczyzn w kolczugach, uzbrojonych w miecze i włócznie. Za ich plecami w ciemnym przejściu czekał potężny, brodaty mężczyzna o byczym karku i grubych ramionach skutych kajdanami. Maja rozpoznała w nim jednego ze skazańców dostarczonych rankiem od hrabiego.
Więzień przywarł do kraty. Prostacka gęba zdradzała podniecenie, które odczuwał na widok dziewcząt. Maja podchwyciła spojrzenie ciemnych, ponurych oczu, osadzonych nad szerokim, złamanym kiedyś nosem, i wzdrygnęła się. Oczy są oknami duszy, a te prowadziły na samo dno wypełnione okrucieństwem.
Na kukły treningowe przeznaczano głównie morderców i schwytanych na gościńcu rozbójników, których klasztor musiał odkupywać od miejscowego hrabiego.
Cerva wyszła na środek placu.
- Oszczędzajcie kukły - te słowa zawsze padały z ust czcigodnej matki. - To nie Morgling, gdzie o niewolnika łatwiej niż zwierzę, tu za każdego skazańca płacimy złotą monetę - gderała, spod krzaczastych brwi obserwując nowicjuszki. - Otwórzcie kratę - poleciła gwardiałom, po czym wyjęła spod szaty sztylet.
Każda z czcigodnych matek otrzymywała takie ostrze, jeśli przeszła próbę Ciemnej Komnaty. Jak wyjaśniono nowicjuszkom, sztylet symbolizował potrzebę obrony Zgromadzenia przed wrogami, a umiejętność posługiwania się nim była równie istotna, jak znajomość świętych kodeksów. Wręczyła ostrze jednej z dziewcząt.
- Potrzymaj go, dziecko.
Skazaniec wszedł na arenę, a wtedy strażnik wyciągnął zza paska nóż o szerokim ostrzu i rzucił go w piach pod nogi brodacza.
- Podnieś - zażądała Cerva.
Mężczyzna zastygł zaskoczony, wodził wzrokiem między strażnikami a nowicjuszkami i stojącą na arenie kobietą w czerni. Powoli schylił się, nie spuszczając wzroku ze strażników, chwycił broń.
Czcigodna matka zdawała się zupełnie nie zwracać uwagi na zagrożenie, skupiając się na nowicjuszkach.
- Gdy atakuje was człowiek z nożem, zawsze skracacie dystans i staracie się odebrać mu broń - Cerva powtarzała to kilka razy podczas każdego treningu. - To najważniejsze, cokolwiek by się nie działo...
Nie dokończyła, gdyż kukła zaatakował z furią, dźgając i tnąc ostrzem. Cevra wykonała szybki zwrot, unikając trafienia, i wyprowadziła błyskawiczne kopnięcie w goleń mężczyzny. Rozległo się ochrypłe stęknięcie i gardłowe przekleństwo. Skazaniec spóźnił się z atakiem, co pozwoliło czcigodnej zmniejszyć dystans, uderzyć kantem dłoni w grdykę, jednocześnie przechwytując rękę z nożem. Gdy mężczyzna padł na kolana, charcząc, Cerva wykręciła mu ramię za plecy i naciskiem na nerw uwolniła z palców mordercze narzędzie.
- ...zawsze odbierajcie broń. Póki mają ją w rękach, są w stanie zrobić wam krzywdę - dokończyła myśl, przerwaną atakiem kukły. Nagle uderzyła pięścią w skroń brodacza, pozbawiając go przytomności. - Nie muszę też chyba przypominać, że w realnej walce uderzacie z całej siły, aby zabić, a przynajmniej poważnie uszkodzić newralgiczne miejsce w ciele. Tu jednak nie jest Morgling i za każdą kukłę płacimy złotem - Cerva powróciła do normalnego gderania.
Zaklaskała.
- A teraz podzielcie się na pary i zacznijcie ćwiczenia - poleciła.
W tym czasie strażnicy podnieśli z piachu brodacza i zawlekli go za kratę, gdzie znajdowały się cele.
Po rozgrzewce między sobą nowicjuszki musiały zmierzyć się z kukłami, które straż wyprowadziła z lochu. Dla bezpieczeństwa dziewcząt na raz rozkuwano tylko paru skazańców. Maja dostała mężczyznę, który wyjątkowo długo zdołał przeżyć w lochach pod klasztorem. Był niski, szczupły i cały w bliznach.
Maja lubiła ćwiczyć z doświadczonymi kukłami. Mężczyźni ci nauczyli się cenić swą skórę, nie próbowali za wszelką cenę wyrządzić nowicjuszkom krzywdy. Mieli też jedną poważną wadę. Byli bardzo dobrzy w walce wręcz.
Maja osiem razy leżała na piachu, a jej przeciwnik tylko trzy. Wynik doprawdy niezadowalający, co poznała po spojrzeniu czcigodnej Cervy, która przez cały czas korygowała błędy nowicjuszek.
Trening trwał trzy godziny. Dziewczęta potrzebujące pomocy medycznej mogły iść do szpitala sąsiadującego z łaźniami, choć tego dnia obyło się bez złamań kończyn i pękniętych żeber. Pozostałe przeszły do podgrzewanych basenów, gdzie mogły zmyć z siebie krew i pył. Po dokonaniu ablucji wykorzystały skrót przez rozległy ogród i alejkę ocienioną starymi drzewami, aby dotrzeć do refektarza. Wielka sala o łukowym sklepieniu rozjaśniona była naturalnym światłem wpadającym przez wysokie okna. Nowicjuszki i magistrantki zasiadały za rzędami stołów, nad którymi górował stół czcigodnych matek. Dziewczęta powracające z łaźni ominęły fontannę, służącą myciu dłoni i twarzy przed i po posiłku, i zajęły swoje miejsca. Zgodnie z rocznikami klas.
Tego dnia w kuchniach przygotowano wieprzowinę z ciemną kaszą. Na każdy stół trafiły też wielki bochen chleba i dzban z rozcieńczonym winem. Ciotki jadały to samo co nowicjuszki, lecz na stół czcigodnych matek trafiały galarety ze szlachetnych ryb, dziczyzna czy też delikatne mięso cieląt. Posiłek spożywano w ciszy, albowiem w czasie, gdy trwał, lektorka stojąca przy pulpicie czytała ustępy z Żywotów błogosławionej Soray, patronki Zgromadzenia.
Leja jak zwykle zasiadła obok. Maję przez cały posiłek korciło, aby podzielić się z przyjaciółką wieściami o Zoe.
Głos nowicjuszki czytającej przy pulpicie wznosił się pod potężne belki stropu, docierał do każdego zakątka sali.
- ...i przeklęła Soray władcę Lagosz i jego miasto, tę kloakę grzechu i wszelkiej nieczystości, po trzykroć słowami...
Maja, upewniwszy się, że żadna z ciotek nie patrzy w jej stronę, przysunęła się do przyjaciółki, udając, że sięga po chleb.
- Zoe wkrótce przejdzie próbę Ciemnej Komnaty - szepnęła.
Leja spojrzała na przyjaciółkę z nieskrywaną radością. Nie mogły pomówić, gdyż Olis spojrzała w ich stronę.
Po posiłku nowicjuszki, magistrantki i czcigodne matki udały się w grupach na dalsze zajęcia lub do przydzielonych prac. Pozostałą część dnia Mai wypełniła nauka rachunków oraz czytanie starych ksiąg spisanych w staromeryjskim. Po wieczerzy znów musiała chwycić za szczotkę i wiadro, aby wraz z grupą nowicjuszek wyszorować posadzkę w Wielkiej Kaplicy.
Zmęczona treningiem, nauką i pracą dowlekła się do dormitorium. Większość nowicjuszek znajdowała się już w wielkiej sali, przygotowując swoje posłania. Między długimi rzędami łóżek spacerowały trzy ciotki, tej nocy dyżurujące w dormitorium nowicjuszek.
Maja rozebrała się do naga i przewiesiła szatę na wieloramiennym wieszaku, obok sukni innych dziewcząt śpiących wraz z nią w trzecim rzędzie posłań. Potem wciągnęła przez głowę długą koszulę nocną, którą rankiem złożyła w kostkę na posłaniu.
Jedna z ciotek klasnęła w dłonie i nowicjuszki zaczęły gasić lampy i świece, zostawiając tylko nieliczne oświetlenie w rogach sali i przy wejściu. Po całym dniu trudu wysłużony siennik i twardy wałek pod głową wydały się jej najwspanialszym posłaniem na świecie. Zamknęła oczy, wsłuchując się w odgłosy sali.
O tej porze między nowicjuszkami zawsze panowało napięcie, wiele dziewcząt kręciło się nerwowo na posłaniach. Jedne pod wpływem niepokoju, inne wręcz przeciwnie - wyczekiwania.
Po upływie czasu, który wystarczał na odmówienie Najświętszego Błogosławieństwa, najważniejszej modlitwy kanonu, Maja usłyszała, jak ktoś uchyla drzwi dormitorium. Zerknęła w tamtą stronę spod opuszczonych powiek i ujrzała Olis, która rozmawiała cicho z trzema ciotkami. Potem dyżurne rozproszyły się po wielkiej sali. Przechodząc korytarzami wyznaczonymi przez szeregi łóżek, co jakiś czas przystawały przy wybranych nowicjuszkach i dotykały ich, a potem odprowadzały w ciszy do czekającej w holu Olis.
Tej nocy Maja naliczyła szesnaście dziewcząt zabranych z sali. Wśród nich była jej przyjaciółka Leja, zajmująca posłanie obok. Maja z ciężkim sercem obserwowała, jak jedna z ciotek staje nad dziewczyną i każe jej iść ze sobą.
Oczywiście oficjalnie nikt nikogo do niczego nie zmuszał. Wiele nowicjuszek z początku odmawiało nocnych wizyt w celach czcigodnych matek i ciotek, odczuwając obrzydzenie lub wstyd. Rzadko która z młodych dziewcząt wytrzymywała jednak dłużej presję i zakamuflowane szykany, stosowane w razie odmowy. Ciągłe nocne dyżury w szpitalu, usługiwanie obłożnie chorym, mycie ich i wynoszenie ekskrementów były najniewinniejszymi z nich. Maja pamiętała po dziś dzień okropne trzy miesiące, które spędziła na czyszczeniu klasztornych toalet po tym, jak odmówiła Zoe, gdy ta próbowała nakłonić ją w łaźni do uklęknięcia i złożenia pocałunku. Uderzyła ją wówczas, łamiąc Zoe nos, za co spędziła pełny miesiąc o chlebie i wodzie w pokutnej celi. Od tego wydarzenia ciotki zostawiały ją wprawdzie w spokoju, ale Zoe, gdy tylko mogła, utrudniała jej życie.
Nocna branka była częścią obowiązującej w klasztorze tradycji. Zgromadzenie traktowało ją jako nieoficjalny sposób kształtowania młodych umysłów do bezwzględnej uległości i posłuszeństwa wobec przełożonych. Większość dziewcząt poddawała się tej seksualnej inicjacji z przymusu, traktując ją jako przykrą konieczność, inne czyniły to z ciekawości lub jako sposób na znalezienie sobie protektorki.
Drzwi zamknęły się na całą noc.
Nowicjuszki powróciły do sali przed pierwszym brzaskiem. Leja cała zapłakana, jak zawsze gdy spędzała noc w celi Zoe. Maja podejrzewała, że Zoe - wiedząc, że się przyjaźnią - odgrywała się na Lei.
Tego ranka było jeszcze gorzej. Leja miała na twarzy paskudnego siniaka, a jej usta były napuchnięte i porozcinane. Maja zerwała się, aby obejrzeć obrażenia przyjaciółki, lecz ta odepchnęła jej dłonie.
- Zostaw, nic mi nie jest - rzuciła, wlepiając wzrok w podłogę.
Maja zacisnęła usta, hamując gniew. Na próżno.
- Zoe to potwór! Mam nadzieję, że ta suka zdechnie!
- Nie mów tak, to wielki grzech - Leja szepnęła, uniosła zaszklone oczy. - Jeśli przejdzie próbę, zostanie czcigodną matką i odeślą ją z klasztoru.
Maja przyznała przyjaciółce rację. W ten sposób Zoe na zawsze zniknie z ich życia.
Albo popadnie w obłęd w Ciemnej Komnacie i resztę dni skończy zamknięta pod skałą.
Maja poczuła się zawstydzona tą myślą. Nikomu, nawet najgorszemu wrogowi, nie powinno się życzyć takiego losu.
Rozluźniła palce, zaciśnięte w pięści, i uspokoiła oblicze. Wyobraziła sobie, że zamyka oczy.