Każdy, kiedyś - Paweł Potoroczyn

Kup ebooka

47.99 zł
35.99 zł (27,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Skrom­ność, umiar, po­kora. Wie­dzą, co to dys­kre­cja i co sub­or­dy­na­cja, wie­dzą, co to ciężka praca, wie­dzą, co ile kosz­tuje i dla­czego tak drogo. Są za­radne i na ogół nie są roz­rzutne. Wolne od tej uciąż­li­wej bab­skiej hi­ste­rii, ła­twe w obej­ściu. Nie mają pre­ten­sji, skłon­no­ści do prze­sady i zbyt wy­so­kich wy­ma­gań, a przy­naj­mniej ich nie ob­wiesz­czają ca­łemu światu. Na­wet je­śli już ob­wiesz­czają, to nie wszystko i nie na raz.

Z jed­nej strony niby nie do końca od­róż­niają ka­raty od pań­skiej skórki, a z dru­giej, wia­domo, ze stu me­trów od­róż­nią biel­ską wełnę od an­giel­skiego twe­edu i wo­stoka od schaf­fhau­sena. A ja­kie są bie­głe w ra­chun­kach! Nie po­wie­dzą: to za drogo, bo nie chcą nic utar­go­wać. Po­wie­dzą: nie opłaca się i wyjdą z ko­misu, bo szybko po­dzie­liły oba me­dio­lań­skie buty przez liczbę klien­tów i po­mno­żyły za­zdrość ko­le­ża­nek przez war­szaw­skiego try­pra.

Tak nie­wiele po­trzeba im do szczę­ścia. Żony bli­skie ide­ału dla więk­szo­ści męż­czyzn. Dla ar­ty­stów, któ­rzy nie wiemy, co przy­nie­sie ju­tro, po pro­stu ide­alne. No bo kto le­piej od nich ro­zu­mie, że nie każdy dzień przy­nosi pracę, że są dni, a na­wet kilka dni z rzędu, kiedy pra­co­wać po pro­stu nie wolno, a fun­du­szu wcza­sów pra­cow­ni­czych jesz­cze nie wy­na­le­ziono i nikt za urlop nie płaci. Kto jesz­cze tak do­brze wie, że prze­stój to głód? Ży­jesz, póki ru­chasz. Na­wia­sem mó­wiąc, to fajny ty­tuł, nie? You Live as Long as You Fuck.

Na­wet fe­lery mamy te same. Tylko dla ku­rew i dla ar­ty­stów prze­glą­da­nie się w lu­strze jest pracą, nor­mal­nie, czę­ścią warsz­tatu. Tylko my i one za­sta­na­wiamy się, jak wy­glą­damy, gdy nie pa­trzymy w lu­stro. Może w ogóle lu­stra na świe­cie są dla nas, a reszta mo­głaby so­bie po­ra­dzić bez. Bo tylko ar­ty­ści i kurwy za­sta­na­wiają się, co by tu jesz­cze po­pra­wić, żeby wi­dzo­wie, prze­chod­nie, klienci nie mi­nęli nas bo­kiem, tępo i ospale. Ży­jemy z nich. My z re­ak­cji, one z erek­cji, a wszy­scy ra­zem - z emo­cji. Wbrew po­zo­rom, na po­zio­mie pod­ko­ro­wym to nie jest ja­kaś bar­dzo róż­nica.

Przy ca­łej ich go­to­wo­ści do eks­pe­ry­men­tów są w isto­cie dość za­sad­ni­cze, za­cho­waw­cze i prze­wi­dy­walne. Z góry wia­domo, wła­ści­wie bez słów, na co się zgo­dzą i czego od­mó­wią. To tak. A to nie. Zwięźle i tak­tow­nie. A tamto za spe­cjalną do­płatą. Nie po­doba się? Wy­pier­da­laj. Nie stać cię? Wy­pier­da­laj. Chciał­byś z ko­legą? Pier­dol­cie się sami. Kilka pro­stych, zro­zu­mia­łych, ła­twych do za­pa­mię­ta­nia re­guł. I de­mo­kra­tycz­nych, bo dla każ­dego ta­kich sa­mych.

Ich do­świad­cze­nie spra­wia, że świet­nie orien­tują się w cza­sie i prze­strzeni, wie­dzą, skąd jest bli­sko i do­kąd da­leko, jak bar­dzo można się od­da­lić, żeby dało się wró­cić o wła­snych si­łach. W każ­dej chwili, z za­mknię­tymi oczami, wie­dzą, czy jest szó­sta rano, szó­sta wie­czo­rem czy szó­sta w po­łu­dnie. To, co u nas naj­waż­niej­sze, ti­ming, mają w ma­łym palcu. Tego w żad­nej szkole nie uczą, to trzeba mieć. Bez sce­na­riu­sza i wska­zó­wek re­ży­sera orien­tują się, kiedy przy­spie­szyć, a kiedy zwol­nić, kiedy do­ci­snąć, a kiedy od­pu­ścić, kiedy się ob­na­żyć, a kiedy scho­wać. Są wir­tu­ozami, kiedy się za­po­mną, i ama­tor­kami, kiedy się kon­tro­lują. Ci­chość serca na gra­nicy wy­rze­cze­nia. Pro­stota i au­ten­tyzm gra­ni­czące z po­etyczną wul­gar­no­ścią. Zre­zy­gno­wana za­leż­ność i wy­zy­wa­jący spek­takl eman­cy­pa­cji. Oczy­wi­sta wiel­ko­dusz­ność i kró­lew­ski dy­stans. Jest w tym coś ab­so­lut­nego, bez zna­cze­nia, czy to bę­dzie ab­so­lutna ule­głość czy ab­so­lutna swo­boda. Nie można chcieć wię­cej od jed­nej ko­biety. To zna­czy można, ale po co?

Nikt nie sza­nuje mę­żów tak jak kurwy, bo mą­dre i naj­le­piej wie­dzące, jak nie­wiele dzieli we­lon od wo­alki. Nikt nie czci ar­ty­stów tak jak one: sio­stry, które żywo ro­zu­mieją sztukę po­świę­ce­nia, a więc rów­nież sztukę po­świę­ce­nia dla sztuki. Piękne tą dys­tyn­go­waną re­zy­gna­cją za­pier­da­lają od wianka do wieńca z pręd­ko­ścią jęku, bo w ca­łym ich i na­szym do­świad­cze­niu na­prawdę usta­wiczna jest tylko tym­cza­so­wość. To nie na­sze fan­ta­zje i ich po­tul­ność czy­nią je naj­lep­szymi to­wa­rzysz­kami ar­ty­stów, ale spo­sób, w jaki i one, i my od­mie­rzamy czas. Na­sze ka­len­da­rze i klep­sy­dry mają tylko trzy re­je­stry: "te­raz", "po­tem" i "wtedy".

Nie­które, nie­stety, są na­wet dość wy­kształ­cone, a na­wet jak nie są, to i tak po­tra­fią czy­tać, słu­chać i oglą­dać. Nie żeby wy­nio­sły z domu albo miały aspi­ra­cje. Żeby po­ko­ny­wać ko­lejne szcze­ble na dra­bi­nie za­wo­do­wej. Bez roz­wi­nię­cia pew­nych szcze­gól­nych umie­jęt­no­ści tkwi­łyby na pi­ga­laku albo w po­bli­skich kur­wi­doł­kach bez wi­do­ków na awans. Na szczę­ście więk­szość nie jest nad­mier­nie skom­pli­ko­wana. Są pro­ste, mają smak, który można zro­zu­mieć. Naj­waż­niej­sze, że nie współ­czują, ze współ­czu­ciem wszystko jest gor­sze.

Do tego do­cho­dzi kilka prak­tycz­nych umie­jęt­no­ści: po la­tach spę­dzo­nych pod go­łym nie­bem po­tra­fią prze­wi­dy­wać po­godę nie go­rzej niż naj­starsi gó­rale i wę­drowne ptaki. Ich męż­czyźni nie wyjdą z domu bez sza­lika, czapki i ka­le­so­nów. Mają mocne głowy, bar­dzo przy­datne, gdy przy­cho­dzi do pła­ce­nia ra­chunku w Bri­stolu albo roz­wo­że­nia pi­ja­nego to­wa­rzy­stwa po do­mach. Wy­piją tyle, co wszy­scy, a trzeźwo oce­nią, czy już nad­szedł mo­ment ewa­ku­acji. Do tego wszyst­kiego są wierne, bo już nie mu­szą się roz­glą­dać. Pa­mięć ulicy działa le­piej niż wszyst­kie przy­sięgi i za­klę­cia. Od­porne są, silne i cier­pliwe, prze­trzy­mają każdy na­wrót al­ko­ho­lowy i mor­fi­nowy, każdy głód, gło­dek i gło­dzio, i każdy kra­ter od­sta­wienny. Nie ta­kie en­tro­pie prze­żyły.

Zbla­to­wane ze sto­łeczną oby­cza­jówką, no znają ich z imie­nia i na­zwi­ska. Nie, nie wszyst­kich, bo wszyst­kich nie warto, nikt nie ma tyle czasu i nie każdy pies może tyle samo. Ale więk­szość, górną po­łowę co naj­mniej, od po­rucz­nika do na­czal­stwa, bo to też wpraw­dzie psy, ale na­dal tylko wie­prze. Swo­imi ukła­dami po­tra­fią wy­cią­gnąć czło­wieka z dołka na Wil­czej, ze żłobka na Kol­skiej, ukręcą łeb spra­wie przed ko­le­gium, a jak mają pod­pi­sane kwity, to na­wet w pro­ku­ra­tu­rze, o ile nie po­szło o klu­cze wio­li­nowe na mu­rach, dow­cipy o Go­mułce albo an­ty­ra­dziec­kie to­a­sty w Ka­me­ral­nej. Jak trzeba, opier­dolą kra­węż­nika albo pa­trol dro­gówki tak, że kra­węż­nik za­sa­lu­tuje i prze­prosi, a dro­gówka jesz­cze pod­wie­zie pod dom. Wi­dzia­łeś kra­węż­nika, który mówi: prze­pra­szam, oby­wa­telko? Bo ja wi­dzia­łem. Pół Spa­tifu szczyci się tym, że wra­cało do domu po­le­waczką. Wiel­kie halo. Ja wra­ca­łem do domu ra­dio­wo­zem.

Na lu­dziach się znają le­piej niż cały wy­dział psy­cho­lo­gii, so­cjo­lo­gii, an­tro­po­lo­gii i eko­no­mii ra­zem wzięte, le­piej niż cały je­bany uni­wer­sy­tet. Dla­tego lu­bię mieć koło sie­bie ja­kąś kurwę, kiedy ob­sa­dzam film. Rent­gen, ra­dar i kar­to­teka. W se­kundę na oko od­róż­nią ba­dy­la­rza od cink­cia­rza, urzęd­nika w de­le­ga­cji od księ­dza w cy­wilu, psa od hycla, ma­ry­na­rza z drob­ni­cowca od in­ży­niera z pe­tro­bu­dowy, pro­fe­sora zwy­czaj­nego od mar­co­wego do­centa. Bez do­cie­kli­wych py­tań, za­sad­ni­czo w ogóle bez słów. Jak? Ja­kim spo­so­bem? Kształt czaszki? Gar­de­roba? Woń? Mowa? Ję­zyk ciała? Flu­idy? Wszystko na­raz? Nie wia­domo. One same nie wie­dzą. Za­py­taj, a usły­szysz: no wiem, że wiem. Na oko? Też mam oczy, a wi­dzę po­łowę tego co one. Trze­cie oko jest znacz­nie ni­żej, niż się wy­daje. Oto wielka ta­jem­nica szpary.

I nie są za­zdro­sne, bo o kogo? O tamte? Prze­cież tamte to zwy­kłe ździry. Hob­bystki, sta­żystki, nie­do­uczone dy­le­tantki, nie­do­szłe ar­tystki. Ani to so­lenne rze­mio­sło, ani to żwawy ta­lent. A jesz­cze się toto za­ko­chać po­trafi, w ciążę zajść, prosz­kami na­sen­nymi stra­szy, gaz od­kręca albo co gor­sza, usi­łuje zro­bić śnia­da­nie. Ja­kie tam kurwy, dziwki po pro­stu. Nie po­trze­bują lu­stra, naj­da­lej pa­trzą w su­fit i pro­szą, żeby nie pa­lić w łóżku. Mi­styczki roz­ło­żo­nych nóg, na­wil­żone anioły. Nie po­ły­kają i nie pa­trzą w oczy. W po­lo­nistki z dok­to­ra­tem wsiąka, po kur­wach spływa. Dziwka to tylko cha­rak­ter, kurwa to cała oso­bo­wość, to pro­jekt i po­stać, Ge­stalt, nor­mal­nie. Jak sza­nu­jąca się ar­tystka mia­łaby być za­zdro­sna o coś ta­kiego?

Te, które jesz­cze by mo­gły, na ogół nie chcą mieć dzieci, bo wie­dzą, że dzieci to chuje. Ta­kie pro­ste, wie­dza spoza źró­deł wie­dzy. Po­ro­niony po­mysł. Do­słow­nie. Wolą co ja­kiś czas przy­tu­lić iry­ga­tor, niż przez cały czas prać pie­lu­chy, da­wać cyca i snuć się z wóz­kiem po par­kach wśród ta­bu­nów trium­fu­ją­cych, es­tro­gen­nych sa­mic. Ma­cie­rzyń­stwo? Ja­kie ma­cie­rzyń­stwo? Chyba lo­bo­to­mia ra­czej, po­wolna, czo­łowa. Nie wstają po nocy, nie przy­pa­lają kaszki, ich lu­stra nie służą do spraw­dza­nia, czy już im ob­wi­sły. I ni­gdy, ale to ni­gdy nie boli ich głowa.

Za­uwa­ży­łeś tę krzepę? Za­uwa­ży­łeś, że wol­niej się sta­rzeją? Dał­byś Ani jej lata? A jest ciut star­sza ode mnie, po­mimo że nie wy­gląda. I jak my­ślisz, dla­czego? Otóż to! Re­gu­larna gim­na­styka i dużo ru­chu na świe­żym po­wie­trzu. Dzień w dzień, świą­tek pią­tek, w każdą po­godę. Se­kret zdro­wot­no­ści i dłu­go­wiecz­no­ści. Do chod­nika nie przy­mar­z­nie, na­wet ka­taru nie zła­pie. Tak har­tuje cię szmal. Mło­dzi my­ślimy, że nie po­trze­bu­jemy muzy, do­ma­gamy się szpary. Sta­rzy, prę­dzej czy póź­niej, ra­czej prę­dzej, nie po­trze­bu­jemy szpary, win­szu­jemy so­bie pie­lę­gniarki. Te branże wię­cej łą­czy, niż dzieli, jakby kto nie wie­dział.

Niby nie go­tują, ale jesz­cze nikt od kurwy nie wy­szedł głodny. W ży­dow­skim domu za­py­tają, czy nie je­steś spra­gniony. W pol­skich do­mach za­py­tają, czy byś cze­goś nie zjadł. Kurwy po pro­stu na­kry­wają do stołu. Nie sprzą­tają, ale jesz­cze nikt nie przy­le­pił się do ma­te­raca. Nie myją okien, octu szkoda, wia­domo, jak masz wy­bór mię­dzy an­ty­kon­cep­cją a brudną szybą, to nie masz wy­boru. Ale przy­naj­mniej nikt ich nie pod­gląda w pracy. Ich śmieci wy­no­szą się same. Nie czy­tają, nie słu­chają i nie by­wają, ale wie­dzą wszystko o wszyst­kich. Nie ce­rują, nie piorą i nie pra­sują, do wy­boru mają dwa ko­misy na Chmiel­nej i ba­zar Ró­życ­kiego, a wy­glą­dają jak z fran­cu­skiego żur­nala. Kurwy, jak wy to ro­bi­cie?

Dłu­bo­wicz mówi, że ak­torki to naj­lep­sze kurwy i naj­gor­sze wdowy. Co on wie o ak­tor­kach? Gówno wie, do­słow­nie bar­dzo. Jest do­kład­nie na od­wrót. Kurwy są świet­nymi ak­tor­kami, je­śli ktoś ma sła­bość do ak­to­rek, a pra­wie wszy­scy mają lub cho­dzi o to, żeby mieli. Grają ca­łym cia­łem, a nie tylko górną po­łową, jak Lady Cy­ran­kie­wi­czowa, głów­nie na sie­dząco i naj­le­piej te wszyst­kie Ma­rie Stu­art, Elż­biety albo inne Mał­go­rzaty. Kurwy nie wsty­dzą się ciała, bo wie­dzą, że jest do­świad­cze­niem, a nie sta­nem sku­pie­nia ma­te­rii. Nie grają emo­cji, bo je mają. Za­pięte pod szyję, a wszystko na wierz­chu. Pod fu­trem plaża. Na­tu­ralne ta­lenty oszli­fo­wane nie przez szkołę fil­mową, kółko te­atralne czy stu­dencki ka­ba­ret, ale przez samo ży­cie. Wię­cej nie mają wad, niż mają za­let, co ozna­cza, że w su­mie bar­dziej dają, niż za­bie­rają. Le­piej nie ma.

No bo co ci może za­brać kurwa? Naj­wy­żej pie­nią­dze. Je­śli aku­rat je masz. Dziwki za­biorą ci całą resztę, a naj­bar­dziej do­żarte po­tra­fią na­wet okraść z ta­lentu. Oczy­wi­ście, że po­tem nie wie­dzą, co z tym zro­bić, bo tylko ty umiesz to za­mie­nić na igri­stoje, ka­wior i ta­lon na wart­burga. Ale co z tego? Za­biorą i tak, żeby po­tem mieć o czym opo­wia­dać ko­le­ża­necz­kom, wy­cią­gać z to­rebki ko­lejne dyk­te­ryjki o ży­ciu z ar­ty­stą: pa­trz­cie, dziew­czyny, co ja tu mam! Wy­rwa­łam mu jaja przez port­fel! I zo­sta­jesz z tym, z tą ich sa­tys­fak­cją i uśmiesz­kami psiap­sió­łek, sie­dzisz w czte­rech ścia­nach jak pa­lia­tywny ku­tas i ża­łu­jesz, że nie zwią­za­łeś się z ja­kąś po­rządną kurwą.

O łóżku to na­wet nie ma co ga­dać, a z tobą już naj­mniej, wasz re­per­tuar, zdaje się, jest dość skromny. Wy też uda­je­cie or­ga­zmy? Mia­łem cię za­py­tać, ale wła­ści­wie to nie wiem, czy chcę wie­dzieć. Ma­jor Gry­giel, jak wra­cał z prze­słu­cha­nia, po­tra­fił po­wie­dzieć: słabo krzy­czom, po­wie­trze dziu­rami wy­lata. Nie tra­fił na wła­ściwą ko­bietę. Kurwy mają gdzieś ja­kieś po­krę­tło, jak ra­dio, gło­śniej lub ci­szej, można je wy­re­gu­lo­wać, od po­mruku i po­sa­py­wa­nia, przez wo­ka­lizę taką, że ko­ły­szą się ży­ran­dole i ob­razki spa­dają ze ściany, aż do wy­cia, od któ­rego pęka szkło i sy­pie się tynk. Kiedy nie udają i na­prawdę szczy­tują, co wcale nie jest tak rzadko, jak się są­dzi, to na ży­cze­nie do­łożą kilka de­cy­beli. Pre­cy­zyj­nie kon­tro­lują apa­rat, jakby każdą z nich wy­tre­so­wał co naj­mniej Sta­ni­sław­ski. Na­wet nie trzeba pro­sić, same się orien­tują, ile i kiedy. Na nie­mej kur­wie to so­bie można zwul­ka­ni­zo­wać na­ple­tek i do­znać urazu krę­go­słupa. Na wo­ka­li­stce przy­cho­dzimy w try miga. Ru­chamy uszami i one to ską­deś wie­dzą.

Ży­cia można się od nich na­uczyć, bo od kogo? My się znamy na war­to­ściach, one na ce­nach. Trzeba do­piero kurwy, żeby te dwa po­ję­cia się spo­tkały, czyli żeby dało się żyć ze sztuki. Wiemy, co jest do­bre, ale mało kiedy wiemy, za ile to sprze­dać, a jesz­cze rza­dziej, komu. Je­ste­śmy go­towi za­ty­rać się tylko po to, żeby po­tem prze­pła­cać za mo­ment wy­tchnie­nia, a i tak za­nim skoń­czymy od­po­czy­wać, już mamy nowe długi. To nie my i nie Fe­ni­cja­nie wy­my­śli­li­śmy cen­nik, to kurwy. Bez cen­nika nie ma klienta, jest je­leń, a je­le­nia można ustrze­lić tylko raz. Po­tem nie żyje. Ta cała pier­do­lona no­wo­cze­sność na­uczyła się tego od ku­rew: da ci odro­binę wię­cej niż to, na co cię ak­tu­al­nie stać, tylko po to, żeby cię do­ci­snąć, gdy bę­dziesz chciał jesz­cze. Nie osku­bie cię, ale nie prze­sta­nie sku­bać. A kiedy do­je­dziesz do ściany, za­pyta: no co ty? Nie wiesz, ile to warte? Cen­nika nie wi­dzia­łeś?

No i masz, Wa­wer, całą róż­nicę. My się so­len­nie ob­ru­szamy i za­kli­namy, że nie wolno da­wać dupy za pie­nią­dze, bo dupa służy do wyż­szych ce­lów. Po czym da­jemy dupy za bony, ta­lony i ku­pony, za M-3 z wiel­kiej płyty, za pasz­port, za ta­śmę na na­sze no­wo­fa­lowe filmy, za pa­pier na na­sze awan­gar­dowe po­wie­ści. Za na­sze lu­stra. Kto ma nas zro­zu­mieć, je­śli nie na­sze kurwy?

Filmu z tego nie bę­dzie, ale my­ślę, żeby to spi­sać. Może książka. Na­wet za­czą­łem, mam już ty­tuł, rzuć okiem na re­ming­tona, tylko nie mów Ani.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki