Dane oryginału
Every Family Has A Story: How We Inherit Love and Loss
Copyright ? Julia Samuel 2022
First published in 2022 by Penguin Life
Published by the agreement with Lutyens & Rubinstein Literary Agency and Book/lab Literary Agency, Poland
Projekt okładki i stron tytułowych oraz ilustracja na okładce
Oksana Shmygol
Wydawca
Sylwia Ciuła
Redaktor prowadzący
Barbara Surówka
Redakcja
Magdalena Mendys
Korekta
Marzena Kłos
Produkcja
Anna Bączkowska
Skład wersji elektronicznej na zlecenie Wydawnictwo Naukowe PWN S.A.: Michał Latusek
Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w Internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując jej część, rób to jedynie na użytek osobisty.
Szanujmy cudzą własność i prawo.
Więcej na www.legalnakultura.pl
Polska Izba Książki
Copyright ? for the Polish edition by Wydawnictwo Naukowe PWN S.A.,
Warszawa 2026
ISBN 978-83-01-24894-9
eBook został przygotowany na podstawie wydania papierowego z 2026 r. (Wydanie I)
Warszawa 2026
Wydawnictwo Naukowe PWN SA
02-460 Warszawa, ul. Gottlieba Daimlera 2
tel. 22 69 54 321, faks 22 69 54 288
infolinia 801 33 33 88
email: pwn@pwn.pl; reklama@pwn.pl
www.pwn.pl
Wstęp
Każda rodzina ma swoją historię. Historię miłości i straty, radości i bólu.
Historia rodziny, w której przyszłam na świat, jest pełna przywilejów i traum, o których nikt nie wspominał. Nie było rozmów, prób zrozumienia tego, co działo się w przeszłości i obecnie, ani stawiania temu czoła. Rodzice wkraczali w dorosłość w czasie II wojny światowej. Ojciec służył w marynarce, matka pracowała na roli w ramach służby pomocniczej. Ale to nie w tym tkwiło źródło ich traum. Rodzice matki, a także jej dwoje rodzeństwa zmarli nagle, zanim skończyła dwadzieścia pięć lat. Ojciec i brat mojego ojca także odeszli niespodziewanie, gdy był jeszcze młodym mężczyzną. Ich ojcowie walczyli w I wojnie światowej.
Podobnie jak większość ludzi żyjących w tamtych czasach - co potwierdzą przedstawiciele pokolenia "boomerów", do którego sama należę - postawili sobie za główny cel przetrwanie i podtrzymanie gatunku. Wyróżniały ich godna podziwu wytrwałość, hart ducha i odwaga. Ich sposób na przetrwanie - jedyny, jaki znali - opierał się na zapomnieniu i parciu naprzód. Żyli wedle zasady, że to, o czym się nie mówi i nie myśli, nie może nas zranić.
Robienie dobrej miny do złej gry, zgrywanie twardzie-la i trzymanie fasonu - to były mantry mojego dzieciństwa i dzieciństwa większości moich rówieśników. Nawet wtedy jednak, gdy coś znika nam z oczu - albo zwłaszcza wtedy - wzór utkany z miłości i cierpienia staje się jeszcze bardziej skomplikowany. Nie zawsze dostrzegamy go gołym okiem, lecz nadal ma swoją fakturę, nadal nas uwiera.
Często nie rozumiemy, że takie zachowania są spuścizną po traumie. Trauma nie ma swojego języka ani poczucia czasu. Zalega w naszym ciele w stanie pełnej gotowości, by się odpalić nawet po wielu dziesiątkach lat. Nie pozwala przetwarzać emocji. W moim przypadku wiązało się to z brakiem wielu elementów układanki. Pamiętam, jak przeglądałam czarno-białe fotografie moich zmarłych dziadków, ciotek i wujków, szukając jakichkolwiek wskazówek, bo wiedziałam o tych ludziach tyle co nic. Dopiero w tym roku po raz pierwszy zobaczyłam zdjęcie mojego dziadka ze strony matki. W naszej rodzinie było tak wiele tajemnic i niedopowiedzeń, że patrząc dziś na własnych rodziców, zadaję sobie pytania: Jak dużo wiedzieli? O czym myśleli? Czy zdawali sobie sprawę z tego, co czują? Czy kiedykolwiek rozmawiali na naprawdę ważne tematy? Czy dzielili się ze sobą tymi sekretami? Na pewno nie wspominali o nich przy mnie.
Dlatego nieustannie wytężałam wzrok i nadstawiałam uszu. To wszystko okazało się doskonałą pożywką dla przyszłej psychoterapeutki: zawsze uważnie słuchałam i obserwowałam, zaintrygowana tym, co kryło się za fasadą - niczym detektyw szukający śladów.
Moi rodzice już nie żyją. Podczas pisania tej książki moja miłość do nich i zrozumienie dla nich zmieniały się i pogłębiały. Oboje żyją we mnie, nieustannie mnie kształ-tują i wpływają na moją osobę - tak jak większość tych, z którymi łączą mnie najistotniejsze relacje. Jestem im ogromnie wdzięczna. Wyposażyli mnie w szereg kluczowych umiejętności, zachowań i sposobów bycia, które służą mi do dziś. Wciąż odcinam kupony od szans, które mi dali.
Zabrałam się za pisanie książki o rodzinach, ponieważ każdy, kto się zjawiał w moim gabinecie, skupiał się właśnie na tym temacie. Ludzie chcą wiedzieć, dlaczego relacje z bliskimi sprawiają im trudność, albo mówią o tym, dlaczego ich kochają - i o wszystkim pomiędzy. Pod tym względem niczym się od nich nie różnię. Podczas własnej terapii przez długie godziny zgłębiałam tematy związane z rodziną, w której przyszłam na świat, oraz tą, którą sama stworzyłam, próbując dojść z tym wszystkim do ładu.
Współczesna rola rodziny
Termin "rodzina nuklearna" - para małżonków z dziećmi - nie jest już w stanie trafnie opisać 19 milionów rodzin mieszkających w Wielkiej Brytanii. Współczesne rodziny przybierają różnorakie formy: dzieci może wychowywać jedno z rodziców, dwie osoby tej samej płci, są też rodziny adopcyjne, wielopokoleniowe, poliamoryczne, patchworkowe, bezdzietne, a także tworzone przez ludzi niespokrewnionych.
W przeszłości podstawową funkcją rodziny było wychowywanie dzieci. Społecznie wiele się jednak zmieniło: coraz więcej matek pracuje, a liczba dzieci w rodzinach spada. Ponieważ żyjemy dłużej, ich wychowanie zajmuje jedynie połowę naszego dorosłego życia. Jako dorośli dłużej niż niegdyś funkcjonujemy w przestrzeni rodzinnej, ponosząc zarówno pozytywne, jak i negatywne skutki tego, co z niej wynieśliśmy. Każda osoba żyjąca w jednym z wymienionych wyżej modeli rodziny będzie na niego reagować w sposób indywidualny, zależny od genetyki, środowiska i własnych doświadczeń.
Chciałam zajrzeć pod powierzchnię tych modeli, by sprawdzić, jakie procesy w nich zachodzą, i odpowiedzieć na pytanie: co sprawia, że niektóre rodziny, mimo ogromnych trudności, potrafią się rozwijać, podczas gdy inne się rozpadają? Co zwiastuje rozpad rodziny? Dlaczego bliscy doprowadzają nas czasem do szału?
Moja książka ma na celu zgłębić te kwestie i pomóc je lepiej zrozumieć. Nie jest instrukcją tworzenia idealnych rodzin, bo takie nie istnieją. Rodziny funkcjonują w spektrum: od dysfunkcji do harmonii, w zależności od oddziałujących na nie czynników wewnętrznych i zewnętrznych. Opowiadam tu historie ośmiu rodzin, które stanęły wobec konkretnych wyzwań, i śledzę ich losy na przestrzeni pokoleń. Często bagatelizujemy wpływ jednej generacji na drugą. Nierozwiązane napięcia i stresy mogą się przenosić z pokolenia na pokolenie, potęgując doświadczane przez nie trudności.
Rodziny wciąż się zmieniają, dlatego funkcjonowanie w nich jest tak skomplikowane i wymaga ciągłego wysiłku. Gdy przedstawiciele starszego pokolenia mierzą się ze starością, ich dorosłe potomstwo żegna się ze swoimi dziećmi opuszczającymi dom, a młodzi dopiero się uczą, czym jest dorosłość - i jak się w niej odnaleźć. Dawny, czteroetapowy cykl życia - założenie rodziny (małżeństwo), rozwój rodziny (dzieci), kurczenie się rodziny (dzieci wyfruwają z gniazda), rozpad rodziny (śmierć partnera) - dziś wcale nie jest regułą. Małżeństwa kończą się rozwodami, dzieci nie chcą się wyprowadzać z domu albo wracają po latach, a niektórzy nie mają dzieci wcale. Z opowieści zawartych w tej książce wynika, że czasem rodziny muszą się zjednoczyć, a innym razem zrobić krok wstecz. To właśnie ten taniec - zbliżanie się i oddalanie krewnych, próby osiągnięcia harmonii przy jednoczesnej akceptacji różnic - umacnia i stabilizuje.
Rodziny fascynują mnie nie bez powodu: odgrywają niezwykle istotną rolę. Wywierają największy wpływ na dziecko i jego przyszłość. Dzięki miłości wyniesionej z rodzinnego domu, dziecko wchodzi w dorosłość silniejsze emocjonalnie, fizycznie i duchowo, co pozwala mu wieść szczęśliwe, zdrowe, spełnione życie. W swojej najbardziej pożądanej formie rodzina stanowi bezpieczne miejsce, w którym możemy być sobą - ze wszystkimi słabościami i pęknięciami - i nadal cieszyć się miłością i zrozumieniem. W idealnym przypadku jest to przestrzeń, w której korzenie naszego rozwoju są w pełni rozpoznane, a atmosfera, w jakiej dorastamy - przemyślana.
U podstaw naszego dobrostanu leżą relacje z innymi ludźmi. To od jakości tych relacji zależy jakość naszego życia. Jako terapeutka opierająca się w swojej pracy na teorii przywiązania Johna Bowlby'ego wiem, że wszystko, co dotyczy relacji, ma swój początek w rodzinie. To tam się uczymy, jak je nawiązywać, a także jak zarządzać emocjami we wszyst-kich obszarach życia - w relacji z samym sobą, w miłości, przyjaźni, pracy i, rzecz jasna, w rodzinie. Podstawy naszych przekonań i wartości zostają w nas zaprogramowane przez rodzinę, niezależnie od tego, czy je potem rozwijamy, czy się im przeciwstawiamy. Najważniejsze jednak, że to właśnie w rodzinie zyskujemy poczucie własnej wartości: zaczynamy wierzyć, że coś sobą reprezentujemy - lub nie.
Rodziny "wystarczająco dobre" - jak to ujął wybitny pediatra i psychoanalityk Donald Winnicott - stanowią fundament naszej egzystencji, podstawę, która daje oparcie, gdy życie rzuca nam kłody pod nogi. Kiedy funkcjonują tak jak trzeba, możemy się do nich zwrócić w trudnych chwilach, otrzymać wsparcie. Gdy świat zewnętrzny wydaje się rozbity i obcy, dom i rodzina mogą być schronieniem, w którym odzyskamy zdrowie i siły.
Nawet jeśli nie widujemy się z rodziną, ona wciąż w nas tkwi: w naszych genach, pamięci, podświadomości. Rodziny nie da się porzucić, w przeciwieństwie do partnera czy przyjaciółki.
Wyjątkowe rodziny są najzwyczajniejsze na świecie
Rodziny, o których piszę, są zarazem wyjątkowe i zwyczajne. Wierzę, że gdybym wybrała dowolną rodzinę w dowolnym momencie jej życia, mogłybyśmy wspólnie odkryć, co się kryje pod powierzchnią: jej wewnętrzne mechanizmy, motywacje i niewidzialne siły kształtujące losy poszczególnych osób. Mogą to być "duchy z dziecięcej szafy" - wspomnienia z dzieciństwa, wpływ rodziców i dziadków albo doświadczenia związane z własnymi dziećmi, które zmuszają do konfrontacji z tym, z czym dotychczas nie mieli odwagi się zmierzyć. To, co byśmy odkryli, należałoby wyłącznie do nich, a zarazem byłoby czymś, co wszyscy dobrze znamy.
Odkrywanie głębszych warstw siebie dawało moim klientom - i mogłoby dać każdej rodzinie - klarowność i wewnętrzne oparcie w obliczu życiowych zawirowań.
Zadziwia mnie, jak wiele uwagi poświęca się w rodzinach błahostkom, podczas gdy to, co naprawdę istotne, często pozostaje przemilczane. Nasza wyobraźnia wypełnia te luki, często zabierając nas w rejony nieznane i przerażające; opowieści, które snujemy, pełne są luk i domysłów. Wiedząc, że rodzinne scenariusze przekazywane są z pokolenia na pokolenie, szczególną uwagę poświęciłam sile sekretów i przemilczeń. Zrozumiałam, że to, co zostaje w nas odrzucone i zepchnięte w cień, nie znika, lecz fermentuje i może z czasem przybrać wrogą, destrukcyjną postać.
Moi klienci nie przychodzili do mnie, by rozdrapywać dawne rany, lecz by znaleźć ulgę w bólu, który doskwierał im tu i teraz. Odkrywaliśmy jednak, że ich "teraz" utkane jest z nici "wtedy". Dostrzegłam między innymi to, że trauma potrafi przechodzić z pokolenia na pokolenie.
Znałam teorię, według której nieprzepracowane doświadczenie traumy w jednym pokoleniu zostaje przekazane dalej i trwa, dopóki ktoś nie odważy się zmierzyć z jej bólem. Znałam też wyniki badań z zakresu epigenetyki - dotyczącego sposobu, w jaki trauma zmienia chemiczną strukturę ludzkich genów, wpływając na nasz "system operacyjny": wyostrza reakcję na bodźce zewnętrzne i uruchamia w mózgu, a konkretnie ciele migdałowatym, tryb "walcz, uciekaj, zastygnij". Możemy pozostać w stanie alarmowym przez dziesiątki lat po traumatycznym zdarzeniu, jeśli nie zostało odpowiednio przepracowane. Na przykład, gdybyśmy nie zajęli się traumą związaną z samobójstwem w rodzinie Rossich, któreś z wnucząt mogłoby doświadczyć lęków, doznań czy obrazów, których nie byłoby w stanie zrozumieć, i w rezultacie doszłoby do przekonania, że to z nim coś jest nie tak. Z tej wiedzy wypływają dwa ważne wnioski. Po pierwsze, świadomość, że nasza psychiczna krzywda mogła mieć początek, zanim pojawiliśmy się na świecie, i że nie świadczy o naszym osobistym niepowodzeniu. Po drugie, że mierząc się z tym bólem i go przetwarzając, chronimy kolejne pokolenia przed jego powielaniem.
Każda z ośmiu rodzin, o których piszę, musiała stawić czoło poważnym wyzwaniom - tak jak my wszyscy. To właśnie w punktach zwrotnych, takich jak śmierć, choroba czy rozstanie, rodziny często chwieją się w posadach. Przywiązanie do przeszłości i lęk przed przyszłością sprawiają, że zmiany w rodzinie wydają nam się zarazem przerażające i ekscytujące - każdy członek rodziny prezentuje inne, czasami sprzeczne postawy. Opisane w tej książce rodziny pokazały, jak wielkiego poświęcenia i zaangażowania wymaga pielęgnowanie więzi rodzinnych: stawianie ich ponad inne życiowe sprawy, trwanie razem w kryzysie. Udowodniły, że rodziny -szczególnie w momentach przełomowych, ale i na co dzień - wymagają od nas niewyczerpanych zasobów miłości, cierpliwości, samoświadomości, czasu, wysiłku i, nie ma co ukrywać, pieniędzy. Starałam się rzucić nieco światła na najdrobniejsze szczegóły tego, co się dzieje w konkretnej rodzinie, wierząc, że najbardziej intymne fragmenty naszej codzienności mają wymiar uniwersalny.
Pokolenia
Coraz bardziej ciągnie mnie do pracy z systemami rodzinnymi, gdyż postrzegam nasze życie jako sieć powiązań i współzależności, nie jako zbiory jednostek. Zmiana to proces zbiorowy. Dzięki tej pracy zrozumiałam, że na rodziny wpływa nie tyle samo zdarzenie, ile jakość więzi i intencjonalna życzliwość pomiędzy jej uczestnikami - to one decydują, czy potrafimy stawić czoło wyzwaniom.
Nowym, ważnym odkryciem była dla mnie siła, z jaką dziadkowie i rodzice mogą wpływać na dorosłe już dzieci w dobrych i złych chwilach. Z opisanych dalej studiów przypadku wynika jasno, że rodzina to coś więcej niż suma jej członków. Każdy ma swoją indywidualną historię, ale dopiero wszystkie razem składają się na system rodzinny i wspólny styl funkcjonowania. Cykl życia rodziny - od narodzin, przez dorastanie i dorosłość, po starość - to podstawowe środowisko rozwoju człowieka. Przyglądając się historii poszczególnych rodzin na przestrzeni pokoleń, widzimy, jak wpływają one na siebie nawzajem, i zaczynamy lepiej rozumieć samych siebie.
W każdym z rozdziałów to rodzina tworzy ramy, w których mieszczą się emocjonalne systemy wszystkich żyjących generacji - od trzech do nawet pięciu. To, jak ten system emocjonalny jest zarządzany przez wszystkich członków rodziny, a szczególnie przez rodziców i dziadków, wpływa na ich odporność w obliczu zmian czy nawet traumatycznych strat.
Emocje nie są logiczne. Możemy pragnąć, by nasze dziecko, rodzic czy dziadek nie przejmowali się czymś, co wydaje nam się błahe, albo przeciwnie, by nie zatracali się w traumie, ale to tak nie działa. Celem naszego systemu emocjonalnego jest przekazywanie sygnałów, które przepływają przez ciało - świadczących o bezpieczeństwie lub zagrożeniu - umożliwiających odczuwanie przyjemności i zaspokajanie potrzeb. Ważne, by emocje mogły przez nas swobodnie przepływać: zarówno te bolesne, jak i radosne. To właśnie ich blokowanie rodzi dysfunkcję. W rodzinach dysfunkcja bywa dziedziczona - rodzice modelują swoje zachowania względem dzieci, a cykl się powtarza.
Rodzina dysfunkcyjna może mieć wiele odcieni i stopni nasilenia. Zazwyczaj jest to taka rodzina, w której interakcje negatywne przeważają nad pozytywnymi. Nie ma w niej przewidywalnej życzliwości, wzajemnej troski ani wsparcia. Takie rodziny nie potrafią radzić sobie z trudnościami: konflikt może szybko przerodzić się w impas, który trwa miesiącami, latami, a nawet przechodzi z pokolenia na pokolenie. Cechują je sztywność i zero-jedynkowe podejście do wartości, przez co zamykają się na dialog. Na poziomie emocji i zachowań takie osoby bywają skrajnie nieprzewidywalne, a nieprzepracowane napięcia stają się źródłem cierpienia dla całej rodziny. Bliscy mogą jednocześnie doświadczać poczucia opuszczenia i zniewolenia. Wchodzą w uzależniający mechanizm nieregularnej nagrody - czasem dostają upragnioną miłość i uwagę, by chwilę później, bez wyraźnego powodu, zostały im odebrane. Wszyscy zaczynają żyć w oczekiwaniu na kolejny "strzał".
Rodziny znajdujące się na granicy skrajnej dysfunkcji, które stoją w miejscu, rzadko trafiają do mojego gabinetu. Często zastanawiam się nad tą przykrą zależnością, że ci, którzy najbardziej potrzebują wsparcia i zrozumienia, najrzadziej o nie proszą - lub, co gorsza, nie mają do nich dostępu.
System rodzinny to nie tylko nośnik emocji i głęboko zakorzenionych schematów. To również przestrzeń, w której - w sposób jawny lub domyślny - ustalają się wzorce relacji: kto pełni jaką rolę, kto ma władzę, o czym wolno mówić, co podlega wyparciu, a jakie zachowania są akceptowane. Gdy mechanizmy te stają się toksyczne, mogą generować cierpienie zarówno u konkretnych osób, jak i w całym systemie. Jeśli na przykład ojciec jest słaby lub wycofany, jedno z dzieci może przejąć rolę dominującą - ten rodzaj dynamiki nie tworzy się w próżni i wpływa na wszystkich. Nie wystarczy "naprawić" jednego ogniwa - trzeba poświęcić uwagę całości, bo to właśnie rodzina jako system staje się medium zmiany.
Zdarza się, że jeden z członków rodziny wyraża poprzez swoje zachowanie to, czego nie sposób wypowiedzieć wprost. Jeśli na przykład w rodzinie nie rozmawia się o pieniądzach, jedno z dzieci może przejawiać kompulsywną potrzebę kontroli. Rodziny potrafią ugrzęznąć w kryzysie, powielając te same, nieskuteczne strategie w nadziei, że tym razem przyniosą inne rezultaty - a one tylko pogłębiają trudności. To rodzina jako całość wymaga zrozumienia. A czasem nie tylko zrozumienia, lecz także realnej zmiany oraz wsparcia w wypracowaniu nowych wzorców zachowań. W pracy z rodzinami zawsze przyglądam się nie jedynie "osobie z problemem", ale przede wszystkim relacjom i wzorcom, które mogą generować napięcia.
Każdy, kto zechce się przyjrzeć własnej rodzinie, może na tym skorzystać. Analiza odziedziczonych wzorców i zachowań pomaga zrozumieć, co wymaga poprawki. Często to właśnie drobne, niespodziewane gesty przynoszą największą zmianę. Na przykład rodzina Wynne'ów wsparła swojego syna, któryzmagał się z depresją, oglądając z nim wszystkie odcinki serialu Współczesna rodzina.
Miłość ma znaczenie
Miłość - jako podstawowe i przewidywalne źródło wsparcia emocjonalnego w rodzinie - jest absolutnie kluczowa. Mowa tu o miłości we wszystkich jej formach: jako zdolności do dawania i przyjmowania, wyrażanej w działaniu, w umiejętności odpuszczania, w zbliżaniu się i oddalaniu, w rozdarciu i naprawie.
U podstaw rodzinnych pęknięć i złamanych serc często leży zazdrość i rywalizacja o tę - postrzeganą jako ograniczona - "pulę miłości", niezależnie od formy, jaką przybiera. To napięcie rodzi cierpienie i walkę: między rodzeństwem, partnerami, pokoleniami.
Od lat toczy się spór o to, co jest ważniejsze: natura czy wychowanie. Rodzimy się z genetycznym zapisem - skłonnościami do określonej inteligencji, sprawności fizycznej i cech charakteru - ale to środowisko decyduje, czy te możliwości zostaną rozwinięte, czy stłumione.
Los rodziny, do której trafiamy - jej sytuacja materialna, historia, kondycja psychiczna, wzorce relacyjne - ma ogromny wpływ na jakość wychowania. W samym centrum naszego dobrostanu jednak leży poczucie przynależności. Przekonanie: "Jestem kochany. Jestem częścią całości. Ta rodzina to mój dom i moje schronienie, bez względu na wszystko".
Z własnego doświadczenia oraz z historii rodzin, które poznałam podczas pracy nad tą książką, wiem, że to nie więzy krwi czynią nas takimi, jakimi jesteśmy, lecz opowieści, których częścią się stajemy. Kiedy opowiada się nam prawdziwe historie, wierzymy, że jesteśmy godni miłości. Że mamy swoje miejsce. I właśnie wtedy zaczynamy rozkwitać, bez względu na geny, pochodzenie czy nazwisko.
Rodziny bywają chaotyczne, pogmatwane i niedoskonałe. Tam, gdzie panuje największa bliskość i zaangażowanie, ranimy najdotkliwiej, kłócimy się najzacieklej i popełniamy najtrudniejsze do naprawienia błędy. A jednak to właśnie w rodzinie - gdy jest dla nas bezpieczną przystanią - możemy rozkwitać. To naprawdę warte wysiłku, bólu i zachodu. Bo jeśli możemy na nią liczyć, rodzina staje się siłą, która trzyma nas w całości, gdy świat się rozpada. Nawet jeśli dzielą nas kilometry, rodzina może pozostać centrum naszego istnienia - punktem oparcia, który pomaga zachować równowagę pośród największego chaosu i szaleństwa.
Najlepsze, co możemy dla siebie zrobić, to postawić rodzinę na pierwszym miejscu - w sercu, w myślach i pod względem ilości poświęcanego jej czasu.
Terapia
Jestem ogromnie wdzięczna moim klientom, którzy zgodzili się, bym opisała ich najbardziej osobiste i bolesne doświadczenia. Nazywam ich historie "opowieściami" - i rzeczywiście nimi są - ale warto pamiętać, że opisuję po prostu ich życie. Dla nich to nie jest żadna "opowieść". Ich szczodrość i odwaga wynikały z nadziei, że opowiadając historię swojej rodziny, pomogą innym lepiej zrozumieć własne losy, a może nawet uleczyć dawne rany. Wierzę, że mądrość rodząca się w dyskretnym dialogu między klientem a terapeutą zbyt długo pozostawała ukrytym skarbem, a przecież mogłaby wzbogacić każdego z nas.
Tożsamość moich klientów została starannie zamaskowana, by chronić ich prywatność. Niektóre sylwetki mają charakter uogólniony i łączą cechy kilku osób, a wszystkie opisane relacje terapeutyczne - poza jedną - rozwijały się w czasie pandemii COVID-19 w latach 2020/2021, za pośrednictwem Zooma. Do pandemii odwołuję się jedynie tam, gdzie miała ona realny wpływ na sytuację klientów. Choć była źródłem wielu trudności, nieoczekiwanie przyniosła też korzyści dla samej terapii. Z praktycznego punktu widzenia mogłam się umawiać z większą liczbą osób. Wprowadzenie do gabinetu całej rodziny bywa wyzwaniem logistycznym, a spotkania online umożliwiały to bez przeszkód. Zauważyłam również, że dla wielu osób, szczególnie ze starszego pokolenia, terapia zdalna okazała się mniej onieśmielająca. W bezpiecznej przestrzeni własnego domu, z filiżanką herbaty, przed ekranem dzielonym z bliskimi i terapeutką, tworzyli przestrzeń sprzyjającą szczerym rozmowom na ważne, i często niełatwe, tematy. Zdarzało się, że po zakończeniu sesji opuszczałam rozmowę, a rodzina zostawała, kontynuując dyskusję. Często myślałam, że to właśnie te ciągi dalsze byłyby najciekawsze. Zwykle prosiłam potem o krótką relację, ale nigdy jej nie otrzymałam. Mimo braku fizycznej obecności, problemów z łączem czy ograniczonej komunikacji niewerbalnej, spotkania online przyniosły nam więcej korzyści niż problemów. Choć nadal preferuję pracę na żywo, dla wielu rodzin właśnie forma zdalna okazuje się bardziej skuteczna.
Część rodzin opisywanych w książce była moimi klientami, inne zaprosiłam z powodu ich unikatowej perspektywy (tak było w przypadku Bergerów oraz rodziny Singhów/Kellych) lub szczególnych wyzwań, z którymi się mierzyli (Craigowie). Każdą historię można czytać osobno, lecz razem tworzą opowieść o odwadze: szukaniu pomocy i gotowości do zmiany w obliczu trudności.
Gdy słucham klientów zmagających się z bolesnymi i trudnymi do rozwiązania problemami w relacjach z bliskimi, którzy nie chcą dołączyć do terapii, często się okazuje, że rodzic lub brat/siostra są zafiksowani na "własnej racji", nie potrafią dostrzec innych punktów zapalnych. Kurczowe trzymanie się swojego stanowiska to znak rozpoznawczy rodzin uwikłanych w negatywne wzorce. Rodziny opisane w tej książce pokazały, że prawdziwa siła tkwi w zdolności do adaptacji, zmiany perspektywy i szukania głębszego kontaktu. Nasza wspólna praca stała się dla nich przestrzenią do ćwiczenia tych umiejętności. Zdolność do rozpoznawania i regulowania emocji okazała się kluczowa w przezwyciężaniu międzypokoleniowych wyzwań.
W tym kontekście warto przywołać definicję inteligencji emocjonalnej Daniela Golemana, który określa ją jako zdolność do rozpoznawania, oceny i kontrolowania własnych emocji[1]. Jeśli nie chcemy, by chroniczny stres współczesnego życia rodzinnego przejął nad nami kontrolę, musimy nauczyć się mądrze obchodzić z własnymi emocjami. Dzięki samoświadomości możemy sobie przypomnieć- zwłaszcza w chwilach emocjonalnego przeciążenia - że istnieją inne stany i emocje. To, co czujemy w danej chwili, nie definiuje nas raz na zawsze. Dzięki takiemu podejściu uczymy się praktyk pozwalających odzyskać równowagę - uważności, wyjścia na chwilę z pokoju - które pomagają nie tyle odreagować napięcie, ile świadomie zdecydować, jak się z nim uporać. Rozwijamy w sobie dyscyplinę filtrowania słów i emocji w służbie relacji, a nie przeciwko niej. Uczymy się łączyć myślenie z odczuwaniem, słuchać innych z empatią. Gdy potrafimy się uspokoić - i widzimy, że inni też to robią - nie potrzebujemy niczego wymuszać. Zaczynamy wierzyć w to, że w naszym systemie rodzinnym jest wystarczająco dużo miłości dla wszystkich.
Terapia rodzinna bywa intensywniejsza niż ta indywidualna. Każde doświadczenie zostaje bowiem przemnożone przez liczbę osób. Dla rodzica, który często nie chce uznać swojej współodpowiedzialności, może to być szczególnie trudne. Zmierzenie się z bólem i zarzutami ze strony własnych dzieci wymaga ogromnej cierpliwości, a także odwagi, by dotrwać do końca spotkania mimo wstydu. Bolesne odkrycia ranią dożywego, lecz mogą też przynieść nieoczekiwane korzyści. Wierzę, że rodziny, które mają odwagę dopuścić do siebie siłę emocji, pozwolić im przez siebie przepłynąć i zmienić jakość wzajemnych relacji, w niektórych przypadkach doświadczają prawdziwej przemiany, w innych - głębokiej ulgi. Ból jest czynnikiem zmiany. Unikanie go tę zmianę blokuje. Gotowość opisanych w tej książce rodzin do nazywania, przeżywania i przepracowywania własnych trudności stanie się dla nich nowym wzorcem.
Nie jestem terapeutką rodzinną, ale czerpię z teorii tego nurtu pełnymi garściami. Podczas pracy z rodzinami moim celem było zbudowanie silnej, opartej na przywiązaniu więzi, która sprzyja zaufaniu, a to właśnie ono jest jednym z najważniejszych czynników decydujących o skuteczności terapii. W tej książce częściej wybrzmiewają głosy matek, co stanowi odzwierciedlenie faktu, że kobiety wciąż znacznie powszechniej niż mężczyźni sięgają po pomoc terapeutyczną. Choć tych drugich z roku na rok przybywa, nadal są w mniejszości.
Formy mojej współpracy z klientami bywają różne. Są pary, które zgłaszają się do mnie kilka razy w roku, traktując nasze spotkania jako sposób na podtrzymanie relacji. Z niektórymi rodzinami widuję się raz w miesiącu z podobnych powodów, a większość klientów indywidualnych spotyka się ze mną co tydzień lub co dwa tygodnie. Po zakończeniu terapii zawsze jest mi miło, gdy napiszą krótką wiadomość, co u nich, albo kartkę na święta, choć nigdy tego nie oczekuję. Ich historie pozostają jednak we mnie, kształtują mnie i wpływają na mnie, tak jak wszystkie ważne relacje w moim życiu.
Terapia nie trwa wiecznie, ma swój początek i koniec. Dzięki regularnej ocenie postępów dochodzimy w którymś momencie do wniosku, że czas zakończyć wspólną pracę. Mój klient zyskuje poczucie sprawczości i może dalej iść przez życie bez potrzeby korzystania z psychoterapii. Mam nadzieję, że wzmocnił swoją odporność psychiczną na tyle, by poradzić sobie z przyszłymi trudnościami i stratami, i będzie potrafił wziąć odpowiedzialność za dalszy własny rozwój. Wie, że doznał krzywdy - ze strony rodziców, partnera czy wskutek jakiegoś wydarzenia - ale nie tkwi już w błędnym kole obwiniania. Terapia nie cofa tego, co się wydarzyło, lecz uczy, jak mimo to żyć, rozwijać się i zmieniać.
Zakończenie relacji terapeutycznej to kluczowy element całego procesu. Ponieważ zostaje uwzględnione już w początkowym kontrakcie, ważne, by nie było dla klienta zaskoczeniem. Zakończenia są planowane i zazwyczaj następują stopniowo. Po zbudowaniu tak bliskiej i znaczącej relacji zawsze odczuwam smutek, gdy nadchodzi jej kres. Kontynuacja znajomości na niwie prywatnej może być kusząca, ale nie jest zalecana. Rozważając inny rodzaj relacji z byłym klientem, biorę pod uwagę przede wszystkim to, by nie wyrządzić mu szkody. Jasno określone granice pomagają uszanować terapię i miejsce, jakie zajmuje w nas obojgu. Zdarzyło mi się nawiązać z byłymi klientami podwójną relację - zazwyczaj o charakterze zawodowym - która nie była szkodliwa, niemniej staram się tego unikać.
W książce wielokrotnie wspominam swoją superwizorkę. Podobnie jak wszyscy moi koledzy, włączam superwizję do praktyki klinicznej, aby chronić klientów przed ewentualnymi błędami, które mogłabym popełnić. Dla psychoterapeuty superwizja stanowi przestrzeń do nauki - okazję, by przyjrzeć się własnym myślom, emocjom i zachowaniom w kontakcie z klientem. Moja superwizorka jest szanowaną i cenioną koleżanką po fachu, do której zwracam się z pytaniami natury etycznej, wątpliwościami, porażkami, dylematami, a także z przejawami gniewu czy obaw dotyczących mojej pracy terapeutycznej - czasami zaś z poczuciem satysfakcji z postępów, jakie poczynili klienci. Nie sądzę, żebym mogła bez niej skutecznie pracować. Praca z ludźmi zawsze rodzi pytania, konflikty i trudności, a mądra i godna zaufania osoba pomaga się z nimi zmierzyć.
Praca z całymi rodzinami, a nie z jednostkami, i jednoczesne pisanie o tym były dla mnie psychologicznym wyzwaniem. Wymagało to rezygnacji z wielu aspektów życia poszczególnych osób i skupienia się na tych elementach, które miały wpływ na całą rodzinę. Dla wszystkich ludzi, z którymi pracowałam - a większość z nich nigdy wcześniej nie korzystała z terapii - był to proces otwierający oczy i zbliżający ich do siebie. Cieszyli się z możliwości przyjrzenia się sobie i zmierzenia z trudnymi tematami, a ja przejmowałam na siebie ciężar niełatwych emocji i wspierałam ich w dochodzeniu do własnych odkryć. Mierzenie się z lękiem i bolesnymi doznaniami bywało trudne, ale też poruszające i uzdrawiające. Widziałam, jak zmienia się energia moich klientów, gdy pojawiało się głębsze zrozumienie. Jednym z kluczowych elementów psychoterapii jest właśnie możliwość usłyszenia siebie - i siebie nawzajem - w nowy sposób. Dokładnie na tym polega magia słuchania i bycia wysłuchanym.
Rodziny, z którymi pracowałam, mierzyły się z wieloma złożonymi problemami. Odnalazły w sobie zdolność do życia z pytaniami bez odpowiedzi i dalszej miłości mimo ogromnych strat. Z czasem zauważyłam, że potrafią sobie radzić z życiowymi zawirowaniami, nie tracąc przy tym nadziei.
Gdy piszę o terapii, zawsze robię to z perspektywy czasu. Patrzę na naszą wspólną pracę z pozycji obserwatorki. Pozwala mi to doświadczyć intensywności procesu, a zarazem się od niego oddalić i zyskać większą klarowność. Celem jest zrozumienie zarówno perspektywy klientów, jak i własnej. Psycholog Dan Siegel nazywa tę umiejętność "psychowzrocznością"[2]. Stosuję ją również w swojej praktyce: cofam się o krok i dzielę swoimi obserwacjami, żeby pomóc klientom spojrzeć na sytuację z innej perspektywy. Z badań nad zachowaniami wiemy, że mamy skłonność do trwania przy raz podjętych decyzjach nawet wtedy, gdy nowe informacje podważają ich słuszność. Mylimy to, co znajome, z tym, co bezpieczne. Czasem dopiero perspektywa osoby z zewnątrz - takiej jak ja - pozwala rzucić światło na te zakorzenione głęboko mechanizmy. Gabinet terapeutyczny staje się wtedy swego rodzaju portalem - przestrzenią, w której można się zatrzymać, spojrzeć w głąb siebie, rozplątać dawne narracje i zobaczyć, co tak naprawdę się dzieje - w nas samych oraz w relacjach z innymi.
Nie sposób przewidzieć, jak długo potrwa terapia, ani dokąd nas zaprowadzi. Z większością rodzin spotkałam się zaledwie sześć do ośmiu razy. Biorąc pod uwagę, jak głęboko zakorzenione bywają rodzinne wzorce i sposoby funkcjonowania, byłam poruszona tym, jak wiele potrafiło się zmienić w tak krótkim czasie. Osobom, które twierdzą, że nie mają czasu na terapię, odpowiedziałabym (z uśmiechem), że zajmuje to mniej czasu niż obejrzenie serialu.
Wiem, jak trudne bywa zatrzymanie się i spojrzenie w głąb siebie, ale terapia może działać jak zażywane profilaktycznie lekarstwo, skutecznie wspierając rodziny - teraz i w kolejnych pokoleniach.
Rodzina Wynne'ów
Kim jestem: sumą genów czy samodzielnym projektem?
Opis przypadku
Ivo Wynne był pięćdziesięcioletnim stolarzem artystą, mężem Suky - czterdziestodziewięcioletniej Amerykanki, producentki filmów dokumentalnych. Mieli dwoje dzieci: dziewiętnastoletniego Jethra i siedemnastoletnią Lottie. Ivo przyszedł do mnie, ponieważ nie był pewien, kto jest jego biologicznym ojcem - czy rzeczywiście był synem Marka. Chciał się zastanowić nad tym niepokojącym pytaniem, by zdecydować, co dalej: szukać prawdy czy pogodzić się z tym, co jest - z niepewnością. Ivo miał starszego brata, Henry'ego (57 lat), i młodszą siostrę, Camillę (49 lat). Mark, ojciec Iva, zmarł pięć lat wcześniej, zostawiając swoją żonę, Penelope, obecnie osiemdziesięciosiedmiolatkę, która radziła sobie z rzeczywistością za pomocą napojów wyskokowych i była ledwie funkcjonującą alkoholiczką. Spotykaliśmy się w moim gabinecie.
"Mam pięćdziesiąt jeden lat i wiem, że - wbrew każdej komórce mojego ciała - muszę się dowiedzieć, kto jest moim biologicznym ojcem. Chociaż wydaje się to idiotyczne, przez długie lata nie zastanowiło mnie to, dlaczego ojciec nigdy nie zwracał na mnie uwagi. W szkole koledzy ciągle pytali: "Dlaczego twój tata nigdy nie przychodzi na Dzień Sportu?". Byłem bardzo wysportowany, wygrywałem każdy wyścig, zostałem kapitanem drużyny krykieta. Odpowiadałem, że jest bardzo zajęty, i szczerze mówiąc, nie wydawało mi się to dziwne. Niczego innego nie znałem".
Słuchając Iva, widziałam w jego oczach - orzechowych, głęboko osadzonych w przystojnej twarzy - nie tylko zamęt, także ból. Włosy miał falowane, brązowe, zaczesane do tyłu. Na wydatnym, arystokratycznym nosie opierały się designer-skie okulary. Ale to sposób, w jaki zakładał nogę na nogę, delikatny ruch jego smukłych, odzianych w eleganckie spodnie kończyn, kojarzył mi się z końmi pełnej krwi. Dla każdego z nas historia rodziców jest fundamentem tożsamości, ale jeśli - tak jak w przypadku Iva - w grę wchodzi również kwestia statusu, utrata pewności co do własnego pochodzenia staje się jeszcze trudniejsza.
Poprosiłam, by opowiedział mi więcej o sobie. Był stolarzem, właścicielem firmy projektującej i wykonującej ekskluzywne kuchnie oraz meble na zamówienie. Z tym większym zainteresowaniem zaczęłam się przyglądać jego dłoniom, które potrafiły tworzyć piękne rzeczy. Zawsze podziwiałam ludzi, którzy tworzą coś namacalnego, podczas gdy efekty mojej pracy pozostają niewidzialne. Musiałam jednak wrócić do jego opowieści.
Ivo był środkowym dzieckiem z trójki rodzeństwa. Po śmierci Marka tytuł i majątek odziedziczył najstarszy z braci, pięćdziesięciosiedmioletni Henry, który miał żonę i troje dzieci. Zarządzał rodzinnym majątkiem i modernizował go, by uczynić rentownym. Camilla, młodsza siostra, "zawsze miała problemy". Dostrzegłam w tym układzie potężne ryzyko rywalizacji między rodzeństwem: najstarszy syn dziedziczy wszystko, a Ivo - "zapasowy dziedzic" - mierzy się z "syndromem drugiego syna".
Czterdziestodziewięcioletnia Camilla była (miejmy nadzieję) jedną z ostatnich przedstawicielek swojej klasy społecz-nej wychowanych w patriarchacie, gdzie edukacja nie miała służyć karierze, lecz zamążpójściu. Miała na koncie wiele związków, a obecnie mieszkała sama na terenie rodzinnej posiad-łości, pracując na pół etatu dla domu aukcyjnego. Była blisko związana z ojcem. Cała trójka wychowywała się w tradycyjnej, klasycznej strukturze: z nianią, pokojem dziecięcym, z dala od rodziców. Henry i Ivo zostali w wieku siedmiu lat wysłani do szkoły z internatem. Camilla - jedenastu. Wszyscy troje doświadczyli kar cielesnych i - chcąc przetrwać - musieli zamknąć się na własne emocje i słabości. Była to cena przetrwania w tak młodym wieku, z dala od domu, w surowym środowisku.
Ivo powiedział mi: "Dwa razy poprosiłem ojca o pomoc. Za pierwszym dał mi tabletki nasenne, a za drugim zaproponował wspólne wakacje we Włoszech. Nie potrafił słuchać ani po prostu ze mną być, ale po tych próbach naprawienia moich problemów wiedziałem, że chciał dobrze. Pamiętam, że raz próbował wziąć mnie za rękę, kiedy odwiedzaliśmy mamę w szpitalu po jej próbie samobójczej".
Zamurowało mnie w reakcji na tę jego rzuconą lekkim tonem wzmiankę o tak dramatycznym zdarzeniu. Zapytałam, ile miał wtedy lat. "Piętnaście". Stwierdziłam, że musiało to być dla niego traumatyczne doświadczenie, i zapisałam je sobie w pamięci jako przykład radzenia sobie Iva z bólem: nie dotykaj go, omiń, przemilcz. Cierpliwie czekałam, aż na powierzchnię wypłyną też inne uczucia.
Lekko kręcił palcami młynki wokół kciuka, z nieobecnym wyrazem twarzy i ze łzami w oczach. Nie wspomniał więcej o próbie samobójczej matki (nadal ją wypierał), tylko zaczął wspominać ojca: "Zachorował na demencję... Trzymałem go za rękę. To było miłe... chociaż nie wiedział już, kim jestem... - Uśmiechał się przez łzy. - Czułem, że jesteśmy sobie bliscy". Potem odchrząknął i zwrócił uwagę na dzielący ich dystans: "Nie sądzę, żeby znał datę moich urodzin ani moje drugie imię. Na pewno nie miał pojęcia, czym się interesuję ani z kim przyjaźnię. Nie wiedział o mnie żadnej istotnej rzeczy... Ale nie to mnie najbardziej bolało, tylko jego chłód. Inny niż wobec Henry'ego i Camilli". Spuścił głowę i z pewnym zakłopotaniem dodał: "Nie potrafił spojrzeć mi w oczy". Przez dłuższą chwilę oboje próbowaliśmy udźwignąć ciężar tych słów.
Chciałam zajrzeć pod powierzchnię, zrozumieć mechanizmy kształtujące wczesne dzieciństwo Iva. Myślałam o tym, jaką rolę przyjmują dzieci w rodzinie i jak ta rola, wzmacniana przez rodziców, może wpływać na funkcjonowanie całego systemu rodzinnego. Takie role tworzą się często po to, aby utrzymać go w równowadze. Nie wiedziałam jeszcze, kto w rodzinie Wynne'ów przyjął jaką rolę: czy Ivo był "milczkiem", a Henry "naprawiaczem"? Taki układ może się sprawdzać w dzieciństwie, ale w dorosłym życiu - kiedy wchodzimy w nowe układy rodzinne - często przestaje nam odpowiadać i staje się źródłem napięć. Gdyby ten temat wypłynął, zaproponowałabym, by przyjrzeli mu się wspólnie, z otwartością.
Troje dzieci może być wychowywanych pod jednym dachem przez tych samych rodziców, a mieć całkiem różne dzieciństwa. Wielokrotnie słyszałam od rodziców: "Nie wiem, czemu ona jest taka skomplikowana, a jej brat taki prosty w obsłudze - przecież wychowywaliśmy ich jednakowo". Każde dziecko wywołuje jednak w rodzicach inne reakcje, a wspomnienia kształtowane są właśnie przez ich pryzmat.
Henry był zorganizowany, ambitny i przejawiał cechy przywódcy, jak na najstarsze dziecko przystało. Podejrzewałam, że jako dziedzic miał silne poczucie władzy i własnej wartości, musiał się jednak mierzyć z oczekiwaniami rodziców i zazdrością ze strony młodszego rodzeństwa.
Dzieci środkowe, jak Ivo, trudniej przyporządkować; jego rola rozwija się w opozycji do starszego rodzeństwa. Jeśli starszy brat jest "grzeczny", środkowe dziecko może być "niesforne", by zwrócić na siebie uwagę. Nie wiedziałam jeszcze, jak to wpłynęło na Iva, który wydawał się impulsywny i jednocześnie odnosił w życiu sukcesy. Pojawiło się jednak inne pytanie: jak to jest wychowywać dziecko, o którym wiesz, że nie jest genetycznie twoje, i ukrywać to przed wszystkimi?
Mark wiedział, że nie ma w tym winy Iva, ale samo jego istnienie mogło wywoływać w nim mieszankę emocji, począwszy od gniewu, przez zazdrość, po rozżalenie, a może nawet odrazę. Nic dziwnego, że nie potrafił spojrzeć mu w oczy. Henry i Camilla z pewnością to zauważali - może nawet czuli się niezręcznie z tego powodu - ale ponieważ uwagi ze strony rodziców i tak mieli jak na lekarstwo, prawdopodobnie upatrywali w tym swoją korzyść.
Szczególnie intrygowała mnie Camilla. Najmłodszym dzieciom często więcej rzeczy "uchodzi płazem", gdyż rodzice stopniowo rozluźniają panujące w domu zasady. Bywają czułe, zabawne i towarzyskie, ale często próbują dorównać starszemu rodzeństwu, które jest szybsze, większe i lepiej zorientowane od nich. Musiałam dowiedzieć się więcej na temat Camilli, ale od początku przeczuwałam, że jako najmłodsza miała w życiu nieco łatwiej. Zarazem jednak przyszło jej funkcjonować w patriarchalnym porządku, który faworyzował mężczyzn i marginalizował rolę kobiet. Camilla próbowała temu przeciwdziałać, interesując się tym samym co ojciec: botaniką, literaturą, historią rodziny. Pozwoliło im to zbliżyć się do siebie, ale nie okazało się lekiem na całe zło. Camilla - zamiast być zabawną, kochającą córeczką - stała się krucha i nerwowa. Tworząc genogram rodziny Wynne'ów i przyglądając się łączącym jej członków relacjom, doszłam do wniosku, że bracia Camilli podkopywali jej pewność siebie. Skutki agresywnej rywalizacji między rodzeństwem - a w efekcie znęcania się - bywają równie niszczące jak przemoc w szkole, jakkolwiek często przechodzą niezauważone.
*
Mając na uwadze to, że zmagał się z problemami od wczesnego dzieciństwa, zapytałam Iva, dlaczego przyszedł do mnie właśnie teraz. "Nauczyłem się świetnie maskować. - Zawiesił głos i dodał z uśmiechem: - Jestem nieodrodnym synem mojej matki, Królowej Wyparcia. Przez wszystkie te lata słyszałem rozmowy, po których zastanawiałem się, czy tata w ogóle jest moim ojcem. Ta myśl zawsze siedziała mi gdzieś z tyłu głowy. Szedłem do ojca, a on się zachowywał dziwnie, trzymał mnie na dystans. Czułem się jak intruz. Henry i Camilla bywali wobec siebie okrutni, ale uwielbiali jednoczyć siły przeciwko mnie. Wiązali mnie, bili szczotką do włosów, oblepiali twarz błotem, które miało konsystencję ekskrementów, wtykali mi je do uszu, nosa... Znęcali się nade mną na rozmaite sposoby. Wyśmiewali mnie, że jestem brzydki, głupi. Pamiętam, jak Camilla powiedziała do mnie: "Na sam twój widok chce mi się rzygać"".
Po raz kolejny byłam wstrząśnięta brutalnością obrazu, który przede mną odmalował i brakiem emocji, jaki towarzyszył tej opowieści. Mimo to czułam je, ściskały mnie za serce. Aż trudno było sobie wyobrazić to bezbronne dziecko atakowane przez rodzeństwo.
Pomyślałam wtedy, że zaniedbanie ze strony rodziców przekształciło się w gniew między rodzeństwem, a potem w odrazę do siebie nawzajem, która musiała gdzieś znaleźć ujście. Ivo zwolnił tempo wypowiedzi, co otworzyło przestrzeń na emocje i przemyślenia. Zastanawiałam się, czy się domyślił, co czuję, patrząc na mój wyraz twarzy - wszak emocje są zaraźliwe.
"Nie potrafiłbym wtedy tego wyrazić, ale z perspektywy czasu wiem, że zależało mi tylko na jednym: poczuciu bezpieczeństwa i przynależności. Nigdy się ich nie doczekałem. W obecnych czasach brak troski i uwagi ze strony naszych rodziców sprawiłby, że trafilibyśmy pod nadzór opieki społecznej. Ale jeśli mieszkasz w zamku z fosą i masz arystokratycznych rodziców, wszyscy zakładają, że jesteś szczęściarzem i żyjesz jak w bajce".
Widziałam na twarzy Iva ból i tłumioną wściekłość - zaciskał szczękę, jakby zmagał się z fizycznym dyskomfortem przywoływanych wspomnień. Przyszło mi na myśl, że może po raz pierwszy wyraził cierpienie, które gromadził w sobie przez lata. Powiedziałam, jak bardzo poruszyły mnie jego doświadczenia; wciąż miałam przed oczami niepokojące obrazy znęcania się nad nim przez rodzeństwo. Przepełniała mnie wściekłość wobec jego brata i siostry, i jednocześnie czułość wobec Iva. Mimo to starałam się pamiętać, że ich agresywne zachowanie również musiało mieć podłoże w cierpieniu.
Aż trudno uwierzyć, że wśród takich luksusów i przepychu mogło zabraknąć najprostszej opieki i troski. Zastanawialiśmy się z Ivem, jak to możliwe, że za sprawą zbiorowej ślepoty nie dostrzegamy, iż klasowe przywileje wcale nie chronią przed cierpieniem. Społeczeństwo wciąż ocenia książkę po okładce. Drogi samochód jawi się jako symbol bogactwa i pozornego szczęścia, lecz smutek w oczach właściciela zdradza zupełnie inną prawdę. Zasugerowałam, by Ivo spróbował odnieść to do siebie. Skinął głową i wstrzymał oddech, jakby nie chciał wpuścić moich słów do świadomości.
Z psychologicznego punktu widzenia żadne z rodzeństwa nie otrzymało od rodziców godnej zaufania, stabilnej miłości. Wszyscy troje wykształcili negatywne mechanizmy obronne, by radzić sobie z niepewnym dzieciństwem. Brak troski ze strony rodziców sprawił, że zwrócili się przeciwko sobie, walcząc o tę odrobinę uwagi. Właśnie to było najbardziej okrutne: w zdrowej rodzinie konflikty uczą, gdzie kończy się spryt, a zaczyna cudza krzywda. Bliscy dorośli pokazują, co można, a czego nie powinno się mówić w gniewie. W tej rodzinie dzieci uczyły się, że jedynym sposobem radzenia sobie z konfliktem jest atak, bez mediacji i wsparcia ze strony dorosłych. Skojarzyło mi się to z pisklętami w gnieździe, które dziobią siebie bezlitośnie, żeby się dorwać do robaka.