Księżna Berri, do której
jechał regent, cokolwiekbądź mówił o niej, była ukochaną córką jego
serca. Zapadłszy siódmego roku życia w chorobę, którą lekarze
uznali za śmiertelną, i przez nich opuszczona, dostała się do rąk
ojca, nieco obeznanego z medycyną, a ten ją lecząc po swojemu,
ocalił od śmierci. Odtąd jego miłość ojcowska przeszła w słabość.
Od tej chwili dziewczynie samowolnej i wyniosłej pozwalał robić, co
się jej żywnie spodobało; edukacya jej, bardzo zaniedbana, odczuła
tę samowolę, co jednak nie przeszkodziło Ludwikowi XIV, iż wybrał
ją za małżonkę dla wnuka swego, księcia de Berri.
Wiadomo, jako śmierć nagle zaciężyła na potrójnem potomstwie
królewskiem, tak, iż w kilka lat poumierali: następca tronu, książę
i księżna Burgundyi, oraz książę Berri.
Zostawszy wdową w dwudziestym roku życia, kochając ojca
równą prawie miłością, mając do wyboru między towarzystwem
Wersalskiem i Palais-Royal, księżna Berri, młoda, piękna, żądna
przyjemności, nie wahała się wcale.
Dzięki swej nieustannie wzrastającej słabości, książę
Orleański córce, mającej już sześćkroć sto tysięcy liwrów (franków)
dochodu, dodał z własnej szkatuły jeszcze czterykroć sto tysięcy,
co dochód jej powiększyło do miliona. Prócz tego ofiarował jej na
mieszkanie pałac Luksemburski, wyznaczył do boku oddział straży
honorowej; nareszcie, co oburzyło zwolenników starej etykiety,
zżymnął tylko ramionami, kiedy księżna Berri przejeżdżała przez
Paryż, poprzedzana bębenkami i trąbami, co gorszyło wszystkich
porządnych ludzi - a roześmiał się tylko, kiedy przyjmowała posła
weneckiego na tronie trzystopniowym, co omal nie powaśniło Francyi
z rzeczpospolitą Wenecką.
Co większa, omal nie uczynił zadość innej jej prośbie,
niemniej nadmiernej, któraby niewątpliwie wywołała wzburzenie wśród
wyższej szlachty, to jest przyznania baldachimu w Operze - kiedy,
szczęściem dla spokoju publicznego, a nieszczęściem dla Regenta,
księżna Berri zakochała się w kawalerze de Riom.
Kawaler de Riom był młodszym bratem księcia Owernii,
bratankiem czy pobratańcem księcia Lauzun. Przybył on do Paryża
szukać fortuny i znalazł ją w Luksemburgu. Wprowadzony do księżny
Berri przez panią de Mouchy, której był kochankiem, niebawem począł
na nią wywierać ten wpływ familijny, jaki stryj jego, czy dziad
stryjeczny, przed pięćdziesięciu laty wywierał na najstarszą
siostrę królewską, i wkrótce też stanął jako jawny kochanek
tytułowy, pomimo opozycyi jego poprzednika Lahaye'a, którego
wysłano wtedy jako
attaché ambasady do Danii.
Na dobrą więc rachubę księżna Berri miała wtedy dwóch tylko
kochanków, co, każdy przyzna, było niemal cnotliwością, jak na
księżniczkę krwi owego czasu: pana Lahaye, którego nigdy nie
przyznała, oraz Rioma, którego wyjawiała głośno. Nie stanowiło to
zatem przyczyny dostatecznej do zażartości, z jaką prześladowano
biedną księżnę. Ale nietrzeba zapominać, że zażartość ta miała inną
jeszcze przyczynę, zaznaczoną nietylko u Saint-Simona, lecz i we
wszystkich historyach, a tą była owa fatalna przejażdżka po Paryżu
przy odgłosie surm i bębnów, ów nieszczęsny tron o trzech
stopniach, na którym przyjmowała ambasadora weneckiego; nareszcie
owa niesłychana pretensya, żeby, mając już oddział straży
przybocznej, żądać jeszcze baldachimu w Operze.
Lecz nie owo to powszechne oburzenie przeciwko księżnie
wznieciło taki gniew księcia Orleańskiego przeciw córce, ale ten
wpływ, jaki pozwoliła wziąć nad sobą kochankowi.
Wynikło ztąd, że regent, bardzo kochający tę córkę, do
Rioma, który ją odeń odsadzał, powziął tak wielką nienawiść, na
jaką tylko zdobyć się mógł jego wątły charakter. Pod pozorem
dogadzania księżnie Berri, nadał Riomowi pułk, potem zarząd miasta
Cognac, nareszcie posłał rozkaz udania się na miejsce zarządu, co
dla wszystkich, nieco jaśniej patrzących na rzeczy, zaczynało
zmieniać fawor regenta na niełaskę.
I nie omyliła się też co do tego księżna. Pobiegła do
Palais-Royal, a tam prosiła i błagała ojca, ale daremno; potem
dąsała się, łajała, groziła, i to nadaremno. Wyszła nareszcie
grożąc księciu całym swym gniewem i zapewniając, że pomimo jego
rozkazów, Riom nie wyjedzie. Nazajutrz zrana książę, za całą
odpowiedź, ponowił Riomowi rozkaz wyjazdu, a ten z całem poddaniem
się kazał mu oznajmić, iż niezwłocznie wyjeżdża.
Jakoż tego samego dnia, czyli w przeddzień tego, od
któregośmy rozpoczęli, Riom ostentacyjnie wyniósł się z pałacu
Luksemburskiego, a sam Dubois dał znać księciu, że nowy gubernator
z całym taborem o godzinie dziewiątej zrana wyjechał do Cognac'u.
Wszystko to zaszło bez widzenia się księcia Orleańskiego z
córką; to też, kiedy prawił, że chce korzystać ze stanu
rozgniewania, by raz skończyć z córką, raczej szedł on tam prosić o
przebaczenie, niż kłócić się z nią.
Znający go dobrze Dubois nie dał się wziąć na tę rzekomą
zapalczywość, ale skoro Riom wyjechał do Cognac'u, to i wszystko,
czego żądał minister. Spodziewał się podczas jego nieobecności
wsunąć jakiego sekretarza gabinetu lub porucznika gwardyi, któryby
stłumił pamięć Rioma w sercu księżny Berri. Wtedy Riom otrzymałby
rozkaz udania się do armii marszałka Berwicka w Hiszpanii, i
ucichłoby odtąd o nim tak, jak o Lahaye'u w Danii.
Nie był to może projekt bardzo moralny, ale stanowił on
przynajmniej plan nader logiczny; nie wiemy tylko, czy minister
wtajemniczył weń regenta.
Kolasa zatrzymała się przed Luksemburgiem, który był
oświetlony jak zwykle. Książę wystąpił z powozu i przebiegł przez
ganek ze zwykłą żywością; Dubois zaś, którego niecierpiała księżna,
pozostał owinięty futrem w zakącie powozu. Po chwili książę ukazał
się przy drzwiczkach, z wyrazem zawodu na twarzy.
- Ah! ah! cóż to się stało waszej książęcej mości? - rzekł
Dubois.
- Nic; ale księżny niema w Luksemburgu.
- A gdzie ona? czy nie u karmelitanek?
- W Meudon.
- W Meudon! w miesiącu lutym i na taką psią pogodę!? Mości
książę, to zamiłowanie do wsi wydaje mi się podejrzanem.
- Mnie również, upewniam cię; co u dyabła może ona poczynać
w Meudon?
- Łatwo dowiedzieć się o tem.
- Jakim sposobem!
- Jedźmy do Meudon.
- Ruszaj do Meudon! - rzekł regent do stangreta, wsiadając.
- Masz na to dwadzieścia pięć minut.
- Ośmielę się uczynić miłościwemu księciu panu uwagę, że
konie zrobiły już dziesięć lieues.
- Niech padną, byle zabiegły do Meudon za dwadzieścia pięć
minut.
Nie było co do odpowiedzenia na tak wyraźny rozkaz.
Stangret energicznie zaciął konie biczem, a szlachetne
rumaki, zdziwione, że uważano za potrzebne uciekać się względem
nich do takiej ostateczności, pomknęły kłusem tak chyżym, jakby
dopiero co wyruszyły ze stajni.
Przez całą drogę Dubois nie otwierał ust, a regent siedział
zamyślony. Od czasu do czasu obaj badawczem okiem rzucali na
gościniec; ale droga nie przedstawiała nic takiego, coby mogło
zwrócić uwagę regenta lub ministra, tak, iż przybyli do Meudon, a
książę nie zyskał jeszcze niczego, coby mogło kierować go w
labiryncie sprzecznych myśli, snujących się po głowie.
Na ten raz wyszli z powozu obaj; eksplikacya między ojcem i
córką mogła trwać długo, a Dubois życzył sobie doczekać końca w
miejscu wygodniejszem, niż powóz.
Pod gankiem zastali szwajcara w wielkiej liberyi. Ponieważ
książę był owinięty w surdut podbity futrem, a Dubois w płaszcz,
szwajcar ich zatrzymał. Wtedy książę dał się poznać.
- Przepraszam - rzekł pokornie szwajcar - nie wiedziałem, że
wasza wysokość jest oczekiwaną.
- Nic nie szkodzi - odparł książę - czy mnie oczekują, czy
nie, przybywam. Powiedz lokajowi, aby uprzedził księżnę.
- Więc wasza wysokość należy do obrzędu? - zapytał szwajcar,
widocznie zakłopotany, jako związany snadź surowym rozkazem.
- Jużciż jego wysokość należy do obrzędu - odezwał się
Dubois, przecinając słowo księciu Orleańskiemu, który byłby z
pewnością zapytał: o jakim to obrzędzie mowa - ja również należę.
- To ja waszą wysokość zaprowadzę w takim razie wprost do
kaplicy.
Dubois i książę spojrzeli na siebie, jako ludzie nic nie
rozumiejący.
- Do kaplicy? - zapytał książę.
- Tak jest, miłościwy panie, gdyż obrzęd począł się przed
dwudziestu pięciu minutami.
- A co! - powiedział regent, nachylając się do ucha ministra
- czy i ta przechodzi na zakonnicę?
- Załóżmy się, mości książę, iż ona raczej wychodzi zamąż.
- Do stu piorunów! - zawołał regent - tegoby tylko
brakowało.
I popędził na schody, a za nim Dubois.
Ze zwinnością, zadziwiającą w człowieku takiej kurpulencyi,
regent przesuwał się po pokojach i korytarzach, wciąż w
towarzystwie Dubois, który na ten raz rozpłonął do tej awantury
ciekawością, czyniącą zeń istnego Mefistofelesa względem owego
poszukiwacza nowości, pod imieniem już nie Fausta, lecz Filipa
Orleańskiego.
Przybyli tym sposobem do drzwi kaplicy; zdawały się
zamkniętemi, ale za pierwszym naciskiem otworzyły się.
Dubois nie pomylił się w domysłach.
Po ostentacyjnym wyjeździe ukradkiem powróciwszy, Riom wraz
z księżną klęczał przed domowym kapelanem; pan de Pons, krewny
Rioma, i margrabia Rochefoucault, kapitan gwardyi księżny, trzymali
welon nad ich głowami; panowie de Mouchy i de Lauzun stali jeden
przy boku księżny, drugi przy boku Rioma.
- Fortuna stanowczo jest nam przeciwną, miłościwy panie -
rzekł Dubois - przybywamy dwie minuty zapóźno.
- Oho! zobaczymy to! - zawołał książę w uniesieniu, krokiem
posuwając się naprzód.
- Cyt! miłościwy panie - rzekł Dubois - jako duchowny,
winienem powstrzymać waszą książęcą mość od świętokradztwa. Oh!
gdyby się to na co zdało - nie mówię; ale w tym razie byłoby ono
daremne.
- Więc oni są naprawdę zaślubieni? - zapytał książę, pod
naciskiem ministra cofając się w cień filaru.
- Jaknajzaślubieńsi, miłościwy panie, i teraz nikt by ich
nie odślubił, bez wdania się Ojca Świętego.
- To ja napiszę do Rzymu - rzekł książę.
- A niech Pan Bóg broni, mości książę! zawołał Dubois -
nietrzeba zużywać kredytu na taką rzecz; pozostawić go należy na
czas, gdy będzie chodziło o zrobienie mnie kardynałem.
- Ależ podobny mezalians me powinien istnieć.
- Mezaliansy są bardzo w modzie rzekł Dubois - o niczem dziś
nie mówią, tylko o tem. Najjaśniejszy pan, Ludwik XIV, popełnił
mezalians, żeniąc się z panią de Maintenon, której wasza książęca
mość wypłacasz dotąd pensyę, jako wdowie po nim; najpierwsza
księżniczka krwi popełniła mezalians, zaślubiając pana de Lauzun;
wy, mości książę, popełniliście mezalians, zaślubiając pannę de de
Blois, i to do tego stopnia, że gdyście o tych zaślubinach
zawiadomili księżnę matkę, to ona wam odpowiedziała policzkiem, ja
sam miłościwy panie, czyżem nie popełnił mezaliansu, zaślubiając
córkę bakalarza z mojej wsi? Widzicie zatem mości książę, iż po
tylu dostojnych przykładach księżna córka może z kolei popełnić
mezalians.
- Cicho bądź, szatanie!
- Zkądinąd - mówił dalej Dubois - miłostki księżny de Berri,
dzięki wykrzykiwaniu księdza rektora od świętego Sulpicyusza,
zaczynały robić więcej hałasu, niż przystoi; był to skandal
publiczny, a to małżeństwo sekretne, jutro całemu Paryżowi
ogłoszone, stłumi go z kretesem. Nikt nie będzie miał nic do
powiedzenia przeciw temu, nawet wasza książęca mość; stanowczo,
miłościwy panie, rodzina wasza przychodzi do porządku.
Książę zaklął straszliwie i głośno, na co Dubois
odpowiedział tym śmiechem, którego by mu pozazdrościł Mefistofeles.
- Cicho tam! - zawołał szwajcar, który nie wiedział, od kogo
wychodzi hałas, a chciał, iżby nowożeńcy nie uronili ani jednego
słowa z pobożnej egzorty, którą do nich zwracał kapelan.
- Uciszmy się! miłościwy panie - powtórzył Dubois -
widzicie, że sprawiamy zamieszanie w obrzędzie.
- Zobaczysz - odparł książę - że jak się nie uciszymy, to
ona każe wyrzucić nas za drzwi.
- A cichożeż! - powtórzył szwajcar, uderzając o płyty
podłogi końcem halabardy, podczas gdy pani Berri wysłała pana de
Mouchy, aby się dowiedział, zkąd pochodzi ten hałas.
Pan de Mouchy spełnił rozkaz księżnej, a spostrzegłszy w
cieniu dwóch ludzi, zdających się kryć, podstąpił do hałaśników z
głową podniesioną, krokiem śmiałym.
- Kto tak hałasuje? - rzekł - i kto panom pozwolił wejść do
kaplicy?
- Ten, ktoby chętnie z niej wszystkich was wyrzucił oknem -
odparł regent - ale poprzestaje na ten raz na zobowiązaniu pana,
abyś rozkazał kawalerowi de Riom wyjechać natychmiast do Cognac, a
księżnie Berri oznajmić, iżby się nigdy nie pokazywała w
Palais-Royal.
Na te słowa regent wyszedł, dając znak ministrowi, aby udał
się za nim, a pozostawiwszy pana de Mouchy i jego gruby brzuch w
przerażeniu tem zjawiskiem.
- Do Palais-Royal! - zawołał książę, wsiadając do kolasy.
- Do Palais-Royal? - żywo poderwał Dubois - bynajmniej,
mości książę, zapominacie o naszej umowie. Ja pojechałem z wami,
pod warunkiem, że wasza książęca mość pojedzie ze mną. Hej,
stangret! na przedmieście Świętego Antoniego.
- Idź do dyabła! nie głodnym.
- Dobrze, to wasza książęca mość jeść nie będzie.
- Nie jestem w humorze do zabawy.
- Dobrze, to wasza książęca mość bawić się nie będzie.
- A cóż będę więc robił, ani bawiąc się, ani jedząc?
- Wasza książęca mość patrzeć będzie, jak jedzą i bawią się
inni.
- Co to znaczy?.
- To znaczy, że gwoli waszej książęcej mości dziać się
zaczynają cuda, a ponieważ to nie codziennie się zdarza, nietrzeba
ustawać na tak dobrej drodze: tego wieczora widzieliśmy już dwa,
teraz zobaczym trzeci.
- Trzeci?
- Tak: numero Deus impari gaudet, liczba nieparzysta podoba
się Bogu. Spodziewam się, że wasza książęca mość jeszcze nie
zapomniał łaciny?
- Mów wyraźnie - rzekł regent, którego humor w tej chwili
zgoła nie nadawał się do żartów - jesteś, co prawda, tak brzydki,
że wolno ci pozować na sfinksa, alem ja nie dość młody na rolę
Edypa.
- Owoż chciałem powiedzieć, miłościwy panie, że po
zobaczeniu swych dwóch córek, które były zbyt płoche, by uczynić
pierwszy krok ku statkowi, zobaczycie syna, który jest zanadto
stateczny, by uczynić pierwszy krok ku płochości.
- Mój syn, Ludwik?
- Wasz syn Ludwik we własnej osobie; tej nocy on się
rozkrępowywa, miłościwy panie, i na to ja widowisko, tak pochlebne
dla dumy ojcowskiej, waszą książęcą mość zapraszam.
Książę potrząsnął głową z powątpiewaniem.
- O! potrząsajcie głową, wiele chcecie, miłościwy panie ale
tak jest - rzekł Dubois.
- A jakim to sposobem on się rozkrępowywa? - zapytał regent.
- Wszelkimi sposobami, miłościwy panie. Ja zobowiązałem
kawalera M..., ażeby mu przypiął pierwsze ostrogi w tej wyprawie, i
o tej godzinie wieczerza on w całem znaczeniu słowa z nim i dwiema
kobietami.
- A jakież to kobiety? - zapytał regent.
- Aktorki.
- I on zgodził się na to?
- Z pocałowaniem ręki.
- Na mą duszę! Słuchaj, Dubois, mnie się zdaje, że gdybyś ty
żył za czasów Ludwika świętego, to zdołałbyś i jego zaprowadzić do
Fillony owej epoki.
Uśmiech tryumfu przeszedł po małpiej twarzy Dubois.
- Oto tak, miłościwy panie - mówił dalej minister -
chcieliście, aby książę Ludwik robił szpadą, jak wy swojego czasu i
jak to z zamiłowaniem czynicie dziś jeszcze, więc przedsięwziąłem i
co do tego środki.
- Doprawdy?
- Tak, kawaler de M... podczas wieczerzy przemówi się z nim
na sposób niemiecki, pod tym względem możecie na nim polegać.
Chcieliście, aby książę Ludwik wplątał się w jaką intrygę miłosną;
jeżeli się oprze tej syrenie, którą na niego wypuściłem, to będzie
świętym Antonim.
- To ty ją wybrałeś?
- Rozumie się! Kiedy chodzi o honor waszej rodziny,
miłościwy panie, wiadomo waszej książęcej mości, że ja tę rzecz
zdaję tylko na siebie samego. Tej nocy więc orgia, a jutro rano
pojedynek. Pojutrze zaś nasz nawróceniec będzie się przynajmniej
mógł podpisać Ludwikiem Orleańskim, nie narażając dobrej sławy swej
dostojnej matki, bo wtedy ludzie się przekonają, że młodzieniec ten
pochodzi ze krwi waszej książęcej mości, o czem, niech mnie dyabli
wezmą! możnaby powątpiewać, wnosząc z jego trybu życia.
- Dubois, jesteś nędznikiem! - rzekł książę, śmiejąc się po
raz pierwszy od wyjazdu z Chelles - ty zgubisz syna, tak jak
zgubiłeś ojca.
- Niema co o tem mówić, miłościwy panie - odparł Dubois -
wszak on w każdym razie musi być księciem, albo mnichem; czas, aby
się przechylił na jedną albo na drugą stronę. Macie tylko jednego
syna, miłościwy panie, który wkrótce mieć będzie lat szesnaście, i
nie posyłacie go na wojnę, pod pozorem, że jest jedynakiem, a w
gruncie, ponieważ nie wiecie, jakby się tam sprawiał.
- Dubois - zawołał regent.
- Owoż jutro, mości książę, będziemy wiedzieli, z kim mamy
do czynienia.
- O! wielki mi interes! - odmruknął książę.
- Więc wasza książęca mość sądzi, że on wyjdzie z honorem?
- Słuchaj-no kapcanie, czy ty wiesz, że zaczynasz mnie
ubliżać? Myślałby kto, iż jest jakąś rzeczą niepodobną wzbudzić
miłość w człowieku mojej krwi, a cudem nadzwyczajnym włożyć szpadę
do rąk księciu mego nazwiska. O! mój kochany Dubois, tyś się klechą
urodził i klechą umrzesz.
- O, bynajmniej, miłościwy panie! - zawołał Dubois - daj go
katu! pretenduję do czegoś lepszego.
Książę zaczął się śmiać.
- No, ty masz przynajmniej ambicyę, nie tak, jak ten
niedołęga Ludwik, który nie pożąda niczego; a ta twoja ambicya bawi
mnie tak, iż nie możesz sobie wyobrazić.
- Doprawdy? - rzekł Dubois - nie myślałem, żebym był takim
trefnisiem.
- O! to tylko była skromność z twojej strony, bo w gruncie
jesteś najtrefniejszem stworzeniem na ziemi, jeśli nie
najprzewrotniejszem; to też przysięgam ci, że w dniu, w którym ty
zostaniesz arcybiskupem..
- Kardynałem, mości książę.
- A, to ty chcesz być kardynałem?... Owoż, kiedy zostaniesz
kardynałem, będzie dużo śmiechu w Palais-Royal, przysięgam ci.
- Inaczej jeszcze pośmieją się w Paryżu, proszę być pewnym,
mości książę; ale, jak powiedzieliście, ja jestem niekiedy
trefnisiem i chcę, aby się śmiano, dlatego to pragnę zostać
kardynałem, jak moi poprzednicy Mazarin i Richelieu.