SCHIKANEDER
- Halo?
- Zdravo!Toja, Lukasz.
- Eeejjj!,zdravo! Pa gdje si ti?... Odakle zoveš?
- Cześć!..Jestem w Wiedniu.
- UBeču? Hajde, pa super...
- Spotkamysię? Kiedy masz czas? Pracujesz jutro?
- Pane znam... Imam ja vremena.
- Dobra,to w takim razie w czwartek, OK? Tak gdzieś około dziewiątej? Czyraczej ósmej?
- Može!
- Nowięc jak? Ósma czy dziewiąta?...
- Moževeć u osam.
- Važi.Mamywięc godzinę więcej!... A gdzie, jak zawsze na Karlsplatzu, tam gdziestaje twój tramwaj?
- Može!Super, onda se vidimo!
Rozmowaidentyczna jak niemal za każdym razem od prawie dziesięciu lat. Przedwykręceniem 544 93 98, i identycznym lekko nerwowym czekaniem napodniesienie słuchawki, na jej głos, na to pierwsze "Halo?...".I potem próbarozmowy,dialogu, próba słów.
Przezte dziesięć lat nie udało nam się nauczyć rozmawiać przez telefon. Ioboje pewnie po cichu jesteśmy z tego zadowoleni. Bo telefon to tylkojedna mała struna, nić, kabel, ale - dlatego że jedyna -zbyt niebezpieczna, i zbyt ograniczająca. Niebezpieczna, bo każdydotyk, każde jej poruszenie, przesłanie przez nią wibracji, wieleznaczy, jest to przebieg jednokanałowy, jednoznaczny. Żadnych stopek,marginesów, komentarzy, podkreśleń, nawiasów, cudzysłowów.
Rzeczywistejrozmowy nie ma też, gdy spotykamy się o ósmej na Karlsplatzu: od latniemal identycznie w tym samym miejscu, na przystanku tramwajów linii62 i 65, którymi Sasza przyjeżdża z piątej dzielnicy - podczasgdy ja już czekam, ze spokojem patrzę wokoło i wiem, że jak zwyklespóźni się 13 czy 15 minut. A więc jedynym napięciem jest obserwacja,z którego z kolejno nadjeżdżających i znów odsuwających się dalejtramwajów wysiądzie: z 65 czy 62, i z których drzwi: środkowych czykońcowych.
Przeważniesą to końcowe, lub przynajmniej przedostatnie (gdy tramwaj jestdwuczęściowy), dzięki czemu, zauważając ją z oddali, wyławiając ztłumu jej przeważnie na ciemno ubraną, szczupłą, niemalże wysokąsylwetkę, mogę śledzić jak się zbliża (wie, że prawie zawsze czekamna nią na ławce w przedniej części przystanku), i jak powoli jejniepewny krok, szukający mnie, przemienia się w pewniejszy (gdy jużwie, że nie zgubiła czy nie ominęła mnie wzrokiem w tylnej częściprzystanku), by wreszcie w momencie, gdy i ona mnie zauważa (wmiędzyczasie wstaję z ławki, i wysuwam się, by mogła mnie łatwiejzauważyć), jej krok przemieni się w niemalże eksplozywny, w sekundzieobierze dokładny kierunek i przyspieszy nagle, jak łódź, którazłapała silniejszy podmuch wiatru i by to wykorzystać, natychmiastowonastawiła ster w żądanym kierunku.
ProfesorWalerij Jaremienko zaczynał akurat w "Seminarraum 02"drugą z kolei w tym (moim trzecim) semestrze lekcję "RussischI".
Wszedłemtrochę spóźniony, Jaremienko swoim błędno-zaspanym wzrokiem niezdążył jeszcze wykonać ruchu tablica - drzwi, gdy już zacząłemszukać (jak najszybciej) sobie miejsca, i tym samym znów musiał gonićmnie wzrokiem.
Znalazłmnie w trzeciej ławce lewego rzędu, gdzie przysiadłem się do czarnoubranej, długowłosej dziewczyny, o niemal bladej twarzy, wyraźnymlecz niewielkim nosie, kulistych cichych oczach, długiej szyi zmetalowym wisiorkiem, piersiach wyraźnych nie tylko dziękit-shirtowi, i ustach wielkich, zamkniętych. Aż do sekundy, gdysiadając spytałem: "Hallo.Isthier frei?"- "Ja".
Jaremienkousypiał gramatyką znaną mi jeszcze z piątej klasy podstawówki.Podczas gdy ja rozwiązywałem zadania z angielskiego na następnezajęcia - moja sąsiadka nie mogła kilka razy powstrzymać się odwiększego ziewnięcia. Poza tym jednak usta zamknięte, i żadnychmiędzy nami słów.
Zbliżamysię do siebie.
- Zdravo!!!(jej oczy, obejmujemy się).
- Vozdra!!!(nadal czasami lubię rzucić sarajewskim slangiem, pełnym sylabowychroszad).
- (pauza,też nieodzowny i niemal tradycyjny element naszych spotkań, niemalżerytuał, część liturgii... za chwilę - to bardziej retoryka, iteż rytuał - zaczniemy się zastanawiać, dokąd pójść).
- Dokądidziemy? (zaczynam).
- Neznam... Šta ti misliš?...(to teraz jej kwestia)
- Teżnie mam pojęcia (choć oczywiście w głowie mam nasze trzy miejsca:Café Altwien, Cafe Museum, i Schikaneder).
- Pahajde reci nešto...
- Dobra,pójdźmy więc do Schikaneder, OK?
- Da,super. Hajmo.
Następujekilka minut spaceru, przez Karlsplatz w stronę piątej dzielnicy, tu itam zatrzymywanie się na licznych światłach, mijamy żółtą Kunsthalle(tu zdarzało się nam siadywać w lecie, zamawialiśmy kawę lubgin-tonic), potem w cień Wiedner Hauptstrasse, przez TechnischeUniversität, Margaretenstrasse, jeszcze jedno przejście ze światłami(gdzie czeka się dłuuugo), i już Schikaneder, pół kameralne kino, półkafejka, miks ciemności i barwnych projekcji na ścianach, gdzie jestsię pod wrażeniem, że miejsce to albo jest niesamowicie puste,przestrzenne, albo nagle zawalone masą ludzi.
Przezte kilka minut, nadal niemal bez słowa, jest to raczej milczącaprocesja ku miejscu naszej mszy. Spotkania.
Spotkania,które rzeczywiście zaczynają się w momencie, gdy siadamy przy jednymze środkowych stolików, czy też raczej w momencie, gdy jedno z nasspyta się drugiego "Štaćeš ti?",po czym wstanie, podejdzie, mijając inne stoliki i krzesła, dodługiego, ciemnego szanku, i będąc obserwowany przez osobę, którapozostała przy stoliku, zamówi, poczeka, zapłaci, obróci się, iostrożnym krokiem ruszy z powrotem z napojami (tym razem zaczęliśmyod kawy, tak jakby aż za "balkańsko"), po czym usiądzie.
Wtedydopiero zaczyna się (czy może dopiero po rozerwaniu torebek z cukrem,wsypaniu, pomieszaniu, i pierwszym słodkim, mocnym łyku?...). Zaczynasię częściowo rozmowa, ale przede wszystkim wspólne chwile ciszy. Iwłaśnie dlatego przejście z Karlsplatzu do kawiarni nie może, niemogłoby nadawać się do milczącego dialogu. Można ewentualnie podczastakiego spaceru (przerywanego schodami, przejściami, światłami,skrętami) niby rozmawiać, ale rzeczywiście ze sobą milczeć - zpewnością nie.
Ajednak rozmawiamy. Czasami wydaje mi się, że chociaż minimalnie, zroku na rok, że jednak rozmawiamy więcej. Że z roku na rok, odspotkania do spotkania, przybywa kilka słów, może zdania są dłuższe,może trafiają się przecinki, a za nimi zdania podrzędne. Że za każdymrazem stajemy się jednak o ileś promili bardziej rozmowni, bardziejkorzystamy ze słów, nie boimy się ich, nie przeszkadzają. Może todlatego, że pilnujemy, by chwile milczenia, ciszy, nie stawały siękrótsze - a możliwe to wszystko tylko wtedy, gdy po prostuspędzamy takiego wieczoru więcej czasu. Więcej słów, nie mniejmilczeń.
Rozmawiamy,lecz pierwsze zdania to tylko rozgrzewka. Wpierw trzeba nasycić oczy,nos, uszy, wzajemnym obrazem, który nigdy nie znika, i też się niezmienia. Spotkania na żywo i ta pierwsza chwila obserwacji to jedyniezapełnienie kolorowanki - dopiero potem znane kontury stają siępełne. Podobnie z zapachem i przede wszystkim głosem. Dlatego teżpierwsze zdania służą tylko temu, by druga osoba znów usłyszała,rozpoznała, ucieszyła się i przyjęła drugi głos. Jak rozgrzewka wtenisie, kilka pierwszych, podstawowych ruchów, uderzeń.
Niewiem jak dla niej, jednak dla mnie istnieje tu jeszcze jedenszczególny element, jej właściwość. Fakt, że Sasza, będąc,prezentując się, tworząc swój obraz - czy to przez ubiór, czyperfumy, czy ruchy, czy też melodię głosu - balansuje zawsze nakrawędzi pełnego otwarcia i pełnego zatajenia. Wydawałoby się, że toekstrema, niemogące mieć żadnej wspólnej krawędzi - a jednak jąmają. Jej głos: niemalże matowy, bezuczuciowy, równomierny, jednak wniektórych momentach, w niektórych sylabach wyraźnie emocjonalny, zuniesieniem, pasją, uczuciem. Podobnie ubiór: równocześnie erotyczny,podkreślający formy, i równocześnie wszystko zakrywający,kamuflujący, nawet - rzadkie u niej - kolory w ubraniuwydają się nie metodą zwrócenia na coś uwagi, a raczej jejodwrócenia, zmylenia. I ruchy: niemalże ciągły bezruch, szyi, rąk,ud, stóp, i potem nagłe przemieszczenie, zmiana pozycji, roszada. Wkońcu zapach: który zawsze jest, lecz zawsze wymyka się definicji, anawet nie sposób go udowodnić, zmysł węchu sam nigdy nie wie, czy cośsobie ubzdurał, czy coś odnalazł.
Najedną, dwie sekundy jest - jeszcze ciemniejsza, lecz wyraźna wkontrastach - gdyż oświetlona przez jedną z jaskrawych lamp wpobliskim przejściu (ktoś nieopatrznie oparł się o kontakt).Obrzucona tym "jasnym cieniem" jest wyraźna. Jej twarz.Policzki. Wyraźne usta. Nie widać ich barwy, wydają sięsrebrnofioletowe. Rzęsy. Oczy, wielkie, niemal białe. I szyja. Piersito tylko moja pamięć i wyobrażenie, ręce schowała pod stolikiem,zarysowane tylko rogi łokci i ramion.
Oczym rozmawiamy?
Rozmawiamy,wymieniamy słowa, przeszłość, wspomnienia, obrazy, uczucia, osoby,miejsca.
Jakzwykle, zaczynając od Sarajewa. Od Bośni, lecz jednak tak, jakbyBośnia była tylko Sarajewem. W innych sytuacjach, rozmowach, z innymiludźmi, nawet tymi z Sarajewa, nigdy mi się to nie zdarza, bym temumiastu podporządkował resztę kraju, miasta jak Mostar, Banja Luka,Trawnik, bym je stracił z oczu, przede wszystkim - tych ludzi.
Wmiędzyczasie, między pytaniami i odpowiedziami, spoglądamy wokoło, tona ekran, gdzie projektor wyświetla jakiś średniostary film -lata 60.(?), 70.(?) - do tego muzyka Bacha, to znów jakiśhard-rock.
Istniejejedna, ważna rzecz: od naszego poznania się, w miarę szybko lapidarnei szczere, proste odpowiedzi Saszy rozłupały powłokę patosu, przedewszystkim co do niej samej, częściowo też co do jej kraju.
Standardowepytania, jak za każdym razem, od 10 lat. Pytania są te same, i tylkoodpowiedzi, choć czasami też te same, mają całkiem inne znaczenia.
- Byłaśw ostatnim czasie w Sarajewie?
- Akad si ti išao posljedni put tamo?
- Ijak było?
- Štasi radio, koga si sreo?
- Jaktam twoi? Mama, Barbara, tata?...
- Akako je ona tvoja baka, jesi li bio tamo na Mejtašu?
- Ašta ima kod Meše? Je li on u Mostaru?(Sasza jako pierwsza przechodzi do innych miejsc).
- Ijak ci tu leci, pracujesz gdzieś? Co to za praca? (Ja z kolei wracamrozmową do Wiednia, ale tylko na chwilę).
- Kolikosad ostaješ u Beču?
- Ijak myślisz - chcesz, i kiedy - wrócić może dole?
- Kadčeš ti ponovo ići tamo?
Zdarzająsię i nowe pytania, jak o wystawę Francisa Bacona, jak o to, czy mamochotę jechać z nimi na narty, czy Sasza nie wpadłaby do Berlina nafestiwal filmowy, o to jak mają się nasze "związki", leczjuż po tym najnudniejszym z możliwych pytań wolimy wrócić do Bośni,do kilku wspólnych przyjaciół i znajomych (wspólnych w tym dziwacznymsensie, że poznanych oddzielnie, i dopiero po latach wychodziło, żektoś-też-kogoś-przecież-od-lat-zna!) jak Mesza, Selma, Dżana, Kriża.
Czasami- znów krótko rozglądając się wokół siebie - komentujemywystawione grafiki, obrazy, fotografie. Raz na jednym z obiektówzauważyłem urywek wiersza, zwrotkę, którą użyliśmy w jednym z numerów"Nepitani", by wspomnieć rocznicę śmierci Aidy.
Rzadkokiedy rozmawiamy o dalekiej przeszłości. O przeszłej Bośni. O jejżyciu tam przed, o ucieczce przed wojną, o pierwszych powrotach, omoich pierwszych tam krokach i szlakach jeszcze przed jej pierwszympowrotem, o moich perypetiach. Czasami wspomnę przyjaciół, Babcię,Mostar. Wojna i śmierć nie są tematami. Nie są tematami tabu, poprostu należą - przynajmniej "dlanas - dla nas"- do przeszłości przeszłej,której nie mogą zmienić dewaluacja lub dowartościowanie wspomnień, iktóra dla nas - gdy jesteśmy razem - nic nie znaczy.Podobnie jak historie o nałogach jej siostry czy mojej mamy, opodróżowaniach naszych ojców, jak stare historie miłosne.
Teżniekoniecznie o przyszłości. Sasza - jako jedyna ze swejrodziny - nie wróciła jeszcze do Sarajewa. Jakby chciała, by tahistoria nigdy się całkiem nie zakończyła.
wserii kwadratukazały się:
"2008","2011", "2014", "2017" -antologie współczesnych polskich opowiadań
MarcinBałczewski"Eva Morales de Nacho Lima", "Malone"
WaldemarBawołek"To co obok"
KostiaBerezin (Paweł Laufer)"Buty Mesjasza"
JacekBielawa "Kościelec"
JarosławBłahy "Rzeźnikz Niebuszewa"
DariuszBitner"Książka"
RomanCiepliński"Diabelski młyn"
TomaszDalasiński"Nieopowiadania"
JerzyFranczak"Święto odległości"
KrzysztofGedroyć"Przygody K"
AndrzejGrodecki"Iluzje"
BrygidaHelbig"Anioły i świnie. W Berlinie!!", "Enerdowce i inneludzie"
LechM. Jakób"Ciemna materia"
BogusławKierc"Bazgroły dla składacza modeli latających"
WojciechKlęczar"Wielopole"
BogusławaLatawiec"Ciemnia"
RyszardLenc"Chimera"
ArturDaniel Liskowacki"Capcarap", "Eine kleine", "Mariasz","Skerco", "Spowiadania i wypowieści"
MiłkaO. Malzahn"Fronasz", "Kosmos w Ritzu"
AgnieszkaMasłowiecka"Pyszne ciało", "Splątanie"
JarosławMaślanek"Ferma ciał"
DariuszMuszer"Homepage Boga", "Niebieski", "Wolnośćpachnie wanilią"
KrzysztofNiewrzęda"Czas przeprowadzki", "Poszukiwanie całości","Second life", "Wariant do sprawdzenia","Zamęt"
EwaElżbieta Nowakowska"Apero na moście"
Cezary Nowakowski,Jakub Nowakowski"Błogosławieni"
PawełOrzeł"Arkusz [^pi^gmalion]", "Nic a nic","Ostatnie myśli (sen nie przyjdzie)"
PawełPrzywara"Ricochette","Zgrzewka Pandory"
KrystynaSakowicz"Księga ocalonych snów", "Praobrazy"
AlanSasinowski"Pełna kontrola", "Rupieć", "Szczeryfacet"
GrzegorzStrumyk"Kra", "Nierozpoznani"
ŁukaszSuskiewicz"Egri bikaver", "Mikroelementy", "Zależności"
LeszekSzaruga"Dane elementarne", "Podróż mego życia","Zdjęcie"
IzabelaSzolc"Śmierć w hotelu Haffner"
ŁukaszSzopa"Kawa w samo południe"
AndrzejTurczyński"Bruliony Starej Ziemi", "Brzemię", "Koncertmuzyki dawnej", "Zgorszenie", "Żywioły"
AnatolUlman"Cigi de Montbazon i Robalium Platona"
EmiliaWalczak"Hey,Jude!"
MiłoszWaligórski"Ktoto widział"
Henryk Waniek "Miastoniebieskich tramwajów"
MaciejWasilewski"Jednodniowyspacer po dwudziestu kilku głowach", "Rozmowy młodejPolski w latach dwa tysiące coś tam dwa tysiące coś"
BartoszWójcik"Christiania. Historie z tamtej strony dobra"
GrzegorzWróblewski"Nowa Kolonia"
MaciejWróblewski"Historie Jakuba Blottona z widokiem na Toruń"
Tadeusz Zubiński "Rzymskawojna"