2
Nagły skok w ciemność. Tunel nagłaśnia łomot pędzącego pociągu...
Ta podróż zaczęła się wczoraj. A może już ponad pół wieku temu? Można jechać na czyjś pogrzeb tak długo, jak długo trwa życie od młodości do starości, i nie spóźnić się. Być ciągle w tej podróży, która nie ma końca.
Łomot pędzącego w ciemności pociągu. Sztolnia tunelu wyłączyła widoczny dotąd za oknem namoknięty deszczem obraz realnego świata, jak wyłącza się ekran telewizora. I wtedy przed jej oczami pojawiły się inne obrazy.
W górze szare przedwiosenne niebo. A może błękitne? Może akurat słońce przebiło szarą opończę chmur, rozproszyło mokrą zawiesinę mgły? Las stoi w ciszy. Otacza polanę. W głębi widać jeszcze siwy nalot śniegu. Drzewa z pierwszego rzędu gdzieniegdzie obnażają swoje korzenie, spod których usunięto piach. Sterczą w powietrzu nad ogromnym dołem. Spomiędzy nich piach osypuje się cichym strumyczkiem. Zasypuje mrówki, które usiłują wspiąć się po ścianach wykopu.
Pada strzał. Brzmi jak głuche klaśnięcie. Potem następny, kilka naraz, jeden po drugim. Ptak zrywa się z gałęzi, niknie w głębi rzadkiego lasu. I znowu zapada cisza. Coś osunęło się z brzegu wyrobiska, pociągając za sobą falę osypującego się piachu. Pada w niego jakiś mały przedmiot. Z bliska można by rozpoznać łuskę naboju pistoletowego kaliber 7.65. Łuska pada na stromiznę wykopu i osuwa się w dół, aż zahacza o coś, co wystaje z głębszych warstw piachu jak kikuty splątanych korzeni. Z bliska można by rozpoznać ludzką rękę, której zagięte palce jakby rozpaczliwie chciały się czegoś uchwycić...
Znowu zapada cisza. Cisza tak wielka, że słychać nawet szelest osypującego się piasku. Ale po chwili stamtąd, z góry, słychać zbliżający się warkot. Warkot przechodzi w groźne dudnienie, w łomot, zapowiadający coś nieuniknionego, przed czym nie można uciec.
Spomiędzy rzadkich sosen wyłania się potężny spychacz. W mgle poranka staliniec wygląda jak taran na gąsienicach. Jego potężny, uniesiony ku górze pług zbliża się do wykopu. Opuszcza się. Im bliżej jest brzegu dołu, tym pług jest niżej, wreszcie opada i sunie po ziemi, rwąc ściółkę, pchając przed sobą zwał skotłowanej runi. Rzadka leśna trawa i szarobura ziemia mieszają się z czystym piachem, wydobytym z dna dołu. Rytmiczny łomot silnika narasta. Zwały zsuwają się w głąb dołu. Dudnienie maszyny zagłusza szelest spadającego piachu. Zsuwa się w dół jak woda po uniesieniu tamy. Niknie pod nim łuska naboju pistoletowego kaliber 7.65, niknie wystająca z piachu ręka, o którą się łuska zaczepiła. Tam na górze, gdzie nad tym dołem toczy się jakieś życie, słychać głosy. Na brzegu widać pomarszczone cholewy, z których wystają bufiaste spodnie wojskowe. Z dołu widać rękę, trzymającą niedopałek papierosa. Pstryknięciem palców ktoś rzuca ten niedokurek w dół. Jeszcze się żarzy, jeszcze niebieski dym wije się, rysując na żółtym tle wymyślne arabeski, póki kolejna lawina piachu nie przydusi go na zawsze...
Znowu słychać narastający łomot stalińca, który pcha przed sobą zwały. Piach sypie się, zasłania widok korzeni, zasłania niebo, które jest szare, a może błękitne, jeśli akurat słońce przebiło się przez zawiesinę mgły. W tej ciemności słychać tylko dudnienie maszyny...
To chyba łomot pędzącego tunelem pociągu przywołał dudnienie stalińca. Zamyka oczy i widzi, jakby z dna wykopu, postrzępione brzegi nieba, które może jest szare, jak to w kwietniu, a może błękitne, jak to bywa na wiosnę; sterczące korzenie, osuwające się zwały piachu i w końcu już tylko ciemność. Tyle widziała wykopalisk, tyle odkrytych trzewi ziemi, odkrywających swoje tajemnice, a tylko ten jeden dół pełen piachu śni się jej czasami. Dlaczego ten obraz potrafił się jej przyśnić nawet za dnia? Czuje wtedy piasek na powiekach, na piersiach, musi głęboko odetchnąć, żeby się z tego dołu wydobyć. Może gdy dotrze na miejsce, ten sen opuści ją, zostanie w tamtej ziemi? Chce zwrócić tamtym dołom to, co zostało stamtąd zabrane: ten kawałek metalu, który był dla niej najcenniejszym wykopaliskiem, choć nie przez nią znalezionym. Ma łuskę w torebce. Jest owinięta w bibułkę. Dawno postanowiła, że jej miejsce jest tam, gdzie upadła, kiedy po strzale wyrzucił ją zamek pistoletu Walther. Może kiedyś archeolodzy ją wykopią i stanie się eksponatem w muzeum śmierci. Anna by jej na to nie pozwoliła. Trzymałaby łuskę w tym drewnianym pudełku w huculskie wzory, razem z wszystkim pamiątkami po Andrzeju...
To przez nią odwlekła się ta podróż. Kiedy wreszcie można było udać się za wschodnią granicę, Anna zachorowała. "Muszę być na jego grobie. Poczekaj, Nikuś, ja wyzdrowieję. Pojedziemy, jak nabiorę sił"...
Teraz jedzie sama. Wiezie ze sobą łaskę i zarazem przekleństwo pamięci, które każą jej pamiętać także cudze pamiętanie. Tyle obrazów, tyle strzępów, tyle słów. Nie po raz pierwszy uprzytamnia sobie, że po niej nikt już tego pamiętania nie przejmie. Sztafeta się kończy. Wie dobrze, że pamięć to nie fakty, to dotyk czyjejś ręki, jedno spojrzenie, fragment melodii, a także dojmująca obecność czyjejś nieobecności.
Pociąg z westchnieniem ulgi wypada z czeluści tunelu. Do przedziału wciska się pozorna jasność pochmurnego dnia. Na szybie wagonu pęd pociągu rozmazuje krople deszczu, układa je w ukośne warkocze, które zaczynają się u góry okna i zsuwają się w dół, w to miejsce, gdzie widać w szybie odbicie twarzy Weroniki. Okryta szalem, którego końce spływają na grubą wełnianą spódnicę, patrzy na rozkisłe pola za oknem, ale jest to spojrzenie kogoś, kto tkwi w tej chwili w innym czasie i miejscu.
W drugim kącie przedziału dostrzega pasażera. Nogi w skarpetkach oparł na przeciwległym siedzeniu. Resztki włosów ma zaczesane do przodu. Jasne brwi wiszą nisko, jakby chciały ukryć uważne spojrzenie szarych oczu. W ręku ma gazetę, ale jej nie czyta. Jego oczy wciąż są skierowane na tę siwą kobietę, jakby chciał z jej wyglądu i zachowania wyczytać, kim jest, dokąd jedzie. Jej oczy są wciąż młode, choć sama ma koło sześćdziesięciu lat. Może mniej? A może więcej? Włosy ma krótko ostrzyżone. Ramiona okrywa czarny, długi szal. Pasażer widzi jej profil na tle zalanego deszczem okna. Obserwuje, jak kobieta sięga po leżącą obok torbę, wyjmuje z niej aparat fotograficzny i odkłada go na stolik pod oknem. Potem wyjmuje spory kalendarzyk, przegląda jego strony. Kalendarzyk musi być bardzo stary, jest poplamiony, gęsto zapisany kopiowym ołówkiem, ma pozaginane strony.
Weronika kładzie kalendarzyk na kolanie, przez chwilę przykrywa dłonią, jakby dotykała czegoś żywego. Kiedy zakłada okulary i otwiera go, jej usta bez śladu szminki poruszają się jak w bezgłośnej modlitwie. Sprawia wrażenie kogoś, kto prowadzi w milczeniu jakąś niekończącą się rozmowę, jakby czekała na jakiś głos odsłaniający tajemnicę czasu, który tak dawno już przeminął, a przecież wciąż jakby był niedokonany.
Poprawia okulary i zagląda na pożółkłe stroniczki o powyginanych rogach. Są sztywne, jakby długo leżały na mrozie. Kalendarzyk przypomina książeczkę do nabożeństwa, z którą ktoś nie rozstawał się przez lata. I ma podobny zapach starzyzny. Pozaginane rogi i rdzawe zacieki. Zapisany jest gęsto drobnym maczkiem. Ślad ołówka jest blady jak wspomnienie. To kalendarzyk z roku 1939. Weronika mogłaby z pamięci przytoczyć zapis z każdej strony. Na przykład ten z 16 listopada: Podobno mobilizacja w Finlandii i Belgii. Żarcie coraz gorsze, ale najgorsza ta niepewność. Co z nami tutaj? I co z najbliższymi. Anna i Nika śnią mi się co noc. Co się z nimi dzieje?
Przymyka powieki. Chce sobie przypomnieć, co właściwie działo się w jej życiu akurat tego 16 listopada? Chyba jechała wtedy z matką furmanką, była noc, wóz skrzypiał na polnej drodze, ona okutana kocem, jacyś ludzie mieli je przeprowadzić na drugą stronę rzeki, bo po tej stronie byli bolszewicy, a po tamtej była babcia Busia...
Pasażer ze swego kąta przygląda się kobiecie, która zdejmuje okulary i przymyka oczy, jakby się modliła. Wyraźnie go ciekawi. Kim jest? Dokąd jedzie?
Weronika nie potrzebuje okularów, żeby wiedzieć, co jest zapisane pod każdą datą. Zna to na pamięć. Przymyka oczy i widzi pod datą 23 listopada: Zezwolono pisać listy do domu. Dostaniemy talony na jeden list miesięcznie. Czy zdołam w nim zawrzeć całą moją tęsknotę za wami? Jesteście tu ze mną dzień i noc...
Nosi ten kalendarzyk w specjalnej saszetce. Stał się dla niej dowodem, że przeszłość nigdy do końca nie jest miniona i że można poznać czyjeś emocje, nawet gdy ten ktoś nie istnieje. Nawet post mortem. Teraz zdejmuje okulary, bo zna na pamięć także następny zapis. Przymyka oczy i usiłuje sobie przypomnieć brzmienie głosu ojca: Żywimy się nadzieją, że alianci o nas nie zapomną. O ironio, trzymają nas w opuszczonym monastyrze. Widać ślady po ołtarzach. Jaki Bóg się nami zaopiekuje, skoro go zewsząd wygnano? Odebrali nam brzytwy, żyletki. Noszę brodę, jak wszyscy. Wyglądamy jak banda zbójców...
Weronika przenosi teraz spojrzenie za okno, ale nie widzi wcale falistej linii lasu. Próbuje wyobrazić sobie, jak ojciec wyglądał z brodą. Czy by go poznała na ulicy? Mogłaby go minąć, nawet się nie oglądając. I nagle ta myśl, że byłby dla niej nierozpoznawalny, podobny do innych, sprawia jej niespodziewany ból. Jakby w ten sposób traciła dostęp do tej ostatniej części jego życia, w której był tak inny, tak niepodobny do siebie samego. Zamyka oczy i próbuje rozpoznać go w tłumie kilkuset jeńców stłoczonych na pryczach w obrabowanym z Boga monastyrze. Może to lepiej, że nie potrafi go sobie wyobrazić jako jednego z "bandy zbójców"? Może lepiej, by go pamiętała z innego czasu. Tego dnia miała na głowie ogromną białą kokardę, żeby tatuś z daleka ją rozpoznał na trybunie. Wtedy pomachał do niej ręką...
Patrzy w zalane deszczem okno, ale nie widzi mijanych stacyjek, bo w tej chwili jest w Przemyślu i stoi na trybunie, a orkiestra gra i gra... Ma przed oczyma to, co już dawno rozpłynęło się w zapomnieniu, ale przecież trwa jako jej wspomnienie. Nie może go z nikim dzielić, bo odeszli wszyscy, którzy wtedy tam byli, i nikt już jej nie powie, czy to święto pułku, czy defilada z okazji Święta Niepodległości... Bo jeśli święto pułku, to byłaby w sukience, bo to wypadało na koniec kwietnia, a jeśli była w płaszczyku, to znaczy, że zapamiętała ten obraz z 11 listopada.
Nadjeżdża wojsko. Oficerowie na koniach. Z daleka trudno rozróżnić twarze jeźdźców, maść koni. Wszystko jest w kolorze sepii, jak na starych fotografiach, ale ona widzi wszystko w kolorze, jak widziała wtedy, kiedy miała dziewięć lat. Słyszy trąbkę, przez błonia galopuje poczet sztandarowy, konie rzucają łbami, słychać chrzęst munsztuków, ziemia jęczy pod kopytami, majestatycznie toczą się działa, na czele oficerowie, jacy piękni, gotowi na wszystko, kolory proporczyków i otoków barwne jak na pocztówce, nawet działa błyszczą w słońcu, oficerowie z taką gracją wykonują "prezentuj broń", a ona patrzy na to, jakby oglądała film, czuje nawet zapach żywicy i trocin. Na święto pułkowe zbudowano trybunę z pachnących, sosnowych desek i ona wraz z matką na trybunie widzą, jak ojciec nadjeżdża na swoim Wezyrze, skręca głowę w stronę trybuny i wykonuje "prezentuj broń", klinga błyszczy w słońcu, jego koń stawia nogi jak baletnica, za nim jego działon 10. Pułku Artylerii Ciężkiej. Ziemia drży od kopyt, drży od toczących się dział. Nadjeżdża następny działon, na czele oficer, jak on się właściwie nazywał? Nie, tego nie pamięta, ale widzi zamaszysty zygzak szabli, błysk klingi, o Boże, jakie piękne to wojsko, jeszcze się uśmiechają, jeszcze nie wiedzą, co ich spotka. Konie unoszą nogi w tanecznym kłusie, błyszczą w słońcu trąby orkiestry pułkowej. Major Filipiński powtórnie przejeżdża przed trybuną, jego Wezyr szarpie głową, ojciec - tak jak przed chwilą - znowu wykonuje "prezentuj broń", powtarza się wszystko, bo ona chce go jeszcze raz zobaczyć takim, jak na kolorowej pocztówce, więc ojciec znowu unosi szablę, by z głową zwróconą w stronę trybuny oddać honory, ona zatrzymuje ten obraz niczym stop-klatkę w filmie. I oto ojciec siedzi w siodle na gniadym koniu, głowę ma zwróconą w stronę trybuny, gdzie stoi dowódca pułku, pułkownik Bokszczanin, ale ona wie, że patrzy teraz na nią. Patrzy i uśmiecha się jak zawsze, pewnie zaraz powie: "W jakim sklepie sprzedają takie aniołki?" - bo tak zawsze mówił na jej widok...
Tego obrazu, który przypomina kolorową pocztówkę, nie jest w stanie rozmyć deszcz za oknem przedziału...
Pasażer szeleści gazetą, której wcale nie czyta, ale chce sprawiać wrażenie kogoś zajętego swoimi sprawami. A jednak ciekawi go, co sprawia, że twarz kobiety przy oknie rozjaśnia się jakimś wewnętrznym blaskiem.
Weronika porzuca ten swój film w kolorach, tyle już razy wyświetlany w pamięci, zakłada okulary i wraca do listopada 1939 roku. Pochyla się nad kalendarzykiem, bo kolejny zapis jest lekko zamazany: Wysiadły nerki. Wieczny chłód i te apele na podwórzu. Robię krwią. Byłe przetrzymać. Wychodzę nocą kilka razy. Całe szczęście, że mam tę szubę...
Szuba! Taka czarna, okropnie długa, podbita futrem, które pachniało kurzem. Dziadek mówił, że jest podbita niedźwiedziem. Pamięta do dziś, że miała zapach mokrego psa. Ojciec brał ją czasem na zimowe polowania albo na jesienne manewry. Otulał nią kolana Anny, kiedy wybierali się powozem do dworku wujostwa Czyżewskich, a Nikę przykrywał nią, żeby w czasie polowania nie widziała, jak padają skoszone śrutem zające. I dziwne, że pamięta, jak w chwili pożegnania, kiedy ojciec wyruszał na wojnę, o tę szubę wybuchła awantura. Anna chciała mu ją włożyć do bagażu, ale ojciec odwieszał ją z powrotem w sieni. I wreszcie nadeszła chwila pożegnania. Weronika widzi teraz jego ostatnie spojrzenie spod daszka polowej czapki. Nie przypuszczała, że nigdy go już nie zobaczy, ale pamięta ten dojmujący lęk jak przed wielkanocną spowiedzią. Ojciec próbuje się uśmiechać, ale na jego twarzy jest jakiś cień. Spojrzenie oczu, jak zwykle prześwietlonych pewnością siebie, jest jakoś dziwnie napięte. Choć wyciąga ku niej ręce, to w tym mundurze, z mapnikiem u boku jest jakiś nieprzystępny. Widzi, jak nad kołnierzem polowego munduru chodzi mu grdyka, jakby rozpaczliwie chciał przełknąć pestkę słonecznika, która mu utkwiła w gardle. Pamięta zapach tego munduru, zapach koca, skóry i papierosów "Egipskich". Słyszy jego słowa, które mają brzmieć dziarsko, ale są przytłumione przez hamowane wzruszenie: "Niedługo wrócę. Jak się ma takie dwie dziewczyny, nie można za długo być poza domem". Za jego plecami stoi ordynans, pucołowaty i wesołkowaty Makary, który śmiał się ze wszystkiego, ale kiedy na rozkaz Franciszki miał uciąć łeb przeznaczonej na rosół kurze, stawał się poważny i żegnał się szerokim prawosławnym krzyżem. Tak, pamięta, że wtedy Makary trzymał w ręku walizkę. I wtedy właśnie ukazuje się babcia Busia, niosąc czarną szubę z baranim kołnierzem. Weronice ta szuba kojarzy się z chłodem, z zimą, a jest sierpień, dni są upalne, wieczory duszne, po co więc szuba? Chyba tata ma rację, że nie chce szuby wziąć: "Idę przecież na wojnę a nie na polowanie". Jego matka nie zwraca uwagi na te protesty. Przywołuje ordynansa. "Niech Makary dołączy to do bagażu pana majora! - mówi Busia i zwraca się teraz do syna: - Wrzesień potrafi być chłodny, a ty, Jędrusiu, masz słabe nerki! - i znowu woła w ślad za oddalającym się ordynansem: - Niech Makary nie zgubi tej szuby!". Ordynans strzela przed Busią obcasami jak przed dowódcą i rzuca zuchowato: "Tak jest! Na wojnie wszystko może się przydać!".
I przydała się. Może dlatego Busia potem powtarzała, że wojny prowadzą mężczyźni, ale to kobiety leczą ich rany.
Weronika przewraca kartkę. Jest na początku grudnia. Wtedy już opuściły mieszkanie w koszarach w Pikulicach, ukrywały się na wsi u Franciszki. Tam doszły wiadomości od Busi: dziadek Niki został wraz z innymi profesorami Uniwersytetu Jagiellońskiego aresztowany przez Niemców i wywieziony do Sachsenhausen. Nigdy stamtąd nie wrócił. A ona wraz z matką chodziły do wiejskiego kościoła modlić się o życie ojca. Anna, namówiona przez Franciszkę, była nawet u wróżki. Od żony felczera usłyszała, że nad majorem Filipińskim krzyżują się złe prądy, ale to człowiek, który się nie poddaje. Może to był właśnie ten dzień, w którym Andrzej zapisał maczkiem: Zgłaszam się do lazaretu. Muszę przetrwać. Żyje się nie tylko dla siebie. Na wszelki wypadek przekazałem adres do Anny i mamy porucznikowi S.
Porucznik S. Kiedy ona go poznała, był już pułkownikiem S. Pułkownik Jarosław Selim. Przymyka oczy i widzi twarz wypalonego wojną mężczyzny. Jarosław miał taki skupiony wyraz oczu, jakby w tej chwili mierzył właśnie z karabinu do jakiegoś celu. Na każdego patrzył jak na przeciwnika, jakby się zastanawiał, czy ten ktoś jest od niego silniejszy i czy on go zdąży trafić między oczy, zanim sam zostanie trafiony. Tak, to był wzrok snajpera, który ocenia, czy już nacisnąć spust, czy jeszcze poczekać. Musiało dłużej potrwać, nim zrozumiały - Anna, Busia i Weronika - że jest to człowiek ocalony z piekła, do którego nie zamierza wracać, ale który równocześnie spłaca swoje długi. Z tym się właśnie pojawił u nich w Krakowie w 1945 roku. Pamięta to pierwsze spotkanie: stanął w progu ich mieszkania i zanim coś powiedział, przyglądał się jej czujnie spod daszka ozdobionej "wroną" polowej czapki, jakby porównywał jej twarz z tym obrazem, jaki miał w pamięci: "Panna Nika? Przepraszam, Weronika... Wyrosła pani na piękną dziewczynę". Zanim ją ujrzał żywą, poznał ją ze zdjęcia. Od niego usłyszała, co jej ojciec myślał, co mówił, że pisał notatki w swoim kalendarzyku: "Pan major wciąż się martwił, co tam robią jego dziewczyny. Wciąż o was mówił, aż po pewnym czasie i mnie się zaczęło wydawać, że znam jego żonę i córkę tak, jakbym je naprawdę kiedyś widział".
Zjawił się jak delegat z czasu, który Anna określała słowami "post mortem". Jedyny, który mógł im powiedzieć coś o Andrzeju. O żywym Andrzeju. To jemu major Filipiński pokazał zdjęcia Anny i Weroniki, to jemu major podał adres matki w Krakowie, jemu zostawił papierośnicę, kiedy wybierał się do lazaretu. W kalendarzyku występował jako porucznik S. A w ich życiu pojawił się jako pułkownik Jarosław Selim. Delegat z miejsca, z którego nikt nie wyszedł żywy. Ten człowiek teraz też żyje tylko w jej pamięci. Weronika nie ma nawet jego fotografii. Wkroczył w życie trzech kobiet tak niespodziewanie, jak z niego wyszedł. Poza pamięcią został po nim tylko jeden ślad. Dla niej cenny jak ostrze grota znalezione w wykopaliskach sprzed tysięcy lat...
Pasażer widzi, jak kobieta odwraca się od okna i jakby sobie nagle coś przypomniała, sięga po dużą, skórzaną torbę z okuciami, i z jej zakamarków wyciąga coś, co można zamknąć we wnętrzu dłoni. Odwija bibułkę. Jej długie palce odstawiają to ostrożnie na stolik, obok aparatu. Pasażer przygląda się, ale z daleka trudno mu zidentyfikować ten przedmiot. Jakiś mosiężny wisiorek? Część aparatu? Amulet?
To niestety koniec bezpłatnego fragmentu. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki.