Wstęp
Pojmanie
Ten przeraźliwy cios, to uderzenie sztyletem w plecy zostawia takie wrażenie, jakie się ma w teatrze, kiedy od dawna w cieniu dojrzewająca zbrodnia zostanie wreszcie dokonana1.
1 września 1939 r. - dzień inwazji hitlerowskich Niemiec na Polskę - to jedna z najbardziej znanych dat dwudziestego wieku. Dwa dni później nastąpiło wypowiedzenie wojny Niemcom przez Wielką Brytanię i Francję. Kilka miesięcy militarnej bezczynności, które potem nadeszły - różnie nazywane: "udawana wojna", "wojna o zmierzchu", drôle de guerre (śmieszna wojna) czy sitzkrieg (siedząca wojna) - z trudem zasługuje na jedną stronę w większości zachodnich książek o historii. Wielka Brytania powoli przeprowadzała mobilizację, podczas gdy Francja i Niemcy spoglądały na siebie z głębi pozornie nienaruszalnych stref bezpieczeństwa wyznaczonych przez linie Maginota i Siegfrieda. Inaczej było w przypadku polskich bohaterów tej książki: osiem miesięcy między wrześniem a kwietniem 1940 r. przyniosło tragiczny początek dramatu, który do dziś jeszcze nie wybrzmiał w pełni. Dla nich przełomowy dzień nadszedł zaledwie po dwóch tygodniach od oficjalnego rozpoczęcia wojny. Podczas gdy działania Hitlera nikogo nie zaskoczyły, zjawienie się pół miliona żołnierzy Armii Czerwonej na wschodniej granicy Polski 17 września 1939 r. było czymś tak niespodziewanym, że siły polskie, chaotycznie wycofujące się przed niemiecką nawałą, nie wiedziały początkowo, czy witać ich jako wrogów, czy przyjaciół.
Działanie Związku Radzieckiego było bezpośrednim następstwem paktu Mołotow-Ribbentrop podpisanego w Moskwie 23 sierpnia 1939 r. przez radzieckiego komisarza spraw zagranicznych Wiaczesława Mołotowa i niemieckiego ministra spraw zagranicznych Joachima von Ribbentropa. Ten niespodziewany sojusz ostatniej chwili był konsekwencją całej serii powolnych i nieprzekonujących wysiłków Wielkiej Brytanii i Francji podejmowanych wczesnym latem 1939 r. w celu nawiązania współpracy ze Związkiem Radzieckim w obliczu prawdopodobnej niemieckiej agresji. Józef Stalin, radziecki przywódca, czuł się tymi rozmowami sfrustrowany, urażony i w końcu zdecydował się na współpracę z Hitlerem. Dla Hitlera korzyści z paktu Mołotow-Ribbentrop były oczywiste: dawały mu carte blanche, by mógł napaść na Polskę z bezpieczną pewnością, że jej wielki wschodni sąsiad nie będzie interweniował. Korzyści dla Stalina były ukryte w tajnym protokole dodatkowym, który przewidywał przyszły podział terytoriów interesujących obie strony i ustanawiał strefy wpływów - radziecką i niemiecką - w krajach bałtyckich i w Rumunii; nakreślona została w nim pionowa linia, dzieląca Polskę na pół. Protokół zawierał też układ handlowy wielce korzystny dla obu stron. Ani Niemcy, ani Związek Radziecki nie pogodziły się wcześniej ze stratami swojego terytorium, wynikającymi z odrodzenia Polski po zakończeniu I wojny światowej. Od 1772 r., kiedy to Rosja, Austria i Prusy po raz pierwszy podporządkowały sobie część olbrzymiej niegdyś wspólnoty polsko-litewskiej, kraj trzykrotnie poddawany był rozbiorom przez te trzy mocarstwa, aż w końcu - po trzecim rozbiorze w 1795 r. - przestał istnieć jako niepodległe państwo. Dla Hitlera Polska była "sztucznym tworem" traktatu wersalskiego z 1919 r., dla Mołotowa zaś - jego "pokracznym bękartem"2. Pakt stanowił okazję dla Niemiec i Rosji Radzieckiej, by odzyskać te terytoria, a jednocześnie uniknąć wzajemnego konfliktu.
Piękna, słoneczna pogoda. Suche lato. Niski poziom wody w rzekach. Czołgi niemieckie nie napotykają żadnych przeszkód. Doskonała widoczność dla lotnictwa niemieckiego. Lotnictwo polskie już prawie nie istnieje3.
Blitzkrieg przeciwko Polsce rozpętany przez hitlerowców stanowił nową, niszczycielską formę prowadzenia wojny, na którą żadna armia nie była w stanie w pełni się przygotować: czołgi przetaczały się po polach oczekujących na wykopki, z samolotów spadał deszcz bomb i pocisków zarówno na cele wojskowe, jak i cywilne. Stereotypowy obraz wojska polskiego jako zgrai walecznego, ale skazanego na klęskę rycerstwa toczącego nowoczesną wojnę przy użyciu broni z poprzedniego stulecia jest daleki od rzeczywistości, ale dziewięćsettysięczna armia nie mogła stawić czoła Wehrmachtowi liczącemu 1,5 miliona żołnierzy. W obliczu przeważającego liczebnie i nieskończenie lepiej wyposażonego przeciwnika siły polskie cofały się na wschód w nadziei, że ze strony zachodnich sojuszników nadejdzie pomoc, która pozwoli na przegrupowanie i wyprowadzenie kontrofensywy. Polska wiara w działanie sprzymierzeńców była godna podziwu, ale nieuzasadniona. Na tym etapie ani Francuzi, ani Brytyjczycy nie byli zdolni - ani gotowi - do zaoferowania Polsce czegokolwiek poza ciepłymi słowami. Pozostawiona w walce sama sobie, armia polska wkrótce została zmiażdżona. Wobec spiesznego niemieckiego marszu na Warszawę rząd polski i dowództwo naczelne zdecydowały się na ucieczkę na wschód, do Brześcia Litewskiego (obecnie Brześć na Białorusi).
I wtedy, 17 września 1939 r., gwałcąc wszelkie wcześniejsze radziecko-polskie pakty o nieagresji, Armia Czerwona przekroczyła wschodnią granicę Polski. W Polsce nazwano to "ciosem w plecy".
We wczesnych godzinach porannych 17 września radziecki zastępca komisarza do spraw zagranicznych Władimir Potiomkin wezwał ambasadora polskiego Wacława Grzybowskiego do swego moskiewskiego gabinetu, by wręczyć mu notę od rządu radzieckiego. Jeden rzut oka na tekst wystarczył Grzybowskiemu, by odmówić jej przyjęcia.
Rząd Polski rozpadł się i nie przejawia żadnych oznak życia. Oznacza to, iż państwo polskie i jego rząd faktycznie przestały istnieć. Wskutek tego traktaty zawarte między ZSRR a Polską utraciły swą moc. Pozostawiona sobie samej i pozbawiona kierownictwa, Polska stała się wygodnym polem działania dla wszelkich poczynań i prób zaskoczenia, mogących zagrozić ZSRR. Dlatego też rząd radziecki, który zachowywał dotąd neutralność, nie może pozostać dłużej neutralnym w obliczu tych faktów.
Rząd radziecki nie może również pozostać obojętnym w chwili, gdy bracia tej samej krwi, Ukraińcy i Białorusini, zamieszkujący na terenie Polski i pozostawieni swemu losowi, znajdują się bez żadnej obrony.
Biorąc pod uwagę tę sytuację, rząd radziecki wydał rozkazy naczelnemu dowództwu Armii Czerwonej, aby jej oddziały przekroczyły granicę i wzięły pod obronę życie i mienie ludności Zachodniej Ukrainy i Zachodniej Białorusi.
Rząd radziecki zamierza jednocześnie podjąć wszelkie wysiłki, aby uwolnić lud polski od nieszczęsnej wojny, w którą wpędzili go nierozsądni przywódcy, i dać mu możliwość egzystencji w warunkach pokojowych4.
Odmawiając przyjęcia noty, Grzybowski podkreślił, że armia polska nadal walczy, a rząd wciąż istnieje. Potiomkin w końcu wymusił na nim powiadomienie polskiego rządu o treści noty. W tym czasie Mołotow przesłał jej kopię do wszystkich ambasadorów w Moskwie, zapewniając ich o radzieckiej "neutralności". Komunikat radiowy powtórzył tę informację.
Ambasador Grzybowski miał pełne prawo zadać Potiomkinowi pytanie: przed kim lub przed czym dzielna armia radziecka broni Ukraińców i Białorusinów mieszkających na wschodnich obszarach Polski? Jakież to "poczynania i próby zaskoczenia" mogły zaszkodzić ZSRR, skoro Niemcy były jego sojusznikiem i nie stanowiły zagrożenia? Polska łobuzerka? Bandyci? Ambasador musiał też bez wątpienia zauważyć złowieszcze odniesienie do wschodnich terenów Polski jako do Zachodniej Ukrainy i Zachodniej Białorusi.
Region, o którym mowa - po polsku zwany kresami, czyli pograniczem - istotnie zamieszkany był przez znaczącą mniejszość ukraińską i białoruską, jak również przez Żydów (którzy, jak można rozumieć, nie potrzebowali tak pilnie radzieckiej ochrony). Wielokulturowy charakter tych terenów odzwierciedlał zarówno zróżnicowany skład populacji przedwojennej Polski, jak i historyczny brak stabilności tamtejszych granic. Pośród wrzenia, jakie nastąpiło po rewolucji rosyjskiej 1917 r., zarówno Ukraina, jak i Białoruś proklamowały niepodległość, walczyły o nią i w końcu ją utraciły; ich wschodnie terytoria przypadły Związkowi Radzieckiemu, a zachodnie - Polsce. Ponowne pojawienie się Polski jako niepodległego kraju przyniosło liczne wyzwania (jedno z nich polegało na ujednoliceniu trzech odrębnych systemów prawnych i edukacyjnych, walutowych, a nawet rozstawu szyn kolejowych wprowadzonych przez stulecie rządów Rosji, Austrii i Niemiec). Z tymi zadaniami borykały się kolejne polskie rządy - z tak samo zmiennym poziomem inspiracji, niekompetencji i błędnych ocen sytuacji jak w każdym z krajów europejskich w latach 20. i 30. XX w. Można powiedzieć, że polityka tych rządów - w połączeniu z panującymi w kraju uprzedzeniami, bufonadą i nacjonalizmem - spowodowała, że różne odłamy polskich mniejszości mogły czuć się niezadowolone, a nawet reagować przyjaźnie na radziecką inwazję, przynajmniej w pierwszej chwili.
Stalin od początku miał jasno wytyczony cel: chciał trwałej kontroli nad tym regionem poprzez przyłączenie "bezbronnych" Ukraińców i Białorusinów do ich braci w sąsiednich Socjalistycznych Republikach Radzieckich - Ukraińskiej oraz Białoruskiej. Obie one pozbyły się niedawno dużej części etnicznie polskiej populacji: w czasach Wielkiego Terroru lat 1937-1938 w operacji skierowanej przeciwko "polskim szpiegom" NKWD dokonało egzekucji ponad 110 000 radzieckich Polaków5. W innym traktacie, podpisanym 28 września 1939 r., Związek Radziecki i Niemcy sformalizowały to, co w istocie stanowiło czwarty rozbiór Polski. Kolejny tajny protokół dodatkowy oddawał pod niemiecką kontrolę regiony wokół Lublina i Warszawy - pierwotnie przypisane do radzieckiej strefy interesów - w zamian za radziecką kontrolę nad Litwą. Mimo toczonych w czasie wojny niekończących się dyskusji politycznych na temat wschodniej granicy Polski bezlitosny zabór terytoriów przez Stalina został przypieczętowany przez aliantów na konferencji w Jałcie w 1945 r.
W dniu radzieckiej inwazji na Polskę prezydent Ignacy Mościcki i najwyżsi rangą członkowie rządu dotarli do Kut w pobliżu granicy z Rumunią.
Usłyszawszy najnowszą wiadomość, Mościcki początkowo nie wiedział, jak zareagować, ale kiedy ambasador Grzybowski doniósł mu o treści radzieckiej noty dyplomatycznej, wszelkie wątpliwości zniknęły. Armia Czerwona w szybkim tempie postępowała w ich kierunku. Trzeba było dokonać wyboru: zostać i wpaść w ręce Rosjan albo uciekać. Mościcki wybrał ucieczkę, rozumując, że lepiej prowadzić walkę z zagranicy, niż się poddać. Tego samego dnia rząd polski przekroczył granicę z Rumunią, wkrótce po nim to samo zrobił wódz naczelny marszałek Edward Rydz-Śmigły wraz ze sztabem. Pod naciskiem Niemiec neutralny (jakoby) rząd rumuński niezwłocznie internował prezydenta, głównodowodzącego i premiera oraz wielu innych funkcjonariuszy rządowych najwyższej rangi, w następstwie czego trzeba było wybrać nowych przywódców spośród ludzi, którym udało się bez szwanku dotrzeć do Francji. Prezydentem został Władysław Raczkiewicz, podwójną zaś funkcję premiera i wodza naczelnego zaczął pełnić generał Władysław Sikorski.
Podzielona Polska 1939-1941
Decyzja o ucieczce była kontrowersyjna. Obywatele cierpiący bombardowania w polskich miastach poczuli się opuszczeni; wielu oficerów uznało wyjazd naczelnego dowódcy, w czasie, gdy polskie siły zbrojne nadal walczyły, za czyn haniebny. Ale decyzja ta pozwoliła jednostkom polskim na przyłączenie się do sił alianckich za granicą i umożliwiła działanie - przez cały czas wojny - rozbudowanej sieci oporu w postaci Polskiego Państwa Podziemnego i Armii Krajowej, utworzonej w 1940 r. i podporządkowanej rządowi na uchodźstwie - po jego przeniesieniu się z Francji do Londynu.
Jeśli dla rządu polskiego inwazja radziecka była kompletnym zaskoczeniem, to i wśród sił walczących na polu bitwy wywołała ona skrajną dezorientację: ucieczka na wschód poważnie ograniczyła łączność z naczelnym dowództwem armii. W konsekwencji nikt nie miał pojęcia, czy Armia Czerwona przybywa, by pomóc w walce, czy dokonać podboju. Zamieszanie spotęgował jeszcze rozkaz wydany przez marszałka Rydza-Śmigłego przed wyjazdem z Polski, nakazujący oddziałom polskim unikanie walki z Rosjanami, chyba że zostaną bezpośrednio zaatakowane. Rozkaz rozpowszechniono akurat w chwili, w której zagrożenie ze strony Armii Czerwonej stało się już faktem. Choć niektóre oddziały polskie stawiły opór, wiele poddało się zgodnie z rozkazem Rydza-Śmigłego.
Rankiem 17 września czterdziestoletni podporucznik rezerwy Bronisław Młynarski dotarł do Dubna, miasta leżącego niecałe 60 kilometrów od granicy radzieckiej. Po zameldowaniu się w dowództwie garnizonu oczekiwał rozkazów wraz z setkami innych oficerów napływających do miasta z różnych stron Polski. Młynarski - dobrze wychowany, dowcipny, serdeczny - był z zawodu przedsiębiorcą, wicedyrektorem należącego do rządu przedsiębiorstwa Gdynia-Ameryka Linie Żeglugowe S.A. Ale jego pasją była muzyka. Przesiąknięta nią była cała rodzina. Jego ojcem był wybitny kompozytor i dyrygent Emil Młynarski, jego siostra Aniela wyszła zaś za sławnego pianistę Artura Rubinsteina. Obie siostry Młynarskiego mieszkały w Stanach Zjednoczonych, gdzie i on spędził wiele lat. Podobnie jak jego dobry przyjaciel Józef Czapski Bronisław Młynarski należał do pokolenia wykształconych, kosmopolitycznie nastawionych Polaków, którzy dorastali w nowej, niepodległej Polsce i byli świadkami jej rozkwitu. Uzdolniony gawędziarz, władał angielskim, francuskim, niemieckim i rosyjskim i mógł zabawiać publiczność w każdym z tych języków.
Bronisław Młynarski
Powołany do wojska w ramach przeprowadzonej naprędce powszechnej mobilizacji Młynarski nie dostrzegł żadnych działań bojowych; pierwsze dwa tygodnie wojny spędził, przemieszczając się coraz dalej na wschód, daremnie usiłując zlokalizować swoją jednostkę, by przyłączyć się do niej. Na drodze z Warszawy spotkał dwóch oficerów, podobnie jak on poruczników rezerwy: górującego nad innymi trzydziestopięcioletniego leśnika Zygmunta Kwarcińskiego oraz inżyniera Józefa Laudańskiego zwanego Laudem, którego pucołowata i serdeczna twarz przypominała Młynarskiemu wiejskiego wikarego. We trójkę stanowili rdzeń grupy przyjaciół, która przez następne osiem miesięcy pozostawała nierozłączna.
Choć wojna toczyła się zaledwie od dwóch tygodni, codzienne niemieckie ataki bombowe stanowiły już pewien element rutyny. Z pedantyczną regularnością bombowce nadlatywały z zachodu na wschód każdego ranka o godzinie 6:00. Rano 17 września nastąpiła zmiana. Niecałą godzinę po porannym nalocie ze wschodu nadleciał szyk trzydziestu samolotów lecących na zachód. Nie zrzucały bomb. Po wystrzeleniu kilku salw polskie działa przeciwlotnicze zamilkły.
Z Zygmuntem i Laudem staliśmy niedaleko jednej baterii, przyglądając się tej niezwykłej paradzie. Pobiegliśmy czym prędzej do tych speców przeciwlotniczych, co znają sylwety samolotów jak my abecadło. Już z dala dostrzegamy niezwykłe poruszenie wśród ich gromadki. Laud z flegmą, przeciągłym swym akcentem, mówi: "Coś mi się widzi, że to nie Niemcy byli...".
"A ja ci powiadam, że to Francuzi, a może Anglicy. Przylecieli z Rumunii, jasne, nie? Oj, bracia, fajnie będzie, zobaczycie, tylko czekajcie, tylko spokojnie!" (...)
Na ich twarzach maluje się konsternacja. Wołamy zniecierpliwieni: "Co to za maszyny, gadajcie u licha. Anglicy czy Francuzi?".
Dobiegają za nami inni koledzy, okrążamy baterię, robi się zgiełk. Wreszcie dowódca baterii, młody porucznik, przyciśnięty do muru, zabiera głos, spokojnie i wyraźnie: "Otóż, widzicie, panowie, to ani Anglicy, ani Francuzi. To były samoloty sowieckie"6.
W miarę jak zgromadzeni jeden po drugim podawali własną interpretację tego dziwnego zdarzenia, ekscytacja w grupie rosła. Formułowano coraz bardziej fantastyczne spekulacje dotyczące niezwykłego zjawiska. Kilka godzin później zaczęły docierać wiadomości z polsko-radzieckiej granicy. Mężczyźni dyskutowali zażarcie, jak interpretować radziecką obecność na polskiej ziemi. "Rozgorzała w naszej grupie, jak nigdy przedtem, walka ślepych entuzjastów z pesymistami pogrążonymi w kompletne zwątpienie. Walka trwała krótko, niestety. I w miarę mijania dalszych godzin obóz entuzjastów malał i gasł na oczach (...)"7.
Podobne sceny rozgrywały się w całej wschodniej Polsce. Z Niemcami postępującymi szybko od zachodu i Rosjanami zamykającymi drogę ucieczki od wschodu stawało się całkiem jasne, że zostało tylko jedno wyjście: zwężający się z dnia na dzień korytarz, do którego nie dotarły jeszcze ani wojska niemieckie, ani radzieckie. Tym korytarzem podążały w pośpiechu resztki armii z nadzieją wydostania się z Polski na Węgry i do Rumunii - a stamtąd do Francji. Około 35 000 żołnierzy polskich sił zbrojnych zdołało w ten sposób uciec. Reszta nie miała tego szczęścia.
Pod wieczór 19 września Bronisław Młynarski i jego przyjaciele przyłączyli się do długiej kolumny ludzi i pojazdów przesuwającej się powoli na południe. O zmierzchu dotarli do małej wioski Dolna Kałuska. Młynarski wspomina tamtejszą scenerię bukolicznego spokoju, z podmokłymi pastwiskami po jednej stronie, chłopskimi obejściami i chatami po drugiej. Przed sobą widział spory drewniany most spinający brzegi niewielkiej rzeczki. Pierwsze samochody i ciężarówki już przejechały przez most i przyspieszały, by wspiąć się na strome wzgórze po drugiej stronie, a potem - gwałtownie wchodząc w ostry zakręt - znikać, jedne po drugich, za zasłoną z bujnej zieleni. "I wtedy to, raptem, plunął w nas gwałtowny ogień z przeciwległego brzegu rzeczki"8.
Po krótkiej bitwie z niewidzialnym wrogiem zapadła cisza, przerywana złowieszczym warkotem, zwiastującym obecność czołgów. Potem z drugiego brzegu rzeki dał się słyszeć krzyk. Ukryty w rowie Młynarski spoglądał na leżące na drodze ciała, czując przytłaczający strach. "Ciemne olbrzymie widmo zdawało się zbliżać miarowo, rytmicznie, gniotąc swą masą i ciężarem (...)"9. Nagle rozległ się krzyk po rosyjsku: "Przestać strzelać, poddawać się, jesteście okrążeni, jeśli nie, to wszystkich wybijemy". Przez krótką chwilę Młynarski zastanawiał się, czy nie użyć swego fabrycznie nowego rewolweru - z którego strzelał tylko raz, na próbę - by strzelić do siebie. W czasie rewolucji rosyjskiej studiował w Moskwie i był świadkiem krwawej przemocy, która się wtedy rozpętała. Nie miał złudzeń, co go czeka w radzieckiej niewoli.
I tak sobie igram tym rewolwerem, przykładam do skroni, nie, może w usta lepiej, ale mina jakaś głupia, rozdziawiona. Nie, do licha, nie. To, psiakrew, za łatwe! W tej chwili poczułem, jakby mi kto czapkę chciał zerwać. Zygmunt krzyknął za mną: "Chowajże głowę, na Boga, bo ją stracisz"10.
Kula drasnęła Młynarskiego w głowę. Zygmunt podał mu chustkę, żeby zatamował krwawienie, i krótkotrwała myśl o położeniu kresu własnemu życiu znikła. Młynarski siedział w rowie wraz z przyjaciółmi i obserwował, jak młody porucznik lotnictwa przechodzi przez most, trzymając w ręku kij z przywiązanym do niego białym szalikiem. Po chwili mężczyzna wrócił sam. A jeszcze chwilę później "(...) w towarzystwie jednego podpułkownika udają się razem, powoli, noga w nogę na drugą stronę mostu. (...) Idą do obozu wroga, by z nim omówić warunki kapitulacji armii polskiej"11.
Polski artysta i pisarz Józef Czapski został schwytany kilka dni później, 27 września, w Chmielku w pobliżu Lwowa, po wielu dniach wędrówki z dwoma szwadronami kawalerzystów rezerwistów - bez koni i niemalże bez broni. Przemieszczali się krętą drogą na wschód, potem na zachód, aż w końcu otoczyły ich radzieckie czołgi i artyleria. Przez dziesięć dni polskiemu dowódcy, generałowi Władysławowi Langnerowi, udawało się bronić Lwowa przed Niemcami, ale nadejście Armii Czerwonej 19 września położyło gwałtowny kres oblężeniu. Armia niemiecka wycofała się, pozostawiając Langnerowi i generałowi Franciszkowi Sikorskiemu12 wynegocjowanie warunków kapitulacji już z Sowietami, podpisanej 22 września. Rosjanie udzielili Langnerowi szczegółowych gwarancji: szeregowi żołnierze i młodsi podoficerowie będą mogli wrócić do domów; oficerowie będą mieli zapewnioną swobodę opuszczenia Polski, przejścia do Rumunii i na Węgry, by udać się potem do Francji. Obietnice zostały złamane zaraz po zajęciu miasta przez Armię Czerwoną. Oficerowie zostali aresztowani i przewiezieni do Tarnopola, skąd większość z nich - z generałem Franciszkiem Sikorskim włącznie - przeniesiono potem do obozu w Starobielsku13.
Żołnierze Armii Czerwonej, którym powierzono uwięzienie Polaków, byli w większości młodymi poborowymi - mówiono na nich bojcy - i pochodzili ze wszystkich zakątków Związku Radzieckiego. Po okrążeniu jeńców rozbrajali ich, wstępnie oddzielając oficerów od żołnierzy z poboru, a następnie uwalniali ich od wszelkich kosztowności. Zdzierano z palców obrączki ślubne i sygnety. Zegarki, skórzane pasy, mapniki, torby... Niektórzy zrywali nawet orzełki z czapek oficerskich i zdzierali naramienniki; wszystkiemu towarzyszyły obelgi o charakterze klasowym: pany, pomieszcziki (obszarnicy).
Maluje się w nich jakieś dziwne przerażenie, które akcentuje się w ich bezsensownych okrzykach, brutalnych szturchańcach przy obmacywaniu naszych mundurów, jakby bomby były w nich pozaszywane. (...) Wpajano im przecież systematycznie do głowy od dwudziestu dwóch lat, że każdy zamieszkujący kraje poza granicami Związku Sowieckiego jest wrogiem ludu, wrogiem Sowietów, bandytą i krwiopijcą14.
W tym czasie na głowy polskich oddziałów zrzucane są radzieckie ulotki:
Żołnierze! Bijcie oficerów i generałów. Nie podporządkowujcie się rozkazom waszych oficerów. Pędźcie ich z waszej ziemi. Przechodźcie śmiało do nas, do waszych braci, do Armji Czerwonej. Tu znajdziecie uwagę i troskliwość15.
Wielu polskich oficerów i podoficerów, policjantów, cywilów i funkcjonariuszy straży granicznej zastrzelono na miejscu. Ale większość wzięto do niewoli, podobnie jak i ogromną liczbę poborowych. Przez wiele dni jechali oni ciężarówkami i maszerowali - osłabieni przez głód, wyczerpani - po drogach "wzdłuż których stały figury świętych z połamanymi krzyżami, poprzewracane przez radzieckie wojska", aż do granicy. Tam zaś szeroki pas ziemi niczyjej wzmocniony drutem kolczastym służył za fizyczny znak izolacji od świata zewnętrznego, w której państwo radzieckie trzymało swoich obywateli. Wkrótce po przekroczeniu granicy jeńców przywitał widok pierwszego radzieckiego miasta. Józef Czapski zachował ten obraz w żywej pamięci:
Inny świat. Zniszczone, szpetne domy, nędzne, jakby nigdy nienaprawiane. Sławna elektryfikacja, o której się tyle czytało: rzadkie lampki elektryczne migające czerwonym, mdłym światłem i profil Stalina z czerwonego neonu w miejskim ogródku - to wszystko16.
Pomiędzy późnym wrześniem a wczesnym październikiem 1939 r. tysiące polskich jeńców wojennych doprowadzono do linii kolejowych, aby ich przetransportować w nieznane miejsca. Na pewnym etapie tej części podróży więźniowie mogli zauważyć, że przestraszeni młodzi bojcy zostali zastąpieni przez ludzi w innych mundurach i w charakterystycznych czapkach z czerwonymi otokami. Ci nowi przybysze poruszali się spokojnie pośród tłumów, odpowiadając na niekończące się pytania zadawane przez zaniepokojonych oficerów: czy zostanie im zwrócone ich mienie, czy zostaną im wydane szczoteczki do zębów, brzytwy i mydło, czy będą mogli napisać do rodzin, a co z poborami? Pytania te odzwierciedlały oczekiwania polskich oficerów, którzy - według międzynarodowych norm sformalizowanych w Konwencji Genewskiej z 1929 r. - byli jeńcami wojennymi. Na każde z tych pytań oficerowie w czerwonych czapkach udzielali krótkich, uspokajających odpowiedzi.
"Da, u nas wsio jest, u nas wsiewo mnogo!" [Tak, w naszym kraju wszystkiego jest w bród], "Da, konieczno, eto budiet, wieszczi wam oddadim i myło budiet. Da, da, zawtra poslezawtra..." [Tak, oczywiście wszystko wam oddamy i mydło też będzie. Jutro, pojutrze...], "Nie biespakojties, my was obezpieczim!" [Nie martwcie się, zabezpieczymy was]17.
Ludzie ci byli politrukami, komisarzami politycznymi NKWD (Narodnyj Komissariat Wnutriennych Dieł - Ludowy Komisariat Spraw Wewnętrznych). Była to wewnętrzna służba bezpieczeństwa Stalina, prekursor KGB i najsprawniej działająca organizacja w Związku Radzieckim. Kierował nią noszący binokle fabrykant terroru, Ławrientij Beria, który niedawno przejął stery po swoim poprzedniku i byłym szefie Nikołaju Jeżowie. To Jeżow kierował stalinowskim Wielkim Terrorem, po czym popadł w niełaskę i wkrótce został rozstrzelany.
Kiedy pociągi w końcu dotarły, więźniowie zostali do nich załadowani - po osiemdziesięciu w wagonie, do tysiąca w jednym transporcie. W wagonach nie było siedzeń. Stłoczeni w ciemności jeden przy drugim, stojąc ramię w ramię z niewygodnie splątanymi nogami, nie mieli pojęcia, ile potrwa podróż i dokąd zostaną przewiezieni. Wiedzieli tylko, że są transportowani na wschód, do serca Związku Radzieckiego.
Warszawa opierała się Niemcom do 27 września 1939 r. Ostatni polski oddział bojowy został rozformowany 6 października. Całe terytorium Polski znalazło się pod okupacją: hitlerowskie Niemcy kontrolowały zachodnią i środkową część kraju, Związek Radziecki okupował część wschodnią.
Dalsza część w wersji pełnej
Przedmowa
Norman davies
Urodziłem się w 1939 roku, a więc zaledwie kilka miesięcy przed tragicznymi wydarzeniami w Katyniu, których świadomość towarzyszyła mi przez większą część dorosłego życia. Dorastając w Wielkiej Brytanii podczas II wojny światowej, byłem zbyt mały, aby pojąć choćby ogólne zarysy tego konfliktu. Pamiętam jednak łuny pożarów nad Manchesterem po niemieckich bombardowaniach oraz straszliwy łoskot brytyjskich czołgów, które przetaczały się obok naszego domu w drodze do Normandii. Jak wszystkim Brytyjczykom, o wojnie opowiadano mi w kategoriach zmagań "szlachetnych i mężnych aliantów" ze "złowrogimi potworami" z Rzeszy Hitlera.
Podobnie jak dzieci z mojego pokolenia w Polsce, w szkole nie dowiedziałem się niczego o Katyniu. Tak naprawdę podczas całej mojej edukacji, w tym na lekcjach historii, działania prowadzone na froncie wschodnim właściwie zupełnie przemilczano. Strzępki informacji dotarły do mnie jedynie za pośrednictwem nauczyciela geografii, który z jakiegoś powodu darzył sympatią "wujka Joe" i chętnie opowiadał o "wspaniałych radzieckich sojusznikach".
Słowo "Katyń" usłyszałem po raz pierwszy podczas studiów historycznych w Oksfordzie, lecz jedynie w kontekście długiej listy niemieckich zbrodni wojennych. W tamtych czasach II wojna światowa była traktowana jako wydarzenie zbyt niedawne, by stanowić przedmiot rzetelnych badań historycznych, więc nie uwzględniano jej w oficjalnym programie nauczania. Na przykład w ogóle nie funkcjonowało wtedy jeszcze pojęcie Holokaustu. Czytałem jednak o pakcie Ribbentrop-Mołotow z sierpnia 1939 roku (sowieccy historycy określali go mianem "kapitalistyczna fikcja"), a zatem zdawałem sobie sprawę, że przez pierwsze dwa lata wojny Stalin i Hitler byli partnerami. Ta wiedza bezsprzecznie nadszarpnęła mój obraz Związku Radzieckiego, nie dopuszczałem jednak do siebie myśli, że przywódca mocarstwa sojuszniczego mógłby nakazać zgładzenie z zimną krwią tysięcy niewinnych jeńców.
Podczas mojego pierwszego pobytu w Polsce w 1962 roku temat masakry katyńskiej nieuchronnie przewijał się w rozmowach z polskimi studentami. Po raz pierwszy w życiu spotkałem wtedy porządnych, sympatycznych młodych ludzi - moich rówieśników - którzy z pasją dowodzili, że zbrodnia ta była dziełem komunistów, a nie faszystów. Przekonałem się też, że jest to jeden z tematów, o których nie można było swobodnie dyskutować publicznie. Ten fakt kazał mi myśleć, że w słowach moich rozmówców może kryć się ziarno prawdy. Większość moich rodaków nie dawała wiary takim twierdzeniom, ale moje stanowisko ewoluowało od niedowierzania w stronę niepewności.
Główna trudność z przyjęciem polskiej wersji wydarzeń w Katyniu była natury moralnej. Ludziom takim jak ja, wychowanym w przeświadczeniu, że wojenna "Wielka Koalicja" Churchilla ucieleśniała walkę dobra ze złem, niezwykle trudno było dopuścić do siebie tezę, która zdawała się podważać całą moralną legitymację sprawy alianckiej. Jeżeli czołowy członek sojuszu, którego armie bohatersko pokonały hitlerowski Wehrmacht, ponosił odpowiedzialność za masowe zabójstwa, w miejsce fundamentalnego schematu dialektycznego "dobro przeciwko złu" mieliśmy "zło przeciwko złu". Jeżeli stalinowskie służby bezpieczeństwa mogły rutynowo, z zimną krwią rozstrzeliwać tysiące niewinnych jeńców, ich postępowanie w przerażający sposób upodabniało się do działań hitlerowskiego SS i gestapo.
W latach sześćdziesiątych XX wieku namiętnie zgłębiałem dzieje Polski, Rosji i Związku Radzieckiego, a im więcej dowiadywałem się o Stalinie oraz ustroju, który zaprowadził, tym bardziej utwierdzałem się w przekonaniu, że NKWD było w pełni zdolne do masakr na wielką skalę. Ostatecznie liczba ofiar odnalezionych w Lesie Katyńskim była znacznie mniejsza od tej zabitych w wyniku "czerwonego terroru" rewolucji bolszewickiej, w trakcie przymusowej kolektywizacji czy w czasach "wielkiego terroru" Jeżowa i Berii w latach 1937-1939. Niemniej jednak świadomość, że aparat NKWD nie cofał się przed masowym mordem, nie oznaczała jeszcze uznania odpowiedzialności Związku Radzieckiego za tę konkretną zbrodnię.
Wreszcie, w latach siedemdziesiątych XX wieku, moje wątpliwości dotyczące Katynia w dużej mierze się rozwiały. Robert Conquest w niepodważalny sposób udokumentował w swoich książkach zbrodniczą naturę stalinizmu, a logice wywodu przedstawionego w 1971 roku przez amerykańskiego uczonego (i byłego akowca) Janusza K. Zawodnego w książce Death in the Forest* nie dało się właściwie niczego zarzucić. Byłem pod takim wrażeniem wspomnień Stanisława Swianiewicza W cieniu Katynia (1976), że planowałem odwiedzić go w hrabstwie Kent, by porozmawiać o jego niesamowitej ucieczce; planów tych jednak nie zrealizowałem. Od pani Zofii Litewskiej, znakomitej nauczycielki języka polskiego mojego syna, otrzymałem egzemplarz zawierającej nazwiska tysięcy ofiar porażającej "Listy katyńskiej" (1949, 1974, 1977). Zdawałem sobie sprawę, że za próbę przewiezienia tego dokumentu do Polski groziłoby mi aresztowanie. Doszedłem wtedy do wniosku, że rozstrzygający jest brak jakiegokolwiek śladu po jeńcach między rokiem 1940 a 1943. Dlatego też w czasie, gdy wykładałem na Uniwersytecie Londyńskim, mogłem z pełnym przekonaniem powiedzieć moim słuchaczom: "Brakuje ostatecznego dowodu. Materiał, którym dysponujemy, składa się głównie z poszlak. Należy przyjrzeć się argumentom obydwu stron sporu, jednak moim zdaniem te przemawiające za sprawstwem Sowietów są miażdżące".
W 1976 roku uczestniczyłem w Londynie w odbywającej się w bardzo napiętej atmosferze uroczystości odsłonięcia Pomnika Katyńskiego. Organizatorzy musieli ją zorganizować na terenie cmentarza Gunnersbury, gdyż nie otrzymali pozwolenia na wzniesienie pomnika na terenie publicznym w dzielnicy Kensington. Odsłonił go ówczesny prezydent RP na uchodźstwie Stanisław Ostrowski w obecności licznie zgromadzonych członków Stowarzyszenia Polskich Kombatantów (SPK) oraz ich rodzin. Na zaprojektowanym przez hrabiego Stefana Zamoyskiego monumencie umieszczono inskrypcję: "Sumienie świata woła o świadectwo prawdzie". Poważne napięcia wywołała decyzja rządu brytyjskiego, który ugiął się pod naciskiem ambasady sowieckiej i odmówił wysłania na uroczystość swojego przedstawiciela. Brytyjskim żołnierzom i weteranom zakazano wystąpienia na niej w mundurach pod groźbą kar dyscyplinarnych, dlatego bardzo ciepło powitano tych, którzy mimo to przybyli w umundurowaniu galowym, by oddać hołd dawnym towarzyszom broni. Największe emocje wzbudzał jednak przeznaczony dla dostojników pierwszy rząd miejsc. Zgodnie z oczekiwaniami miejsce zarezerwowane dla ambasadora ZSRR pozostało puste, na miejscu stawili się wszakże dyplomaci amerykańscy, francuscy oraz brazylijscy, za co podziękowano im gromkimi i długimi brawami.
Kiedy pod koniec lat siedemdziesiątych XX wieku kończyłem pracę nad Bożym igrzyskiem i dotarłem w rozdziale 20 drugiego tomu do Katynia, nie wahałem się ani chwili:
"Dla ludzi, którzy potrzebują ostatecznego dowodu w postaci dokumentów, kwestia ta pozostaje wciąż otwarta. Jednak w oczach większości neutralnych obserwatorów winę Sowietów ustalono ponad wszelką wątpliwość. Masakra katyńska to jedyna "nazistowska zbrodnia wojenna", o której Sowieci nigdy nie wspominają. Los pozostałych 11 tysięcy oficerów można sobie tylko wyobrażać. W oczach Polaków ta jedna masakra stała się symbolem niezliczonych innych, nieudokumentowanych zbrodni, jakie Związek Radziecki popełnił na narodzie polskim"**.
Zacytowałem nawet skierowaną do generała Sikorskiego wypowiedź Stalina, w której przyznał on, że urzędnicy mogą popełniać błędy. Wychodziłem wtedy z założenia, że ofiar było łącznie 15 tysięcy. Te szacunki okazały się zaniżone. W tamtym czasie zidentyfikowano tylko jedno z trzech miejsc kaźni, a reszta pozostawała w sferze domysłów.
Zdawałem sobie także sprawę, że rządy brytyjski i amerykański nie były w tej kwestii bez winy. Wiedziałem o powstałym w 1943 roku raporcie Owena O'Malleya - brytyjskiego ambasadora przy polskim rządzie na uchodźstwie - w którym uznał on winę ZSRR za "niemal pewną", i długo zastanawiałem się, dlaczego ignorowano jego miarodajną opinię. Po namyśle doszedłem do wniosku, że poruszenie tak drażliwej kwestii w czasie wojny było właściwie niemożliwe, gdyż Armia Czerwona Stalina wnosiła bezcenny wkład w wysiłek wojenny aliantów w Europie. Ponadto w sytuacji, w której brytyjski wywiad został zinfiltrowany przez zdrajców takich jak Burgess, Maclean, Philby, Cairncross i Blunt, musiały dominować postawy prosowieckie. Jednak w latach siedemdziesiątych XX wieku sytuacja zaczynała się zmieniać. Piątkę z Cambridge zdemaskowano i Londyn gruntownie wyczyszczono z sowieckich szpiegów. Zimna wojna osiągnęła apogeum. Archipelag GUŁag Sołżenicyna obnażył koszmar epoki stalinowskiej. Mimo to - co zakrawa na paradoks - nie uczyniono niczego, by przerwać zmowę milczenia otaczającą zbrodnię katyńską. Brytyjskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych oraz amerykański Departament Stanu nadal stosowały obłudną strategię niedomówień i wykrętów, twierdząc, że "w sprawie Katynia nie można formułować jednoznacznych sądów". W tej sytuacji pozostało mi tylko pisać listy protestacyjne, które zacząłem wysyłać każdego roku.
W latach osiemdziesiątych XX wieku, gdy najpierw w Polsce narodziła się "Solidarność", a potem w ZSRR nastał czas głasnosti, szanse na rzetelne przedstawienie dziejów relacji polsko-sowieckich znacząco wzrosły. Ja sam nieustannie spotykałem zaś nowych świadków, których relacje utwierdzały mnie w moich i tak już dobrze ugruntowanych przekonaniach. Z zapartym tchem słuchałem na przykład opowieści kuzynki mojej żony Danuty Wiśniowieckiej - ocalałej z batalionu "Baszta" bohaterskiej uczestniczki powstania warszawskiego, której ojciec podporucznik Roman Frydrych trafił w 1939 roku do sowieckiej niewoli. Danuta opowiedziała mi, jak w 1943 roku wraz z matką wyłamały się z obowiązującego w Warszawie patriotycznego bojkotu niemieckich kin i obejrzały krótkometrażowy film dokumentalny Fritza Hipplera "Im Wald von Katyn". W dokumencie, w którym ukazano wstrząsające sceny ekshumacji masowych grobów, wskazywano oczywiście, że zbrodni tej dopuścili się Sowieci. W trakcie seansu obydwie natychmiast rozpoznały na ekranie zwłoki ojca Danuty. Naziści słynęli ze swojej bezwstydnej propagandy. Goebbels otwarcie zachwalał skuteczność "wielkiego kłamstwa". Ujrzawszy jednak bliską osobę w niebudzących wątpliwości okolicznościach, musiały zadać sobie niepokojące pytanie: "Czy to możliwe, że naziści tym razem nie kłamią i nie manipulują?". Odpowiedź brzmiała oczywiście, że naziści tym razem nie musieli uciekać się do kłamstw.
W dekadzie "Solidarności" Polacy nie bali się już publicznie mówić, co myślą, a nawet generał Jaruzelski przełamał wieloletnie nawyki i wezwał sowieckich towarzyszy do powołania wspólnej komisji historycznej do spraw trudnych, a także do wyrażenia zgody na renowację Cmentarza Orląt Lwowskich. W nowym klimacie politycznym nie tylko polscy dysydenci, lecz także przedstawiciele władz komunistycznych zaczęli przyglądać się materiałom dotyczącym całej serii spornych wydarzeń - przedwojennego mordu na przywódcach Komunistycznej Partii Polski, tajnych protokołów do paktu Ribbentrop-Mołotow, pokazowego procesu szesnastu przywódców Polskiego Państwa Podziemnego Armii oraz, rzecz jasna, zbrodni katyńskiej. Ostatecznie 13 kwietnia 1990 roku sowiecka agencja informacyjna TASS wydała oświadczenie, w którym przyznano, że dokonana przez NKWD w 1940 roku egzekucja polskich oficerów była "jedną ze straszliwych zbrodni stalinizmu".
Wkrótce potem zaproszono mnie na spotkanie w brytyjskim Ministerstwie Spraw Zagranicznych, podczas którego szef resortu Douglas Hurd odszedł od długoletniej zasady "wstrzymywania się z oceną" w sprawie Katynia. Nie padły przy tym żadne przeprosiny. Brytyjscy oficjele, którzy chętnie wychwalali odwagę Michaiła Gorbaczowa, pominęli milczeniem własne wieloletnie tchórzostwo.
W 1991 roku do publikacji w polskim tłumaczeniu gotowy był drugi tom Bożego igrzyska, którego wydanie blokowała wcześniej cenzura. Ustęp na temat Katynia opublikowano bez istotnych ingerencji w treść, natomiast z przypisem redakcyjnym, w którym uwagę czytelników zwrócono na fakt, że od chwili napisania tekstu minęło kilkanaście lat. W przypisie tym winą za popełnioną zbrodnię słusznie obarczono Sowietów, siłą rzeczy nie opisano w nim jednak szczegółów, które nie zostały jeszcze ujawnione. Dopiero rok później prezydent Rosji Borys Jelcyn przekazał prezydentowi Lechowi Wałęsie tak zwany pakiet nr 1 i ujawniono protokół z posiedzenia Biura Politycznego KPZR z 5 maja 1940 roku. Świat dowiedział się wtedy, że rozkaz egzekucji 21 857 polskich jeńców wynikał z decyzji podjętej przez Stalina, Mołotowa, Woroszyłowa i Mikojana, a podpisał go niebieskim ołówkiem sam Stalin. "Kłamstwo katyńskie" utrzymało się przez pół wieku.
Las Katyński ujrzałem w końcu na własne oczy 7 kwietnia 2010 roku - w siedemdziesiątą rocznicę zbrodni. Wraz z żoną dołączyliśmy do polskiej delegacji rządowej, która udała się do Smoleńska na pokładzie feralnego samolotu Tu-154 - tej samej maszyny, która miała się rozbić trzy dni później. Widzieliśmy, jak po nas jako jedyny pasażer ogromnego, ultranowoczesnego rosyjskiego odrzutowca wylądował Władimir Putin, za którego limuzyną nie mogła nadążyć nasza kolumna rozklekotanych starych autokarów. Trudno było przeoczyć fakt, że przy pięćdziesięciokilometrowej trasie do Gniezdowa i Katynia niemal za każdym krzakiem stali uzbrojeni rosyjscy żołnierze. Szokujący był też widok podupadłego Smoleńska, gdzie pozłacane kopuły soboru górowały nad niedziałającymi fabrykami i zrujnowanymi domami. Niesamowitym doświadczeniem dla obserwatorów było spotkanie szefa polskiego rządu z grupą miejscowych Polaków - odziani w sukmany ludzie z długimi, białymi brodami przybyli, by powitać "swojego premiera". Ogromnie wzruszającym przeżyciem okazało się też uczestnictwo w ekumenicznym nabożeństwie przed nowym polskim pomnikiem oraz poszukiwanie wyrytego w granicie wśród tysięcy innych nazwiska Romana Frydrycha. Zaskoczył mnie fakt, że stoję tuż obok "Władimira P." - jedynego rosyjskiego przywódcy, który odwiedził to miejsce i wygłosił wyraźnym, choć urywanym głosem przemówienie. Dowiedziałem się wtedy, że w nieprzebadanej części lasu wciąż znajdują się groby lokalnych rosyjskich ofiar NKWD. Krzepiący był widok Lecha Wałęsy i Tadeusza Mazowieckiego, którzy ucięli przyjacielską pogawędkę przy filiżance herbaty. Przede wszystkim zupełnie mnie zaskoczyło, jak piękny potrafi być Las Katyński. Wczesną wiosną leśne runo pokrywały wciąż miejscami płaty lśniącego bielą śniegu. Delikatny wietrzyk błądził między potężnymi rdzawobrązowymi pniami sosen, które strzelały wysoko w górę ku ciemnozielonemu baldachimowi igliwia. Nad tym wszystkim świeciło słońce - z nieskazitelnie błękitnego nieba spływało przeszywająco jasne światło.
Jane Rogoyska należy do młodszego pokolenia, wolnego od obciążeń mojej generacji. Dla niej i jej rówieśników Katyń nie jest już groźnym sekretem ani tematem tabu, o którym rozmawia się wyłącznie szeptem. Urodziła się w Wielkiej Brytanii i jest absolwentką zarówno Uniwersytetu Cambridge, jak i łódzkiej szkoły filmowej. Jako wnuczka oficera polskiego wywiadu, który opuścił kraj w 1939 roku pociągiem wywożącym w bezpieczne miejsce złoto z banku centralnego, łączy profesjonalne umiejętności detektywistyczne z talentem filmowym oraz warsztatem powieściopisarki. Jej błyskotliwa opowieść o stalinowskiej zbrodni na Polakach skupia się na długim i skomplikowanym poszukiwaniu prawdy. To thriller kryminalny łączący historyczną rzetelność z najwyższym kunsztem literackim. Będąca efektem dogłębnych badań, solidnie udokumentowana książka przedstawia aktualny stan wiedzy i utrzymuje czytelnika w napięciu od pojmania oficerów w rozdziale pierwszym aż do ujawnienia całej prawdy w dwudziestym piątym. Tak więc, drogi Czytelniku, dobrze trafiłeś - ta lektura Cię nie zawiedzie.
tłum. Bartłomiej Pietrzyk
* Polskie wydanie: J.K. Zawodny, Katyń, Lublin 1989.
** Treść późniejszych polskich wydań została zaktualizowana, aby oddać nowszy stan wiedzy - w tym dowody w postaci odpowiednich dokuentów.
Wprowadzenie
Spróbujmy wyobrazić sobie kilka tysięcy mężczyzn, którzy mają za sobą niedawne doświadczenie miażdżącej klęski na polu bitwy. Mniej więcej połowa z nich to zawodowi wojskowi, pozostali zaś to rezerwiści, oficerowie, którzy jeszcze kilka tygodni wcześniej byli czynnie zaangażowani w wykonywanie cywilnych zawodów: prawnicy, inżynierowie, nauczyciele, politycy, dziennikarze, uczeni, pisarze, lekarze, duchowni. Wszyscy ci ludzie przywykli do sprawowania kontroli nad własnym życiem. Teraz zaś, oszołomieni i otępiali, w przygnębiający, tragiczny wręcz sposób utraciwszy grunt pod nogami, stają przed nowym, nieodgadnionym wrogiem: tym razem nie przed żołnierzami z karabinami w rękach, ale przed funkcjonariuszami NKWD, dobrze wyszkolonymi zawodowcami, posługującymi się tajemniczymi metodami działania, wyspecjalizowanymi szczególnie w panowaniu nad ludźmi poprzez stosowanie terroru.
Podstawowe fakty związane ze zbrodnią katyńską 1940 roku można łatwo podsumować: 17 września 1939 roku, zaledwie dwa tygodnie po wypowiedzeniu przez Wielką Brytanię i Francję wojny hitlerowskim Niemcom - jako konsekwencji ich napaści na Polskę od zachodu - Armia Czerwona uderzyła od wschodu. Nie było wypowiedzenia wojny. Tysiące żołnierzy polskich sił zbrojnych cofających się przed niemieckim natarciem zostało wziętych do niewoli i przewiezionych do obozów na terenie Związku Radzieckiego. Po kilku tygodniach szeregowi i młodsi podoficerowie zostali zwolnieni do domów; w niewoli pozostało około 14 800 oficerów, policjantów i funkcjonariuszy straży granicznej uwięzionych w trzech specjalnych obozach jenieckich prowadzonych przez NKWD: w Kozielsku niedaleko Smoleńska (Rosja), w Starobielsku w pobliżu Charkowa (Ukraina) i w Ostaszkowie blisko Kalinina (obecnie Twer, Rosja). Przez siedem miesięcy ludzie ci byli przesłuchiwani przez śledczych NKWD, którzy testowali ich lojalność, sprawdzali możliwości nawrócenia jeńców na komunizm.
W kwietniu-maju 1940 roku wszyscy więźniowie - z wyjątkiem 395 osób - zostali w najściślejszej tajemnicy zamordowani na bezpośredni rozkaz szefa NKWD Ławrientija Berii zatwierdzony przez Stalina. Dopiero w kwietniu 1943 roku, kiedy ZSRR i Niemcy nie byli już sojusznikami, a armia niemiecka wkroczyła na terytorium radzieckie, hitlerowcy odkryli masowe groby w Lesie Katyńskim w okolicach Smoleńska. Znaleziono tam 4000 ciał polskich oficerów uprzednio przetrzymywanych w obozie w Kozielsku.
Wstrząsające odkrycie doprowadziło do jednej z najbardziej zawziętych bitew propagandowych czasów II wojny światowej. Podczas gdy hitlerowcy usiłowali dokonać rozłamu wśród sprzymierzonych, przedstawiając dowody "bolszewickiego bestialstwa", władze radzieckie wskazywały palcem "faszystowskich katów", twierdząc, że mordu dokonano nie w roku 1940, ale w 1941, kiedy rejon Smoleńska znalazł się pod kontrolą nazistów. W kwestii zwycięstwa w wojnie z Hitlerem sprzymierzeni byli uzależnieni od Stalina i dlatego ani Brytyjczycy, ani Amerykanie nie ośmielili się kwestionować radzieckiej wersji wydarzeń. Pozwolono więc na podtrzymywanie opowieści, wedle której masakra katyńska stała się oficjalnie zbrodnią hitlerowską - z fałszywymi datami, z fałszywymi pomnikami. Losy i miejsce spoczynku zaginionych więźniów z obozów w Starobielsku i Ostaszkowie pozostawały zagadką aż do upadku komunizmu w 1990 roku, kiedy radziecki prezydent Michaił Gorbaczow w końcu przyznał, że Katyń to zbrodnia stalinowska, i dotyczące jej dokumenty przekazał polskiemu prezydentowi Wojciechowi Jaruzelskiemu. Ujawniono wtedy, że ciała więźniów z obozu w Starobielsku zostały pochowane na cmentarzu w Piatichatkach w pobliżu Charkowa, zaś więźniów z Ostaszkowa - w Miednoje niedaleko Tweru. W wyniku późniejszych badań całkowitą liczbę ofiar ustalono na niemal 22 000 (dokładnie 21 857), w tym 7300 polskich oficerów, którzy byli przetrzymywani w innych więzieniach na Ukrainie i Białorusi i zostali zamordowani na mocy tego samego rozkazu.
Na Zachodzie wiedza o zbrodni katyńskiej szybko blaknie. Wielu ludzi nigdy o niej nie słyszało; ci, którzy słyszeli, znają często jedynie ogólny zarys wydarzeń. W Polsce natomiast Katyń pozostaje wciąż tematem dyskusji, źródłem narodowego bólu i kością niezgody nadal obecną w relacjach między Rosją a Polską, w których polityka odgrywa pierwszoplanową rolę. Zbrodnie hitlerowskie zostały zbadane i obnażone we wszystkich brutalnych szczegółach; towarzyszyły im wyrazy żalu i reparacje. Inaczej jest w przypadku nieprawości popełnionych przez Związek Radziecki: dekady wymuszonego milczenia sprawiły, że ten okres historii jest wciąż "żywy" i nie w pełni poznany. Wciąż istnieją luki do zapełnienia, rachunki do wyrównania. W życiu Europy Wschodniej nadal obecna jest spuścizna resentymentów i nieufności.
Dlaczego więc mamy się dziś zajmować Katyniem? W 1943 r. sir Alexander Cadogan, pełniący funkcję stałego podsekretarza stanu w brytyjskim Ministerstwie Spraw Zagranicznych, zauważył, że śmierć kilku tysięcy Polaków z rąk NKWD jest kroplą w oceanie wobec milionów obywateli radzieckich wymordowanych przez Stalina. W istocie liczba obywateli polskich, którzy stracili życie w wyniku radzieckich deportacji w latach 1940-1941, była znacznie większa, sięgała raczej setek niż dziesiątek tysięcy. Można zadać pytanie, dlaczego to właśnie Katyń nabrał tak symbolicznego znaczenia pośród wielu zbrodni epoki stalinowskiej.
Państwo Stalina stosowało liczne i rozmaite metody pozbycia się wrogów: procesy pokazowe, egzekucje, obozy pracy - do wyboru, do koloru, lista była długa. Ale nawet jak na te brutalne standardy zaplanowane i zorganizowane zamordowanie tysięcy obywateli obcego państwa - uwięzionych nie za przestępstwa kryminalne, ale jako jeńcy wojenni - było czymś niespotykanym. NKWD wysyłało cudzoziemców do Gułagu, mordowało ich, ale zazwyczaj nie eliminowało ich celowo i masowo (to był los zarezerwowany raczej dla obywateli radzieckich). Ludzie, o których tu mówimy, należeli do polskiej elity. Ich zgładzenie oznaczało wykreślenie całego pokolenia intelektualistów, polityków, wojskowych, artystów. Ta zbrodnia stanowiła część stalinowskiej strategii zmierzającej do wyeliminowania wszystkich, którzy mogliby okazać się zagrożeniem dla planu narzucenia Polsce w przyszłości władzy radzieckiej. Była to dekapitacja społeczeństwa polskiego uderzająco podobna do analogicznej polityki, którą w tym samym czasie stosowali w okupowanej Polsce hitlerowcy. Symbolika śmierci tych ludzi sama w sobie jest dostatecznie wymowna; zasługuje na pamięć i nie daje spokoju. Ale tym, co tak naprawdę czyni z Katynia wydarzenie wyjątkowe pośród tylu innych morderstw i zbrodni, wydarzenie wciąż ważne także i dziś, jest to, co możemy nazwać "katyńskim kłamstwem".
Przez ponad cztery dekady państwo radzieckie podtrzymywało kłamstwo, jakoby Katyń był zbrodnią hitlerowską; udawało się to dzięki bezprzykładnemu zaangażowaniu radzieckich służb bezpieczeństwa (i ich odpowiedników w komunistycznej Polsce) w kontrolę nad tą "opowieścią". Oszustwo zaczęło się w 1940 r. od celowo rozpowszechnianych pogłosek, za sprawą których więźniowie mieli uwierzyć, że wkrótce wrócą do domów. Te działania były na tyle skuteczne, że przez długi czas osoby, które przeżyły, żywiły przekonanie, iż to one właśnie zostały "pominięte". Później nastąpiła cała seria często dramatycznych akcji, podejmowanych po to, by uciszyć i zastraszyć ludzi, którzy mogliby powiedzieć prawdę; w tym czasie zaś NKWD (a później KGB oraz UB i SB) pracowało niestrudzenie, aby przeinaczając fakty, nadać im pożądany kształt: od podrzucania przy zwłokach fałszywych dokumentów poprzez pościg przez Europę za ciężarówką pełną dowodów po niszczenie śladów czy inscenizowanie "wypadków" w europejskich stolicach. Najwyższą cenę za ten z rozmysłem wznoszony gmach kłamstwa zapłacili ludzie, którzy mogli zakwestionować oficjalną wersję zdarzeń.
Zbrodnię katyńską przeżyło zaledwie 395 mężczyzn. Dla wielu z nich rola mimowolnych świadków zbrodni, która oficjalnie się nie wydarzyła, oznaczała w konsekwencji wygnanie, prześladowania, areszt. Co najbardziej dojmujące, obciążyła ich ona podwójną tajemnicą, która prześladowała ich przez resztę życia: "Dlaczego zabito naszych towarzyszy, a nas nie?". I lustrzane odbicie tego pytania: "Dlaczego to nas oszczędzono, a nie ich?".