Kąty - Artur Dudziński

Kup ebooka

24.60 zł
19.68 zł (17,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Spis treści

Kuchnia

Pokoje i inne miejsca

Zakamarki sztambucha

Artur Dudziński

KĄTY

Copyright ? 2018 Artur Dudziński

Wrocław 2018

ISBN: 978-83-951215-1-7

Skład i korekta: Liberum Verbum

Redakcja: Zbigniew Zebar

Projekt okładki: Zbigniew Zebar

Liberum Verbum

50-078 Wrocław

ul. Leszczyńskiego 4

www.liberumverbum.com.pl

liberum-verbum.sklepypasejo.com.pl

wydawnictwo@liberumverbum.com.pl

Drogiej Mimi

Drogiej Meme

Skoro tyle osób gniewa się na inne osoby, dlaczego tylko dzieci klęczą na grochu?

Artur Dudziński

Kuchnia

Rama okna łasi się do dłoni. Wygina w koci grzbiet. Dziadek głaszcze ramę i mówi:

- Odnowimy cię na wiosnę.

Rama ma rysy i pęknięcia, jak palce dziadka. Zadzieram głowę, by zobaczyć wszystkie. Głos dziadka zamyka moje oczy: kiedy dziadek mówi, chce mi się spać; słowa schodzą do piersi, ogrzewają pierś, zasypiam.

- Mróz artysta. Namalował na szybkach witraże.

Lato zagląda do domu. Latem nie widać okien. Teraz nie ma ogrodu. Jest białe tło, na które trudno patrzeć i na którym ukazują się rośliny: trawy pokryte gwiazdkami, kwiaty i przeźroczyste drzewka ze szkła - oprawione w podrapaną ramę. Chucham na łodygę. Dziadek uśmiecha się, poprawia okulary na nosie i palcem puka w liść.

- Tu masz paproć. Podoba się? Dostała oczy jak sarna, szak?1

Opieramy się o parapet. Skrzypi. Za nami strzela piec. Teraz nikt nie jest dorosły i nie muszę płakać, bo nie jestem w szkole.

Dziadek wkłada dłonie pod moje pachy, unoszę się i widzę, że dziadek jest małym chłopcem z rysami i pęknięciami na twarzy i szyi. Ręce dziadka są szorstkie niczym kora gruszy. Potrafią wyczarować miecz, zrobić karabin i dwupłatowiec ze śmigłami.

Gdy mama była małą dziewczynką, dziadek wystrugał z drewna wózek, w którym woziła lalkę bez uśmiechu. "Nikt nie pamiętał, by lalce przyszyć uśmiech" - powiedziała mama. Dorysowała go węgielkiem. Potem zrobiono zdjęcie z lalką. "Dziadek wykonał okna, krzesła i wiele rzeczy, które będą nam służyć" - mówiła babcia. - "Dzieci polskie i niemieckie przychodziły do dziadka po zabawki." Ręce dziadka są mocne jak gałęzie. Teraz jestem duży i dotykam sufitu. Przez okno widzę kawałek ogrodu.

- Zaprosimy zimę do domu?

- Tak dziadku. Otworzymy okno?

- Rojbrze,2 zima nie pozwoli go zamknąć. Taka jest.

Ląduję na deskach podłogi. Dziadek nie boi się myszy, więc chowa rękę pod ceratę zakrywającą stół. Wyciąga kuchenną miskę babci.

- Idę rozmawiać z zimą. Zaglądaj przez krzaczki.

Patrzę. Gruba łodyga puchnie od oddechu i pokazuje dziurę. Przykładam oko i nie widzę dziadka. Od domu do płotu Pana Sąsiada nie ma nic. Dziadek mówi, że zima ściera wszystko z ziemi, jak gumka do mazania, a ogród przypomina czystą kartkę z bloku do rysunków.

Śnieg stawia płatki ciszej, niż kot łapy. Żaden kot z nami nie mieszka. Babcia nie chciała się zgodzić. Babcia była uparta: powiedziała dziadkowi, że nie będzie jej łajza po stołach skakać, a dość jest bezpańskich.

Okno kuchni ma wiele szybek. Jeżeli stoję daleko, i mrużę oczy, nie widzę okna, a... lecące przez kuchnię krzyże. Dziadek powiedział kiedyś na zielonym od wiosny cmentarzu, że najpiękniejsze krzyże są z brzozy. Chciałby krzyż z brzozy. Czyściliśmy groby. Babcia przestała żartować. Odpowiedziała dziadkowi po niemiecku. Lubię, jak przez kuchnię lecą brzozowe krzyże dziadka. Dziadek wie, że to nasza tajemnica.

Zerkam przez kwiat. Dziadek został zmazany i nie wróci. Narysuję dziadka, zabawę i kota.

Za mną stoi wielki piec jedzący myszy. Ma białe duże kafle i czarną płytę. Jeżeli zostaję sam, odwracam głowę w inną stronę. Mam mokre dłonie. Zatykam uszy, ale to nie pomaga. Według babci piec strzela, ponieważ jest głodny i chce od dziadka mysz na deser. W domu są łapki. Trzeba uważać, by nie dać się złapać. Dziadek wyjmuje mysz z potrzasku i, trzymając za ogon, zbliża do czarnej paszczy pieca. Mysz porusza się nad czerwonym gardłem. Pisk myszy wbija się szpilką w ucho.

Dziadek powiedział do babci, że jeśli to się nie zmieni i myszy będzie więcej, przestanie kupować węgiel. Babcia śmiała się i powtarzała: "Będziemy palić myszami w domu stolarza, będziemy palić myszami..."

Pewnego razu, kiedy byłem chory i nie musiałem iść do szkoły, dziadek stał przed piecem i słuchał. Stał pochylony, nie ruszał się i od słuchania dostał wiśniowych uszu. Pokazał palcem szufladę u dołu pieca, w której trzymamy drewno i zapałki. Tego dnia piec był zimny - spał. Szuflada była zamknięta. Słyszałem z dziadkiem coś, co nie przypominało strzałów głodu, ani sennego chrapania. Dziadek zbliżył ręce do szuflady i szarpnął za uchwyt. Przestraszona szuflada wyskoczyła na nogi dziadka i opadła, a z kawałków drewna zmieszanych z gazetami wyłoniła się duża i szara mysz. Rzuciła się między nogawki dziadka i zniknęła pod stołem. Dziadek krzyknął coś, czego nie mogę sobie przypomnieć; zdaniem babci, dzieci nie powinny tego słuchać. Bałem się, że następna mysz czai się w piecu, wskoczy na moje plecy, podbiegnie do kołnierzyka i wsunie się pod sweter. Do końca dnia nie wychodziłem z pokoju babci i dziadka. Musiałem załatwiać się do nocnika. Innym razem babcia ustawiła świecznik na kuchennym stole. Wyjęła z szuflady pieca drzazgę. Czarnym haczykiem otworzyła usta znudzonego jak kot pieca. Od ognia, który przeskoczył na drzazgę, babcia zapaliła świecę. Obok świecznika leżały obcęgi i cztery kostki cukru. Babcia złapała narzędziem dziadka kostkę i opalała tańczącym płomieniem żółtej świecy. Przygotowaną kostkę cukru zaniosła do werandy i położyła na podłodze pod ścianą. Kiedy pozostałe trzy kostki były gotowe, babcia powiedziała: "Tego myszy nie lubią". Jedna kostka znalazła miejsce pod stołem w kuchni, druga w pokoju babci, trzecia u moich rodziców, gdzie wcześniej babcia przegoniła mysz z pianina. Ta piszczała z radości, tupała, chrobotała i przeciskała się pod żółtymi klawiszami, które podnosiła.

Dziadek łapie myszy na deser i żadnej nie pozwala zbliżyć się do mnie.

Mam w rodzinie przyjaciela. W szkole bez przerwy myślę o dziadku, pani jest na mnie zła, boli mnie brzuch, a na ławce zostawiam wodę z rąk. Mama musi chodzić do szkoły i lekarza. I jest zła, jak babcia.

Piec strzela. Jest głodny. Miska cukru z iskierkami zbliża się do mnie na nogach dziadka. Nabieram zimnego i wilgotnego deseru na palce i wkładam do ust. Dziwię się, że zima nie ma smaku. Dziadek stawia miskę na stole. "Dobrze, że babcia tego nie widzi" - mówi. Dziś jesteśmy sami i wszystko nam wolno.

Mam wesołego dziadka. Uśmiecha się przez cały boży dzień. Babcia - nie. I kiedy zbliżam się do babci, która akurat rozmawia z dziadkiem, zaczyna mówić po niemiecku. A kiedy jestem natrętny i niegrzeczny, babcia mówi po polsku:

- Oddam cię węglarzowi. Jak będzie przejeżdżał, zawołam go i wywiezie cię w worku po pyrach,3 nicponiu. Dziad nauczy cię porządku.

Codziennie widzę, jak przed bramą przejeżdża ulicą konny wóz z węglarzem wołającym tych, którzy nie słuchali swoich rodziców, babć i dziadków:

- Dzieee-ciii! Dzieee-ciii!

Węglarz jest czarny. Ma płaszcz i czapkę z daszkiem. Czarny jest koń i wóz węglarza. Węglarz, od którego dziadek kupuje węgiel i ziemniaki, trzyma w ręce bat i uderza nim konia. Zasypia w czasie jazdy, budzi się i bije konia, któremu spać nie wolno. Wiem, że chciałby chłopca takiego jak ja, więc z powodu wołania węglarza uciekam do kryjówki. Babcia mnie nie znajduje. Wysyła dziadka. Dziadek zna moje tajemnice, które są jego tajemnicami. Chowam się w tylnej części ogrodu między drzewami, które latem dorastają korzeniami do środka ziemi. Dziadek podchodzi do mnie i kuca. Słyszymy, że babcia mówi do siebie i nazywa mnie rychtyk4 kundą5. Wychodzimy z ukrycia, a dziadek zagaduje babcię po niemiecku tak, że babcia nie straszy mnie już węglarzem, laniem, tylko bez słów, i długo grozi wskazującym palcem. Babcia zła na dziadka mówi: "Stary i głupi. Jak stary, tak głupi". Jest osobą, po której nikt nie może nic powiedzieć. Babcia mówi ostatnia. Potem dziadek wychodzi do warsztatu i nie wraca do późnego wieczora. Słyszę stukanie, pukanie. Węglarz boi się babci i zrobi, co babcia zechce. Ja nie boję się dziadka.

W misce są trawy pokryte gwiazdkami, kwiaty i przeźroczyste drzewka ze szkła, których zima nie zdążyła rozłożyć na oknach innych domów. Dziadek nabiera w dłonie rośliny, zgniata, robi dwie kule. Potem trzecią, mniejszą. Układa jedne na drugich, prostuje. Dwa ziarenka pieprzu, patyczek - i stoi bałwanek. Wyginam patyczek w uśmiech. Odpada. Bałwanek jest przestraszony, jak mysz na deser, która próbuje uwolnić się z łapki. Teraz uśmiech dziadka nie pomaga.

- Zobaczymy zimowego tancerza?

- Tak - odpowiadam.

Dziadek łapie bałwanka, ostrożnie przenosi i stawia na piecu. Bałwanek, który nie ma ust, krzyczy ciałem. Przechyla się i dymi. Na piecu, razem z bałwankiem, tańczą pęcherze zimowych kwiatów. Dym i krzyk zasłaniają kuchnię i dziadka. Bałwanek jest krótszy i przechylony. Z pieca nie można uciec. Wyciągam ręce w stronę bałwanka.

- Nie ruszaj!

Zakrywam usta. Nie mogę mieć ust. Nie ma ich umierający bałwanek. Na piecu jest głowa wpatrzona we mnie oczami myszy na deser. Zostawiam na twarzy i sweterku wodę.

Pokoje i inne miejsca

Piec jest wysoki i ciepły jak mama. Nie mogę za często przytulać się do mamy. Kurz fruwa, jak rój komarów, i nie daje odpocząć. Do zrobienia są porządki, wiecznie zaległe prace: zakupy, gra na pianinie, robótki na drutach. I trzeba położyć się po południu. Mama musi ruszać się jak babcia, dziadek jest zajęty, a taty nigdy nie ma. Piec zatrzymał się przede mną, jak ciężarowy samochód, i stygnie.

Słońce brudzi okna. Od słonecznych promieni powstają smugi, które należy zmyć. Słońce zagląda do pokojów, a drzemiący kurz podrywa się, kręci i nie ma już spokoju. Powietrze jest gęste od fruwających drobin, cząstek, nitek i Bóg raczy wiedzieć, od czego. Powietrze choruje i próbuje uciec z domu. Babcia dostaje kaszlu. Mamę boli głowa. Słońce nachodzi dziadka na czyszczeniu pieca. Popiół przedziera się przez pokój tabunem spłoszonych koni. Robi się siwo. Babcia wytyka dziadkowi, że nie szanuje jej pracy i zdrowia. Dziadek broni się i tłumaczy. Wszystkiemu winne jest słońce. Tak, to ono złośliwie wytyka niedostatki. Ale gdy pada i jest zimno, słota całe dnie upiera się przy swoim - każdy narzeka na deszcz, temperaturę i ciężko wzdycha za słońcem.

Piec ma jedno zadanie do wykonania i lubi, jak do niego przychodzę. Przykładam pół twarzy do gładkiego kafla. Widzę w nim jasny kwadracik telewizora. Staram się objąć piec rękami. Lśni. Z jednej strony wystaje rura, którą piec opiera się o ścianę z powodu starości. Wysoko znajdują się drzwiczki, za którymi dziadek trzyma papierosy. Za piecem jest miejsce na deskę do prasowania albo kryjówkę. Na górze stoją wazony. Zdaniem babci piece są ozdobą domu. Dziadek pali codziennie w piecach naszego domu, a babcia i mama codziennie sprzątają po dziadku.

Podłoga z desek jest wypastowana. Skręca nosy.

I kiedy nareszcie jest w domu porządek, taty nie ma, mama robi na drutach, babcia ogląda telewizor, a dziadek siada w ogrodzie przed schodami werandy i pali papierosa, aż wznosząca się i opadająca okrągła i pomarańczowa sprężynka zgaśnie. Potem otworzą się drzwi werandy: ciemność wypluje taboret wraz z uśmiechem dziadka.

Bawię się samochodem na kluczyk. Nakręcony silnik porywa auto, które pędzi od zderzenia do zderzenia: z nogą stołu, kanapą, kredensem, nogą babci. Babcia wyzywa mnie i próbuje złapać je. Za kluczykiem ukryta jest siła. Auto gna od zdarzenia do zdarzenia. Wpada na milicyjny motocykl BMW. Ucieka, a ja rzucam się w pościg, przewracam i rozbijam głowę o otwarte drzwi. Babcia przykłada do mojego czoła wielki i zimny nóż. Zapominam o bólu z powodu telewizora, w którym pojawia się kartka z gołym Neptunem unoszącym widły. Boję się Neptuna i wywrotki tatra, która męczy uszy i ma twarz. Tatra straszy mnie jeszcze po zamknięciu oczu.

Twarze mają cyfry umieszczone na tramwajach. Dwójka uśmiecha się, a trójka na kogoś krzyczy. Wystarczy pójść na tramwajową pętlę i zobaczyć. Piątka - to listonosz albo oficer w czapce z daszkiem. Czwórka - piękna pani. Szóstką patrzy na mnie dziadek. A dziewiątka jest trupią czaszką. Siódemka - mężczyzną z zadartą grzywką i wąsem. Ósemka ma buzię niemowlęcia. Jedynka zadziera nosa. Zero jest twarzą bez twarzy, polem dla wyobraźni. Nie... zero jest miejscem na moją twarz.

Jadą przez miasto tramwaje z twarzami zamiast numerów. Stojący na przystankach wybierają twarz wesołą lub smutną, zależnie od tego, jak pragną się poczuć.

Dziewiątka rusza pusta. Tatra podobna jest do dziewiątki.

Podłoga unosi się w moją stronę a ja nie umiem jej zatrzymać. Krew jest na podłodze, spodniach, w ustach. Słyszę: "Znów szajbus6 klukę7 roztrzaskał".

Kiedy udaje mi się nabić samego guza na czole, babcia przykłada mnie do wielkiego, zimnego noża, by czoło, przez ból, na powrót stało się gładkie. Muszę leżeć bez ruchu godzinę z mokrym ręcznikiem na głowie. Naciągam koc pod oczy. Widzę odcięty sufit i kawałek lampy. Ręcznik zamienia się w ciepłego kota. Oddech nie ma się gdzie podziać i wraca do ust.

Podchodzę do dziadka, do którego babcia mówi po niemiecku. Twarz dziadka uśmiecha się po polsku. Głowa dziadka rusza się w górę i w dół, aby babcia myślała, że dziadek jej słucha. W górę i w dół.

Słowa wypowiedziane pomiędzy dorosłymi muszą pozostać zrozumiałe tylko dla dorosłych. Gdy dorośli mówią coś ważnego, ściszają głosy, kiwają głowami albo rozmawiają po niemiecku. Klepię dziadka po udzie, ponieważ chcę coś powiedzieć. Babcia zgniata oczami moje zamiary. Już wiem - lepiej nie przerywać niemieckiej konwersacji.

Dziadek wyciąga z szafy grubą ciemnozieloną walizkę. Babcia mówi, że to "akordion". Dziadek kładzie pudło na stole i otwiera. Babcia mówi: "Niech się przewietrzy. Powietrze dobrze mu zrobi". Nic nie pachnie tak jak wnętrze walizki. "Śmierdzi naftaliną" - zauważa dziadek. Babcia przeciera akordeon szmatką. Rozciąga miech i zostawia. Dzień nie czeka na koncert i odchodzi. Szmatka babci nie ma palców, ale leży na klawiaturze, jak dłoń akordeonistki. Przecieram klawisze, które milczą. Dziadek zapala w korytarzu lampę, łapie akordeon, który wyrywa się dziadkowi w podartym akordzie. Dziadek spina instrument dwoma paskami, chowa ostrożnie do futerału i zamyka w szafie. Nikt nie gra na akordeonie. Wszyscy dbają o akordeon. Zapach akordu pozostaje na stole do rana.

Fotografia starego rodzinnego albumu pokazuje dziadka z akordeonem pływającym jak ryba. Na innym zdjęciu oglądam mamę w koleżeńskim gronie uczniów szkoły muzycznej i klasy akordeonu.

Instrument umarł i złożono go do grobu futerału, zamykając w sarkofagu szafy. Ekshumacja dokonuje się kilka razy w roku. Zawsze w tym samym zespole: babcia, dziadek i ja. Akordeon umarł, gdy zaczął grać telewizor. Śpiew zanikł w domu, bo zagłuszałby Santorkę puszczaną w telewizji. Telewizor gra cały dzień. Moja babcia uważa, że Połomski odwraca się tyłem do widzów telewizyjnego programu zawsze, gdy zapomni słów piosenki, a Ewa Bem ma zniszczony głos od papierosów i kawy. Jazz nazywa kocią muzyką. Telewizor gra cały dzień i jest w naszym domu jak gość, którego nikt nie ma odwagi wyprosić.

Babcia wynosi z pokoju talerz ze śliwkami. Muszki z kwasu atakują. Zdaniem babci muszki, które uparcie siadają na owocach, biorą się z kwasu. Z psujących się jabłek, śliwek, gruszek i winogron. Mama śmieje się z babci i mówi, że Doktor Zofia Melania Gaster znajdzie owoce w każdej szafce kuchennej, altanie, spiżarni i choćby babcia zakopała zapasy pod ziemią. Z babci śmieje się mama i dziadek, tata i żona Pana Sąsiada, aż babcia zaczyna śmiać się sama. Jedynie muchom nie wolno śmiać się z babci. Babcia wkłada do wazonu polne kwiaty. Muchy znikają. Ale nazajutrz Doktor Zofia Melania Gaster odwiedza altanę i werandę. Skrzynki z owocami chodzą.

Dzieje się to najdawniej jak tylko mogę sobie przypomnieć. Budzę się. Leżę na tapczanie rodziców. Obok stoi łóżeczko, którego nie lubię. Opieram się plecami o ciepłą i żółtą słomianą matę przyczepioną do ściany. Pali się nocna lampka ze słomianym kloszem. Tata mówi, że mama pojechała do Wojnowa. "Do Wojnowa" - słyszę. - "Wojnowa". Nie wiem, czym jest i gdzie jest Wojnowo, ale ufam, że nie ma nic wspólnego z wojną wspominaną przez babcię. Tata nie puściłby mamy tam, gdzie dzieje się coś złego, ale kiedy u nas dzieje się coś złego, taty nigdy nie ma. Przecieram oczy. Mam wilgotne ręce. Kaflowy piec, pianino, drzwi. Dzień mozoli się i łączy łaty tego, co mogę zobaczyć, w obraz znany z płócien pamięci. Powoli wszystko zaczyna pasować, poza Wojnowem. Babcia mówi, że śniadanie jest na stole, a ja słyszę w głowie: "Wojnowo, Wojnowo". Wojnowo zasłania dzień odsłonięty popołudniowym uśmiechem mamy. Dowiaduję się, że Wojnowo to mamy praca.

Bawię się, skaczę, psocę babci. Neptun z widłami przywołuje mnie do porządku. Chowam się za oparciem krzesła i sprawdzam, jak długo będzie mnie pilnował i straszył. Dziadek mówi, że jak babcia rozkaże, to diabeł z telewizora nadzieje mnie na widły i utopi w studni, bo obok niego widać już białego ducha zadźganego człowieka.

"Piorun kulisty wleci przez komin. On będzie wiedział, co z tobą począć." Burza przetacza betonowe kule przez szklane niebo. Babcia szorowała okno i od wysiłku zmyła szybę. Ogród jest teraz nowy i zielony, jakby powstał wraz z pierwszym grzmotem. Wyciągam rękę w pustkę, lecz zatrzymuje mnie ślad palców na oknie, który rozzłości babcię. Burza rozsypuje na dachu i trawniku wiadra kryształków. Wielka betonowa kula rozgniata na dachu koraliki, które zwisają gęsto przed oknem jak tańcząca zasłona. Wiatr kołysze cienkimi sznurkami i uderza w okno. Mieszkamy pod wodospadem. Burza - jej jednej boi się babcia. Siedzi w kuchni. Ma przymknięte oczy, a jej palce wędrują po czarnym sznurku od jednego drewnianego koralika do następnego. Delikatny ruch ust babci oznacza zdrowaśki. Na kuchennym parapecie stoi zapalona gromnica. Wiatr uderza w dom ścianą wody. Płomień próbuje oderwać się od knota, tak jak babcia od palącej trwogi. Dziadek mówi, że Bozia wysłucha modlitw. Pioruny omijają dom. Jeszcze trzy zdrowaśki, minuta podziękowań i babcia wstaje do zadań, których nie ma końca, i do bałaganu, którego nie ma końca. Przed schodami werandy leżą porzucone gałęzie. Burza woła ostatnią betonową kulę. Powietrze jest teraz zdrowe i niewidoczne.

Grube futryny i drzwi ściska pożółkła skorupa czasu. Zalała i ukryła materiał, z którego drzwi zostały wykonane. Mosiężne i pozłacane klamki opadają pod ciężarem wieloletniej służby. Skrzydła skrzypią. Dziadek chodzi przez pokoje, smaruje, dokręca śrubki, dodaje podkładki, wymienia sprężynki, wystawia skrzydła z zawiasów i wstawia. Drzwi przestają hałasować, ale nie dają się zakluczyć. Babcia mówi: "Utrapienie". Dziadek nie mówi nic z obawy przed niemieckimi słowami. Domu strzegą grube drzwi zrobione z masywnego drewna, wzmocnione blachą odporną na uderzenia karabinowych kolb i siekier. Dziadek, mistrz stolarski, wiedział, że spokojne czasy dopiero nadejdą. W drzwiach umieścił judasza. Pomiędzy szybkami zamieszkały muszki uciekające przed babcią. Dziadek z babcią gniewają się na naturę, która ma wiele miejsca, a ciśnie się, pcha, nie wiadomo po co, w utrapienie domów - wszystkie te gryzonie, uzbrojone w upór mrówki, i wyfraczone jaskółki.

Oglądamy wojenny film. Klepię dziadka po udzie i wycieram ręce w spodenki. Po filmie wybiegam przed dom, otwieram drzwi gazika i ruszam z piskiem opon bohatera słusznej sprawy. Mam brudną czapkę, której nie gubię nawet po eksplozji miny. Cały dzień jadę pomiędzy drzewami i zapominam dolać paliwa. Tak gaśnie zabawa i dźwięk gardła zdartego rykiem silnika. Ale zanim wejdę do domu, sprawdzam, czy samochód zamknięty jest na klucz. Gdy dostaję od dziadków rower, jeżdżę prawdziwym gazikiem na czterech kołach po pokoju, przez kuchnię i ogród. Niebieski rower wyrywa mi ręce, włosy nie nadążają za głową. Przez twarz przelewa się nurt słonecznej rzeki, którą wypijam do ostatniej kropli, bo to jest błogosławiony czas wakacji. Wpadam do domu i topię pragnienie w babcinym kompocie z jabłek. Rozrzucam na podłodze kredki. Rysuję krowę wojny w czerwone łaty krwi. Przewrócone gaziki, czołg wbity w ziemię lufą, trupy uwieszone na płotach i bunkry z pięcioramiennymi gwiazdami wybuchów. Żołnierze krzyczą słowa rozumiane jedynie przez babcię i dziadka. Rusek jest dobry, a Niemiec - zły. Nad ludzką zawieruchą zwieszają się granatowe chmury z oddalonymi ptakami nalotu. Zostawiam wszystko i znikam w ogrodzie. Wspinam się komandosem po ścianie domu. Bohater pokona pająka czającego się w szczelinie pękniętego tynku. John jest twardy i nie mogę wygiąć jego ciała. Spada ze ściany. Lecz bohaterowie nie giną. Już zaraz John krzyczy: "Lina się rwie!" Podaję mu zapałkę, którą John wciska w dziurkę po gwoździu. Odwijam z palca nitkę, przyczepiam do zapałki, jako drugą linę, i zabezpieczam Johna. Będzie tak wisiał do jutra, gdyż woła mnie wojenny gazik rytmicznym warkotem silnika. A ja jadę, znów jadę, a raczej: przebijam się przez gęstwinę upału. Z lubością daję się wysadzić przeciwczołgowej minie w chłodzie wilgotnej trawy, który wnika w plecy i dociera przejrzystymi kroplami do czoła zmęczonego batalią. Zbieram się i docieram pod kran ogrodowej wody, by raczyć się jej ciśnieniem i pić ją niczym zsiadłe mleko od babci. Powstrzymują mnie gołębie błogim i donośnym: "Już do-syć... Już do-syć..."

Jobeł Kutyk ma czerwony język, który bez przerwy pokazuje, i widły, które bez przerwy gdzieś gubi. Jego ciało jest czarne i pachnie smołą, w której Jobeł Kutyk pływa z upodobaniem. Smoła jest gorąca nie od ognia z węgla, czy drew, lecz od żaru grzesznych dusz spalających się wiecznym płomieniem cierpień. Jobeł Kutyk skacze po mnie i nurkuje w smołę, która unosi łóżko jak łódkę. Wyskakuje ze smoły w innym miejscu i na powrót nurkuje. Od pryskającej smoły mam wysypkę, od której według mamy jestem ospały. "W czasie choroby i wysokiej gorączki nie wolno wystawiać za łóżko stóp, by nie poparzyć ich płynną smołą" - szepczę na ucho Kubusiowi w kratkę, misiowi, który pomaga mi zasnąć i z którym płynę przez moje grzeszne dzieciństwo.

Kiedyś zdjąłem ubrania, rozebrałem chodzącą dużą lalkę z sukienki i majtek, całowałem jej twarz i położyłem lalkę na sobie. Kubuś w kratkę jest misiem i tylko on sprawia, że nie mam ukrytych myśli. Z Kubusiem w kratkę nie robię nic złego. Lalka siostry jest twarda, zimna i ma małe usta. Ma piękną twarz i to do niej podwala się Jubeł Kutyk, wciągając nas w smołę.

Jobeł Kutyk:

- Aj, aj! Na Jobeła!

I chlup.

- Do kaduka! - powtarzam słowa dziadka.

Śnię, że w domu, w jednej ze ścian, jest tajemne przejście. Przedostaję się do dziwnej i ukrytej przestrzeni. Widzę surowe ściany od wewnątrz. Zwały gruzu. Chodzę po tym wszystkim, wspinam się i ciekawię, co będzie dalej. Ale dalej nie ma nic. Wygląda tak, jakby na dom spadła bomba albo zaniechano jego budowy. Ruina z wielkimi okiennymi otworami napełniona jasnością i budowlanym odpadem. Sen powtarza się wielokrotnie.

Innym razem widzę w naszym ogrodzie starego mercedesa z NRD, którego obchodzę, dotykam i wącham. Stoi zamknięty, niedostępny i pokryty zielonym nalotem. Próbuję auto otworzyć. Chcę dostać się do środka.

Zakamarki sztambucha8

Proszę się wpisywać, ale kartek nie wyrywać, bo karteczki się gniewają, gdy je dzieci wyrywają.

Dziecko, które ukończyło osiem lat, powinno założyć pamiętnik. Babcia wspomina sztambuch, który spaliła wojna. Nie potrafi przypomnieć sobie, kto i co pozostawił na jego stronicach. Dziadek nie miał pamiętnika. Mówi, że nigdy nie miał na to czasu. Wcześnie zaczął pracować, potem poznał wojnę.

Pamiętnik jest pomarańczowy, nazywa się Pamiętnik, a na okładce ma wielkanocnego zająca.

Mama zapisuje na gładkiej kartce słowa Adama Mickiewicza i jest miła. Ładnie pachnie. Jesteśmy w górach, w Czechosłowacji. Hotel Park, Nový Smokovec. Na drugiej stronie mama rysuje wesołą głowę konia. Innym razem mama opisuje, jak z mojego powodu wpada do beczki, a obok słów zostawia bukiet kolorowych polnych kwiatów. Na następnej stronie tata rysuje góry i wpisuje to, co powiedział nasz poeta i wieszcz.

Mama składa z kartki piekło i niebo. Bierze dwie kredki: czarną i niebieską. Koloruje wnętrze papierowej zabawki i pyta tatę: "Co wybierasz?" Kiedy tata nie chce odpowiedzieć, mama zamienia piekło i niebo w łeb smoka i próbuje ugryźć tatę w nos.

Pamiętnik zabieram do szkoły i na wakacyjne wyjazdy.

Śpimy w Białym Jarze, w Karpaczu. W nocy chodzą po nas pluskwy i zostawiają na brzuchu swędzące czerwone krostki. Rano czekamy przed hotelem na autobus do Bierutowic. Na przystanku siedzi nieruchomy szczur. Obcy mężczyzna dotyka go butem. Szczur śpi albo jest chory. Silniejszy kopniak mężczyzny ożywia zwierzę i zmusza do skoku w stronę piwnicznego okna. Wieczorem na końcu pamiętnika próbuję narysować szczura. Mama wyrywa kartkę i mówi, bym szczurów nie rysował, bo je spotkam. "Lepiej nie mieć styczności z diabelstwem."

Kasia je cukierka znalezionego w toalecie. Nikt nie chce siedzieć z Kasią w ławce. Pyta, czy może wpisać się na pamiątkę. Nie wiem, co powiedzieć i podaję Kasi pamiętnik. Na drugi dzień oglądam najwspanialszy prezent, jaki otrzymałem: piracki dwumasztowiec oddający salwy w kierunku morza.

Czarek wpisuje tylko imię i nazwisko. Resztę, czyli Flipka Zwycięzcę, który wygrał zawody w podnoszeniu ciężarów na igrzyskach w Montrealu w 1976 roku, dorysowuję już sam.

Brzydki Robert kreśli jeszcze brzydszego kaczora Donalda.

Małgosia pisze, że mnie kocha, a koleżanki: Iza i Ilona, które kocham ja, nie piszą nic o uczuciach. Beata także. Ruda Baśka dwa razy zostawia ślady sympatii: raz jestem koniem, a następnie - piratem. Zagina róg kartki i wpisuje sekret. Czytam jego zawartość. Czytam kilka razy. Czytam tak, jakbym sądził, że jeszcze czegoś nie odczytałem.

Pan Czesław zjada książki. Wystawia przed dom leżak i zajmuje półleżącą pozycję, przy której większość z nas by zasnęła. Pan Czesław czyta, a ja mogę przejechać po nim rowerem. Pan Czesław tego nie zauważy. Życie pana Czesława - to książka i pozostałe chwile spędzane z żoną. Wpisuje się do pamiętnika kwiatami liter. Pisze, jakim skarbem jest nauka, której w życiu szukamy za późno. Nie pisze nic o czytaniu, które może zastąpić panu Czesławowi obiad. Jego żona, pani Ania, która wypieka kolorowe ciasta i nie ma zębów, wspomina w moim pamiętniku krasnale niosące niezabudki tylko dla mnie.

Wiersz Chotomskiej, uwagi poświęcone dobru i sercu, żarty i uśmiechy, słowa dodające odwagi, misie i psy, i skromne słowa pięknej pani od polskiego...

Pamiętnik jest pomarańczowy.

Nazywa się Pamiętnik.

Na okładce ma wielkanocnego zająca.

"Dlaczego dorośli nie prowadzą dalej swoich dziecięcych pamiętników? A jeśli je zagubili, dlaczego ich nie szukają? Nie chcą mieć, przez wspomnienia, pięknego i dorosłego dzieciństwa?" To słowa Mimi.

1. W gwarze poznańskiej: a) wszak, przecież; b) czyż nie?, nieprawdaż?

(wszystkie przypisy pochodzą od redakcji).

2. Rojber - w gwarze poznańskiej: łobuziak, nicpoń, urwis.

3. Pyry - w gwarze poznańskiej: ziemniaki.

4. Rychtyk (rychtyg) - w gwarze poznańskiej: akurat, dokładnie, w sam raz; w porządku; rzeczywiście.

5. Kunda - w gwarze poznańskiej: cwaniak, łobuz, ktoś bezczelny i arogancki.

6. Szajbus - w gwarze poznańskiej: postrzeleniec, narwaniec.

7. Kluka - w gwarze poznańskiej: nos.

8. Sztambuch - pamiętnik, do którego znajomi i przyjaciele wpisują wiersze lub aforyzmy.