Rozdział 2
Nie masz furii jak matka ze złamanym sercem
Kiedy rozległ się dzwonek u furtki, a raptem kilka sekund później ten przy drzwiach, nie zaniepokoiła się. Nie spodziewała się gości, ale przecież Dora czy Witkacy (szaman, a przy okazji były chłopak) nie musieli się zapowiadać czy umawiać na spotkanie. Wstając z kanapy, uśmiechała się pod nosem, niemal pewna, że to właśnie Witkacy. Może instynkt podpowiedział mu, że zostało jej sporo smażonego makaronu? Dokarmianie go było stałym elementem ich związku, a po zerwaniu - solidną podwaliną przyjaźni.
Tyle że to nie Witkacy stał na progu, ale kobieta, której Katia nie spodziewała się więcej zobaczyć. W pierwszym momencie jej nie rozpoznała, tak duże były zmiany, które zaszły u jej gościa od ostatniego spotkania. Agata Mitera wyglądała, jakby przez te cztery miesiące postarzała się o dekadę. Schudła przynajmniej kilkanaście kilogramów, jej rysy nabrały ostrości, a oczy wydawały się płonąć ogniem rozpaczy. Cienie pod nimi miała tak wyraźne, że Katia przestraszyła się, że to sińce, bo kobietę ktoś pobił albo miała wypadek. I włosy! Jakim cudem przez cztery miesiące prawie całkowicie posiwiały? Niegdyś gęste ciemnobrązowe loki sięgające do połowy pleców stały się niemal zupełnie srebrne.
Mitera tkwiła na schodku, trzęsąc się z zimna, w rozpiętym płaszczu i w lekkim swetrze, choć marcowe wieczory były ciągle chłodne. Katia nie rozumiała, jakim cudem kobieta trafiła do jej domu. Pilnowała, by jej adres nie był powszechnie znany; w tej branży lepiej zachować ostrożność. A jednak jej dawna klientka trafiła na Wrzosy. Stała teraz przed nią, roztrzęsiona, zbolała i milcząca, jakby zapomniała, co ją tu sprowadziło.
- Pani Agato? - zapytała Katia łagodnie, a kobieta wbiła w nią spojrzenie czarnych oczu płonących jak w gorączce. Jej usta drżały, jakby za chwilę miała się rozpłakać. Obejmowała się ramionami, przyciskając do boku czarną torbę. - Wejdzie pani? Jest chłodno.
Agata Mitera westchnęła boleśnie i przekroczyła próg Katii. Na ułamek chwili zamarła, czując, jak prześlizguje się po niej magia kręgów ochronnych. Wzdrygnęła się, mimo to weszła do środka. Katia zamknęła za nią drzwi, zastanawiając się, co, u licha, spotkało tę kobietę w ostatnim czasie.
Kilka miesięcy temu Agata Mitera straciła córkę, ośmioletnią Karinę. Dziewczynka umarła nagle z powodu wrodzonej wady serca, o której nikt nie miał pojęcia, dopóki nie zasłabła w trakcie zabawy z psem. Kobieta, która chwilę wcześniej planowała przyjęcie urodzinowe dla córki, musiała zaplanować jej pogrzeb.
Dom pogrzebowy Gawrońskich w ramach podstawowego pakietu polecił jej usługi Katii. W Thornie korzystanie z usług nekromanty po śmierci bliskiej osoby było czymś normalnym i stanowiło oczywisty element przygotowań pogrzebowych. Ubranie do trumny, nekromancka pieczęć, zamówienie wieńców - ot, kolejne punkty do odhaczenia.
Po tamtej stronie bramy, gdzie większość doskonale wiedziała, co czarna magia może zrobić ze zwłokami, rozsądniej było dmuchać na zimne niż ryzykować, że nieboszczyk wstanie z grobu jako zombie czy ożywieniec. Z pieczęcią wciąż mogło go spotkać coś mało przyjemnego, na przykład przemiana w ghula czy upiornika, ale na to też były sposoby.
Katia pamiętała pierwsze spotkanie z Miterą, przy katafalku, na którym spoczywały zwłoki drobnej, ciemnowłosej dziewczynki w różowej sukience. Pani Agata ze wszystkich sił starała się zachować kontrolę nad emocjami, ale surowa rozpacz wyzierała z jej czarnych oczu jak zdziczałe zwierzę.
- Proszę zrobić, co konieczne, by mojego dziecka nie spotkało już nic złego. Cena nie gra roli - powiedziała, a jej głos drżał, jakby zapomniała o oddychaniu.
Katia zapewniła ją wtedy, że nie ma powodu do zmartwień - założy najpotężniejszą pieczęć nekromancką, czarna magia nie zdoła tknąć ciała. By jak najlepiej dostosować zaklęcie, zadała kilka pytań o tradycje religijne w rodzinie oraz magię dziewczynki, ale Mitera pokręciła głową.
- Jej magia się jeszcze nie przebudziła. W naszej rodzinie następuje to dużo później. Choć Karina miała greckie korzenie, od urodzenia mieszkała w Thornie, jej tata stąd pochodzi. Na wyspach było zbyt wiele potworów, chciałam, by miała spokojne dzieciństwo. Pomyślałam, że Thorn to takie miłe miasto, by założyć tu rodzinę... - Jej słowa przeszły w szloch, ale szybko go stłumiła. Odchrząknęła, jakby chcąc ukryć emocjonalną reakcję.
Drugi raz Katia widziała Miterę, kiedy przyszła na pogrzeb dziewczynki. To nie było konieczne, ale czuła, że powinna tam być. Coś w tej małej, a zwłaszcza w jej matce, poruszało czułą strunę w duszy Katii. Wtedy też przelotnie spotkała Andrzeja Stawczuka, męża pani Agaty i ojca Kariny. Był facetem pod pięćdziesiątkę, przystojnym w ten ojcowsko-nobliwy sposób, a w towarzystwie smukłej żony wydawał się masywny jak kotwica. Jego twarz wyrażała pustkę, oczy miał czerwone od płaczu. Zerkał z niepokojem na Miterę, podtrzymywał ją i obejmował, jakby się bał, że się rozsypie lub wskoczy za trumną do głębokiego dołu.
Kiedy Katia spotkała Agatę Miterę ponownie, Andrzej Stawczuk nie żył. To jego zwaliste ciało spoczywało na katafalku i czekało na zapieczętowanie. Mitera właściwie się nie odzywała. Stała z boku, unikając patrzenia na męża. Straciła dwoje najbliższych w ciągu zaledwie dwóch tygodni. Od Adama Gawrońskiego, właściciela domu pogrzebowego, Katia usłyszała dramatyczną część tej historii. Po śmierci córeczki oboje się przebadali, bo choroba, która zabrała małą, była genetyczna i mogła zagrażać też któremuś z rodziców. Okazało się, że Stawczuk miał tę samą skomplikowaną wrodzoną wadę zastawek. Wyznaczono już termin operacji, lecz popełnił samobójstwo. Podobno zostawił żonie list, w którym przepraszał, że przez jego niedoskonałe geny straciła światło swojego życia.
Ludzie radzą sobie z żałobą i rozpaczą w bardzo dziwny sposób. Katia po wykonaniu pieczęci próbowała porozmawiać z panią Agatą, jakoś ją pocieszyć, ale ta nie reagowała. Blada i wychudzona, wydawała się kompletnie otępiała. Przez te dwa tygodnie rozpacz zżerała ją od wewnątrz. Kobieta opuściła pomieszczenie w domu pogrzebowym bez słowa. Katia na pogrzeb Stawczuka nie poszła, miała inne zajęcia, poza tym uznała, że nie zostałoby to dobrze odebrane. Nie sądziła, że kiedykolwiek jeszcze zobaczy Agatę Miterę, zwłaszcza w ciągu kilku miesięcy. Nikt nie miał aż takiego pecha, by potrzebować usług nekromantki z taką częstotliwością, prawda?
A jednak Mitera stała w korytarzu, roztrzęsiona i zagubiona, niepewnie rozglądając się na boki. Patrząc na nią, Katia czuła się tak, jakby ktoś jej przyłożył w splot słoneczny.
- Proszę wejść, nie będziemy rozmawiały w przejściu - zaproponowała. - Napije się pani herbaty? A może wina?
Mitera spojrzała na nią półprzytomnie.
- Herbata wystarczy, dziękuję.
- Zielona jaśminowa może być? Właśnie zaparzyłam dzbanek. Ale mogę zrobić inną, jeśli pani woli - powiedziała łagodnie i poprowadziła gościa w stronę narożnika.
Rozłożysty mebel w kształcie litery L, zajmujący większą część pokoju, wyściełały miękkie beżowe poduszki, które łatwo poddawały się ciężarowi ludzkiego ciała, otulając je komfortem. Mitera zawahała się i przysiadła na stojącym nieopodal twardym pufie, jakby zbyt spięta, by zaufać miękkości poduch.
Katia szybko przeszła do kuchni po drugą filiżankę i nalała do niej herbaty. Musiała obejść drewniany stolik, by przycupnąć na narożniku bez przepychania się między nim a pufem, na którym siedział gość. Mitera czujnie wodziła za nią wzrokiem.
- Co panią do mnie sprowadza? - zagaiła nekromantka.
Mitera wydała z siebie ni to sapnięcie, ni to świst, jakby próbowała wziąć głębszy oddech, ale jej oskrzela były zbyt ściśnięte. Sięgnęła po filiżankę, upiła spory łyk, odchrząknęła i wreszcie wykrztusiła:
- Okłamała mnie pani.
Katia poczuła, że krew uderza jej do głowy, a policzki zaczynają palić. Nigdy nie okłamywała klientów, nie wciskała głodnych kawałków, mówiła, jak jest. Gdyby nie miała do czynienia z kimś, kto dochodził do siebie po gigantycznej stracie i zapewne był na skraju załamania nerwowego, ostro zareagowałaby na tego rodzaju sugestię. Teraz jednak tylko uniosła brew i uznała, że pozwoli się pani Agacie wygadać.
- Jej tam nie ma, rozumie pani? Obiecała mi pani, że będzie bezpieczna, spokojna, że to wieczny odpoczynek, ale jej tam nie ma! Nie mogę przestać o niej śnić. O pustej trumnie, pustym grobie! Ktoś mi zabrał moje dzieciątko, a miało być odporne na czarną magię i wszystko złe, które mogło na nią czyhać po śmierci! Nie zdołałam jej uchronić przed chorobą, przed śmiercią, ale, do cholery, miałam ją uchronić przed złem, które sięgnęłoby po jej szczątki doczesne! Moja matka mówiła, że powinnam ją zabrać na wyspy, spopielić, rozsypać prochy na morzu, ale nie mogłam się na to zdecydować. Nie zniosłabym, gdyby nie miała grobu, na który mogę przyjść, ułożyć kwiaty, porozmawiać z nią, choć przecież tylko ja mówię... Ale jej tam nie ma!
Szloch wyrwał się jej z gardła jak bolesne szczeknięcie. Skuliła się w sobie, dociskając torbę do brzucha.
- Czy grób został naruszony? - zapytała Katia cicho.
Mitera pokręciła głową.
- Wszystko wygląda zwyczajnie. Ale ktoś ją musiał ożywić albo ukraść! Co noc widzę pustą trumnę. I słyszę jej płacz. - Szybkim gestem otarła z policzków łzy, rozmazując tusz do rzęs.
Katia westchnęła, lekko sfrustrowana. Rozumiała żal, żałobę, a nawet wyniszczające poczucie winy i odpowiedzialności. Ale znała się na swojej robocie. Nie było możliwości, by zapieczętowane przez nią zwłoki ożywił jakikolwiek nekromanta.
Równocześnie jednak zdawała sobie sprawę, że ciała dzieci, nawet tych bez przebudzonej magii, mają swoich amatorów. Czasami ci, którym marzyła się moc płynąca z czarnomagicznych zaklęć, uciekali się do wykradania z cmentarzy świeżych zwłok, licząc, że magii nie zrobi to wielkiej różnicy. I czasami faktycznie nie robiło.
Istniały też inne możliwości, których jednak wcale nie chciała badać. A przynajmniej teraz, kiedy na potwierdzenie zniknięcia dziewczynki z grobu miała tylko sny pogrążonej w rozpaczy kobiety. Już się z tym zresztą stykała - krewni zmarłego przychodzili do niej po pogrzebie, przekonani, że doszło do pomyłki, a nieboszczyk obudził się w trumnie i teraz wzywa ich w snach, by przyszli go uwolnić. Ten fenomen miał nawet nazwę - syndrom Poego. Dziś już nie montowano w trumnach dzwonków, które pozwalałyby przebudzonemu wezwać pomoc, ale Katia wplatała do pieczęci alarm, który zareagowałby na wszelkie przejawy życia.
Chciała wyjaśnić klientce, że gdyby Karina ożyła, wiedziałaby, ale nim znalazła sposób, by powiedzieć to względnie delikatnie, kobieta wyciągnęła z torby pistolet i wymierzyła go w nekromantkę. Katia zamarła. Jej magia szarpnęła się w niej, wyczuwając zagrożenie, ale przytrzymała ją gwałtownie. Wielu sądzi, że nekromancja działa tylko na to, co jest lub powinno być nieżywe. Mało kto chce myśleć o tym, że wszyscy noszą w sobie zaczyn śmierci, bo nasze ciała są śmiertelne, każdego dnia umierają w nas miliony komórek. A pchnięte magią śmierci, mogły umrzeć szybciej, choćby wszystkie naraz. Katia nie musiała zresztą zabijać kobiety, mogła osłabić ją tak, że ta nie stanowiłaby już dla niej zagrożenia. Jednak biorąc pod uwagę stan Mitery, byłoby to zbyt ryzykowne. Poza tym Katia nie chciała skończyć z trupem we własnym salonie.
- Pani Agato, proszę schować broń, to naprawdę nie jest konieczne - powiedziała twardo, nasycając słowa dezaprobatą.
- Pani mi nie wierzy, myśli, że postradałam zmysły. - Mitera podniosła głos, wymachując pistoletem. - Ale ja nie oszalałam. Ja wiem. I pani pomoże mi to udowodnić, a potem naprawić. Rozumie pani?
- Oczywiście, że pani pomogę. Ale nie będę tolerować grożenia mi śmiercią. Więc proszę w tej chwili odłożyć broń na stolik albo to koniec tej rozmowy - oświadczyła Katia i zaplotła ramiona na piersi dla wzmocnienia kategoryczności tego ultimatum.
Mitera przygryzła wargę. Zaciskała palce na pistolecie tak mocno, że całkiem pobielały. Ręce jej się trzęsły, a palec wskazujący drżał na spuście. Jeszcze nie odbezpieczyła broni, jak zauważyła Katia, ale w każdej chwili mogła naprawić to przeoczenie. Nekromantka sięgnęła więc po ostateczną metodę perswazji i naśladując ton Namiestniczki, powiedziała:
- Nie chciałabym pani zabijać tylko dlatego, że poniosły panią nerwy. Nie chciałabym, by pani duch nigdy nie poznał odpowiedzi na dręczące panią pytania. Pewnie zaczęłaby pani nawiedzać mój dom, a ja musiałabym wezwać szamana, by odprowadził panią do Zaświatów. To naprawdę sporo zamieszania, a ja i bez tego mam wiele na głowie. Więc ostatni raz proszę, by pani odłożyła broń, a ja obiecuję nie donieść na panią Namiestniczce i zrobić, co w mojej mocy, by wyjaśnić problem, z którym pani przyszła.
Pani Agata wahała się jeszcze przez chwilę, wreszcie zapytała:
- Przysięga pani?
- Przysięgam - odpowiedziała Katia, czując, jak chwyta ją w uścisk magia przysięgi.
I już wiedziała, że musi wyjaśnić tę zagadkę, inaczej będzie jej ciążyć do ostatnich dni.