Katharsis. Nemezis. Kairos Trylogia grecka - Maciej Siembieda

Kup ebooka

89.99 zł
80.99 zł (53,24 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać
CZĘŚĆ PIERWSZA
KOSTAS
 
 
ROZDZIAŁ 1

Góry Pindos / Saloniki

Wiosna 1941 - lato 1949 roku

 

Głowa, która potoczyła się pod stopy Kostasa Tosidosa, została odcięta tak precyzyjnie, jakby było to dziełem gilotyny, a nie odłamka amerykańskiego pocisku artyleryjskiego.

Sierżant Tosidos widział w życiu wiele śmierci, ale ta wydała mu się szczególnie absurdalna. Od niedzielnego przedpołudnia, kiedy przymusowo wcielono go do Demokratycznej Armii Grecji, Kostas nie miał wątpliwości, że ta śmierć musi nastąpić, nie spodziewał się jednak, że tak na nią zareaguje.

Głowa, ciągnąca za sobą purpurową szarfę krwi, należała do dowódcy partyzantów, niemającego pojęcia o wojnie bibliotekarza z Aten, który komunizmem zaraził się z zatrutych książek. Po raz pierwszy stracił głowę, gdy zgłosił się na ochotnika, a partia zrobiła go porucznikiem, bo umiał pisać i czytać. Nie znał się ani na górach, ani na partyzantce. Nie potrafił wybrać terenu dobrego do walki, wyznaczyć stanowisk ciężkich karabinów ani wykonać najprostszego manewru taktycznego. Nie wiedział, jak się kryć. Nie orientował się, jak nie dać się zabić. Nie odróżniał brzęczenia owada od odgłosu szrapnela, i  nic dziwnego, że stracił głowę po raz drugi, tym razem definitywnie.

Kostas czubkiem buta odsunął głowę, która leżała na środku ścieżki i wpatrywała się w niego z wyrazem bezgranicznego zdumienia.

Sierżant bezskutecznie usiłował przypomnieć sobie imię martwego dowódcy, ale w tym samym momencie na szczycie pobliskiego wzniesienia wyrosło kilkunastu żołnierzy wojsk rządowych. Podskakiwali niezdarnie, jakby biegli po rozżarzonych węglach. Kryli się, gdzie kto mógł.

Tosidos przyklęknął, zarepetował karabin i celnym strzałem strącił ze szczytu wysokiego szeregowca, który tak przejmująco wrzeszczał, lecąc w dół, że jego koledzy wychylili się zza skał sprawdzić, co się stało. A wtedy sierżant Tosidos raz jeszcze przyłożył do oka zdobycznego brytyjskiego lee-enfielda i udowodnił kolejnemu zwolennikowi króla, że ciekawość to pierwszy stopień do piekła.

Tego było już za wiele. Pluton, który atakował oddział porucznika bez głowy, cofał się w popłochu, gubiąc niestarannie przypięte manierki i zbyt nonszalancko założone hełmy. Ich sylwetki, zgarbione strachem, stanowiły wymarzony cel, ale sierżant Kostas Tosidos uważał strzelanie w plecy za czyn haniebny. Nie wypada zabijać ludzi w ten sposób.

Żołnierze uciekli i na ścieżce przecinającej zbocze zapadła cisza. Kanonada karabinów i dział umilkła w jednym momencie, jakby ktoś wyłączył radio transmitujące bitwę.

Sierżant sięgnął po lornetkę, aby upewnić się, czy wrogowi nie przyjdzie do głowy powtórzyć natarcie. Ale pozycje wojsk rządowych były puste. Kostas obejrzał wzgórze metr po metrze, mając słońce za plecami i szukając jakiegokolwiek ruchu. Nie znalazł.

Znalazł człowieka.

Samotnego mężczyznę, który z daleka przyglądał się niedobitkom partyzantów. Miał na sobie polowy mundur i beret brytyjskich komandosów. Tosidos skierował okular lornetki na jego twarz, podkręcił pierścień regulujący ostrość i nagle drgnął, jakby ujrzał ducha. Po drugiej stronie wzgórza, frontu i prawdy stał Albert Ramsey. Człowiek, którego Kostas uważał za swojego najbliższego przyjaciela. Opuścił lornetkę, mimowolnie spojrzał na głowę bibliotekarza z Aten i po raz kolejny doszedł do wniosku, że to stanowczo nie jest jego wojna.

 

KOMUNIŚCI DSE, Demokratycznej Armii Grecji, przyszli do wioski dwa dni wcześniej.

Wyczuł ich Orion, stary owczarek Tosidosów pilnujący zagrody. Był mądrym psem. Tak mądrym, że miał imię. I to jakie. Należące do mitologicznego myśliwego, posiadacza własnej konstelacji na niebie, w której skład wchodził gwiazdozbiór Psa. Kostas jako jedyny we wsi chodził do szkoły, a to dawało mu przywilej znalezienia Orionowi imienia w którejś z przeczytanych książek.

Owczarek nie podnosił głosu nawet na najgłupsze barany, które oddalały się od stada, ale na komunistów szczekał tak, że aż sierść zjeżyła mu się na karku. Zwiadowcy podeszli bliżej, a komisarz polityczny oddziału, zawsze idący na przedzie, żeby dawać przykład, zabił Oriona strzałem z rewolweru. Potem powie, że pies mógł zaalarmować wojska rządowe. Ale Kostas Tosidos mu nie uwierzył. Co jest bardziej alarmujące dla wojsk rządowych: szczekanie psa czy huk wystrzału?

Wybiegł z chaty i chwycił motykę, jedyną broń, jaką miał pod ręką, ale ci z DSE wycelowali w niego karabiny. Komisarz kazał mu rzucić narzędzie i stanąć pod ścianą. Potem wyznaczył wartownika, który mógł liczyć sobie piętnaście, może szesnaście lat. Wyrostek uniósł ciężki karabin i wymierzył prosto w twarz Kostasa. Był chudy i wygłodzony. W oczach miał gorączkę, a jego przezroczysta skóra opinała kości, podpowiadając wyobraźni, jak będzie wyglądał szkielet chłopaka. Wszystko, co wkrótce z niego zostanie.

Ręce niemal pozbawione mięśni mdlały mu od ciężaru broni. Nerwowo przyglądał się kolejnym wieśniakom, których ustawiano pod ścianą chaty Tosidosów. Wiedział, że jeśli zaatakują i zdąży strzelić, zabije najwyżej jednego z nich. Sekundę później, zanim przybiegną koledzy z oddziału przeczesujący osadę, inny wieśniak poderżnie mu gardło. Górale z albańskiego pogranicza przychodzili na świat z nożami w ręku.

Przełknął ślinę i mocniej zacisnął dłonie na karabinie. Wodził nim z lewej na prawą i z powrotem, jakby chciał sprawiedliwie obdarzyć groźbą śmierci wszystkich pięciu mężczyzn stojących pod murem.

Tylko tylu znaleziono w chatach.

- Towarzysze - przemówił do nich dowódca oddziału DSE, młodzieniec o posturze i twarzy inteligenta. - Wiemy, że jesteście ludźmi honoru. Prawdziwymi patriotami i synami swojego ludu. Ludu ciemiężonego przez reżim króla, który więzi, torturuje i morduje takich jak wy. Przyszliśmy pokazać wam, że można się temu przeciwstawić. Mamy dla was broń, abyście mogli walczyć o swój honor i kraj. O swoje domy i rodziny. O ziemię i o przyszłość swoich dzieci. O wolność Grecji. Jesteśmy waszymi braćmi, towarzysze - zakończył, unosząc w górę zaciśniętą pięść.

Najstarszy z górali ustawionych pod ścianą, czerstwy, siwowłosy mężczyzna o twarzy pobrużdżonej wiatrem i nieszczęściami, splunął pod nogi.

- Mówisz, że jesteś naszym bratem, a trzymasz nas pod karabinami? - spytał.

Dowódca nagle stracił pewność siebie. Omiótł spojrzeniem piątkę mężczyzn z osady i zatrzymał wzrok na Tosidosie. Oskarżycielsko wycelował w niego palec.

- To przez niego - powiedział. - On się na nas rzucił z motyką.

- Zabiliście mi psa - odparł Kostas.

Człowiek, który przyprowadził oddział, ponownie wpadł w zakłopotanie, a wtedy zza jego pleców wyłonił się komisarz. Był mężczyzną o szerokiej twarzy, lekko falujących włosach, zaczesanych do tyłu, i wąskich ustach znamionujących bezwzględność. Miał na sobie brytyjski battle dress i cywilne półbuty, dobre na deptak w Atenach, a nie kamieniste ścieżki masywu Grammos. Jego prawe oko zakryte było zakrwawionym opatrunkiem, przyklejonym plastrami do czoła i policzka.

- Jestem Stavros, zastępca do spraw politycznych. Pójdziecie z nami - oświadczył krótko, przejmując inicjatywę i odbierając głos speszonemu porucznikowi. - Ojczyzna was potrzebuje.

Mężczyźni pod murem wymienili spojrzenia, a potem wbili wzrok w ziemię. Słyszeli, że niektóre oddziały DSE potrafią karać śmiercią za odmowę wstąpienia w ich szeregi. Krążyły plotki o kimś, kto nie chciał iść walczyć, i zadźgano go bagnetami, bo komunistom szkoda było kul.

Górale zgarbili się, dwóch macało podeszwami podłoże, szukając dobrego odbicia do skoku. Oczytany porucznik pomyślał, że są jak przyczajone drapieżne zwierzęta, które nie mają szans w starciu z bronią palną, ale z pewnością rzucą się na myśliwych i zabiją lub poranią któregoś z nich. Przyszedł do tej wioski, aby wzmocnić oddział nowymi ludźmi, a nie ponosić straty.

- Czy wśród was jest ktoś, kto był w partyzantce podczas okupacji? - Próbował rozładować napięcie.

Górale milczeli. Starali się nie zerkać na Tosidosa.

Był sierżantem greckiego ruchu oporu. Bohaterem wojennym. Walczył z Niemcami, Włochami i Bułgarami, którzy przeszli na stronę faszystów. Miał krzyż za męstwo z wizerunkiem świętego Dymitra na koniu i medal od Anglików. Ale to była jego sprawa. Będzie chciał, to sam im powie.

Kostas Tosidos się jednak nie odezwał. Patrzył na martwego Oriona i czuł narastającą nienawiść do człowieka, który zabił mu psa.

Komisarz chyba czytał w jego myślach, bo w tym samym momencie krzyknął do piątki mężczyzn stojących pod murem:

- To nie są czasy żałowania psów i pilnowania owiec. Tak postępują tylko tchórze! Jazda, zbierać się. - Wykonał szeroki gest ręką uzbrojoną w rewolwer. - Idziemy!

Najstarszy z górali wystąpił krok do przodu.

- Nigdzie z tobą nie pójdę - powiedział twardo. - Zabito mi dwóch synów. Jednego Niemcy, drugiego Grecy z armii króla w zeszłym roku. Nie zostawię domu i ich matki.

- Nie chcesz się zemścić? - oburzył się Stavros. - Ci z armii króla to faszyści gorsi od Niemców.

- Moim synom życia to nie wróci - odparł starzec.

- Jesteś zdrajcą - syknął komisarz. - Powinienem zastrzelić cię jak tego psa.

Góral bez słowa rozerwał koszulę na piersiach.

- Strzelaj - powiedział z pogardą.

Stavros poprawił opatrunek na oku i powoli zaczął uzupełniać magazynek rewolweru nabojami wyjmowanymi ze skórzanej ładownicy przy pasie. Gdy skończył, uniósł broń, a wtedy porucznik skoczył i chwycił go za rękę.

- Dość! - krzyknął.

Zastępca do spraw politycznych o mało się nie przewrócił. Być może z powodu potknięcia o kamień, ale bardziej z bezgranicznego zdumienia na widok stanowczości dowódcy. Opuścił rękę z rewolwerem. Zdrowe oko płonęło mu z wściekłości.

- Zostań, ojcze - zwrócił się do starca porucznik. - Reszta idzie z nami.

Tosidos wyczuł pytający wzrok sąsiada, piętnastoletniego Dimitrisa, i odpowiedział spojrzeniem: "Idziemy. W górach ci głupcy wyginą albo uciekniemy im przy pierwszej dobrej okazji".

Dimitris zrozumiał. Pozostali mężczyźni spod muru również. Od tej chwili ich dowódcą był Kostas. Doświadczony partyzant, o którego umiejętnościach nie wiedzieli ani miękki porucznik, ani komisarz z opatrunkiem na oku, ani żołnierze DSE prowadzeni w góry na rzeź.

Tosidos znów był sierżantem. Tym razem w tajemnicy.

 

WOJNY zaczął się uczyć osiem lat wcześniej.

Był synem księdza. Jego wiecznie uśmiechnięty ojciec, uważany za anioła, który zstąpił na ziemię, opiekował się niewielką parafią mniejszości greckokatolickiej w jednej z uboższych dzielnic Salonik. Ożenił się tydzień przed przyjęciem sakramentu kapłaństwa, co Kostasowi pozwoliło przyjść na świat i dojść do wniosku, że Kościół jest specjalistą od absurdów. To znaczy tydzień przed złożeniem ślubów ojciec mógł się ożenić, ale tydzień po tym, jak został księdzem, już nie. Gdyby panna młoda nie daj Boże przeziębiła się albo złamała nogę, parę dni spóźnienia oznaczałoby dla ojca wiekuisty celibat, a dla Kostasa niebyt.

Bycie synem greckokatolickiego księdza w Salonikach nie przypominało stąpania po płatkach róż w ogrodach rozkoszy. To miasto było jak wulkan. Piękne i majestatyczne, ale w niewidocznym wnętrzu rozgrzane do czerwoności przez pamięć pogromów i krzywd. Wrzały spory Macedończyków Greków z Macedończykami Słowianami, kipiała nienawiść katolików do żydów i żydów do muzułmanów, niechęć Arumunów do Ormian, Ormian do Bułgarów, a grekokatolików do prawosławnych. Wszystko podlewane przez starego diabła oliwą, która podsycała ogień, co mogło w każdej wywołać wybuch. Udusić miasto dymem zemsty i zalać je lawą odwetu. Na szczęście diabeł był leniwy, oliwy niezbyt dużo, a na każdej ulicy i w każdym zaułku wszyscy mieli wszystkich na oku. Kończyło się na okazjonalnym wybijaniu zębów, przymusowym zmienianiu słowiańskich nazwisk na greckie lub wypędzaniu synów Allacha do Turcji.

Nowoczesny, energiczny diabeł pojawił się w Salonikach nieco później.

Przyjechał odkrytym samochodem. Nazywał się Neumann, nosił czarny mundur SS i był taki, jaki miał być. Aryjski, zimny i higieniczny. Gestem rozsypał na placu przed świątynią żołnierzy z pistoletami maszynowymi i czekał, aż ojciec Tosidos skończy nabożeństwo. W pełnym słońcu kiwał się na stopach obutych w oficerki, lśniące jak kopuły cerkwi. Z pięt na palce, z palców na pięty. Od czasu do czasu zerkał na zegarek, mierząc własną cierpliwość.

Wreszcie ojciec Tosidos wyszedł.

- Jor-gos Pe-tro-pu-los - wysylabizował Neumann, odczytując notatkę wykonaną ołówkiem kopiowym na odwrocie fotografii, którą trzymał w ręku. - Zna? - spytał księdza, starając się, aby zabrzmiało to po grecku.

Ojciec Tosidos nie znał. Uśmiechnął się dobrodusznie i przecząco pokręcił głową.

Niemiec uniósł zdjęcie i podsunął mu tak blisko oczu, że ksiądz cofnął się o krok, aby przyjrzeć się twarzy człowieka z fotografii.

- Teraz zna? - dopytał Niemiec.

- Teraz tak - potwierdził ojciec Tosidos.

To wystarczyło.

Neumann kiwnął dłonią i dwóch żołnierzy chwyciło księdza pod ręce, po czym zawlokło do ciężarówki, która stała tuż za odkrytym samochodem.

Kostas Tosidos nigdy więcej nie zobaczył ojca w domu. Powieszono go parę dni później na placu niedaleko Heptapyrgionu, po śledztwie trudno było rozpoznać twarz. Przypominała jedną z tych niekształtnych sino-purpurowych masek, jakich uliczni kuglarze używali do wywoływania w widzach przerażenia. Kostas musiał patrzeć na egzekucję razem z innymi, ale zamknął oczy. Otworzył je dopiero w chwili, gdy ciało ojca przestało drgać. Jakby miał porozumienie z jego duszą, która pozwoliła mu unieść powieki dopiero po wszystkim.

Ojca zgubiła miłość bliźniego.

Poproszony przez obcego mężczyznę o udzielenie sakramentu małżeństwa, zgodził się bez wahania. Nie wiedział, że pan młody jest jednym z przywódców ruchu oporu. Niemcy też nie wiedzieli. Dopóki nie doniósł im o tym były chłopak dziewczyny, która go rzuciła.

Cała parafia zachodziła w głowę, dlaczego Neumann nie aresztował też Kostasa i jego matki. Oni sami nie spali przez dwie noce, spakowani i gotowi ukryć się w podziemiach cerkwi, a potem uciekać w góry do partyzantów. Ale nic się nie wydarzyło. Esesmani krwawego obersturmführera po nich nie przyszli. Powód stał się jasny dopiero na placu, kiedy przed egzekucją Neumann wygłosił mowę, z której wynikało, że ksiądz Tosidos został ukarany, bo udzielił ślubu niewłaściwemu człowiekowi. I że spotka to każdego, kto poda bandytom z ruchu oporu choćby szklankę wody.

Po powrocie do domu zapalili świece modlitewne, uklękli przed ikoną Pantokratora, a potem matka sięgnęła po Pismo Święte. Nie wstając z kolan, odszukała fragment z Nowego Testamentu i przeczytała na głos: "Najmilsi! Nie mścijcie się sami, ale pozostawcie to gniewowi Bożemu, albowiem napisano: Pomsta do mnie należy. Ja odpłacę - mówi Pan".

Kostas zrozumiał przestrogę. Milczał. Matka zauważyła, że przeniósł wzrok z twarzy Chrystusa, która pod wpływem refleksów świecy wydawała się żywa, i wpatrywał się w przestrzeń obok ikony.

- Wiesz, czyje to słowa? - spytała.

Skinął głową.

- Ojciec nie chciałby, aby zawładnął tobą gniew. Wychował cię na dobrego człowieka i życzyłby sobie, abyś takim pozostał. Posłuchaj słów świętego Pawła.

Nie odpowiedział.

Słyszał ten cytat wiele razy, powtarzany przez ojca. Pochodził z Listu do Rzymian. Tylko że on był Grekiem. Na dodatek z domieszką krwi macedońskich przodków matki. Uczynił znak krzyża i podnosząc się z kolan, doszedł do wniosku, że słowa o zaniechaniu zemsty nie są skierowane do niego.

 

GDYBY esesmani z otoczenia obersturmführera Neumanna baczniej rozglądali się wokół, pewnie zauważyliby chudego chłopaka z orlim nosem i kręconymi włosami, który od miesiąca kręcił się tam, gdzie bywał ich dowódca. Blisko koszar, kantyny, placu straceń, prywatnej willi obersturmführera i bulwaru obok Białej Wieży, którym Neumann lubił spacerować, rozkoszując się widokiem morza i strachem przechodniów.

Ale esesmani się nie rozglądali. Byli panami zniewolonego miasta, w którym ludzie nie śmieli podnieść na nich oczu, a co dopiero ręki. Co mogło im grozić? Partyzanci kryli się w górach, a porządku w Salonikach pilnowało niemieckie wojsko i miejscowa policja na rozkazach greckiego rządu, który ślubował wierność Trzeciej Rzeszy.

Z obserwacji Neumanna Kostas wracał do domu, zdejmował buty i na palcach wchodził po skrzypiących schodach na strych, gdzie urządził jednoosobowy sztab akcji odwetowej. Miał już mapę szlaków esesmana, ulic, którymi przejeżdżał, i miejsc wpisanych na stałe w rozkład dnia.

Do mapy dopasował plan.

Któregoś wieczoru podkradł się pod auto zaparkowane przy nieoświetlonej ulicy i za pomocą gumowego węża ściągnął z baku do metalowej puszki ponad pół litra benzyny. O mało nie zwymiotował, gdy zachłysnął się paliwem, które dostało mu się do ust. Skulony, przemknął się do domu i wszedł na strych. Przelał benzynę do butelki z cienkiego szkła i ostrożnie dolał kwasu siarczanego, który jeszcze przed wojną kupił w sklepie chemicznym. Planował zatkać butelkę szmatą nasączoną benzyną, podpalić ją i cisnąć w odkryty samochód Neumanna, gdy tylko szofer zwolni, skręcając do willi, w której mieszkał obersturmführer.

Kostas uśmiechnął się do tej myśli. Delikatnie odstawił butelkową bombę na odwróconą do góry dnem skrzynkę po owocach, gdy nagle usłyszał szybkie kroki na schodach i trzask wyważanych drzwi. Deski dawno temu zdążyły spróchnieć, dlatego nie stawiały oporu. Wystarczył solidny kopniak.

Do pomieszczenia wpadło dwóch mężczyzn. Mieli charakterystyczne długie płaszcze i kapelusze. W dłoniach trzymali pistolety. Byli Grekami, co nic nie znaczyło, kolaboranci na usługach Niemców potrafili prześladować rodaków okrutniej niż gestapo.

- Policja! - krzyknął starszy z nich. - Ręce do góry!

Kostas posłusznie wykonał polecenie. Drżał, starając się za wszelką cenę zachować spokój.

- Dlaczego śledzisz obersturmführera Neumanna? - spytał ten sam policjant, mężczyzna z surową twarzą, pasującą bardziej do bandyty niż stróża prawa.

Chłopak nie odpowiedział.

Młodszy funkcjonariusz zrobił krok w jego stronę i uderzył. Otwartą dłonią, ale to wystarczyło, aby Kostas stracił równowagę i zatoczył się na ścianę. Tamten wiedział, jak bić.

- Ogłuchłeś? - upewnił się starszy.

- Nie śledzę - odpowiedział chłopak, trzymając się za piekący policzek, dzięki czemu zasłonił się przed kolejnym ciosem.

Starszy powoli podszedł do skrzynki i uniósł do góry butelkę z benzyną. Wyciągnął z niej szmatę, powąchał i z dezaprobatą pokręcił głową.

- Ty durny smarkaczu - powiedział, wylewając zawartość na podłogę. Powietrze wypełnił mocny, duszący zapach. - Moi ludzie obserwują cię od miesiąca. Przyprowadziłeś nas do tej kryjówki i nawet tego nie zauważyłeś. I ty chciałeś pomścić ojca? - spytał z niedowierzaniem. - Nie podszedłbyś do Neumanna, nawet gdyby on i jego szofer zasnęli w samochodzie na środku pustego placu. Jesteś głupcem, synu.

Kostas opuścił dłoń i podniósł głowę. Patrzył prosto w oczy policjanta. Nawet nie drgnął, gdy tamten udał, że wyprowadza kolejny cios.

Ale zamiast uderzyć, starszy z policjantów zatrzymał dłoń w powietrzu, a potem kiwnął nią na swojego partnera i wyszli bez słowa.

Kostas stał na strychu kompletnie zdezorientowany. Kręciło mu się w głowie. Może z emocji, a może od oparów benzyny, które ulatniały się wraz z jego planem.

Przez kilka dni szukał odpowiedzi na pytanie, dlaczego policja go nie aresztowała, ale nic logicznego nie przychodziło mu do głowy. Nikt nigdy nie słyszał, aby greccy funkcjonariusze służący Niemcom kiedykolwiek okazali komuś litość. O co zatem chodziło? Postanowili go dyskretnie śledzić, w nadziei, że Kostas ma kontakty z partyzantami i doprowadzi ich do ludzi z ruchu oporu? Wychodząc z domu, zawsze bacznie się rozglądał, ale nigdy nie dostrzegł tajniaków. A jednak niedługo po wydarzeniach na strychu, gdy przechodził w pobliżu portu, drogę zastąpił mu człowiek o uważnych oczach, który wyrósł jak spod ziemi i poprosił o ogień. Kostas otworzył usta, aby przeprosić, że nie ma przy sobie zapałek, gdy tamten powiedział:

- Przyjdź jutro w południe na plac, na którym powieszono księdza.

Młody Tosidos chciał spytać o przyczynę tego dziwnego zaproszenia, ale tamten zniknął równie szybko, jak się pojawił.

Nazajutrz był piątek, ulubiony dzień Niemców na urządzanie publicznych egzekucji. Słońce stało niemal w zenicie. Na placu niedaleko fortecy kręciło się kilku rybaków i wieśniak z wiklinowym koszem pełnym bakłażanów. Czterech robotników w brudnych, przepoconych koszulach stawiało szubienicę, której elementy przywieźli rano na wózku zaprzężonym w osła.

Nadzorował ich Neumann, który zawsze osobiście doglądał budowy szafotu. Starannie sprawdzał łączenie belek i stabilność konstrukcji, ta bowiem nie miała prawa drgnąć pod ciężarem skazańca. Była elementem niemieckiego systemu karania wrogów i musiała perfekcyjnie spełnić swoje zadanie. Dlatego kiedy robotnicy przywiązali do poprzecznej belki sznur, Neumann kazał sobie podsunąć podnóżek dla wieszanych, wszedł na niego, chwycił się oburącz liny tuż nad pętlą, kopnął stołek i przez kilka chwil bujał się jak wahadło.

Potem zgrabnie zeskoczył, otrzepał dłonie, obciągnął mundur i odchylił mankiet, sprawdzając, która godzina. Właśnie minęło południe. Pora obiadu. Choćby w tej samej chwili Saloniki zaatakowały wszystkie miejscowe oddziały partyzanckie, obersturmführer i tak pojechałby do kantyny. Precyzyjny porządek dnia uważał za fundament niemieckiej organizacji.

Kostas, ukryty za platanem na skraju placu, obserwował każdy jego ruch.

Neumann szybkim krokiem udał się w stronę budynków, gdzie w cieniu murów stał jego służbowy kübelwagen, ten sam, którym przyjechał, by aresztować ojca Tosidosa. Żołnierz SS pełniący obowiązki kierowcy zdążył w porę wyrzucić niedopałek i wyprężyć się w postawie na baczność. Po czym otworzył drzwiczki samochodu, ułatwiając obersturmführerowi zajęcie miejsca z tyłu. Gdy tylko to się stało, obiegł auto i usiadł za kierownicą.

W tej samej chwili Kostas zauważył dziwną nerwowość wieśniaka, który nagle postawił na ziemi swój kosz, przyklęknął i zaczął grzebać w bakłażanach z wyrazem skupienia na twarzy, co chwilę podnosząc wzrok i zerkając w stronę auta, powoli ruszającego z placu. W jednym z tych spojrzeń Kostas dostrzegł błysk satysfakcji.

Towarzyszyła mu potężna eksplozja i deszcz szkła z okien pobliskiego domu. Ciężki wojskowy kabriolet uniósł się do góry, jakby podczepiono go do dźwigu, a następnie spadł z łoskotem na płyty placu, przez chwilę leżąc na boku, aż upadł do góry kołami, które przez moment kręciły się jak szalone, dopóki nie uspokoił ich ogień. Przód auta niemal wrył się w kamienne podłoże, co nie dawało kierowcy żadnych szans na przeżycie. Tył unosił się nieco wyżej, tworząc szczelinę, przez którą wyczołgał się ranny Neumann. Osmalony i zakrwawiony, przypominał czerwono-czarną larwę. Błagał o ratunek, ale na placu nikt nawet nie drgnął. Ludzie przez chwilę sycili oczy widokiem cierpienia oprawcy Salonik, a potem zniknęli. Resztę załatwił wybuch baku z benzyną. Obersturmführer przez kilka minut wrzeszczał nieludzko, unosząc rękę, która teraz przypominała pochodnię, po czym znieruchomiał. Robotnicy stawiający szubienicę, próbowali go ugasić marynarkami, ale płomienie były zbyt intensywne.

Kostas uniósł wzrok ku niebu, w kierunku którego wędrował słup czarnego dymu, gdy nagle poczuł za plecami czyjąś obecność. Odwrócił się.

Za nim stał starszy z policjantów, którzy nakryli go na strychu. Spokojnie palił papierosa.

- Nazywam się Petropulos - powiedział. - O mały włos nie zepsułeś tego, czego przed chwilą byłeś świadkiem. Gdybyś rzucił w Neumanna swoją śmieszną butelkę, Niemcy złapaliby cię minutę później, a ten esesmański drań - spojrzał na dopalające się zwłoki - zacząłby się pilnować i jeździć pod eskortą. Teraz rozumiesz?

Petropulos, powtórzył w myślach Kostas. Jeden z przywódców ruchu oporu, człowiek, któremu ojciec dał ślub, płacąc za to życiem. Spojrzał na surową twarz tamtego.

- Teraz powieszą pięćdziesięciu Greków - odparł.

- Nie powieszą - w głosie partyzanta zabrzmiała pewność siebie. - Wysłaliśmy im wiadomość, że za każdego zabitego zakładnika wybuchnie jedna bomba. Niemcy domyślają się, że jest wśród nas człowiek, który potrafi je konstruować. Właśnie się o tym przekonali.

 
 
ROZDZIAŁ 2

Saloniki / Lamia / Gorgopotamos

Wiosna 1941 - jesień 1942 roku

 

Chorąży Albert Ramsey przeszedł pod Łukiem Galeriusza i skręcił w uliczkę wyznaczoną przez szpaler sfatygowanych domów. Wiele z nich wyglądało jak pijacy utrzymujący pion tylko dzięki grawitacji i niewytłumaczalnej sile, niemającej nic wspólnego z prawami fizyki. Niektóre mury przechyliły się do tyłu tak mocno, jakby kamieniczki zaraz miały się położyć na wznak. Inne wolały skłon do przodu, co mogło grozić mieszkańcom wypadnięciem z okna. Jedne i drugie ozdabiały ułomki parapetów, drzwi, jakich w Anglii wstydzono by się wstawić nawet do stajni, i spróchniałe okiennice, trzymające się na słowo honoru.

Ramsey odnalazł właściwy adres, sprawdził, czy na parapecie znajduje się doniczka, oznaczająca brak niebezpieczeństwa, i wszedł na pierwsze piętro po schodach, które nie obiecywały, że będzie mógł po nich również zejść.

Zapukał w umówiony sposób do drzwi jedynego mieszkania na tej kondygnacji, które miało lokatorów. Dwa pozostałe należały kiedyś do Żydów. Teraz były puste, a dostępu do nich broniły skrzyżowane deski przybite gwoździami do framug. Puste i pozbawione okien, stwarzały doskonałe sąsiedztwo. Ludzie z ruchu oporu przebili do jednego z nich sekretne przejście, które prowadziło z mieszkania zamienionego w lokal konspiracyjny. W razie nalotu Niemców trzeba było wejść do szafy z ruchomą tylną ścianą, odsunąć ją, przecisnąć się, a potem zasunąć za sobą - najpierw ubrania wiszące na wieszakach, a później plecy szafy. Nikt by się nie zorientował.

Przez szafę, jak przez lustro w opowieści o Alicji w Krainie Czarów, przechodziło się w inny wymiar do martwej, żydowskiej sypialni, pozbawionej mebli i zamieszkanej wyłącznie przez ptaki. Potem wystarczyło pokonać parapet i człowiek wkraczał w krainę daszków i dachów prowadzących na sąsiednie uliczki. Ramsey skrupulatnie sprawdził tę drogę ucieczki. Znał jej każdy detal.

Zwracał uwagę na detale.

W poprzednim życiu, przed wojną, uczył angielskiego w Atenach, ale jego głównym chlebodawcą nie było gimnazjum dla chłopców z dobrych domów. Albert Ramsey tak naprawdę pracował dla brytyjskiego wywiadu wojskowego i bardzo się dla niego zasłużył. Mógłby to robić nadal po wkroczeniu do Grecji wojsk Mussoliniego i Hitlera, ale posiadał hobby, które zdecydowało o jego nowym przydziale. Tym razem do Special Operations Executive, niewielkiej grupy specjalistów od sabotażu, spędzającej Niemcom sen z powiek.

 

Na pukanie zareagowała młoda dziewczyna ubrana w męskie bryczesy i bluzkę z krótkim rękawem. Była łączniczką Petropulosa i miała w sobie ten sam rodzaj zawziętości, jaki chorąży Ramsey widywał u innych młodych Greków. Stanęła w progu, na wszelki wypadek zerknęła na schody, tak jak ją wyszkolono, po czym cofnęła się, wpuszczając gościa do środka.

W pokoju, którego wystrój stanowił odrapany stół, cztery krzesła obite wyliniałym aksamitem i zatroskana ikona świętego Mikołaja, czekał szczupły młodzieniec. Miał mocno kręcone, czarne włosy, orli nos, nadający twarzy tyle samo urody, co drapieżności, i skupione oczy, które od razu spodobały się Ramseyowi. Nie pałały żądzą walki, nie miotały błyskawic patriotyzmu i nie lśniły brawurą jak wzrok tych wszystkich potomków Apolla z zawadiackimi wąsikami.

Na widok Anglika młody człowiek podniósł się z krzesła.

- Siadaj. - Chorąży skinął dłonią i zajął sąsiednie krzesło, którego obicie sprawiało wrażenie, jakby zaraz sprężyny miały je przebić.

- Od dawna jesteś u Petropulosa? - spytał, zapalając papierosa.

- Dwa miesiące - odparł chłopak. Wydawał się kompletnie zaskoczony. Cudzoziemiec współpracujący z ruchem oporu mówił płynnie po grecku.

- Dlaczego do nas wstąpiłeś?

- Żeby walczyć - odpowiedział bez namysłu Kostas.

- Żeby walczyć - powtórzył jak echo Ramsey. - Chcesz zginąć za ojczyznę?

Zapanowała cisza.

- Nie. - Chłopak pokręcił głową. - Chcę walczyć, nie ginąć. Jeśli zginę, ojczyzna nie będzie miała ze mnie pożytku.

Anglik przeniósł wzrok na dziewczynę, która przysłuchiwała się rozmowie oparta o framugę.

- Nareszcie Petropulos przysłał mi kogoś rozsądnego - powiedział z uznaniem, ale łączniczka chyba nie zrozumiała jego intencji. Wzruszyła ramionami i wyszła do drugiego pokoju, w którym znajdowała się szafa i sekretne przejście.

- Doszły mnie słuchy, że chciałeś zrobić zamach na Neumanna za pomocą butelki z benzyną?

Kostas się zaczerwienił.

- To bardzo dobra broń. - Anglik znów go zaskoczył. - Ale trzeba ją udoskonalić. Gdybyś rzucił butelkę w samochód esesmana, podpaliwszy szmatę służącą jako lont, Niemcy zauważyliby płomień. Szofer mógłby w ostatniej chwili zahamować lub skręcić kierownicą i twoja bomba spadłaby na ulicę. A nawet gdyby trafiła w auto, skończyłoby się na poparzeniach. To chciałeś osiągnąć?

Kostas przecząco pokręcił głową.

- No widzisz - powiedział Anglik. - Żeby zabić Neumanna potrzebowałeś innego, o wiele bardziej dyskretnego i skutecznego zapalnika. Wiesz, o czym mówię?

Chłopak milczał.

- Nie wiesz. - Ramsey pokiwał głową. - Gdybyś wiedział, tobyś to zastosował.

- Co? - spytał Kostas, przełykając ślinę.

Anglik westchnął.

- Petropulos mówił, że chciałeś studiować chemię. I nie słyszałeś o utleniaczu?

Młody Tosidos popatrzył na niego badawczo.

- Słyszałem. Ale skąd go teraz wziąć?

Anglik spojrzał na niego z miną cierpliwego nauczyciela, tłumaczącego uczniowi coś oczywistego.

- Z mydlarni. Wystarczyło kupić trochę kalichlorku używanego do prania i we właściwych proporcjach połączyć go z cukrem pudrem, który zdobyłbyś jeszcze łatwiej. Następnie powinieneś szczelnie zapakować proszek w pergamin złożony w wąski pasek, którym trzeba okręcić szyjkę zakorkowanej i zalakowanej butelki, dodatkowo owijając ją sznurkiem. Potem rzucasz i...? - Spojrzał na niego pytająco.

- Butelka się rozbija - odparł Kostas olśniony tym pomysłem. - Benzyna łączy się z proszkiem pełniącym funkcję utleniacza i następuje gwałtowna reakcja chemiczna.

- Eksplozja o sile uderzenia granatu - uzupełnił Anglik, wstając z krzesła, i z uznaniem poklepał chłopaka po ramieniu. - Neumann nie miałby szans jej przeżyć.

 

OD TAMTEGO popołudnia Kostas Tosidos został uczniem, a następnie czeladnikiem Alberta Ramseya. Rzutkiego przedsiębiorcy, który prowadził firmę spedycyjną, zajmującą się masowym wysyłaniem do piekła Niemców wraz z ich pociągami, samochodami, budynkami i składami amunicji.

Ramsey potrafił zrobić każdą bombę.

W głowie miał suwak logarytmiczny, który błyskawicznie przeliczał ilość niemieckiego trialenu 105 na siłę wybuchu, a właściwości angielskiego baratolu na odległość rażenia. Wiedział wszystko o trotylu, pikrynianie amonu, zabójczym nadzieniu bomb lotniczych, torped i pocisków artyleryjskich. Jego długie palce, łączące talent pianisty z cierpliwością modelarza budującego miniaturowe żaglowce w butelkach, potrafiły skonstruować każdy zapalnik i detonator. Stary Albi, jak pieszczotliwie nazywali go dowódcy, był wart tyle, ile dobrze wyszkolony pluton saperów.

Z Kostasem Tosidosem łączyło go to samo marzenie i ta sama porażka. Obydwaj chcieli studiować chemię. I obydwóm się to nie udało.

Ramseyowi z powodu miłości.

W drugiej połowie lat trzydziestych, tuż przed wstąpieniem do Oxfordu, rodzice zafundowali Albertowi wakacje na Peloponezie, gdzie poznał uroczą Greczynkę i stracił dla niej głowę. Wakacje przedłużyły się o rok, a potem trzeba było odpowiedzieć sobie na pytanie: co dalej. Wybranka serca za skarby świata nie chciała przeprowadzić się do deszczowej i zakatarzonej Anglii, dlatego Albert zdecydował się na Ateny. Przyjął posadę nauczyciela angielskiego w ekskluzywnym gimnazjum, co wiązało się z przyzwoitą gażą i służbowym mieszkankiem z widokiem na Akropol. W dwa lata nauczył się języka i myślenia o sobie jako o człowieku szczęśliwym. Wymarzone studia chemiczne zamieniły się w prenumerowanie czasopism i sprowadzanie z Londynu fachowych książek. Mógł też eksperymentować w szkolnym laboratorium i prowadzić kółko naukowe, co czynił z entuzjazmem, także na wycieczkach z uczniami za miasto, w takcie których wysadzali w powietrze sterty kamieni.

W końcu wybuchy zainteresowały policję. Ramsey miał nieprzyjemności, a jego kariera pedagogiczna zawisła na włosku. Potrzebował pomocy konsulatu. Rząd imperium brytyjskiego naturalnie mu jej udzielił, ale nie za darmo. Pan od angielskiego zachował posadę, został jednak wtyczką MI6. Z czasem przeszkolono go na szpiega, kiedy więc miał już stopień chorążego, chemia nieoczekiwanie okazała się atutem. Wybuchła wojna, a armia brytyjska pilnie potrzebowała zdolnego sapera do nauczenia żarliwych greckich partyzantów, że posługiwanie się trotylem wymaga raczej flegmy niż temperamentu. Praca z ludźmi Petropulosa w Salonikach była jednym z wyjazdowych szkoleń, jakich odbył dziesiątki. I nigdy nie spotkał Greka, który tak doskonale nadawałby się na spadkobiercę jego wiedzy i umiejętności jak niedoszły chemik Kostas Tosidos. Chłopak o orlim nosie i spokojnych oczach.

Kostasowi Tosidosowi studiowanie chemii nie udało się z powodów historycznych, które ludzkość nazwie drugą wojną światową.

Po egzekucji ojca stał pod platanem skamieniały jak antyczny posąg, gdy Petropulos spytał, patrząc mu prosto w oczy:

- Chcesz się do nas przyłączyć?

- A będę mógł robić takie bomby? - Kostas ruchem podbródka wskazał płonący wrak kübelwagena i rozciągnięte na bruku zwęglone ciało Neumanna.

 

ALBERT Ramsey zerknął na zegarek i przytrzymał Kostasa za rękaw kurtki.

Spieszyli się na spotkanie z ludźmi Petropulosa w północnej dzielnicy Salonik, ale kiedy mijali bazylikę świętego Dymitra, Anglik nagle przystanął.

- Zaczekaj na mnie chwilę - polecił i skręcił w kierunku świątyni.

Chłopak nie zadawał pytań.

Z brytyjskim chorążym pracował od ponad roku. Wiedział, że w cerkwi znajduje się skrzynka kontaktowa Special Operations Executive, którą Ramsey regularnie sprawdza. Tylko on znał położenie skrytki, i dlatego do bazyliki zawsze wchodził sam.

Tamtego dnia również.

Nacisnął mosiężną klamkę, z trudem otworzył ciężkie drzwi, wszedł do środka, zdjął czapkę i wykonał idealny znak prawosławnego krzyża, jakiego nie powstydziłby się pop z dwudziestoletnim stażem. Z pokorą i czcią stanął przed ikoną męczennika i zapalił świeczkę. Żadna z kilku osób znajdujących się w cerkwi nie miała szans zauważyć, kiedy i skąd wyłuskał niewielką bibułkę podobną do tej, w którą w eleganckim sklepie przy placu Arystotelesa zawijano pomarańcze.

Do Kostasa nie odezwał się ani słowem.

 

DOPIERO następnego dnia, gdy odkodował treść depeszy i z przyzwyczajenia połknął bibułkę, choć mógł ją przecież spalić w popielniczce, obdarzył ucznia krótkim komunikatem:

- Jutro rano jedziemy na wycieczkę. Będzie spacerek po górach. Weź prowiant na trzy dni, koce i solidne buty.

A na widok pytającego wzroku chłopaka dodał:

- Szykuje się coś dużego.

Nazajutrz po południu dotarli do Lamii w środkowej Grecji.

Miasto pod włoską okupacją oddychało nieco swobodniej niż Saloniki zajęte przez Niemców, ale nie mieli czasu tym się nacieszyć. Wyszli z wagonu, założyli plecaki i rozprostowali kości obolałe po wielogodzinnej podróży na drewnianych ławkach. Pozwolili, aby opłynął ich strumień ludzi kulących się z zimna i spieszących do domów, po czym dyskretnie rozejrzeli się po peronie.

Pod ścianą budynku stacji czekał brodaty mężczyzna z gazetą, którą w umówiony sposób złożył na czworo i schował do lewej kieszeni płaszcza.

Podeszli do niego i spytali, jak dojść do monastyru świętego Agatona, którego imię było konspiracyjnym hasłem.

Brodacz wyraźnie się ucieszył, udając tubylca, który ma szansę zrobić coś pożytecznego dla przyjezdnych. Głośno tłumaczył im drogę, gestykulując przy tym, jakby kierował ruchem ulicznym na najbardziej skomplikowanym skrzyżowaniu w Londynie. Wreszcie skończył i dodał ciszej:

- Na końcu ulicy, po lewej, znajduje się zdziczały gaj oliwny, a w nim opuszczona szopa. Ukryjcie się tam i czekajcie na mnie tuż przed północą. Aha - przypomniał sobie - postarajcie się trochę przespać. Czeka nas dziesięć kilometrów marszu w ciemności.

Ramsey zasnął w sekundę. Znał zasadę, że żołnierz powinien spać, kiedy tylko nadarza się okazja, bo następna może nadejść za parę dni. Kostasowi przyszło to o wiele trudniej. Wyschnięte gałęzie posłania wbijały mu się w plecy. Złapał najwyżej pół godziny niespokojnej drzemki pod kocem, gdy Ramsey potrząsnął jego ramieniem.

- Już czas - powiedział półgłosem.

Chwilę później wyszli z szopy na spotkanie brodacza, który pod kurtką miał teraz gruby golf, a na nogach solidne trzewiki i podkolanówki z owczej wełny. Pierś przecinała mu parciana taśma torby pasterskiej, skrzyżowana ze skórzanym paskiem pistoletu maszynowego. Zanurzył dłonie w kieszeniach kurtki, wyjmując z nich niemieckie parabellum i włoską berettę z krótką lufą.

- Po akcji oddacie dowódcy partyzantów - wyjaśnił i skinął, wskazując wzgórza na widnokręgu, widoczne w nikłym świetle księżyca.

- Idźcie za mną i uważajcie na kamienie - oznajmił. - Odstęp dwa metry.

To było wszystko, co powiedział przez całą noc.

Nad ranem zaczął padać śnieg, ale nie musieli się już przejmować, że zostawią na nim ślady. Byli w górach porośniętych gęstym lasem, gdzie Włosi nigdy się nie zapuszczali. Zbyt wysoko cenili wspomnienia swoich ciepłych żon i makaronu z sosem pomidorowym, aby ryzykować kontakt z dzikimi greckimi partyzantami, od których powyżej tysiąca metrów dosłownie się roiło.

W dziewiątej godzinie marszu Ramsey dostrzegł kilku ludzi poruszających się z kocią zręcznością po śliskich kamieniach stromego zbocza. Byli obdarci i słabo uzbrojeni. Kilku dźwigało jakieś zabytkowe karabiny, paru wymachiwało obrzynami zrobionymi ze starych strzelb. Dwóch z nich miało stopy owinięte szmatami, a na nich łapcie wykonane z łyka. Komuniści, ludzie, którym idea dodawała sił i działała jak narkotyk. Anglik słyszał o oddziale lewicowej ELAS, który walczył z okupantem, zadając mu ciężkie straty, choć dzienna racja żywnościowa partyzantów wynosiła siedemnaście surowych ziaren fasoli na jednego człowieka i jedną figę na dwóch.

Ludzie z ELAS zamienili z brodaczem parę zdań i zniknęli równie bezszelestnie, jak się pojawili, zostawiając przewodnika. Był nim wyrostek młodszy od Kostasa o parę lat. Miał posturę dziecka, ale twarz o grubych rysach i zimnych oczach twardego mężczyzny, na którym zabicie wroga nie robi żadnego wrażenia. Wojna nie tylko mordowała ludzi, ale potrafiła zamieniać ich w demony o zepsutych, na trwałe odkształconych duszach.

Po półgodzinnym marszu dotarli do bazy partyzantów.

Mgła była tak gęsta, że dowódca, gruby major greckiej armii narodowej, pozwolił rozpalić ogniska. Kostas przysiadł przy jednym z nich, obok mężczyzn w takich samych mundurach. Ściągnął buty i uważnie oglądał pęcherze na stopach. Największe zdążyły popękać i uwolnić płyn, który wsiąkł w skarpety. Piekło jak cholera. Próbował zakryć rany strzępami luźno wiszącej błony, ale ból nie pozwolił mu ich dotknąć.

Jeden z żołnierzy partyzanckiej armii, zawodowy sierżant wyglądający na weterana wielu marszów, spojrzał na stopy Kostasa i pokręcił głową.

- Nie grzeb przy tym brudnymi łapami, bo wda się gangrena i utną ci kulasa. Przejdź się tam. - Wskazał niedalekie ogniska ledwo widoczne we mgle. - Tam siedzą komuniści. Mają felczera. Tylko powiedz, że jesteś z ekipy minerskiej, bo inaczej kozojebcy ci nie pomogą.

- Albo powiedz, że jesteś krewnym Stalina - dodał ktoś inny i wszyscy przy ognisku wybuchli śmiechem.

- Komuniści z ELAS? - zdziwił się Kostas. - Razem z wami?

- Tylko dziś. - Sierżant prawicowej armii splunął z odrazą. - Mamy wspólną robotę. Anglik nas namówił na jednodniowe zawieszenie broni. Ale jak ich pojutrze spotkamy w górach, to rozwalimy co do jednego. Pachołki sowieckie. - Splunął raz jeszcze.

Kostas nie zdążył spytać, o jaką wspólną robotę i o jakiego Anglika chodzi, gdy z mgły wyłonił się Ramsey w towarzystwie szczupłego blondyna z wąsikiem w kolorze dojrzałego żyta. Tuż za nimi kroczył osiłek w pełnym rynsztunku brytyjskiego komandosa.

Grecy przy ognisku, nauczeni wojskowej dyscypliny, wstali jak na komendę. Kostas również, choć trwało to nieco dłużej. Bosy i z podwiniętymi nogawkami wyglądał groteskowo i z pewnością nie nadawał się do musztry.

Blondyn z wąsikiem dał znak, że mogą usiąść, i zatrzymał wzrok na stopach Kostasa.

- To jest właśnie mój wychowanek - oświadczył z dumą Albert Ramsey. Po angielsku, z wyraźnym zadufaniem. Brytyjczycy byli pyszałkami już w czasach Wikingów.

- Taki spec? - upewnił się blondyn.

- Tak jest, panie pułkowniku - skwapliwie potwierdził Ramsey. - Ma wyjątkowy talent.

- Musimy zaminować najwyższy wiadukt w tym kraju - powiedział pułkownik, co Ramsey natychmiast przetłumaczył. - Zaminować, a potem wysadzić. Dasz radę? - Popatrzył nieufnie na stopy chłopaka.

- Dam - zapewnił Kostas, choć wcale nie był tego pewien. - A to - odparł, wskazując stopy - zaraz wyleczę. Tamci - skinął głową w stronę komunistów - mają jakiegoś medyka.

Pułkownik obejrzał się za siebie i w tej samej sekundzie potężnie zbudowany komandos zrobił krok do przodu i znalazł się tuż przy nim, jakby czytał w myślach dowódcy.

- Zaprowadź chłopaka - polecił. - Niech go opatrzą.

- Tak jest, sir - potwierdził osiłek i ruchem głowy zachęcił Kostasa, aby poszedł za nim.

Felczer komunistów okazał się żydowskim lekarzem z Salonik. Przed wojną pracował w szpitalu i mieszkał ledwie kilka ulic od Tosidosów. Przemył rany po pęcherzach i sięgnął do torby po brązową buteleczkę z lekarstwem, którym nasączył kompres z gazy.

- Co to? - zaniepokoił się Kostas.

- Dziurawiec z kwasem chlebowym i sokiem z cytryny - wyjaśnił doktor. - Sprawdzony środek na partyzancką chorobę. Oni wszyscy ją przeszli. - Wskazał ludzi z ELAS siedzących przy ognisku. Kilku z nich pokazało palcami na swoje stopy i się uśmiechnęło. Od kiedy dowiedzieli się, że chłopak jest saperem i nie należy do prawicowej partyzantki EDES, uznali go za przyjaciela.

Po założeniu opatrunków Kostas podziękował i wrócił do Ramseya. Chorąży stał obok pułkownika ze zbożowym wąsikiem. Pochylał się nad mapą rozłożoną na pniu drzewa wywróconego przez wiatr. Kiwnął na Kostasa.

Chłopak podszedł, a wtedy Ramsey wskazał czubkiem noża rzekę, która na mapie wyglądała jak zgubiona wstążka.

- Zapamiętaj tę nazwę - powiedział pułkownik. - Być może kiedyś będą uczyć o tym w szkołach.

Kostas podszedł i odczytał półgłosem:

- Gorgopotamos.

 
 
ROZDZIAŁ 3

Gorgopotamos / Saloniki / Pireus

Jesień 1942 - jesień 1948 roku

 

Nigdy wcześniej nie widział tak olbrzymiej budowli.

Przęsła wiaduktu unosiły się kilkadziesiąt metrów nad rzeką i nawet w ciemności robiły imponujące wrażenie. Kostasowi przypominały szkielet mitologicznego potwora. Z dołu wydawały się sięgać nieba.

Podniebny wiadukt podtrzymywał tory, które w tym miejscu przenosiły pociągi między wierzchołkami dwóch stromych wzgórz, tworząc jedyną linię kolejową łączącą północ Grecji z portem w Pireusie.

Tędy jechało zaopatrzenie dla armii Rommla, która walczyła z Anglikami w Afryce. Generałowie w Londynie mieli dość jego sukcesów i postanowili zakręcić kran. "Lis Pustyni" bez czołgów, dział, karabinów, amunicji i puszek wieprzowiny z kapustą byłby bezradny. Dlatego generałowie wezwali swojego ulubionego Nowozelandczyka - pułkownika Eddiego Myersa ze Special Operations Executive i uznali, że powinien skoczyć do Grecji. Dostał elegancki jedwabny spadochron, paru krzepkich komandosów i kontakt do Alberta Ramseya, który potrafiłby niepostrzeżenie zaminować sedes Hitlera, gdyby tylko pozwolono mu skorzystać z toalety w którymś z bunkrów wodza Trzeciej Rzeszy.

Noc robiła się coraz gęstsza. Ludzie Eddiego dowodzącego ekipą saperską kończyli rozkładać sprzęt, gdy wskazówki ich zegarków solidarnie pokazały godzinę jedenastą, a na wzgórzach, które łączył wiadukt, rozpętało się piekło.

Dwa największe oddziały partyzanckie w tej części Grecji uderzyły z dwóch stron, co było zgodne ze strategią, polityką i rozsądkiem. Pułkownik Myers wolał nie ryzykować łączenia narodowców z komunistami w jedną grupę, co mogłoby się skończyć rzezią. Dlatego gruby major dostał swoje wzgórze, a dowódca oddziału ELAS swoje. Za to zadanie mieli takie samo: wybić lub przepędzić Włochów broniących obydwu końców wiaduktu. Eddie nie przewidywał ich żarliwego oporu.

Pomylił się.

Nie wiadomo, co opętało tamtej nocy żołnierzy Mussoliniego nad rzeką Gorgopotamos, ale nieoczekiwanie przypomnieli sobie, że są potomkami rzymskich legionistów i walczyli jak lwy. Plan angielskiego pułkownika, że Włosi umkną jak spłoszone zające, a wtedy można będzie spacerkiem wkroczyć na wiadukt i spokojnie go zaminować, wziął w łeb.

- Panie pułkowniku - odezwał się Ramsey, który najwyraźniej tracił brytyjską flegmę, bo od kwadransa słuchał odgłosów strzelaniny z rosnącym niepokojem. - Grekom w końcu zabraknie amunicji. Wycofają się, a wtedy makaroniarze zainteresują się nami. Nie ma na co czekać. Minujmy.

Eddie Myers kiwnął głową.

Ruszyli. Instalowali ładunki według wskazówek dowódcy. Część z nich trzeba było umieścić wysoko na przęsłach, co wymagało niemal alpinistycznych umiejętności. Pot lał się z saperów strumieniami. Ale poradzili sobie. O wpół do drugiej w nocy skończyli pracę, wykorzystując fakt, że Włosi ruszyli w pościg za partyzantami. Mieli wiele, bardzo wiele szczęścia.

Które pękło w jednej chwili.

Kostas, czarny od tłustego brudu dostarczonego przez setki pociągów, pakował plecak, gdy po raz ostatni zerknął na wiadukt i zamarł. Jeden z przewodów, mający odegrać najważniejszą rolę w odpaleniu ładunków, kołysał się na wietrze jak lina, z której odcięto wisielca. Któryś z minerów musiał go nieuważnie podłączyć, albo Niemcom sprzyjał sam diabeł.

Chłopak chciał krzyknąć i pokazać wiszący kabel Ramseyowi, ale nagle zmienił zdanie. Rzucił plecak i biegiem ruszył w kierunku wiaduktu.

Ramsey usłyszał odgłos jego butów na kamieniach i w tej samej chwili również dostrzegł zerwany kabel. Skamieniał. Co wybrać? Zatrzymać chłopaka kosztem nieudanej operacji i utraty mnóstwa materiałów wybuchowych? Czy pozwolić mu działać? Otwierał już usta, gdy Nowozelandczyk dowodzący minerami zakrył mu je dłonią w wełnianej rękawiczce.

Poradzi sobie, mówiło jego spojrzenie. Zobaczysz.

Ale najpierw Kostasa zobaczyli Włosi, patrol lustrujący wiadukt. Zarepetowali karabiny i zaczęli strzelać. Najpierw na stojąco z ramienia, jednak przepędzeni ogniem minerów, ukryli się za niewielkim nasypem i mierzyli do Kostasa z pozycji leżącej, dającej o wiele lepszą celność.

Chłopak wspinał się po przęśle, nie zważając na kule świszczące wokół jak owady, których ukąszenie oznacza śmierć. Wydawał się ich nie słyszeć i za chwilę rzeczywiście nie słyszał, gdy jedna urwała mu kawałek małżowiny prawego ucha. Działał w takim napięciu, że nawet nie poczuł bólu. Wymacał czubkiem buta szczelinę między kamiennymi blokami wiaduktu, wsadził w nią stopę i odczekał, aż wiatr skieruje kabel w jego stronę.

Ułamek sekundy przed tym, gdy miał go chwycić, but wyślizgnął się ze szczeliny i Kostas zjechał na brzuchu w dół, raniąc dłonie w poszukiwaniu punktu zaczepienia. Znalazł go w końcu i znieruchomiał, przez chwilę próbując złapać oddech.

Włosi ciągle strzelali.

Wspiął się, złapał przewód w locie, przygryzł go i dotarł do miejsca, w którym nastąpiło zerwanie. Nie czuł dłoni, mimo to zmusił się i skręcił druty trakcji na tyle mocno, aby nie puściły. A co najważniejsze: przeniosły impuls elektryczny. Pracując, mógł się przesunąć na część przęsła niewidoczną dla Włochów. Zauważył kątem oka, że jedna z ostatnich kul trafiła tam, gdzie znajdował się jeszcze parę sekund temu.

 

Do lasu dotarł półprzytomny. Wyglądał strasznie. Z czarnej twarzy wyzierały tylko przeraźliwie jasne białka oczu, a prawą stronę głowy pokrywała skorupa zakrzepłej krwi. Nagle zabrakło mu sił i wpadł w objęcia Ramseya. Chorąży miał łzy w oczach. Pospiesznie zabandażował mu dłonie, szef saperów ponaglał do wycofania się. Rozkazał minerom ustawić się gęsiego i popychał każdego z nich po kolei, jakby chciał się przekonać, że nikogo nie brakuje i wszyscy pójdą w dobrym kierunku. A gdy przeszedł ostatni żołnierz, spojrzał w stronę zarośli, uniósł wyprostowaną rękę niczym semafor i machnął nią.

Kilka sekund później wiadukt nad rzeką Gorgopotamos wydał głośne westchnienie, a dwa jego przęsła zachwiały się jak człowiek, który potknął się o własne nogi. I runęły w dół.

Resztę opatuliła gigantyczna pierzyna dymu, towarzysząca ogłuszającemu łoskotowi, który dopiero teraz dotarł do ludzi pokonujących szybkim marszem ścieżkę w dolinie. Chorąży Albert Ramsey, podtrzymujący Kostasa, który z trudem powłóczył nogami, zerknął na niego z dumą trenera patrzącego na zawodnika po zdobyciu złotego medalu olimpijskiego.

- To twoja zasługa, synu - szepnął mu do zdrowego ucha i obejrzał się za siebie.

Tory kolejowe, biegnące po jednym z najwyższych wiaduktów Grecji, zwisały nad rzeką Gorgopotamos jak poszarpane linowe drabinki, po których nie da się już nigdzie wejść.

 

LEGENDA o śmiałku znad rzeki Gorgopotamos rychło obiegła greckie góry i doliny. Powtarzano ją przy partyzanckich ogniskach. Opowiadano po domach i na ławkach, na których przesiadywali bezzębni starcy, wygrzewający się w słońcu. Wyolbrzymiono do rozmiaru mitu o herosie, który własnoręcznie przewrócił podniebny wiadukt, zamykając Niemcom drogę do Pireusu. Sprawca czynu, utożsamianego z klęską Rommla w Afryce, zdobył sławę, a dla człowieka działającego w konspiracji sława jest równie groźna jak zdrada. Zwłaszcza że w pewnej chwili nie wiadomo skąd w opowieściach pojawiło się określenie "chłopak z Salonik". Nie minęło wiele czasu i miejscowe gestapo zaczęło węszyć po mieście jak sfora myśliwskich psów, które zwietrzyły trop.

Ramsey uznał, że pora zniknąć.

Kostas, który od jakiegoś czasu nocował w mieszkaniach konspiracyjnych, nie chcąc narażać matki, podjechał rowerem pod dom jej kuzynów i przez pół godziny krążył wokół, obserwując otoczenie. Dokładnie tak jak nauczył go chorąży brytyjskiej sekcji operacji specjalnych.

Kiedy uznał teren za czysty, wprowadził rower do obszernej sieni, której podłogę stanowiła ubita ziemia, i zastukał do drzwi krewnych matki. Elena Tosidos mieszkała u nich od śmierci męża. Pochodziła z klanu macedońskich kupców, niezbyt zamożnych i mocno pielęgnujących więzy rodzinne.

Matka Kostasa mogła zostać w dawnym mieszkaniu należącym do parafii i przeznaczonym dla rodziny parocha, ale kuzyni zdecydowali inaczej. Przyjechali po jej rzeczy dwukołowym wózkiem, który wymagał siły dwóch mężczyzn, i nie chcieli słyszeć odmowy. Dosłownie zabrali ją siłą. Dopiero nazajutrz dowiedziała się, że obersturmführer Neumann, który powiesił jej męża, tuż po egzekucji wyleciał w powietrze wraz ze swoim samochodem i szoferem. A potem spłonął żywcem na bruku, żeby jeszcze na ziemskim padole doświadczyć tego, jak mu będzie w piekle.

Kostas usłyszał szuranie butów, matka od jakiegoś czasu miała kłopot z kolanami i chodzenie sprawiało jej coraz większą trudność. Potem dobiegł go dźwięk wysuwanego drewnianego skobla. Drzwi uchyliły się do połowy i stanęła w nich Elena Tosidos. Na widok syna przez jej twarz przemknął cień.

Zawsze miała doskonałą intuicję.

Bez względu na to, jak promienną minę mógł robić mały Kostas po powrocie ze szkoły, matka i tak domyśliła się, że dostał złą ocenę lub wdał się w zatarg z kolegami. Bez względu na to, jak skrzętnie starał się ukryć niedobre wieści, wystarczyło jej jedno spojrzenie, aby odgadnąć prawdę.

- Coś złego, prawda? - przywitała go i tym razem.

Kostas ucałował jej dłonie.

- Muszę wyjechać na jakiś czas.

Nie odpowiedziała.

- To nie potrwa... - zaczął, ale przerwała mu gestem.

- Niemcy cię szukają?

Uniósł brwi, robiąc przy tym niepewną minę.

- Z nimi nigdy nic nie wiadomo. Miotają się po mieście jak wściekłe psy. Lepiej na jakiś czas zejść im z oczu. Przyjaciel ma znajomości we włoskiej strefie okupacyjnej, chcemy razem pojechać na południe, może uda się wejść w jakiś interes.

- Kiedy wyjeżdżasz? - spytała.

- Najdalej za tydzień.

Elena Tosidos pokiwała głową, z trudem powstrzymując łzy.

- Niech cię Bóg prowadzi i Święta Przeczysta.

Kostas pochylił głowę w chwili nabożnego skupienia, a potem znów pokrył dłonie matki pocałunkami.

Wychodził, gdy zatrzymała go niepewnie, jakby zastanawiała się, czy powiedzieć to, co właśnie przyszło jej do głowy.

- Kostas...

- Tak? - Odwrócił się.

- Jest taki kolaborant, który bardzo szkodzi ludziom. Gdybyś szepnął słowo swoim kolegom...

- Mamo - upomniał ją wzrokiem - wiesz, że nie mam takich kontaktów - skłamał.

- Mam na myśli kolegów od interesów. - Spojrzała na niego twardo, dając do zrozumienia, że doskonale zdaje sobie sprawę z przynależności syna do ruchu oporu. - Może oni by z nim porozmawiali i namówili, aby sprzedawał towary, a nie ludzi.

Zastanowił się.

- Jak się ten człowiek nazywa? - spytał po chwili.

- Mówią na niego "Zegarmistrz" - odparła matka. - Ponoć przed wojną rzeczywiście naprawiał zegarki. Ale teraz odbiera je ludziom w dzielnicy żydowskiej. Jeśli ktoś ma cenny zegarek, może za niego kupić trochę życia. Jeśli nie, "Zegarmistrz" wyznacza mu czas na zdobycie zegarka, pieniędzy lub czegoś ze złota. Inaczej ten łajdak wskazuje takiego biednego człowieka Niemcom, z którymi się przyjaźni. Wtedy ktoś taki z miejsca idzie na rozstrzelanie albo zostaje wywieziony.

Kostas, zasępiony, pokiwał głową i ruszył w kierunku drzwi.

Matka zamknęła za nim, założyła skobel, a potem wróciła do izby, uklękła przed ikoną świętej Ireny z Salonik i poleciła syna jej opiece.

 

SAMOCHÓD zaparkowany niedaleko miejsca, w którym stała kiedyś synagoga Talmud Tora Agadol, miał uchyloną szybę w tylnych drzwiach. Przechodzący obok Żydzi mijali go, bojaźliwie przyspieszając kroku, albo zwalniali na moment i wrzucali przez otwarte okno jakieś paczuszki lub zawiniątka, które lądowały na miękkiej kanapie auta. Taki był rytuał.

"Zegarmistrz", który stał obok, ubrany w elegancki dwurzędowy garnitur, z włosami błyszczącymi od brylantyny i kapeluszem w dłoni, palił papierosa i przyglądał się tej scenie z miną udzielnego księcia, przyjmującego dary. Nosił w klapie znaczek Narodowej Socjalistycznej Organizacji Patriotycznej i w kwestii żydowskiej w pełni zgadzał się z Hitlerem. Mimo wszystko był Grekiem. Miał kontakty w niemieckim dowództwie, ale uliczni żandarmi niechętnie patrzyli na jego wizyty w getcie i wolał ich nie drażnić ostentacyjnym braniem łapówek. Dlatego wymyślił sposób z samochodem. Do paczuszki należało włożyć zegarek, obrączki, kolczyki lub pieniądze, a na dołączonej karteczce podać nazwisko. Tak samo jak zapisuje się prośby o zdrowie i uniknięcie kłopotów, składane przed ołtarzami miłosiernych świętych.

Dzisiejsza zbiórka nie zapowiadała się imponująco. "Zegarmistrz" przyjeżdżał raz w tygodniu, w wyznaczonym dniu i o wyznaczonej godzinie, ale to już nie było to co kiedyś. Zegarków ubywało. Złota ubywało. Żydów też.

Rozgniótł niedopałek czubkiem buta, aby żaden śmierdzący żebrak nie miał już z niego pożytku, wsiadł do auta i uruchomił silnik, obrzucając obrażonym spojrzeniem kilka paczuszek na tylnym siedzeniu.

Kiedy dotarł do swojego eleganckiego mieszkania, starannie zamknął drzwi na klucz, ściągnął lakierki i zastąpił je filcowymi kapciami. Być może nie pasowały do garnituru, ale dobrze służyły parkietom lśniącym jak wypolerowane złoto.

Usiadł przy biurku, na którym ułożył zawiniątka zabrane z samochodu i zaczął po kolei przeglądać ich zawartość. Karteczki odczytywał i przepisywał nazwiska do brulionu, w którym określał długość trwania ochrony zapewnianej darczyńcom. Zaczynała się i kończyła punktualnie, jak w zegarku.

Jako czwartą odwinął paczuszkę, w której nie było kartki. Pewnie jakiś durny mosiek tak srał po nogach ze strachu, że zapomniał ją włożyć. Na szczęście nie zapomniał o zegarku. Solidnym, kieszonkowym chronometrze ze srebrną kopertą i łańcuszkiem.

"Zegarmistrz" zwolnił zawór, chcąc zajrzeć do środka, a wtedy zamiast cyferblatu ujrzał błysk, usłyszał huk i poczuł uderzenie, które na parę minut pozbawiło go przytomności. Gdy ją odzyskał, głowę wypełniało mu nieznośne dzwonienie w uszach, przez które przebijał się potworny ból. Lewym okiem, jedynym, jakie mu zostało, ujrzał, że na biurku płonie papier, w który opakowana była przesyłka. Obok leżała jego prawa dłoń i dwa palce lewej.

Pokój wypełnił się przeraźliwym wrzaskiem.

 

KIEDY dwa lata później Albert Ramsey wręczał Kostasowi Tosidosowi zegarek kieszonkowy z wygrawerowanym podziękowaniem dla towarzysza broni, obaj znacząco się uśmiechnęli.

Stali na nabrzeżu portowym w Pireusie, skąd odpływał brytyjski okręt wojenny do Plymouth, a Ramsey na jego pokładzie. Pod koniec wojny urocza Greczynka, z którą się ożenił, uciekła z pewnym kapitanem z Neapolu, i dlatego chorąży ze Special Operation Executive wysadził o wiele więcej włoskich obiektów wojskowych, niż było trzeba. Po wylądowaniu Brytyjczyków i ostatecznym przepędzeniu okupantów "stary Albi" postanowił wrócić do Londynu. Grecja, która go uwiodła i rozkochała w sobie, nagle straciła dla niego urok. Musiał zmienić klimat.

Kostas obracał w palcach zegarek, udając strach przed otwarciem koperty, ale żadnemu z nich nie było do śmiechu. Zżyli się przez lata wojny jak bracia. Walczyli w kilku oddziałach partyzanckich, od Macedonii Zachodniej po Peloponez. Wysadzali tory kolejowe, posterunki żandarmerii i bramy więzień. Mieli remis we wzajemnym ratowaniu sobie życia. Dzielili się jednym sucharem i jednym kocem, gdy przyszło im spać na gołej ziemi.

Teraz w porcie żegnali nie tylko siebie, ale każdy dzień ostatnich dwóch lat. Wojenne przyjaźnie są twarde i trwałe, ale potrzebują wojny. Pokój je peszy, wprawia w zakłopotanie.

Anglik chrząknął i oświadczył niemal uroczyście:

- Niech ci odmierza same dobre godziny, synu. - Wskazał zegarek ruchem podbródka. - Czekam na list z wiadomością, że zacząłeś studia chemiczne. Tylko na wykładach z materiałów wybuchowych nie daj po sobie poznać, że wiesz więcej od profesora.

Kostas uśmiechnął się blado.

- Muszę najpierw zarobić na czesne. Nie wiem, jak sobie poradzę. Wydaje mi się, że umiem tylko to, co robiliśmy przez ostatnie dwa lata. No i - zawiesił głos - nie będzie już wujka Albiego, do którego można się było zwrócić z każdą sprawą.

- Wujek Albi też zapomniał, jak to jest żyć bez wojny i jak rozwiązywać problemy bez materiałów wybuchowych. Jestem za stary na normalne życie - roześmiał się. - Ale ty? Chłopcze, otrząśniesz się szybciej, niż zdążysz to zauważyć! Jesteś najporządniejszym greckim draniem, jakiego znam. Nie dasz sobie zrobić krzywdy.

- Tak mnie nauczyłeś.

- I tak ma zostać. Pamiętaj, że cię obserwuję. - Pogroził mu palcem. - Jeszcze się upijemy, jak zrobisz dyplom z chemii. Jeszcze zatańczymy na twoim weselu.

Ramsey chciał coś dodać, ale gwizdek bosmana ponaglił go do wejścia na pokład. Zanim postawił stopę na trapie, delikatnie stuknął pięścią w pierś Kostasa.

- Trzymaj się, synu. - Uśmiechnął się, ale głos mu zadrżał.

Grekowi zaszkliły się oczy.

- Dziękuję za wszystko - wydusił, czując, że nie zdoła powiedzieć słowa więcej.

Albert Ramsey w tym samym momencie stracił resztę swojej brytyjskiej powściągliwości i uściskał chłopaka z całej siły, a potem szybko odwrócił się i wbiegł na pokład. Dopiero tam, skąd nie było widać wzruszenia, pomachał ręką i zawołał:

- Przypilnuj swojego króla, aby nie zapomniał wręczyć ci Krzyża Męstwa za Gorgopotamos! Inaczej tu wrócę i załatwimy to, wiesz jak.

A kiedy Kostas wcisnął głowę w ramiona i zrobił pytającą minę, Ramsey dodał:

- Z hukiem!

 

ALE KRÓL Grecji Jerzy II chwilowo miał inne zajęcia niż przypinanie biało-niebieskiej tasiemki z kawałkiem metalu synowi księdza z Salonik. Gdy tylko wrócił z wygodnego londyńskiego hotelu, w którym spędzał emigrację, monarcha zajął się tępieniem w Grecji komunistów i dekorację śmiałka znad rzeki Gorgopotamos trzeba było odłożyć.

Młody Tosidos miał to gdzieś.

Niestety, razem z dokumentem o przyznaniu odznaczenia dostał awans na sierżanta i odtąd figurował w kartotekach jako podoficer narodowych greckich sił zbrojnych. A obecność w wojskowych papierach jeszcze nigdy nikomu nie wyszła na dobre.

Po raz pierwszy wcielono go do armii, gdy zaraz po zakończeniu wojny wybuchła kolejna. Domowa. Umiejętności, których nabył dzięki Ramseyowi, znów się przydały. Przydzielono go do jednostki zaminowującej ważne obiekty strategiczne, aby nie zajęli ich komuniści z ELAS.

Kostas znał komunistów. Parokrotnie walczył w ich oddziałach partyzanckich podczas okupacji. Nic do nich nie miał. Dlatego nie spodobało mu się, że teraz kazano mu ich nienawidzić i zabijać. Miał to robić razem z greckimi faszystami, którzy do niedawna służyli w armii Hitlera. I Włochami, którzy wczoraj okupowali jego kraj, a dziś przyjechali jako sojusznicy. Po to, aby znów mordować Greków za pieniądze ich własnego króla.

Wszystko to wydawało się Kostasowi jakąś szatańską grą. Poniedziałkowy wróg we wtorek stawał się przyjacielem. Zdrajca sprzymierzeńcem. Brat przeciwnikiem. Czarne białym. I tylko krew, która w Grecji ciągle lała się strumieniami, zachowywała ten sam kolor.

Doczekał rozejmu i po demobilizacji wrócił do Salonik.

 
 
ROZDZIAŁ 4

Saloniki / Kastoria / Góry Pindos

Jesień 1948 - lato 1949 roku

 

Skrzypnięcie drzwi wyrwało Elenę Tosidos z płytkiego snu. Był wieczór, w izbie paliła się tylko lampka oliwna pod ikoną świętego Jerzego, dlatego minęło kilka chwil, zanim rozpoznała w półmroku postać mężczyzny, który stanął w progu.

- Kostas... - szepnęła, a głos ugrzązł jej w gardle. - Żyjesz...

W milczeniu zrobił kilka szybkich kroków, przysiadł na brzegu łóżka, ujął jej dłoń i przywarł ustami do pergaminowej, pożółkłej skóry. Ręka matki wydawała się być pozbawiona ciężaru. Miał wrażenie, że jeśli ją puści, zawiśnie w powietrzu jak motyl.

- Jesteś chora? - spytał troskliwie.

- Wróciłam ze szpitala - odpowiedziała wymijająco. - Zabrali mnie, bo trzeba było operować nogę. Strasznie spuchła. Ale już jest lepiej. - Zdobyła się na uśmiech. - Teraz mam tylko leżeć.

- Może trzeba, żeby obejrzał cię jakiś lekarz? - Pogłaskał ją po policzku.

- Nie. W szpitalu uratowali mnie podwójnie, więc będę żyć.

- Podwójnie? - zdziwił się.

- No tak. Dzięki operacji nie umarłam na zakrzepicę, a poza tym jak mnie tam trzymali, to przez macedońską dzielnicę przeszła fala tyfusu. Zabrała wszystkich krewnych. Dlatego wróciłam do starego domu i jakoś tu żyję.

- Sama? Przykuta do łóżka? - przestraszył się.

Ale zanim matka zdążyła odpowiedzieć, w sieni rozległy się czyjeś kroki i po chwili do izby weszła dziewczyna. Miała osiemnaście, może dziewiętnaście lat, głowę szczelnie otuloną chustką, pocerowany sweter, podniszczoną, zbyt dużą spódnicę i rozdeptane buty. Stanęła jak wryta, nie będąc w stanie wymówić ani słowa.

- Nie bój się - uspokoiła ją Elena Tosidos. - To jest mój syn.

Dziewczyna drgnęła, jakby część jej nerwów została nagle uwolniona od napięcia.

- Podejdź, dziecko - zachęciła ją matka Kostasa. - Katherina się mną opiekuje - wyjaśniła synowi. - Biedaczka została sama.

Kostas spojrzał na dziewczynę, która wbiła wzrok w deski podłogi.

- Tyfus mnie nie chciał - szepnęła. - Ale pani Tosidos przygarnęła. Sprzątam, chodzę do miasta zdobyć coś do jedzenia, gotuję - zapewniała, jakby bała się, że przybysz będzie chciał sam zająć się matką, a ją wyrzuci.

- Obie głodowałyśmy - dodała Elena. - Ja, z powodu chorej nogi, a ona... sam wiesz. Całe Saloniki teraz w nędzy. Przejadamy resztkę tego, co przed wojną odłożyliśmy z ojcem na twoje studia. Dobrze, że Bóg skrzyżował nasze ścieżki z Katheriną. Jej opieka mnie uratowała.

Kostas patrzył na dziewczynę z wdzięcznością. Pod wpływem tego spojrzenia zniknęły resztki jej obaw i ostrożnym ruchem rozwiązała chustkę, spod której wysypały się lśniące czarne włosy. Dopiero teraz dostrzegł, jaka była piękna.

Wdzięczność w jego oczach musiała ustąpić miejsca zachwytowi, bo Katherina nagle zaczerwieniła się i bez słowa wyszła do kuchni.

- Jest bardzo wrażliwa - szepnęła matka, która nie dostrzegła wymiany spojrzeń. - Może niepotrzebnie powiedziałam o tym przejadaniu oszczędności. Mogła się poczuć dotknięta.

Kostas ponownie usiadł na łóżku i pogładził jej dłoń.

- Nie martw się tym. Przecież ci pomaga, więc należy jej się jakieś wynagrodzenie. Nie martw się - powtórzył. - Teraz ja zaopiekuję się wami obydwoma.

 

SZYBKO znalazł źródło dochodu. Petropulos, jeden z przywódców ruchu oporu, w uznaniu zasług mógł zostać burmistrzem Salonik, ale nie umiał już żyć bez ryzyka. Wybrał karierę szefa miejscowego półświatka. Okradał Macedończyków, Greków, Anglików, Turków i Bułgarów. Wszystkich z wyjątkiem Żydów, do których parę lat temu należało miasto, ale teraz nie został z nich prawie nikt. Petropulos handlował z marynarzami, nie gardząc niczym, co nielegalne. Rabował portowe magazyny, do czego często potrzebował lontów, trotylu i człowieka obeznanego z materiałami wybuchowymi. Kostasa przyjął ze łzami radości. Jego oczy przez na chwilę przestały być chytre i uważne.

- Syn księdza! - Petropulos na jego widok zerwał się z krzesła w swoim "biurze" na zapleczu zakładu krawieckiego, który był oficjalną przykrywką działalności przestępczej, i szeroko rozłożył ramiona. - Myślałem, że cię już nie zobaczę. - Rozczulił się, choć nigdy wcześniej nie okazywał takich emocji.

Dziwne, ale ludzie, którzy potrafią zabić z zimną krwią, często ulegają wzruszeniom, gdy spotykają starych znajomych lub słyszą ulubioną melodię.

- Jakoś przeżyłem - stwierdził Kostas, bo nic mądrzejszego nie przyszło mu do głowy. Z zaciekawieniem przyglądał się bohaterowi ruchu oporu, który teraz wyglądał, jakby dostał rolę w amerykańskim filmie gangsterskim. Przytył, nosił wypielęgnowane wąsy, złoty sygnet na małym palcu prawej dłoni i dwurzędowy garnitur z angielskiego tenisu.

- A twój angol? - Petropulos chciał wiedzieć.

- Też przeżył - odparł Kostas. - Wrócił do siebie.

Gangster machnął dłonią, uznając temat Ramseya za zamknięty. Skinął na ponurego wielkoluda, tkwiącego w kącie pomieszczenia, który nagle ożył, jakby naciśnięto mu przełącznik elektryczny, i zaczął się krzątać. Niezgrabnie podsunął Kostasowi krzesło, zmiótł ze stołu ścinki jakiejś tkaniny i postawił na blacie butelkę anyżówki. Rozglądał się za szklankami, gdy Petropulos rzucił mu karcące spojrzenie majordomusa, który upomina służącego nieznającego jeszcze niuansów etykiety. Olbrzym natychmiast zabrał mętną wódkę, sięgnął do skrzynki pod stołem i wydobył z niej angielską brandy.

Wznieśli toast.

Kostas poczuł, jak jego ciało wypełnia przyjemne ciepło, co wyraźnie go ośmieliło.

- Szukam zajęcia - powiedział. - Słyszałem, że pan teraz...

- Właśnie znalazłeś - przerwał mu gangster i obnażył w uśmiechu mocne zęby. - Czysty jesteś? - upewnił się. - Ktoś cię szuka? Policja? Władze wojskowe? Angole?

Chłopak zaprzeczył.

- Pytam, bo wiem o Gorgopotamos. Odwaliłeś kawał dobrej roboty, ale - zawahał się - zwróciłeś na siebie uwagę.

Kostas pokiwał głową.

- Armia mnie zagarnęła, nie pytając o zdanie, ale tydzień temu zostałem zwolniony do cywila.

Petropulos poprawił wzorzysty jedwabny krawat.

- Nie wiem, czy na długo - powiedział z powątpiewaniem. - Ta awantura między królem a komunistami nie wygląda dobrze. Tylko patrzeć, jak znów wezmą się za łby. A wtedy z powrotem cię powołają. Trzeba będzie pomyśleć, żeby cię z tego wyplątać. Ale póki co - uśmiechnął się - pracujesz dla mnie.

Sięgnął do kieszeni i wyjął gruby zwitek, z którego odliczył kilka banknotów z Benjaminem Franklinem.

- To zaliczka. - Stuknął w nie palcem i położył na stole.

- Co mam robić? - spytał Kostas z wyczuwalną obawą.

- To, co lubisz. - Gangster roześmiał się, nadął policzki i wydał głośne "puff". - Nie martw się - dodał. - Sporo moich chłopców z partyzantki jest teraz gliniarzami. Włos ci z głowy nie spadnie.

Petropulos przywołał potężnego Macedończyka, który podawał do stołu.

- Iłczo! Weź naszego gościa do zakładu, niech mu dobiorą garnitur. Musimy mieć szyk - wyjaśnił Kostasowi. - Ludzie mają wiedzieć, kto rządzi w mieście. Nowe czasy wymagają nowych mundurów. - Przesunął opuszkami wzdłuż klap marynarki aż po kanty szerokich spodni. - A to - skrzywił się z niesmakiem, wskazując pocerowany sweter Kostasa - do pieca. Miałem taki sam za okupacji - wyjaśnił. - Wszy go uwielbiały.

 

KATHERINA nie posiadała się ze zdumienia na widok Kostasa, który w granatowym garniturze, prążkowanej koszuli, krawacie i pilśniowym kapeluszu wyglądał jak ambasador albo nawet książę.

Uśmiechnął się szeroko i otworzył skórzaną teczkę zapinaną na pasek. Wyjął bochenek pszenno-kukurydzianego chleba, owczy ser owinięty w gazę, oliwki w grubej papierowej torbie i dwa przetłuszczone pakunki z pergaminu, kryjące souvlaki i wędzoną rybę. Na sam widok dziewczyna poczuła tak silne ssanie w żołądku, że musiała usiąść, aby nie zemdleć. Z niedowierzaniem wpatrywała się w dorodne pomarańcze, pomidory czerwieńsze od krwi i pachnące tak, że mogło się zakręcić w głowie.

- Czy będziesz tak dobra i zrobisz nam wszystkim kolację? - zwrócił się do niej Kostas, jak zawsze niezwykle uprzejmie i z szacunkiem. Bardzo się starał, aby nigdy nie odezwać się do Katheriny jak do służącej.

- Co mam przygotować? - odezwała się, ciągle oszołomiona, choć tak naprawdę miała na myśli pytanie: jaką część tych skarbów wolno jej wykorzystać dzisiejszego wieczoru.

- Wszystko. - Kostas uśmiechnął się. - Zjemy wszystko.

Sięgnął do kieszeni po scyzoryk, obrał największą pomarańczę, przypominającą sierpniowe słońce nad Zatoką Termajską, i podszedł do łóżka matki.

Elena Tosidos patrzyła na niego z dumą i podziwem. Od jakiegoś czasu zapowiadała, że niedługo umrze, i w jej spojrzeniu błysnęło teraz przekonanie, że zostawi na tym świecie syna, który potrafi o siebie zadbać. Zerknęła w stronę Katheriny krzątającej się w kuchni i szepnęła to, co szeptała parę razy w tygodniu:

- Powinieneś się z nią ożenić.

Kostas nie odpowiedział. Pogładził ją po policzku i podał cząstkę owocu.

- Gdy mnie zabraknie... - zaczęła matka, ale zakrył jej dłonią usta.

- Nie mów głupstw - powiedział. - Wszystkich nas przeżyjesz.

 

Miesiąc później obudził go zduszony krzyk Katheriny.

Kostas wstał i pobiegł do sypialni matki, gdzie niedawno wstawili posłanie dla dziewczyny, bo starsza pani często prosiła w nocy o kubek wody.

Elena Tosidos leżała na wznak z zamkniętymi powiekami i ręką zwisającą bezwładnie z łóżka. Umarła we śnie. Miała spokojną, pogodną twarz.

Katherina klęczała obok, całowała jej stygnącą dłoń i usiłowała się modlić. Płakała.

Kostas stał osłupiały, wpatrując się w matkę z jakąś nienaturalną uwagą, obliczoną na to, że dostrzeże mikroskopijne drgnięcie, półsekundowy ruch, znak życia. Ale nic takiego się nie zdarzyło. Ciałem zmarłej rządziły te same prawa fizyki, które decydują o statyce rzeźb. O równowadze sił, które nie mają już nic wspólnego z życiem.

Wrócił do rzeczywistości i położył dłonie na ramionach Katheriny, by uspokoić ją, całą w szlochu. Drgnęła.

- Jeszcze dziś odejdę - wychlipała, nie podnosząc głowy.

- Nigdzie nie pójdziesz - stwierdził.

- Nie wypada. - Otarła łzy rękawem sukienki, włożonej na lewą stronę. - Co by ludzie powiedzieli.

- Mam ich gdzieś.

- Nie wolno tak mówić - upomniała go. - Nie przy zmarłej. Ona by tego nie chciała.

- Ona chciała, żebyś ze mną została - wypalił Kostas i pomógł Katherinie wstać z klęczek.

- Wiem - szepnęła, wbijając wzrok w podłogę. - Ale tak nie można. Pójdę do mieszkania po rodzicach. Ale jeśli pan zechce, mogę nadal sprzątać i gotować, jak będzie pan chodził do pracy - dodała z nadzieją w głosie.

- Dobrze - zgodził się. - Niech tak będzie.

Klęknął przy łóżku zmarłej i nagle poczuł, że fala żalu dopiero nadchodzi. Ścisnął dłoń matki jak w dzieciństwie, kiedy czegoś się bał i szukał poczucia bezpieczeństwa. Tym razem przyniosło to odwrotny skutek.

 

NA PIERWSZY ogień poszedł kuter, pływający na Kassandrę, jeden z rozcapierzonych palców, którym półwysep Chalkidiki sięgał po Morze Egejskie. Kuter należał do rybaków z Salonik, ale opanowali go Turcy przewożący do miasta kontrabandę ze swojego zachodniego wybrzeża, co nie mogło się spodobać Petropulosowi.

Kassandra była punktem przerzutowym. Turcy dla zmylenia przeciwnika dostarczali tu swój przemyt, który przeładowywano na kuter i dostarczano do Salonik pod grecką banderą. Petropulos raz i drugi próbował to udaremnić, i skończyło się to strzelaniną. Poczciwi rybacy poza sieciami i skrzynkami cuchnącymi rybą mieli też pistolety maszynowe.

Wtedy wpadł na inny pomysł. Kostas przerobił minę morską na zgrabną bombę z zapalnikiem czasowym, a człowiek Petropulosa, który przed wojną wygrywał zawody pływackie, nocą zanurkował pod kuter i przyczepił do stępki ładunek. O powodzeniu akcji zawiadomiły miasto potężna eksplozja i słup ognia, który wystrzelił w górę. Mewy ostrożnie wróciły do portu dopiero pod koniec tygodnia. Turcy już nie.

Parę dni później Katherina zapukała do drzwi Kostasa. Miała przestraszoną minę. Wczoraj szukali go ludzie w mundurach. Spytał o szczegóły, dochodząc do przekonania, że byli z armii, nie z policji. Pospiesznie się ogolił, wskoczył w służbowy garnitur i niemal pobiegł do zakładu krawieckiego Petropulosa.

Gangster ściągnął usta w wąską kreskę, co oznaczało stan najwyższej koncentracji. Myślał przez kilka chwil, ale nie znalazł rozwiązania.

- Wracaj do domu - uznał. - Nie otwieraj nikomu. Ja w tym czasie odwiedzę znajomego oficera w sztabie. Może zgodzi się wziąć pieniądze za zgubienie twoich papierów. Podaj mi adres, przyjdę wieczorem - dodał i pomagając sobie zgiętym palcem i blatem stołu, zademonstrował, w jaki sposób zapuka do drzwi.

 

Pojawił się przed zachodem słońca. Kostas otworzył mu drzwi po umówionym sygnale, z konspiracyjnego nawyku zajrzał w głąb sieni i zaprosił Petropulosa do środka. Gangster wszedł do przedpokoju, zerknął na Katherinę, która przygotowywała kolację w kuchni, i pytająco spojrzał na Kostasa. Zamiast odpowiedzi został zaproszony do pokoju.

Usiedli przy stole.

- Nie jest dobrze - stwierdził Petropulos. - Coś się szykuje. Mój oficer wyjechał z miasta. Mówi się, że wojna z komunistami wisi na włosku. Jeśli nie chcesz znów zostać bohaterem albo polec w obronie króla, musisz uciekać.

W tym samym momencie do pokoju weszła Katherina z talerzem przekąsek i butelką wódki. Była speszona i czerwona ze wstydu z powodu lubieżnego spojrzenia Petropulosa. Pewnie uznał ją za jedną z tych łatwych dziewcząt, które sprzedawały własne ciało za miskę strawy. Mężczyzna, którego złe oczy były pełne żądzy, nie spuszczał z niej wzroku. Czuła go nawet wtedy, gdy odwróciła się plecami i wróciła do kuchni.

- Co to za ślicznotka? - Petropulos oblizał wargi. - Jak wyjedziesz, chętnie się nią zaopiekuję.

- Jest moja - skłamał Kostas. - Dokąd miałbym wyjechać?

Gangster cmoknął z niezadowoleniem, ale zaraz przywołał się do porządku.

- Mam kuzyna w górach. - Zapalił papierosa. - To niedaleko zachodniej granicy. Jest przemytnikiem. Ma dobre układy z Albańczykami. Jeśli zrobi się gorąco, przerzuci cię na ich stronę. Tam wojna nie sięgnie. Przeczekasz i wrócisz.

- A pan? - spytał Kostas. - Zostaje w Salonikach?

Petropulos wzruszył ramionami.

- Gdzie mi będzie lepiej? Mnie armia nie szuka. Tu znam każdy kąt, a w górach dostaję zadyszki. - Roześmiał się.

 

Tuż po jego wyjściu Kostas poprosił Katherinę, aby usiadła przy stole. Nalał jej kieliszek wódki, ale odmówiła. Miała łzy w oczach.

- Muszę wyjechać - zaczął.

- Słyszałam - odparła zduszonym głosem. - Przygotuję wszystko na drogę.

Pochylił się i ujął jej dłonie. W pierwszej chwili chciała się wyrwać, ale porzuciła ten zamiar.

- Jedź ze mną - powiedział.

Delikatnie wycofała dłonie z jego uścisku.

- To...

- Nie wypada? - dopowiedział za nią. - A co wypada? Żebyś została sama bez środków do życia? Narażona na takich, jak ten, co tu przed chwilą był? Myślisz, że jak ja wyjadę, to on da ci spokój?

Dziewczyna na dłuższą chwilę zakryła twarz dłońmi.

- Z mojej strony nic ci nie grozi. Jeśli wolisz, to tam, gdzie pojedziemy, możemy udawać, że jesteśmy bratem i siostrą.

- Nie - szepnęła, choć nie wiadomo było, czy odnosi się to do propozycji odgrywania rodzeństwa, czy jest ostateczną odmową wyjazdu.

Patrzył jej prosto w oczy, ale nie potrafiła wytrzymać tego spojrzenia.

- Jesteś... - Na końcu języka miał komplement dotyczący jej urody, ale w porę się zreflektował. To by wszystko zepsuło. - Jesteś mi bardzo bliska - dokończył. - Jeśli uznasz, że też czujesz coś podobnego, to... potraktuj to, co powiedziałem, jako oświadczyny.

Katherina zrobiła się bardziej czerwona niż pomidory, które ostatnio przyniósł, wstała z krzesła i bez słowa wyszła z pokoju.

 

Nazajutrz rano, gdy się obudził, była już w kuchni. Zawijała jedzenie w papier i pakowała do płóciennego worka. Na krześle stał jego stary partyzancki plecak, wypełniony po brzegi i starannie zasznurowany.

Kostas powiedział "dzień dobry", na które odpowiedziała minimalnym skinieniem głowy. Ciągle była obrażona. Śmiałość jego wczorajszej propozycji odbiła się od jej zasad jak fala morza od skały. Ile trzeba fal i lat, żeby kamień choć trochę się zmienił?

Usiadł do stołu, na którym położyła świeżą pitę i parę plastrów pieczonej baraniny z papryką.

- Nie zjesz ze mną? - spytał, ale przecząco pokręciła głową. Starała się unikać jego wzroku.

Gdy kończył, zamiatając ze stołu okruchy chleba i wsypując je do ust, nadal stała przy oknie, wpatrzona w kocie łby ulicy. Słońce, które uniosło się nad dachami Salonik, dodawało im na tyle blasku, że mogły uchodzić za ładne.

Kostas wstał i wszedł do sieni, gdzie czekały solidne buty, w których obszedł pół Grecji. Wsunął rękę do kieszeni spodni, sprawdzając, czy są tam pieniądze przygotowane dla Katheriny, by opiekowała się mieszkaniem. Były. Minutę temu i teraz też. Nic się nie zmieniło poza jego narastającym napięciem, przez które za chwilę pewnie sprawdzi to samo jeszcze raz. Układał w głowie pożegnanie, gdy jego wzrok padł na zniszczoną tekturową walizkę, stojącą obok drzwi. Nie należała do niego. Odwrócił się w stronę kuchni.

Katherina stała w progu kompletnie zagubiona. Miała podkrążone oczy, których nie zmrużyła przez całą noc. Drżała.

Podszedł i zamknął ją w objęciach.

Przez chwilę stała nieruchomo z rękami opuszczonymi wzdłuż tułowia, ale ciepło Kostasa topiło jej wątpliwości i niepewność decyzji, którą podjęła nad ranem. Delikatnie uniosła ręce i kiedy pomyślał, że chce się odsunąć, oddała uścisk, przywierając do niego całym ciałem.

 

KSIĄDZ stojący w przedsionku starej cerkwi Agii Anargiri w Kastorii miał na sobie felonion wyszywany prawdziwym złotem.

Miasto, należące do najlepszych w Grecji garbarzy skór, słynęło z bogactwa. A że ciężkim grzechem jest, jeśli wierni są zamożni, a ich pasterze nie, parafianie ufundowali księdzu ornat, o jakim nie mógł marzyć nawet biskup. Był do tego jeszcze sticharion, wkładany pod spód, ale gdy Włosi bombardowali miasto na początku wojny, akurat suszył się na dworze i zajął od ognia. Spłonął ze szczętem, a złoto, którym wyhaftowano na nim kwitnące róże, zamieniło się w małe metalowe kropelki i spadło w popiół. Ludzie mówili, że kto znajdzie jedną z nich, będzie zawsze szczęśliwy, ale nikt nigdy nie słyszał, aby się to komuś udało.

Ksiądz zrobił krok w kierunku nowożeńców i kiedy znalazł się na terytorium słońca, które wślizgnęło się za próg, jego szata liturgiczna rozbłysła jak wystawa sklepu jubilerskiego. Kostas widział takie w Atenach. Oświetlane wieczorem dziesiątkami żarówek, zawracały w głowach kobietom, hipnotyzowały biedaków i złodziei.

Na widok przepychu stroju księdza poczuł się nędzarzem.

Jego garnitur z Salonik przeżył już więcej przygód niż kostiumy bohaterów powieści awanturniczych. Na dodatek parogodzinna jazda na odkrytej platformie ciężarówki kuzyna Petropulosa, który zabrał ich do miasta na ślub, upudrowała tkaninę kurzem górskich dróg. Wszystko to czyniło z pana młodego postać bliższą mumii niż człowieka w najradośniejszej chwili życia.

Katherina miała więcej szczęścia. Jechała w szoferce, a jej pożyczona sukienka ślubna była uszyta z białego, spadochronowego jedwabiu, co sprawiało, że kurz się jej nie imał. Lśniła teraz urodą panny młodej, która przyćmiewała bizantyńskie bogactwo świątyni.

Zgodnie z ceremonią trzykrotnie wymienili obrączki. Teraz byli zaręczeni i mogli przekroczyć granice przedsionka cerkwi jako para wstępująca w mistyczny świat Boga. W dłoniach nieśli zapalone świece. Potem wypili wino z jednego kielicha, zostali ukoronowani na małżonków i podeszli pod Rajskie Drzwi. Obserwowały ich dziesiątki przenikliwych oczu postaci namalowanych na ikonach.

Kostas miał wrażenie, że wśród twarzy świętych męczenników mignęło mu oblicze ojca. Wszystko go tu przypominało. Ksiądz Tosidos nie raz wybiegał myślami w przyszłość, wierząc, że udzieli ślubu własnemu synowi, ale wojna zamordowała te plany.

Znów zbliżała się wielkimi krokami.

W Grecji trwało prześladowanie komunistów. W miastach wrzało. Po demonstracjach przeciwko reżimowi króla na ulicach zostawały trupy, a więzienia pękały w szwach. Kolaboranci hitlerowscy zamiast na szubienicę trafili do koszar, gdzie organizowali bataliony siejące grozę. Znów torturowano ludzi i rozstrzeliwano. W lasach znów zapłonęły partyzanckie ogniska. Znów lepiej było zginąć w walce z karabinem w ręku niż pod murem, z przegubami skrępowanymi drutem kolczastym.

Ale zapomniana przez Boga i ludzi wieś u stóp masywu Grammos wydawała się dobrą kryjówką. Kuzyn Petropulosa sprawił, że miejscowi przyjęli uchodźców z Salonik jak najbliższych krewnych. Ich przybycie uważano za błogosławieństwo i nobilitację. Obydwoje chodzili do szkół, a w osadzie mieszkało zaledwie pięcioro wieśniaków, którzy wcześniej na własne oczy widzieli ludzi potrafiących czytać i pisać.

Przed ślubem Katherina zamieszkała z rodziną starszego wsi, pełniącego funkcję strażnika moralności.

Kostasowi gromada podarowała opuszczony dom po mieszkańcach zabitych podczas wojny. Mógł go urządzić dla swojej przyszłej rodziny, w czym pomagało mu kilku sąsiadów. Najbogatsi zgodzili się nawet odsprzedać im parę owiec na dobry początek. Kuzyn Petropulosa tak długo chodził po wsi, aż to załatwił. W górach bez owiec nie ma życia. Owce to mleko, ser, mięso, kożuchy. We wsi każdy dom wznoszono dla nich. To one zajmowały kamienne partery. Ludzie mieszkali na strychach.

Na ucztę weselną dzień po powrocie z Kastorii przyszli wszyscy. Kobiety przygotowały potrawę z jagnięciny smażonej z małymi cebulami i papryką oraz żółte ciasto, słodsze chyba nawet od cukru, miękkie i tak nasączone oliwą, że trzeba je było jeść łyżką. Mężczyźni tańczyli, zaplatając ramiona za plecami i wysoko unosząc kolana. Tak zastał ich świt.

 

TEJ SAMEJ nocy w Salonikach do domu Petropulosa wpadło kilku Turków i zadźgało gospodarza. Ilość krwi, która wypłynęła z ran szefa przestępczego podziemia, jego potężnego macedońskiego ochroniarza i napastników, świadczyła o tym, że walka była zażarta. Turcy ją wygrali, choć pozostawili na podłodze domu Petropulosa dwa trupy. Zemsta za wysadzenie kutra została dokonana.

 

Niecały rok później na świat przyszły bliźniaki Tosidosów, chłopiec i dziewczynka. Starszy wsi ogłosił, że to znak od Boga. A potem włożył białą koszulę i odwiedził Kostasa w asyście dwóch innych siwobrodych, odświętnie ubranych starców. Przynieśli podarunki i prośbę całej osady, aby uczcić błogosławieństwo podwójnych urodzin i nadać dzieciom imiona świętego Jana Poprzednika Pańskiego i Najświętszej Bogarodzicy. Młody ojciec wraz z żoną wyrazili zgodę.

 

W DRUGĄ rocznicę chrztu Janisa i Marii Tosidosów do wsi przyszli komuniści i zabili ich ulubionego psa.

 

[...]

 
 

NEMEZIS, w mit. gr. jedna z najbardziej zagadkowych postaci panteonu. (...) Dba o właściwy podział szczęścia i sprawiedliwości między ludzi, aby każdy dostał to, co mu się należy (gr. némein - 'przydzielać')

 

Władysław Kopaliński, Słownik mitów i tradycji kultury, Warszawa 1985

 
 
PROLOG

Czterdzieści osiem lat później Bruno Janoschek zupełnie nieoczekiwanie przypomniał sobie twarz włoskiego żołnierza z Campo Imperatore.

Był wrzesień, ciepły nawet wysoko w Apeninach. Żołnierz miał rozpiętą bluzę munduru, pod nią biały podkoszulek poplamiony krwią albo sosem pomidorowym. Janoschek nie zdążył się nad tym zastanowić, bo kiedy Włoch wyskoczył zza węgła, unosząc broń, została sekunda na podjęcie decyzji.

Bruno wykonał krótki zamach prawą ręką, w której trzymał nóż zrobiony z kawałka stali owiniętej plastrem opatrunkowym zamiast rękojeści, i rzucił nim w kierunku Włocha. Ostrze wbiło się w jego ramię. Upuścił pistolet maszynowy i skulił się z bólu. Nie krzyknął.

Dowódca, który biegł obok Bruna, posłał mu spojrzenie pełne uznania.

Tak właśnie miało się to odbyć. Błyskawicznie i po cichu. Oczywiście nikt nie wierzył, że karabinierzy broniący ośrodka narciarskiego i jego największej tajemnicy nie otworzą ognia. Ale na razie nie padł ani jeden wystrzał.

Bruno odpowiedział na spojrzenie kapitana krótkim skinieniem głowy i wyprzedził go o pół kroku. Wraz z dwoma innymi komandosami SS dopadli do ściany budynku. Ruszyli wzdłuż niej, szukając bocznego wejścia do hotelu. Ale drzwi nie było. Pędem minęli załom obiektu i stanęli jak wryci.

Przed nimi wznosił się trzymetrowy betonowy cokół zwieńczony balustradą tarasu. Tam musiało być wejście. Komandos po prawej stronie Janoschka skoczył w stronę muru, mocno zaparł się na rozstawionych nogach i pochylił, opierając dłonie nad kolanami.

Dowódca w tej samej sekundzie zrozumiał, na czym polega jego plan.

Ruszył z impetem, wskoczył na plecy żołnierza i odbił się od nich, chwytając dłońmi balustradę. Był wielkim, dwumetrowym i stukilowym mężczyzną, a jednak wspiął się po betonowej ścianie z małpią zręcznością. Mimo trzydziestu pięciu lat zachowywał niebywałą sprawność i odwagę. Nie bał się nawet samego diabła. Nie bez powodu Amerykanie i Anglicy uważali go za najbardziej niebezpiecznego człowieka w Europie.

Przerzucił ciało przez barierkę, mignął podeszwami butów i zniknął, nie czekając na komandosów, którzy mieli go osłaniać. Ci wdarli się na betonowy bastion dobre pół minuty później. Część ruszyła za kapitanem w głąb hotelu. Reszta rozstawiała karabin maszynowy, żeby związać ogniem prawie dwustu Włochów pilnujących obiektu.

Ale karabinierzy nie mieli ochoty na bohaterską śmierć.

Patrzyli ponuro na Niemców, swoich niedawnych sojuszników, kładli broń na ziemi i podnosili ręce. To była roztropna decyzja. Na płaskowyżu pod szczytem Gran Sasso lądowały i rozlatywały się na kawałki kolejne szybowce, z których wyślizgiwali się na brzuchach i wypełzali na czworakach już nie tylko komandosi SS, ale też spadochroniarze Luftwaffe. Elita elit.

Janoschkowi przypomniało to scenę, na jaką natknął się w dzieciństwie na leśnej polanie koło Opola: wielka i gruba żmija, która teraz skojarzyła mu się z kadłubem szybowca, rodziła jaja, które pękały, a z nich wylęgło się kilkanaście młodych osobników. Na samo wspomnienie przeszedł go dreszcz.

Tymczasem zieleń polany w Apeninach zbladła od niemieckich mundurów. Żołnierze sił specjalnych błyskawicznie podnosili się z ziemi, otrzepywali dłonie i biegli w stronę ośrodka narciarskiego Campo Imperatore. Uwijali się jak w ukropie, zajmując najlepsze stanowiska strzeleckie lub zaganiając poddających się Włochów jak owczarki stado owiec.

Nagle wszystko się uspokoiło jak na stopklatce.

Bruno poszukał wzrokiem przyczyny i znalazł ją tam, gdzie patrzyli już wszyscy. Na betonowym cokole pojawił się rozpromieniony dowódca, a obok niego o wiele niższy mężczyzna w płaszczu i kapeluszu. Przełknął ślinę i spojrzał na swojego wybawcę, kapitana SS.

- Wiedziałem, że mój przyjaciel Adolf Hitler nie zostawi mnie w potrzebie - powiedział wzruszony.

Bruno Janoschek rozpoznał Benita Mussoliniego.

Wiedział z odprawy oddziału, że wyruszają na trudną, niemal samobójczą misję. Że mają odbić kogoś bardzo ważnego. Ale nie spodziewał się, że będzie to wódz faszystowskich Włoch, zdradzony i uwięziony przez swoich rodaków. Przez chwilę stał jak skamieniały.

Tymczasem komandosi SS i spadochroniarze Luftwaffe triumfowali na dziedzińcu hotelu.

Uśmiechali się szeroko i klepali po plecach. Znów byli panami świata. Znów byli górą w tej wojnie. Ich legendarny kapitan, na prośbę samego Führera, dokonał cudu, namierzając miejsce uwięzienia Mussoliniego. A potem zaplanował i przeprowadził błyskawiczną akcję jego odbicia na niedostępnej górze Gran Sasso, do której można się było dostać tylko kolejką linową.

Jej wagonik właśnie dotarł do stacji narciarskiej i wysypali się z niego kolejni niemieccy żołnierze wraz z fotografem, który rozemocjonowany zaczął pstrykać zdjęcia.

Bruno Janoschek patrzył na entuzjazm kolegów, gdy jego wzrok w pewnej chwili zatrzymał się na twarzy karabiniera, w którego rzucił nożem. Włoch był blady i przygnębiony. Ktoś założył mu opaskę uciskową, tamując upływ krwi, której sporo zakrzepło na betonowym chodniku prowadzącym do hotelu.

Bruno drgnął. Chciał podejść do karabiniera, aby odzyskać nóż, który wykonał własnoręcznie i doskonalił przez ostatnie dni, ale powstrzymał go wyraz twarzy Włocha. Malowała się na niej skrajna rezygnacja. Ten człowiek miał wszystkiego dość. Wojny, swojego w niej udziału, porażek, triumfów, a może nawet życia.

Szeregowy Janoschek, komandos specjalnego oddziału SS kapitana Otta Skorzenego, uznał, że dobrze wyważony kawałek ostrej stali jest mniej ważny od tych uczuć.

CZĘŚĆ PIERWSZA
Strzeżcie się Greków,nawet kiedy niosą dary
 

(Wergiliusz, Eneida, ks. II, w. 49)

 
 
ROZDZIAŁ 1.

Oppeln,

lato 1936 roku

 
 

Greta Gajda przyłożyła dłoń do czoła, aby osłonić oczy przed słońcem, i spojrzała w odległą perspektywę Breslauerstrasse. Powietrze falowało od upału. Przez chwilę była przekonana, że to, co widzi na końcu ulicy, jest jakąś kolorową fatamorganą, ale dudnienie bębnów i dźwięki fanfar udowodniły jej, że się myli.

Z końca Breslauerstrasse nadciągał cyrk Buscha.

Egzotyczne zwierzęta i jeszcze bardziej ekscytujący ludzie. Filigranowe woltyżerki w obcisłych trykotach i półnadzy atleci wysmarowani oliwą. Akrobaci i treserzy. Karły i olbrzymy. Klauni w kusych kraciastych marynarkach, żółtych melonikach, z piłkami zamiast nosów i karminowymi ustami wymalowanymi od ucha do ucha. Sztukmistrze i linoskoczkowie. Fakirzy połykający ogień i iluzjoniści wypuszczający w niebo białe gołębie z cylindrów, które jeszcze przed sekundą były puste.

Bajeczny pochód, zapowiadający wieczorne widowisko, tańczył, żonglował i wykonywał salta, jakby wiatr znad Odry rozwiał po Breslauerstrasse worek barwnego konfetti.

Greta wpatrywała się w niego jak urzeczona.

Wiwatujący tłum, usiłujący przekrzyczeć muzykę cyrkowych orkiestr, o mało nie zepchnął jej z trotuaru wprost w łapy niedźwiedzia prowadzonego na łańcuchu, ale bracia Janoschek błyskawicznie opanowali sytuację.

Całe Zaodrze tak o nich mówiło.

Nie "bracia Janoschkowie" czy "Janoschki", ale "bracia Janoschek". Jakby byli jednym. Syjamskim rodzeństwem, które łączyły nie kości miednicy czy klatki piersiowej, ale dusze. Szemrana opolska dzielnica za rzeką, nosząca oficjalną nazwę Odervorstadt, wiedziała, że kryje się w tym głęboka prawda. Bracia Janoschek poszliby za sobą w ogień.

Starszy, szesnastoletni Herbert, miał metr osiemdziesiąt, sylwetkę greckiego posągu i proste blond włosy. Próbował czesać je do tyłu, ale przy każdym energicznym ruchu głowy rozsypywały mu się na czoło poniżej brwi, a wtedy oczy Herberta - przedmiot westchnień sentymentalnych pensjonarek - wyglądały jak chabry kwitnące w łanie pszenicy. Kochała się w nim większość dziewcząt z Zaodrza. Ale Greta wolała Bruna.

Był niższy, miał jednak dopiero czternaście lat i ciągle rósł. Jego słomiane włosy były ostrzyżone na krótko jak u rekruta albo młodocianego bandyty wypuszczonego właśnie z więzienia, co w ich dzielnicy nie było rzadkim przypadkiem.

Młodszy z braci Janoschek nie szukał kolegów wśród przestępców z Odervorstadt, ale i oni omijali go szerokim łukiem. Chłopak był twardy i wysportowany. Doskonale posługiwał się pięściami i namiętnie ćwiczył ju-jitsu, korzystając ze starego podręcznika z rysunkami, który zdobył w zamian za komplet książek Karola Maya o Winnetou. Chodził z Gretą do tej samej klasy i od kiedy pamiętała, budził podziw nauczycieli gimnastyki. Dzień zaczynał od ćwiczeń ze sprężynami i podciągania się na drążku. Od wczesnej wiosny do późnej jesieni codziennie pływał w Odrze i potrafił skakać do wody z mostu Wielbłądziego między Bolko-Insel a Pasieką, co imponowało nawet bandytom.

Każdy z mięśni Bruna był wyrzeźbiony tak wyraźnie, że studenci mogliby się na nim uczyć anatomii. Zabrakło mu urody i uroku Herberta, ale kobieta, która budziła się w Grecie, nawet w kinie wolała nieustraszonych kowboi niż pięknych amantów.

Bracia Janoschek jak na komendę przytrzymali ją za ramiona i plecami naparli na tłum, przesuwając gapiów o krok do tyłu i przewracając kilku z nich, co zwróciło uwagę niedźwiedzia na łańcuchu. Bestia ryknęła, a Greta poczuła gęsią skórkę. Jednak treser momentalnie odciągnął brunatnego olbrzyma, a uwagę dziewczyny przykuło zupełnie inne zwierzę.

Była to małpka kapucynka w wąskich czarnych spodniach z szamerowanymi złotymi lampasami, bufiastej białej koszuli i bogato wyszywanej czarnej kurtce. Na szyi miała zawiązaną czerwoną chustkę, a na głowie sombrero w kolorze kostiumu. Siedziała na ramieniu mężczyzny o długich kruczoczarnych włosach w stroju, który był wierną, choć o wiele większą kopią ubrania małpki. Meksykanin stąpał z godnością po bruku Breslauerstrasse, pobrzękując ostrogami, gdy wśród tłumu powstało nagłe ożywienie.

- Don Alvaro! - krzyknął ktoś tuż obok Grety, a kilka osób natychmiast zaczęło bić brawo. Najwyraźniej Meksykanin musiał zrobić na nich niezapomniane wrażenie podczas ubiegłorocznych występów cyrku Buscha.

Mężczyzna odsłonił w uśmiechu białe zęby, podszedł do trotuaru, zdjął sombrero i wytwornie się ukłonił.

Małpce nie trzeba było tłumaczyć sytuacji.

Błyskawicznie ściągnęła kapelusz, odwróciła go do góry rondem i podstawiła gapiom. Posypało się trochę fenigów, a elegancka pani w letniej fiołkowej sukience sięgnęła do torebki po portmonetkę, wydobyła z niej srebrną pięciomarkówkę i podała małpce. Kapucynka otaksowała monetę fachowym spojrzeniem kasjera Reichsbanku, ukryła ją w kieszeni kurtki i też się ukłoniła, co wywołało aplauz tłumu.

W tej samej chwili pani w fiołkowej sukience krzyknęła:

- Złodziej!

Zdezorientowani gapie przez moment gotowi byli uznać, że dotyczy to małpki, ale zaraz dołączył ktoś obok:

- Wyrwał torebkę! Ten w marynarskiej koszulce! Zatrzymać go!

Greta odwróciła wzrok i dostrzegła młodego mężczyznę brutalnie rozpychającego tłum. W lewej ręce pewnie trzymał skradzioną torebkę, prawą rozdawał ciosy tym, którzy nie chcieli lub nie zdążyli ustąpić mu z drogi. Nawet z odległości kilkunastu metrów widać było więzienny tatuaż z nagą kobietą, która prężyła się na przedramieniu złodzieja, gdy torował sobie drogę ucieczki.

Spojrzała na braci Janoschek.

Obaj stali w milczeniu, przyglądając się zamieszaniu. Takie były reguły Zaodrza. Znali napastnika, dwudziestoletniego złodzieja o pseudonimie "Flink", ale przestrzegali prawa dzielnicy. W takich sytuacjach nikt nie interweniował, nikt niczego nie widział i nie zeznawał na policji. Bo i cóż się takiego stało? Bogata damulka straciła torebkę. Nie ona pierwsza i nie ostatnia. A poza tym sama jest sobie winna. Nikt jej nie zapraszał na Odervorstadt i nie kazał świecić ludziom w oczy srebrną pięciomarkówką.

Greta popatrzyła na nich oburzona. Bruno odpowiedział wzruszeniem ramion, ale Herbert drgnął, oblał się rumieńcem wstydu i ruszył w stronę złodzieja. Brat przytrzymał go za ramię, ale starszy Janoschek wyrwał się krótkim szarpnięciem.

Dopadł "Flinka" w ciągu trzydziestu sekund.

Oburącz chwycił za marynarską koszulkę, która wydała charakterystyczny trzask rozrywanej tkaniny i została Herbertowi w dłoniach. Złodziej przebiegł jeszcze kilka kroków, a potem zatrzymał się i odwrócił. Na jego spoconej twarzy gniew mieszał się ze zdumieniem.

Krzyknął coś, czego Greta nie mogła usłyszeć, bo orkiestra cyrkowa zadudniła nagle głośnym marszem, który miał zagłuszyć incydent jak awanturę na weselu.

"Flink" to wykorzystał. Błyskawicznie wyciągnął z kieszeni spodni brzytwę i tym samym ruchem wyprowadzonym z biodra ciął w poprzek przez tors Herberta. Najpierw rozstąpił się materiał koszuli, a wraz z nim skóra. W kilka sekund pierś starszego z braci Janoschek przepasała krwawa szarfa.

Bruno, który nadal tkwił nieruchomo obok Grety, obserwując rozwój sytuacji, w tej samej chwili rozepchnął tłum i rzucił się w stronę walczących.

Biegł jak olimpijczyk.

Doskoczył do Herberta, który zbladł i upadł na kolana. Bruno przez moment się zawahał. Spojrzał na krwawiącą pierś brata, potem podniósł wzrok na jego twarz. Troska walczyła w nim z chęcią zemsty.

"Flink" uciekał. Najpierw w stronę podwórek, ale szybko pojął, że mogą stanowić pułapkę, dlatego skręcił nad Odrę. Wbiegł na nadrzeczną łąkę i obejrzał się, oceniając sytuację. Bruno był kilka metrów za nim. Zaraz go dopadnie.

Złodziej upuścił torebkę, poszukał stopami pewnego podparcia i machnął dłonią, otwierając trzymaną w niej brzytwę.

Bruno dopadł go, zrobił unik i kartki podręcznika do ju-jitsu zamigotały mu przed oczami, jakby przewracał je silny wiatr. Wybrał prostą blokadę ramienia i dźwignię, która bez trudu mogła złamać "Flinkowi" rękę w łokciu, jednak w ostatnim momencie zabrakło mu odwagi. Docisnął na tyle, że brzytwa poszybowała w powietrzu i spadła na trawę dwa metry dalej. Mimo to napastnik nadal był groźny. Sześć lat starszy, masywniejszy i zaprawiony w ulicznych bójkach.

Zdyszany i purpurowy z wściekłości cofnął się o pół kroku, aby zadać Brunowi cios kończący starcie, ale chłopak nagle przykucnął, mocno oparł się otwartymi dłońmi o ziemię i wyrzucił prawą nogę niczym Rosjanin tańczący kozaka. Zatoczył nią łuk i podciął "Flinka", który runął na plecy.

Bruno poderwał się, podskoczył do leżącego i wykorzystując ciężar całego ciała, nadepnął mu na kolano. Rozległ się paskudny chrupot, zagłuszony przez podniesione głosy ludzi nadbiegających z Breslauerstrasse.

Na ich czele sapało dwóch tęgich policjantów, których widok wyraźnie zaniepokoił "Flinka". Próbował wstać i rzucić się do ucieczki, ale uszkodzona rzepka dała o sobie znać. Zdołał jedynie podeprzeć się na łokciach i kantem prawej dłoni przeciągnąć po szyi, posyłając Brunowi gest symbolizujący poderżnięcie gardła. Chwilę później był już w kajdankach.

Wyższy z policjantów podniósł go i trzymał pod pachę. Niższy schylił się i podał torebkę spoconej pani w fiołkowej sukience, która w biegu zupełnie straciła szyk. Podziękowała, pobieżnie sprawdziła, czy nic nie zginęło, po czym wyciągnęła w stronę Bruna dłoń z banknotem dziesięciomarkowym. Za odzyskanie torebki i obezwładnienie złodzieja honorarium dwa razy wyższe niż za ukłon małpki.

Chłopak odmówił.

Fiołkowa dama wzruszyła ramionami z wyrazem dezaprobaty, odwróciła się na obcasach drogich czółenek i odeszła w stronę wachtmeistra, który trzymał już w dłoni kajet, aby spisać zeznania.

- Było brać - odezwał się Meksykanin, który wyrósł nagle obok Bruna wraz z ciągle przestraszoną Gretą. - Kiedy ostatnio miałeś w ręku dziesięć marek?

Mówił po niemiecku z obcym akcentem. Kapucynkę i sombrero pewnie zostawił pod opieką cyrkowców, żeby nie utrudniały pościgu.

- Nie zrobiłem tego dla nagrody - odparł młodszy Janoschek. - Tylko dla brata - dodał i pytająco spojrzał na Gretę.

- Będzie żył - uspokoiła go dziewczyna. - Za pochodem cyrkowym zawsze jedzie ambulans. Na wszelki wypadek - wyjaśniła. - Opatrzyli Herbertowi ranę i zabrali do szpitala.

- Gratuluję odwagi. - Meksykanin złożył Brunowi artystyczny pokłon, aż długie włosy opadły mu na twarz. - I sprawności. - Odrzucił je do tyłu ruchem głowy. - Nadawałbyś się do cyrku.

- Codziennie się gimnastykuje - podpowiedziała Greta dumna z komplementów dla przyjaciela.

Południowiec spojrzał szarmancko.

- To twoja narzeczona? - spytał, nie odwracając wzroku na Bruna.

- Tak - potwierdził chłopak stanowczo, a Grecie nagle zrobiło się bardzo błogo.

Meksykanin sięgnął do wewnętrznej kieszeni kurtki i podał chłopakowi wizytówkę.

- Zapraszam na wieczorne przedstawienie. Pokaż to bileterowi i powiedz, że jesteś osobistym gościem Don Alvara. Przyjdźcie razem. - Uśmiechnął się do Grety, aż się zarumieniła. - Bo brat to chyba dziś nie da rady...

- Parę dni musi poleżeć - poinformowała rzeczowo Greta, która zawsze wszystko wiedziała. - Zszyją go, ale zostanie szrama. - Będzie mógł udawać jednego z tych dupków z hitlerowskich stowarzyszeń studenckich, którzy przechwalają się bliznami z pojedynków na szpady - dodała po polsku, żeby Meksykanin jej nie zrozumiał.

Ale Don Alvaro nagle przestał się uśmiechać. Przecząco pokręcił głową i położył palec na ustach.

 

Czterech akrobatów w barwnych trykotach szybowało pod kopułą cyrku tak wysoko, że Greta musiała zadzierać głowę, aby nie uronić ani sekundy z ich popisu.

Już w kołysce była chorobliwie ciekawska, a osobiste zdobywanie wiedzy o wszelkich rzeczach i zjawiskach stanowiło jej największą namiętność. Teraz z zapartym tchem obserwowała niewiarygodną koordynację ruchów ludzi i lin. Nawet olśniewający Johnny Weissmuller, który grał w filmach o Tarzanie, nie potrafił robić takich rzeczy.

Akrobaci fruwający pod sklepieniem lekko jak kolorowe papugi przekazywali sobie z rąk do rąk dziewczynę w białym trykocie. Gimnastyczka wylądowała właśnie na najwyższym trapezie i znieruchomiała, jakby sparaliżował ją nagły warkot werbli.

W tej samej chwili w cyrku zgasły wszystkie światła.

Nastąpiło kilka coraz bardziej niepokojących sekund, a potem w ciemności zatańczyły dwa jasne kręgi reflektorów. Pierwszy odnalazł postać dziewczyny na trapezie, wysoko jak na ósmym albo i dziewiątym piętrze drapacza chmur, który Greta oglądała dwa lata temu w Katowicach.

Drugi wydobył z mroku postać konferansjera w czarnym fraku i cylindrze. Pojawił się na środku areny nie wiadomo skąd. Wypowiedział tylko dwa słowa: salto mortale.

Rozbłysło blade światło, a werble znów zawarczały, potęgując napięcie. Widzowie wpatrywali się w pracowników cyrku, którzy ściągali siatkę ochronną rozpiętą na wysokości kilku metrów. Skok śmierci odbywał się bez asekuracji.

Uwinęli się w dwie minuty, a wtedy warkot przybrał na sile i za moment zamilkł.

W cyrku zapanowała absolutna cisza.

Dziewczyna na trapezie wyprężyła ciało, puściła liny trzymane w wyprostowanych rękach i zanurkowała w przestrzeń głową w dół, jakby skakała do basenu.

Przez kilka metrów leciała swobodnie niczym spadochroniarz pewny niezawodności swojego sprzętu. Nagle podwinęła kolana i wykonała obrót całego ciała. To zdawało się dodawać jej szybkości, bo kiedy się wyprostowała, nikt nie miał wątpliwości, że spada wprost w ramiona śmierci. Wysokość, ciężar i grawitacja robiły swoje.

Nagle z rozpędzonego bocznego trapezu oderwał się akrobata w błękitnym trykocie. W chwili, gdy było pewne, że dziewczyna roztrzaska się o ziemię, chwycił ją prawą dłonią za nadgarstek, jednocześnie zagarniając lewą pałąk trapezu rozbujanego przez kolegę. Oboje wylądowali na arenie z wdziękiem łabędzi.

Widzowie oszaleli.

Wszyscy zerwali się z miejsc i bili brawo na stojąco. Mijały minuty, a akrobaci kłaniali się tak często, że pewnie kręgosłupy rozbolały ich bardziej niż od wyczynów na trapezach. Z opresji wybawiła ich dopiero para klaunów w olbrzymich buciorach, którymi usiłowali wymierzyć sobie nawzajem kopniaka w tyłek, co kończyło się upadkami i wywoływało salwy śmiechu.

Greta sięgnęła po chusteczkę, żeby wytrzeć łzy, które pociekły jej z rozbawienia, i zerknęła na siedzącego obok Bruna. Był pogrążony w myślach. Krążyły gdzieś daleko poza cyrkiem. Zauważył spojrzenie i ujął ją za rękę. Znieruchomiała. Robił to wcześniej wiele razy podczas spacerów, na które zawsze chodzili we trójkę, z Herbertem. Ale teraz byli tylko we dwoje i to był zupełnie inny dotyk. Jakby wynikał z całego tego czarodziejskiego dnia. Z korowodu na Breslauerstrasse. Z incydentu, w którym jej Bruno wykazał się brawurową odwagą i pokonał jednego z najgorszych bandytów Zaodrza. A potem potwierdził Meksykaninowi, że Greta jest jego narzeczoną. Nigdy tego nie zapomni. Jeszcze dziś rano liczyła fenigi, których starczyło ledwo na zwiedzanie cyrkowego zwierzyńca i stajni, a teraz dzięki Brunowi siedziała w trzecim rzędzie na przedstawieniu galowym.

Jestem egoistką. Myślę tylko o sobie - przemknęło jej nagle przez głowę na wspomnienie zła, które spotkało Herberta, ale poczucie szczęścia nie dało się spłoszyć. Odwzajemniła uścisk, uświadamiając sobie, jak bardzo czekała na tę chwilę.

Na chłopaka, który ją pociągał i onieśmielał jednocześnie. Fascynował i zastanawiał. Darzył przyjaźnią i... kochał?

Popatrzyła na niego ukradkiem, jakby chciała się upewnić, ale miłość nie wystawia zaświadczeń na żądanie. Bruno wpatrywał się w arenę, skupiony i zdecydowanie zbyt poważny jak na rozradowaną widownię cyrku. Zawsze taki był. Milczący, szorstki, może nawet trochę mroczny.

Przeciwieństwo brata.

Herbert dla każdego miał w zanadrzu uśmiech i dobre słowo. Dużo czytał, pięknie mówił i recytował wiersze przy ogniskach nad Odrą, aż dostawało się gęsiej skórki. Greta mogłaby pójść z nim na spacer dookoła świata i ani przez chwilę nie zabrakłoby im tematu do rozmowy. Sto razy zastanawiała się, czy właściwie ulokowała uczucie, a jednak to, co ciągnęło ją do Bruna, było magnetyczne i pierwotne jak instynkt. Przeczytała zbyt wiele książek, aby nie odróżniać prawdziwych emocji od złudzeń.

Zresztą nikt nie stawiał ją przed koniecznością wyboru: albo-albo. Przyjaźniła się z obydwoma braćmi Janoschek. Chodzili w trójkę pod rękę i byli obiektem plotek sąsiadek z Zaodrza oraz wulgarnych żartów ich szemranych synków. Zdarzały się jej nagminnie, ale nigdy nie mówiła o nich Brunowi. Z litości dla żartujących.

Światła w cyrku przygasły i Greta na chwilę zamknęła oczy.

Gdy je otworzyła, zmieniano dekoracje.

Kilku silnych mężczyzn w paradnych mundurach wynosiło elementy toru przeszkód, po którym biegały tresowane tygrysy, a ich koledzy instalowali wielkie koło wielkości człowieka. Przez kilka minut trwało zamieszanie rekompensowane przez komiczne pościgi klaunów i skoczną muzykę orkiestry cyrkowej, która w pewnym momencie przeszła na meksykańskie rytmy.

Na arenie najpierw pojawiła się małpka kapucynka, tym razem ubrana w kolorowe poncho i czerwone sombrero, a tuż za nią człowiek, który zaprosił ich na przedstawienie. W identycznym stroju i kapeluszu.

- Powitajcie Don Alvara i jego małego asystenta Paco! - zawołał do mikrofonu konferansjer i cyrk znów zagrzmiał brawami.

- Widzów o słabych nerwach uprasza się o opuszczenie widowni - uprzedził spiker, ale to tylko rozochociło tłum.

Paco wskoczył na niewielki stolik, obok którego stał Don Alvaro, i coś z niego zabrał. Podbiegł do pracownika cyrku i wręczył mu talię kart. Ten wybrał cztery asy i przyczepił je do drewnianego koła specjalnymi szpilkami.

W tym czasie małpka wróciła na stolik i zaczęła podawać Meksykaninowi noże. Ten brał je po kolei i rzucał w stronę tarczy, idealnie trafiając w symbole umieszczone w środku kart: pik, trefl, karo i kier - za każdym razem anonsując, w co trafi.

Dłonie publiczności puchły od oklasków.

Brawa spotęgowały się jeszcze bardziej, gdy na arenę weszła powabna dziewczyna w meksykańskim stroju, który najpierw z siebie zrzuciła, wywołując gwizd zachwytu męskiej części widowni, a potem - w staniku i krótkich spodenkach nabijanych cekinami - oparła stopy i dłonie na uchwytach koła.

Werble zabrzmiały jak przed egzekucją.

Don Alvaro tym razem sam wziął ze stolika pęk noży. Błyskawicznymi rzutami umieścił je po obu stronach ciała dziewczyny, która nie przestawała się uśmiechać.

A potem zrobił to samo z zawiązanymi oczami.

Ponad dwa tysiące ludzi na widowni odprowadzało wzrokiem każdy nóż, wstrzymując oddech i kwitując udane rzuty głośnym westchnieniem ulgi. Greta miała wrażenie, że namiot cyrku nabiera powietrza, a potem wypuszcza je niczym olbrzymi dinozaur.

 

Wyszli przed północą.

Z placu przy Nikolaistrasse, gdzie usadowił się cyrk, mieli niedaleko na Zaodrze. Ale dziewczyna zwlekała z powrotem. Trajkotała jak katarynka, ujmując Bruna pod rękę i delikatnie ciągnąc w stronę namiotów dla zwierząt. Opowiadała o egzotycznych gatunkach pokazywanych na arenie, o afrykańskich czarownikach i hinduskich fakirach, a kiedy zaczęła wyliczać rasy koni hodowanych przez cyrk Buscha, chłopak z niedowierzaniem pokręcił głową:

- Skąd ty to wszystko wiesz?

- Z "Nowin Codziennych" - odparła. - Ojciec prenumeruje.

- I co tam jeszcze wyczytałaś?

- O cyrku?

- W ogóle.

- Mussolini wysłał wczoraj depeszę dziękczynną do kanclerza Austrii i pogratulował mu sojuszu z Niemcami. Ma to zapewnić pokój w Europie na długie dziesięciolecia.

- Kto to jest Mussolini?

- Przywódca Włoch. Taki tamtejszy Hitler.

Bruno przystanął.

- Interesujesz się takimi rzeczami?

Greta wzruszyła ramionami:

- Wszystkim się interesuję. Świat po to jest, żeby się nim ciekawić.

- Mów lepiej o cyrku - uznał.

Dziewczyna nabrała powietrza.

- Fronton - wskazała dłonią wejście do głównego namiotu - jest szeroki na sześćdziesiąt metrów i ozdabia go sześć tysięcy żarówek.

- Siedem tysięcy - usłyszeli nagle za swoimi plecami. - Gazeta się pomyliła.

Odwrócili się jak na komendę.

Przed nimi stał Don Alvaro. Na jego ramieniu przycupnął Paco i przyglądał się im badawczo. Jego właściciel jak na Meksykanina całkiem dobrze mówił po polsku.

- To pan - szepnął zauroczony Bruno, co Grecie nie wydało się stwierdzeniem błyskotliwym, ale rozumiała tę fascynację.

- Jak się podobało przedstawienie? - Alvaro przeszedł na niemiecki.

- Fantastyczne. - Oczy Bruna świeciły nie gorzej od iluminacji frontonu. - Najlepsze było rzucanie nożem. Czy tego można się nauczyć?

- Jak widać - ukłonił się Don Alvaro.

- Ale tylko w cyrku? - dopytywał chłopak.

- Nie tylko. Możesz nauczyć się sam. Na drzwiach od komórki albo byle jakiej desce opartej o mur.

- Wiele razy próbowałem - Bruno spuścił głowę. - Nóż wbija się raz na sto rzutów.

Zerknął na Meksykanina i nagle zdobył się na odwagę.

- Dałby mi pan jakieś wskazówki?

Don Alvaro spochmurniał.

- Żebyś mi potem robił konkurencję? - spytał poirytowany.

Zapanowała niezręczna cisza, przerwana przez Paco, który najwyraźniej wszystko rozumiał i zaczął klaskać swoimi małpimi dłońmi.

Meksykanin wybuchnął śmiechem.

- Żartowałem - klepnął Bruna w plecy. - Jestem w Opolu do niedzieli. Zajrzyj jutro po popołudniowym przedstawieniu, to pokażę ci parę sztuczek.

Chłopak się rozpromienił, ale za moment uśmiech zastygł mu na twarzy.

Za bramą prowadzącą na teren cyrku stał ojciec. Był wyraźnie przygnębiony.

Bruno dobiegł do niego w kilkanaście sekund.

- Tato? - spytał, łapiąc oddech. - Co się stało? Coś złego z Herbertem?

Ojciec spojrzał na niego, jakby nie zrozumiał.

- Nic mu nie będzie. - Oprzytomniał dopiero po chwili. - Chodzi o ciebie.

- O mnie? Dlaczego o mnie?

- Ludzie "Flinka" od dwóch godzin stoją na ulicy przed naszym domem.

- Ilu?

- Dwóch.

Bruno machnął dłonią.

- Dam sobie radę - zapewnił buńczucznie, ale ojciec chwycił go mocno za ramiona.

- Synu, to są mordercy! Mają rewolwery. Na nic twoje ju-jitsu. Zabiją cię bez mrugnięcia okiem, rozumiesz?

- Za złamane kolano? - chłopak próbował się targować.

- Za to, że przez ciebie "Flink" pójdzie na długie lata do więzienia. To recydywista. A ty pomogłeś policji go złapać. Wiesz, co za to grozi na Zaodrzu. Dzielnica już huczy, że "Flink" wydał na ciebie wyrok. Ponoć wyznaczył też nagrodę za twoją głowę.

Do Bruna dotarło wreszcie, że sytuacja jest naprawdę poważna.

- Nikt za tobą nie szedł, tato? - rozejrzał się dookoła. Tłum opuszczający cyrk dawał potencjalnym napastnikom doskonałą okazję, aby podkraść się i uderzyć znienacka. A potem zniknąć w ciżbie.

Ojciec zaprzeczył ruchem głowy.

- Wyszedłem przez okienko od piwnicy i przekradłem się przez krzaki nad rzeką. Nie widzieli mnie. Stali po drugiej stronie i ćmili papierosy.

Uniósł w stronę syna parciany plecak.

- Musisz uciekać. Tu są twoje dokumenty, trochę jedzenia i najpotrzebniejsze rzeczy. Matka ci spakowała. Ja włożyłem tyle pieniędzy, ile miałem na podorędziu. Niewiele tego - dodał przepraszająco.

- Gdzie mam uciekać? - Bruno wydawał się coraz bardziej bezradny.

- Dziś prześpisz się na Gartenstrasse u mojego kolegi z parowozowni - odparł ojciec. - A jutro rano pojedziesz do Cieszyna, do stryja Emila. Najlepiej będzie, jeśli zostaniesz tam kilka tygodni. Może miesięcy. Napisałem list do stryja, jest w plecaku. Emil ci pomoże. Przechowa i da zajęcie w warsztacie, żebyś zarobił na swoje utrzymanie.

- Mam być szewcem? - spytał chłopak przestraszony, jakby do tego sprowadzała się cała groza sytuacji.

- Masz żyć! - odparł ojciec. - Rozumiesz, synu? Masz żyć.

Greta, która podeszła do nich zaniepokojona, stała kilka kroków dalej. Od jakiegoś czasu patrzyła na twarz Bruna i czuła, jak za gardło chwyta ją silny i brutalny lęk. Nie znała jego przyczyny, ale była pewna, że stało się coś bardzo złego.

Mimowolnie spojrzała na zegar umieszczony obok kasy biletowej przy wejściu do cyrku.

Była minuta po północy.

Najszczęśliwszy dzień w jej życiu właśnie się skończył.

 
 
ROZDZIAŁ 2.

Berlin,

lato - jesień 1938 roku

 
 

Dwie przystojne kobiety w modnych kapeluszach dopijały kawę na tarasie Karstadtu, gdy młodsza z nich dostrzegła młodzieńca, który przyglądał się im z odległości kilku metrów. Dyskretnie trąciła swoją towarzyszkę dłonią w koronkowej rękawiczce i szepnęła jej kilka słów.

Starsza nie obejrzała się od razu. Sięgnęła po pustą filiżankę, udając, że pije ostatni łyk, po czym obrzuciła taras kawiarni obojętnym spojrzeniem. Tylko na moment zatrzymała wzrok tam, gdzie miała go zatrzymać.

- Apetyczny - powiedziała z przekąsem. - Tyle że dzieciak jeszcze.

- Może i dzieciak - zgodziła się młodsza, ale zobacz jak zbudowany. Chętnie bym... - nie dokończyła, bo jasnowłosy chłopak o idealnej figurze, zachęcony spojrzeniami, podszedł do ich stolika, czarująco się uśmiechnął i ukłonił z dużą wprawą. "Aktor albo tancerz" - pomyślała starsza i w tej samej chwili czar prysł.

- Panie zwalniają? - spytał uprzejmie.

Starsza, która liczyła na coś bardziej szarmanckiego, poczuła się dotknięta.

- Chętnie wskażę panu kilka wolnych stolików - oświadczyła chłodno, wykonując niedbały gest ogarniający taras.

- W rzeczy samej - zgodził się młodzieniec. - Jednak zależy mi, aby siedzieć przy krawędzi dachu. Lubię stąd patrzeć na miasto.

- "Lubię stąd patrzeć na miasto" - zacytowała go młodsza, jakby wygłosił jakąś poetycką frazę. - Tylko niechże pan się nie zapatrzy i nie spadnie. Szkoda by było.

Chłopak lekko się zarumienił i ponownie złożył im ukłon.

- Zwalniamy - zdecydowała starsza i zaczęła zbierać pakunki z zakupami. Najnowocześniejszy w Europie dom handlowy z ruchomymi schodami i salonami modowymi znamienitych marek był ulubionym adresem berlińskich bogatych dam.

Bruno usiadł na jeszcze ciepłym krześle i zamówił lemoniadę.

Dziś mijały dwa lata od jego wyjazdu z Opola.

Nie musiał wysilać pamięci, aby znów ścisnęło go w dołku na wspomnienie strapionego ojca, który odprowadził go do mieszkania swojego kolegi kolejarza przy Gartenstrasse. Greta, połykająca łzy, szła tuż obok, kurczowo trzymając go pod ramię, jakby się bała, że rozluźniając uchwyt, straci chłopaka na zawsze.

Delikatnie wyjął jej rękę, gdy stanęli przed furtką domu, w którym miała się zacząć jego odyseja. Ojciec zatrzymał się kilka kroków dalej.

- Nie płacz. - Bruno otarł jej policzki wierzchem dłoni. - To tylko na jakiś czas. Jak tamci się uspokoją, wrócę. Zobaczysz, wszystko będzie dobrze.

- Akurat dziś - zaszlochała. - Nigdy nie czułam się tak cudownie jak tego wieczoru.

Położył jej palec na ustach.

- Czeka nas jeszcze wiele takich. Przyrzekam. Będę do ciebie pisał.

- Może lepiej nie - wtrącił się ojciec. - Przynajmniej przez najbliższe tygodnie będziecie się musieli obejść bez listów. Zbiry "Flinka" będą się starały dowiedzieć, gdzie zniknąłeś. Wolałbym, żeby nie dowiedzieli się tego od listonosza.

- A Herbert? - Bruno nagle się zmartwił. - Nie będą go...? - Przez moment szukał słowa, które nie zabrzmi zbyt niepokojąco. - ...naciskać?

- Na razie jest w szpitalu - powiedział ojciec - i zostanie tam, dopóki mu nie zdejmą szwów. Tak powiedział lekarz. Mam nadzieję, że ci od "Flinka" uznają, że nie miał nic wspólnego z twoim wyjazdem.

Greta szlochała.

- Ale potem napiszesz? - spytała.

- No przecież. - Bruno znów uniósł dłoń do jej twarzy, ale ojciec klepnął go w plecy.

- Romeo - udał, że jest w dobrym nastroju - całus w policzek i spływaj. Musisz się wyspać. - Spojrzał na kieszonkowy zegarek. - Ruszasz o szóstej dwanaście.

 

Leżanka w kuchni znajomych ojca była nawet wygodna, ale sen przyszedł dopiero przed świtem. Godzinę później Bruno przełknął kromkę z marmoladą, podziękował i odprowadzany wzrokiem gospodarzy stojących w oknie ruszył prosto na dworzec.

Jednak nie zamierzał jechać do Cieszyna. A przynajmniej nie dziś.

Do południa włóczył się po ogrodzie zoologicznym na wyspie Bolko. Potem znalazł ustronne miejsce pod rozłożystym platanem, zjadł chleb ze smalcem przygotowany poprzedniego wieczoru przez matkę, wyciągnął się na ciepłej ziemi i zasnął w kilka sekund.

Gdy się obudził, słońce odpływało już na zachód. Zerwał się, otrzepał z trawy, chwycił plecak i pobiegł na plac przy Nikolaistrasse.

Cyrk za dnia nie miał wczorajszej magii.

Miasto niebieskich namiotów drżało od wiatru znad Odry i bez blasku siedmiu tysięcy żarówek bardziej przypominało ludzkie mrowisko niż krainę baśni. Opiekunowie zwierząt, ponaglani ich rykiem, taszczyli kubły z jedzeniem, które należało się za występ. Artyści w niedbale narzuconych kostiumach spieszyli się na kolejną próbę, mechanicy grzebali w maszynerii rękami ubrudzonymi smarem po łokcie, a obsługa szykowała rekwizyty na wieczorny spektakl.

Poinstruowany przez porządkowych, którym pokazał wizytówkę Don Alvara, Bruno odszukał żółty wóz pomalowany w zielone kaktusy i nieśmiało zapukał do drzwi.

Odpowiedziała mu cisza.

Przez moment miał wrażenie, że wewnątrz słyszy stłumione dźwięki, i poczuł się zaniepokojony. Czyżby przyszedł zbyt późno? Meksykanin powiedział wyraźnie "zaraz po popołudniowym przedstawieniu", tymczasem od jego zakończenia musiało już minąć sporo czasu. W namiocie cyrkowym, odsłoniętym na wiatr, żeby się przewietrzył, nie było już ani jednego widza, a świeże trociny na arenie zdążyły wyschnąć.

Może Don Alvaro obraził się za niepunktualność? Albo gdzieś wyszedł? - zastanawiał się Bruno, siadając na schodkach furgonu. Miał zamiar czekać do skutku. Nawet za cenę gniewu Meksykanina.

Pół godziny później usłyszał głosy wewnątrz wozu, a zaraz potem szczęk otwieranego zamka i skrzypnięcie drzwi. W progu stanęła dziewczyna, która wczoraj asystowała Don Alvarowi. Tym razem miała na sobie cienką spódnicę i bluzkę ze źle zapiętymi guzikami, przez co jeden z kołnierzyków ledwo zakrywał obojczyk, a drugi sięgał podbródka.

Tuż za nią pojawił się Meksykanin ubrany tylko w krótkie kalesony. Jego tors pokrywały gęste i kręcone czarne włosy. Podrapał się po nich i rozpromienił na widok Bruna.

- Pogromca bandytów! Witamy. Wybacz bohaterze, że kazałem ci czekać, ale musieliśmy z senioritą Inez przećwiczyć kilka układów przed wieczornym przedstawieniem. Nasza praca wymaga skupienia.

Dziewczyna zachichotała i lekko sfrunęła ze schodków, posyłając Brunowi całusa na pożegnanie. Odprowadził ją wzrokiem, a kiedy się odwrócił, Don Alvaro zdążył już narzucić na siebie jedwabny szlafrok i sięgnąć po dwa rozkładane krzesełka, jakich używają wędkarze.

- Zatem chcesz się nauczyć rzucać nożami? - spytał, gdy usiedli w cieniu namalowanych kaktusów.

- Chcę - skwapliwie potwierdził chłopak i dodał, uważnie patrząc na Meksykanina: - Ale jest coś jeszcze.

- Co?

- Chciałbym przystać do cyrku. Mogę pracować tylko za jedzenie.

- Aż tak się rozochociłeś?

Chłopak niepewnie skinął głową, ale opowiedział wszystko, co o północy usłyszał od ojca.

Don Alvaro słuchał w skupieniu.

- Takich chętnych jak ty mamy po każdym występie - powiedział. - Wielu wymyśla niestworzone bajki, żeby tylko dostać się do trupy cyrkowej. Szczerze mówiąc, gdybym nie był świadkiem wczorajszego zajścia, też pomyślałbym, że zmyślasz.

Bruno spojrzał na niego z nadzieją.

- Ale to nie takie proste - ostudził go Meksykanin. - Powinieneś napisać list do dyrektora Buscha, przedstawić swoje kwalifikacje i przewagi nad innymi. Przyjechać na konkurs kwalifikacyjny...

Chłopak posmutniał. Przez dłuższą chwilę siedzieli w milczeniu, po czym wstał z krzesła.

- Pokornie dziękuję, że zechciał pan poświęcić mi czas - powiedział. - W moim obecnym położeniu nauka rzucania nożem na nic się nie zda. Chyba już pójdę.

Alvaro ze współczuciem pokiwał głową.

- Powiedz przynajmniej, jak się nazywasz, żebym cię lepiej zapamiętał.

- Bruno Janoszek.

Przez twarz Meksykanina przebiegł jakiś cień.

- Janoschek - powtórzył. - A skąd ty pochodzisz, panie Janoschek?

- Stąd. Z Zaodrza.

- Rodzice też stąd?

- Matka tak, ojciec jest Czechem. Stryj do dziś mieszka w Cieszynie i właśnie tam mam się udać. Będę szewcem - uśmiechnął się i wyciągnął rękę na pożegnanie. - Jeszcze raz dziękuję.

Don Alvaro przez dłuższą chwilę bił się z myślami.

- Zaczekaj - powiedział, nie podając mu dłoni. - Zrobimy tak: do niedzieli możesz spać w moim wozie. Na podłodze. W poniedziałek wracamy do Berlina. Udamy się obaj do dyrektora i poprosimy o miejsce dla ciebie.

Chłopak nie ukrywał zaskoczenia.

- A jeśli odmówi? - spytał. - Co wtedy?

- Mnie nie odmówi - Meksykanin po raz kolejny zaprezentował w uśmiechu białe zęby. - Za dużo dla niego zarabiam.

 

Bruno pił lemoniadę małymi łyczkami i obserwował Hermannplatz.

Lubił patrzeć na Berlin z góry. Warkot aut, zgrzyty tramwajowych kół na żelaznych szynach, stukot końskich kopyt i gwar tłumu docierały na taras Karstadtu w znacznie mniejszym natężeniu. Plac z tej perspektywy wyglądał jak scena teatru kukiełkowego, po której poruszały się kolorowe figurki nakręcane sprężynami codziennych zajęć.

Z dachu nie było widać wśród nich coraz liczniejszych marionetek w hitlerowskich mundurach, które od paru sezonów stały się kanonem niemieckiej mody. Bezpruderyjny, ekstrawagancki Berlin, do niedawna jedna ze stolic europejskiej kultury i stylu, zamienił kolory swoich kreacji na czerń kurtek SS oraz brunatne koszule SA. Każda z organizacji, choćby zrzeszała wędkarzy albo kolekcjonerów motyli, uznawała za stosowne umundurować się i opieczętować swastyką. Mimikra zawsze była funkcją przetrwania.

Tymczasem faszyzm zasłaniał państwo jak chmura burzowa, która nie zwiastowała dobrych prognoz, choć głośniki na słupach Unter den Linden szczekały coś wręcz przeciwnego.

Bruno początkowo chwalił narodowych socjalistów za rozwój tężyzny fizycznej, ale po kilku rozmowach z Alvarem pojął, że nie służy ona sukcesom sportowym, tylko politycznym. Kultowi siły, brutalności i nienawiści wobec wszystkich, których nieomylny wódz wskazywał jako wrogów. W zamian nagradzał bezkarnością za tłuczenie sklepowych szyb, wrzask, bicie pałkami ludzi i palenie książek. Berliński jazz zastąpiły marsze, stepowanie tancerzy ucichło wobec łoskotu podkutych wojskowych buciorów, a próżnię po zamkniętych kabaretach i rewiach wypełniły wiece z pochodniami.

Kilka wieczorów po tym, gdy młodszy z braci Janoschek przystał do cyrku Buscha, na widowni pojawiła się zgraja podchmielonych Bawarczyków.

W skórzanych krótkich spodniach na szelkach, podkolanówkach i kaftanach z grubego sukna wyglądali, jakby właśnie wyszli z Octoberfestu. Byli butni, głośni i aroganccy. Przepychali się do drugiego rzędu ławek, potrącając innych widzów i wybuchając rechotem, gdy młody człowiek w okularach upadł na podłogę, tracąc równowagę po silnym zderzeniu z ramieniem bawarskiego byczka. Zajęli miejsca wokół jednego z masztów podtrzymujących kopułę namiotu, ale zanim to się stało, grubas w tyrolskim kapeluszu objął oburącz drewniany słup i próbował nim zatrząść jak jabłonką, na której dojrzały owoce. Dopingowały go donośne beknięcia towarzyszy.

Część widowni odwróciła wzrok, ale inni patrzyli z wyraźną przyganą. Zwłaszcza gdy na arenę wyszedł Don Alvaro, zawarczały werble, a Meksykanin szarmanckim ruchem zdjął sombrero i ukłonił się publiczności.

- Wynoś się stąd smoluchu! - wrzasnął gruby Bawarczyk, któremu nie udało się przewrócić cyrkowego słupa. Jego koledzy zaczęli głośno gwizdać.

Alvaro udał, że nie słyszy.

Uśmiechnął się do widowni po drugiej stronie i podszedł do stolika, na którym Paco szykował się do podania mu noży. Bruno stał nieruchomo przy wejściu dla artystów, zerkając zza kotary w stronę bawarskich chamów. Ryczeli coraz głośniej.

Mistrz powoli odwrócił się w ich stronę.

- Jesteście w cyrku niemieckim, nie rzymskim, panowie - powiedział z uśmiechem. - Nie mamy w programie rozszarpywania ludzi przez dzikie bestie, chyba że sami chcecie wystąpić w tej roli.

Zapadła cisza.

Bawarczycy starali się zrozumieć, co chciał im przekazać bezczelny śniady pajac, ale drwiące miny widzów były najlepszym komentarzem. Grubas od słupa zerwał się z ławki i cisnął w stronę areny butelkę po piwie.

Była wymierzona w Alvara, ale mistrz znał doskonale trajektorię lotu rzucanych przedmiotów. Nawet nie drgnął, gdy ciężki szklany pocisk przeleciał kilkanaście centymetrów od jego głowy. W tej samej sekundzie sięgnął po jeden z kilku noży podanych mu wcześniej przez Paco i wykonał ruch tak szybki, że prawie niewidzialny. Głownia utkwiła w słupie, przy którym stał grubas, a stal przez chwilę drgała jak membrana.

Bawarczyk pobladł i przełknął ślinę niemal tak głośno, jak wcześniej wrzeszczał.

Publiczność zamarła.

Grubas, próbując ratować honor, chwycił rękojeść noża i próbował go wyszarpnąć, ale poszło mu tak samo słabo jak wcześniej ze słupem. Poszukał wzrokiem pomocy kolegów, a ci zaczęli podnosić się z ławki, ściągać kaftany i podwijać rękawy koszul.

Kilku policjantów stojących przy wejściu natychmiast ulotniło się z namiotu. Paco, który do tej pory jedynie obserwował incydent, teraz obnażył kły. Wyjątkowo groźne jak na małpkę przypominającą dziecięcą zabawkę. W takim stanie nawet cyrkowe tygrysy czuły przed nim respekt.

Fala Bawarczyków zamierzała właśnie wpłynąć na arenę, gdy nagle pojawiło się na niej kilkunastu niespodziewanych gości. Trupa zwinnych i umięśnionych akrobatów uzbrojona we wszystko, co dało się znaleźć pod ręką, oraz pięciu atletów. Prowadził ich Berthold, dwustukilowy gigant, który na arenie zawiązywał sobie krawat z szyny tramwajowej.

Bawarczycy obrzucili ich wściekłymi spojrzeniami i przeformowali tyralierę w szereg zmierzający w stronę wyjścia.

W tej samej chwili od areny oderwał się klaun Waldo. Podbiegł do wychodzących i zaczął ich żarliwie przepraszać, ale najwyraźniej uznali to za błazenadę. Jeden z Bawarczyków uderzył go pięścią prosto w okrągły czerwony nos i Waldo wylądował na plecach, demonstrując widowni podeszwy swoich olbrzymich butów.

Cyrkowcy z trudem stłumili wesołość.

Waldo był żarliwym nazistą. Składał Gestapo regularne raporty o tym, co działo się w przedsiębiorstwie rozrywkowym Buscha. Wiedzieli o tym wszyscy, łącznie z dyrektorem, ale nawet on był bezradny wobec systemu totalitarnego państwa, które wszędzie miało swoje oczy i uszy.

Berthold spojrzał na znokautowanego klauna i wskazał go widowni gestem otwartej dłoni, jakim na arenie prezentuje się artystę.

Publiczność, która nadal nie wiedziała, jak zareagować na wszystko, czego była świadkiem przez ostatnie minuty, wybuchła gromkim śmiechem.

 

Bruno zerknął na cyferblat niedawno kupionej recty i w tym samym momencie dostrzegł sylwetkę Don Alvara. Stał w drzwiach windy dowożącej gości na taras Karstadtu. Meksykanin miał oko równie szybkie jak rękę, więc natychmiast wyłowił chłopaka z tłumu oblegającego stoliki i ruszył w jego stronę.

Odprowadzały go zaciekawione spojrzenia.

Długowłosy, z czarnymi wąsami i hiszpańską bródką, którą teraz nosił, opalony na mahoń i ubrany w kremowy letni garnitur wyglądał jak egzotyczny książę. Odsunął krzesło, usiadł obok Bruna i skinął na kelnera.

Często się tu spotykali. Alvaro miał jakieś sprawy na mieście, w które chłopak nie wnikał. Przyzwyczaił się, że wóz Meksykanina odwiedzała nie tylko seniorita Inez, ale i woltyżerki, akrobatki, treserki i asystentki iluzjonistów, liczne jak kolce na kaktusach. Czajnik jest jeden, ale filiżanek wiele - mawiał Alvaro z rozbrajającym uśmiechem, czemu sprzyjała niepospolita rozwiązłość panująca w cyrku. Bruno parokrotnie sam jej doświadczył i jak mógł unikał pań artystek, które najwyraźniej uknuły spisek przeciwko jego przyzwoitości.

- Co tam w domu? - spytał Meksykanin, dziękując kelnerowi skinieniem głowy za podany kieliszek szampana. - Greta wciąż tęskni?

- Pisze co tydzień - odparł Bruno. - Zresztą pan wie najlepiej. Przecież listy przychodzą do pańskiej skrzynki pocztowej.

- Ale ich nie czytam, to skąd mam wiedzieć, czy płomień namiętności nadal strzela wysoko?

Bruno się uśmiechnął, choć wypadło to dość smętnie.

- A ty? - dopytywał Meksykanin. - Nadal...

- To najwspanialsza dziewczyna, jaką znam. Uczy się w gimnazjum i chce iść na uniwersytet - dodał z dumą, ale nagle zmarkotniał. - Obawiam się tylko, że ta rozłąka nam zaszkodzi.

- Zaproś ją do Berlina. - Don Alvaro zawsze miał konkretne rady w kwestiach damsko-męskich.

- Zaprosiłem - westchnął Bruno. - Za dwa miesiące przyjeżdża mój brat. Greta chciała się z nim zabrać, ale jej rodzice się nie zgodzili. Powiedzieli, że jest za młoda. Ma dopiero szesnaście lat.

Alvaro z dezaprobatą pokręcił głową nad moralnym konserwatyzmem tego świata.

- A ty nie chcesz jej odwiedzić? Ciągle boisz się zemsty gangsterów?

- Herbert pisze, że sytuacja jeszcze się pogorszyła. Nie chciał wyjawiać szczegółów w liście, obiecał wszystko opowiedzieć, jak przyjedzie. Wiem tyle, że "Flink"...

- Ten, któremu wtedy pogruchotałeś nogę?

- Tak. Nadal jest w więzieniu. Ale jego banda sieje postrach na Zaodrzu, choć paru z nich aresztowano za komunizm.

- Bandytów za komunizm? - zdziwił się Alvaro.

- U nas wiecznie są jakieś wiece albo protesty. Brat pisze, że miesiąc temu komuniści postanowili zakłócić jakąś hitlerowską manifestację, a że chuligani lubią awantury i starcia z policją, to chętnie się przyłączyli. Ale tym razem źle trafili. Gliny zrobiły wielką obławę i wszystkich prowodyrów, zarówno komunistów, jak i łobuzów, wywieźli do jakiegoś ośrodka odosobnienia.

- Ośrodka odosobnienia?

- To się chyba nazywa obóz koncentracyjny.

Twarz Meksykanina stężała.

- Nigdy nie wymawiaj tej nazwy - szepnął ostrzegawczo, pochylając się nad stolikiem. - Rozumiesz? Nigdy.

- Si, patron - odparł Bruno tonem pokornego meksykańskiego sługi, którym odpowiadał na polecenia Don Alvara podczas występów na arenie.

Szef nie zareagował. Przez całą drogę z Karstadtu do cyrku wpatrywał się w miasto za oknem tramwaju i nie odezwał ani słowem.

 

- Braciszku, tu jest życie! - Herbert wyciągnął się na skrzypiącym metalowym łóżku taniego pensjonatu niedaleko Stettiner Bahnhof i zaplótł ręce pod głową.

Bruno spojrzał krytycznie na jego bladą twarz, podkrążone oczy, poplamiony podkoszulek, wygniecione gacie i podwiązki do skarpet, w których najwyraźniej spał.

- Widzę, że noc była udana - skwitował z kwaśną miną. Wyrwał się z cyrku na parę godzin, liczył, że zabłyśnie przed Herbertem, pokazując mu miasto, tymczasem brat bardziej potrzebował snu niż atrakcji stolicy Trzeciej Rzeszy.

- Żebyś wiedział - zamruczał Herbert. - Żałuj, że jesteś nieletni, bo partia narodowosocjalistyczna rygorystycznie pilnuje moralności i nikt by cię nie wpuścił do prywatnego klubu, w którym się wczoraj bawiłem. - Żałuj - powtórzył z wymowną miną.

- Przespałeś się z jakąś? - spytał Bruno.

Herbert zrobił zagadkową minę.

- Dżentelmen nie chwali się takimi rzeczami - odparł i obdarzył brata jednym z tych uśmiechów, od których dziewczętom na Zaodrzu miękły nogi.

- Doprowadź się do porządku - stwierdził stanowczo Bruno. - Zaczekam na dole.

- A postawisz mi mocną czarną kawę? - spytał Herbert, ale Bruno w odpowiedzi tylko pogroził mu pięścią.

W szkole wiele razy używał jej do obrony starszego brata. Łobuzy z Odervorstadt, zazdrośni o jego powodzenie u dziewcząt, nieustannie szukali z Herbertem zwady, ale brat nie lubił się bić. Wolał chodzić na zajęcia kółka teatralnego niż na treningi handballu, na które ciągnął go Bruno. Lepiej niż na boisku i w sali gimnastycznej czuł się w kawiarniach, na tańcach, w burleskach i wodewilach. Młodszy z braci Janoschek nieraz uratował jego urodziwą twarz przed zniekształceniami i bliznami. Sam też ich nie miał, ale tylko dlatego, że niełatwo było go trafić. Zawsze powtarzał, że złamane nosy i popękane łuki brwiowe wcale nie świadczą o umiejętnościach walki na pięści, ale raczej o ich braku.

Wciągnął do płuc rześkie powietrze jesiennego berlińskiego poranka i nagle poczuł się szczęśliwy. Czekało go kilka godzin z Herbertem. Od wczesnego dzieciństwa lubił z nim chodzić po wyspie Bolko albo siedzieć na trawie nad rzeką. Jeździć na sankach i puszczać latawce. Spierać się i godzić. Rozmawiać i milczeć. Jakby sama obecność brata miała jakieś magiczne znaczenie.

Wyglądem i charakterami różnili się tak bardzo, że połowa plotkarek z dzielnicy twierdziła, że któryś został podmieniony na porodówce. Druga połowa powątpiewała w wierność małżeńską matki braci Janoschek, ale Greta miała swoje zdanie. Przeciwieństwa przyciągają się najsilniej - mówiła. Tak jest z magnesami. Zbliżysz do siebie takie same bieguny - odepchną się. Żadną siłą nie połączysz. Zbliżysz odmienne - przyciągną się i chwycą tak mocno, że nie rozerwiesz.

Prawie każda wielodzietna rodzina na Zaodrzu miała męskich potomków, ale nigdzie nie było między nimi takiej więzi. I nikt nie umiał jej do końca wytłumaczyć. Być może młodszemu z braci Janoschek imponowało, że opiekuje się starszym? A może był dumny z jego urody amanta filmowego? Z listów z zasuszonymi fiołkami i wyznaniami miłości, jakie dziewczęta dawały mu do przekazania Herbertowi, po każdym jego występie podczas szkolnych uroczystości? Może starszy podziwiał sprawność i odwagę młodszego? I wszystko to razem wzięte łączyło się ze sobą? Jedno było pewne: wieczorami nad Odrą, gdy butelka wina robiła rundę wśród słuchaczy, opowiadano o tutejszych bandytach, synach tych samych rodziców, którzy donosili na siebie do biura śledczego, skakali sobie do oczu, nienawidzili się, a nawet zabijali jak Kain Abla. Takie życie. A jednak wszyscy wiedzieli, że braci Janoschek to nie dotyczy.

Bracia Janoschek poszliby za sobą w ogień.

 

Godzinę później znaleźli stolik w jednej z kawiarni Haus Vaterland przy Potsdamer Platz.

- Wyborna - ocenił Herbert mokkę, która sprawiła, że krew zaczęła w nim krążyć z nowym entuzjazmem. - Tu jest życie - powtórzył poranną sentencję. - Chyba nie myślisz wracać do Opola? - zerknął z zaciekawieniem na Bruna.

Młodszy z braci Janoschek wzruszył ramionami.

- Niczego nie planuję, ale przeszło mi przez głowę, że gdyby Greta chciała tu studiować, to może...

- Ta dziewczyna to skarb - przerwał Herbert. - Nie zmarnuj tego.

Bruno pokiwał głową.

- Pisałeś, że w Opolu jest jeszcze gorzej niż wtedy, gdy musiałem uciekać.

Brat potarł podbródek.

- Chodzi o kumpli "Flinka" - wyjaśnił. - Ci dwaj, których tamtego wieczoru tato widział pod naszym domem, wstąpili do SA. Wiesz, tej bojówki NSDAP.

- Przecież to kryminaliści - zdziwił się Bruno.

- Tym lepiej. Partia Hitlera potrzebuje ludzi bez skrupułów, gotowych na wszystko. A jakie jest najlepsze rozwiązanie dla bandyty, który ma z władzą na pieńku? Przystać do tej władzy. Przywdziać jej barwy. W ten sposób w jednej chwili staje się swój. Już nikt go nie ściga. Jest nietykalny, a w zamian na zlecenie wybija ludziom zęby i podpala sklepy. Tak to funkcjonuje.

- Ci dwaj działają w Opolu?

- Tak, ale często znikają na parę dni. Podejrzewamy z ojcem, że napadają Żydów. Wyrzucają ich z domów, składów towarów, fabryk. Przejmują majątki dla Trzeciej Rzeszy, a przy okazji sami się obławiają. Lepiej, żebyś nie wpadł w ich łapy.

- Dlaczego? - oburzył się Bruno. - Bo poturbowałem złodzieja? Działałem dla dobra społeczeństwa. Jako funkcjonariusze SA nic mi nie mogą zrobić. Jestem takim samym obywatelem państwa niemieckiego jak oni.

Herbert spojrzał na niego z politowaniem.

- Musisz się jeszcze dużo nauczyć, braciszku. Bardzo dużo - westchnął i przełknął łyk kawy.

 

Trzeci nóż wykonał pełny obrót w powietrzu i pewnie wbił się w drewnianą tarczę. Przez chwilę drżał jak struna gitary, ale zanim znieruchomiał, Bruno rzucił kolejny. Ten utkwił po prawej stronie poprzednika. Gdyby wszystkie cztery ostrza połączyć liniami, powstałby regularny kwadrat.

- Brawo! - usłyszał za plecami głos Alvara. - Powtórz to samo, wypuszczając noże z odległości dalszej o jeden krok, a powiem ci ważną nowinę - dodał z tajemniczą miną.

- Coś się stało? - zaniepokoił się chłopak.

- Nic złego. Najpierw chcę zobaczyć kwadrat.

Bruno wymierzył i wykonał rzut, ale pierwszy nóż z brzękiem odbił się od tarczy i spadł na arenę.

- Byłem pewien, że tak się stanie - westchnął Alvaro. - Usłyszałeś, że mam nowinę, i to wystarczyło, abyś stracił skupienie.

- Nie straciłem. Byłem maksymalnie skoncentrowany - zaprotestował chłopak.

- Tak ci się tylko zdawało. Żeby to była prawda, skoncentrowana powinna być twoja dłoń. Nadgarstek. Przedramię. Ramię. Tułów. Biodra. Noga wysunięta do przodu. Tyle razy ci to powtarzam - dodał z wyrzutem. - Pół sekundy nieuwagi i nie oceniasz właściwie ani ciężaru noża, ani jego prędkości. Ćwierć sekundy oderwania myśli i nie rozpoznajesz momentu, w którym powinieneś go wypuścić z ręki. Nieważne, czy popełniłeś jeden z tych błędów, czy wszystkie naraz. Efekt zawsze będzie taki sam - wskazał dłonią nóż leżący na arenie jak zawodnik, który przegrał walkę.

- Dobrze, patron - Bruno pokornie skinął głową i nagle poczuł, jak zalewa go fala rezygnacji.

Kiedy dwa lata temu rozpoczynał naukę u Don Alvara, wydawało mu się, że wystarczy złapać dryg. Podpatrzyć mistrza, poćwiczyć, zepsuć sto rzutów w poniedziałek, ale za tydzień już tylko dziewięćdziesiąt. Potrafił trenować. Był cierpliwy i wytrwały. Powtarzał mozolne serie z ciężarkami i sprężynami bez najmniejszego zniechęcenia. Wierzył w siłę fizyczną i doświadczenie wynikające z praktyki. Jak największej praktyki.

Tymczasem Meksykanin przez pierwsze tygodnie nie pozwolił mu nawet dotknąć noża.

Całymi godzinami opowiadał o budowie ręki i jej współpracy z resztą ciała podczas rzutu. Kazał Brunowi przyjmować pozycje niczym buddyjscy jogini i trwać w nich w nieskończoność. Nazywał to studiowaniem balansu. Potem przyszedł czas na fizykę. Rysunki i obliczenia na tablicy trudniejsze niż w szkole. Wyważanie środka ciężkości noża. Wektory siły rzutu. Prędkość kątowa i liniowa - w zależności od chwytu za rękojeść albo głownię. Prawo zachowania pędu. Trajektoria lotu po łuku i linii prostej.

Jeszcze później neurologia. Koordynacja zachowania ciała z pracą mózgu.

- Moment idealnego zgrania ciała i celu trwa ułamek sekundy - tłumaczył Don Alvaro. - Jeśli wyczujesz tę chwilę, będziesz trafiał każdym nożem, w każdy punkt, z każdego miejsca. Warunek - bez odrobiny emocji. W tym jednym momencie musisz się stać maszyną do rzucania. Precyzyjną, niezawodną maszyną.

Przez dwa lata Bruno uczył się odnajdywania tej magicznej chwili odpowiedniej na rzut. A kiedy był przekonany, że absolutnie nad nią panuje, że jest już na trwale zakodowana w jego ciele i umyśle - chybiał. Tak jak przed chwilą.

Z wściekłości kopnął kupkę trocin na podłodze areny.

Meksykanin cmoknął z dezaprobatą.

- Co? Podłamałeś się? Gdybyś pilnie słuchał moich lekcji, byłbyś dziś o wiele lepiej przygotowany. Ale w twoim wieku wszystko wydaje się łatwe, co? Rzucać nożem - żadna filozofia. A jednak, młody przyjacielu, to trudna sztuka. Rzucanie to dar, jaki Bóg dał na tym świecie tylko człowiekowi. Wiesz, że żadne ze zwierząt nie potrafi rzucać? Nawet małpa.

Paco, siedzący na stoliku z rekwizytami, drgnął i zaskrzeczał z oburzenia. Alvaro uspokoił go ruchem dłoni.

- No dobrze, małpy trochę potrafią. Ale nie do celu.

Położył chłopakowi dłoń na ramieniu.

- Dziś nic już z tego nie będzie. Chodź, przekażę ci nowinę.

Wyszli z namiotu.

- Zapraszam do mojego wozu - rzekł Meksykanin. Paco śmignął między nimi i pobiegł przodem.

- Ten nie ma kryzysów psychologicznych - uznał Bruno, wskazując kapucynkę ruchem podbródka.

- Mylisz się - sprostował Alvaro. - To bardzo wrażliwy zwierzak. Znasz go z występów, gdzie zachowuje się jak na zawodowego artystę przystało. Ale prywatnie bardzo wszystko przeżywa. Winien mu jesteś szacunek - upomniał chłopaka - jest znacznie starszy od ciebie.

Gdy weszli do wnętrza, a Paco uznał za stosowne nałożyć swoje sombrero, Meksykanin sięgnął do szafki, z której wyjął butelkę lekkiego reńskiego wina. Podał ją Brunowi wraz z korkociągiem i rozejrzał się za kieliszkami.

- Nie mam jeszcze osiemnastu... - zaczął chłopak, gdy patron napełnił szkło trunkiem w kolorze szampana bez bąbelków.

- Ale masz moje pozwolenie - odparł Alvaro i stuknął się z nim.

- To jakaś okazja?

- Tak. Dostałeś od dyrekcji angaż do mojego zespołu. Nie będziesz już sprzątał końskiego łajna i dźwigał rekwizytów. Zostajesz trzecim asystentem - uniósł kieliszek. - Po Paco i senioricie Inez.

- Potrzebuje pan trzeciego asystenta?

Alvaro podrapał się w głowę.

- Od nowego afisza wprowadzamy zmianę w naszym numerze. Będę rzucał nożami obok postaci na kole, które ma się obracać. Tak zdecydował szef programu. Pewnie podpatrzył to u konkurencji, bo to tępy Szwab z Augsburga, który sam jeszcze nigdy na nic nie wpadł. No i rzecz w tym, że ty będziesz się obracał na tym kole.

- Ja? - zdziwił się Bruno. - A dlaczego nie Inez? Boi się?

- Nie boi się. Rzyga.

Chłopak pokiwał głową.

- Nie cieszysz się?

- Cieszę - potwierdził bez przekonania, uśmiechając się blado. - Tylko jestem zaskoczony. Nie myślałem o karierze w cyrku. To wszystko wyszło tak jakoś przypadkiem. Sam pan zresztą wie najlepiej. Uciekłem tu przed kłopotami w Opolu, tymczasem wejście do zespołu na stałe to poważna decyzja.

Meksykanin nalał sobie drugi kieliszek wina.

- Posłuchaj - powiedział po chwili namysłu. - Idą złe czasy. Cyrk to idealne miejsce, żeby się przed nimi schronić. Nie mówiąc o tym, że możesz stać się prawdziwym artystą i nieźle z tego żyć.

- Nigdy panu nie dorównam.

- Ja się urodziłem z nożem w ręku - zaśmiał się Alvaro.

Bruno, zachęcony szczerością rozmowy, zdobył się na śmiałość:

- Zawsze chciałem zapytać, gdzie się pan urodził, patron? Naprawdę w Meksyku? Niech mi pan o nim opowie.

- Gdzie się urodziłem? W wozie cyrkowym - znów się roześmiał.

Chłopakowi najwyraźniej to nie wystarczyło.

- Wiem, że nie lubi pan mówić o sobie - zaczął ostrożnie - ale czy mogę o coś jeszcze zapytać?

- Pytaj - zgodził się Meksykanin. - Najwyżej nie odpowiem.

- Parę razy zorientowałem się, że pan rozumie po polsku. Skąd...?

Alvaro wstał.

Podszedł do półki nad swoim posłaniem i odszukał na niej fotografię oprawioną w drewnianą ramkę. Bez słowa podał ją chłopakowi.

Bruno spojrzał i przeszedł go dreszcz.

- Straszne, co? - spytał Alvaro.

Chłopak przyjrzał się zdjęciu raz jeszcze. Przedstawiało fizjonomię człowieka, a może zwierzęcia. Jego czaszka, czoło, policzki i dolna część twarzy porośnięte były gęstymi, prostymi włosami, długimi na kilkadziesiąt centymetrów. Wyzierały z nich jedynie skupione oczy, masywny lwi nos porośnięty sierścią i wąskie usta.

Bruno spojrzał zakłopotany na Alvara, nie wiedząc, jak sformułować pytanie: "Kto to?" czy "Co to?".

- To Lionel - Meksykanin wybawił go z opresji. - Człowiek o lwiej twarzy. Jeden z najwspanialszych artystów cyrkowych, jakich poznałem. Zmarł pięć lat temu na serce, tu w Berlinie, ale spotkaliśmy się, gdy robił wielką karierę w Ameryce. Był wielką postacią. Mimo wyglądu wynikającego z choroby genetycznej uchodził za arbitra elegancji. Nosił garnitury od najlepszych krawców, miał nienaganne maniery, znał pięć języków. Wybitni malarze zabiegali o możliwość stworzenia jego portretu, a ludzie z towarzystwa zapraszali go na przyjęcia. Ale nie po to, aby zabłysnąć przed gośćmi osobliwością Lionela. Po to, aby go słuchać i z nim rozmawiać. Był niezwykle mądry.

- Dlaczego mi pan pokazał tę fotografię?

- Bo jeśli choć trochę czujesz się Polakiem, to twój rodak. Nazywał się Stefan Bibrowski i urodził się we wsi niedaleko Warszawy. To on nauczył mnie trochę po polsku. Miał cztery lata, gdy rodzice sprzedali go do niemieckiego cyrku Meyera.

- Sprzedali? Własne dziecko?

Meksykanin skinął głową.

- Można powiedzieć, że uratowali mu życie. Wieś od urodzenia uważała Stefana za wilkołaka. Prędzej czy później skończyłby przebity widłami albo zatłuczony kijami podczas pełni księżyca.

Bruno wpatrywał się w fotografię z nowym zdumieniem.

- Do wszystkiego doszedł sam - powiedział Alvaro. - Mógł być najwyżej dziwadłem, ale wykierował się na wybitnego artystę i wspaniałego człowieka. Gdzie? W cyrku. Dlaczego? Bo to jedyne miejsce, które daje ochronę i zgodę na bycie innym. Wyobrażasz sobie jego życie gdzieś wśród ludzi na ulicy? W fabryce? Na wsi? Nie - Meksykanin wymownie pokręcił głową. - To jest możliwe tylko w cyrku.

 
 
ROZDZIAŁ 3.

Berlin/Oppeln,

wiosna - lato 1939 roku

 
 

Greta minęła most Stulecia prowadzący z Zaodrza w stronę rynku i skręciła w Hafenstrasse. Dochodziła szesnasta. Herbert właśnie kończył pracę w nowym gmachu rejencji. Byli umówieni za kwadrans.

Dziewczyna z troską spojrzała na wieżę, pozostałość po dawnym zamku Piastów, jakby chciała się przekonać, czy baszta nadal jest na swoim miejscu. Kiedy nadprezydent rejencji górnośląskiej wydał decyzję o rozbiórce zamku, mniejszość polska w Opolu protestowała tak licznie i tak głośno, że dla uspokojenia nastrojów postanowiono zostawić przynajmniej wieżę.

Uwielbiała to miejsce. Uroczy zakątek wyspy Pasieka z Domkiem Lodowym, gdzie tato zabierał ją na zimową ślizgawkę. Wypożyczali niklowane "polluksy" przeznaczone dla początkujących, choć Greta upierała się, że chce jeździć na zawodowych łyżwach. Tak jak jej starsza o rok koleżanka Maxi Herber, która w wieku dwunastu lat zdobyła na opolskim lodowisku mistrzostwo Niemiec w jeździe figurowej, a potem zrobiła światową karierę.

Usiadła na ławce. Pomyślała, że beztroskie czasy dzieciństwa bezpowrotnie minęły i obróciły się w popiół. Dokładnie tak jak wznosząca się obok Stawku Zamkowego wspaniała synagoga, po której zostały tylko zgliszcza. Ci, którzy doprowadzili do jej spalenia, coraz wyżej podnosili głowy, mieniąc się panami świata.

Kilka chwil później dostrzegła Herberta z daleka machającego jej ręką.

Starszy z braci Janoschek w popielatym dwurzędowym garniturze wyglądał olśniewająco. Nosił teraz niewielki wąsik i wielką teczkę ze świńskiej skóry, które miały dodawać mu powagi. W końcu był kancelistą najważniejszego urzędu w regionie.

Posadę dostał przypadkiem.

Gdy kilka miesięcy temu Hitler dokonał rozbioru Czechosłowacji, zajmując część jej terytorium, do rejencji opolskiej przyłączono Kraj Hulczyński, czyli kawałek Górnego Śląska niedaleko Opawy, który Niemcy straciły po I wojnie światowej. Potrzebni byli nowi urzędnicy w administracji regionu, a Herbert znał nie tylko polski i niemiecki, ale też czeski - rodzinny język ojca.

Podszedł do Grety i pocałował ją w policzek.

- Niezłe miejsce wybrałaś - uśmiechnął się, wskazując oczami tabliczkę z nazwą ulicy "Strasse der SA".

Podążyła za jego wzrokiem i zrozumiała. Temat dwóch prześladowców Bruna, którzy wstąpili do SA, od miesięcy był komentowany na Zaodrzu. Zwłaszcza że bandyci "Flinka" czuli się bezkarni i mogli prowadzić swój przestępczy proceder pod ochroną partii hitlerowskiej. Teraz to oni rządzili na dzielnicy. I budzili powszechny strach.

- Masz jakieś wieści o "Flinku"? - spytała Greta pod wpływem tych myśli.

Herbert przecząco pokręcił głową.

- Nic nowego. Poza tym, że z więzienia przeniesiono go do jakiegoś obozu, gdzie ma się o wiele lepiej. Ale to już wiesz. Najważniejsze, że prędko nie wyjdzie. Dziesięć lat, które dostał za okaleczenie mnie i kradzież torebki, to surowy wyrok, ale miał pecha. Kobieta, którą zaatakował, okazała się siostrą sędziego z Wrocławia, a ten już zadbał o to, aby skazać "Flinka" za napad rabunkowy z bronią w ręku, bez prawa ubiegania się o zwolnienie warunkowe. Czytałem akta. Na wolność wyjdzie w tysiąc dziewięćset czterdziestym szóstym - dodał z satysfakcją.

- Niemniej zagrożenie dla Bruna ciągle istnieje - uznała dziewczyna.

- To prawda - zgodził się. - Nie powinien wracać. Ci ludzie są pamiętliwi i potrafią pielęgnować zemstę. Matka "Flinka" spluwa pod nogi, ilekroć widzi mnie na ulicy.

Greta milczała.

- Dostałeś list od Bruna? - spytała po chwili.

Herbert położył jej dłoń na ramieniu.

- Greto - powiedział łagodnie. - Wiem, że ci przykro, bo częściej pisze do mnie niż do ciebie, ale on taki już jest. Zawsze był szorstki i nie potrafił wyrażać uczuć. Ale jestem pewien, że cię kocha i myśli o tobie.

Uśmiechnęła się blado.

- Dobry z ciebie przyjaciel, Herbercie. Najlepszy, jakiego mam - uścisnęła jego dłoń. - Więc co u niego?

- Robi karierę w cyrku - odparł.

Sięgnął do teczki, z której wydobył fotografię młodszego z braci Janoschek w stroju kowbojskim. Podał ją Grecie.

- To jego kostium. Obraca się w nim na drewnianym kole, a Don Alvaro rzuca w nie nożami. A na koniec pokazu ludzie z obsługi przynoszą mniejszą tarczę i Bruno też wykonuje jeden popisowy rzut.

Greta nie sprawiała wrażenia zachwyconej.

- Myślisz, że zostanie w cyrku na stałe? - spytała.

Herbert wzruszył ramionami.

- Diabli wiedzą. A ty jak myślisz?

- Sama nie wiem - dziewczyna wyraźnie się strapiła. - Z jednej strony cieszę się, że jest bezpieczny, z drugiej - tęsknię i...

- Boisz się, że rozłąka wam zaszkodzi? - przerwał.

- Herbert, ja go nie widziałam od trzech lat. Zdjęcie w stroju rewolwerowca z Teksasu tu nie pomoże. Tyle razy chciałam do niego jechać - pokręciła głową. - Ale rodzice zabronili. "Skończysz osiemnaście lat, to będziesz o sobie decydować". Wiesz, jacy są. A przecież z domu nie ucieknę - uniosła i opuściła ręce. - Najgorsze, że Bruno też nie może przyjechać, bo to zbyt niebezpieczne. Sama mu to powtarzam za każdym razem, kiedy pisze, że już nie może wytrzymać i wybiera się do Opola. Znasz bandytów "Flinka". Oni ciągle go szukają. Dlatego listy wysyłam na adres skrytki pocztowej w Berlinie i nawet nie znam jego adresu - stwierdziła i dodała gorzko:

- W przyszłym roku skończę te cholerne osiemnaście lat. Nie uważasz, że to śmieszne? Jednego dnia będę dzieckiem pod mamusiną spódnicą, a następnego - kobietą, która będzie mogła jechać do swojego mężczyzny w Berlinie. Co za bzdura - zirytowała się. - A co będzie, jeśli nie wytrzymamy tego roku?

Zapadła kłopotliwa cisza.

- Kiedy byłem jesienią w Berlinie - zaczął ostrożnie starszy z braci Janoschek - Bruno aż kipiał z dumy, że chcesz iść na studia. I... - zawahał się - powiedział, że może mogłabyś wybrać uniwersytet w Berlinie...

Oczy Grety rozbłysły.

- Naprawdę tak powiedział?

- Naprawdę.

- Czy chcesz mnie tylko pocieszyć? - nabrała podejrzeń. - Nigdy nie wspomniał o tym w żadnym liście.

- Słowo daję.

Dziewczyna klasnęła w dłonie.

- Wybierałam się na uniwersytet do Wrocławia - ożywiła się. - Ale Berlin przecież niewiele dalej. Moglibyśmy nareszcie być razem. Byłoby cudnie.

- Byłoby cudnie - potwierdził Herbert i odwrócił głowę, żeby nie zauważyła, jak nagle posmutniał.

 

W tym samym czasie czterysta pięćdziesiąt kilometrów dalej Bruno Janoschek rozpiął się na drewnianym kole jak człowiek Leonarda i kiwnął na chłopaka z obsługi.

- Możesz zakręcić - zawołał.

Pomocnik techniczny podskoczył i zaczął majstrować przy mechanizmie obrotowym, a wtedy Bruno zauważył, że w namiocie, w którym trwała próba przed weekendową premierą, pojawił się ktoś jeszcze. Krępy, przygarbiony mężczyzna w pocerowanym swetrze, który zaplótł ręce na piersiach i przyglądał się, jak Don Alvaro waży w dłoniach noże. Wydawało mu się, że rozpoznaje twarz tego człowieka, ale koło ruszyło i mógł się jej przyjrzeć dopiero, gdy przez chwilę znów znalazł się w pozycji głową do góry.

Waldo. Klaun na usługach tajnej policji Hitlera.

Trudno go było skojarzyć bez charakteryzacji - krzykliwego makijażu i olbrzymiej kolorowej piżamy, uwielbianej przez tłumy widzów, którzy nie mieli pojęcia, że pod zabawną maską kryje się gnida donosząca na kolegów.

Widok ponurego klauna zaniepokoił Bruna. Czego tu szuka? Widział, że odprowadza wzrokiem każdy nóż rzucany przez Meksykanina. W końcu Alvaro pozostał z pustymi rękami. Bezbronny.

W tej samej chwili Waldo wykonał jakiś gest i do namiotu wpadli dwaj rośli mężczyźni w kapeluszach i długich płaszczach. Podbiegli do Don Alvara. Jeden z nich przewrócił go na arenę, o mało nie łamiąc Meksykaninowi ręki. Sekundę później przycisnął go kolanem do ziemi i próbował założyć kajdanki. W tym momencie na jego plecach wylądował rozwścieczony Paco.

Małpka strąciła tajniakowi kapelusz, rozorała mu pazurami policzek i wbiła zęby w kark. Oprawca Alvara wrzasnął i z trudem strząsnął ją z siebie. Wtedy drugi z tajniaków wyciągnął pistolet i przygryzając język, usiłował trafić uciekającą kapucynkę.

Ale Paco biegł przez arenę slalomem, a kiedy usłyszał trzask oznajmiający, że w magazynku skończyły się naboje, zatrzymał się, stanął na dwóch łapkach i wydał wybitnie szyderczy małpi jazgot. Po czym czmychnął pod ławki widowni.

- Wyłącz mnie! - krzyknął Bruno do pracownika technicznego, który stał sparaliżowany i zatykał sobie uszy przed hukiem wystrzałów.

Ocknął się dopiero po chwili, zatrzymał mechanizm koła i pomógł chłopakowi stanąć na nogach.

Bruno usiłował opanować zawroty głowy, a kiedy się to udało, zobaczył, jak Alvaro mozolnie, z rękami skutymi za plecami, dźwiga się na kolana. Obaj tajniacy odczekali do tego momentu, a potem z furią zaczęli go bić i kopać, mszcząc się za atak i bezkarność Paco.

Bruna zalała fala wściekłości.

Chwycił jeden z noży leżących na stoliku, uniósł go i w tej samej chwili poczuł silnego kopniaka w tyłek. Odwrócił się. Za nim stał dyrektor cyrku, którego wcześniej nie zauważył. Zbyt mocno kręciło mu się w głowie.

- Co ty chciałeś zrobić, durny szczeniaku? - syknął. - Rzucić nożem w gestapowca?

Incydent odwrócił uwagę tajniaków i Walda, którzy na szczęście nie zauważyli zamiaru Bruna. Ci dwaj w płaszczach chwycili Alvara pod ręce i wyprowadzili z namiotu.

- Czy to wszystko, panie kolego? - dyrektor spytał Walda, ale ten nie zaszczycił go odpowiedzią. Podejrzliwie wpatrywał się w Bruna. Dyrektor podążył za jego wzrokiem.

- A ty, gówniarzu, do mojego biura! - wrzasnął. - W tej chwili!

Popchnął chłopaka przodem. Na trocinach areny krzepły krople krwi Don Alvara, wyznaczające szlak do wyjścia, tak jak na mapie wyznacza się granice.

 

- Ten kop w dupę był dla twojego dobra - powiedział dyrektor, gdy zamknął drzwi gabinetu. - Zdajesz sobie sprawę?

Ale mina Bruna nie wydawała się tego potwierdzać.

- Co ci do łba strzeliło? Gdybyś rzucił tym nożem, już byłoby po tobie. Zastrzeliliby cię na miejscu.

Chłopak kiwnął głową.

- Dziękuję, panie dyrektorze. I przepraszam. Przez chwilę zaślepiła mnie biała gorączka. Gdyby nie pan dyrektor...

- Masz szczęście - szef cyrku wytarł spocone czoło i kark chustką wyciągniętą z kieszeni spodni.

- Za co aresztowano Don Alvara? - spytał Bruno.

Dyrektor zamachał rękami w powietrzu.

- Za głupotę. Łaził na jakieś zebrania przeciwników Hitlera przy Hermannplatz. Byłeś tam z nim? - spytał podejrzliwie. - Waldo mógł go śledzić, więc jeśli widział was tam razem...

- Parę razy jeździłem z Don Alvarem na Hermannplatz, ale zawsze czekałem na niego w restauracji na dachu Karstadtu. Byłem pewien, że chodziło o schadzki z kobietami.

- Oooo tak - sapnął dyrektor. - Nasz Alvaro to przedstawiciel wybitnie jurnego narodu.

- Nie wiedziałem, że Meksykanie... - zaczął Bruno, ale urwał na widok miny dyrektora.

- Jacy Meksykanie?! Alvaro to Cygan. Czeski Cygan. Z Moraw. Wiedziałeś o tym?

- Nie - odparł zaskoczony chłopak.

- Ja też nie. Waldo to wywąchał. Gestapowski pies - dyrektor splunął z pogardą. - To mu ułatwiło sprawę. Cyganie według przepisów rasowych to tacy sami podludzie jak Żydzi.

Kawałki układanki w głowie Bruna zaczęły wskakiwać na swoje miejsca. Teraz zrozumiał, dlaczego Alvaro nagle zmienił zdanie i pomógł mu w Opolu, gdy dowiedział się, że ojciec braci Janoschek jest Czechem. I dlaczego "Meksykanin" nie miał trudności z rozumieniem polskiego.

- Parszywe czasy - dyrektor ciężko opadł na fotel za biurkiem. - Nasz cyrk zawsze był domem ludzi utalentowanych. Nigdy nie było ważne, kto skąd pochodzi i jakie ma poglądy. Ważne było to, co umie. A teraz? Najważniejszy na arenie jest klaun, który należy do partii nazistowskiej. Na dodatek marny klaun. Tymczasem mistrz rzucania nożem, jeden z najlepszych w Europie w swojej dyscyplinie, trafi do obozu koncentracyjnego, bo myślał nie tak, jak powinien, i urodził się nie tam, gdzie powinien.

Bruno drgnął na dźwięk nazwy, której Alvaro zabronił mu kiedykolwiek używać. Milczał.

- Zastąpisz go? - spytał nieoczekiwanie dyrektor. - Dasz radę?

Chłopak nie wiedział, co odpowiedzieć.

- No tak - dyrektor nie czekał na rozstrzygnięcie jego dylematów. - Nie jesteś pewien - westchnął ciężko. - Masz czas do jutra. O ósmej rano egzamin. Na arenie.

 

Tej nocy Bruno nie zmrużył oka.

Lojalność wobec Alvara szarpała się w nim z pokusą wielkiego awansu. Perspektywa kariery walczyła z lękiem o los człowieka, który go wszystkiego nauczył. Radość z jutrzejszej próby ścierała się z obawą, czy jej sprosta.

O świcie doszedł do wniosku, że zda egzamin dla Alvara. On nie pozwoliłby mu się wahać.

Rano nie był w stanie niczego przełknąć, ale zagotował na kuchence spirytusowej wielki garnek wody, zaparzył mocnej kawy, a resztę wrzątku wlał do miednicy, do której wsypał garść ziół. Odczekał, aż puszczą kolor, i uzupełnił zimną wodą. Przez kwadrans trzymał dłonie zanurzone w kąpieli, tak jak to robił mistrz przed występami, relaksując stawy i szukając w tym czasie równowagi ducha. Wreszcie je wyjął, osuszył ręcznikiem, zaplótł i wygiął palce.

Żadnego trzasku. Żadnego drżenia. Dłonie działały jak dobrze naoliwiony mechanizm. Ubrał się, spakował najlepiej wyważone noże i ruszył do namiotu widowisk.

Komisja już czekała.

Dyrektor w trenczu zarzuconym na ramiona palił grube cygaro i sprawdzał na zegarku przytroczonym do złotego łańcuszka, czy Bruno nie obraził go choćby parosekundowym spóźnieniem. Upewniwszy się, że nie - skinął na jednego z żonglerów, który w cyrku pracował od początku świata.

- Najpierw pięć rzutów na pół obrotu rękojeścią do przodu - zakomenderował żongler. - Odległość trzy metry. Skupienie dziesięć centymetrów.

Bruno stanął w wyznaczonym miejscu, odnalazł punkt podparcia dla wysuniętej do przodu lewej nogi i chwilę prawdy, w której wypuszcza się noże tak, aby nie chybiły celu. Ta sama siła rzutu, ta sama kombinacja szybkich ruchów.

Usłyszał brawa dyrektora i kolejne polecenie:

- Metr dalej, ostrzem do przodu. Trzy rzuty. Skupienie co dziesięć centymetrów od lewej do prawej.

Wykonał bezbłędnie.

Dyrektor głośno wyraził uznanie, zadowolony, że numer nie spadnie z afisza, i kiwnął na stojącą z boku senioritę Inez. Miała szarą twarz i oczy podkrążone od płaczu. Stanęła wyprostowana przy drewnianym kole.

- Sześć rzutów - oznajmił żongler. - Trzy z jednej strony, trzy z drugiej. Technika mieszana.

Inez nawet nie mrugnęła, gdy pierwsze ostrze utkwiło w desce kilkanaście centymetrów od jej lewego policzka. Bruno poczuł, jak zalewa go fala radości, i wtedy usłyszał dziwny dźwięk. Mimowolnie spojrzał w jego kierunku.

Na ławce w pierwszym rzędzie widowni stał Paco. Skrzeczał po swojemu, ale tym razem cicho i jękliwie. W jego oczach malowała się rozpacz. Przednie łapki złożył tak, jakby modlił się o powrót Alvara.

Bruno odwrócił głowę poruszony i posłał w kierunku Inez kolejny nóż, który odbił się od koła i spadł na arenę. Zapanowała cisza, którą uszanowała nawet przerażona małpka.

Chłopak wziął głęboki oddech, ale zanim wrócił do egzaminu, sprawdził ręce tak, jak to zalecał Don Alvaro. Wyprostował je przed sobą najdalej, jak się da, i powoli uniósł na wysokość oczu.

Trzęsły się jak osika na wietrze.

 

Muzyka wytwarzana przez podwórkowego kataryniarza w połatanym fraku i cylindrze zawsze nastrajała Gretę optymistycznie. Przełożyła do drugiej ręki kankę z piwem, które niosła dla ojca z gospody Cimbollka przy Bleicherstrasse, i przystanęła, aby się nasłuchać. Zamknęła oczy, odwróciła twarz do słońca, które operowało coraz śmielej, i trwała tak aż do momentu, gdy usłyszała nieprzyjemny ostry dźwięk zagłuszający melodię.

No tak. Szlifierz. Gość, który na Zaodrzu miał stałą wizę pobytową. Gdy tylko usłyszał katarynkę i zobaczył gromadzących się przy niej ludzi, rozkładał swój stojak z kamiennym kołem i głośno zachwalał ostrzenie narzędzi domowych. Klienci pojawiali się natychmiast. Muzyka jest przyjemna, ale chleba nią nie ukroisz. Nożem tak.

Pisk szlifierki sprawił, że Greta skrzywiła się z niesmakiem i ruszyła w stronę kamienicy przy Kraüterei, w której mieszkała od urodzenia.

Podwórze było pełne wiosny. Na parapetach otwartych okien wietrzyły się pierzyny, starcy wygrzewali się na ławce, dzieci z krzykiem biegły za fajerkami toczonymi po chodniku za pomocą wygiętych prętów. Nawet psy szczekały inaczej niż wtedy, gdy ostrzegały przed złodziejami.

Odgarnęła włosy, które przylepiły się jej do czoła, i wtedy zobaczyła Bruna.

Stał przed drzwiami ich domu, ubrany w eleganckie szare spodnie, nowe półbuty, jasną koszulę i sweter bez rękawów w drobne zielono-granatowe romby.

W pierwszej chwili zamarła z zaskoczenia, które niemal natychmiast ustąpiło miejsca entuzjastycznej radości. Uważając, aby nie wylać piwa, podbiegła, postawiła kankę na ziemi i rzuciła mu się na szyję.

Objął ją mocno, ale to nie powstrzymało drżenia.

- Myślałam, że cię już nigdy nie zobaczę - szepnęła z przejęciem wtulona twarzą w jego sweter, jakby wełniany wzór był kratkami konfesjonału.

- Już dobrze - powiedział. - Jestem.

Odsunęła się na kilka centymetrów, upewniając się, że to prawda, i znów do niego przylgnęła.

Sąsiadki, od dłuższego czasu wyczekujące w oknach na rozwój sytuacji, osłoniły dłonią oczy, aby lepiej widzieć.

Takie sceny znały tylko z kina. Ona pocałowała go w usta, on się spłonił, a potem, żeby ukryć skrępowanie, podał jej paczkę ciastek opakowaną w firmowy papier cukierni Gebela i przewiązaną szpagatem z pętelką na palec. Greta uśmiechnęła się rozradowana, znów go pocałowała i ujęła pod ramię. Sięgnął po kankę z piwem i obydwoje zniknęli w sieni, prowokując pytania, jakie zawisły nad pierzynami.

Rodzice dyskretnie zniknęli w kuchni, zostawiając ich samych.

- Nie masz pojęcia, jak się cieszę, że cię widzę - wyznała Greta, gdy usiedli na krzesłach przy okrągłym stole nakrytym koronkową serwetą. - Dostałeś urlop czy cyrk Buscha będzie zaraz występował w Opolu?

- Z cyrkiem koniec - odparł Bruno.

- Jak to? - zdziwiła się.

- Dyrektor mnie wylał. Gestapo aresztowało Alvara i pryncypał liczył, że go zastąpię. Ale podczas egzaminu zaczęły mi się trząść ręce. Najpierw jeden z noży upadł na arenę, a potem asystentka uciekła z koła, bojąc się, że ją skaleczę, albo jeszcze gorzej.

- Aresztowali Alvara?

Bruno smutno pokiwał głową.

- Za co?

- Z ustawy rasowej i za działalność antypaństwową. Jeden szpicel dopatrzył się, że jest Cyganem, a nie Meksykaninem, i chodzi na jakieś nielegalne zebrania.

Twarz dziewczyny wykrzywił grymas gniewu i oburzenia.

- Straszne - uznała. - Podobnie jak to, że po prawie trzech latach wyrzucono cię z powodu jednego chybionego rzutu.

- Temu się akurat nie dziwię - stwierdził Bruno. - Wyobrażasz sobie takie coś podczas występu? Widzowie mogą podziwiać i oklaskiwać tysiące udanych rzutów nożem, ale żaden z nich nie zostanie im w pamięci. Zapamiętają tylko ten, który się nie udał. Takie jest prawo publiki. Tu nie ma miejsca na błąd.

- Co zamierzasz? - w głosie Grety radość z powrotu Bruna mieszała się z troską.

- Jeszcze nie wiem. Za szybko się to wszystko wydarzyło. Pewnie poszukam jakiejś pracy.

Milczała, uznając, że nie wypada zapytać o strach przed ludźmi "Flinka".

- Pewnie się zastanawiasz, co teraz zrobią bandziory z Zaodrza? - wyręczył ją Bruno.

Spojrzała mu prosto w oczy.

- Nie martw się - powiedziała. - Wymyślimy coś.

- My? - uśmiechnął się.

- My - potwierdziła. - Teraz liczymy się tylko my. Mam nawet pewien pomysł.

 

Topola była martwa, dlatego żaden z noży rzucanych przez Bruna nie robił jej krzywdy. Rosła na polanie nad Odrą, przy ścieżce prowadzącej wzdłuż rzeki w stronę Zakrzowa. Wokół nie było żywej duszy, dlatego chłopak mógł rozłożyć na trawie swoje akcesoria przywiezione z Berlina i urządzić Grecie prywatny pokaz. Był trochę niezadowolony, że dziewczyna, zamiast podziwiać jego zręczność i kunszt, bardziej interesuje się techniką i fizyką rzutu, ale i tak dał z siebie wszystko.

- Doskonale - oceniła, gdy skończył, jakby to ona go teraz egzaminowała. - Właśnie na coś takiego liczyłam.

Spojrzał na nią, nie bardzo rozumiejąc, co ma na myśli.

- Na co liczyłaś?

- Że jesteś taki dobry. Posłuchaj. Mam taki plan: zamiast się kryć, przemykać opłotkami i oglądać za siebie, czy nikt na ciebie nie poluje, proponuję ci urządzić huczne powitanie na Zaodrzu.

Teraz już zupełnie nie rozumiał.

Greta sięgnęła do torby, do której spakowali kanapki i wodę sodową, wyjmując z niej zrolowany arkusz papieru.

- Zobacz, czy taka treść anonsu ci odpowiada?

- Anonsu? - rozwinął rulon i przeczytał głośno: "W tę sobotę o godzinie 17.00 na błoniach nad Odrą odbędzie się premiera artysty sławnego cyrku Buscha, Bruna Janoschka. Mistrz zaprezentuje publiczności Odervorstadt wyjątkowy pokaz sztuki rzucania nożami. Dla mieszkańców dzielnicy wstęp darmowy".

Popatrzył na nią pytająco.

- Mam się sam oddać w łapy ludzi "Flinka"? Przecież cała banda tam się zleci.

- Taką mam nadzieję.

- Chyba za tobą nie nadążam.

- Bruno - położyła mu dłoń na ramieniu - przy wszystkich niczego ci nie zrobią. A dzięki temu pokazowi zyskasz popularność, która zawsze jest jakąś ochroną. To po pierwsze. A po drugie i najważniejsze: niech zobaczą, co potrafisz. Co ryzykują, jeśli zechcą cię zaatakować. Nie bałbyś się napaść na mistrza rzucania nożem? Bo ja bym się bała.

 

Piegowaty siedmio-, może ośmiolatek, usiłujący dopchać się do wózka z watą cukrową, odwrócił głowę i automatycznie zrobił kilka kroków w tył. Podobnie jak inne dzieci z Zaodrza znał doskonale tutejszych bandytów i kiedy zobaczył kilkunastu z nich zmierzających w kierunku łąki nad Odrą, przezornie wolał zejść z drogi.

Tak jak przewidziała Greta, przyszli tłumnie.

Dawni ludzie "Flinka", ale też złodzieje z innych grup i wolni strzelcy, kradnący i rabujący na własną rękę. Plus kilkunastu zwykłych łobuzów, wiecznie podpitych i szukających okazji do bójki. Gdyby policja była mądra - pomyślała Greta - mogłaby przy tej okazji nieźle się obłowić, zapełniając aresztowanymi ze trzy furgony. Ale najwyraźniej stróże prawa oszczędnie gospodarowali sprytem. Albo odwagą. Nie byli mile widziani na Zaodrzu i nie narzucali się tubylcom ze swoją obecnością.

Żulia i szumowiny dzielnicy zbili się w gromadę, jakby przygotowano dla nich specjalny sektor, bo wokół nagle zrobiło się pusto. Mieszkańcy Odervorstadt, którzy bardzo chcieli zobaczyć, co też pokaże młodszy z braci Janoschek, odsuwali się i unikali kontaktu wzrokowego z bandytami. Niejedno ciężkie pobicie zaczęło się od banalnego "na co się gapisz?".

Zwłaszcza że w tłumie lokalnych mętów dawało się wyczuć wyraźną nerwowość. Pewnie wynikała z bezczelności Bruna, który nie tylko ośmielił się wrócić na dzielnicę, gdzie miał wyrok śmierci, ale jeszcze demonstrować tu cyrkowe wygłupy. Chuligani podśmiewali się i rzucali szydercze uwagi, ale tak naprawdę byli beczką prochu. Spragnioną iskry. Wczoraj ograniczyli się do zrywania afiszy zapowiadających występ i wydrukowanych przez Gretę w zakładzie poligraficznym niedaleko dawnego Regierungsplatz. Wczoraj wystarczył im zapach kleju. Dziś chcieli powąchać krwi.

Bracia Janoschek zdawali się tego nie zauważać. Herbert sprawdzał mocowania podpórek pod trzema szerokimi deskami, na których farbą olejną namalowano kontury ludzkich postaci. Nie miały twarzy. Poza jedną, na której umieszczono wąską kreskę ust i nos rozklepany jak rostbef. Tłum bez trudu rozpoznał w niej "Flinka" i zaczął szemrać, ale w tej samej chwili na łące pojawili się dwaj funkcjonariusze SA.

Przywitali się z bandytami, ściskając im dłonie, a kiedy skończyli, jeden z hersztów dzielnicy ruchem głowy wskazał im braci Janoschek.

SA-mani podeszli do Herberta poprawiającego deski i Bruna, który ubrany w czarne spodnie i trykot tego samego koloru gimnastykował dłonie przed pokazem.

- Halt! - wrzasnął jeden z nich, choć bracia nie zamierzali nigdzie uciekać. - Co się tu dzieje?

- Pokaz sztuki cyrkowej - odparł spokojnie Bruno, zerkając na wyższego z SA-manów, który podszedł do niego, uderzając w swoją lewą dłoń drewnianą pałką trzymaną w prawej.

- Zezwolenie jest?! - krzyknął jego kolega i tłum nagle ucichł. SA-mani mieli prawo uznać zgromadzenie za nielegalne i rozpędzić ludzi do domów, nie szczędząc im ciosów pałkami.

Bruno wpadł w chwilowy popłoch, ale odsunął go Herbert, który sięgnął do wewnętrznej kieszeni marynarki i wyjął arkusz opatrzony pieczęciami. Nie po to był urzędnikiem w rejencji, żeby nie przewidzieć takiej sytuacji. Załatwienie papierka u znajomego kancelisty w ratuszu zajęło mu pięć minut.

- Coś jeszcze? - spytał SA-mana, który bez słowa oddał mu zezwolenie i odwrócił się na pięcie, kiwając na kolegę.

Tłum odetchnął.

Bruno, który uznał to za najlepszy moment do rozpoczęcia programu, uniósł ręce do góry, żeby przyciągnąć uwagę.

- Witajcie, przyjaciele! - zawołał. - Dziękuję, żeście przyszli. Długo mnie na Zaodrzu nie było, ale chcę wam powiedzieć, że nie zmarnowałem tego czasu. Przez prawie trzy lata byłem w Berlinie, w sławnym cyrku Buscha, gdzie pobierałem nauki u Don Alvara - jednego z najlepszych na świecie miotacza noży. Pamiętacie go?

Kilkanaście osób entuzjastycznie potwierdziło.

- No właśnie - skwitował Bruno. - Dlatego ku chwale mojego mistrza chciałbym dziś wam, sąsiedzi i przyjaciele, pokazać, czego mnie nauczył.

Rozległy się brawa zagłuszone za moment przez gwizdy chuliganów.

Bruno udał, że ich nie słyszy. Sięgnął po pierwszy komplet czterech noży i z szybkością błyskawicy, niemal nie robiąc przerw, po kolei i bezbłędnie wbił je w korpus pierwszego konturu.

Tym razem żulia nie miała szans wygrać z donośnością oklasków.

- A teraz - zawołał Bruno, cofając się o krok z drugim kompletem noży w lewej dłoni i stając naprzeciwko drugiego konturu - jeszcze raz to samo, ale z trzymaniem za rękojeść i pełnym obrotem.

Tłum zawył z zachwytu na widok serii udanych rzutów.

- I wreszcie - oznajmił Bruno, zajmując pozycję przed konturem z namalowaną twarzą - do celu!

- Do celu! - potwierdził głos wydobywający się z kilkudziesięciu gardeł.

Chłopak uniósł nóż w powietrzu i spytał głośno:

- Głowa?

- Głowa! - potwierdził tłum.

Nóż mignął i wbił się tuż nad rozklepanym nosem.

- Serce? - Bruno podkręcił atmosferę.

- Serce!

Ostrze wbiło się idealnie.

- Lewa ręka?

- Lewa! - krzyczał tłum, a Odra niosła głosy po wodzie na drugą stronę miasta.

Po skończonym pokazie Bruno ukłonił się, wyprostował i znieruchomiał, wbijając wzrok w gromadę przestępców. Ci na przedzie patrzyli na niego twardo i gniewnie, ale z satysfakcją dostrzegł u innych coś, co bardzo pragnął zobaczyć. Przelotne, niemal niedostrzegalne, a jednak wyraźne: respekt, podziw i obawę.

Obok stali dwaj funkcjonariusze SA. Wytrzymali jego spojrzenie z kamiennymi twarzami doświadczonych bandytów.

Wyższy splunął na ziemię i odeszli. A żulia za nimi.

 

- To był majstersztyk! - oświadczył Herbert tydzień później, gdy jak zwykle w trójkę wybrali się do winiarni braci Prüfer przy Tuchmarkt. Patrzył na Gretę z niekłamanym podziwem, aż poczuła się skrępowana.

- Cieszę się, że się udało - lekko kiwnęła głową. - Ale to też wielka zasługa Bruna.

- Udało się? - oburzył się Herbert. - Od paru dni jest tak: wystarczy, że mój brat wyjdzie z domu, a ludzie go pozdrawiają i ściskają mu rękę na powitanie. Rozumiesz? Ulica go broni. Popularność go osłania. Bandziory pochowały się w swoich szczurzych norach. Greta! Twój pomysł był genialny propagandowo! Żeby się tylko minister Goebbels o tym nie dowiedział, bo zrobi cię swoją zastępczynią.

Dziewczyna popukała się w czoło.

- Żeby ciebie nie zrobił pierwszym amantem kina Trzeciej Rzeszy - odgryzła się. - Ponoć coraz lepiej radzisz sobie na scenie.

- All the world is a stage - powiedział refleksyjnie Herbert. Jego brytyjski akcent był bez zarzutu. Nie na darmo wydawał część pensji na lekcje angielskiego.

- Co to znaczy? - chciała wiedzieć.

- Cały świat jest sceną - wyjaśnił. - To Szekspir.

Bruno przysłuchiwał się ich dyskusji, milcząc i popijając rieslinga.

- Duszno tu - powiedział wreszcie. - Trzeba było iść do Siwinnego przy rynku. Tam przynajmniej chłodno, bo w piwnicy.

- Ale drogo - podsumował Herbert.

- Nie stać cię? - młodszy z braci Janoschek uniósł brwi. - Myślałem, że Trzecia Rzesza dobrze płaci swoim wiernym urzędnikom.

- Dałbym ci po mordzie - odparł Herbert. - Ale po tym, jak zobaczyłem, co wyprawiasz z nożem, wolę nie ryzykować - wyznał i wszyscy troje się roześmiali.

Wieczór był wymarzony na spacer.

Opolski rynek w romantycznym świetle latarni wyglądał jak scenografia hollywoodzkiego melodramatu. Młode kobiety w kwiecistych sukniach o oczach zamglonych szczęściem szły pod rękę z przystojnymi mężczyznami w nienagannych mundurach, a wokół pachniało latem.

- To mi śmierdzi wojną - Bruno popsuł nastrój, wskazując grupę oficerów Wehrmachtu okupującą stoliki w ogródku piwiarni. W ostatnich tygodniach przybywało ich w Opolu jak wody w Odrze po ulewnych deszczach. Trwała rekwizycja koni i samochodów, a obywateli Niemiec kierowano do obowiązkowego Sofortprogramm, czyli prac przy wzmacnianiu mostów i dróg prowadzących w kierunku polskiej granicy. Przed kilkoma dniami Greta otrzymała wezwanie z lecznicy na badanie kontrolne płuc, ale wróciła z niczym, bo jej lekarzowi odebrano stetoskop, wręczono łopatę i na sześć tygodni wysłano do kopania rowów na potrzeby wojska. Za czterdzieści osiem fenigów za godzinę - szepnęła znajoma pielęgniarka, wywracając oczami z oburzenia.

Na Zaodrze dotarli przed dziesiątą. Herbert pożegnał się i taktownie zostawił ich samych. Przeszli jeszcze kilkanaście kroków, gdy Greta zatrzymała się i przywarła do Bruna całym ciałem.

Od niedawna byli kochankami.

Wszystko odbywało się pośpiesznie w zaroślach nad Odrą, w wiecznej obawie, że ktoś nadejdzie, i z asystą komarów, ale i tak dawało Grecie rozkosz. Czy Brunowi również?

Kończył jak typowy samiec, w milczeniu i z pomrukiem ulgi, ale nigdy nie zwierzał się ze swoich doznań. Brakowało mu wrażliwości starszego brata, który rozczytywał się w poezji, potrafił pięknie mówić i czule pogłaskać po łbie bezdomnego kundla.

Marzyła, że kiedyś z Brunem wynajmą apartament w drogim hotelu, z patefonem, szampanem i dużym łóżkiem. Że będą świece i koronkowa bielizna zamiast pospolitych majtek wiszących na kostce jej uniesionej nogi jak biała flaga oznaczająca kapitulację. Ale ta wizja czekała na lepszy świat i lepsze czasy.

Przylgnęła do chłopaka całym ciałem i pocałowała go w usta.

- Dobrze ci było wczoraj nad rzeką?

Spojrzał na nią zaskoczony.

- Chyba czułaś, nie?

Uśmiechnęła się kwaśno.

- Nie lubisz mówić o sobie, co? Przez ostatnią godzinę w ogóle się nie odezwałeś. Coś cię zmartwiło? Ci żołnierze? Wojna?

Wzruszył ramionami.

- Może trochę.

- Boisz się, że z Herbertem powołają was do niemieckiego wojska?

- Nie - lekceważąco machnął ręką. - Nas nie wezmą. Herbert mówił, że jesteśmy kategoria trzecia. Pierwsza to Niemcy czyści rasowo, którzy wierzą w Hitlera. Druga to też Niemcy, ale bierni politycznie. A trzecia to ni Niemcy, ni Polacy. Rozwodnieni - jak to mówią ci z SA. Wasserpolen. To my. Ludzie, którym żaden niemiecki dowódca nie da do ręki karabinu, bo nie wie, czy przypadkiem nie skierujemy lufy w jego stronę.

- Zatem co cię martwi, Bruno?

- Zamieszanie. Wojna to zamieszanie. Zakazy, nakazy, przepustki, kartki na żywność i godzina policyjna. Wehrmacht ruszy na wschód, a my zostaniemy w państwie, w którym niczego nie będzie wolno. Pozwolą nam milczeć i każą wykonywać polecenia takich bydlaków jak ci od "Flinka", obecnie wielcy funkcjonariusze SA.

- Nie sądziłam, że jesteś obrońcą swobód obywatelskich.

Bruno nie odpowiedział. Ujął ją pod rękę i skręcili w Kraüterei.

- Mam pewien plan - odezwał się po dłuższej chwili.

Zerknęła pytająco.

- Po tym widowisku nad rzeką przyszło mi do głowy, że może mógłbym zarobić na rzucaniu nożami.

- Co masz na myśli?

- Pokazy. W całych Niemczech. W małych miejscowościach, do których cyrk nigdy nie dojedzie. W dzielnicach, takich jak nasza. Zobacz, ilu ludzi przyszło na Zaodrzu. Wystarczyło parę afiszy, a ściągnęli odpustowi sprzedawcy świecidełek, waty cukrowej i pierników. Noże mam, akcesoriów dużo nie potrzeba, a gdyby do tego dołożyć to, o czym ja marzyłem trzy lata temu, czyli naukę rzucania za parę marek... Myślę, że chętnych będzie bardzo wielu.

- Znów chcesz mnie zostawić?

- Tylko na miesiąc. Zamyślam pojechać do Berlina, kupić trochę rekwizytów. Może dyrektor zgodzi się sprzedać mi małpkę Don Alvara. Koledzy zorganizują kilka występów w Berlinie, przywiozę jakieś pieniądze. A potem zobaczymy. Co powiesz?

- Pomysł wydaje się mi się dobry. Pewnie właściciele słynnych cyrków zaczynali tak samo - uśmiechnęła się. - Muszę gdzieś o tym poczytać. Smutno mi tylko, że znów się rozdzielimy.

- Miesiąc minie raz-dwa - zapewnił i tym razem to on ją pocałował.

 

Paco zniknął.

Tuż po oblanym egzaminie Bruna wybiegł z namiotu cyrkowego i rozpłynął się w powietrzu. Klauni, u których mieszkał od czasu aresztowania Alvara, znaleźli tylko meksykańskie kostiumy małpki poszarpane zębami i pazurami. Sombrero Paco zabrał ze sobą, ale porzucił w pobliskich zaroślach.

Nikt go więcej nie widział.

Może znalazł nowego przyjaciela, wpadł pod auto albo umarł ze smutku i starości, bo ponoć miał już trzydzieści lat.

- Waldo podejrzewał, że ty go ukradłeś - powiedział dyrektor, gdy Bruno odwiedził go z ofertą kupna kapucynki. Wcześniej podnajął pokój u znajomego w Kreuzbergu, dał kilka pokazów rzucania nożem w robotniczych dzielnicach Berlina. Odłożył ładny grosz.

Z cyrku pojechał tramwajem na Hermannplatz, zamówił kufel pilznera na dachu Karstadtu i oddał się myślom, co robić dalej. Zamierzał przedłużyć pobyt o kolejne dwa tygodnie i zorganizować tournée po peryferiach stolicy Trzeciej Rzeszy. Ale bez Paco stracił cały zapał do tego pomysłu.

Wracam - postanowił, wycierając czoło z potu. Ostatnie dni sierpnia 1939 roku były wyjątkowo upalne.

Decyzja podniosła go na duchu.

Przez trzy lata zdążył przywyknąć do rozłąki z Gretą i bratem, ale wtedy przynajmniej miał ich listy. Teraz od miesiąca nie miał pojęcia, co się dzieje w Opolu, a kiedy człowiek nie ma wiedzy, to zastępuje ją przypuszczeniami.

Na Zaodrzu był już raczej bezpieczny. Po pokazie lokalni bandyci nie szukali z nim zwady. Zresztą po co? Bo "Flink" kiedyś tam wydał wyrok? "Flink" od trzech lat siedział, a trzy lata w świecie przestępczym to epoka. Tu żyje się szybko i krótko. Umiera młodo. Od policyjnej kuli, noża konkurencji, pałki strażnika albo szydła wbitego w serce przez współwięźniów. Po trzech latach mało kto o człowieku pamięta. Jego miejsce na ulicy dawno jest zajęte, a prawo, jakie ustanowił, podlega zmianie niczym ustawy Reichstagu pisane pod dyktando nowego dyktatora. A nagroda za głowę Bruna? Z czego niby "Flink" miałby ją wypłacić? Z więziennych wszy? Cała dzielnica widziała jego matkę, która, żeby przeżyć, handlowała kradzionymi rzeczami, rozkładając na trotuarze Breslauerplatz wyliniałe kołnierze z lisów, pocerowane swetry i buty, które wyglądały, jakby przeszły pół świata.

Wyrok na Bruna był już tylko wzmianką historyczną. Równie nieważną jak średniowieczna lokacja Opola dokonana przez prawnuka jakiegoś tam polskiego króla, którego na Zaodrzu kojarzy pewnie tylko Greta.

Tęsknił za nią.

Ucieszył się na myśl, że wkrótce się zobaczą i poczuje ciepło jej ciała. Wracam - powtórzył w myślach. Pokazy równie dobrze mogę urządzać w rejencji górnośląskiej. Nawet bez Paco.

 

Przewijała z matką motek wełny, gdy usłyszały pukanie do drzwi.

Miała ręce skrępowane kosmatą nicią, więc matka wstała z krzesła i poszła otworzyć. W progu stał rozpromieniony Bruno, który ucieszył się jeszcze bardziej na widok jej kompletnie zaskoczonej miny.

- Nie spodziewałaś się, co? - spytał.

Greta pokręciła przecząco głową.

Sprawiała wrażenie kompletnie oszołomionej. Podniosła się z krzesła i stała nieruchomo z rękami uniesionymi jak do błogosławieństwa i spętanymi wełną.

Bruno nie tracił czasu.

Sięgnął do kieszeni, wyjął niewielkie czerwone pudełeczko. Widząc, że dziewczyna nie może się ruszyć, otworzył je i umieścił na otwartej dłoni, którą podsunął w jej kierunku.

- Greto... - zaczął, gdy jej matka zaczęła szlochać. Moment był naprawdę wzruszający. Jak w kinie.

Dziewczyna zbladła z wrażenia, a jej usta zaczęły drżeć. Zacisnęła je, a potem wzięła głęboki oddech.

- Nie mogę tego przyjąć - oświadczyła nie swoim głosem.

Uśmiech na twarzy Bruna zgasł w ułamku sekundy.

- Dlaczego? - spytał zaskoczony.

Greta, pomagając sobie podbródkiem, odsunęła wełnę z lewego nadgarstka i odwróciła dłoń w stronę Bruna.

Na serdecznym palcu lśnił pierścionek.

- Bo już jeden przyjęłam przed tygodniem. Wychodzę za mąż za Herberta.

 

[...]

SPIS TREŚCI
 
 

PROLOGOS

EPEJSODION PIERWSZY: WALTER

Rozdział 1.

Rozdział 2.

Rozdział 3.

Rozdział 4.

Rozdział 5.

Rozdział 6.

Rozdział 7.

Rozdział 8.

Rozdział 9.

Rozdział 10.

Rozdział 11.

Rozdział 12.

Rozdział 13.

Rozdział 14.

Rozdział 15.

EPEJSODION DRUGI: ELENA

Rozdział 16.

Rozdział 17.

Rozdział 18.

Rozdział 19.

Rozdział 20.

Rozdział 21.

Rozdział 22.

Rozdział 23.

Rozdział 24.

Rozdział 25.

Rozdział 26.

Rozdział 27.

Rozdział 28.

Rozdział 29.

Rozdział 30.

Rozdział 31.

Rozdział 32.

Rozdział 33.

Rozdział 34.

EPEJSODION TRZECI: BERNARD

Rozdział 35.

Rozdział 36.

Rozdział 37.

Rozdział 38.

Rozdział 39.

Rozdział 40.

Rozdział 41.

Rozdział 42.

Rozdział 43.

Rozdział 44.

Rozdział 45.

Rozdział 46.

Rozdział 47.

Rozdział 48.

Rozdział 49.

Rozdział 50.

Rozdział 51.

Rozdział 52.

Rozdział 53.

Rozdział 54.

Rozdział 55.

Rozdział 56.

Rozdział 57.

STASIMON

EXODOS

POSŁOWIE

PODZIĘKOWANIA

PRZYPISY

 
 

KAIROS (gr. ??????; odpowiedni moment, pora). W mitologii greckiej bóstwo sprzyjającej chwili lub utraconej szansy. Wyobrażane jako młodzieniec, który przechodzi obok i przez jeden jedyny moment można go pochwycić, co jest jednoznaczne ze szczęśliwym trafem. Jeśli jednak zmarnujemy tę okazję, Kairos minie nas bezpowrotnie, a szansa zamieni się w porażkę.

W filozofii termin oznaczający czas decyzji, który niewykorzystany ma fatalny wpływ na dalsze koleje życia.

 
 
 

Mieszkańcom Bytomia i Lwowa.

Oby nigdy więcej nie wiał tu wiatr historii.

 
 
PROLOGOS

Lwów,

lato 1939 roku

 
 

Woda w porcelanowej misce była odrobinę za zimna. Bohdan Halicz, przystojny czterdziestolatek o arystokratycznych manierach, zanurzył w niej koniuszek małego palca lewej dłoni i skrzywił się z dezaprobatą.

Stojący obok lokaj zrozumiał bez słów.

Pochylił głowę, uznając swoje zaniedbanie, wykonał piruet niczym zawodowy baletmistrz i zniknął za drzwiami gabinetu, zza których po chwili dobiegł plusk wrzątku przelewanego do dzbanka z samowara.

Halicz wykorzystał kilkanaście sekund nieobecności służącego, aby spojrzeć na swoje odbicie w misce. Mimo lekkiej siwizny nadal był jednym z najatrakcyjniejszych mężczyzn we Lwowie.

Miał szczupłą twarz o regularnych rysach, wąsik filmowego amanta, podbródek silnego mężczyzny oraz oczy, które potrafiły się uśmiechać, z miejsca hipnotyzując ludzi. Ktoś, kto zamienił z panem Bohdanem choćby kilka słów, zaczynał go lubić, zanim zdanie zdążyło wybrzmieć do końca. Czar tego niezwykłego człowieka podkreślał radiowy głos, a urodę - zgrabna sylwetka. W każdym ze swoich licznych garniturów Halicz wyglądał nienagannie, jak manekin z wytwornej pracowni krawieckiej w Pasażu Hausmana.

Teraz miał na sobie granatową bonżurkę, której rękawy podwinął, i czekał, aż służący naleje do miski tyle gorącej wody, ile trzeba. Zanim to nastąpiło, podniósł z blatu biurka monetę pięciozłotową i wprawił palce w taniec, a piątka przetoczyła się przez nie w kilku obrotach jak na iluzjonistycznym pokazie w wodewilu. Z tym że najzręczniejsi magicy robili to znacznie wolniej.

Kończył tę samą sztuczkę przy użyciu drugiej dłoni, gdy służący dyskretnie chrząknął, trzymając w ręku parujący dzbanek, a następnie dolał do miski gorącej wody. Tym razem utrafił idealnie.

Jego pryncypał ruchem głowy potwierdził, że temperatura jest właściwa, a wtedy lokaj dodał do kąpieli szklankę mocnego naparu z rumianku i trochę mleka. Zanurzone w niej dłonie spoczywały na dnie porcelanowego naczynia dziesięć minut, po czym Halicz wyjął je ostrożnie z wody i ułożył na ręczniku trzymanym przez służącego. Ten starannie osuszył skórę. Gdy skończył, pryncypał sprawdził opuszką kciuka wszystkie paznokcie, co miało ujawnić nawet najmniejszą zadrę, natychmiast likwidowaną za pomocą pilniczka.

Dbał o dłonie. Stanowiły jego najcenniejszy skarb.

Narzędzie, dzięki któremu dorobił się majątku i wzbudzał podziw od Lwowa, przez Kraków, do Wiednia i dalej. Wszędzie tam, gdzie sięgała jego sława wirtuoza.

Bohdan Halicz, bardziej znany jako "Hrabia", był jednym z najwybitniejszych w tej części Europy złodziei kieszonkowych.

 

Godzinę później wyszedł z kamienicy przy Łyczakowskiej, gdzie wynajmował wygodne trzypokojowe mieszkanie ze służbówką, i uniósł dłoń, przywołując dorożkę.

Na widok dżentelmena ubranego jak z żurnala dwóch fiakrów na przeciwległych rogach ulicy smagnęło konie batami niemal w tej samej sekundzie i ruszyło w jego stronę.

To był wyścig kultur i cywilizacji.

Od strony placu Cłowego kłusowała srokata klacz zaprzężona do lichej, ale szybkiej bryczki na ogumowanych kołach. Pojazd był skromny, miał odrapane burty i podniszczone kraciaste koce na drewnianych ławkach, ale sunął po bruku równo i lekko. Na jego koźle siedział zabiedzony woźnica w kamizelce i czapce bałaguły - żydowskiego furmana wożącego pasażerów na prowincji.

Z naprzeciwka nadciągał powóz, jakiego nie powstydziłby się nawet wybredny ziemianin. Lakierowany, zdobiony ornamentami, na szprychowych kołach, których okucia wypełniły ulicę Łyczakowską hałasem spotęgowanym tętentem kopyt dwóch karych rumaków zaprzężonych do dyszla eleganckiej dorożki. Powoził nimi otyły jegomość w letnim surducie, pod krawatem i w meloniku.

Kilku przechodniów się zatrzymało i obserwowało derby dorożkarzy, które omal nie skończyły się zderzeniem. Pierwszy na miejsce wezwania dotarł ten w meloniku. Czarne konie parsknęły z pogardą na widok przegranej żydowskiej szkapy, a gapie poszli w swoją stronę. Ktoś rozczarowany machnął ręką. Można snuć romantyczne marzenia, a nawet im kibicować, ale porządek świata temu nie sprzyja. W prawdziwym życiu wyścigi wygrywa ten, kto ma ładniejszą bryczkę i więcej koni.

"Hrabia" witany pytaniem, dokąd jaśnie pan winszuje się udać, podciągnął nogawki spodni, aby nie zniszczyć mankietów, i usadowił się na pikowanym siedzeniu dorożki.

- Hotel George - powiedział na tyle głośno, aby komunikat dotarł na kozioł.

Woźnica się rozpromienił, jakby o takim właśnie kursie marzył przez całe życie. Wcisnął na głowę melonik, zdjęty wcześniej na znak szacunku, cmoknął i wypowiedział zaklęcie, po którym obydwa konie natychmiast skręciły w lewo, przecięły oś Łyczakowskiej i ruszyły stępem.

Na plac Mariacki dotarli, gdy przedwieczorna szarówka zamieniała się w mrok rozpraszany przez pierwsze latarnie. Halicz dał dorożkarzowi sowity napiwek i wszedł do hotelu.

Restaurację wypełniał gwar rozmów, szczęk sztućców i dyskretne dźwięki instrumentów strojonych przez orkiestrę przed dancingiem. Przebojem dzisiejszego wieczoru miało być tango argentyńskie. Nad jego należytą namiętnością czuwało kilku fordanserów we frakach z wypożyczalni, muszkach i lakierkach. Byli przyjemni dla oka, mieli na włosach brylantynę, która lśniła w blasku żyrandoli i dyscyplinowała fryzury podczas brawurowych figur. Tańczyli bosko i potrafili być służbowo szarmanccy, udając zauroczenie przypadkowymi partnerkami do tego stopnia, że wystarczyła odrobina dobrej woli, aby w to uwierzyć. Organizator dancingu właśnie za to im płacił.

"Hrabia" zatrzymał się za progiem sali, przyciągając kilka zaciekawionych spojrzeń. Większość miejsc był zajęta, ale niemal natychmiast wyrósł przed nim jeden z tych kelnerów, którzy mają metafizyczną zdolność przewidywania hojności gościa. Niepostrzeżenie ukrył banknot o satysfakcjonującym nominale podany na wysokości kieszeni, po czym ukłonił się i zapewnił:

- Stolik będzie gotowy piorunem. Tymczasem zapraszam szanownego pana do baru.

"Hrabia" się uśmiechnął, przeszedł kilkanaście kroków, usiadł na wysokim stołku i zamówił koktajl. W tym samym momencie orkiestra zagrała pierwsze takty Tanga milonga, a sala westchnęła z rozkoszy. Pary ruszyły na parkiet.

Barman odwrócił się i sięgnął po butelkę wermutu, a miejsce obok Halicza zajęła młoda brunetka o szczupłej twarzy i dużych, czarnych oczach. Mogłaby grać Kleopatrę w filmie o faraonach pokazywanym w kinie Uciecha, ale była Żydówką. Od Egiptu dzieliły ją Mojżesz, Morze Czerwone i parę innych biblijnych zaszłości.

Wystudiowanym ruchem wyjęła z torebki srebrną papierośnicę, a z niej chesterfielda, za którego można było kupić dziesiątkę polskich papierosów Wanda z ustnikiem. "Hrabia" uniósł w dłoni zapalniczkę i podał jej ogień.

Podziękowała uprzejmie, a kiedy barman ponownie się odwrócił, szepnęła:

- Stolik pod palmą. Szmaragd w naszyjniku prawdziwy.

Halicz opuścił powieki na znak, że zrozumiał, natomiast głośno zaproponował jej drinka.

- Nie mam w zwyczaju pić z nieznajomymi - fuknęła i odeszła od baru. Każdy świadek tej sceny uznałby ją za pannicę z bogatego domu, choć była dzieckiem zaułków Zamarstynowa. Sierotą, która nie znała nawet własnego imienia, ale w wieku sześciu lat na targowisku przy placu Krakowskim usiłowała skubnąć "Hrabiemu" portmonetkę.

Było w tym tyle determinacji, że przygarnął ją, nazwał Anitą, oddał pod opiekę ciotki z Łyczakowa, posłał do szkół, a potem wychował na najlepszą tycerkę w mieście.

Starszyzna kręciła nosem.

Jak świat światem tycer, czyli pomocnik złodzieja, to był facet, nie kobita. Cwany, bystry i charakterny. Organizował robotę "krawca", który kroił klientów, robił zasłonkę, w trymiga przejmował towar i znikał. Ale jeśli trzeba było, to i w mordę dał albo odbił swojego buchacza glinom. Baba to miała robić? Na dodatek taka baba? Żydowskie chuchro? Starzy złodzieje kręcili głowami, ale nikt nie śmiał bałaknąć "Hrabiemu" krzywego słowa.

Bo "Hrabia" to był ktoś. Mistrz, jakiego Lwów jeszcze nie widział. Magik i artysta. Na mieście mówiło się, że potrafi klientowi zdjąć kalesony, nie ruszając spodni. W wieku trzydziestu lat zasiadał już w komisji awansującej kieszonkowców na stopień mistrzowski i przydzielającej rewiry. Pięć lat później wszedł do dintojry - złodziejskiego sądu. Taki as mógł sobie mieć tycera, jakiego mu się żywnie podobało.

Upił łyk koktajlu i zerknął na stolik wskazany przez Anitę.

Siedziały przy nim cztery kobiety w wieku, w którym nuda małżeńskiej rutyny wywołuje szalony apetyt na życie. Zbyt dobrze ubrane jak na bogate mieszczki, zbyt wulgarnie umalowane jak na bohemę, zbyt głośne jak na arystokratki. Sfery handlowo-przemysłowe - ocenił "Hrabia" i odwrócił się na chrząknięcie kelnera, który stanął obok, oznajmiając, że stolik wielmożnego pana jest gotowy.

Halicz oddał mu kieliszek z koktajlem, który tamten ustawił na tacy i manewrując nią niczym cyrkowy akrobata, poprowadził gościa na przygotowane dla niego miejsce. Trasa wiodła obok dam spod palmy. Szatynka w naszyjniku zerknęła na niego wyzywająco, ani na moment nie opuszczając wzroku. "Wieczór mija, a ja niczyja" - mówiło się o takich komunikatach w ferajnie, ale tu, mimo tych samych reguł, obowiązywał inny kodeks.

"Hrabia" posłał jej dyskretny, choć czarujący uśmiech i lekko się ukłonił, wytrzymując spojrzenie. Oczy kobiety błyszczały od alkoholu, który zdążył dodać jej policzkom karminu i wyłączyć zahamowania. Bez ceregieli przyjmie zaproszenie do tańca. A to znaczyło, że posiadaczem naszyjnika ze szmaragdem był już tak naprawdę Bohdan Halicz, choć klejnot tymczasowo spoczywał na szyi podchmielonej szatynki. Dla pewności sprawdził, czy ma w kieszeni marynarki specjalny przyrząd wykonany z dwóch cienkich drutów i służący do odczepiania zapinek biżuterii, ale wtedy zauważył coś, co sprawiło, że się zatrzymał.

Pobliski stolik okupowało kilku dżentelmenów w koszulach rozpiętych pod szyją i poluzowanych krawatach. Mówili po angielsku, z wyraźnym amerykańskim akcentem, co "Hrabia" był w stanie rozpoznać, bo pozbawił cennych przedmiotów wielu obywateli USA, którym zachciało się wycieczek do Lwowa. Jankesi byli wyraźnie rozochoceni, a jednak przyczyną ich ożywienia nie był ani alkohol, ani perspektywa spędzenia wieczoru w towarzystwie tanecznie wyposzczonych pań.

Amerykanie toczyli zacięty spór.

Wśród odsuniętych na bok półmisków i talerzy z resztkami kolacji leżał arkusz papieru pokryty magicznymi znakami, na którym co chwila ktoś coś dopisywał, poprawiał albo skreślał, wywołując pomruk aprobaty albo głosy protestu. Wystarczyło kilka sekund, aby "Hrabia" się zorientował, z kim ma do czynienia. W poprzednim życiu przez trzy semestry studiował matematykę na uniwersytecie i znał takich jak oni: profesorów, którym wystarczyła sekunda, aby stracić kontakt z rzeczywistością.

Pewnie przyjechali na jakąś międzynarodową konferencję, zakwaterowano ich w George'u, zeszli na kolację, któryś wypalił z jakąś tezą i sprawy wymknęły się spod kontroli. W tej chwili wszyscy orbitowali już w kosmosie liczb, nieskończonych przestrzeni, kombinacji, teorii, dowodów i przeczeń. Ale to było nieważne. Przynajmniej dla "Hrabiego".

Stał jak zahipnotyzowany, wpatrując się w notes, który przed chwilą jeden z dyskutujących wyjął z wewnętrznej kieszeni marynarki wiszącej na oparciu krzesła. Zajrzał do niego, odczytał coś, co podkreślił uniesieniem palca wskazującego i co wywołało brawa u zwolenników. Po czym odłożył notes na brzeg stołu. "Hrabia" zamarł.

Kieszonkowy brulion formatu połowy zeszytu był oprawiony w wytartą skórę, do której przyszyto gumowy pasek przytrzymujący wieczne pióro.

Nie pióro. Cudo! Piśmienniczy rarytas firmy Graf von Faber-Castell, przy którym bledną wszystkie parkery, watermany, pelikany, a nawet pióra Montblanc.

"Hrabia" z wrażenia przełknął ślinę, odszukał wzrokiem Anitę i posłał jej spojrzenie, które zrozumiała w lot: robimy ten stolik. Przez chwilę walczyła ze zdziwieniem, że szef zrezygnował ze szmaragdu w naszyjniku. Może nawet chciała go o to zapytać, ale jej staranne złodziejskie wychowanie nie dopuszczało rozważań ani dyskusji. Tycer to nie matematyk.

 

Bohdan Halicz miał obsesję na punkcie piór.

Na pierwszym roku studiów uwielbiał przesiadywać w Szkockiej, gdzie gromadziła się naukowa śmietanka miasta. Zwłaszcza matematycy. Nieustannie rozstrzygali problemy świata niedostępnego dla zwykłych śmiertelników, zapisując wzory i ciągi liczb ołówkami na serwetkach lub kredą na blatach stolików. Młody Halicz wielbił tych ludzi, podziwiał pasję, zazdrościł geniuszu. I piór. Każdy z nich miał piękne wieczne pióro, o jakim on - biedny jak mysz kościelna - mógł jedynie pomarzyć. Tego, co dorabiał na korepetycjach, wystarczało ledwo na czesne, stancję i kaszę ze skwarkami.

Często zostawał po zamknięciu kawiarni, aby pomóc w sprzątaniu. Za darmo. Za przywilej obcowania z najtęższymi umysłami matematycznymi Lwowa. No i może trochę w nadziei, że ktoś kiedyś zostawi przez roztargnienie choćby tanie pióro.

Zanim zaczynali zbierać szklanki ze stolików i wycierać blaty, właścicielka przynosiła gruby brulion, w którym pieczołowicie - znak po znaku - kopiowali szyfry i tajemnice uczonych. Student matematyki okazał się tu nieocenioną pomocą. Halicz czuł się wtedy jak ewangelista, któremu dane było na gorąco spisywać Boskie dzieło. Biblia dawała przepustkę do godności kościelnych; Księga Szkocka - testament odkryć matematycznych - otwierała drzwi do Nagrody Nobla.

Pewnego popołudnia, gdy Halicz był już na trzecim semestrze, w oparach dymu papierosowego dostrzegł postać, która wyraźnie nie pasowała do klimatu Szkockiej. Chłopak mógł mieć szesnaście, może siedemnaście lat. Z pewnością nie był studentem, raczej batiarem z Kleparowa lub innej szemranej dzielnicy szukającym złodziejskiego fartu lub okazji, aby jakiemu inteligencikowi stłuc okulary. Najlepiej razem z nosem.

Poruszał się zwinnie jak małpa, a otoczenie oglądał z bystrością drapieżnego ptaka zdolnego dostrzec mysz z wysokości słupa telegraficznego. Nagle zobaczył wieczne pióro leżące na stoliku w środku sali.

To było jedno z tych droższych.

Skuwkę i korpus miało z masy perłowej, a klips ze srebra. Wyrostek natychmiast podpłynął w tamtą stronę, czaił się przez kilka minut, a kiedy nadszedł odpowiedni moment, przeszedł szybko obok stolika, udał, że się potknął, przewrócił szklankę z resztką kawy, wylał ją na blat, po czym zaczął żarliwie przepraszać, wycierając wszystko wokół serwetkami. Nazywał sam siebie niezgułą i zaklinał, aby mu wybaczono. Gdy dokonał dzieła, ukłonił się i zniknął. A pióro wraz z nim.

Halicz przez cały czas miał go na oku i chciał zastąpić drogę, ale złodziej był zawodowcem. Nie rzucił się do ucieczki jak sroka, której udało się pochwycić świecidełko. Spokojnie odszedł w kierunku baru i zamówił szklankę wody sodowej. To był najlepszy sposób, aby nie zwrócić na siebie uwagi.

Odczekał kilka minut i ruszył do wyjścia. Od progu Szkockiej dzielił go krok, gdy idący z tyłu Halicz chwycił go za ramię. Był wyższy o głowę i mimo młodego wieku wyglądał na kilka lat starszego.

- Pióro - powiedział stanowczo.

- O co się szanownemu panu rozchodzi? - spytał chłopak, pozorując bezgraniczne zaskoczenie.

- Nie udawaj głupiego - Halicz popchnął go w kierunku zaplecza kawiarni, zastawił ciasny korytarz lewym ramieniem i wyciągnął prawą dłoń.

- Pióro - powtórzył.

Wyrostek właściwie ocenił sytuację. Nie miał żadnych szans z facetem wyższym o głowę i przygotowanym na atak.

Wzruszył ramionami, wyciągnął fant z kieszeni i oddał. Był absolutnie spokojny, wręcz pogodny, jakby chciał podkreślić uznanie dla spostrzegawczości gościa, który go przydybał.

- Panie władzo - powiedział uprzejmie - chciałbym się wykupić, jeśli łaska.

Wziął mnie za tajniaka - zrozumiał Halicz i już otwierał usta, aby wyjaśnić pomyłkę, ale złodziej nie pozwolił mu się odezwać. Wyjął trzy banknoty dziesięciozłotowe i wyciągnął w jego stronę. Tygodniówka posterunkowego Policji Państwowej.

Halicz popatrzył na niego zdziwiony, co tamten wziął za wyraz oburzenia i dołożył jeszcze dziesiątkę.

Dotknął daszka oprychówki, prześlizgnął się pod jego ramieniem i zniknął jak sól w wodzie. Gdyby nie piękny egzemplarz watermana i zawrotna suma czterdziestu złotych, które zostały w dłoni Halicza, można by uznać, że go tu nigdy nie było.

 

Wkrótce kolekcja piór Bohdana Halicza liczyła już kilkanaście okazów. Wszystkie były unikalne. Żaden nie został kupiony.

Usunięty z uczelni po oblanej sesji rozpoczął studia na "Lwowskim Uniwersytecie Kradzieży Kieszonkowych", słynnym w całej Europie. Był prymusem. Jako jedyny ze swojego rocznika zdał egzamin "magisterski", po którym nastąpił błyskawiczny złodziejski doktorat, za nim habilitacja i najmłodsza profesura w mieście. Halicz dostał "katedrę luksusu". Mógł pracować w wytwornych sklepach i restauracjach, na balach i rautach elit. I prowadzić seminarium dla najzdolniejszych.

A teraz stał w środku sali George'a wypełnionej namiętnością tanga i nie potrafił oderwać wzroku od pióra przytroczonego do notesu leżącego na stoliku Amerykanów.

Nie zwracając uwagi na zdezorientowanego kelnera, obszedł parkiet, oceniając sytuację zza zasłony roztańczonych par. Właściciel notesu z piórem dotychczas siedział do niego tyłem, ale gdy Halicz znalazł się naprzeciwko niego, osłupiał.

To był Stanisław Ulam.

Genialny matematyk, jeden z jego idoli z czasów studenckich. Kilka lat temu wyjechał do pracy na Uniwersytecie Harvarda, teraz pewnie wpadł odwiedzić stare śmieci i przywiózł do Lwowa jakichś matematycznych rewolwerowców z Dzikiego Zachodu. Kiedyś nie ośmieliłby się ukraść Ulamowi pięciu groszy, ale to było dawno. W innym życiu.

Zerknął na Anitę, która nie spuszczała go z oka, i wykonał niemal niezauważalny ruch głową: ruszaj.

Nie potrzebowała dalszych instrukcji.

Nie miała pojęcia, co "Hrabia" chce sprzątnąć tym czterem facetom spoconym z emocji, ale to nie miało znaczenia. Wiedziała, że coś zaaranżuje, zrobi, co ma zrobić, a wtedy ona musi być tuż obok, aby przejąć skradziony fant. Tak to działa.

Zrobiła krok w tamtą stronę, ale w tym samym momencie powstrzymał ją wzrokiem.

Wtedy zrozumiała. "Hrabiemu" chodziło o notes. Skórzaną książeczkę, którą jeden z gości właśnie chował do kieszeni marynarki wiszącej na oparciu krzesła, starannie ją zapinając.

Odetchnęła z ulgą. Kradzież była teraz o wiele prostsza niż z blatu stolika. Mogła się założyć, że "Hrabia" pójdzie zaraz w tamtą stronę, przyklęknie, aby zawiązać sznurowadło, przetnie tkaninę marynarki żyletką, którą zawsze miał przy sobie, i notes sam wpadnie mu do rąk. Bułka z masłem.

Anita obliczyła czas i znalazła się obok niego w tej samej sekundzie, w której podnosił się po zasznurowaniu buta. Nikt nie zauważył przedmiotu, który jej podał, o ona wrzuciła do torebki.

- Piękne pióro - skomentowała kwadrans później, gdy zrównał się z nią na ulicy. "Hrabia" odebrał od niej łup i bez słowa pocałował ją w czoło.

 

Nazajutrz, popijając kawę, przejrzał zapiski w notesie Ulama.

Trzy semestry matematyki wystarczyły, aby zrozumiał, że ma do czynienia z jakąś teorią mnogości i statystyką połączoną z neutronami. Wszystko razem prowadziło do stworzenia energii, którą można by - zdaniem autora zapisków - wykorzystać przy budowie urządzenia. Ulam szkicował je obok swoich obliczeń. Potężnej energii o niewyobrażalnej mocy.

- Chłopak! - przywołał lokaja. - Kopniesz się zaraz do biblioteki uniwersyteckiej i wypożyczysz mi te podręczniki - zapisał tytuły na kartce.

- Słucham, szefie - zareagował młody tycer, który uczył się u "Hrabiego" sztuki złodziejskiej. Staż obejmował pełnienie przez trzy miesiące obowiązków służącego.

Wrócił z książkami, do których zajrzał w tramwaju, choć niczego z nich nie zrozumiał. Kartki były pełne jakichś dziwnych znaków, mniejszych i większych cyferek, kolumn oraz wykresów pokazujących cholera wie co. A jednak "Hrabia" najwyraźniej je rozumiał, bo studiował te hieroglify przez kilka godzin w najwyższym skupieniu. Zrezygnował nawet z codziennego wyjścia do restauracji i zamówił obiad do domu, co zdarzało mu się tylko na największym kacu.

Zanim posłaniec przyniósł parujące naczynia z zupą grzybową i sznyclem cielęcym z sadzonym jajkiem, Halicz nerwowo zerkał na przemian w notes, który przyniósł z wczorajszego wypadu, i w książki matematyczne. Zapisywał coś na kartce, kreślił i podliczał, mamrotał pod nosem, wstawał i chodził po pokoju, aby uspokoić myśli, a potem wracał do papierów. Odpalał papierosa od papierosa, gryzł ołówek, kręcił głową i wpatrywał się w swoje notatki wzrokiem, w którym był jakiś obłęd.

Około szesnastej wezwał służącego ponownie.

- Skoczysz na róg i przyniesiesz wszystkie popołudniowe wydania gazet - rozkazał. - Ale szybko, na jednej nodze.

Gdy kwadrans później tycer położył przed nim stertę dzienników, "Hrabia" dosłownie się na nie rzucił. Przewracał strony, nerwowo przeszukując je oczami.

W poważnej prasie wypatrywał anonsów w stylu: "Wysoka nagroda dla znalazcy notesu słynnego matematyka". W bulwarowej tytułu: "Zapiski geniusza padły łupem zuchwałych złodziei". W politycznej nagłówka: "Czy za kradzieżą notesu profesora Harvardu stoi sowiecki wywiad?".

Nie znalazł niczego. Ani słowa o tym, co się stało wczoraj w George'u.

To milczenie mogło oznaczać tylko jedno: poszukiwanie zapisków Ulama już się zaczęło, ale w ciszy i ciemności. Z udziałem ludzi, którzy najlepiej sprawdzają się w takich właśnie okolicznościach. Do Bohdana Halicza, pseudonim "Hrabia", dotarło, że wraz z unikalnym piórem stał się posiadaczem czegoś znacznie cenniejszego niż wszystko, co lwowscy złodzieje razem wzięci ukradli od czasów kijowskiej wyprawy Bolesława Chrobrego.

Wyprostował się na krześle i uderzając jak packą na muchy okładką notesu w otwartą lewą dłoń, zaczął się zastanawiać, gdzie go najlepiej ukryć. Decyzję zachowania zapisków Stanisława Ulama podjął bez wahania, choć po raz pierwszy w życiu zaczął się naprawdę bać.

EPEJSODION PIERWSZY:
WALTER
 
 
ROZDZIAŁ 1.

Beuthen,

lato 1937 roku

 
 

Walter Pyka, siedemnastolatek śmigły jak wiatr, minął środkową linię boiska, prowadząc piłkę, która sprawiała wrażenie przyklejonej do jego butów. Lewego pomocnika drużyny przeciwnej, który próbował go dogonić, wyprzedził tak łatwo, jak na szosie wyścigówka z potężnym silnikiem zostawia w tyle zwykły automobil.

Wtedy ruszyli obrońcy. Dwóch cwaniaków słynących z fauli i stoper - zawzięty, wielki i twardy niczym odlany z brązu pruski król Fryderyk, którego pomnik stał przy bytomskim Kaiserplatz.

Walter nie zaryzykował starcia.

Nagle zrobił baletowy zwrot i zaczął biec z piłką w stronę własnego pola karnego. Obrońcy zgłupieli. Przez sekundę zastanawiali się, co robić, i ta sekunda ich zgubiła. Kiedy poderwali się do biegu za Walterem, Pyka zahamował, aż wystrzeliły w górę kawałki murawy, zastopował piłkę, uskoczył w bok, przepuszczając rozpędzonych przeciwników, i zawrócił. Zanim tamci się zorientowali, był już kilka metrów za ich plecami. Gnał wprost na bramkę.

Olbrzymi stoper nie zamierzał dać się wciągnąć w drybling. Wystartował jak rozjuszony byk i wjechał w nogi napastnika brutalnym ślizgiem. Ale wtedy stał się cud: Pyka unieruchomił piłkę między kostkami stóp i wybił się w powietrze, zgrabnie przeskakując nad kolosem sunącym na tyłku po trawie boiska.

Został mu tylko bramkarz.

Ten nerwowo poprawił kaszkiet i ograniczając przestrzeń strzału, wybiegł daleko w pole karne, zasłaniając siatkę ciałem. Walter odgadł jego intencje. Lekko podbił piłkę i nasadą stopy posłał ją gładkim lobem metr nad kaszkietem. Zmierzała idealnie w środek bramki i pewnie by tam wylądowała, gdyby nie pewien szczegół. W chwili uderzenia bramkarz cofnął się o krok, wystrzelił w powietrze, wyprężył się jak struna i dotknął piłki opuszkami palców, wybijając ją za linię końcową. Kilka centymetrów nad poprzeczką.

Bytomski Hindenburg-Kampfbahn wypełnił gwizd tak przenikliwy, że spłoszył ptaki na drzewach wokół stadionu.

Walter odebrał to jako potępienie bramkarza, który zepsuł tak piękną akcję, i uniósł ręce w geście bezradności, ale za sekundę zrozumiał swój błąd. Gwizdy były dla niego.

- Ciulu! - krzyczeli ludzie na trybunach. A zaraz potem po polsku i niemiecku:

- Czemuś nie podał?!

Do tej pory Walter widział przed sobą tylko piłkarzy i bramkę przeciwnika, ale teraz spojrzał tam, gdzie skierowane były głowy kibiców wygrażających mu pięściami. Kilkanaście metrów dalej w polu karnym stał, trzymając się oburącz za głowę, zupełnie niepilnowany napastnik - jego kuzyn Bernard noszący to samo nazwisko.

- Pyka! - wrzasnął w tym momencie trener i obaj odwrócili się w stronę ławki.

- Ty! - rozwścieczony szef drużyny wskazał palcem Waltera. - Schodzisz z boiska! A Bernard do rzutu rożnego!

Stadion kipiał jeszcze przez jakiś czas niczym wulkan przed erupcją i uciszył go dopiero gwizdek sędziego.

Bernard zacentrował w pole karne wprost na głowy kolegów z drużyny, ale bramkarz uskrzydlony poprzednim wyczynem wyskoczył jak na trampolinie i pewnie pochwycił piłkę. Na trybunach rozległ się jęk zawodu.

Walter już go nie słyszał.

Siedział sam w przebieralni ponury jak chmura gradowa. Zdążył zdjąć i wyczyścić korki, a getry, spodenki i koszulkę ułożyć w równiutką kostkę, którą umieścił obok siebie na ławce. Trener lubił porządek. Może to go choć trochę udobrucha.

Kilka minut później do szatni wpadli zdyszani piłkarze. Gibkie, ale mocarne chłopy o mięśniach wyrobionych od kopania węgla i ścięgnach jak postronki. Rośli na tyle, że trenera nie było zza nich widać, dopóki nie rozstąpili się i nie wypuścili go na przodek.

- Dobrześ zrobi?ł - trener wskazał dłonią złożone rzeczy Waltera i zachłysnął się kaszlem. Pylica. Pamiątka kilku lat pracy pod ziemią w Heinitzgrube. - Dobrześ zrobi?ł - powtórzył - bo tresu manszaftu Śl?nska już niy ôboczysz. My tu gr?my w drużynie, a niy na siebie.

Walter poczuł, jak coś chwyciło go za gardło. Chciał zaprotestować, ale uprzedził go Bernard.

- Ôn niy chcioł, panie tryner - powiedział i gwar w przebieralni ustał jak nożem uciął. Bernard słynął z takiego skupienia na grze, że podczas meczu nigdy się nie odzywał i część kibiców gotowa była dać sobie rękę uciąć, że jest niemową.

- Niy chcioł, godosz? A wiela razy pokozoł na szpilplacu, że ino ôn je nojważniyjszy? - wycelował palec w Waltera.

- W fusbal gro jedynostu chop?w, a niy jedyn, co myśli ino o siebie - dodał, patrząc mu prosto w oczy. - Sto razy żech ci to padoł, giździe pier?ński, i m?m doś tego godanio. Szlus. Bier sie st?nd - wskazał mu drzwi szatni.

- Wybocz?m mu, panie tryner - szepnął Bernard.

- A coś ty sie naroz taki wygodany zrobi?ł? - syknął szef drużyny przez zaciśnięte zęby, odwracając się w jego stronę.

- Bo Walter to szumny fusbalok. Jeszcze karlus, a już nojlepszy na Śl?nsku. Talyntny jak żodyn. Przeca wiedz?m o tym.

- Talyntny godosz? - syknął trener. - A jo bych woloł, coby ôn zamiast talyntu mioł sztyry nogi. Dwie swoje i dwie ôd inkszego kamrata z drużyny, co mu umiy podać bal we noleżytym m?myńcie. Ino że tyn tw?j brataniec je na to za gupi.

Zapadła cisza.

Walter powoli wstał z ławki i palcami prawej dłoni zaczesał włosy do tyłu, co pozwoliło mu dyskretnie wytrzeć łzę, którą wywołało poczucie upokorzenia. Przeprowadził dziś na boisku akcję, o której Bytom będzie opowiadał przez lata. I ciul, że nie skończyła się bramką. Mecz nie odbywał się w ramach rozgrywek, za to on popisał się szybkością i zwodami, jakie umiało trzech, może czterech piłkarzy na Śląsku. I za to wyleciał z drużyny, o której marzył każdy synek goniący za szmacianką po placu przed hałdą.

Reprezentacja Górnego Śląska.

Jedyne miejsce na tej pierońskiej ziemi, gdzie nikt nie pytał, kim jesteś i kim się czujesz. Nikogo nie obchodziło, w jakim języku myślisz, modlisz się i klniesz. Byleś był stąd i dobrze kopał piłkę. Reprezentanci Polski grali u boku zawodników broniących na mistrzostwach świata barw Niemiec. Razem tworzyli kadrę narodową państwa, które nie istniało i poza boiskiem istnieć nie miało prawa.

Walter przełknął ślinę, wstał i zaczął się zbierać do wyjścia żegnany milczeniem kolegów drużynowo wpatrzonych w podłogę. Wyszedł szybkim krokiem i trzasnął drzwiami.

 

Zatrzymał się dopiero na ulicy przed stadionem.

Zerknął na swoje odbicie w szybie zaparkowanego obok opla, co poprawiło mu samopoczucie. W popielatych spodniach z szerokimi nogawkami, kraciastej marynarce, koszuli, wzorzystym krawacie i szarym kapeluszu wyglądał szykownie i przyciągał spojrzenia dziewczyn. Ich uśmieszki uznawał za zalotne, choć tak naprawdę wywoływał je groteskowy widok chudego chłopca o dziecięcej twarzy, który przebrał się za mężczyznę. Właśnie przefrunęło obok w tanich sukienkach i podkolanówkach stadko gąsek, których chichot skwitował wzruszeniem mocno wywatowanych ramion szaketu. Durne frelki, przekonane, że pewne rzeczy w galotach mają ino od sikania.

- Aleś to zdupił, Pyka! - dobiegło go zza pleców.

Odwrócił się. Grupa kilkunastu chacharów wracających z meczu rozstąpiła się, mijając go z obu stron.

- Moglimy wygrać - rzucił któryś, potrącając go niby przypadkiem.

Walter poczerwieniał. Chciał rzucić im coś obelżywego prosto w twarz, ale powstrzymał się w ostatniej chwili. Dopiero co krawiec naprawiał mu marynarkę, w której wrócił z wesela w Lipinach z naderwaną klapą i rękawem. W kąciku prawego oka ciągle miał siną przestrogę, że nie warto być zbyt krewkim.

Pozwolił, aby opłynęli go jak woda otacza niewzruszony kamień na środku strumyka. Banda niewdzięcznych świń. Gdyby piłka posłana nad głową bramkarza wpadła do siatki, klepaliby go teraz po plecach i ściskali rękę, winszując mistrzowskiej akcji.

Spojrzał w stronę szatni, z której powinien już wyjść Bernard, ale drzwi ciągle były zamknięte. Pewnie trener prawił swoje kazanie o grze zespołowej, choć wszystkim rzygać się już od tego chciało. Jeszcze mnie popamięta ten ciul - w Walterze znów odezwał się gniew. Jeszcze pożałuje.

W tej samej chwili z przebieralni wysypały się polsko-niemieckie gwiazdy futbolu grające w reprezentacji Śląska. Śmiali się, rozdawali kuksańce i przerzucali czapkę bramkarza, którą ten próbował im odebrać, skacząc jak żaba. W pewnej chwili kaszkiet trafił w ręce Bernarda, który oddał go właścicielowi i gestem pożegnał się ze wszystkimi. Protestowali głośno, bo pewnie byli już skrzyknięci do piwiarni, ale Pyka zamachał rękami jak wiatrak i odszedł w przeciwną stronę. Odprowadziło go kilka spojrzeń, które natychmiast zawróciły na widok Waltera czekającego po drugiej stronie ulicy.

- Wracasz do domu na Grossfeld? - spytał kuzyn, gdy Bernard stanął dwa metry przed nim.

Potwierdził skinieniem głowy. Walter przesunął kapelusz na czoło jak gangsterzy w kinie i w milczeniu ruszyli wzdłuż Jahnstrasse.

Pokonywali tę trasę sto razy.

Bernard, starszy o cztery lata, zabierał młodszego Pykę na mecze, kiedy jeszcze Walter za księdzem wołał "Zorro", a na Hindenburg-Kampfbahn trzeba go było brać na barana, żeby dojrzał, co się dzieje na boisku.

Ich ojcowie byli rodzonymi braćmi, a ponieważ więzy rodzinne potrafią być niezwykle silne, nienawidzili się z całego serca.

Fater ôd Bernarda za największe zło świata uważał Germanów i zawsze, kiedy się upił, godoł, że na Śląsku powinno być społeczeństwo warstwowe. To znaczy: warstwa Niemców, warstwa wapna i warstwa ziemi, po której chodzą Poloki.

Z kolei ojciec Waltera twierdził, że tylko pod niemieckim porządkiem Śląsk może się stać krainą mlekiem i miodem płynącą. Po warunkiem ujarzmienia polskich pijoków i zgniyłków. Bo dobry Polok - powtarzał fater od Waltera - to martwy Polok. Ewentualnie taki, kery trzymie stulono gęba i kopie wungiel, jak przykozoli Herr Gott i dyrechtor kopalni. A co sobota dostaje batem po dupie, coby mu przeszły smaki na bunt.

Bracia głosili swoje tezy w tej samej gwarze, a kiedy przyszło co do czego, obaj chwycili za giwery. Ten od Bernarda poszedł do powstania, ten od Waltera na ochotnika do szwabskiego Freikorpsu. Jeden bronił Bytomia, drugi go oblegał. Strzelali do siebie, a ten pieron fater od Waltera ponoć ciepnoł w fatra od Bernarda handgranatem. Tak dokonał się podział na Pyków polskich i niemieckich.

Żony i dzieci wrogich braci miały to gdzieś. Mieszkali niedaleko, bez to widywali się co najmniej raz na tydzień. Najczęściej u starki w Radzionkowie, choć po plebiscycie jacyś ważniacy z monoklami na oczach i cygarami w zębach kajś w Europie wzięli blajsztyft i narysowoli na mapie Śląska granicę.

Akuratnie między domami Pyków.

Nie wiadomo, czy dygnitarze zrobili to im na złość, ale wyszło tak wrednie, że niemieckie Pyki zostały na Rojcy u Poloków, a polskie Pyki na Grossfeldzie. Po szwabskiej stronie.

A Bytom, przez te bazgroły po mapie, został pruskim półwyspem otoczonym z trzech stron Polską. Z rynku można było do niej dojść piechotą nawet w ciągu kwadransa, mając do wyboru osiemnaście przejść granicznych. I międzypaństwowy tramwaj z pobliskich Katowic do sąsiednich Piekar, w którym dwa razy sprawdzano paszporty, gdy wjeżdżał do Bytomia i gdy z niego wyjeżdżał.

Były ulice podzielone w poprzek, a pod nimi przecięte na pół chodniki kopalniane. Szkoły, w których lekcje odbywały się w budynku po stronie polskiej, ale zajęcia gimnastyczne na boisku parę metrów dalej na terytorium Prus. Gospodarstwa, gdzie dom stał w jednym kraju, a stodoła w drugim. Familoki, w których szło oboczyć przez okno, co somsiady z drugiego państwa bydom mieć na obiod.

 
 
ROZDZIAŁ 2.

Beuthen,

lato 1937 roku

 
 

Walter zerwał źdźbło trawy rosnącej przy trotuarze i zaczął je nerwowo ssać, ale za chwilę cisnął je na ziemię i ujął brata stryjecznego pod rękę.

- Mogłem ci podać piłkę - powiedział, ale nie zabrzmiało to zbyt szczerze.

Bernard nie odpowiedział.

Znali się nie od dziś. Walter był egoistą i efekciarzem, wiele lat przed tym, zanim poznał znaczenie tych słów. Ledwo zaczął chodzić, wgramolił się na ryczkę, pokonał skobel do spiżarki i zeżarł całą kruszonkę ze świątecznego kołocza przeznaczonego dla wszystkich bajtli w rodzinie. Ojciec przy wszystkich zlał go pasem na gołą rzyć. Ryczał, dopóki skóra go piekła, ale pół godziny później ogłosił się bohaterem i chodził po chałupie dumny jak paw.

Innym razem, kiedy po skończeniu szkoły powszechnej dostał od rodziców aparat, urządził fotografowanie wszystkich karlusów i frelek z familoków na Hugonie. Bernardowi kazał być za pomagiera, a resztę ustawiał do pozowania, podmacując przy okazji dziouchy, które piszczały ze szczęścia, że będą na zdjęciach obok synków z Rojcy przeobleczonych za piratów, kowbojów i indianerów.

Walter brylował. Wydawał rozkazy, a tłum rówieśników słuchał go jak sztygara na grubie. Bernard zapamiętał, jak kuzyn był wtedy szczęśliwy, choć zapłacił za to limem pod okiem, gdy okazało się, że w aparacie nie było kliszy, a Walter uszykował to wszystko, żeby sobie porządzić na dzielnicy. A potem, gdy odkrył u siebie dryg do fusbalu i przyszły sukcesy, woda sodowa całkiem uderzyła mu do głowy. Liczył się on i tylko on.

 

- Trenerowi przejdzie - odezwał się Bernard, gdy uszli kolejnych kilkaset metrów. - Ochłonie i...

- W dupie go mam! - przerwał kuzyn, podnosząc głos, aż idące przed nimi starsze małżeństwo odwróciło głowy.

Walter przepraszająco uchylił kapelusza.

- W dupie go mam - powiedział ciszej. - Dziękuję, że się za mną wstawiłeś, ale nie proś więcej. To jest dobry trener? - spytał z sarkazmem. - Czytałeś, co napisali o mnie w "Przeglądzie Sportowym"? Że jestem "łowcą bramek najszybszym w tej części Europy" - zacytował z dumą słowa, których nauczył się na pamięć. - A ten ciul mnie wyrzuca z kadry Śląska?!

Brat stryjeczny nie zareagował. Myślami był gdzieś zupełnie indziej. Wyższy od Waltera o głowę i mądrzejszy o dwie, wyglądał poważniej niż na swoje dwadzieścia jeden lat. Od dawna się golił, miał regularny ciemny zarost, którego kuzyn szalenie mu zazdrościł, i nosił cienkie czarne wąsiki, identyczne jak jego ojciec, a stryjek Waltera. Ten, który w powstaniu o mały włos nie został Kainem albo Ablem.

Bernard mówił trzy razy mniej niż normalny człowiek, ale myślał trzy razy więcej. Grał na pozycji lewego pomocnika w Beuthener 09 i na boisku przewidywał ruchy zawodników lepiej niż szachista na planszy. Poza boiskiem zdał maturę i marzył o studiach na politechnice, na które zarabiał w biurze koncernu przemysłowego Schaffgotschów.

- Wyjeżdżam do Lwowa - oświadczył nagle Walter.

Bernard spojrzał na niego z niedowierzaniem, marszcząc czoło.

- Dobrze słyszałeś! Do Lwowa. Jakiś czas temu odwiedził nas kolega ojca z Katowic, Erwin Köch. Wiesz, o kim mówię?

Brat stryjeczny potwierdził ruchem głowy, co nie uchroniło go przed dalszymi wyjaśnieniami. Walter uwielbiał chwalić się znajomościami ze sławnymi ludźmi, których w miarę rozkwitu kariery piłkarskiej poznawał coraz więcej.

- Erwin to legendarny bramkarz Pogoni Lwów i pierwszy w historii zawodnik narodowości niemieckiej w piłkarskiej reprezentacji Polski. Ja będę drugi.

Bernard uniósł brwi.

- Nie wierzysz? To zaręczam ci, że tak właśnie się stanie. Erwin zaproponował mi grę w Pogoni, a jeśli pomogę klubowi w rozgrywkach ligowych - miejsce w kadrze narodowej. On zna wszystkich w Polskim Związku Piłki Nożnej. Dał mi miesiąc do namysłu. Chciałem odmówić, ale po tym, co dzisiaj zaszło, zdecydowałem inaczej. Jadę do Lwowa.

- A ojciec? - spytał Bernard, znając antypolskie nastawienie stryja.

- Jego też mam w dupie - oświadczył Walter, protekcjonalnie poklepał kuzyna po ramieniu, dotknął ronda kapelusza i ruszył w stronę granicy.

 

Kwadrans później, gdy widział już w oddali niemiecką strażnicę, a za nią biało-czerwony szlaban, nagle się zatrzymał. Upokorzenie ciągle go dusiło. Potrzebował kufla dobrego piwa, a niedaleko była całkiem fajna knajpa. Zawrócił.

Wewnątrz niewielkiej gospody zajętych było zaledwie kilka stolików.

Walter podszedł do kontuaru obitego blachą i zamówił Löwenbier z gliwickiego browaru Scobla. Na Górnym Śląsku nie było lepszego. Barman przyjrzał mu się podejrzliwie i przez moment chyba chciał odmówić podania piwa szczeniakowi w dorosłym kapeluszu, ale ostatecznie pociągnął za wajchę nalewaka.

Młody Pyka z rozkoszą przełknął kilka łyków, opróżniając jedną trzecią kufla.

Nawet niewielka dawka alkoholu pozwala raźniej spojrzeć na świat. I puścić wodze fantazji.

A więc pojedzie do Lwowa. Tam się dopiero znają na piłce. W Bytomiu do dziś pamiętano, jak lwowiacy spuścili manto reprezentacji Śląska na jej własnym boisku w Lipinach. Osiem do trzech. Robili z Hanysami, co chcieli. O tak, tam go docenią. Będzie strzelał gole, wzbudzając podziw publiki i polskich dziewczyn o wiele fajniejszych niż te śląskie kluchy w czarnych spódnicach i białych koszulach Bund Deutscher Mädel. A potem... kadra narodowa. Jak go stary zobaczy w koszulce z białym orłem na piersiach, to dostanie ataku serca. I ciul. Walter, choć pochodzi z niemieckich Pyków, jest obywatelem państwa polskiego i będzie grał tam, gdzie mu się należy. Grał i zdobywał piłkarskie trofea.

Kończył piwo, ściskając w marzeniach zupełnie inny puchar, gdy do lokalu weszło kilku młodych mężczyzn. Byli głośni, pewni siebie, silni, bo w grupie, pełni wyższości i bezkarności, którą dawały im odznaki partii hitlerowskiej na kieszeniach koszul z szeroko rozłożonymi kołnierzami. A obok nich znaczki klubowe Beuthener 09.

Naziści i kibice. Mieszanka wybuchowa.

Usiedli przy stoliku za plecami Waltera i przez kilka minut ich rechot mieszał się z brzękiem kufli, które o mało nie potrzaskały od uderzania o siebie podczas toastów.

W pewnej chwili ucichli. Walter usłyszał, że zaczęli szeptać, po czym jeden z nich powiedział głośno:

- Patrzcie tylko, kogo my tu mamy! Sam mistrz futbolu Pyka. Specjalista od pieprzenia akcji na boisku. Serdecznie witamy! - dodał szyderczo.

Walter nie zareagował. Przybysze musieli być na meczu, a on nie zamierzał wracać do tematu niestrzelonej bramki. Udał, że nie słyszy, ale za moment dobiegło go szuranie odsuwanego krzesła i obok stanął spocony, krępy osiłek, który bezceremonialnie trącił go w ramię.

- Nie rozumiesz po niemiecku, pieprzony Polaczku?

- Nie jestem Polakiem - spokojnie wyjaśnił Walter, ale to tylko dolało oliwy do ognia.

- Nie? - spytał kpiąco osiłek. - A my wczoraj czytaliśmy w "Oberschlesische Grenz-Zeitung", że bardzo uzdolniony chłopiec z Rojcy być może zagra w polskiej drużynie narodowej. Prawda to?

Niedobrze - pomyślał Walter. Erwin Köch musiał się gdzieś wygadać, że złożył młodszemu Pyce propozycję, i sprawa się rozniosła. Spokojnie wypił łyk piwa i odparł:

- Zapytaj tego, kto to napisał.

- Uuuuuu - rozległo się za plecami, co tylko podkręciło osiłka.

- Ciebie pytam, gnoju - syknął. - Będziesz grał w reprezentacji Polski czy nie?

- Nie twoja rzecz, dziuro w dupie - Walter twardo spojrzał mu w oczy.

Tamten poczerwieniał i zrobił pół kroku w tył, by zadać silniejszy cios.

Pyka nie potrafił walczyć na pięści, ale innymi, przydatnymi na boisku częściami ciała posługiwał się znakomicie. Gdy przeciwnik zamachnął się prawą ręką, strzelił go głową prosto w twarz.

Nos osiłka w dwie sekundy zamienił się w coś, co przypominało miękki pędzel umoczony w czerwonej farbie, którą górnicy kradli z kopalni do malowania okien familoków. Cofnął się na miękkich nogach i osunął na kolana.

Jego koledzy już byli w natarciu. Pierwszy dostał od Waltera precyzyjne kopnięcie w krocze, po którym zawył i zwinął się na deskach podłogi. Drugi wykorzystał zamieszanie, chwycił kufel z grubego szkła i rozbił go na głowie Pyki. Walter stracił przytomność.

Dwaj nieuszkodzeni napastnicy ujęli go pod ramiona i wywlekli z knajpy na zewnątrz. Barman rzucił ścierkę i wybiegł za nimi.

- Zostawcie go! - krzyknął, gdy tamci sposobili się do kopania nieprzytomnego. - Taki on Polak jak i wy.

- Mieszka w Polsce - wyjaśnił wyższy z napastników lekko zmieszany.

- A czy on się o to prosił? - spytał barman. - Równie dobrze ty mógłbyś tam mieszkać - wskazał głową granicę. - Gdyby komuś ręka drgnęła i kąsek przesunęła linię na mapie.

Wyższy podrapał się w głowę.

- Niby tak - zgodził się. Przyklęknął nad Walterem, chwycił go za ramiona i mocno potrząsnął. Pyka się ocknął. Tamten pomógł mu usiąść, a potem uderzył pięścią w twarz.

- Na pamiątkę dzisiejszego spotkania - wyjaśnił. - A teraz spieprzaj stąd!

Walter podniósł się i odszedł chwiejnym krokiem, co przed knajpą nie było zjawiskiem niezwykłym.

Do przejścia granicznego dotarł pół godziny później.

Niemiecki strażnik zerknął w paszport i bez słowa odprawił go lekceważącym ruchem dłoni, ale polski pogranicznik, czerstwy chłop z Zagłębia, wyraźnie się ucieszył.

- Pyka - powiedział z szerokim uśmiechem. - Szwaby obiły ci mordę? I bardzo dobrze - dodał, nie czekając na potwierdzenie. - Po jaką cholerę tam do nich łazisz? W gazecie granicznej pisali, że masz grać w reprezentacji Polski. No chyba żeś jest Niemiec... - strażnik złowrogo zawiesił głos.

- Nie, nie jestem Niemcem - odparł Walter.

Pogranicznik pogroził mu palcem.

- No i tego się trzymaj. A jeszcze raz pójdziesz do Bytomia, to z chłopakami ze strażnicy nakopiemy ci do dupy. Rozumiesz?

Walter odszedł bez słowa, zerkając na transparent "Witamy na Śląsku" rozpięty między przydrożnymi drzewami jak na krzyżu.

 
 
ROZDZIAŁ 3.

Lwów,

jesień 1937 roku

 
 

Bramkarz Pogoni wbiegł na pole karne, trzymając w obydwu dłoniach piłkę, po czym lekko ją podrzucił i potężnym kopnięciem posłał na połowę rywali.

Wszyscy zawodnicy bez wyjątku zadarli głowy, a ich stadionowe doświadczenie błyskawicznie obliczyło, gdzie i kiedy wyląduje skórzana kula. Niestety, bramkarz nie zaadresował jej najlepiej, bo zmierzała wprost w miejsce, w którym znajdowało się kilku piłkarzy przeciwnika. Błyskawicznie się przegrupowali, tak że praktycznie każdy mógł przejąć piłkę, ale nagle pojawił się wśród nich szczupły napastnik Pogoni, który wyrósł jak spod ziemi. Poruszał się jak na niemym filmie w kinie - nienaturalnie szybko i zabawnie, ale rywalom lwowiaków nie było do śmiechu. Zwłaszcza gdy chudzielec o dziecięcej twarzy znalazł się przy piłce w tym samym ułamku sekundy, w którym dotknęła ona murawy, przejął ją i pomknął w kierunku bramki.

Stadion w parku Sportowym imienia Rydza-Śmigłego wypełnił wrzask.

- Sam! Hulaj, "Miglanc"! Sam!

Ale szczupły napastnik nie potrzebował zachęty do indywidualnej akcji. Zanurkował w szczelinę między dwoma obrońcami, a kiedy znalazł się sam na sam z bramkarzem, cyrkowym zwodem przerzucił piłkę z prawej nogi na lewą i spokojnie umieścił ją w siatce.

Publika oszalała.

Ich ukochany klub, niegdyś niepokonany, czterokrotny mistrz Polski, wracał na szczyt tabeli. Dzięki bajbusowi ze Śląska, co ledwo od ziemi odrósł, a haratał przeciwników na boisku, jak chciał. Wszyscy od Łyczakowa po Zamarstynów wiedzieli, kto to "Miglanc". Tak ochrzcili go kibice - według bałaka, lwowskiej mowy - bo kto to widział, żeby na trybunach naród krzyczał: "Walter". Tu było najweselsze miasto kontynentu, a "Walter" pasował co najwyżej do stadionu w Norymberdze, gdzie zamiast grać w piłkę, defilowano z pochodniami przed frajerem z wąsikiem, który szczekał na cały świat.

Schodzili do szatni, gdy Walter obściskiwany przez uradowanych kolegów dostrzegł w jednym z pierwszych rzędów na widowni Erwina Köcha. Były gwiazdor Pogoni skulił się i sprawiał wrażenie, jakby chciał zniknąć za plecami działaczy klubowych, ale Walter mu to uniemożliwił.

- Panie Erwinie! - krzyknął i pomachał ręką. - Zaczeka pan na mnie? Zmienię łachy i zaraz przyjdę.

Köch zdobył się na wymuszony uśmiech i skinął dłonią.

- Co pan robi we Lwowie? - spytał Walter piętnaście minut później, podchodząc do niego w chwili, gdy trybuny stadionu opuszczali ostatni amatorzy futbolu.

- Interesy - odparł z wyraźnym zakłopotaniem. - Nie dawałem ci znać, bo wpadłem jak po ogień. Jutro rano wracam do Katowic.

Pyka pokiwał głową i spojrzał na niego wyczekująco, ale tamten milczał.

- A... - zaczął Walter niepewnie - ...ma pan jakieś nowiny?

- Względem czego?

- No - na twarzy Pyki odmalowało się niemiłe zaskoczenie. - Względem kadry narodowej. Rozmawiał pan?

- Tak - odparł Köch, uciekając wzrokiem. - Musisz jeszcze poczekać. Grasz we Lwowie dopiero parę miesięcy. Chcą ci się jeszcze przyjrzeć.

- A czemu tu się przyglądać - Walter starał się ukryć rozczarowanie. - W czterech ostatnich meczach ligowych strzeliłem siedem goli. Który z reprezentacji może się tym pochwalić?

Köch wzruszył ramionami.

- Nikt w ciebie nie wątpi, ale... - przerwał nagle na widok przystojnego szatyna w brązowym dwurzędowym garniturze i beżowym trenczu zarzuconym na ramiona tak, że rękawy zakończone modnymi paskami zwisały swobodnie wzdłuż ciała.

Elegant wszedł na widownię przez furtkę obok szatni, którą usłużnie otworzył mu niski młody człowiek - sekretarz, lokaj albo ochroniarz - i ruszył w ich stronę.

Köch lekko pobladł i nerwowo przełknął ślinę.

- Witaj, Erwinie - człowiek w trenczu wyciągnął do niego dłoń w cienkiej kawaleryjskiej rękawiczce, idealnej do trzymania szabli. - Przyjechałeś odwiedzić stare śmieci?

- Na jeden dzień, proszę pana - wyjaśnił skwapliwie Köch, jakby miał zakaz przebywania w mieście dłużej niż czterdzieści osiem godzin.

Elegant obrzucił go chłodnym spojrzeniem.

- Nie przedstawisz mnie swojemu przyjacielowi?

- Oczywiście - teraz były piłkarz Pogoni się zaczerwienił.

- Pozwoli pan - powiedział zakłopotany - to jest Walter Pyka, mój krajan ze Śląska. Gra w napadzie...

- Bardzo mi przyjemnie - przerwał mu elegant i podał Walterowi rękę, nie zdejmując rękawiczki. - Jestem Bohdan Halicz. Entuzjasta futbolu, jeśli mogę się tak wyrazić. Winszuję panu pięknej bramki. To było nader zręczne, a ja... wybitnie cenię zręczność.

Erwin chrząknął, jakby mu zaschło w gardle, a przyboczny Halicza zerknął na niego ostrzegawczo.

- Dziękuję panu - Walter energicznie skinął głową. Komplementy przyjmował jako coś naturalnego i należnego. Rzadko na nie odpowiadał, ale tym razem uznał, że warto. Człowiek w trenczu musiał być jakimś lepszym gościem, a tacy bywają niezwykle przydatni w karierze.

Ale elegant nie pociągnął tego wątku.

Dotknął ronda kapelusza i oświadczył:

- Jeszcze się spotkamy. Tymczasem nie pogniewa się pan, jeśli zamienię kilka zdań z moim przyjacielem Erwinem.

Walter otworzył usta ze zdziwienia.

Czyli co? - pomyślał. Najpierw ten bubek przyłazi na trybuny, żeby mnie poznać, a teraz spławia? Chyba że przyszedł, bo ma sprawę do Köcha - przemknęło mu przez głowę coś, co wydawało się niemożliwe, a jednak...

Rozejrzał się zakłopotany, napotykając wzrok przybocznego Halicza, i w tej samej chwili przeszła mu ochota na dalsze domysły. Zaszurał nogami, burknął coś na pożegnanie i odszedł.

"Hrabia" wyjął papierosa, postukał nim o złoty portcygar i włożył do ust, a jego anioł stróż natychmiast podsunął płomień zapalniczki.

Erwin Köch stał w milczeniu i chociaż nie było zbyt ciepło, na czoło wystąpiły mu kropelki potu.

- Panie Halicz - zaczął - ja... przepraszam, że wyjechałem tak nagle, ale... pan wie. Ja pamiętam o pieniądzach, które jestem panu winien, i ręczę, że je oddam.

- Tego akurat jestem pewien - oświadczył Halicz z przekąsem. - Zdziwiło mnie tylko, że zniknąłeś bez pożegnania, i już zacząłem się martwić. Bo musisz wiedzieć, Erwinie, że oddanie pieniędzy mnie osobiście jest o wiele lepsze dla zdrowia niż oddanie ich moim ludziom. A już z pewnością nie wybaczyłbym sobie, gdybym po dług musiał wysłać znajomych z Katowic. Wy tam, na Śląsku, jesteście tacy brutalni...

Köch zbladł jak ściana.

Bohdan Halicz przez dłuższą chwilę pozwolił mu w pełni zrozumieć grozę sytuacji. Z całkowicie obojętną miną zajmował się nitką wystającą z obszycia rękawiczki, po czym spytał, nie patrząc na Erwina:

- Co cię sprowadza do Lwowa? Bo zgaduję, że nie pragnienie oddania długu?

- Oddam - jęknął Köch. - Jak Boga kocham. Tylko niech mi pan da jeszcze trochę czasu. Od października mam zacząć trenować piłkarzy w Królewskiej Hucie. Dostanę zaliczkę i natychmiast...

- Po co przyjechałeś? - powtórzył Halicz. - Wybaczę ci, że zniknąłeś i że nie zawiadomiłeś mnie o dzisiejszej wizycie w mieście, bo jestem miły. Ale ty też bądź miły i postaraj się powiedzieć prawdę.

Köch zaczął rozpaczliwie rozglądać się wokół, jakby szukał ratunku, ale widownia stadionu była już pusta.

- W jego sprawie - wydukał wreszcie i wskazał głową furtkę prowadzącą do szatni.

- Kogo?

- Waltera Pyki.

Halicz uniósł brwi.

- Interesujące. Zamieniam się w słuch.

- Ojciec Waltera jest wpływowym człowiekiem - powiedział Erwin nie swoim głosem. - Jak się dowiedział, że maczałem palce w ucieczce jego syna do Lwowa i załatwiłem mu miejsce w Pogoni, zdenerwował się, ale jakoś to zniósł. Wściekł się dopiero wówczas, gdy gazety zaczęły pisać o sukcesach sportowych Waltera i jego szansach na powołanie do kadry narodowej.

- A to czemu? - zdziwił się Halicz.

- Stary Pyka to zapiekły hitlerowiec - wyjaśnił Köch, zniżając głos. - Jakby Walter zagrał w koszulce z białym orłem na piersiach, toby go szlag trafił na miejscu.

- Co nie byłoby takie złe - skomentował Halicz. - Ale co to ma wspólnego z tobą i twoją potajemną wizytą we Lwowie?

Köch odetchnął głęboko.

- Ojciec Waltera w ostatnich tygodniach postawił na nogi pół Śląska i wydębił w sądzie papiery, że syn jest niepełnoletni i nie ma prawa decydować o sobie. Kazał mi przyjechać z tymi papierami do kierownictwa Pogoni i przekonać ich, żeby wydalili chłopaka z drużyny i odesłali do domu. A to zamknęłoby Walterowi drogę do reprezentacji Polski.

- Dlaczego wysłał z tym ciebie?

- Miałem tak odkupić swoją winę sprowadzenia Waltera do Lwowa.

- Dostałeś za pokutę bycie listonoszem?

Erwin zamilkł na chwilę, jakby potrzebował czasu na sformułowanie następnego zdania.

- Nie chodziło tylko o to, panie Halicz - powiedział wreszcie.

- A o co?

- Gdyby sąd w Katowicach przesłał papiery do zarządu Pogoni pocztą, mogłyby się gdzieś zawieruszyć albo nie dojść na czas...

- Jak to "na czas"?

- Walter wkrótce kończy siedemnaście lat i może zostać uznany przez sąd za pełnoletniego. Dlatego stary chciał, abym dostarczył te dokumenty osobiście, szybko i skutecznie. Tak samo jak szybko załatwiłem mu miejsce w drużynie. Uznał, że mnie zarząd klubu posłucha.

- I posłuchał?

- Jeszcze z nimi nie rozmawiałem. Umówiliśmy się pół godziny po meczu, jak skończą odprawę z zawodnikami.

Halicz obrzucił go uważnym spojrzeniem.

- To znaczy, że masz te dokumenty?

Köch skinął głową.

- Przy sobie?

- Tak.

- To teraz mi je grzecznie oddasz.

- Nie mogę - jęknął Erwin. - Błagam, niech pan tego nie żąda. Stary Pyka mnie zabije.

- Spokojnie - Halicz uniósł dłoń w pokojowym geście. - Powiem ci, jak będzie. Zegarek masz?

- Mam.

- Oddaj mojemu przyjacielowi - wskazał gestem przybocznego.

Erwin zrobił zrozpaczoną minę.

- Proszę, nie. To pamiątka. Prezent od Pogoni za to, że zdobyłem z drużyną mistrzostwo Polski. Grawerowany...

- Nie martw się. Zwrócisz dług, dostaniesz zegarek z powrotem. A teraz wyjdziesz przed stadion, złapiesz pierwszego posterunkowego, jakiego zobaczysz, i złożysz zawiadomienie, że na widowni okradli cię lwowscy złodzieje. Dla tutejszych policmajstrów to żadna nowina. Oni wiedzą doskonale, że specjalna ekipa moich ludzie pracuje na meczach. A tobie uwierzą bez wahania. Byłeś przecież gwiazdą Pogoni. Powiesz, że zginął ci zegarek i ważne dokumenty. Gdzie je masz?

Köch położył dłoń na sercu.

- Dawaj - Halicz pstryknął palcami i wykonał nimi ruch, jakby chciał kogoś przywołać.

Erwin sięgnął do lewej wewnętrznej kieszeni marynarki, wyjął zaklejoną kopertę i podał Haliczowi. Za moment zrobił to samo z zegarkiem.

- Czy mogę o coś zapytać? - zawahał się.

- Słucham.

- Policja uwierzy, że ktoś zdjął mi zegarek z ręki?

Halicz nagle chwycił go mocno za przegub prawej dłoni. Köch zamarł na sekundę i spojrzał na niego kompletnie zaskoczony.

- Widzisz, jakie to proste? - roześmiał się Halicz. - Każdy człowiek, którego znienacka złapiesz za nadgarstek, nie spojrzy na rękę, za którą go chwyciłeś, tylko wbije wzrok prosto w twoją twarz z pytaniem w oczach, o co chodzi. Ta chwila dezorientacji wystarczy, aby artysta o zręcznych palcach odpiął pasek i ściągnął zegarek. Tylko musi to zrobić w ciągu tych kilku sekund, w których gość nie interesuje się swoim przegubem, ale usilnie stara się pojąć zaskakującą sytuację, w jakiej się znalazł.

Köch z podziwem pokręcił głową.

- Taką opowieść zasuniesz gliniarzom. Byłeś na meczu, ktoś cię przez pomyłkę złapał za rękę, potem grzecznie przeprosił, ale kichnął ci wprost na garnitur, dlatego przeprosił raz jeszcze i starannie wytarł chusteczką klapy marynarki. Wystarczy, aby skubnąć ci zegareczek i wyczyścić wewnętrzne kieszenie. O nic więcej nie będą pytać. Rysopis sprawcy możesz podać, jaki chcesz. Byle lipny.

Erwin układał to wszystko w myślach.

- A co z ojcem Waltera? - nagle się zaniepokoił.

- Myśl trochę - skarcił go Halicz. - Pokażesz hitlerowcowi protokół z lwowskiej policji, w którym czarno na białym będzie stało, że kieszonkowcy obrobili cię na stadionie - z wyszczególnieniem przedmiotów, które zginęły. Drugi raz cię nie przyśle, poczcie nie ufa, a jeśli sam się tu wybierze, to daj nam znać. Już my sobie z nim poradzimy.

- Wszystko będzie po pana myśli - zapewnił Köch, ale "Hrabia" dostrzegł u niego wahanie.

- Coś jeszcze? - zapytał.

- Za pozwoleniem, panie Halicz - potwierdził Erwin. - Dlaczego pan to robi?

- Wiesz, jak kocham Pogoń. Chcę, żeby miała pierwszorzędnych graczy i rządziła w reprezentacji narodowej. U nas się mówi: "Ni ma jak Lwów". I tak ma być.

- Słowo daję, że pojadę do działaczy w Warszawie i uczynię wszystko, co w mojej mocy - solennie zapewnił Köch.

- Gdyby była potrzebna jakaś darowizna od żarliwego lwowskiego miłośnika futbolu... - podpowiedział "Hrabia", ale Erwin uśmiechnął się przepraszająco.

- Z całym szacunkiem, panie Halicz, ale będę rozmawiał z Polskim Związkiem Piłki Nożnej. Tam się liczy sport, nie pieniądze. Poza tym, pan wybaczy, ale pańska reputacja... PZPN nigdy by się nie zgodził na współpracę z człowiekiem, który nie dysponuje nieposzlakowaną opinią.

- Erwinie - Halicz nie przejął się tym komentarzem i poklepał go po policzku. - Sam wiesz, jak postępować, skoro oni tacy święci. Spisz się, jak trzeba, umocuj mi "Miglanca" Pykę w drużynie narodowej, a o długu zapomnę. Będziemy kwita.

Köchowi błysnęły oczy.

- Naprawdę?

- A czy ja kiedy nie dotrzymałem słowa?

- Nie - zaprzeczył skwapliwie Erwin. - To znaczy tak. Zawsze pan dotrzymuje słowa.

Król lwowskich złodziei uśmiechnął się zagadkowo i na pożegnanie pstryknął palcami w rondo kapelusza.

 
 
ROZDZIAŁ 4.

Lwów,

lato 1939 roku

 
 

Zuza Orska, artystka dramatyczna, była już na tyle zblazowana zachwytem publiczności, że nie starała się tak jak dawniej, a jednak w ten występ włożyła cały swój talent sceniczny.

Powoli, przeciągając się jak kotka, wstała z olbrzymiego łoża w sypialni kochanka i ubrana jedynie w kolczyki podeszła do okna. Udała zainteresowanie wydarzeniami na ulicy Ruskiej, przy której znajdowała się garsoniera, ale prawdziwym celem pokazu była prezentacja wdzięków niewieścich w pełnej krasie.

Z lokatorem garsoniery poznali się wczoraj na dancingu, upili i wylądowali u niego. Zuza nie pamiętała, czy doszło do seksu, ale widok nagiego mężczyzny leżącego na plecach i patrzącego na nią z zachwytem przekonywał, że teraz są na to wszelkie szanse.

- Chodź tu - wychrypiał, bo w ustach miał jeszcze żużel porannego kaca, ale go zignorowała. Odchyliła firankę, przez chwilę patrzyła w kierunku Rynku, a potem odwróciła się tyłem do łóżka, schyliła, nie uginając nóg w kolanach, i uniosła z podłogi pończochę.

Walter "Miglanc" Pyka poczuł tak silną falę podniecenia, że doznał lekkiego zawrotu głowy, a jego stanowisko w kwestii tego, co miało zaraz nastąpić, uległo znacznemu usztywnieniu.

Ta kobieta była ucieleśnieniem jego ideału.

Szczupła, wysportowana, o nieco chłopięcej sylwetce i jędrnych piersiach przypominających jabłka albo biblijne malunki, na których babki zawsze miały małe, okrągłe cycuszki. Do tego dochodził zgrabny tyłek, długie nogi i krótko ostrzyżone włosy, które Waltera podniecały najbardziej. Zuza kreowała się na wampa, nosiła męskie ubrania i paliła papierosy w długiej cygarniczce. Była ekstrawagancka i perwersyjna.

Uśmiechnęła się do niego, oblizała wargi i bardzo wolno zaczęła iść w stronę łóżka, przenosząc ciężar ciała z palców na pięty. Puma - pomyślał. Prawdziwa puma. Jak ta, którą widział w paryskim zoo podczas ubiegłorocznych Mistrzostw Świata w Piłce Nożnej.

Zuza dotykała już kolanami brzegu łóżka i pochylała się, aby zwieńczyć swoją pantomimę czymś bardzo nieprzyzwoitym, ale zamarła bez ruchu na dźwięk głośnego pukania do drzwi.

- Spodziewasz się kogoś? - szepnęła zaskoczona.

Walter zaprzeczył, krzywiąc twarz i kręcąc głową.

- Nie otwieramy. Udajemy, że nikogo nie ma w domu - postanowił, zniżając głos, i z żalem zauważył, że Zuza zmieniła zamiary. Wyprostowała się i obróciła dość energicznie, co spowodowało strącenie stojącego na szafce nocnej pustego kieliszka po szampanie.

Kieliszek spadł na parkiet z dźwiękiem porównywalnym do uderzenia kościelnego dzwonu i rozbił się w drobny mak, jak na prawdziwy kryształ przystało. Ktoś po tamtej stronie progu zareagował na to jeszcze bardziej natarczywym pukaniem. Dalsze udawanie nieobecności nie miało sensu.

- Już, już - zawołał Walter. - Tylko się ubiorę.

Gestem głowy polecił Zuzie ukryć się pod kołdrą, narzucił szlafrok, wyszedł do przedpokoju i przekręcił klucz w zamku drzwi.

Gdy je uchylił, ujrzał oficera w mundurze, któremu towarzyszył dobrze zbudowany kapral. U tego drugiego Pyka rozpoznał charakterystyczne malinowe wyłogi żandarmerii wojskowej. Obaj wyprężyli się i zasalutowali.

Porucznik wymienił swoje dwuczłonowe nazwisko, po czym uprzejmie zapytał, czy Walter zechce poświęcić mu kilka minut rozmowy.

- Nie chcieliśmy pana wzywać - wyjaśnił. - Zwłaszcza że sprawa jest delikatnej natury.

"Miglanc" trochę się zmieszał, podrapał w głowę i wytłumaczył, że ma towarzystwo, puszczając przy tym oko, co młody oficer zrozumiał w lot. Otwierał usta, aby wobec tego, dla dobra damy, umówić inny termin wizyty, ale Walter zaprosił do salonu, wyrażając nadzieję, że rozmowa nie potrwa długo. Porucznik rozkazał żandarmowi zaczekać w przedpokoju, poprosił gospodarza, aby prowadził, po czym starannie domknął drzwi.

- Rzecz w tym, panie Pyka - zaczął, gdy tylko usiedli - że otrzymał pan wezwanie na komisję wojskową.

Walter zaniemówił.

Nalał sobie wody z karafki stojącej na stole i wypił ją jednym haustem, co nie zgasiło jego zdumienia.

- Nic nie przyszło - stwierdził lekko przestraszonym głosem. - Aż dziw, bo listonosz akuratny i wszystko dostarcza, jak się należy.

- Nie mógł dostarczyć - wyjaśnił oficer, odpinając kieszeń munduru ozdobioną jakimś orderem. - Powiastkę mam przy sobie.

"Miglanc" sięgnął po podany dokument i nerwowo przebiegł go wzrokiem, który zatrzymał na okrągłej, czerwonej pieczęci z orłem. Z trudem przełknął ślinę.

- Pan ma wiedzę, że jestem reprezentantem Polski w futbolu? - spytał, próbując organizować linię obrony.

- I bohaterem ubiegłorocznych mistrzostw świata - dopowiedział usłużnie porucznik. - Inaczej wezwanie przyniósłby listonosz, nie ja.

- Dziękuję za fatygę. Mam gdzieś pokwitować?

Mundurowy kwaśno się uśmiechnął.

- Łaskawy panie - chrząknął. - Wódz naczelny chciałby zachęcić młodych ludzi, aby wstępowali w szeregi Wojska Polskiego. Pan jest ich idolem. Jeśli w gazetach i na plakatach zobaczą pana w armii, będzie to dla nich wzór. Zwłaszcza że... - urwał, jakby się zagalopował.

- Zwłaszcza że co?

- Że jest pan Polakiem narodowości niemieckiej. Wielu byłych pruskich poddanych noszących niemieckie nazwiska dziś jest gorliwymi polskimi patriotami. Admirał Unrug, dowódca naszej floty wojennej, pochodzi z niemieckiej arystokracji i służył w Kriegsmarine.

- Ja jestem Ślązakiem.

- Tym lepiej.

Walter spojrzał na oficera, mrużąc oczy.

- Powiedział pan, że to delikatna sprawa...

- Tak jest - porucznik podrapał się po policzku. - Rzecz w tym, że zgodnie z prawem możemy pana powołać do wojska, jak pan będzie miał dwadzieścia jeden lat...

- No - ucieszył się Walter. - To zapraszam w 1941 roku.

Oficer skrzywił usta w grymasie, który mógł udawać uśmiech.

- Ale już teraz może się pan zgłosić na ochotnika. Przyjmujemy nawet siedemnastolatków.

- Nie zamierzam - oświadczył Walter.

- Proszę posłuchać, panie Pyka - porucznik zmienił ton. - My pana tak czy inaczej powołamy. Możemy poczekać jeszcze te dwa lata i zadbać o to, aby trafił pan do takiej jednostki, w której osiemnaście miesięcy spędzi pan na czyszczeniu sraczy szczoteczką do zębów. I żadna reprezentacja ani związek piłkarski pana od tego nie uratują. Wyrażam się jasno?

Twarz "Miglanca" stężała.

- Jest też druga możliwość: zgłosi się pan teraz dobrowolnie, a my zadbamy o to, aby przeszkolenie było krótkie i miłe. A potem wystroimy pana w mundur od najlepszego krawca i obwieziemy po Polsce. Na mityngi z panem - jednym z najlepszych piłkarzy w Europie - przyjdą setki, może tysiące ludzi. Armia gwarantuje przyzwoite warunki zamieszkania i wyżywienia. Noclegi w hotelach garnizonowych, posiłki w oficerskich kantynach. Że o wysokim żołdzie nie wspomnę. Nie doświadczy pan losu innych rekrutów - porucznik postukał palcem w wezwanie do komendy uzupełnień. - Będzie pan miał lepszą służbę niż marszałek Rydz-Śmigły. Czekam na decyzję.

Dwadzieścia minut później Walter wrócił do sypialni. Zuza, znużona czekaniem i wydarzeniami wczorajszej nocy, zasnęła.

Dostrzegł obok łóżka połowę zwietrzałego szampana i wypił go wprost z butelki. Położył się tuż przy kochance, ale ciepło kobiety, jej prężne ciało i lubieżność widoczna nawet podczas snu straciły moc.

 

Drzwi do składu towarów spożywczych Dorożyńskiego były otwarte, zapraszające do środka klientów, promienie słońca i ciepłe powietrze sierpnia 1939 roku. Wiktualia cieszyły się popularnością. Przychodziło tu sporo funiastych paniuś grymaszących przy wyborze zakąsek i wybrednych dżentelmenów, ale człowiek, który stanął w drzwiach, z pewnością do nich się nie zaliczał.

Miał na sobie podniszczoną marynarkę o dwa rozmiary za dużą, pumpy, pepegi na gumowej podeszwie i kaszkiet. Sprzedawca za ladą, który był subiektem sklepowym od niepamiętnych czasów, obrzucił go taksującym spojrzeniem. Obszerna kapota, w której dałoby się ukryć dużo towarów, i buty o dobrej przyczepności, stworzone do ucieczki. Złodziej - pomyślał sprzedawca, a doświadczenie podpowiedziało mu, aby się mieć na baczności.

Na szczęście nie wypowiedział swojej opinii na głos, bo człowiek, który wszedł do sklepu, mógłby się poczuć urażony. Nie był jakimś tam buchaczem spod taniej jatki, ale arystokratą w swoim fachu, należącym do ścisłego otoczenia "Hrabiego" Halicza.

Nazywał się Eugeniusz Wasylko, ale personalia miał głównie na użytek kartoteki w Komendzie Wojewódzkiej Policji we Lwowie. Miasto znało go pod pseudonimem "Magik".

Po zdaniu egzaminu i uzyskaniu tytułu mistrzowskiego gildia złodziejska przyznała mu własny rewir. Pracował w ściśle określonym kwadracie ulic, tylko w tramwajach. Lwowskie cesarstwo kradzieży kieszonkowych było precyzyjnie podzielone na sektory i branże.

Radził sobie tak dobrze, że "Hrabia" parę lat temu wziął go na osobistego tycera, a potem uczynił kimś w rodzaju dyrektora technicznego syndykatu. "Magik", były czeladnik w zakładzie zegarmistrzowskim, nie tylko potrafił naprawić każde urządzenie i otworzyć każdy zamek, ale też ciągle wymyślał nowe patenty.

Rozejrzał się po Wiktualiach, napotykając spojrzenie sprzedawcy, który lekko się ukłonił i zapytał:

- W czym mogę służyć szanownemu panu?

- Szukam sardynek - odparł "Magik". - Posiadasz pan?

Sprzedawca nieznacznie uniósł brwi. Sardynki to był drogi szpas. Zakąska dla burżuja, a nie dla ćmoka, od którego na kilometr zalatywało szemranym klimatem. Mimo to uśmiechnął się zawodowo.

- Ma się rozumieć, że posiadamy - odparł. - Dysponujemy wyrobami najwyższego gatunku od pierwszorzędnych zagranicznych wytwórni. Czy mogę szanownemu panu coś polecić?

- Pokaż pan wszystko, co pan masz.

Stary subiekt skinął głową, przeszedł do kredensu z delikatesami, z którego górnej półki zdjął kilka puszek sardynek, po czym ułożył je na ladzie przed klientem.

"Magik" obejrzał ekspozycję, a potem zaczął uważnie badać blaszane pudełka opuszkami palców, jakby był niewidomy. Sprzedawca przyglądał mu się wyraźnie zmieszany, nie wiedząc, co ma o tym wszystkim sądzić. Klient postukał paznokciem w jedną z puszek i oświadczył:

- Biorę te.

- Zapakować?

- Jeśliś pan uprzejmy.

Zapłacił i wyszedł, zapisując kolejny osobliwy incydent w kronice dziwnych wydarzeń z życia sprzedawcy towarów kolonialnych.

W domu "Magik" odwinął pakunek z papieru sklepowego, odszukał w szufladzie stołu kluczyk do konserw i otworzył nim puszkę. Mimowolnie powąchał zawartość, skrzywił się z niesmakiem, wstał i artystycznie ułożone w oliwie rybki wyrzucił do kubła na śmieci. Nienawidził sardynek.

Interesowała go tylko puszka.

Wykonana z blachy cienkiej jak papier, a przy tym giętkiej i mocnej, była dokładnie tym, czego potrzebował. Wyparzył pudełko gorącą wodą z czajnika, wytarł je ręcznikiem, a następnie wyciął nożycami równy pasek blachy. Obejrzał go pod lampką, posmarował mocnym szewskim klajstrem i przykleił na górze strony "Ilustrowanego Kuriera Codziennego", tak żeby blaszka pokrywała się z jej krawędzią.

Gdy klej wysechł, obejrzał z zadowoleniem swoje dzieło, zatarł ręce, otworzył szafę i wyjął z niej wyjściowe ubranie. Za godzinę miał być u "Hrabiego".

 

Bohdan Halicz wstał z ławki w uniwersyteckim Ogrodzie Botanicznym i cisnął do kosza na śmieci świeże wydanie "Gazety Lwowskiej". Im bardziej prasa zachłystywała się polską siłą, z którą Hitler nie ma żadnych szans, im częściej zapewniała w tytułach "Nie oddamy nawet guzika od munduru", tym bardziej czuł się zaniepokojony. Politykom wybaczał kłamstwa, bo generalnie uważał ich za szuje, ale dziennikarzom? Po to ludzie dawali co rano 10 groszy za gazetę, żeby dostawać fałszywe informacje? "Hrabia" oskubał w lwowskich restauracjach ze dwa plutony cacanych oficerków, którzy zamiast orłów powinni nosić na czapkach pawie. Żadnemu z nich nie powierzyłby obrony wychodka, a co dopiero miasta.

Wojna wisiała w powietrzu. Kto potrafił wyciągać wnioski, ten czuł jej mdły zapach - mieszaninę prochu i krwi. I widział nadciągające czarne chmury.

Wrócił spacerem spod Cytadeli do mieszkania, ale nie poprawiło mu to samopoczucia. Usiadł w salonie, poprosił służącego o kawę i po raz kolejny zabrał się do studiowania notesu Ulama. Być może tu było rozwiązanie. Boska siła ze Starego Testamentu, która mogła jednym oddechem zmieść Hitlera, jak zmiotła Sodomę i Gomorę.

 

W pewnej chwili odstawił filiżankę z kawą i krzyknął do służącego:

- Chłopak! Ogłuchłeś? Ktoś puka do drzwi. Idźże otworzyć!

- Za chwilę, szefie - odezwał się tycer. - Na drabinie jestem.

"Hrabia" wyszedł z gabinetu, zerknął w głąb salonu, gdzie służący wymieniał żarówkę w żyrandolu, zdjął łańcuch w drzwiach i przekręcił zamek.

- Uszanowanie, szefie - powiedział "Magik", starannie wycierając buty, choć na chodnikach było sucho i czysto. - Nowiny przynoszę - dodał i dość poufale dotknął torsu Halicza gazetą zwiniętą w rulon.

- Czytasz tego szmatławego "Ikaca"? - zdziwił się "Hrabia", ale podwładny odpowiedział tylko uśmiechem. - Wchodź i siadaj. Mamy do pogadania.

Przeszli do salonu, gdzie tycer akurat składał dwa razy wyższą od siebie drabinę. Przywitał się z "Magikiem" z szacunkiem należnym starszyźnie ferajny, przekręcił wyłącznik obok futryny, aby sprawdzić, czy nowa żarówka działa, z satysfakcją kiwnął głową i wyszedł.

- Co powiesz? - "Hrabia" rozsiadł się w fotelu.

- Zanim powiem - uprzedził "Magik" - to mały prezencik dla szefa. Wyciągnął w stronę Halicza rękę, w której trzymał eleganckie wieczne pióro.

"Hrabia" zmarszczył brwi i sekundę później dotknął zewnętrznej kieszeni marynarki, w której nosił identycznego parkera. Kieszeń była pusta.

- Jakżeś to zrobił? - spytał gościa.

"Magik" podsunął mu gazetę.

- Hokus-pokus, szefie - uśmiechnął się. - Wkleiłem do "Ikaca" cienką blaszkę z puszki po sardynkach. Dzięki temu - zademonstrował - góra gazety jest sztywna. Można ją wsunąć pod skuwkę pióra zaczepioną o kieszeń marynarki, podważyć i wyjąć piórko jak swoje. Błyskawicznie i gładko, bo kto w zatłoczonym tramwaju pomyśli, że gazeta może służyć do kradzieży? Nawet pan nie zauważył, jak pana oskubałem w przedpokoju - dodał z dumą.

- "Magik" - Halicz pogroził mu palcem, szeroko się uśmiechając. - Ty w łóżku nie umrzesz, łachudro.

- Mam nadzieję, szefie.

"Hrabia" uniósł parkera w ręku.

- I co, dajesz mi w upominku moje własne pióro?

"Magik" przecząco pokręcił głową.

- Daję panu w prezencie tę gazetę. Przyda się, co nie?

Halicz spojrzał z wdzięcznością, a wtedy złodziej wynalazca delikatnie rozłożył "Ikaca" na stoliku i wskazał wiadomość na czołówce pierwszej strony:

"Sławny piłkarz Pogoni poszukiwany listem gończym".

 
 
ROZDZIAŁ 5.

Lwów,

lato 1939 roku

 
 

Manekin mężczyzny ubrany jak z żurnala stał na środku dużego pokoju, pod którego ścianami ustawiono kilkanaście krzeseł. Cztery dla komisji, resztę dla publiczności, która miała tu wstęp wyłącznie za specjalnymi zaproszeniami.

Starszyzna schodziła się powoli i w odstępach parominutowych, żeby zmylić ewentualną obserwację wywiadowców. Każdy z ludzi zajmujących krzesła był doskonale znany policji, ale żaden z nich nie zauważył, aby na ulicy, przy której odbywało się zebranie, węszył jakiś tajniak. Można to było uznać za pewnik, bo goście wchodzący do sali mieli najbystrzejsze oczy we Lwowie.

"Hrabia", gospodarz spotkania, witał wszystkich przy drzwiach, zerkając na Anitę częstującą przybyłych wódką i zakąskami. Nie byli zachwyceni obecnością kobiety na zebraniu starszyzny, ale czarujący uśmiech tycerki "Hrabiego" i smakołyki od Baczewskiego potrafiły ich udobruchać. Rozsiadali się na krzesłach, obserwując "Magika", który był mistrzem ceremonii i kręcił się przy manekinie, sprawdzając i wygładzając jego nienaganny strój.

Wysoka komisja była już prawie w komplecie, czekano tylko na "Proboszcza", słynnego kieszonkowca, który pracował w całej Polsce przebrany w sutannę i kroił wyznawców wszystkich religii - od starozakonnych kupców po ewangelickich ponuraków.

Lubił pozować na kaznodzieję i często powtarzał, że siódme przykazanie naprawdę brzmiało: "Mniej kradnij", tylko Kościół zmienił je na całkowity zakaz, żeby się pozbyć konkurencji. Mimo to "Proboszcz" miał sentyment do katolików. Może dlatego, że z ich pielgrzymek przywoził majątek.

Gdy wreszcie przyszedł i zajął swoje miejsce w prezydium, "Hrabia" polecił zamknąć drzwi, a potem wymownie opuścił powieki, co było sygnałem dla Anity. Tycerka otworzyła drzwi do sąsiedniego pomieszczenia i przywołała człowieka, dla którego wszyscy się zgromadzili.

Był nim dotychczasowy służący "Hrabiego", nikczemnego wzrostu, ale o czujnych oczach, w których teraz malowała się niemała trema.

- Jak się nazywasz? - spytał "Hrabia".

Delikwent podał swoje personalia.

- Jesteś gotów do próby?

- Tak, panie szefie.

Halicz potwierdził jego oświadczenie skinieniem głowy i zwrócił się do "Proboszcza" oraz dwóch pozostałych członków starszyzny:

- Czy wysoka komisja dopuszcza tego tu do egzaminu?

"Proboszcz" zebrał spojrzenia potwierdzające zgodę i skinął głową "Hrabiemu". Halicz gestem przywołał "Magika" i polecił mu objaśnić sytuację.

- Przed tobą stoi facet - "Magik" zwrócił się do egzaminowanego i pokazał dłonią manekina. - Jest ubrany w trzyczęściowy garnitur zapięty na wszystkie guziki, szalik i palto. Tak samo zapięte. A teraz uważaj: obiekt ma w tylnej kieszeni spodni plik banknotów, w kamizelce zegarek na łańcuszku, w wewnętrznej kieszeni marynarki portfel, w zapiętej kieszeni palta papierośnicę, na szyi złoty łańcuszek z krzyżykiem, a na palcu sygnet. Sześć fantów.

Masz sześć minut na ich wyciągnięcie.

Egzaminowany zrobił pół kroku do przodu, ale "Magik" zatrzymał go gestem dłoni.

- Pomału, synu. Nie powiedziałem ci najważniejszego: do każdego z tych sześciu fantów przyczepiłem czułe dzwoneczki. Rozumiesz? Twoje zadanie to obrobić klienta w absolutnej ciszy. Jedno brzdąknięcie któregoś dzwoneczka i nie zdałeś. Jasne?

Kandydat potwierdził.

- No to... - "Magik" wyjął z kieszeni stoper i zaczął odliczać: - Trzy, dwa, jeden, start!

Komisja i publiczność wstrzymały oddech. Starzy patrzyli, jak niski chłopak uwijał się przy manekinie, i z uznaniem kiwali głowami. Obtańcowywał go jak w balecie, zgrabnie przecinał ubrania żyletką i bezszelestnie wydobywał z nich cenne rzeczy, "gasząc" w garści dzwoneczki. Gdzie było trzeba, zapuszczał całą dłoń. W innych wypadkach tylko palce: wskazujący i środkowy, za pomocą których wyciągał fanty mistrzowskim chwytem nożycowym. Po czterech minutach i trzydziestu dwóch sekundach ułożył wszystkie sześć fantów na stoliku przed komisją.

Pokój wypełniły gromkie brawa.

"Hrabia" wstał, chrząknął uroczyście i oświadczył:

- Rekord tego roku. Winszuję!

Kandydat, czerwony z emocji, ukłonił się jak w teatrze.

- Przystępujemy do ceremonii - oznajmił "Hrabia" i wyrecytował rotę złodziejskiej przysięgi, za której złamanie płaciło się życiem.

Nowy powtarzał z przejęciem. Gdy skończył, "Hrabia" powtórzył pytanie sprzed egzaminu:

- Jak się nazywasz?

Odpowiedziała mu cisza. Egzaminowany znał kodeks. Nie wymienił imienia i nazwiska, bo od tej chwili jego prywatne personalia należały już do innego świata. On przeszedł granicę, wchodząc do najwyższego kręgu.

"Hrabia" z uznaniem przyjął jego milczenie i zadał kolejne pytanie:

- Jak chcesz się nazywać?

- Mały jestem. To może "Pigmej", panie szefie.

- Od dziś nazywasz się "Pigmej" - oznajmił "Hrabia" - i jesteś członkiem syndykatu.

Rozległy się brawa.

- Od tej chwili przestajesz być moim tycerem, bo sam zostajesz patronem. Tycera sobie wybierzesz i dasz nam znać.

Nowy z dumą skinął głową.

- Dobrym był tycerem? - jeden ze starszyzny zwrócił się do "Hrabiego".

- Dobrym - odparł Halicz. - U mnie był tylko na praktyce, ale złego słowa nie powiem. Bystry, gibki. Pracował z kilkoma starszymi. Dwa razy wykupił patronów z rąk policji, raz odbił, częstując posterunkowego brechą w łeb. Dobry był tycer - powtórzył.

Sala przyjęła to szmerem uznania.

W tej chwili "Hrabia" oddał głos "Proboszczowi", który miał dla "Pigmeja" kilka ogłoszeń duszpasterskich.

- Z uwagi na wzorowo zdany egzamin masz prawo wybrać sobie, gdzie chcesz pracować - oświadczył. - Wiesz już?

- Na statkach wycieczkowych po Pełtwi - powiedział nowy. - I w karpackich uzdrowiskach.

"Proboszcz" zapytał wzrokiem komisję, ale nie usłyszał sprzeciwu.

- Masz zgodę - powiedział. - Oddajesz syndykatowi ustaloną część zysku. To obowiązek. A teraz prawa: jeśli w twoim rewirze działa inny złodziej, będący niżej w hierarchii, musi natychmiast zaprzestać pracy i odstąpić ci teren. Jeśli tego nie zrobi, dajesz nam znać, a tamtym zajmie się dintojra. Jasne?

Nowy przytaknął.

- Rodzinę masz? - spytał "Proboszcz".

- Mam. Matkę i młodszą siostrę.

- No, to jakbyś wpadł, w więzieniu możesz być spokojny. Matka będzie dostawała zasiłek od syndykatu. Chcesz o coś spytać?

- Nie, panie szefie - odparł świeży absolwent "Lwowskiego Uniwersytetu Kradzieży Kieszonkowych". Po czym podszedł do członków komisji i z szacunkiem ucałował ich prawe dłonie.

- Zapraszam łaskawych panów do Starki. Na wyśmienite żeberka i piwo okocimskie.

Odpowiedział mu pomruk zadowolenia.

 

- Brylant, jak pragnę zdrowia - powiedział "Proboszcz", przysiadając się do stolika Halicza i wskazując głową "Pigmeja", który instruował kelnera, żeby piwo nie było za ciepłe. - Zwinny jak małpa.

- Poprzedni patron dobrze go wyszkolił - wyjaśnił "Hrabia". Sam był uczniem słynnego Moryca Schajbe.

"Proboszcz" gwizdnął z podziwem.

- Nie wiedziałem - wyznał. - A co z twoim protegowanym?

- Z jakim protegowanym?

- Nie strugaj wariata. O Pykę pytam.

- Żaden protegowany.

- Na mieście mówią, żeś posmarował, żeby go wzięli do kadry narodowej.

- Bzdury - "Hrabia" lekceważąco machnął ręką. - Wzięli go, bo ma wielki talent. Czytałeś, ile bramek strzelił dla Polski na mistrzostwach świata we Francji. Przysłużyłem się ojczyźnie.

- Ale twój "Miglanc" się nie przysłużył. Dostał powołanie do wojska i prysnął. Nikt nie wie, gdzie jest. Żandarmeria przeszukała cały Lwów. Kamień w wodę. Wreszcie się wściekli i wystawili za nim list gończy z oskarżenia o dezercję.

- Dlaczego się wściekli? - spytał "Hrabia". - Mało to rekrutów daje nogę, żeby nie pójść w kamasze?

"Proboszcz" nachylił się do niego i zniżył głos:

- Pyce mieli nałożyć mundur i wozić go po Polsce, żeby namawiał do wstępowania w szeregi bohaterskiej armii Rydza-Śmigłego. Ale wyszło na odwrót. Teraz szczeniaki będą kombinować tak: Pyka mógł zwiać przed wojskiem, to i my możemy.

- Dużo wiesz - uznał "Hrabia", patrząc na niego uważnie. Po kątach mówiło się, że "Proboszcz" ma dobre chody w "Dwójce", czyli tajnych służbach wojskowych. Ponoć oficerowie kontrwywiadu nieraz korzystali z jego złodziejskich umiejętności, aby zdobyć dokumenty osób podejrzewanych o szpiegostwo. Ta rozmowa wydawała się to potwierdzać.

- Dlaczego mi to wszystko mówisz? - udał zdziwionego.

"Proboszcz" cmoknął zniecierpliwiony.

- Bo cię szanuję. Ludzie wiedzą, że ten były bramkarz Pogoni, jak mu tam było?

- Erwin Köch.

- No właśnie. Że ten Köch rozpowiadał po mieście, że prosiłeś go o protekcję dla Pyki w Polskim Związku Piłki Nożnej. Było tak?

- A czy to ma jakieś znaczenie? - spytał "Hrabia".

- Posłuchaj uważnie - odparł "Proboszcz". - Ta sprawa śmierdzi. Musisz mi powiedzieć, czemu popierałeś tego Pykę. Jak na spowiedzi. Inaczej ci nie pomogę w razie kłopotów.

- Jakich kłopotów? - zaniepokoił się "Hrabia".

- Najpierw ty.

Bohdan Halicz rozłożył ręce.

- Nie ma tu żadnej tajemnicy. Po prostu chciałem, aby Pogoń miała dobrego snajpera i dzięki jego umiejętnościom odzyskała tytuł mistrza Polski. A kadra narodowa? Ten sam powód. Uznałem, że Pyce się to należy, że powinien jechać do Paryża i pokazać całemu światu, jak się gra w piłkę we Lwowie.

- Taki z ciebie romantyk?

- Możesz wierzyć lub nie, ale taka jest prawda. A Köcha posłałem do związku piłkarskiego, żeby mógł spłacić dług karciany, którego i tak by mi nigdy nie oddał. On lubi pokera, ale poker jego nie. Mógłbym go ścigać za te parę złotych po Śląsku i kazać ludziom, aby mu połamali nogi, ale to byłoby okrucieństwo. To zdolny piłkarz. A tak - sprawa się rozwiązała. To wszystko. Teraz ty.

- Wojsko tak się rozsierdziło na tego Pykę, że poza dezercją chcą mu dołożyć szpiegostwo.

- Co?!

- To, co słyszałeś. Jego ojciec mieszka na polskim Śląsku, ale jest ponoć wielkim zwolennikiem Hitlera. Policja ma go na oku. Bohdan - "Proboszcz" spojrzał mu prosto w oczy - nie byłoby dobrze, gdyby to gówno cię ochlapało. Mógłbyś stracić ty i my wszyscy - wskazał oczami starszych ferajny siedzących przy dużym stole i zabierających się za żeberka. - Ale jeśli mówisz prawdę, to w porządku. Przekażę to komu trzeba. Sprawdzą cię, wiadoma rzecz. I sprawa ucichnie.

- Będą szukać Pyki?

- Choćby pod ziemią.

- Pomagasz im?

"Proboszcz" zrobił niewinną minę.

- Może popytam o niego na Śląsku. Jadę tam na występy gościnne.

- Kiedy?

- Za dwa tygodnie. Pierwszego września.

 

[...]

SPIS TREŚCI
 
 

PROLOG

CZĘŚĆ PIERWSZA. KOSTAS

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

CZĘŚĆ DRUGA. "SACHARYNA"

Rozdział 11

Rozdział 12

Rozdział 13

Rozdział 14

Rozdział 15

Rozdział 16

Rozdział 17

Rozdział 18

Rozdział 19

Rozdział 20

CZĘŚĆ TRZECIA. JANIS

Rozdział 21

Rozdział 22

Rozdział 23

Rozdział 24

Rozdział 25

Rozdział 26

Rozdział 27

Rozdział 28

Rozdział 29

Rozdział 30

CZĘŚĆ CZWARTA. "ZULUS"

Rozdział 31

Rozdział 32

Rozdział 33

Rozdział 34

Rozdział 35

Rozdział 36

Rozdział 37

Rozdział 38

Rozdział 39

Rozdział 40

CZĘŚĆ PIĄTA. KATHERINA

Rozdział 41

Rozdział 42

Rozdział 43

Rozdział 44

Rozdział 45

Rozdział 46

Rozdział 47

EPILOG

POSŁOWIE I PODZIĘKOWANIA

PRZYPISY

 
 

Tragedia [...] przez wzbudzenie litości i trwogi doprowadza do oczyszczenia [k??tharsis] tych uczuć.

 

Arystoteles, Poetyka, tł. H. Podbielski

 
 
PROLOG

Sudety Wschodnie, okolice wsi Klessengrund

Wiosna 1945 roku

 

Człowiek w zniszczonym pasiaku i rozdeptanych butach, ledwo trzymających się stóp, podszedł do burty ciężarówki i otoczył ramionami metalowy pojemnik w kształcie walca. Z wysiłkiem oderwał go od podłogi, wygiął ciało do tyłu i oparł ciężar na klatce piersiowej, ale walec - pomalowany na czarno i opatrzony dziwnymi żółtymi symbolami - ważył więcej, niż przypuszczał mężczyzna w obozowych łachmanach. Przemarznięte ręce więźnia zaczęły się zsuwać po gładkiej stali. Skulił się w półprzysiadzie, co pozwoliło mu podtrzymać pojemnik udami, ale z sekundy na sekundę tracił równowagę.

I wtedy stało się coś, czego człowiek w pasiaku nigdy nie doświadczył przez trzy lata w obozie koncentracyjnym Gross-Rosen.

Oficer SS nadzorujący transport podbiegł do niego, śmiesznie drobiąc kroki na śliskich kamieniach. Dłońmi w skórzanych rękawiczkach w ostatniej chwili podparł dno pojemnika i podtrzymał je wystarczająco długo, aby więzień umocnił swój chwyt i zapanował nad sytuacją. Następnie niemal troskliwie poprawił beret, który człowiekowi w pasiaku zsunął się na oczy, poklepał go po plecach i wskazał podbródkiem kierunek marszu.

Więzień ruszył, odnajdując siłę w zdumieniu, jakie go ogarnęło. W kamieniołomie Gross-Rosen, gdzie pracował wcześniej, esesmani dopingowali więźniów wyłącznie szpicrutami. Gdyby któryś zauważył, że bryła granitu wysuwa mu się z rąk, mógłby zostać zakatowany na śmierć.

Zanim człowiek w pasiaku trafił do piekła obozu, był katolickim księdzem, i oficer SS nagle wydał mu się Cyrenejczykiem pomagającym nieść krzyż Chrystusowi.

On też szedł pod górę. Nie na Golgotę, nagą i pozbawioną drzew, ale na pokryte lasem sudeckie wzniesienie, ukrywające podziemny magazyn, do którego ksiądz i jeszcze pięciu innych ludzi w pasiakach miało przenieść z ciężarówki metalowe, czarno-żółte zasobniki. Każdy po dwa.

Więzień rozważnie stawiał kroki, wykorzystując wykroty i korzenie jodeł jak stopnie schodów ułatwiających wspinaczkę. Mimo dotkliwego chłodu pot płynął mu po grzbiecie, wygiętym niczym harfa, której struny napięte są tak mocno, że mogą wydać tylko jęk. Dyszał ciężko i przystawał co kilka kroków, rozglądając się bojaźliwie, ale nikt go nie poganiał.

Na miejsce dotarł po dwudziestu minutach. Upadł na kolana i rękami drżącymi z wysiłku podał pojemnik rosłemu człowiekowi w prawie nowym pasiaku, który wyłonił się jak spod ziemi i przejął stalowy walec. Objął zasobnik potężnym ramieniem i mocno przycisnął do piersi, a następnie - przytrzymując się wolną ręką poręczy wmurowanej w beton - zszedł po metalowych szczeblach w głąb bunkra.

Ksiądz zdjął beret, który znów przysłaniał mu widok, wytarł rękawem pot zalewający oczy i wówczas zdumiał się po raz drugi.

Zza drzewa, rosnącego tuż obok wejścia do podziemnego magazynu, wyszedł wysoki mężczyzna w rudym mundurze i sukiennym płaszczu organizacji Todt. Nosił opaskę ze swastyką i naszywki frontführera, ale nie wyglądał na Niemca. Miał skórę w kolorze herbaty, oczy jak dwa kawałki węgla i usta układające się w drapieżny grymas, podkreślony czarną kreską podgolonych wąsów, połączonych z mauretańską bródką. Przypominał postać z biblijnych rycin, chociaż jeden szczegół wyraźnie temu zaprzeczał. Funkcjonariusz Todta obracał w palcach paciorki, które ksiądz z łatwością rozpoznał. To był muzułmański różaniec.

Więzień przeniósł zdziwiony wzrok na twarz funkcjonariusza, a wtedy śniady frontführer odezwał się czystą niemczyzną, zmiękczoną arabskim akcentem.

- Zejdź na dół i przynieś jeszcze jeden pojemnik. Potem będziesz mógł odpocząć.

Ksiądz pokornie skinął głową i podziękował bladym uśmiechem. To był naprawdę poranek cudów.

Schodząc, odwrócił się na kilka sekund i zauważył, jak muzułmanin w rudym mundurze pochyla się nad otworem podziemnego magazynu i sprawdza metalową klapę zamykającą wejście.

Najwyraźniej miał coś wspólnego z budową bunkra. Organizacja Todt zajmowała się właśnie takimi rzeczami. Ksiądz pamiętał kilku jej inżynierów, kręcących się po kamieniołomach i nadzorujących załadunek granitu, potrzebnego hitlerowcom na nowe obiekty wojskowe. Przybysza z Arabii nigdy by się wśród nich nie spodziewał.

 

Kilka godzin później było po wszystkim.

Sześciu więźniów przetransportowało czarno-żółte pojemniki z paki samochodu na leśne wzgórze, a siódmy zniósł je po metalowej drabinie na dno bunkra i ustawił pod betonową ścianą. Potem pod eskortą funkcjonariusza organizacji Todt i trzech sturmmanów wciągnęli sprzęt i przyspawali metalową klapę do jej obramowania. Całość starannie nakryli darnią, na której umieścili pień jodły, pewnie wywróconej przez wichurę.

Zeszli na dół, z trudem trzymając się na nogach. Przy ciężarówce czekał oficer SS, który klasnął w dłonie z zadowoleniem. Gestem wskazał więźniom grubą kłodę, zachęcając, aby usiedli i odpoczęli. Poczekał, aż usadowią się, a następnie dał znak sturmmanom, którzy sięgnęli po pistolety maszynowe, wymierzyli i otworzyli ogień.

Byli doświadczonymi mordercami.

Żaden z więźniów nie zdążył się poderwać. Dwóch poleciało w tył odrzuconych przez serię, reszta zatańczyła na siedząco jakiś makabryczny balet i osunęła się na ziemię lub pozostała na kłodzie w nienaturalnych pozach. Na twarzy więźnia, który o mało nie upuścił pierwszego pojemnika, zastygło zdziwienie, choć przecież można się było domyślić ciągu dalszego.

Oficer SS sięgnął do kabury, podszedł do rozstrzelanych i posłał kilka pocisków w serca tych, którzy jeszcze się ruszali. Celował powoli, z odległości, która gwarantowała, że krew nie ochlapie mu płaszcza.

Muzułmanin stał nieruchomo kilkanaście kroków dalej.

Dowódca dwuosobowej eskorty odczekał chwilę, po czym schował pistolet i znów skinął na sturmmanów. Ci odłożyli schmeissery i zabrali się za przenoszenie zwłok na pakę ciężarówki. Nie można było zostawić siedmiu trupów w pasiakach przy leśnej drodze. Rosjanie, którzy byli tuż-tuż, od razu by się domyślili, że więźniowie obozu zostali użyci do transportu i ukrycia czegoś ważnego. Natychmiast zaczęliby szukać.

Zwłoki były lekkie. Wychudzone i wynędzniałe, dlatego żołnierze SS nie mieli z nimi kłopotu. Przeciągali rozstrzelanych pod burtę, a następnie jeden chwytał zabitego pod ramiona, drugi za nogi, unosili, wykonywali kilka bujnięć i na trzy wrzucali ciało na ciężarówkę. Trzeci ze sturmmanów, stojący na pace, przesuwał je w głąb. Zszedł dopiero wtedy, gdy trzeba było podnieść rosłego więźnia w prawie nowym pasiaku, tego, który umieszczał pojemniki wewnątrz bunkra.

Skończyli i wycierali dłonie z krwi beretami ściągniętymi z głów zabitych.

Oficer SS z miną wyrażającą aprobatę dla dobrej roboty podszedł do nich, trzymając w dłoni paczkę papierosów. Esesmanom rozbłysły oczy. Nie palili od wielu dni. Normalne. Byli doświadczonymi żołnierzami i wiedzieli, że kiedy zbliża się front, najpierw musi upaść system dostaw. Służby kwatermistrzowskie trzęsą portkami i wariują. Brakuje opatrunków, amunicji, jedzenia. O papierosach nie wspominając.

Wyciągnęli chciwie po jednym, ale oficer SS zachęcił ich, aby poczęstowali się jeszcze raz, na później. Nie wiedzieli, jak dziękować. Darczyńca schował paczkę juno, obmacał kieszenie i rozłożył dłonie w bezradnym geście. Nie miał zapalniczki.

Jeden ze sturmmanów zareagował, wyjął zapałki i zagrzechotał nimi z promiennym uśmiechem. Kilka sekund później jego dwaj towarzysze z papierosami w ustach pochylili się nad płomieniem i wtedy rozległ się pierwszy strzał.

Śniady funkcjonariusz organizacji Todt, który na moment spuścił esesmanów z oczu, natychmiast spojrzał w ich stronę. Jeden z żołnierzy osunął się, jakby nagle utracił władzę w nogach. Papieros odkleił się od jego warg, upadł i potoczył po kamieniach. Muzułmanin odprowadził dymiącego juna wzrokiem i dopiero po chwili zrozumiał, że strzela oficer SS. Prosto w głowy swoich ludzi.

Ostatni z nich, który miał sekundę przewagi, spróbował odskoczyć, dlatego kula oderwała mu kawałek skalpu z boku czaszki. Oficer skrzywił się z niesmakiem i wypalił jeszcze raz. Tym razem w środek czoła. Po czym powoli odwrócił się w stronę Muzułmanina, unosząc pistolet w wyprostowanej ręce, aby dokładnie zgrać przyrządy celownicze.

I wtedy stało się coś nieoczekiwanego. Frontführer organizacji Todt zrobił krok w jego stronę.

- Nic z tego - powiedział spokojnie. - Wystrzelałeś wszystkie osiem pocisków. Liczyłem. Trzeba było nie dobijać więźniów.

Blefował, ale esesman dał się nabrać. Strzelał z walthera, pistoletu, który w odróżnieniu od parabellum nie informował, że amunicja się skończyła, bo zamek nie zatrzymywał się w tylnym położeniu.

Niemiec zawahał się, opuścił broń i przeładował, aby upewnić się, czy przypadkiem nie ma ostatniego pocisku w komorze. To wystarczyło, muzułmanin doskoczył i uderzył esesmana pięścią w twarz, z siłą spotęgowaną przez rozpęd ciała.

Oficer stracił przytomność. Gdy ją odzyskał, napastnik siedział na nim okrakiem i wyciągał z ładownicy przy jego pasie zapasowy magazynek. Był pusty. Funkcjonariusz organizacji Todt rozejrzał się za poręcznym kamieniem, ale Niemiec odgadł jego zamiar.

- Nie musisz tego robić - jęknął.

- Chciałeś mnie zabić - szepnął muzułmanin, na jego twarzy malowało się okrucieństwo.

- Miałem rozkaz nie zostawiać żadnych świadków - odparł twardo esesman.

Śniady mężczyzna pokiwał głową ze zrozumieniem, a następnie wymacał otoczak, który pozwolił wyrwać się z drogi, i trzasnął nim w czaszkę Niemca.

Wytarł dłonie o jego mundur, wstał i rozejrzał się. Na górskiej drodze panowała cisza zakłócana jedynie szmerem jodeł i trzepotem skrzydeł kruka, który przysiadł na pobliskim drzewie.

Był ptakiem wychowanym przez wojnę. Zwabiły go wystrzały, z reguły zwiastujące ucztę, dlatego okazywał zniecierpliwienie na widok Muzułmanina i łakomie wpatrywał się w oczy martwych ludzi, największy ptasi przysmak.

Funkcjonariusz organizacji Todt nie zamierzał mu przeszkadzać. Przyklęknął przy zwłokach zastrzelonych żołnierzy i pobieżnie je przeszukał. W kieszeni sturmmana, który zginął jako pierwszy, znalazł kluczyk do ciężarówki.

Uruchomił ją i ruszył w stronę wsi Klessengrund.

Odjeżdżając, zastanawiał się, czy oficer SS wiedział, co znajdowało się w czarnych pojemnikach z żółtymi symbolami. Na samą myśl, że kiedyś po to wróci, poczuł nagły przypływ euforii. Nic nie było w stanie jej zakłócić. Ani chłód wiosennego poranka, ani obraz morderstw, w których właśnie wziął udział, ani głuche, choć coraz bliższe odgłosy radzieckiej artylerii. To wszystko nie miało już żadnego znaczenia. Prawdziwym zwycięzcą tej wojny był on i tylko on.

Zacisnął dłoń na kierownicy i dodał gazu.

Redakcja: Paweł Goźliński

Korekta: Ewa Gładysz-Jeż, Teresa Kruszona

Projekt graficzny okładki: Krzysztof Rychter

Zdjęcie na okładce: Copyright ? 2015 Tom Karola/Shutterstock

Opracowanie graficzne, skład: Elżbieta Wastkowska, ProDesGraf

Redaktor prowadząca: Katarzyna Kubicka

 

ul. Czerska 8/10, 00-732 Warszawa

 

? copyright by Agora SA, 2023

? copyright by Maciej Siembieda, 2023

 

Wszelkie prawa zastrzeżone

 

Niniejsza publikacja jest chroniona prawem autorskim. Publikacja może być zwielokrotniona i wykorzystywana wyłączenie w zakresie dozwolonym przez prawo lub umowę zawartą z Wydawcą. Zwielokrotnianie i wykorzystywanie treści publikacji w jakiejkolwiek formie do eksploracji tekstów i danych (text and data mining) lub do trenowania modeli sztucznej inteligencji, bez uprzedniej, wyraźnej zgody Wydawcy jest zabronione.

 

Warszawa 2023

 

ISBN: 978-83-268-4224-5

 
 

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

 

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

 

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

 

Producent: Agora Książka i Muzyka sp. z o.o.

ul. Czerska 8/10, 00-732 Warszawa

wydawnictwo@agora.pl

www.wydawnictwoagora.pl

 

? copyright by Agora Książka i Muzyka Sp. z o.o., 2025

? copyright by Maciej Siembieda, 2022, 2023, 2024

 

Wszelkie prawa zastrzeżone

 

Ten e-book jest zgodny z wymogami Europejskiego Aktu o Dostępności (EAA)

 

Niniejsza publikacja jest chroniona prawem autorskim. Publikacja może być zwielokrotniona i wykorzystywana wyłączenie w zakresie dozwolonym przez prawo lub umowę zawartą z Wydawcą. Zwielokrotnianie i wykorzystywanie treści publikacji w jakiejkolwiek formie do eksploracji tekstów i danych (text and data mining) lub do trenowania modeli sztucznej inteligencji, bez uprzedniej, wyraźnej zgody Wydawcy jest zabronione.

 

Warszawa 2025

 

ISBN: 978-83-8380-397-5

 

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

 

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

 

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

Redakcja: Paweł Goźliński, Teresa Kruszona

Korekta: Teresa Kruszona, Agata Nastula

Projekt graficzny okładki: Krzysztof Rychter

Zdjęcie na okładce: Eric BEAUME/Getty Images

Opracowanie graficzne, skład: Elżbieta Wastkowska, ProDesGraf

Redaktor prowadząca: Katarzyna Kubicka

 

ul. Czerska 8/10, 00-732 Warszawa

 

? copyright by Agora Książka i Muzyka Sp. z o.o., 2024

? copyright by Maciej Siembieda, 2024

 

Wszelkie prawa zastrzeżone

 

Niniejsza publikacja jest chroniona prawem autorskim. Publikacja może być zwielokrotniona i wykorzystywana wyłączenie w zakresie dozwolonym przez prawo lub umowę zawartą z Wydawcą. Zwielokrotnianie i wykorzystywanie treści publikacji w jakiejkolwiek formie do eksploracji tekstów i danych (text and data mining) lub do trenowania modeli sztucznej inteligencji, bez uprzedniej, wyraźnej zgody Wydawcy jest zabronione.

 

Warszawa 2024

 

ISBN: 978-83-8380-094-3

 

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

 

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

 

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

Redakcja: Paweł Goźliński, Filip Modrzejewski

Korekta: Jolanta Gomółka

Projekt graficzny okładki: Krzysztof Rychter

Zdjęcie na okładce: ? 2017 Steven L.J. Reich/Shutterstock

Opracowanie graficzne, skład: Elżbieta Wastkowska, ProDesGraf

Redaktor prowadząca: Katarzyna Kubicka

 

ul. Czerska 8/10, 00-732 Warszawa

 

? copyright by Agora SA, 2022

? copyright by Maciej Siembieda, 2022

 

Wszelkie prawa zastrzeżone

 

Niniejsza publikacja jest chroniona prawem autorskim. Publikacja może być zwielokrotniona i wykorzystywana wyłączenie w zakresie dozwolonym przez prawo lub umowę zawartą z Wydawcą. Zwielokrotnianie i wykorzystywanie treści publikacji w jakiejkolwiek formie do eksploracji tekstów i danych (text and data mining) lub do trenowania modeli sztucznej inteligencji, bez uprzedniej, wyraźnej zgody Wydawcy jest zabronione.

 

Warszawa 2022

 

ISBN: 978-83-268-3961-0

 

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

 

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

 

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej