Katedra Marii Panny w Paryżu - Victor Hugo

Kup ebooka

39.99 zł
33.19 zł (39,99 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Wstęp

Powieść Viktora Hugo Katedra Marii Panny w Paryżu, znana również pod tytułem Dzwonnik z Notre-Dame, ukazała się w 1831 roku, w momencie szczególnym w historii i kulturze Francji. Jest to czas burzliwych przemian społeczno-politycznych, okres po rewolucji lipcowej 1830 roku, która doprowadziła do upadku Restauracji i końca rządów Burbonów, zapoczątkowując konstytucyjną monarchię lipcową pod berłem Ludwika Filipa. Nadzieje związane z nowym ustrojem towarzyszyły młodemu pisarzowi w trakcie pracy nad powieścią, której przesłanie ideologiczne - wołanie o wolność i ukazanie siły drzemiącej w ludzie - najgłośniej rozbrzmiewa w scenie szturmu żebraków na katedrę Notre-Dame.

Powstanie Katedry Marii Panny w Paryżu przypada również na okres rewolucji romantycznej w kulturze francuskiej i ostateczne zwycięstwo nowej doktryny estetycznej w starciu z klasycznymi konwencjami, o czym najdobitniej świadczy teatralna "bitwa o Hernaniego" z 1830 roku, która utwierdziła pozycję Viktora Hugo jako czołowego przedstawiciela kręgu romantyków. Jego powieść jest więc nie tylko arcydziełem literatury, ale przede wszystkim modelem nowego sposobu postrzegania świata w duchu idei romantycznych, świata opartego na kontrastach, naznaczonego działaniem nieuchronnego fatum i targanego siłą ludzkich namiętności. Wyłożona w przedmowie do Cromwella (1827) hugoliańska filozofia literatury zasadza się w istocie na jednym założeniu - konieczności ukazania prawdy o rzeczywistości, bo "wszystko, co jest w naturze, jest w sztuce". W antytetycznym świecie przedstawionym w powieści Hugo zachwycające piękno Esmeraldy zestawione jest z monstrualną brzydotą Quasimodo, czystość uczuć tegoż skontrastowana z niepohamowaną żądzą Klaudiusza Frollo, a mistyczna wzniosłość katedry współistniejąca z wszechobecną groteską. Podobnie rzecz się ma z człowiekiem - to istota wewnętrznie sprzeczna, rozdarta pomiędzy ciałem a duchem. Aby ukazać złożoność ludzkiej natury, Hugo tworzy postaci niejednoznaczne, wymykające się czarno-białym osądom.

Nasuwa się jednak pytanie o to, z jakiego powodu kadrem do ujęcia nowatorskich idei stał się obraz średniowiecznego Paryża. Viktor Hugo z wielką dbałością o szczegóły umieszcza akcję powieści w XV wieku i z rozmachem kreśli wizję ówczesnego społeczeństwa. Istotny wpływ na młodego pisarza wywarła zapewne twórczość popularnego wówczas Waltera Scotta, mistrza powieści historycznej, choć jako romantyk Hugo czerpał również pełnymi garściami z tradycji powieści gotyckiej oraz formuły wypracowanej przez melodramat, z zaskakującymi zwrotami akcji i charakterystycznymi motywami, jak nieoczekiwane odnalezienie córki przez matkę. Na uwagę zasługuje zresztą teatralizacja świata przedstawionego - autor doskonale konstruuje poszczególne sceny rozgrywającego się dramatu, zaczynając skądinąd od opisu przedstawienia w wielkiej sali Pałacu Sprawiedliwości i kolejnych scen karnawałowego święta.

Realistyczna wizja średniowiecznego Paryża wynika z ogromu pracy badawczej i rzetelnej dokumentacji - autor sięgnął po znane kroniki i inne teksty historyczne, które często przywołuje w powieści. Niemniej pod znakomicie skrojoną maską średniowiecza kryją się sprawy ważne dla ludzi żyjących w XIX wieku i aktualne również dzisiaj, co z pewnością tłumaczy obecność powieści Hugo w kulturze masowej (liczne adaptacje filmowe czy musical z 1998 roku). Pisarz porusza bowiem problem nietolerancji i podejścia do inności, krytykuje nadużycia władzy i niesprawiedliwość społeczną, ukazuje skomplikowaną psychikę człowieka i analizuje zagadnienie miłości, wreszcie podnosi kwestię ochrony zabytków i dóbr kultury.

Wizjonerstwo Viktora Hugo ujawnia się zwłaszcza w ostatnim punkcie - opisując przełom w utrwalaniu myśli ludzkiej dzięki słowu drukowanemu, autor postulował troskę o księgę z kamienia, dziedzictwo zaniedbane lub częściowo zniszczone po okresie rewolucji francuskiej. Jego głos przyczynił się do bezprecedensowego przedsięwzięcia, jakim była renowacja paryskiej katedry i innych gotyckich budowli, podjęta kilkanaście lat później przez Viollet-le-Duca. Hugo sprzeciwiał się jednak uleganiu architektonicznym modom, które wypaczają pierwotny zamysł twórcy (możemy przypuszczać, jak zareagowałby na ekstrawaganckie pomysły przebudowy katedry Notre-Dame po pożarze z 2019 roku).

Uniwersalizm tematyki powieści idzie w parze z otwartością na czytelnika - hugoliański narrator wszechwiedzący często zaznacza swoją obecność, dzieli się szeroką wiedzą o epoce i zachęca odbiorcę do współtworzenia opowiadanej historii. Nawiązując bliski kontakt z czytelnikiem, prowadzi go przez kręte uliczki i place publiczne Paryża, wraz z nim wspina się na wieże katedry Notre-Dame, a nawet schodzi do lochów. Nie tylko pokazuje żywy obraz średniowiecznego miasta, ale także odtwarza jego specyficzną audiosferę, wypełniając przestrzeń przeróżnymi dźwiękami - od okrzyków roześmianego tłumu po monumentalne bicie dzwonów katedry.

Intertekstualne przedstawienie epoki, głębia myśli estetycznej i zaangażowanie społeczne oraz poruszająca historia miłosna - wszystko to sprawia, że Katedra Marii Panny w Paryżu porywa i każdy czytelnik znajdzie w tej opowieści coś dla siebie. Do hugoliańskiego świata zaprasza nas klasyczny już przekład Marcelego Skotnickiego, który za sprawą archaizującego języka i nieco patetycznego stylu doskonale łączy kulturę średniowiecza z estetyką romantyzmu, oddając przy tym młodzieńczy zapał autora i całą paletę ludzkich uczuć.

dr Anna Opiela-Mrozik

Przedmowa autora

Przed kilkoma laty, zwiedzając Katedrę Marii Panny w Paryżu, albo raczej myszkując w niej, autor tej książki w ciemnym zakątku jednej z wież znalazł na murze wyryte to słowo:

??'????1.

Te greckie litery, sczerniałe ze starości i głęboko wyrzeźbione w kamieniu, noszące na sobie piętno kaligrafii gotyckiej i przypominające, że kreśliła je ręka z wieków średnich, nade wszystko zaś ich złowróżbne i straszne znaczenie, mocno uderzyły autora.

Pytał sam siebie, pragnąc odgadnąć, jakaż to dusza cierpiąca nie mogła opuścić świata, aby nie zaznaczyć zbrodni lub nieszczęścia na czole starej świątyni?

Gdy tylko zaczęto mazać i drapać mury, napis zniknął. Albowiem tak postępuje się od dwustu lat z cudownymi kościołami z wieków średnich. Zmiany ze wszystkich stron oblegają je, z wierzchu i wewnątrz - ksiądz je obiela, architekt odrapuje, a lud przychodzi i burzy.

Oprócz słabej pamiątki, jaką autor pozostawił w tej książce, nie ma już dzisiaj śladu po tym tajemniczym napisie w mrocznej wieży Katedry Marii Panny, podobnie jak nie ma śladu po owym melancholijnym przeznaczeniu, które słowa te tak zwięźle streszczały. Człowiek, który wyrył to słowo na murze, zniknął wieki temu, wyraz nakreślony na kościelnym murze również, a być może i sama katedra wkrótce zniknie z powierzchni ziemi.

O tym właśnie słowie napisana została ta książka.

Marzec, 1831

1 ?????? [Ananke] - przeznaczenie (gr.). Także: los, nieuchronność, konieczność. W mitologii greckiej Ananke była boginią i personifikacją nieodwracalnego losu oraz konieczności, której podlegali nawet bogowie. Słowo to stanowi przewodni temat całej powieści Viktora Hugo. Wszystkie zmiany mające na celu uwspółcześnienie tłumaczenia z 1900 roku - zmiany w słownictwie, fleksji i konstrukcjach stylistycznych - pochodzą od redakcji. Dokonano daleko idącej modernizacji tekstu, m.in. po porównaniu go z późniejszymi przekładami utworu. Wszystkie przypisy również pochodzą od redakcji.

Księga pierwsza

I Wielka sala

Trzysta czterdzieści osiem lat, sześć miesięcy i dziewiętnaście dni temu Paryżanie obudzili się na dźwięk wszystkich dzwonów, bijących w obrębie potrójnych murów otaczających Cité, Uniwersytet i Nowe Miasto2.

Nie jest to dzień pamiętny w historii - szósty stycznia 1482 roku. Żadne doniosłe zdarzenie nie poruszało od rana śpiżów ani serc Paryżan, albowiem nie był to ani szturm Pikardyjczyków lub Burgundczyków, ani uroczyste polowanie, ani bunt studentów w winnicy Laas, ani wjazd groźnego i potężnego króla, ani nawet powieszenie łotrów i łotrzyc przez paryski wymiar sprawiedliwości - nawet nie było to przybycie, tak częste w piętnastym wieku, nadętej i szumnej ambasady. Zaledwie dwa dni minęły od ostatniego wjazdu jednej z takich kawalkad posłów flamandzkich mających zawrzeć małżeństwo - delfina z Małgorzatą Flamandzką - ku utrapieniu kardynała de Bourbon, zmuszonego, dla dogodzenia królowi, uśmiechać się do nieokrzesanych burmistrzów flamandzkich, przyjmować ich w pałacu pięknym moralnym dialogiem i wesołą krotochwilą w czasie, gdy ulewny deszcz moczył mu przed bramami prześliczne kobierce.

Szóstego stycznia, w dniu, który poruszył całą ludność Paryża, jak mówi Jan de Troyes, obchodzono podwójną uroczystość, wspólną od niepamiętnych czasów, czyli dzień Trzech Króli i Święto Błaznów.

Dnia tego wyznaczono fajerwerki na Placu de Gr?ve, zasadzenie drzewka majowego w Pałacu de Braque oraz odegranie dialogu w Pałacu Sprawiedliwości. Ogłoszono to przy dźwięku trąb po ulicach i placach przez dworzan prewota, ubranych w piękne fiolety z białymi krzyżami na piersiach. Tłum mieszczan, zamknąwszy domy i sklepy, zdążał do jednego z tych trzech wspomnianych miejsc - każdy jakąś wybrał sobie drogę: ten na fajerwerki, ten na zasadzenie drzewka majowego, a ten na dialog. Trzeba przyznać na pochwałę gawronów ówczesnych, że większa ich część udała się na sztuczne ognie, tak stosowne o tej porze roku, albo na dialog, mający się odbyć w wielkiej sali pałacu, dobrze osłonionej i zamkniętej, i że ciekawi pozwolili swobodnie marznąć drzewkom majowym pod niebem styczniowym, przy cmentarzu Kaplicy de Braque.

Wszystkimi wejściami lud napływał do Pałacu Sprawiedliwości, albowiem wiedziano, że ambasadorowie flamandzcy, przybyli przed dwoma dniami, mieli być obecni na dialogu i na obraniu naczelnika błaznów, które również w wielkiej sali odbyć się miało.

Nie było tak łatwo tego dnia dostać się do wielkiej sali, uważanej wówczas za największe pomieszczenie (co prawda Sauval nie zmierzył jeszcze sali w Zamku Montargis). Miejsce przed pałacem, napchane ludem, przedstawiało się z okien ciekawie, jak morze, w które wlewały się potoki głów z pięciu albo sześciu ulic, niczym z ujścia rzek. Bałwany te, co chwila rosnące, potrącały się o węgły domów, postępowały tu i owdzie z ulic jakby z przylądków i wpadały w nieforemną zatokę napchanego placu. Na środku wysokiego, gotyckiego przodu pałacu wielkie schody, na które ustawicznie tłumy wchodziły i z których schodziły, rozpryskiwały na dwie boczne strony brzemienne bałwany ludzi; schody te, mówię, tryskały ustawicznie na plac jak fontanna w sadzawkę; krzyki, śmiechy, tupanie zmieniały się w gwar i hałas. Niekiedy ten hałas wzrastał nadzwyczaj, a ludzie jedni o drugich potrącali się, mieszali i burzyli. Były to chwile, kiedy jaki łucznik albo sierżant konny chciał przywracać porządek użyciem władzy, którą prewotowie przekazali konetablom, konetable marszałkom, a marszałkowie - dzisiejszej żandarmerii paryskiej.

W drzwiach, oknach, w okienkach i na dachach wiły się głowy poczciwych mieszczan - spokojnych, dobrych, spoglądających na pałac, na tłumy - i niepragnące nic więcej; bo lud paryski poprzestaje na widoku widzów i dla niego bardzo ciekawą rzeczą jest stać za murem, za którym rozlega się krzyk.

Gdyby nam było wolno, ludziom z roku 1830, pomieszać się myślą z Paryżanami z piętnastego wieku i wyjść, jak oni, popychani, bici, deptani, w wielką salę pałacu szóstego stycznia 1482 roku, widok ten niemniej miałby dla nas powabu, a rzeczy nas otaczające zupełnie byłyby dawnym podobne.

Jeśli czytelnik pozwoli wyobrazić sobie wrażenie, jakiego doznałby, przestępując z nami próg wielkiej sali, pośrodku tłumu w różnobarwnych strojach, odważymy się je przywołać.

Najpierw szum w uszach, olśnienie oczu. Nad głowami podwójne sklepienie obite drewnianymi rzeźbami, pomalowanymi na niebiesko, wyzłoconymi w wielu miejscach; pod stopami posadzka z czarnego i białego marmuru. O kilka kroków od nas ogromna kolumna, następnie druga, dalej trzecia, a w całej sali aż siedem kolumn podpierających sklepienie. Wokół czterech pierwszych kolumn - sklepy przekupniów, błyszczące szkłem i świecidłami, przy trzech innych - drewniane ławki, wytarte od tego, że często siadali na nich powody i prokuratorzy. Wokoło sali, wzdłuż wysokiego muru, we drzwiach, oknach, pomiędzy kolumnami - nieskończony szereg posągów królów francuskich, począwszy od Faramonda, królów drzemiących z założonymi rękami i spuszczonymi oczyma, królów wojowniczych i mężnych z wzniesionymi głowami i rękami. Następnie w oknach sklepionych szyby różnokolorowe, a w wejściach bogato rzeźbione drzwi; wszystko zaś - sklepienia, kolumny, ściany, obicia, drzwi, posągi - osłonięte z góry do dołu błękitną i złotą powłoką, która, choć wówczas nieco zakurzona, zniknęła w roku łaski 1549, w którym Breuil podziwiał ją, jak tego wymagała tradycja.

Wyobraźmy sobie teraz tę wielką podłużną salę, oświetloną bladym światłem styczniowego dnia, wypełnioną wchodzącym tłumem, który kręci się wokół kolumn i wzdłuż ścian, a będziemy mieli choć niedokładne wyobrażenie obrazu, którego szczegóły podać pragniemy.

Rzecz pewna, że gdyby Ravaillac nie przyśpieszył śmierci Henryka IV, nie byłoby dowodów czynów, złożonych w Pałacu Sprawiedliwości, nie byłoby też powodu, aby wspomniane papiery zniknęły; stąd zaś wniosek, że nikt nie miałby powodu podpalać Pałacu Sprawiedliwości dla zniszczenia papierów i nie byłoby pożaru w roku 1618. Gdyby Pałac Sprawiedliwości stał jeszcze, a w nim wielka sala, mógłbym powiedzieć czytelnikowi: "Pójdź - zobacz ją!", i byłbym zwolniony z opisu. Wniosek oczywisty, że wielkie wypadki mają nieobliczone następstwa.

Rzecz możliwa, że Ravaillac nie miał wspólników; a jeśli ich nie miał, to oni nie przyczynili się do pożaru z 1618 roku. Jeszcze dwa punkty do wytłumaczenia: najpierw wielka, płonąca gwiazda, szeroka na stopę, wysoka na łokieć, która spadła, jak wiadomo, siódmego marca po północy na pałac; potem zwrotka Teofila:

Zaiste szkoda nie lada!

Że Sprawiedliwość w Paryżu,

Najadłszy się z pieprzem ryżu,

Ogień pod pałac podkłada.

Niech sobie każdy myśli, co chce, o tym potrójnym wyjaśnieniu pożaru Pałacu Sprawiedliwości w roku 1618 - faktem jest, że pałac spłonął. Wskutek tego wydarzenia, a następnie licznych przebudowań tego, co ogień oszczędził, niewiele dziś pozostało z tej pierwszej siedziby królów francuskich, z tego starszego brata Luwru, już starego za czasów Filipa Pięknego, że na próżno szukano by śladów wspaniałych budowli wzniesionych przez króla Roberta, a opisanych przez Helgaldusa. Co się stało z izbą kanclerską, gdzie Święty Ludwik brał ślub? Z ogrodem, w którym wymierzał sprawiedliwość, ubrany w kurtkę z wielbłądziej wełny, w płaszcz bez rękawów i siedząc na murawie z Joinvillém? Gdzie jest izba cesarza Zygmunta? Izba Karola IV? Jana bez Ziemi? Gdzie schody, z których Karol VI ogłosił edykt ułaskawienia? Kamień, na którym Marcel w obecności delfina zamordował Roberta de Clermont i marszałka Champagne? Furtka, skąd ogłaszano bulle antypapieża Benedykta? I wielka sala ze złoceniami, lazurem, sklepieniami, posągami i ogromnymi kolumnami? I lew kamienny leżący przy drzwiach, z głową spuszczoną, ogonem między nogami, jak lwy Salomona w pozie pokory, tak przystającej sile wobec sprawiedliwości? I piękne drzwi, i piękne okna? I ślusarskie prześliczne roboty Biscornetta oraz stolarskie dzieła Han­cy'ego?... Co zrobił czas, co zrobili ludzie z tych cudów? Cóż nam dano za to wszystko, za całą historię Galii, za całą sztukę gotycką? Ciężkie płaskorzeźby Brosse'a, tego niezgrabnego architekta przedsionka Saint-Gervais! Oto co nam dano jako sztukę; co zaś do historii - bajeczne wspomnienia o wielkiej kolumnie, dotąd jeszcze ożywiające spory uczonych.

Mniejsza o to - powróćmy do sali starego pałacu.

Dwa krańce tego olbrzymiego równoległoboku były zajęte: jeden przez sławny stół marmurowy, wykuty z jednego bloku tak długiego, tak szerokiego i grubego, jakiego nigdy nie widziano - według stylu Gargantui, który ją nazywa odłamem świata; drugi przez kaplicę, w której Ludwik XI kazał umieścić swój kamienny posąg, klęczący przed Najświętszą Panną, i gdzie kazał przenieść - nie troszcząc się, że przerwie szereg posągów królewskich - figury Karola Wielkiego i Świętego Ludwika, dwóch władców, których uważał za potężnych także w niebie. Kaplica ta, nowa jeszcze, bo zbudowana przed sześciu laty, była utrzymana w stylu delikatnej architektury, miała cudowne rzeźby, głębokie, ale subtelne inkrustacje, co oznacza koniec architektury gotyckiej, która trwa jeszcze w fantazyjnych dziełach odrodzenia. Mała przezroczysta rozeta nad drzwiami była arcydziełem delikatności i wdzięku i rzec o niej można: była to koronkowa gwiazda.

Na środku sali, naprzeciwko wielkich drzwi, wznosiło się podwyższenie okryte bogatą złotą tkaniną i przysunięte do muru, w którym znajdowało się wejście do złotej izby, przeznaczone dla posłów flamandzkich i innych znakomitych osób zaproszonych na dialog.

Na marmurowym stole, zgodnie ze zwyczajem, miał być przedstawiony dialog. Przygotowania poczyniono od rana, wielka marmurowa płyta, porysowana gwoździami butów, dźwigała wysoką drewnianą konstrukcję, której górna część, dostępna wszystkim spojrzeniom, miała służyć za scenę; wnętrze zaś, osłonięte tkaniną, za garderobę dla osób grających. Nie było zapewne tak nieprzezornego człowieka, który, gdyby tylko chciał, nie mógłby się tam dostać. Błogosławione dzieciństwo sztuki!

Kilku sierżantów komendanta pałacu, zwyczajnych stróżów ludowych zabaw w święta i dni egzekucji, stało w rogach marmurowego stołu.

Z wybiciem dwunastej godziny na zegarze pałacu sztuka miała się zacząć. Była to godzina niezbyt odpowiednia na przedstawienia teatralne, ale należało dostosować się do posłów.

Tłumy czekały zresztą od samego rana; wielu bardzo poczciwych ciekawskich szczękało zębami od świtu przed pałacem, a wielu i noc tam spędziło, aby zapewnić sobie miejsce. Tłum rósł z każdą chwilą i, niczym rzeka występująca z brzegów, zaczął wypełniać salę, opływać kolumny i rozlewać się w różnych kierunkach. Znużenie, niecierpliwość, nuda, szalona wolność, kłótnie o nadeptany but albo trącenie łokciem - wszystko to, jeszcze przed przybyciem posłów, nadawało szczególnie cierpki wyraz temu ludowi, ściśniętemu, stłoczonemu, a zawsze ciekawemu. Słychać było skargi i narzekania na Flamandczyków, kardynała de Bourbon, oficera pałacu, Małgorzatę Austriacką, sierżantów, zimno, gorąco, biskupa paryskiego, naczelnika błaznów, posągi, kolumny, zamknięte drzwi i otwarte okna. Wszystko to ku wielkiej radości młodzieży i lokajów rozsianych w tłumie, którzy do powszechnego niezadowolenia dorzucali swoje figle i kłuli, rzec można, rozdrażnione nerwy.

Pośród nich znajdowała się grupa tych wesołych urwisów, którzy, usiadłszy na poręczach okien, stamtąd rzucali spojrzenia i żarciki zarówno do wnętrza sali, jak i na zewnątrz. Z ich wesołych, swobodnych ruchów i krzykliwych nawoływań, którymi odzywali się do towarzyszów stojących w innych miejscach, łatwo można było odgadnąć, że nie podzielają powszechnego znudzenia i doskonale umieją czerpać przyjemność z każdej chwili.

- Na moją poczciwość, to ty, Joannes Frollo de Molendino! - zawołał jeden z nich, mały blondynek o ładnej, złośliwej twarzyczce, uczepiony kapitelu kolumny. - Właściwie nazywają ciebie Jan de Moulin, bo twoje ręce i nogi wyglądają jak skrzydła od wiatraka3. Jak dawno już tu jesteś?

- A niech to diabli!... - odpowiedział Joannes Frollo. - Już minęły cztery godziny i myślę, że policzą mi je na tamtym świecie za czyściec. Słyszałem ośmiu śpiewaków króla sycylijskiego, którzy o siódmej śpiewali na wotywie w kaplicy.

- Piękni śpiewacy! - odparł inny. - Głosy mieli bardziej spiczaste niż czapki. Zanim zamówiono mszę do Świętego Jana, należało się przekonać, jak brzmi łacina w prowansalskim dialekcie.

- Masz słuszność, panie Idzi Lecornu, kuśnierzu królewski - odrzekł żak siedzący na kapitelu.

Ogólny śmiech powitał nazwisko kuśnierza królewskiego4.

- Lecornu! Idzi Lecornu! - mówili jedni.

- Cornutus et hirsutus!5 - wołali drudzy.

- Ha! Zapewne - powiedział mały diabełek z kapitela. - Cóż w tym tak śmiesznego? Zacny Idzi Lecornu, brat Jehana Lecornu, intendenta pałacu królewskiego, syn Mahieta Lecornu, pierwszego drwala z Vincennes. Wszyscy mieszczanie paryscy, wszyscy żonaci - i ojciec, i synowie.

Śmiech wybuchł na nowo. Kuśnierz, nie odpowiedziawszy ani jednym słowem, usiłował ukryć się przed wymierzonymi w niego spojrzeniami, lecz tylko pocił się i sapał. Nie mogąc znaleźć dla siebie odpowiedniego kąta, wtulił swoją szeroką, czerwoną twarz w ramiona sąsiadów; twarz, która zdawała się zapowiadać rychłą apopleksję. Na koniec jegomość równie gruby, niski i zacny jak on przyszedł mu z pomocą.

- A to co! Panowie niedorostki zanadto sobie pozwalają; za moich czasów dostaliby ćwiczenia jak koty.

Tłum młodzieży parsknął śmiechem.

- Hola! hola! A to co za jeden?... A to śmiałek! - wołali.

- Znam ja go! - odezwał się jeden. - To pan Andrzej Musnier.

- Hardy, bo jest jednym z czterech przysięgłych księgarzy uniwersytetu - rzekł inny.

- Wszystkiego po cztery w tym sklepie - odezwał się trzeci. - Cztery narody, cztery święta, czterech prokuratorów, czterech wyborców i czterech księgarzy.

- I cóż - odparł Jan Frollo. - Niech ich wszystkich czterech!...

- Musnier, spalimy twoje książki!

- Musnier, pobijemy twojego lokaja!

- Musnier, obłocimy twoją żonę!

- Poczciwa panna Oudarde!

- Tak świeża i wesoła, jakby była wdową!

- A niech was piorun trzaśnie! - powiedział przez zęby Andrzej Musnier.

- Panie Andrzeju! - zawołał Jan, jak zawsze siedzący na swoim kapitelu. - Milcz albo ci na łeb zlecę!

Pan Andrzej podniósł wzrok, zdawał się mierzyć wysokość kolumny i ciężar figlarza, po czym, dokonawszy tych obliczeń, umilkł.

Jan, pan placu, mówił z triumfem:

- Zobaczysz, zrobię to, choć jestem bratem uczonego alchemika!

- Panowie! To lud z uniwersytetu!... Nie umieją nawet uszanować naszych praw; w mieście dzieją się zasadzenie drzewka majowego i fajerwerki, dialog i ambasadorowie - a na uniwersytecie nic!

- A przecież Plac Maubert jest dość obszerny - odezwał się jakiś młodzik uwieszony na parapecie okna.

- Precz z ich zabawami! - krzyczał Jan.

- Trzeba dziś urządzić fajerwerki na polu Gaillard! - odezwał się inny. - I spalić książki pana Andrzeja!

- I stół jego pisarzy!

- I rózgi sierżantów!

- I stoły przekupniów!

- I ławki rektora!

- Precz z panem Andrzejem, z księgarzami, pisarzami, teologami, lekarzami i uczonymi!

- A to koniec świata!... - szemrał pan Andrzej, trąc uszy.

- Otóż i jeden uczony... właśnie przechodzi przez plac! - zawołał jeden z siedzących w oknie.

I odwrócił się w stronę placu.

- Czy to w rzeczy samej nasz zacny mistrz Thibaud? - zapytał Jan Frollo de Moulin, który, siedząc na kapitelu kolumny, nie mógł widzieć, co się dzieje na placu.

- Tak, to on! To on! - odpowiedzieli inni. - Mistrz Thibaud!

W rzeczy samej, uczeni i wszyscy dygnitarze uniwersytetu wyszli uroczyście naprzeciw posłom i właśnie przechodzili przez plac przed pałacem. Młodzież, przeciskając się do okien, przyjęła ich oklaskami, których znaczenie zapewne dobrze zrozumieli. Thibaud, idący na czele, pierwszy się zbliżył i został powitany.

- Dzień dobry, panie Thibaud! Hola, hej! Dzień dobry!

- Ach! I ty tutaj, stary szulerze? Dawno porzuciłeś kości?

- Patrzcie, jak cwałuje na ośle!... Prawda, że ma krótsze uszy od niego?

- Hola! Dzień dobry, panie Thibaud! Tybalde aleator!6

- Gdzie idziesz, panie Thibaldzie?... Tybalde ad dados7, zdążasz, jak widzimy, ku miastu.

- Zapewne idzie szukać mieszkania na ulicy Thibautodé! - krzyczał Jan de Moulin.

Cała czereda powtórzyła dowcip ze śmiechem i z klaskaniem w ręce.

- Panie Thibaud, idziesz szukać mieszkania na ulicy Thibautodé?

Kolej przyszła na innych.

- Precz z uczonymi!...

- Powiedz nam, Robinsonie Poussepainie, co to za jeden?

- To Guilbert de Suilly, Gilbertus de Soliaco, kanclerz kolegium w Autun.

- Weź mój trzewik, z twojego miejsca łatwiej trafisz go w łeb.

- Saturnalitias mittimus ecce nuces8.

- Precz i z tamtymi w białych sukniach.

- Aha! Myślałem, że to sześć białych gęsi, które miastu podarowała Święta Genowefa.

- Precz z doktorami!

- Precz z dysputami i kłótniami kardynalskimi!

- Precz z kanclerzem od Świętej Genowefy!

- Hej, hej! Panie Joachimie de Ladehors! Hej ho! Ludwiku Dahuille!... Hej ho, Lambercie Hoctement!

- Niech ich piorun trzaśnie!

- I tamtych z ich szarymi kapami; cum tunicis grisis!9

- Sen de pellibus grisis fourratis!10

- Hola!... Panowie mistrzowie sztuk wyzwolonych w czarnych i czerwonych kapeluszach!

- Rektor z jakim ogonem!

- Wygląda jak książę wenecki idący zaślubić morze.

- A czy to kanonicy od Świętej Genowefy?

- Aha!

- Aha! Doktor Klaudiusz Choart!

- Czy idzie za Marią la Giffarde?

- Ona na ulicy Glatigny.

- Ścieli mu łoże.

- I bierze cztery denary; quatuor denarios11.

- Aut unum bombum12.

- Koledzy! Pan Szymon Sanguin, wyborca z Pikardii, który wiezie żonę na koniu za sobą.

- Post equititem sedat atra cura13.

- Śmiało, panie Szymonie!

- Dzień dobry, panie rektorze!

- Dobranoc, pani rektorowo!

- Muszą być bardzo zadowoleni - powiedział z westchnieniem Joannes de Molendino, wciąż tkwiąc na swoim kapitelu.

Tymczasem przysięgły księgarz uniwersytetu, pan Andrzej Musnier, nachylił się do królewskiego kuśnierza, pana Idziego Lecornu.

- Mówię ci, panie, że to koniec świata. Nigdy nie widziano takiego rozpasania dzieciaków; to te przeklęte wynalazki wszystko niszczą. Artyleria, kule, bomby, a nade wszystko druk! Och, to przeklęta niemiecka zaraza!14 To koniec świata, panowie.

- Też tak myślę, widząc modę na aksamity - odpowiedział kuśnierz.

W tej chwili wybiła dwunasta.

Młodzież umilkła. Natychmiast powstało wielkie poruszenie, poruszenie głów i nóg, chrząkanie, kichanie i kaszel. Każdy poprawił się na swoim miejscu, wyprostował i uniósł głowę. Po chwili milczenia szyje wyciągnęły się, gęby rozwarły i, choć niczego jeszcze nie było widać, wszystkie oczy zwróciły ku marmurowemu stołowi. Czterej sierżanci stali wciąż nieruchomo jak cztery kamienne posągi. Później spojrzenia zwróciły się na podwyższenie przeznaczone dla posłów flamandzkich. Drzwi były wciąż zamknięte, a podwyższenia puste. Tłum od rana czekał na trzy rzeczy: na południe, posłów i dialog. Tylko południe przyszło na czas.

Tego już było za wiele.

Czekano dwie, trzy, pięć minut, kwadrans, ale nikt nie przybywał. Podwyższenie było puste, a scena cicha. Po zniecierpliwieniu przyszedł gniew. Tu i ówdzie wyrwały się gniewne okrzyki i dało się słyszeć pomruk tłumu. Burza dopiero się wznosiła. Jan de Moulin pierwszy podłożył iskierkę.

- Dialog! Dialog! Precz z Flamandczykami! - zawołał z całych sił, kręcąc się na swoim kapitelu jak wąż.

Tłum klasnął w ręce.

- Dialog! Dialog! - powtórzono. - A całą Flandrię niech piorun trzaśnie!

- Dialog! Natychmiast - powtórzył żak - bo inaczej powiesimy rządcę pałacu zamiast komedii i morału!

- A to zuch, dobrze mówi! - krzyczał lud. - Zacznijmy od sierżantów.

Dało się słyszeć głośny okrzyk. Czterej sierżanci spojrzeli po sobie i zadrżeli. Tłum ruszył się i lekka balustrada, przedzielająca ich, zaczęła ustępować pod jego naporem.

Położenie było krytyczne.

- Na powróz! Na powróz! - wołano z wszystkich stron.

W tej chwili kotara zasłaniająca garderobę, wyżej przez nas opisaną, podniosła się i dała przejście osobie, której pojawienie się zmieniło gniew w ciekawość.

- Cisza! Cisza!

Nieznajomy, niepewny i drżący, wysunął się aż na brzeg marmurowego stołu, kłaniając się tak nisko, jakby zginał kolana.

- Panowie mieszczanie - rzekł - i panny mieszczanki, będziemy mieli przyjemność przedstawić przed Jego Eminencją kardynałem dialog bardzo moralny pod tytułem: Sąd Najświętszej Panny. Ja w tej sztuce będę grał Jowisza. Jego Eminencja towarzyszy w tej chwili posłom księcia austriackiego i wysłuchuje mowy rektora uniwersytetu przy Bramie Baudets. Skoro tylko przybędzie, zaczniemy.

Zaiste, trzeba było samego Jowisza, aby ocalić czterech sierżantów i rządcę pałacu. Nawet gdybyśmy mieli tyle szczęścia, że wymyślilibyśmy cały ten epizod, i mielibyśmy za niego odpowiadać przed krytyką, nie można by było przeciw nam przywołać klasycznej prawdy: Nec deus intersit15. Zresztą ubiór Jowisza był bardzo piękny i niemało przyczynił się do uspokojenia gniewu, skupiając na sobie uwagę. Jowisz był ubrany w kolczugę z czarnego aksamitu ze złotym haftem, a na głowie miał kapelusz dwurożny ze złotymi guzikami, i miał wielką brodę, zasłaniającą połowę twarzy; w rękach trzymał coś, co miało wyobrażać pioruny, a nogi miał okręcone tasiemkami; wyglądał jak łucznik bretoński pana de Berry.

2 Cité (Île de la Cité) - najstarsza, wyspowa część Paryża na Sekwanie, stanowiąca w średniowieczu serce miasta i siedzibę władzy duchownej oraz sądowniczej.
3 Po francusku słowo "moulin" oznacza "młyn".
4 Słowo "cornu" oznacza po francusku "rogaty" lub "mający rogi".
5 Cornutus et hirsutus (łac.) - Rogaty i kudłaty.
6 Tybalde aleator (łac.) - Tybald hazardzista!
7 Tybalde ad dados (łac.) - Tybald do kości.
8 Saturnalitias mittimus ecce nuces (łac.) - Słuchaj, wysyłamy orzechy na Saturnalia.
9 Cum tunicis grisis (łac.) - W szarych tunikach!
10 Pellibus grisis fourratis (łac.) - A co z szarymi skórami futrzanymi!
11 Quatuor denarios (łac.) - Cztery denary.
12 Aut unum bombum (łac.) - Albo pojedynczy wysięgnik.
13 Post equititem sedat atra cura (łac.) - Mroczna troska siedzi za jeźdźcem.
14 Przeklęta niemiecka zaraza - aluzja do pochodzenia wynalazcy druku, Johannesa Gutenberga.
15 Nec deus intersit (łac.) - Bóg również nie powinien ingerować.