Katedra Marii Panny w Paryżu - Victor Hugo

Kup ebooka

29.90 zł
24.82 zł (20,93 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

I. Wielka sala

I

Wielka sala

Trzy­sta czter­dzie­ści osiem lat, sześć mie­sięcy i dzie­więt­na­ście dni pary­ża­nie obu­dzili się na dźwięk wszyst­kich dzwo­nów, biją­cych w potrój­nym okręgu: Cité, Uni­wer­sy­tetu i Mia­sta.

Nie jest to dzień pamiętny w histo­rii 6 stycz­nia 1482 roku. Żaden zna­ko­mity wypa­dek nie poru­szał od rana spi­żów i pary­żan - albo­wiem nie był to ani szturm Pikar­dyj­czy­ków lub Bur­gund­czy­ków, ani uro­czy­ste polo­wa­nie, ani bunt stu­den­tów w win­nicy Laas, ani wjazd groź­nego i potęż­nego króla, ani nawet powie­sze­nie łotrów i łotrzyc w spra­wie­dli­wo­ści pary­skiej - nawet nie było to przy­by­cie, tak czę­ste w pięt­na­stym wieku, nadę­tej i szum­nej amba­sady. Zale­d­wie dwa dni minęły od ostat­niego wjazdu jed­nej z kal­wa­kat tego rodzaju posłów fla­mandz­kich, mają­cych zawrzeć mał­żeń­stwo del­fina z Mał­go­rzatą Fla­mandzką, wjazdu, który znu­dził kar­dy­nała Bour­bon, zmu­szo­nego, dla podo­ba­nia się kró­lowi, uśmie­chać do nie­okrze­sa­nych bur­mi­strzów fla­mandz­kich, przyj­mo­wać ich w swoim pałacu de Bour­bon, pięk­nym moral­nym dia­lo­giem i wesołą kro­to­chwilą w cza­sie, gdy ulewny deszcz moczył mu przed bra­mami prze­śliczne kobierce.

Szó­stego stycz­nia, który poru­szał całą lud­ność Paryża, jak mówi Jan de Troyes, podwójna była uro­czy­stość, połą­czona od nie­pa­mięt­nych cza­sów, to jest obiór króla mig­da­ło­wego i Święto Bła­znów.

Dnia tego miały być fajer­werki na placu de Gréve, uma­je­nie w pałacu Bra­que i dia­log w Pałacu Spra­wie­dli­wo­ści. Ogło­szono to przy dźwięku trąb po uli­cach i pla­cach przez dwo­rzan pre­wota, ubra­nych w piękne fio­lety z bia­łymi krzy­żami na pier­siach.

Tłum miesz­czan, zamknąw­szy domy i sklepy, zdą­żał w jedno z tych trzech wspo­mnia­nych miejsc - każdy jakąś obrał sobie drogę: ten na fajer­werki, ten na uma­je­nie, a ten na dia­log. Trzeba przy­znać na pochwałę gaw­ro­nów ówcze­snych, że więk­sza ich część udała się na sztuczne ognie tak sto­sowne do pory roku, albo na dia­log, mający się odbyć w wiel­kiej sali pałacu, dobrze osło­nię­tej i zamknię­tej, i że cie­kawi pozwo­lili swo­bod­nie mar­z­nąć uma­je­niu pod nie­bem stycz­nio­wym, przy cmen­ta­rzu kaplicy de Bra­que.

Wszyst­kimi przy­stę­pami lud napły­wał do Pałacu Spra­wie­dli­wo­ści, albo­wiem wie­dziano, że amba­sa­do­ro­wie fla­mandzcy, przy­byli zaoneg­daj, mieli być obecni na dia­logu i na obra­niu naczel­nika bła­znów, które rów­nież w wiel­kiej sali odbyć się miało.

Nie tak to łatwo było tego dnia dostać się do wiel­kiej sali, uwa­ża­nej pod­ów­czas za naj­więk­szy budy­nek (prawda, że Sau­val nie zmie­rzył jesz­cze sali w zamku Mon­tar­gis). Miej­sce przed pała­cem, napchane ludem, przed­sta­wiało się z okien cie­ka­wym jak morze, w które pięć albo sześć ulic, jak ujścia rzek, co moment wyle­wały potoki głów. Bał­wany te, co chwila rosnące, potrą­cały się o węgły domów, postę­po­wały tu i ówdzie z ulic, jakby z przy­ląd­ków, i wpa­dały w zatokę nie­fo­remną napcha­nego placu. W środku wyso­kiego, gotyc­kiego przodu pałacu, wiel­kie schody, na które usta­wicz­nie tłumy wcho­dziły i zstę­po­wały z nich, roz­pry­ski­wały na dwie boczne strony brze­mienne bał­wany ludzi; schody te, mówię, try­skały usta­wicz­nie na plac, jak fon­tanna w sadzawkę, krzyki, śmie­chy, tupa­nie, mie­szały się w gwar i hałas. Nie­kiedy ten hałas wzra­stał nad­zwy­czaj, a tłumy jedne o dru­gie potrą­cały się, mie­szały i burzyły. Były to chwile, kiedy jakiś łucz­nik albo sier­żant konny chciał przy­wra­cać porzą­dek uży­ciem wła­dzy, którą pre­wo­to­wie prze­ka­zali kone­ta­blom, kone­ta­ble mar­szał­kom, a mar­szał­ko­wie dzi­siej­szej żan­dar­me­rii pary­skiej.

W drzwiach, oknach, na dym­ni­kach i dachach wiły się głowy poczci­wych miesz­czan, spo­kojne, dobre, spo­glą­da­jąc na pałac, na tłumy - i nie pra­gnąc nic wię­cej; bo lud pary­ski poprze­staje na widoku widzów i dla niego bar­dzo jest cie­kawą rze­czą stać za murem, za któ­rym krzyk się roz­lega.

Gdyby nam było wolno, ludziom z roku 1830, pomie­szać się myślą z pary­ża­nami z pięt­na­stego wieku i wyjść, jak oni, popy­chani, bici, dep­tani, w wielką salę pałacu 6 stycz­nia 1482 r., widok nie mniej miałby powabu i rze­czy nas ota­cza­jące zupeł­nie byłyby daw­nym podobne.

Jeśli czy­tel­nik pozwoli wyobra­zić sobie wra­że­nie, jakiego by doznał, prze­kra­cza­jąc z nami próg wiel­kiej sali, wśród tłumu w róż­no­barw­nych stro­jach, powa­żymy się je przy­wo­łać.

A naprzód szum w uszach, oczy ślepną. Nad gło­wami podwójne skle­pie­nie obite rzeź­bami drew­nia­nymi, poma­lo­wa­nymi na nie­bie­sko, wyzło­co­nymi w wielu miej­scach; pod sto­pami posadzka z czar­nego i bia­łego mar­muru. O kilka kro­ków od nas ogromna kolumna, następ­nie druga, dalej trze­cia, a w całej sali aż sie­dem kolumn, pod­pie­ra­ją­cych skle­pie­nie. Dookoła czte­rech pierw­szych kolumn sklepy prze­kup­niów, błysz­czące szkłem i świe­ci­dłami, dookoła trzech innych ławki drew­niane, wytarte od czę­stego sia­da­nia powo­dów i pro­ku­ra­to­rów. Wokoło sali, wzdłuż wyso­kiego muru, w drzwiach, oknach, pomię­dzy kolum­nami, nie­skoń­czony sze­reg posą­gów kró­lów fran­cu­skich, począw­szy od Fara­monda, kró­lów drze­miącz­ków z zało­żo­nymi rękami i spusz­czo­nymi oczyma, kró­lów wojow­ni­czych i męż­nych z głową i rękami wznie­sio­nymi do góry. Następ­nie w oknach skle­pio­nych szyby róż­no­ko­lo­rowe, a we wcho­dach bogato rżnięte drzwi i odrzwia; wszystko zaś - skle­pie­nia, kolumny, ściany, obi­cia, drzwi, posągi - osło­nięte z góry do dołu powłoką błę­kitną i złotą, która, choć nieco zapy­lona ówcze­śnie, zni­kła w roku łaski 1549, w któ­rym Breuil podzi­wiał ją tylko z poda­nia.

Wyobraźmy sobie teraz tę wielką podłużną salę, oświe­tloną bla­dym pro­mie­niem stycz­nio­wego dnia, nabitą wcho­dzą­cym tłu­mem, który kręci się dookoła kolumn wzdłuż ścian, a będziemy mieli choć nie­do­kładne poję­cie obrazu, któ­rego podać pra­gniemy szcze­góły.

Rzecz nie­za­wodna, że gdyby Rava­il­lac nie przy­śpie­szył zgonu Hen­ryka IV, nie byłoby dowo­dów czy­nów zło­żo­nych w Pałacu Spra­wie­dli­wo­ści, następ­nie zaś nie byłoby powodu, aby wspo­mniane papiery zni­kły; stąd zaś wnio­sek, że nikt nie miałby przy­czyny pod­pa­lać Pałacu Spra­wie­dli­wo­ści, dla znisz­cze­nia papie­rów, i nie byłoby pożaru w roku 1618. Gdyby Pałac Spra­wie­dli­wo­ści stał jesz­cze, a w nim i wielka sala, mógł­bym powie­dzieć czy­tel­ni­kowi: Pójdź - zobacz ją! Tym zaś spo­so­bem i od opisu był­bym wolny. Wnio­sek oczy­wi­sty, że wiel­kie wypadki mają nie­obli­czalne następ­stwa.

Rzecz podobna, że Rava­il­lac mógł nie mieć wspól­ni­ków; następ­nie, jeśli ich nie miał, że oni nie przy­czy­nili się do pożaru 1618 r. Jesz­cze dwa punkty do wytłu­ma­cze­nia: naprzód wielka, gore­jąca gwiazda, sze­roka na stopę, wysoka łokieć, która spa­dła, jak wia­domo, 7 marca po pół­nocy na pałac; po dru­gie, zwrotka Teo­fila:

Zaiste szkoda nie lada!

Że spra­wie­dli­wość w Paryżu,

Najadł­szy się z pie­przem ryżu,

Ogień pod pałac pod­kłada.

Niech sobie kto, co chce myśli o tym potrój­nym wytłu­ma­cze­niu pożaru Pałacu Spra­wie­dli­wo­ści w roku 1618 - fakt jest pewny, bo pałac zgo­rzał. Z przy­czyny tego wypadku, następ­nie z licz­nych prze­bu­do­wań tego, co ogień oszczę­dził, mało dziś pozo­staje z tej pierw­szej sie­dziby kró­lów fran­cu­skich, z tego star­szego brata Luwru, już i tak sta­rego za Filipa Pięk­nego, że na próżno by szu­kano śla­dów wspa­nia­łych budowli, wysta­wio­nych przez króla Roberta, a opi­sa­nych przez Hel­gal­dusa. Co stało się z izbą kanc­ler­ską, gdzie Ludwik Święty brał ślub? Z ogro­dem, w któ­rym wymie­rzał spra­wie­dli­wość, ubrany w kurtce wiel­błą­dziej, w płasz­czu bez ręka­wów i leżący na mura­wie z Joinvillém? Gdzie jest izba cesa­rza Zyg­munta? Izba Karola IV, Jana bez Ziemi? Gdzie schody, z któ­rych Karol VI ogło­sił edykt uła­ska­wie­nia? Kamień, na któ­rym Mar­cel zamor­do­wał w obec­no­ści del­fina, Roberta de Cler­mont i mar­szałka Cham­pa­gne? Furtka, skąd ogła­szano bulle anty­pa­pieża Bene­dykta? I wielka sala ze zło­ce­niami, lazu­rem, skle­pie­niami, posą­gami i ogrom­nymi kolum­nami? I lew kamienny leżący przy drzwiach, z głową spusz­czoną, ogo­nem mię­dzy nogami, jak lwy Salo­mona w pozie pokory, tak przy­zwo­itej dla siły przed spra­wie­dli­wo­ścią? I piękne drzwi i piękne okna? I ślu­sar­skie prze­śliczne roboty Biscor­netta i sto­larka Hancy?... Co zro­bił czas, co zro­bili ludzie z tych cudów? Cóż nam dano za to wszystko, za całą histo­rię Galii, za całą sztukę gotycką? - Cięż­kie pła­sko­rzeźby Bros­sego, tego nie­zgrab­nego archi­tekta przed­sionku Saint-Gervais! Otóż, co nam dano za sztukę; co zaś do histo­rii - bajeczne wspo­mnie­nia o wiel­kiej kolum­nie, jesz­cze gło­śne w sprzecz­kach uczo­nych.

Mniej­sza o to - powróćmy do sali daw­nego pałacu.

Dwa krańce tego olbrzy­miego rów­no­le­gło­boku były zajęte: jeden przez sławny stół mar­mu­rowy, z jed­nej sztuki tak dłu­giej, tak sze­ro­kiej i gru­bej, jakiej ni­gdy nie widziano, według stylu Gar­gan­tua, który ją nazywa odła­mem świata; drugi przez kaplicę, w któ­rej Ludwik XI kazał się wyro­bić z kamie­nia, klę­czący przed Naj­święt­szą Panną, i gdzie kazał prze­nieść, nie trosz­cząc się, że roze­rwie sze­reg posą­gów kró­lew­skich, sta­tuy Karola Wiel­kiego i świę­tego Ludwika, dwóch wład­ców, któ­rych być sadził potęż­nymi i w nie­bie. Kaplica ta, nowa jesz­cze, bo zbu­do­wana przed sze­ścioma laty, była w smaku deli­kat­nej archi­tek­tury, miała cudowne rzeźby, głę­bo­kie a cien­kie inkru­sta­cje, co ozna­cza koniec archi­tek­tury gotyc­kiej i uwiecz­nia się w fan­ta­zyj­nych odro­dze­nia dzie­łach. Mała rozeta prze­zro­czy­sta nad drzwiami była arcy­dzie­łem deli­kat­no­ści i wdzięku, i rzec o niej można: była to koron­kowa gwiazda.

W środku sali, wprost wiel­kich drzwi, było wznie­sie­nie, okryte bogatą mate­rią złotą i przy­su­nięte do muru, z któ­rego było wej­ście do pokoju zło­tego, a wysta­wione dla posłów fla­mandz­kich i innych zna­ko­mi­tych osób, zapro­szo­nych na dia­log.

Na stole mar­mu­ro­wym, według zwy­czaju, miał być przed­sta­wiony dia­log. Przy­go­to­wa­nia poczy­niono od rana, wielka mar­mu­rowa tablica, pory­so­wana gwoź­dziami obu­wia, dźwi­gała drew­nianą wynio­słą klatkę, któ­rej część wyż­sza, dostępna wszyst­kim spoj­rze­niom, miała słu­żyć za scenę; wnę­trze zaś, okryte obi­ciem, za gar­de­robę dla osób gra­ją­cych. Nie było zapewne tak nie­prze­zor­nego czło­wieka, któ­ryby, chcąc, nie mógł się tam dostać. Bło­go­sła­wione dzie­ciń­stwo sztuki!

Kilku sier­żan­tów komen­danta pałacu, zwy­czaj­nych stró­żów zabaw ludu w święta i w dni egze­ku­cji, stało w rogach mar­mu­ro­wego stołu.

Z ude­rze­niem dwu­na­stej godziny na zega­rze pałacu sztuka miała się zacząć. Była to godzina mniej sto­so­wana na teatralne przed­sta­wie­nia, ale do posłów nale­żało się zasto­so­wać.

Prócz tego tłumy cze­kały od samego rana; wielu bar­dzo poczci­wych cie­kaw­ców szczę­kało zębami od świtu przed pała­cem, a znaczna liczba i noc tam prze­pę­dziła, aby sobie miej­sca zapew­nić. Tłum rósł co chwila i jak rzeka wycho­dząca z koryta zaczął napeł­niać mury, obta­czać kolumny i w każ­dym roz­le­wać miej­scu. Utru­dze­nie, nie­cier­pli­wość, znu­dze­nie, sza­lona wol­ność, kłót­nie o udep­ta­nie butem albo trą­ce­nie łok­ciem, przed przy­by­ciem posłów, szcze­gól­nie cierpki nada­wały wyraz temu ludowi, ście­śnio­nemu, natło­czo­nemu, a zawsze cie­ka­wemu. Sły­chać było skargi i wyrze­ka­nia prze­ciwko Fla­mand­czy­kom, kar­dy­na­łowi de Bour­bon, ofi­ce­rowi pałacu, Mał­go­rza­cie Austriac­kiej, sier­żan­tom, zimnu, gorącu, bisku­powi pary­skiemu, naczel­ni­kowi bła­znów, posą­gom, kolum­nom, zamknię­tym drzwiom i otwar­tym oknom. Wszystko z wielką rado­ścią ulicz­ni­ków i lokai roz­sia­nych w tłu­mie, któ­rzy do nie­ukon­ten­to­wa­nia ogól­nego mie­szali swoje figle i kłuli, rzec można, roz­draż­nione nerwy.

Pomię­dzy innymi była grupa tych weso­łych sza­leń­ców, któ­rzy, usiadł­szy na porę­czach okien, stam­tąd rzu­cali spoj­rze­nia i żar­ciki wewnątrz i zewnątrz sali. Z weso­łych, a śmiesz­nych ruchów, z krzy­kli­wych gło­sów, któ­rymi się odzy­wali do swo­ich towa­rzy­szów, w innych będą­cych miej­scach, łatwo wnieść było można, że nie podzie­lają powszech­nego znu­dze­nia i że wybor­nie umieją korzy­stać z czasu i wycią­gnąć przy­jem­ność, gdzie ją tylko zna­leźć podobna.

- Na moją poczci­wość, to ty Joan­nes Frollo de Molen­dino! - zawo­łał jeden z nich, mały blon­dy­nek, z ładną, zło­śliwą twa­rzyczką, ucze­piony u kapi­tela kolumny. - Wła­ści­wie cie­bie nazy­wają Jehan de Moulin, bo twoje ręce i nogi wyglą­dają jak skrzy­dła od wia­traka. Jak dawno już tu jesteś?

- A niech dia­bli!... - odpo­wie­dział Joan­nes Frollo. - Wię­cej niż cztery godziny i myślę, że mi je na tam­tym świe­cie za czy­ściec poli­czą. Sły­sza­łem ośmiu śpie­wa­ków króla sycy­lij­skiego, któ­rzy o siód­mej godzi­nie śpie­wali na woty­wie w kaplicy.

- Piękni śpie­wacy! - odparł inny - Głosy ich wię­cej spi­cza­ste niż czapki. Zanim mszę zaku­piono do świę­tego Jana, trzeba się było dowie­dzieć, jak wygląda łacina w pro­wan­sal­skim dia­lek­cie.

- Masz słusz­ność, panie Idzi Lecornu, kuśnie­rzu kró­lew­ski - odrzekł ulicz­nik, sie­dzący na kapi­telu.

Ogólny śmiech powi­tał nazwi­sko kuśnie­rza kró­lew­skiego.

- Lecornu! Idzi Lecornu! - mówili jedni.

- Cor­nu­tus et hir­su­tus - wołali dru­dzy.

- He! Zapewne - mówił mały dia­be­łek z kapi­tela - cóż tak śmiesz­nego? Zacny Idzi Lecornu, brat Jehana Lecornu, inten­denta kró­lew­skiego pałacu, syn Mahieta Lecornu, pierw­szego drwala z Vin­cen­nes: wszy­scy miesz­cza­nie pary­scy, wszy­scy żonaci - i ojciec, i syno­wie.

Śmiech powstał na nowo. Kuśnierz, nie odpo­wie­dziaw­szy słowa, chciał się ukryć przed wymie­rzo­nymi nań spoj­rze­niami, lecz tylko się pocił i sapał. Nie mogąc zna­leźć sto­sow­nego kąta, wle­pił w ramiona sąsia­dów swoją sze­roką i czer­woną twarz, która rychłą zapo­wia­dała apo­plek­sję. Na koniec jego­mość gruby, krótki i zacny jak on, przy­szedł mu na pomoc.

- A to co! Pano­wie nie­do­rostki zanadto sobie pozwa­lają; za moich cza­sów oćwi­czy­liby ich jak kotów.

Tłum mło­dzieży par­sk­nął śmie­chem.

- Hola! Hola! A to co za jeden?... A to śmia­łek! - wołali.

- Znam ja go! - ode­zwał się jeden. - To pan Andrzej Musnier.

- Hardy, bo jest jed­nym z czte­rech przy­się­głych księ­ga­rzy uni­wer­sy­tetu - rzekł inny.

- Wszyst­kiego po cztery w tym skle­pie - ode­zwał się trzeci - cztery narody, cztery święta, czte­rech pro­ku­ra­to­rów, czte­rech wybor­ców i czte­rech księ­ga­rzy.

- I cóż - odparł Jehan Frollo - niech ich wszyst­kich czte­rech!...

- Musnier, spa­limy twoje książki.

- Musnier, pobi­jemy two­jego lokaja.

- Musnier, obło­cimy twoją żonę.

- Poczciwa panna Oudarde.

- Tak świeża i wesoła, jakby była wdową.

- A niech was pio­run trza­śnie! - mówił przez zęby Andrzej Musnier.

- Panie Andrzeju! - zawo­łał Jehan zawsze sie­dzący na swoim kapi­telu - Milcz albo ci na łeb zlecę.

Pan Andrzej wzniósł oczy, zda­wał się mie­rzyć wyso­kość kolumny, cięż­kość figla­rza i, podwo­iw­szy kwa­drat z cięż­ko­ści przez wyso­kość, umilkł.

Jehan, pan placu, mówił z try­um­fem:

- Zoba­czysz, choć jestem bra­tem uczo­nego alche­mika.

- Pano­wie! To lud z uni­wer­sy­tetu!... Nie umieją nawet praw naszych sza­no­wać; w mie­ście jest uma­je­nie i fajer­werki, dia­log i amba­sa­do­ro­wie w Cité - w uni­wer­sy­te­cie zaś nic!

- Prze­cież plac Mau­bert jest dość obszerny - ode­zwał się jakiś mło­dzik uwie­szony na stole.

- Precz z ich zaba­wami! - krzy­czał Jan.

- Trzeba dziś wypra­wić fajer­werki na polu Gail­lard - ode­zwał się inny - i popa­lić książki pana Andrzeja.

- I stół jego pisa­rzy!

- I rózgi sier­żan­tów!

- I stoły prze­kup­niów.

- I ławki rek­tora.

- Precz z panem Andrze­jem, z księ­ga­rzami, pisa­rzami, teo­lo­gami, leka­rzami i uczo­nymi.

- A to koniec świata!... - szem­rał pan Andrzej, trąc uszy.

- Otóż jeden uczony... teraz wła­śnie przez plac prze­cho­dzi - zawo­łał jeden z ulicz­ni­ków w oknie sie­dzący.

I odwró­cił się do placu.

- Czy w rze­czy samej nasz zacny mistrz Thi­baud? - zapy­tał Jehan Frollo de Moulin, który, sie­dząc na kapi­telu kolumny, nie mógł widzieć, co się na placu dzieje.

- Tak, to on! To on! - odpo­wie­dzieli inni. - To on, mistrz Thi­baud.

W rze­czy samej, uczeni i wszy­scy dygni­ta­rze uni­wer­sy­tetu wyszli uro­czy­ście naprze­ciw posłom i w tej chwili prze­cho­dzili przez plac pałacu. Ulicz­nicy, cisnąc się w okna, przy­jęli ich okla­skami, któ­rych zna­cze­nie zapewne oni pojęli. Thi­baud, idący na czele, pierw­szy się zbli­żył i był powi­tany.

- Dzień dobry, panie Thi­baud! Hola, hej! Dzień dobry.

- Ach! I ty tutaj, stary szu­le­rze? Daw­noś kości porzu­cił?

- Patrz­cie, jak cwa­łuje na ośle!... Prawda, krót­sze ma uszy od niego.

- Hola! Dzień dobry, panie Thi­baud - Tybalde ale­ator.

- Gdzie idziesz, Tybol­dzie?... Tybalde ad dados, zdą­żasz, jak widzimy, ku mia­stu.

- Zapewne idzie szu­kać miesz­ka­nia na ulicy Thibautodé! - krzy­czał Jehan de Moulin.

Cała cze­reda powtó­rzyła dow­ci­pek hucz­nie i z kla­ska­niem w ręce.

- Panie Thi­baud, idziesz szu­kać miesz­ka­nia na ulicy Thibautodé?

Kolej przy­szła na innych.

- Precz z uczo­nymi!...

- Powiedz nam Robin­so­nie Pous­se­pain, co to za jeden?

- To Guil­bert de Suilly, Gil­ber­tus de Soliaco, kanc­lerz kole­gium z Antun.

- Weź mój trze­wik, tobie lepiej, rzuć go mu na łeb.

- Satur­na­li­tias mit­ti­mus ecce nuces.

- Precz i z tam­tymi w bia­łych suk­niach.

- Aha! Myśla­łem, że to sześć bia­łych gęsi, które mia­stu św. Geno­wefa poda­ro­wała.

- Precz z dok­to­rami!

- Precz dys­puty i kłót­nie kar­dy­nal­skie!

- Precz z kanc­le­rzem od św. Geno­wefy.

- He, he! Panie Joachi­mie de Lade­hors! Ho, he! Ludwiku Dahu­ille!... Ho, he! Lam­ber­cie Hoc­te­mart!

- Niech ich pio­run trza­śnie!

- I tam­tych z ich sza­rymi kapami; cum tuni­cis gri­sis!

- Sen de pel­li­bus gri­sis fur­ra­lis!

- Hola!... Pano­wie mistrzo­wie, w czar­nych i czer­wo­nych kape­lu­szach.

- Thi­baud z jakim ogo­nem!

- Wygląda jak doża wenecki, mający zaślu­biać morze.

- Czy to kano­nicy od św. Geno­wefy?

- Aha!

- Aha! Dok­tor Klau­dy­usz Cho­art!

- Czy idzie za Marią la Gif­farde?

- Ona na ulicy Gla­ti­gny.

- Uścieła łoże panu.

- I bie­rze cztery denary; quatuor dena­rios.

- Aut unum bom­bum.

- Kole­dzy! Pan Szy­mon San­guin, wyborca z Pikar­dii, który z tyłu na koniu żonę wozi.

- Post equ­iti­tem sedat atra cura.

- Śmiało, panie Szy­mo­nie.

- Dzień dobry, panie rek­to­rze!

- Dobra­noc, pani rek­to­rowo.

- Muszą być bar­dzo kon­tenci - mówił, wzdy­cha­jąc Joan­nes de Molen­dino, zawsze tkwiąc na swoim kapi­telu.

Tym­cza­sem przy­się­gły księ­garz uni­wer­sy­tetu, pan Andrzej Musnier, skło­nił ucho do kró­lew­skiego kuśnie­rza, pana Idziego Lecornu.

- Mówię ci, panie, że koniec świata. Ni­gdy nie widziano podob­nego roz­pusz­cze­nia dzie­cia­ków; to te prze­klęte wyna­lazki wszystko nisz­czą. Arty­le­ria, kule, bomby, a nade wszystko druk, och! To prze­klęta nie­miecka zaraza! To koniec świata, pano­wie.

- Wolał­bym, żeby lep­sze mate­rie wyra­biali - odpo­wie­dział kuśnierz.

W tej chwili dwu­na­sta ude­rzyła.

Mło­dzież umil­kła. Następ­nie powstał ruch okropny, poru­sze­nie głów i nóg, chrzą­ka­nie, kicha­nie i kaszel. Każdy umie­ścił się, wypro­sto­wał i wzniósł głowę. Po chwili mil­cze­nia szyje się wycią­gnęły, gęby roz­warły i choć nic widać nie było, wszyst­kie oczy zwró­ciły ku mar­mu­ro­wemu sto­łowi. Czte­rech sier­żan­tów stało wciąż nie­ru­cho­mych, jak cztery kamienne figury. Póź­niej oczy zwró­ciły się ku wznie­sie­niu, prze­zna­czo­nemu dla posłów fla­mandz­kich. Drzwi były wciąż zamknięte i wznie­sie­nie puste. Tłumy od rana na trzy rze­czy cze­kały: na połu­dnie, posłów i dia­log. Samo połu­dnie przy­szło o swo­jej porze.

Cze­kano dwie, trzy, pięć minut, kwa­drans i nikt nie przy­by­wał. Wznie­sie­nie było puste i scena cicha. Po znie­cier­pli­wie­niu nastą­pił gniew. Gniewne wyrazy zaczęły się tu i ówdzie wyry­wać i głowy szu­mieć. Burza, która zaczy­nała huczeć, wzno­siła się nad tłu­mem. Jehan de Moulin pierw­szy pod­ło­żył iskierkę.

- Dia­log! Dia­log! Precz z Fla­mand­czy­kami! - zawo­łał z całych piersi, krę­cąc się jak wąż na swoim kapi­telu.

Tłum kla­snął w ręce.

- Dia­log! Dia­log! - powtó­rzył. - A całą Flan­drię niech pio­run trza­śnie.

- Dia­log! Natych­miast - powtó­rzył ulicz­nik - bo ina­czej powie­simy rządcę pałacu zamiast kome­dii i morału.

- A to zuch! - krzy­czał lud. - Zacznijmy od sier­żan­tów.

Gło­śny nastą­pił okrzyk. Czte­rej sier­żanci spoj­rzeli na sie­bie i zadrżeli. Tłum ruszył się i lekka balu­strada, prze­dzie­la­jąca ich, ule­gła sile.

Poło­że­nie było kry­tyczne.

- Na powróz! Na powróz! - wołano ze wszech stron.

W tej chwili obi­cie gar­de­roby, wyżej przez nas opi­sane, pod­nio­sło się i dało przej­ście oso­bie, któ­rej uka­za­nie się samo zmie­niło gniew w cie­ka­wość.

- Mil­cze­nie! Mil­cze­nie!

Osoba ta, nie­pewna i drżąca, postą­piła aż na brzeg mar­mu­ro­wego stołu, kła­nia­jąc się tak nisko, jakby zgi­nała kolana.

- Pano­wie miesz­cza­nie - rze­cze - i panny miesz­czanki, będziemy mieli przy­jem­ność przed­sta­wić przed jego emi­nen­cją kar­dy­na­łem dia­log bar­dzo moralny pod tytu­łem: Sąd Naj­święt­szej Panny Marii. Ja w tej sztuce będę grał Jowi­sza. Jego emi­nen­cja towa­rzy­szy w tej chwili posłom księ­cia austriac­kiego i słu­cha mowy rek­tora uni­wer­sy­tetu przy bra­mie Bau­dets. Skoro jego emi­nen­cja przy­bę­dzie, zaczniemy.

Zaiste, wda­nia się Jowi­sza było potrzeba dla oca­le­nia czte­rech sier­żan­tów i rządcy pałacu. Jeżeli my byli­śmy tak szczę­śliwi, żeśmy wymy­ślili ten wypa­dek i mamy być zań odpo­wie­dzialni kry­tyce, nie można prze­ciw nam przy­wo­łać kla­sycz­nej prawdy: Nec deus inter­sit. Zresztą ubiór Jowi­sza był bar­dzo piękny i nie­mało przy­czy­nił się do uspo­ko­je­nia gniewu, zwra­ca­jąc na sie­bie uwagę. Jowisz był w spen­cerku z czar­nego aksa­mitu ze zło­tym haftem; na gło­wie miał kape­lusz dwu­rożny ze zło­tymi guzi­kami i wielką brodę, kry­jącą mu połowę twa­rzy; w rękach miał coś, co miało wyobra­żać pio­runy, a nogi okrę­cone tasiem­kami; zgoła wyglą­dał jak łucz­nik bre­toń­ski pana de Berry.

II. Piotr Grintoire

II

Piotr Grin­to­ire

Gdy mówił, zado­wo­le­nie i podziw, obu­dzone stro­jem, zni­kły przed gło­sem; a kiedy przy­był do tego nie­zręcz­nego zakoń­cze­nia: "Skoro jego emi­nen­cja kar­dy­nał przy­bę­dzie, zaczniemy", głos jego uto­nął w cha­osie krzyku.

- Zaczy­naj­cie natych­miast! Dyalog! Dyalog natych­miast! - wołał lud. I wśród mnó­stwa gło­sów odzna­czał się Joan­nes Molen­dino, prze­bi­ja­jący morze krzyku jak piku­lina. - Zaczy­naj­cie natych­miast! - wołał Jan.

- Precz z Jowi­szem i dyalo­giem! - wołali Robin Pous­se­pin i inni jego towa­rzy­sze, umiesz­czeni w oknie.

- Dyalog natych­miast! - powtó­rzył tłum. - Zaraz natych­miast! Powróz dla kome­dian­tów!

Biedny Jowisz, prze­stra­szony i blady pod swoim różem, o mało na posadzkę nie upu­ścił pio­runa, zdjął swój dwu­rożny kape­lusz, pokło­nił się nisko i z jąka­niem mówił:

- Jego emi­nen­cja... amba­sa­do­ro­wie... Mał­go­rzata Fla­mandzka... Nie wie­dział, co powie­dzieć, w duszy może się lękał.

Być powie­szo­nym przez lud, że czeka, być uka­ra­nym przez kar­dy­nała za nie­cze­ka­nie, z oby­dwu stron prze­paść, a każda okropna.

Na szczę­ście ktoś wywiódł go z amba­rasu.

Jakiś jego­mość, sto­jący przy prze­gro­dze­niu sceny, któ­rego dotąd nie widziano, albo­wiem cień kolumny zupeł­nie go osła­niał, ten jego­mość, mówimy schy­lony, blon­dyn, ze zmarszcz­kami na licach i czole, z oczami iskrzą­cymi i ustami śmie­ją­cymi się, odziany w czarną kurtkę, poła­taną i błysz­czącą z wytar­cia, zbli­żył się do stołu i dał znak bied­nemu akto­rowi, który nie zwa­żał nań prze­cież.

Jego­mość ten krok jesz­cze dalej postą­pił.

- Jowi­szu - rze­cze - mój drogi Jowi­szu!

Aktor jesz­cze nie sły­szał.

Na koniec, znu­dzony i znie­cier­pli­wiony, krzyk­nął na całe gar­dło:

- Michale Giborne!

- Kto na mnie woła? - zapy­tał Jowisz, jakby prze­bu­dzony ze snu.

- Ja - odpo­wie­działa osoba, czarno ubrana.

- Ach! - rzekł Jowisz.

- Zaczy­naj­cie - mówił ów jego­mość. - Trzeba zaspo­koić publicz­ność, ja biorę na sie­bie uspo­koić rządcę pałacu, a on kar­dy­nała.

Jowisz ode­tchnął.

- Pano­wie miesz­cza­nie - zawo­łał z całych piersi do tłumu huczą­cego - zaczniemy zaraz.

- Evoe, Jupi­ter! Plau­dite, cives! - zawo­łali ulicz­nicy.

- Zaraz, zaraz! - wołał lud.

Pokla­ski i krzyki roz­le­gały się wokoło, gdy Jowisz ukrył się za obi­ciem.

Nie­zna­jomy, który tak cudow­nie burzę w pogodę zmie­nił, jak mówi stary i zacny Cor­ne­ille, wci­snąw­szy się w cień kolumny, byłby tam długo nie­wi­dziany, niemy i nie­ru­chomy pozo­stał, gdyby go nie pocią­gnęły dwie młode kobiety, będące w pierw­szym rzę­dzie widzów, które widziały jego roz­mowę z Jowi­szem.

- Panie - mówiła jedna z nich, dając mu znak, aby się zbli­żył.

- Była­byś ciszej, moja droga Lie­nardo - mówiła jej sąsiadka, ładna, świeża i dumna ze świą­tecz­nego stroju - to nie duchowny, ale świecki, i nie trzeba mówić... - Tym­cza­sem nie­zna­jomy zbli­żył się do balu­strady.

- Czego panny ode mnie żąda­cie? - zapy­tał z pośpie­chem.

- Och! Nic, nic, panie - mówiła pomie­szana Lie­narda - moja sąsiadka Gisqu­etta la Gen­cienne chce z panem mówić.

- I ja nie - odparła Gisqu­etta, rumie­niąc się - to Lie­narda do cie­bie, panie, mówiła.

Oby­dwie panny spu­ściły oczy. Inna, która chciała tylko zawią­zać roz­mowę, patrzyła z uśmie­chem.

- A więc nic nie macie mi panny do powie­dze­nia?

- By­naj­mniej - odpo­wie­działa Gisqu­etta.

- Nic, a nic - dodała Lie­narda.

Nie­zna­jomy chciał się odda­lić; lecz dwie cie­kaw­skie puścić go nie miały ochoty.

- Panie - rze­kła z żywo­ścią Gisqu­etta - wszak znasz tego żoł­nie­rza, który w dyalogu ma grać rolę dzie­wicy.

- Chcesz pani powie­dzieć zapewne, rolę Jowi­sza?

- Tak, tak - odrze­kła Lie­narda - ach! Jaka ona nie­do­rzeczna! Czy pan znasz Jowi­sza?

- Michała Giborne'a - odrzekł obcy. - Tak, pani.

- Piękną ma brodę - mówiła Lie­narda.

- Czy to piękne, co będą mówili? - zapy­tała bojaź­li­wie Gisqu­etta.

- Bar­dzo piękne - odrzekł bez waha­nia nie­zna­jomy.

- A co to będzie takiego? - zapy­tała Lie­narda.

- Sąd Naj­święt­szej Panny. Dyalog bar­dzo moralny.

- Aha! To co innego - odparła Lie­narda.

Nastą­piło krót­kie mil­cze­nie, które nie­zna­jomy prze­rwał.

- To jest dyalog zupeł­nie nowy, pierw­szy raz grany.

- A więc to nie ten - mówiła Gisqu­etta - co grali przed dwoma laty, w dzień przy­by­cia legata, w któ­rym trzy piękne wystę­po­wały dzie­wice.

- Syreny - mówiła Lie­narda.

- Zupeł­nie nagie - dodał męż­czy­zna.

Lie­narda ze wsty­dem spu­ściła oczy, Gisqu­etta spoj­rzała na nią, uczy­niła to samo, mówiła prze­cież z uśmie­chem:

- A to było pocieszne. Dzi­siej­szy dyalog jest napi­sany umyśl­nie dla Mał­go­rzaty Fla­mandz­kiej.

- Czy będą śpie­wać sie­lanki? - zapy­tała Gisqu­etta.

- Broń Boże! - rzekł nie­zna­jomy. - W dyalogu nie trzeba mie­szać rodza­jów. Żeby to była kome­dia.

- Szkoda - odparła Gisqu­etta. - Wtedy przy fon­tan­nie Pon­ceau męż­czyźni i kobiety dzi­kie wal­czyli mię­dzy sobą i śpie­wali sie­lanki.

- To, co przy­stoi lega­towi, nie wolno księż­niczce.

- I przy nich - dodała Lie­narda - grali na wielu instru­men­tach.

- A dla ochło­dze­nia prze­cho­dzą­cych - mówiła Gisqu­etta - fon­tanna trzema otwo­rami wyrzu­cała wino, mleko i hypo­kras, które pił każdy, kto chciał.

- Nad Pon­ceau zaś - mówiła dalej Lie­narda - pod Trójcą Świętą, przed­sta­wiano Pasję z osób mil­czą­cych.

- Ach! Pamię­tam, pamię­tam! - zawo­łała Gisqu­etta. - Bóg na krzyżu pomię­dzy dwoma łotrami po lewej i po pra­wej.

Tutaj oby­dwie zna­jome, przy­po­mi­na­jąc sobie wjazd legata, zaczęły mówić razem.

- A dalej pod porte aux pein­tres były inne osoby bar­dzo bogato ubrane.

- Pod źró­dłem świę­tego Ino­cen­tego strze­lec ści­gał łanię z psami i przy odgło­sie trą­bek.

- A w jat­kach pary­skich rusz­to­wa­nie, przed­sta­wia­jące basty­lię w Dieppe.

- A kiedy legat prze­cho­dził, pamię­tasz Gisqu­etto, dano znak do szturmu i wszyst­kim Angli­kom popo­drzy­nano gar­dła.

- I przy bra­mie Châtelet bar­dzo piękne były osoby.

- A na moście Zamiany, który cały był przy­kryty.

- I kiedy legat prze­cho­dził, wypusz­czono na most wię­cej niż dwie­ście gatun­ków roz­ma­itych pta­ków; ach! To było śliczne, Lie­nardo.

- Dziś będzie jesz­cze pięk­niej - odparł nie­zna­jomy, zda­jący się słu­chać ich cier­pli­wie.

- Pan nam przy­rze­kasz, że dyalog będzie bar­dzo piękny?

- Bez wąt­pie­nia - odpo­wie­dział; następ­nie dodał z nadę­to­ścią:

- Moje panny, ja jestem jego auto­rem.

- Czy tak? - zapy­tały, wytrzesz­czyw­szy oczy.

- W rze­czy samej! - odpo­wie­dział poeta, nieco się nady­ma­jąc:

- Dwóch nas szcze­rze pra­co­wało: Jehan Mar­chand, który cio­sał deski i sta­wiał teatr, i ja, który sztukę pisa­łem. Nazy­wam się Piotr Grin­to­ire.

Autor Cyda mniej miałby dumy.

Czy­tel­nicy mogli zauwa­żyć, że pewien czas już upły­nął od chwili, kiedy Jowisz wszedł pod obi­cie, a autor dyalogu naiw­nie obja­wił swoje nazwi­sko Gisqu­et­cie i Lie­nar­dzie. Rzecz szcze­gólna, tłum, przed kilku minu­tami tak nie­spo­kojny i groźny, na słowo kome­dianta cze­kał cier­pli­wie; to prze­ko­nać nas powinno, że naj­lep­szy śro­dek uspo­ko­je­nia cze­ka­ją­cej publicz­no­ści jest oświad­czyć jej, że zaraz się zacznie.

Jed­nak Jan nie zaspał gru­szek w popiele.

- Hola, he! - wołał, prze­ry­wa­jąc spo­kojne ocze­ki­wa­nie - Jowi­szu, dia­bel­scy kugla­rze, prę­dzej, prę­dzej sztukę zaczy­nać albo my zaczniemy.

Nie trzeba było wię­cej.

Muzyka z dętych i rznię­tych instru­men­tów zło­żona dała się sły­szeć wewnątrz rusz­to­wa­nia; obi­cie pod­nio­sło się i wyszły cztery osoby, które prze­czoł­gały się po sce­nie, sta­nęły rzę­dem przed publicz­no­ścią, pokło­niły się i sym­fo­nia umil­kła.

Po otrzy­ma­niu hoj­nych za ukłony okla­sków, cztery osoby wyszły wpo­śród reli­gij­nego mil­cze­nia i zaczęły pro­log, który wyobraźni czy­tel­ni­ków pozo­sta­wiamy. Zresztą, co się i dzi­siaj przy­tra­fia, publicz­ność wię­cej się zaj­mo­wała ubio­rami niż rze­czą. Wszyst­kie cztery osoby były ubrane w suk­nie pół-białe, pół-żółte, róż­niące się tylko gatun­kiem mate­rii - pierw­szej była z lamy srebr­nej i zło­tej, dru­giej jedwabna, trze­ciej weł­niana, a czwar­tej płó­cienna. Pierw­sza z osób miała w pra­wej ręce miecz, druga klucz złoty, trze­cia ważki, czwarta zaś rydel; dla dokład­niej­szego zro­zu­mie­nia ale­go­rii, wyha­fto­wano na suk­niach czar­nym jedwa­biem: na sukni lamo­wej - szla­chet­ność; na sukni jedwab­nej - ducho­wień­stwo; na sukni weł­nia­nej - han­del; na sukni płó­cien­nej - uprawa roli. Płeć dwóch ale­go­rii męskich można było poznać po krót­szych sukien­kach i po ubio­rze na gło­wie.

Trudno było nie pojąć mimo ciem­no­ści ale­go­rii, że Uprawa roli była zaślu­biona Han­dlowi, a Ducho­wień­stwo Szla­chet­no­ści i że oby­dwie pary posia­dały zło­tego del­fina, który miał być przy­są­dzony naj­pięk­niej­szej. Szli więc po sze­ro­kim świe­cie, szu­ka­jąc tej pięk­no­ści i odrzu­ciw­szy kró­lową Gol­kondy, księż­niczkę Tre­bi­sondy, córkę chana Tata­rów itd. Uprawa roli i Ducho­wień­stwo, Szla­chet­ność i Han­del przy­szli go zło­żyć na mar­mu­ro­wym stole w Pałacu Spra­wie­dli­wo­ści, tyle pra­wiąc mora­łów i mak­sym, że wszyst­kich licen­cja­tów można było od egza­mi­nów uwol­nić.

Wszystko to było prze­śliczne.

W tym tłu­mie, na który ale­go­rie wyle­wały się poto­kiem, nie było uważ­niej­szego ucha, serca moc­niej biją­cego, oka wię­cej wle­pio­nego, szyi wię­cej wycią­gnię­tej, jak oko, ucho, szyja, serce aktora-poety, poczci­wego Pio­tra Grin­to­ire'a, który przed chwilą nie mógł się wstrzy­mać od obja­wie­nia swego nazwi­ska dwóm mło­dym pan­nom. Odda­lił się od nich o kilka kro­ków, sta­nął za kolumną, słu­chał, patrzał i sma­ko­wał. Przy­chylne okla­ski, któ­rymi przy­jęto pro­log, brzmiały mu wciąż w uszach i wnętrz­no­ściach, a był cały zato­piony w unie­sie­niu, w jakim autor spo­gląda na pły­nące swe myśli z ust aktora. Poczciwy Piotr Grin­to­ire!

Przy­kro nam mówić, lecz prędko był roz­cza­ro­wany. Zale­d­wie zbli­żył usta do cza­ro­dziej­skiej czary try­umfu i rado­ści, w napój gorzka wmie­szała się kro­pla.

Obdarty żebrak, nie­do­strze­żony w tłu­mie i nie­mo­gący zwró­cić na sie­bie uwagi, szuka miej­sca, z któ­rego by lepiej był widziany i hojne zyskał jał­mużny; w cza­sie pierw­szych wier­szy pro­logu, pod­su­nął się aż do samego stołu i tam, usiadł­szy, bła­gał o litość, poka­zu­jąc swoje łach­many i ranę na pra­wej ręce. Zresztą nie wyrzekł ani słowa.

Mil­cze­nie, które zacho­wał, pozwa­lało odma­wiać bez prze­szkody pro­log i żaden nie byłby prze­rwał go wypa­dek, gdyby Jan ze szczytu kolumny nie wska­zał żebraka. Pło­chy śmiech opa­no­wał sza­leńca, bez względu, że prze­rwie wido­wi­sko i zakłóci uwagę, wołał wesoło:

- Patrz­cie, żebrak czeka na jał­mużnę!

Kto­kol­wiek rzu­cił kamień w kupę żab albo wystrze­lił w stado pta­ków, pojąć zdoła, jaki sku­tek spra­wiły te wyrazy pośród powszech­nej uwagi. Grin­to­ire zadrżał, jakby go iskra elek­tryczna prze­nik­nęła. Pro­log został zawie­szony i wszyst­kie głowy zwró­ciły się tłum­nie do żebraka, który nie­zmie­szany, widział w tym wypadku żniwo dla sie­bie i zaczął mówić tonem ubo­le­wa­nia, zamy­ka­jąc wpół oczy:

- Lito­ści! Lito­ści!

- Na moją poczci­wość - znowu mówił Jan - to Clo­pin Tro­uille-fou. Hola, przy­ja­cielu, widać rana doku­czała ci na nodze, sko­roś ją prze­niósł na rękę.

To mówiąc, ze zręcz­no­ścią małpy w kawałku bibuły rzu­cił drobną monetę, po którą żebrak chorą wycią­gnął rękę. Przy­jął jał­mużnę i szy­der­stwo i tonem żało­snym wołał znowu: lito­ści! lito­ści!

Ten epi­zod zupeł­nie prze­rwał uwagę słu­cha­czy; wielu z nich - Robin Pous­se­pain i wielu świec­kich dali żebra­kowi pokla­ski.

Grin­to­ire bar­dzo był nie­kon­tent. Przy­szedł­szy do sie­bie, zawo­łał na cztery osoby, będące na sce­nie:

- Graj­cie! Co tam u dia­bła? Graj­cie! - I nie spoj­rzał nawet na prze­ry­wa­ją­cych sztukę.

W tej chwili poczuł, jak go coś cią­gnie za suk­nię; odwró­cił się nieco zły i, cho­ciaż nie­chęt­nie, ale się uśmiech­nął.

Była to piękna rączka Gisqu­etty la Gen­cienne, która, pod­su­nąw­szy się do balu­strady, tym spo­so­bem zwra­cała autora uwagę.

- Panie - rze­cze młoda dzie­wica - czy będą dalej grali?

- Bez wąt­pie­nia - odrzekł nie­chęt­nie autor.

- Kiedy tak, bądź pan łaskaw wytłu­ma­czyć mi...

- To, co mają mówić? - prze­rwał Grin­to­ire. - Więc pani uwa­żaj!

- Nie, ja to chcę, co już mówili.

Grin­to­ire wzdry­gnął się jak ten, kogo w ranę dotknięto.

- Czy licho nadało tę głu­pią gęś! - mówił przez zęby.

Od tej chwili Gisqu­etta wiele stra­ciła w jego poję­ciu.

Akto­rzy usłu­chali napo­mi­na­nia i publicz­ność, chcąc nie chcąc, musiała słu­chać; stra­ciła prze­cież wiele pięk­no­ści sztuki, nie mogąc zwią­zać dwóch prze­cię­tych jej czę­ści. Dobrze to roz­wa­żał Grin­to­ire. Powró­ciła prze­cież spo­koj­ność; mło­dzik umilkł, żebrak liczył jał­mużnę i sztuka szła dalej.

W rze­czy samej było to bar­dzo piękne dzieło, które i dzi­siaj przy nie­ja­kich zmia­nach podo­bać by się mogło. Wstęp, cho­ciaż przy­długi i czczy, był bar­dzo pro­sty i Grin­to­ire naj­wię­cej go podzi­wiał. Jak domy­śleć się snadno, cztery ale­go­ryczne osoby, zwie­dziw­szy trzy czę­ści świata i nie mogąc się pozbyć del­fina zło­tego, musiały być nie­po­śled­nio stru­dzone. Następ­nie pochwała cudow­nej ryby z bar­dzo deli­kat­nymi apo­stro­fami do Mał­go­rzaty Fla­mandz­kiej, która smut­nie sie­działa w Ambo­ise i nie spo­dzie­wała się, że Rol­nic­two i Han­del, Ducho­wień­stwo i Szla­chet­ność tak wielką dla niej drogę odbyli. Wspo­mniany del­fin, młody, piękny, silny (nade wszystko wzór cnót panu­ją­cych), był synem lwa Fran­cji. Przy­znać trzeba, że ta meta­fora jest bar­dzo śmiała i że histo­ria natu­ralna teatru nie obraża się wcale, aby del­fin był synem lwa. Cudowne, pin­da­ryczne mie­sza­niny czę­sto wiel­kie robią wra­że­nia. Prze­cież, dla lep­szego obja­śnie­nia poeta winien to był przy­naj­mniej we dwu­stu wier­szach wyło­żyć.

Pro­log miał trwać od połu­dnia aż do czwar­tej godziny, według roz­kazu pre­wota, i musiano coś mówić - przy tym słu­chano cier­pli­wie.

Nagle wśród sprzeczki pomię­dzy Han­dlem i Szla­chet­no­ścią, w chwili, gdy Uprawa roli mówiła: Nie widać w naszych borach szla­chet­nego zwie­rza!, drzwi wznie­sie­nia aż dotąd zamknięte, otwo­rzyły się, i dono­śny głos odźwier­nego oznaj­mił:

- Jego emi­nen­cja kar­dy­nał de Bour­bon.

III. Kardynał

III

Kar­dy­nał

Biedny Grin­to­ire! Huk wszyst­kich petard u świę­tego Jana, wystrzał dwu­dzie­stu kul, pęk­nię­cie kamie­nia w wieży de Billy, w cza­sie oblę­że­nia 29 wrze­śnia 1465 r., który zabił sied­miu Bur­gund­czy­ków od razu, eks­plo­zja pro­chu zamknię­tego w Tem­ple, mniej by mu słuch naru­szyły w tej chwili uro­czy­sto­ści dra­ma­tycz­nej, niż te wyrazy odźwier­nego: "Jego emi­nen­cja kar­dy­nał de Bour­bon".

Piotr Grin­to­ire ani się lękał kar­dy­nała, ani go lek­ce­wa­żył. Nie był sła­bym, ani tak zuchwa­łym. Praw­dziwy kato­lik, jakby powie­dziano dzi­siaj, Grin­to­ire miał ducha moc­nego, wznio­słego, umie­ją­cego śro­dek zacho­wać (stare in dimi­dio rerum), który godzi filo­zo­fię z potrzebą i wszystko znieść umie. Nie­osza­co­wany skarb podobny umysł, który jakby za pomocą kłębka Ariadny umie się wyco­fać z labi­ryntu namięt­no­ści ludz­kich. Zawsze go można napo­tkać, wszę­dzie tym samym, to jest według czasu i potrzeby. Nie licząc Pio­tra Grin­to­ire'a, który był godny repre­zen­to­wać podobne umy­sły w pięt­na­stym wieku, podobny duch zapewne oży­wiał ojca de Breul, kiedy pisał w szes­na­stym wieku słowa godne każ­dego czasu: "Jestem pary­ża­ni­nem z rodu i z mowy, bo par­r­hi­sia z grec­kiego zna­czy wol­ność mówie­nia, któ­rej ja uży­wa­łem w mowach do kar­dy­na­łów, wuja i brata księ­cia de Conty, ile­kroć mogłem nie obra­zić nikogo".

Widoczne więc, że ani bojaźń kar­dy­nała, ani jego nie­na­wiść nie zro­biła nie­przy­jem­nego wra­że­nia na Pio­trze Grin­to­irze. Prze­ciw­nie, nasz poeta zanadto miał zdro­wego roz­sądku i suk­nię zanadto poła­taną, aby nie przy­wią­zy­wał war­to­ści, żeby jego pro­log, a mia­no­wi­cie wysła­wie­nie del­fina, syna lwa Fran­cji nie było wysłu­chane przez jego emi­nen­cję. Lecz nie zawsze inte­res prze­maga w szla­chet­nych skłon­no­ściach poetów. My sądzimy, że całość poety można wyobra­zić przez dzie­sięć; zro­biw­szy roz­biór che­miczny tej liczby, jak mówi Rabe­lais, znaj­dzie się jedna część inte­resu, a dzie­więć miło­ści wła­snej. Prócz tego, w chwili gdy drzwi otwarto dla kar­dy­nała, dzie­więć czę­ści miło­ści wła­snej poety Grin­to­ire'a tak nagle wzro­sły, że czą­steczka dzie­siąta pozo­stała nie­wi­dzialną, a nawet roz­pierz­chła się zupeł­nie. Grin­to­ire pra­gnął widzieć, jak publicz­ność czuje, widzi, dotyka jego dzieło, a cho­ciaż to publicz­ność Bóg wie jaka, mniej­sza o to. Sądzimy, że uwiel­biał swoją pracę i na prze­kór La Fon­ta­inowi, który na przed­sta­wie­niu Flo­ren­tyny zapy­tał: czyja to rap­so­dia? gotów był zagad­nąć sąsiada: czyje to arcy­dzieło? Z tego wnieść można, jakie na poecie zro­biło wra­że­nie przy­by­cie kar­dy­nała.

Czego się było lękać potrzeba, ziściło się. Wej­ście jego emi­nen­cji pomie­szało słu­cha­czy. Wszyst­kie głowy zwró­ciły się ku wznie­sie­niu. Kar­dy­nał! Kar­dy­nał! - wszyst­kie powta­rzały usta i nie­szczę­śliwy pro­log drugi raz był prze­rwany.

Kar­dy­nał zatrzy­mał się przez chwilę na progu wznie­sie­nia. Kiedy wiódł wzro­kiem po słu­cha­czach, pomie­sza­nie wzra­stało. Każdy chciał lepiej go widzieć, każdy pra­gnął wznieść głowę nad innych.

Była to zaiste ważna osoba i widok jej wart kome­dii. Karol, kar­dy­nał de Bour­bon, arcy­bi­skup i hra­bia lioń­ski, pry­mas Galii, był spo­krew­niony z Ludwi­kiem XI przez brata, Pio­tra, posia­da­cza de Beau­jeu, który zaślu­bił star­szą córkę kró­lew­ską, i powi­no­wa­tym Karola Lek­ko­myśl­nego (Teme­ra­ire) z matki, Agnieszki Bur­gundz­kiej.

Naj­wy­dat­niej­szym cha­rak­te­rem pry­masa Galii był duch dwor­ski i posza­no­wa­nie wła­dzy. Można z tego wno­sić, ile mu przy­kro­ści spra­wiało to podwójne pokre­wień­stwo i ile sta­wiało nie­bez­piecz­nych skał, pomię­dzy któ­rymi musiał kie­ro­wać łódź swo­jego inte­resu, aby nie trą­cić ani Ludwika, ani Karola, aby ujść Scylli i Cha­ryb­dzie, które pochło­nęły księ­cia de Nemo­urs i kone­ta­bla de Saint-Pol. Dzięki opatrz­no­ści tak uni­kał jed­nej i dru­giej, że bez szwanku przy­był do Rzymu. Ale jak­kol­wiek był już u portu, a nawet i w por­cie, ni­gdy spo­koj­nie nie mógł sobie wspo­mnieć przy­gód życia poli­tycz­nego, tak kło­po­tli­wego i nie­bez­piecz­nego nie­gdyś. Dla­tego zwykł był mawiać, że rok 1476 był dla niego czar­nym i bia­łym, co miało zna­czyć, że w tym roku stra­cił matkę, księż­niczkę z domu Bour­bon i krew­nego, księ­cia bur­gundz­kiego, i że żałobą pocie­szył się po żało­bie.

Zresztą był to dobry czło­wiek - wiódł życie wesołe jak kar­dy­nał, bawił się dobrze, nie nie­na­wi­dził nikogo i dawał jał­mużny, chęt­niej mło­dym niż sta­rym, za co Paryż bar­dzo go lubił. Ile­kroć wycho­dził, był oto­czony dwo­rem bisku­pów i opa­tów stroj­nych, grzecz­nych i jak on sam uprzej­mych; wie­czo­rem można było sły­szeć przed jego pała­cem wesołe głosy, te same, które śpie­wały rano psalmy.

Zapewne temu postę­po­wa­niu przy­pi­sać należy, że przy wej­ściu nie powi­tał go jaki uci­nek ze strony ludu, nie­cier­pli­wią­cego się i uspo­so­bio­nego do nie­usza­no­wa­nia. Przy tym pary­ża­nie nie są zawzięci i, kiedy popiesz­czą się wła­dzą, sami ją potem oddają.

Kar­dy­nał de Bour­bon był pięk­nym męż­czy­zną, miał na sobie piękną czer­woną suk­nię, dobrze leżącą - i tym spo­so­bem połowa słu­cha­czy już była za nim. Nawet byłoby nie­grzecz­nie syczeć na kar­dy­nała, który jest przy­stoj­nym i który piękną ma suk­nię czer­woną.

Wszedł­szy, powi­tał obec­nych uśmie­chem, który odzie­dzi­czył po przod­kach, a który tak się podoba ludowi; wolno postą­pił do krze­sła czer­wo­nym obi­tego aksa­mi­tem i usiadł, myśląc zupeł­nie o czym innym a nie o sztuce. Jego orszak, zło­żony z bisku­pów i opa­tów, wszedł za nim, powięk­sza­jąc zamie­sza­nie i cie­ka­wość pomię­dzy słu­cha­czami. W orszaku tym byli: biskup Mar­sy­lii Alau­det, opat z St. Denis, Robert Lespi­nasse, opat z St. Ger­main des-Prés, brat kochanki Ludwika XI.

Po wej­ściu ich roz­legł się gło­śny śmiech. Bo to dzień uro­czy­sto­ści ulicz­ni­ków, bła­znów, ludu; jed­nym sło­wem satur­na­lia, w które wszystko wolno i wszystko ucho­dzi. W tłu­mie słu­cha­czy były i kobiety znane z mniej porząd­nego życia, np. Szy­mona Quatre­li­vres, Agnieszka Gadine, Robina Pie­de­bou i inne. W takiej mie­sza­ni­nie ludu wszyst­kiego się można spo­dzie­wać, i Ludwik Święty nie bar­dzo byłby kon­tent, że w jego Pałacu Spra­wie­dli­wo­ści podobne odby­wają się sceny.

Przy­to­czyć roz­mów i ich szcze­gó­łów nie możemy, bo one nikły w ogól­nym hała­sie, a cho­ciaż wolne słowa wów­czas były w modzie, powta­rzać je nie uwa­żamy za sto­sowne.

Kar­dy­nał, cho­ciaż lubił weso­łość, był smutny, bo widać pie­kiel­nie mu cią­żyła amba­sada fla­mandzka.

Nie dla­tego, aby był głę­bo­kim poli­ty­kiem i aby obli­czał następ­stwa z oże­nie­nia swego kuzyna z Mał­go­rzatą Bur­gundzką, żeby go obcho­dziło, jak długo potrwa pozorna zgoda Fran­cji z arcy­księ­ciem austriac­kim, lub jak król angiel­ski przyj­mie pogardę swej córki, lecz innego wcale rodzaju miał nie­przy­jem­ność. Powie­dzie­li­śmy na wstę­pie, że ów Karol de Bour­bon, kar­dy­nał, arcy­bi­skup, pry­mas Galii musiał przyj­mo­wać amba­sadę fla­mandzką, zło­żoną z ludzi nie­okrze­sa­nych, lubią­cych piwo i fajki, a musiał ich przyj­mo­wać publicz­nie. Była to zapewne przy­krość, a musiał ją pod­jąć dla króla.

Kiedy odźwierny dono­śnym zawo­łał gło­sem: "Pano­wie, posły arcy­księ­cia austriac­kiego", obró­cił się ku drzwiom jak tylko mógł naj­wdzięcz­niej, a zby­teczne mówić, że cała sala to samo uczy­niła.

Weszli po dwóch z powagą, która szcze­gólną two­rzyła sprzecz­ność z weso­łym orsza­kiem Karola de Bour­bon; byli w licz­bie czter­dzie­stu ośmiu posłów Mak­sy­mi­liana Austriac­kiego, a na ich czele czci­godny ojciec w Bogu, Jehan, opat z St. Ber­tin, kanc­lerz zło­tego runa i Jakób de Goy, pan Dauby, pre­zy­dent z Gand. W zgro­ma­dze­niu zro­biło się wiel­kie mil­cze­nie, prze­ry­wane stłu­mio­nymi śmie­chami, ile­kroć odźwierny wyrzu­cał ze swo­ich ust imiona, nazwi­ska i tytuły każ­dego z posłów, po przy­zwo­itym ich ska­le­cze­niu. W izbie posłów byli: Loys Roelof, zawia­du­jący poli­cją w Louvain, Clays, Etu­elde, taki sam z Bruk­seli, Paweł de Baeust, Voir­mi­zelle, pre­zy­dent Flan­drii, Jehan Cole­ghens, bur­mistrz z Antwer­pii, Jerzy Moere, zawia­du­jący poli­cją z Gand, Ghel­dolf van der Hage, Bier­bo­cque, Jehan Pin­nock, Jehan Dyma­erzelle itd., pre­zy­denci, bur­mistrze, poli­cjanci, wszy­scy nie­zgrabni, ubrani w aksa­mity i ada­maszki, dobre fla­mandz­kie głowy, pocho­dzące z tej rodziny, któ­rej głowy Rem­brandt na ciem­nym tle malo­wał, wszy­scy mający wypi­sane to na czole, co Mak­sy­mi­lian w swoim mani­fe­ście wyra­żał, że się "powie­rza ich doświad­cze­niu, wier­no­ści, przy­chyl­no­ści i zna­jo­mo­ści ludzi".

Jeden z nich był nie­ja­kim wyjąt­kiem. Była to twarz szczu­pła, prze­ni­kliwa, prze­bie­gła, przed którą kar­dy­nał zro­bił trzy niskie ukłony; poseł ten nazy­wał się Wil­helm Rym, radca i pen­sy­onarz mia­sta Gand.

Dwie tylko osoby wie­działy, kim jest Wil­helm Rym. Rzadki geniusz, który w cza­sie zabu­rzeń wypły­nął na wierzch wypad­ków; lecz w pięt­na­stym wieku, skut­kiem pie­kiel­nych intryg, był zmu­szony "osiąść na bło­tach", jak mówi ksiądz de St. Simon. Zresztą był wysoko ceniony przez Ludwika XI, z któ­rym nie­raz radził i któ­rego taj­nym zara­dzał potrze­bom. Wszystko to, co zmu­szało kar­dy­nała do nad­zwy­czaj­nej grzecz­no­ści, było obcym dla ludu.

IV. Pan Jakób Coppenole

IV

Pan Jakób Cop­pe­nole

Kiedy pen­sy­onarz z Grand i jego emi­nen­cja nisko się wza­jem kła­niali i cichą pro­wa­dzili roz­mowę, wysoki męż­czy­zna, sze­ro­kiej twa­rzy, wyso­kich ramion, sta­nął przy Wil­hel­mie Rymie, rzekł­byś, że bul­dog przy lisie. Jego dwu­rożny pil­śniowy kape­lusz i kami­zelka skó­rzana dziko odbi­jały pomię­dzy aksa­mi­tami. Sądząc, że to jaki masz­ta­lerz, odźwierny go zatrzy­mał.

- Hola! Stój, nie wolno, przy­ja­cielu.

Męż­czy­zna w kami­zelce skó­rza­nej ode­pchnął go ramie­niem.

- Co chce ode mnie ten głu­piec?! - zawo­łał tak gło­śno, że całej sali na sie­bie zwró­cił uwagę. Czy nie widzisz, kto jestem?

- Jak się pan nazy­wasz? - zapy­tał odźwierny.

- Jakób Cop­pe­nole.

- Pań­ski sto­pień?

- Jestem szewc, pod zna­kiem Trzech Łań­cu­chów w Gand.

Odźwierny cof­nął się - ogła­szać bur­mi­strzów, poli­cjan­tów, to jako tako, ale szewca, to trudno. Kar­dy­nał sie­dział jakby na szpil­kach - lud słu­chał i patrzył - od dwóch dni jego emi­nen­cja obra­biał tych niedź­wie­dzi fla­mandz­kich, żeby ich prze­cież na jaw poka­zać, a oto masz!... Wil­helm Rym z fał­szy­wym uśmie­chem zbli­żył się do odźwier­nego.

- Ogłoś pana Jakóba Cop­pe­nole'a, oby­wa­tela mia­sta Gand - szep­nął mu cicho.

- Odźwierny - zawo­łał gło­śno kar­dy­nał - ogłoś pana Jakóba Cop­pe­nole'a, oby­wa­tela mia­sta Gand.

- By­naj­mniej! - zawo­łał gło­sem pio­ru­nu­ją­cym Jakób Cop­pe­nole - szewc - ani mniej, ani wię­cej. Na Boga, alboż to co złego?... Sam arcy­książę nie­raz u mnie kupo­wał trze­wiki.

Śmie­chy i okla­ski razem się ozwały. Dow­cip zawsze zro­zu­mieją w Paryżu i poklask mu odda­dzą. Dodajmy, że Cop­pe­nole był z gminu i gmin go wkoło ota­czał; zatem poro­zu­mie­nie się snadne i nie­dłu­gie. Dumna postawa szewca fla­mandz­kiego, upo­ka­rza­jąc ludzi dwor­skich, obu­dziła we wszyst­kich duszach ple­be­ju­szów uczu­cie god­no­ści, cho­ciaż nie­zde­ter­mi­no­wane w pięt­na­stym wieku. Przy­jem­nym było dla nich widzieć w szewcu czło­wieka, dla nich, któ­rzy z usza­no­wa­niem patrzyli na sier­żan­tów i poli­cję.

Cop­pe­nole z dumą powi­tał jego emi­nen­cję, który grzecz­nie się skło­nił. Następ­nie, kiedy Wil­helm Rym, "czło­wiek rozumny i poczciwy", jak mówi Filip de Comi­nes, patrzył na nich z uśmie­chem szy­der­stwa i wyż­szo­ści, każdy zajął swe miej­sce, kar­dy­nał nie­ukon­ten­to­wany i zgryź­liwy, Cop­pe­nole spo­kojny i nadęty, myślący zapewne, że jego tytuł szewca tyle wart co inny i że Maria Bur­gundzka, matka tej Mał­go­rzaty, którą dziś miał del­fin zaślu­biać, wię­cej jego ani­żeli kar­dy­nała się lęka, bo nie kar­dy­nał pod­bu­rzył oby­wa­teli Gand prze­ciwko ulu­bień­com córki Karola Lek­ko­myśl­nego, że nie kar­dy­nał natchnął odwagą lud, kiedy panna Fla­mandzka przy­szła go pro­sić pod rusz­to­wa­niem i że on za jed­nym pod­nie­sie­niem ręki strą­cił głowy dwóch zna­ko­mi­tych panów: Guya d'Hym­be­ro­ourt i Wil­helma Hugo­neta.

Nie tu był koniec trosk dla bied­nego kar­dy­nała; kie­lich gory­czy musiał speł­nić aż do dna.

Zapewne czy­tel­nik nie zapo­mniał śmia­łego żebraka, który w cza­sie pro­logu pod­czoł­gał się aż pod samo kar­dy­nal­skie wznie­sie­nie; przy­by­cie zna­ko­mi­tych gości zupeł­nie go nie zmie­szało i kiedy pra­łaci oraz amba­sa­do­ro­wie zasie­dli w ław­kach, on sobie swo­bod­nie na krzyż nogi zało­żył. Zuchwal­stwo to nie­prak­ty­ko­wane niczy­jej nie zwró­ciło uwagi, albo­wiem gdzie indziej ona była skie­ro­wana. Żebrak ze swo­jej strony, jakby nikogo w sali nie było, kiwał głową z neapo­li­tań­skim lek­ce­wa­że­niem, powta­rza­jąc nie­kiedy machi­nal­nie: lito­ści! lito­ści! Zaiste, on może jeden w całym zgro­ma­dze­niu nie wie­dział o zaj­ściu odźwier­nego z Cop­pe­nole'em. Nie dosyć na tym, przy­pa­dek mieć chciał, że szewc z Grand, z któ­rym lud tak żywo sym­pa­ty­zo­wał i na któ­rego wszyst­kich się oczy zwró­ciły, zasiadł w pierw­szym rzę­dzie wznie­sie­nia, nad samym żebra­kiem i że po przy­ja­ciel­sku trą­cił go po ramie­niu, okry­tym łach­ma­nami. Żebrak odwró­cił się, zadzi­wił, twarz jego przy­brała wyraz wyla­nia i zado­wo­le­nia; następ­nie, nie zwa­ża­jąc na widzów, szewc i żebrak zaczęli z sobą cicho roz­ma­wiać, trzy­ma­jąc się za ręce.

Nie­zwy­czajna ta scena tak oży­wiła całą salę, że kar­dy­nał nie mógł jej nie dostrzec; prze­chy­liw­szy się wpół, a nie mogąc z miej­sca gdzie sie­dział nic dostrzec, spo­strzegł tylko brudną czapkę żebraka Tro­uille-fou, wyobra­ził sobie natu­ral­nie, że żebrak żądał jał­mużny i obu­rzony jego śmia­ło­ścią zawo­łał:

- Panie rządco pałacu, wyrzuć tego hul­taja!

- Na Boga! Świą­to­bliwy kar­dy­nale - zawo­łał Cop­pe­nole, nie pusz­cza­jąc ręki Clo­pina - to jest mój przy­ja­ciel.

- Brawo! Brawo! - wołał lud.

Od tego czasu pan Cop­pe­nole w Paryżu, rów­nie jak w Gand miał wielki kre­dyt u ludu, jak mówi Filip Com­mi­nes.

Kar­dy­nał przy­gryzł usta, prze­chy­lił się ku bli­sko sie­dzą­cemu opa­towi od świę­tej Geno­wefy i rzekł pół­gło­sem:

- Szcze­gól­nych amba­sa­do­rów przy­syła nam arcy­książę dla zapo­wie­dze­nia pani Mał­go­rzaty.

- Wasza emi­nen­cja - rzekł opat - przy tych Fla­mand­czy­kach utraci swój pobór Mar­ga­ri­tas ante por­cos.

- Powiedz raczej - odpo­wie­dział kar­dy­nał z uśmie­chem - Por­cos ante Mar­ga­ri­tam.

Cały dwór podzi­wiał tę grę wyra­zów - kar­dy­na­łowi lżej się nieco zro­biło, bo i on rów­nie jak Cop­pe­nole oklask otrzy­mał.

Teraz nie­chaj ci z czy­tel­ni­ków, któ­rzy mają talent przy­swo­je­nia sobie obra­zów, pozwolą się zapy­tać, czy wyobra­żają sobie wido­wi­sko, jakie przed­sta­wiał rów­no­le­gło­bok wiel­kiej sali w pałacu? W środku przy­ty­ka­jąca do ściany zachod­niej try­buna, albo wznie­sie­nie, do któ­rej weszli uro­czy­ście dygni­ta­rze, wprzód obja­wieni przez odźwier­nego. Na pierw­szych ław­kach wiele zasia­dło figur przy­bra­nych w szkar­łat i aksa­mit. Wokoło wznie­sie­nia, które pozo­staje ciche i mil­czące, wprost, z tyłu, niżej - tłum i szmer. Tysiące spoj­rzeń ludu na każdą twarz wznie­sie­nia, tysiące szy­der­czych śmie­chów na każde nazwi­sko. Zaiste widok bar­dzo cie­kawy i godny uwagi widzów. Cóż to za rusz­to­wa­nie tam dalej o czte­rech nogach na wierz­chu i czte­rech pod spodem? Cóż to za czło­wiek przy tym rusz­to­wa­niu w sukni czar­nej i z bladą twa­rzą? Nie­stety! Ten czło­wiek, to Piotr Grin­to­ire! Ta szopa to pro­log.

Wszystko zapo­mnie­li­śmy, a on tego naj­bar­dziej się lękał.

Od chwili, kiedy kar­dy­nał wszedł, Grin­to­ire rzu­cał się na wszyst­kie strony, aby go powi­tać pro­lo­giem. Naprzód prze­szedł do akto­rów, napo­mi­nał ich, aby gło­śniej mówili, udzie­lał instruk­cji i ukła­dał figury; następ­nie, widząc, że nikt nie słu­cha, zatrzy­mał ich, kazał gry zaprze­stać i tupał nogą, dając znak mil­cze­nia; w końcu udał się do panien Gisqu­etty i Lie­nardy, aby nama­wiały swo­ich sąsia­dów do wywo­ła­nia na nowo pro­logu. Wszystko na próżno. Nic nie potra­fiło poru­szyć ani kar­dy­nała, ani amba­sady, ani try­buny, jedy­nego punktu, w który wszyst­kie skie­ro­wały się oczy. Mówiąc szcze­rze, a przy­krym to dla nas, pro­log zaczął nieco nudzić publicz­ność. Mimo to w try­bu­nie, jak rów­nie na stole mar­mu­ro­wym, ten sam był widok: Rol­nic­two i Ducho­wień­stwo, Szla­chet­ność i Han­del; wielu zaś wolało na nie patrzeć w natu­rze, tak w amba­sa­dzie fla­mandz­kiej, jak we dwo­rze bisku­pim, tak pod suk­nią kar­dy­nała jak i zacnego Cop­pe­nole'a, niż na figury napu­szone, nie­na­tu­ralne, mówiące wier­szem: jed­nym sło­wem na takie, jakimi je uczy­nił Grin­to­ire.

Jed­nak gdy nasz poeta widział nieco przy­wró­coną spo­koj­ność, użył wybiegu.

- Panie - rze­cze, zwra­ca­jąc się do jed­nego ze swo­ich sąsia­dów - sza­nowny panie, czy można zacząć?

- Co takiego? - rzekł sąsiad.

- Pro­log - mówił Grin­to­ire.

- Jak się panu podoba - odparł zapy­tany.

To wpół­ze­zwo­le­nie dosta­teczne było dla Pio­tra Grin­to­ire'a, który losu swego nie chcąc komu obcemu powie­rzać, zmie­szał się z tłu­mem i zaczął wołać na całe gar­dło: Pro­log! Pro­log, na nowo!

- Co tam u dia­bła! - mówił Jan de Molen­dino - Czego oni tak krzy­czą? (Grin­to­ire krzy­czał za czte­rech) Kole­dzy, czy dyalog nie skoń­czony? Co oni chcą zaczy­nać na nowo?

- Nie, nie - zawo­łali ulicz­nicy - precz z dyalo­giem, precz!

Grin­to­ire nic na to nie zwa­żał i krzy­czał coraz moc­niej: Zaczy­nać na nowo! Zaczy­nać na nowo!

Krzyki zwró­ciły uwagę kar­dy­nała.

- Panie rządco pałacu - rze­cze do męż­czy­zny czar­nego, który o kilka kro­ków od niego sie­dział - czy ci sza­leńcy powa­rio­wali?

Rządca pałacu był to rodzaj urzęd­nika amfi­bii, rodzaj nie­to­pe­rza, pół-myszy, pół-ptaka, pół-sędzia i pół-żoł­nierz.

Zbli­żył się do jego emi­nen­cji i, nie lęka­jąc się gniewu, wytłu­ma­czył wzbu­rze­nie ludu, mówiąc, że połu­dnie przy­szło przed jego emi­nen­cją przy­było i że akto­rzy byli przy­mu­szeni zacząć bez kar­dy­nal­skiej mości.

Kar­dy­nał roze­śmiał się na głos.

- Na honor! I rek­tor uni­wer­sy­tetu mógł to samo uczy­nić; cóż o tym mówisz, panie Wil­hel­mie Rym?

- Cieszmy się - odpo­wie­dział Rym - żeśmy połowy kome­dii unik­nęli; to zawsze korzyść.

- Czy ci hul­taje mogą grać dalej? - zapy­tał rządca.

- Niech sobie grają albo nie grają, wszystko mi jedno; ja tym­cza­sem wolę mój bre­wiarz.

Rządca pałacu postą­pił na brzeg try­buny i daw­szy znak ręką, aby się uci­szono, zawo­łał:

- Miesz­cza­nie i gbury, aby zado­wo­lić i tych, któ­rzy chcą początku i tych, któ­rzy chcą końca, jego emi­nen­cja kar­dy­nał każe grać dalej!

Trzeba się było pod­dać losowi, jed­nak autor i nie­któ­rzy z publicz­no­ści dziko spoj­rzeli na kar­dy­nała.

Osoby będące na sce­nie przy­brały dawne postawy i Grin­to­ire myślał, że przy­naj­mniej resztę dyalogu wysłu­cha publicz­ność. Nadzieja ta, rów­nie jak inne złu­dze­nia, zawio­dła; bo cho­ciaż mil­cze­nie powró­ciło na chwilę, przy­by­cie nowych dygni­ta­rzy zajęło powszechną uwagę, a ich imiona, dobit­nie wygła­szane przez odźwier­nego, mie­szały się ze śred­niów­kami i rymami autora, na przy­kład:

- Pan Jakób Char­mo­lue, pro­ku­ra­tor kró­lew­ski w wydziale duchow­nym.

- Jehan de Har­lay, koniu­szy i utrzy­mu­jący straż nocną Paryża.

- Pan Galiot Geno­il­hac, kawa­ler, mistrz arty­le­rii kró­lew­skiej.

- Pan Dreux Ragnier, inspek­tor wód i lasów kró­lew­skich.

- Pan Ludwik de Gra­ville, radca i szam­be­lan kró­lew­ski, admi­rał Fran­cyi.

- Pan Denis le Mer­cier, inspek­tor domu ociem­nia­łych itd., itd., itd.

Musiało to być nie­zno­śne.

Ten krzyk, który nie pozwa­lał postę­po­wać sztuce, obu­rzał tym bar­dziej Pio­tra Grin­to­ire'a, że pro­log naj­wię­cej był inte­re­su­jący w tym punk­cie.

Cztery osoby pro­logu skar­żyły się, gdy wła­śnie Wenus, która się oso­bi­ście przed­sta­wiła, zażą­dała del­fina dla naj­pięk­niej­szej. Jowisz, któ­rego pio­run dał się sły­szeć w gar­de­ro­bie, popie­rał sprawę Wenery, gdy małe dzie­cię, ubrane w białą suk­nię i mające w ręku sto­krotkę (Mar­gu­eritte), przy­szło się spie­rać z Wenerą. Po przy­wie­dzio­nej kłótni, Wenus i Mał­go­rzata zgo­dziły się na sąd Naj­święt­szej Panny. Oprócz tych osób, był tam także Don Pedro, król Mezo­po­ta­mii; lecz w tylu prze­rwach trudno było zro­zu­mieć, po co się wmie­szał.

Wszystko daremne, żad­nej pięk­no­ści nie zro­zu­miano, ani pojęto. Przy wej­ściu kar­dy­nała, rzec można, że nie­wi­dzialna siła prze­cią­gnęła wszyst­kie spoj­rze­nia ze stołu na try­bunę, z połu­dnio­wego końca sali na zachod­nią. Nic nie mogło ocza­ro­wać słu­cha­czy, wszyst­kich oczy tam były zwró­cone i twa­rze nowo­przy­by­łych, i ich prze­klęte nazwi­ska, i ich ubiory były przed­mio­tem cią­głej cie­ka­wo­ści. Ach! To okrop­ność, to roz­pacz. Oprócz Gisqu­etty i Lie­nardy, które wciąż się zwra­cały ku sce­nie, ile­kroć Gin­to­ire pocią­gał je za rękawy, wyjąw­szy ich oty­łego sąsiada - nikt nie słu­chał, nikt nie chciał patrzeć na nie­szczę­śliwy dyalog.

Z jakąż gory­czą patrzył na walący się po kawałku budy­nek sławy i poezji! Wspo­mnieć o tym, że lud chciał wie­szać sier­żan­tów za opóź­nie­nie dyalogu, a potem oczy od niego odwró­cił, to aż złość bie­rze. Otóż to przy­pływ i odpływ humoru i łask ludu.

Nie­grzeczne mono­logi odźwier­nego ustały i można było mieć nadzieję, że spo­koj­ność potrwa, a nawet sam Grin­to­ire ode­tchnął, licząc, że sam dyalog żad­nej nie dozna prze­szkody; gdy oto pan szewc Cop­pe­nole nagle powstaje i tę obrzy­dliwą ma mowę:

- Pano­wie miesz­cza­nie i koł­tuny pary­scy, dia­bli wie­dzą, co tu będziemy robili. Widzę, że ci hul­taje w szo­pie nie­długo bić się będą. Nie wiem, co wy nazy­wa­cie dyalo­giem, ale dali­bóg to dia­blo nudne; od kwa­dransa cze­kam, rychło który kozła wywróci, ani się dopa­trzyć! Patrzeć na naszych kugla­rzy w Rot­ter­da­mie, a - to wcale co innego!... Gdyby przy­naj­mniej jaki cygań­ski poka­zali taniec, a tu tylko gadają i gadają. W Gand na uro­czy­sto­ści bła­znów bawimy się jak należy i otóż opo­wiem, jak to idzie. Gro­ma­dzi się kupa ludzi, jak tutaj, póź­niej każdy z kolei wyściu­bia łeb i wykrzy­wia się na wszyst­kich; ten, który się naj­okrop­niej wykrzywi, zostaje naczel­ni­kiem albo głową bła­znów. Otóż to tak, to zabawne. Czy chce­cie, pano­wie, na nasz spo­sób obrać sobie głowę bła­znów? Zarę­czam wam, to daleko lepiej, niż słu­chać tych bredni. I cóż wy na to, pano­wie miesz­cza­nie? Widzę tutaj wiele prze­ślicz­nych do wykrzy­wiania twa­rzy­czek - i nasze fla­mandz­kie nie będą ostat­nimi.

Grin­to­ire chciał odpo­wie­dzieć, lecz osłu­pie­nie, gniew i obu­rze­nie odjęły mu wła­dzę mowy. Zresztą pro­jekt szewca był przez miesz­czan z takim zapa­łem przy­jęty, może dla­tego, że ich koł­tu­nami nazwał, że wszelki opór był daremny. Trzeba było ulec prze­mocy. Grin­to­ire zakrył twarz rękami, nie mając płasz­cza.

V. Quasimodo

V

Quasi­modo

W mgnie­niu oka wszystko było gotowe do wyko­na­nia myśli Cop­pe­nole'a. Miesz­cza­nie, stu­denci, żebracy, wszy­scy się jęli do dzieła. Mały budy­nek, poło­żony wprost mar­mu­ro­wego stołu, był wybrany na teatr wykrzy­wiań. Stłu­czona szyba w roze­cie nad drzwiami miała słu­żyć do wyty­ka­nia głów na publicz­ność. Żeby się tam dostać, posta­wiono dwie beczki jedna na dru­giej, Bóg wie skąd wywle­czone, i miano po nich się czoł­gać. Według ustawy każdy kan­dy­dat, kobieta lub męż­czy­zna, bo nawet płeć żeń­ska mogła zostać głową bła­znów, nawet i słusz­nie, miał sobie przy­kry­wać twarz i być ukry­tym w kaplicy, aż do chwili uka­za­nia się. W jed­nej minu­cie kaplica była pełna współ­za­wod­ni­ków i zamknęła się przed natręt­nymi.

Cop­pe­nole ze swego miej­sca wszyst­kim zarzą­dzał, wszyst­kim dawał roz­kazy. W cza­sie roz­ru­chu przy­go­to­wań kar­dy­nał, rów­nie jak Grin­to­ire nie­ukon­ten­to­wany, pod pozo­rem nie­szpo­rów wyniósł się z całym swoim orsza­kiem, a gmin, tak baczny na jego przy­by­cie, by­naj­mniej tego nie zauwa­żył. Wil­helm Rym sam tylko spo­strzegł odwrót jego emi­nen­cji. Uwaga ludu rów­nie jak słońce prze­nosi się z miej­sca na miej­sce; naj­przód utkwiona w jed­nym rogu sali, zatrzy­mała się w środku - i teraz jest na dru­gim krańcu. Stół mar­mu­rowy, try­buna - miały swoją porę, a teraz przy­szedł czas na kaplicę Ludwika XI. Otwarto pole dla wszyst­kich sza­leństw, bo zostali tylko Fla­mand­czycy i gmin.

Zaczęto wykrzy­wia­nia. Pierw­sza figura, jaka się uka­zała, miała powieki wywró­cone, gębę otwartą i wykrę­coną jak mordę, czoło tak zmarsz­czone jak buty huzar­skie z cza­sów cesar­stwa; śmiech z niej powstał tak trudny do powścią­gnię­cia, że Homer byłby go god­nym uznał Iliady. Prze­cież wielka sala była także Olim­pem, a Jowisz i Grin­to­ire musieli to wie­dzieć naj­le­piej. Nastą­piło dru­gie i trze­cie wykrzy­wie­nie, następ­nie czwarte i piąte, a za nimi śmie­chy i okla­ski. Było coś w tym wido­wi­sku tak nad­zwy­czaj­nego, tak upa­ja­ją­cego, że czy­tel­ni­kom naszym tego wyja­śnić nie możemy. Pro­simy tylko wyobra­zić sobie sze­reg twa­rzy przed­sta­wia­jący wszyst­kie geo­me­tryczne figury, od trój­kąta aż do tra­pezu, od ostro­słupa aż do wie­lo­ścianu, wszyst­kie wyrazy twa­rzy, wszyst­kie wieki, od zmarsz­czek nowo naro­dzo­nego, aż do kar­bów umie­ra­ją­cego; wszyst­kie fan­ta­sma­go­rie reli­gijne od Fauna aż do Bel­ze­buba; wszyst­kie zwie­rzęce pro­file, od mordy aż do dzioba, od twa­rzy aż do pyska. Pro­simy wyobra­zić sobie wszyst­kie potwory, wszyst­kie stra­szy­dła, wszyst­kie maski kar­na­wału wenec­kiego, zgoła cały kalej­do­skop fizjo­no­mii ludz­kich.

Zabawa sta­wała się coraz wię­cej fla­mandzka; Teniers zale­d­wie podobny dałby jej obraz. Wszystko się pomie­szało bez ładu, wszystko znik­nęło w tłu­mie; nie widać ani uczniów, ani posłów, ani miesz­czan, ani kobiet; gdzież się podzieli Clo­pin Tro­uille-fou, Idzi Lecornu, Maria Quatre­li­vres, Robin Pous­se­pain? Jed­nym wyra­zem - wszystko zlało się w jedno. Wielka sala zmie­niła się w piec dow­cipu i głup­stwa, gdzie każde usta krzy­czały, każde oczy iskrzyły się, każda twarz wykrzy­wiała, a wszystko wrzesz­czało i wyło. Twa­rze, które kolejno uka­zy­wały się w roze­cie, były jak pochod­nie rzu­cone w ogni­sko, a cały tłum krzy­kiem nie­zgod­nym zagłu­szał sam sie­bie.

- Ha! Ha! Ha!

- Patrz, patrz, patrz.

- Źle, źle, nic nie warto.

- Pusz­czaj dru­giego.

- Wil­hel­mino Mau­ge­re­puis, patrz na ten łeb byczy, tylko mu rogów bra­kuje, czy to nie twój mąż cza­sem?

- Otóż drugi!

- Do jasnych pio­ru­nów! A to co zna­czy?

- Hola! Hola! To oszu­kań­stwo, to wcale nie twarz.

- Ha! Ha! Ha! Pociesz­nie.

- Udu­szę się ze śmie­chu.

- Otóż temu uszy przez dziurę przejść nie mogą, itd., itd., itd.

Naszemu przy­ja­cie­lowi Jeha­nowi musimy oddać słusz­ność. Wpo­śród tych satur­na­liów widzieć go było można wciąż sie­dzą­cego na kolum­nie, jak mech na dębie. Gęba jego, usta­wicz­nie otwarta, wyda­wała tony, które swoją wyso­ko­ścią wypły­wały na wierzch morza krzyku.

Co zaś do Pio­tra Grin­to­ire'a, gdy pierw­sza chwila udrę­cze­nia minęła, odzy­skał zwy­kłą cier­pli­wość. Był zahar­to­wany w prze­ciw­no­ściach. - Graj­cie dalej! - krzyk­nął na swo­ich kome­dian­tów, maszyny gada­jące; następ­nie, prze­cho­dząc koło mar­mu­ro­wego stołu, przy­szła mu chęć poka­za­nia się w roze­cie kaplicy, choćby dla­tego, aby się na nie­wdzięczny lud wykrzy­wić. - Lecz to nie­godne poety! - mówił do sie­bie. - Zemsta cechą dusz małych, walczmy do końca; wła­dza poezji nie ma gra­nic i użyć jej muszę. Zoba­czymy, kto zwy­cięży, czy lite­ra­tura, czy wykrzy­wia­nie?... Wielka zagadka!...

Nie­stety! Sam pozo­stał jedy­nym widzem swej sztuki. Wszy­scy odwró­cili się tyłem, tylko poczci­wiec otyły patrzył na scenę, a Gisqu­etta i Lie­narda wynio­sły się dawno.

Grin­to­ire żywo poczuł tę wier­ność swo­jego widza, zbli­żył się do niego i, lekko ści­ska­jąc rękę, rzekł:

- Panie, bar­dzo ci dzię­kuję.

- Za co? - odpo­wie­dział otyły, zie­wa­jąc na całe usta.

- Wiem, co pana gniewa! - mówił poeta. - Ten hałas nie pozwala panu słu­chać dogod­nie. Lecz bądź pan spo­kojny; twoje imię przej­dzie do potom­no­ści. Jak god­ność pań­ska?

- Renauld Château, pie­czę­tarz wię­zie­nia pary­skiego, do usług pań­skich.

- Panie, ty sam w tym miej­scu jesteś muz repre­zen­tan­tem.

- Pan jesteś zanadto grzeczny - odrzekł pie­czę­tarz.

- Pan tylko sam god­nie wysłu­cha­łeś sztuki - odrzekł Grin­to­ire - i jakże ją znaj­du­jesz?

- Ha! Ha! - odpo­wie­dział gruby urzęd­nik, nieco ocu­cony. - Dosyć wesoła.

Grin­to­ire musiał poprze­stać na tej pochwale, albo­wiem grzmot okla­sków, zmie­szany z tysią­cem krzy­ków, prze­rwał roz­mowę. Głowa bła­znów była obrana.

- Wiwat! Wiwat! - wołał lud ze wszyst­kich stron.

W rze­czy samej, cudowne wykrzy­wie­nie uka­zało się w roze­cie. Po wszyst­kich pię­cio­ką­tach, ośmio­ką­tach, wie­lo­ką­tach, które po sobie nastę­po­wały, trzeba było coś nad­zwy­czaj­nego i wła­śnie to się uka­zało. Sam pan Cop­pe­nole przy­kla­snął, a Clo­pin Tro­uille-fou, któ­rego brzyd­kość nie miała porów­na­nia, uznał się poko­na­nym. My uczy­nimy to samo. Spró­bu­jemy dać czy­tel­ni­kom obraz tego nosa zło­żo­nego z trzech trój­ką­tów, tej twa­rzy podob­nej do pod­kowy, tego oka lewego oszań­co­wa­nego rudymi kła­kami, tych zębów nie­rów­nych, wyszczer­bio­nych i tu i ówdzie, jak wały warowni, tych ust sze­ro­kich, na któ­rych jeden, ogromny jak u sło­nia, opie­rał się ząb, całej twa­rzy, na któ­rej złość, cier­pie­nie, smu­tek, udrę­cze­nia były roz­lane. Niech kto, jak mu się podoba, całość z tego utwo­rzy.

Okrzyk był powszechny, wszy­scy pośpie­szyli ku kaplicy. Wypro­wa­dzono z niej głowę bła­znów. Teraz zdzi­wie­nie było nad miarę, bo wykrzy­wie­nie pozo­stało na twa­rzy.

Raczej cała osoba była wykrzy­wie­niem. Wysoka głowa, naje­żona rudymi wło­sami; pomię­dzy dwoma ramio­nami, na przo­dzie i na tyle garb ogromny; sys­tem goleni i nóg tak zor­ga­ni­zo­wany, że tylko w kola­nach scho­dzić się mogły i wyglą­dały jak dwie kosy; sze­ro­kie nogi, ręce ogromne, wszystko nie­kształtne i potworne, jed­nak obja­wia­jące siłę, zwin­ność i zręcz­ność. Szcze­gólny wyją­tek z ogól­nego pra­wi­dła, które wymaga, aby siła, rów­nie jak pięk­ność, z har­mo­nii wypły­wała. Takiego bła­zny wybrali sobie naczel­nika.

Rzekł­byś, że to jest podru­zgo­tany olbrzym.

Kiedy ten rodzaj cyklopa uka­zał się na progu kaplicy, nie­ru­chomy i tak sze­roki jak wysoki, carré par la base, jak pewien wielki czło­wiek powie­dział - z kurtki koloru czer­wo­nego i fio­le­to­wego, z dzwon­kami, nade wszystko ze szka­rad­no­ści, gmin poznał go natych­miast i zawo­łał:

- To Quasi­modo, dzwon­nik, Quasi­modo gar­bus od Panny Marii, Quasi­modo jed­no­oki, Quasi­modo kulas! Vivat! Vivat!

Widzimy, że bie­dak miał nazwi­sko do wyboru.

- Ostroż­nie, cię­żarne panie! - wołali swa­wol­nicy.

- Albo te, które nimi być chcą - dodał Jan.

Kobiety w isto­cie twa­rze zakryły.

- Ach! Małpa - mówiła jedna.

- Rów­nie zła, jak brzydka - dodała druga.

- To dia­beł - zakoń­czyła trze­cia.

- Na nie­szczę­ście miesz­kam pod Panną Marią i czę­sto w nocy sły­szę go cho­dzą­cego.

- Z kotami.

- Na naszych dachach.

- I stra­szy nas w komi­nach.

- Kie­dyś wie­czo­rem zaj­rzał do mnie oknem, takem się zlę­kła!

- Kie­dyś mio­tłę zosta­wił mi pod drzwiami.

- Ach! Jaki szka­radny!

- Ach! Paskudny!

- Bah!

Męż­czyźni, prze­ciw­nie, byli ura­do­wani i pokla­ski­wali; Quasi­modo, przed­miot zaję­cia, stał wciąż we drzwiach kaplicy, ponury, z groź­nym spoj­rze­niem, i pozwa­lał się podzi­wiać.

Jeden z mło­dzieży (sądzę, że Robin Pous­se­pain) roze­śmiał mu się pod nosem i bar­dzo z bli­ska. Quasi­modo wpół go pochwy­cił i rzu­cił na zie­mię, nie mówiąc słowa.

Pan Cop­pe­nole, ucie­szony, zbli­żył się doń.

- Przez Boga ukrzy­żo­wa­nego! - zawo­łał. - W życiu moim nie widzia­łem podob­nej brzyd­ko­ści. War­teś być głową bła­znów tak w Rzy­mie, jak w Paryżu.

To mówiąc, oparł się na jego ramie­niu.

- Jesteś zuch - rze­cze znowu szewc - z któ­rym upić się mam wielką ochotę. I cóż ty na to?

Quasi­modo nic nie odpo­wie­dział.

- Na Boga! - zawo­łał szewc - Czyś głu­chy? - W rze­czy samej był głu­chy.

Quasi­modo znie­cier­pli­wiony poufa­ło­ścią Cop­pe­nole'a, zwró­cił się nagle ku niemu i zgrzyt­nął tak okrop­nie zębami, że olbrzym fla­mandzki cof­nął się jak bul­dog przed kotem.

Wokoło osoby Quasi­moda zro­biło się koło pięt­na­stu kro­ków śred­nicy trwogi i usza­no­wa­nia. Pewna stara kobieta wytłu­ma­czyła Cop­pe­nole'owi, że głowa bła­znów był głu­chy.

- Głu­chy! - powtó­rzył szewc z gło­śnym śmie­chem fla­mandz­kim.

- Na rany Chry­stusa! Dosko­nały naczel­nik bła­znów.

- Ach! Znam cię! - zawo­łał Jan, który zszedł z kolumny, aby się Quasi­mo­dowi lepiej przy­pa­trzeć. - Ach! To dzwon­nik od Naj­święt­szej Panny. Jak się masz, Quasi­modo?

- Ach! To dia­be­lec - mówił Robin Pous­se­pain. - To gar­bus! To kulas. Patrz­cie, jed­no­oki; mów­cie do niego, głu­chy! To szcze­gólne!

- Mówi, kiedy chce - rze­kła stara - ogłuchł od dzwo­nów, ale nie jest niemy.

- Tego by jesz­cze bra­ko­wało - zro­bił uwagę Jehan.

- Ma jedno oko - dodał Robin Pous­se­pain.

- Jed­no­oki jest więk­szym kaleką niż ślepy, bo wie, czego mu bra­kuje.

Żebraki, lokaje, rze­zi­mieszki, połą­czeni z ulicz­ni­kami, zaczęli szu­kać po sza­fach tiary papie­ro­wej, prze­zna­czo­nej dla głowy bła­znów. Quasi­modo pozwo­lił się w nią ubrać z pew­nym rodza­jem dumy - jakaś gorzka i pełna wzgardy radość roz­lała się po twa­rzy cyklopa. Następ­nie pro­ce­sja według zwy­czaju powio­dła go po gale­riach pałacu, a stam­tąd po uli­cach.

VI. Esmeralda

VI

Esme­ralda

Z przy­jem­no­ścią powiemy czy­tel­ni­kom, że w cza­sie całej tej sceny Grin­to­ire i jego sztuka dotrwali placu. Akto­rzy, przy­trzy­my­wani przez niego, musieli koń­czyć kome­dię, a on jej słu­chał. Nie było nadziei zwa­bie­nia już publicz­no­ści, tym pew­niej, że za Quasi­mo­dem cała wyle­gła cze­reda. W mgnie­niu oka sala była pusta.

Prawdę mówiąc, kilku zostało widzów roz­pierzch­nię­tych tu i ówdzie albo zgru­po­wa­nych około kolumn; kobiety, starcy i dzieci wyjść nie zdą­żyli. Kilku stu­den­tów sie­działo w oknach, patrząc na plac.

Wybor­nie - pomy­ślał sobie Grin­to­ire - jest ich tyle, ile potrzeba na wysłu­cha­nie dyalogu. Mało ich, prawda, ale wybrani, wszy­scy ludzie nauki.

Za chwilę muzyka, która miała ode­grać sym­fo­nię, spóź­niła się, albo­wiem arty­ści poszli za głową bła­znów.

- Opu­ścić - rzekł obo­jęt­nie Grin­to­ire.

Zbli­żył się do kilku miesz­czan, któ­rzy zda­wali mu się o dyalogu roz­ma­wiać - otóż co pod­chwy­cił z ich roz­mowy.

- Czy znasz, panie Cha­ne­teau, pałac nawar­ski, nale­żący do księ­cia Nemo­urs?

- Znam; wprost kaplicy Bra­que.

- Otóż ten pałac skarb wyna­jął Wil­hel­mowi Ali­xan­drowi, histo­ry­kowi, za sześć sol­dów pary­skich rocz­nie.

- Jakże miesz­ka­nia dro­żeją!

- Dalej, dalej - mówił do sie­bie Grin­to­ire z wes­tchnie­niem - idźmy słu­chać.

- Kole­dzy! - zawo­łał jeden z mło­dzieży w oknie - Esme­ralda, Esme­ralda na placu.

Wyraz ten cudowne zro­bił wra­że­nie. Wszy­scy, co byli w sali, rzu­cili się do okien, powta­rza­jąc: Esme­ralda! Esme­ralda!

W tej chwili grom okla­sków dał się sły­szeć.

- Co to ma zna­czyć Esme­ralda? - pytał Grin­to­ire, zała­mu­jąc ręce.

- Ach! Mój Boże, teraz widzo­wie w oknach.

Zwró­cił się ku mar­mu­ro­wemu sto­łowi i ujrzał prze­rwany dyalog. Było to wła­śnie w chwili, gdy Jowisz wyszedł z pio­ru­nem.

- Michale Giborne - zawo­łał roz­gnie­wany poeta - a ty, czyś tu potrzebny?!

- Nie­stety - rzekł Jowisz - jeden z tych mło­dych panów zabrał mi dra­binę.

Grin­to­ire spoj­rzał i prze­ko­nał się, że komu­ni­ka­cja mię­dzy sceną a gar­de­robą była prze­rwana.

- Ach! To cios okropny! - zawo­łał Grin­to­ire. - Niech was dia­bli wezmą! - rzekł do kome­dian­tów. - Jaka praca, taka płaca.

Obró­cił się jak wódz pobity w odwro­cie.

Szedł przez schody pała­cowe i mówił: - Podły gmin pary­ski, przy­cho­dzi na dyalog, a nie słu­cha go wcale. Wszystko i wszystko go zaj­muje: Clo­pin Tro­uille-fou, kar­dy­nał, Cop­pe­nole, Quasi­modo i dia­beł. Ach! Gdy­bym wie­dział, był­bym wam ucztę spra­wił, gaw­rony! Ach! Ja nie­szczę­śliwy, pisać dla takich hebe­sów!... Prawda, Homer żebrał po przed­mie­ściach grec­kich i Nazon umarł u Scy­tów. Niech mnie pio­run trza­śnie, jeżeli wiem, co oni chcą od tej Esme­raldy.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki