Katedra - Jacek Dukaj

Kup ebooka

49.90 zł
38.92 zł (38,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać
.

W imię Ojca i Syna, i Du­cha Świę­tego. Amen. Izmi­ra­idy na wy­cią­gnię­cie ręki, sie­dem­dzie­siąt dni od pe­ri­le­vium, bu­rza za sto dwa­na­ście go­dzin. "Roz­ma­ryn" już pra­wie zrów­nał wek­tor pręd­ko­ści z ich wek­to­rem, wi­dać Ka­te­drę, mam ją na su­fi­cie, ob­raz czasu rze­czy­wi­stego. Za­my­kam i otwie­ram oczy, i spada na mnie dra­pież­nym pta­kiem, chuda szyja, roz­ło­żone sze­roko skrzy­dła wież, ko­ści­ste szpony, szkie­let kor­pusu.

Za­ży­łem po­dwójną dawkę stu­paka, głowa mi pęka w nie­waż­ko­ści. Pró­bo­wa­łem czy­tać Fe­reta, ale gu­bi­łem wą­tek po kilku zda­niach. Kur­tu­azyjne roz­mowy z Mir­to­nem. To czar­ter i lecę nim tylko ja i dok­tor Wa­soj­fem­gus, który prak­tycz­nie nie wy­cho­dzi z za­ślepu; więc lecę sam. Dia­lo­guję z "Roz­ma­ry­nem", gdy tak snuję się po jego wnę­trzu, sztuczny dzień, sztuczna noc. Ma bar­dzo sym­pa­tyczny in­ter­fejs. Cza­sami pod­czas ćwi­czeń w si­łowni, otu­ma­niony do­krew­nymi wy­dzie­li­nami, omal za­po­mi­nam, że to tylko pro­gram. Ma swoje prio­ry­tety. Pil­nuje, bym nie czuł się sa­motny, i wciąga mnie w roz­mowy na te­maty, o któ­rych my­śli, że mnie in­te­re­sują.

- Więc są­dzi ksiądz, że to nie był święty i żadne cuda nie miały miej­sca? - pyta znie­nacka.

- Nie mam wy­ro­bio­nego zda­nia - od­po­wia­dam.

- Och, na pewno ksiądz ma - śmieje się "Roz­ma­ryn".

- A co ty są­dzisz? - od­bi­jam pi­łeczkę.

"Roz­ma­ryn" chwilą mil­cze­nia daje do zro­zu­mie­nia, że się na­my­śla.

- Są­dzę - za­czyna - że je­śli był w owej chwili nie­po­czy­talny, było to sza­leń­stwo z ła­ski. Gdyby Bóg po­zwa­lał so­bie w ogóle na bez­po­śred­nie in­ge­ren­cje, to Izmir sta­no­wiłby nie naj­gor­szy pre­tekst.

- Więc wie­rzysz?

- W Boga? Czy wie­rzę? Ra­czej... do­my­ślam się - rze­cze "Roz­ma­ryn".

Kto wie, może i w tym wy­padku Tu­ring się my­lił.

Spraw­dzam ak­tu­alne dane na te­mat ren­dez-vous pla­ne­toid z Ma­de­le­ine. Wciąż nic pew­nego. Na łą­kach kom­pu­ta­cyj­nych Cen­trum Astro­no­micz­nego w Li­zonne ży­wo­kryst tych rów­nań roz­rósł się na bli­sko hek­tar, a mimo to nie ma stu­pro­cen­towo pew­nego wy­niku. W naj­gor­szym wy­padku mam mie­siąc. Czy Ko­ściół rze­czy­wi­ście by­łoby stać na prze­su­nię­cie tak du­żej pla­ne­to­idy? Czy owa fan­ta­sma­go­ryczna Ma­szyna Ho­ana w ogóle po­zwo­li­łaby na po­dobne prze­su­nię­cie?

Je­stem. Pierw­szy dzień na Izmi­ra­idach. Wi­dzia­łem grób, roz­ma­wia­łem z księ­dzem Mir­to­nem. Bu­rza tym­cza­sem wy­go­to­wała się po dru­giej stro­nie. Wie­dzieli, gdzie po­sa­dzić "Sa­git­ta­riusa". (No nie, co to ma wspól­nego, wszystko za­leży od pory dnia, mo­mentu ob­ro­to­wego ka­mie­nia; chyba że Wek­tor Ho­ana...)

Ka­te­dra stoi poza bio­stazą mia­sta, jest za wy­soka, prze­bi­łaby ko­pułę. Wa­ha­dło­wiec "Roz­ma­ryna" wy­sa­dził nas po dru­giej stro­nie, samo mia­sto (mia­sto! - za dużo po­wie­dziane: ra­czej przy­kryte pół­kulą po­wie­trza sku­pi­sko tym­cza­so­wych kwa­ter) leży w płyt­kim kra­te­rze i jego zbo­cza za­gro­dziły nam wi­dok czarną skarpą. Ta Izmi­ra­ida na­zywa się Róg, jest druga pod wzglę­dem wiel­ko­ści w ca­łym sku­pi­sku, ale i tak cią­że­nie prak­tycz­nie tu nie ist­nieje. Od razu prze­sie­dli­śmy się do gru­isa. Wa­soj­fem­gus po­mógł mi ze ska­fan­drem, te sa­mo­wy­star­czalne próż­niówki to praw­dziwe zbroje, czło­wiek my­śli pół mi­nuty, za­nim ru­szy nogą.

Gruis na tra­sie od lą­do­wi­ska do ko­puły jeź­dzi wzdłuż oświe­tlo­nej ja­skrawo trak­cji, przy­mo­co­wany jest do niej za po­mocą dwóch ela­stycz­nych pa­łą­ków, wy­gląda to pra­wie jak ko­lejka li­nowa.

Kiedy je­cha­li­śmy, dok­tor wska­zał na prawo i po­wie­dział:

- Wrak.

Zo­rien­to­wa­łem się, że ma na my­śli ho­low­nik Izmira. Spoj­rza­łem w tam­tym kie­runku, lecz ni­czego nie do­strze­głem.

- Już za ho­ry­zon­tem - rzekł Wa­soj­fem­gus. - Jest li­nia także do niego. Ksiądz na piel­grzymce?

- Nie - od­par­łem i spró­bo­wa­łem za­żar­to­wać: - Służ­bowo.

Nie bar­dzo wi­dzia­łem przez pla­stik hełmu jego twarz, ale chyba się nie uśmiech­nął.

- Ja wła­ści­wie tylko na chwilę... - mruk­nął. - Sko­rzy­sta­łem z oka­zji, że lu­dzie za­ma­wiają czar­tery do ewa­ku­acji. My­śli ksiądz, że Ma­de­le­ine nas pu­ści?

Chcia­łem wzru­szyć ra­mio­nami, ale nie­wiele z tego wy­szło.

- Nie wiem. Li­czą jesz­cze.

- Taa.

Niebo nie jest tu nie­bem, lecz po pro­stu roz­pię­tym na wy­so­kiej pół­s­fe­rze ko­smo­sem. Go­rzej: mo­men­tal­nie traci tę ilu­zję dwu­wy­mia­ro­wo­ści, wy­star­czy się za­pa­trzyć przez parę se­kund i już przy­tła­cza cię po­tworna ot­chłań. Umysł na­tych­miast prze­sta­wia się na ob­ra­zo­wa­nie prze­strzenne i nie masz naj­mniej­szych wąt­pli­wo­ści, żeś jeno pył­kiem drob­nym w tym oce­anie, mrówką na ka­myku. Można wpaść w pa­nikę. Ci, co pierw­szy raz wy­cho­dzą w otwarty ko­smos, czują nie­mal fi­zycz­nie, jak ich zmy­sły tracą wszel­kie punkty orien­ta­cji; za­czyna się upa­dek, spa­dają w nie­skoń­czoną pustkę. Były przy­padki utraty przy­tom­no­ści, były wy­mioty i szlo­chy, był na­wet obłęd. Na pla­ne­to­idzie to nie grozi, mimo wszystko jest tu ja­kiś ho­ry­zont, jest grunt pod sto­pami, do­myślna płasz­czy­zna "dołu". Ale gdy unie­siesz głowę i stra­cisz je z oczu... Mój Boże. Nie do opi­sa­nia.

Wje­cha­li­śmy na kra­wędź kra­teru. Śluza ko­puły już otwie­rała się przed ma­ską gru­isa. Sama ko­puła z ze­wnątrz pre­zen­to­wała się jako mlecz­no­biała pół­s­fera, nic wła­ści­wie nie było przez nią wi­dać. Wje­cha­li­śmy do śluzy i za­raz wy­je­cha­li­śmy, drzwi za­mknęły się i otwo­rzyły tak szybko, że na­wet tego nie za­uwa­ży­łem; spoj­rza­łem w górę - i znowu spa­dły na mnie gwiazdy: od we­wnątrz ko­puła jest bo­wiem cał­ko­wi­cie prze­zro­czy­sta.

Po­mimo tej po­le­ro­wa­nej gładko czerni bez­cie­niowe świa­tło za­lewa jej wnę­trze.

Bu­dynki stoją w czte­rech kon­cen­trycz­nych krę­gach, w środku naj­star­sze; więk­szość dwu-, trzy­pię­tro­wych. Krąg czwarty, ze­wnętrzny, we­dług dok­tora jest nie­mal w ca­ło­ści opusz­czony.

Gruis uwol­nił się od trak­cji i Wa­soj­fem­gus prze­szedł na ręczne. Lewą ręką wska­zy­wał mi­jane ży­wo­krystne ściany i pe­ro­ro­wał (już nie przez in­ter­kom, zdję­li­śmy bo­wiem hełmy):

- To Ma­ta­bozzy. Za­częli ucie­kać, gdy tylko oka­zało się, że po­dej­dziemy pod Ma­de­le­ine. Oni to pierwsi li­czyli. Pro­ce­sują się wła­śnie o te działki na szcze­nia­kach Li­zonne, dwa ty­siące hek­ta­rów gę­stego lasu ana­li­tycz­nego, niech się Cen­trum schowa. W szczy­cie, ja­kieś pięć lat temu, po­noć jedna trze­cia tego lasu mełła rów­na­nia gra­wi­ta­cyjne Izmi­ra­idów. W ra­mach te­stingu pa­ra­me­trów kon­tro­l­nych spięli z Fi­stasz­kiem sie­dem cięż­ko­me­ta­licz­nych me­te­orów. Było to jesz­cze przed kry­tycz­nym pe­ri­le­vium, no i te­raz mamy Pro­ces Czter­na­stu. Już wi­dzę, jak ad­wo­kaci wy­ja­śniać będą sę­dziom przy­się­głym teo­rię cha­osu. Ma­ta­bozza naj­praw­do­po­dob­niej pój­dzie w bi­fur­ka­cje, nikt im nie do­wie­dzie, że to nie­prawda. Czyli w su­mie dwa po­tężne pro­cesy. Nic dziw­nego, że tną bu­dżet. Oni pierwsi. Na­to­miast ten ar­ka­dowy ciąg po le­wej to fi­lia NASA. Teo­re­tycz­nie ogra­ni­czają się do mo­ni­to­ringu. Ha! Za mo­jej po­przed­niej wi­zyty, jak wy­pły­nęła pro­po­zy­cja ro­ze­rwa­nia czar­nych żył ato­mów­kami, NASA wy­sko­czyła z tą ustawą weta. Był za­mach na ich mó­zgowca. Stąd, wi­dzi ksiądz, to zie­lone, tam mieszka ekipa śled­czych UL; w każ­dym ra­zie miesz­kała, cho­ciaż nie wy­gląda, żeby też się już wy­nie­śli. A tamta ćwiartka to wszystko kwa­tery go­ścinne; Honzl to dzier­żawi piel­grzy­mom, pod­czas sze­ro­kich okien ma full. Te­raz się mo­dli, żeby Ma­de­le­ine nas pu­ściła.

- On to dzier­żawi, mówi pan. Zna pan sta­tus prawny Izmi­ra­idów?

- Aha, prawo łu­pieżcy, par­ce­la­cja wir­tu­alna. Więc te plotki są praw­dziwe? Bę­dzie­cie ra­to­wać Róg?

- Pro­szę pana...

- No tak.

Mi­nę­li­śmy już cen­trum, czyli okrą­gły plac z fon­tanną w środku (wiel­kie kro­ple wody spa­dały po ab­sur­dal­nie wy­so­kich pa­ra­bo­lach). Wa­soj­fem­gus skrę­cił za bia­ło­ścienny bu­dy­nek o wy­szu­ka­nej arab­skiej ar­chi­tek­tu­rze i tu za­trzy­mał gru­isa. Wy­siadł, mach­nął mi ręką i ru­szył ku cie­niom strze­li­stych ar­kad. Pa­trzy­łem, jak szedł. Ko­lana pra­wie w ogóle nie pra­co­wały, głów­nie achil­les. Miał fa­cet wprawę. Szybko znik­nął w mroku.

Prze­łą­czy­łem gru­isa na auto i po­da­łem mu ad­res kwa­ter wy­naj­mo­wa­nych u Hon­zla przez die­ce­zję Li­zonne. Sa­mo­chód ru­szył. Znowu je­cha­łem przez mil­czące mia­sto. Te­raz do­piero uświa­do­mi­łem so­bie prze­raź­liwą jego bez­lud­ność. Przez cały czas, od sa­mej śluzy, nie zo­ba­czy­łem żad­nego miesz­kańca. Wy­glą­dało, jakby nie tylko czwarty, ale wszyst­kie kręgi ży­wo­kryst­nej za­bu­dowy zo­stały już dawno opusz­czone.

Że nie było to prawdą, prze­ko­na­łem się, wszedł­szy do głów­nego holu ho­telu Hon­zla. W ni­czym nie przy­po­mi­nał on li­zoń­skich czy ziem­skich holi ho­te­lo­wych (bar­dziej sta­ro­modne sto­isko z elek­tro­niką) - w ni­czym prócz jed­nego: re­cep­cjo­ni­sty. Gdy tylko prze­kro­czy­łem próg (prawdę rze­kł­szy, prze­szy­bo­wa­łem, i to po zde­cy­do­wa­nie zbyt ostrym łuku), on pod­niósł się zza sze­ro­kiej lady, na któ­rej błysz­czał kan­cia­stymi wnętrz­no­ściami roz­be­be­szony au­to­mat. Pod­szedł i wy­cią­gnął dłoń. Uści­sną­łem ją mimo rę­ka­wicy.

- Oj­ciec La­vone, jakże się cie­szę, jed­nak oj­ciec do­tarł. - Był bar­dzo młody, góra trzy­dzie­ści pięć lat; pew­nemu, moc­nemu uści­skowi prze­czył nie­śmiały uśmiech na twa­rzy o oliw­ko­wej ce­rze. - Jack, to zna­czy ksiądz Mir­ton, czeka na ojca. Nu­mer dwie­ście dwa.

- Bar­dzo mi miło, a wła­ści­wie...

- Honzl, Ste­fan Honzl.

Tak oto po­zna­łem miej­sco­wego po­ten­tata w branży ho­te­lar­skiej. Po­szedł za­brać z gru­isa ba­gaże. Mój po­kój miał nu­mer dwie­ście trzy. W ścia­nach windy umiesz­czono liczne uchwyty, przy­spie­sze­nie ci­skało czło­wie­kiem o su­fit, nie­ostrożny no­wi­cjusz wy­cho­dził z gu­zem wiel­ko­ści orze­cha.

Co się ty­czy luk­su­sów ho­te­lo­wych, to uj­rzaw­szy ko­ry­tarz dru­giego pię­tra, prze­sta­łem ży­wić ja­kie­kol­wiek złu­dze­nia wzglę­dem cha­rak­teru Hon­zlo­wego przed­się­wzię­cia. Użył stan­dar­do­wego ży­wo­kry­stu i z pew­no­ścią nie wy­kosz­to­wał się na żadne upięk­sze­nia wy­stroju; to już "Roz­ma­ryn" wię­cej miał w so­bie z ho­telu. Gołe ściany, goła pod­łoga, zie­lon­kawa lu­mi­ne­scen­cja su­fitu, drzwi kro­jone w iden­tyczne pro­sto­kąty. Na Li­zonne ta­kie kwa­tery lo­ko­wa­łyby się po­ni­żej gwa­ran­to­wa­nego mi­ni­mum so­cjal­nego.

Za­pu­ka­łem do dwie­ście dwójki.

Mir­ton rze­czy­wi­ście cze­kał na mnie. Wsze­dłem w ja­kąś roz­le­głą wi­zu­ali­za­cję 3D, czym prę­dzej ją wy­łą­czył, zdą­ży­łem spo­strzec tylko skom­pli­ko­waną sym­bo­likę al­go­ryt­mów ewo­lu­cyj­nych. Mir­ton jest w wieku Hon­zla, na żywo wy­gląda jesz­cze mło­dziej niż przez te­le­fon. Okrop­nie ner­wowy czło­wiek. W tym po­wi­tal­nym wo­do­spa­dzie go­rą­cych słów po­mie­ścił tyle afek­to­wa­nych wes­tchnień i żach­nięć, że już za­czą­łem po­dej­rze­wać prze­szar­żo­waną grę - ale to jest wła­śnie Mir­ton, Mir­ton par excel­lence.

- Ksiądz nie ma upraw­nień do wy­da­wa­nia wią­żą­cych za­le­ceń co do miejsc kultu, prawda? Och, za­sta­na­wia­łem się tylko... Tak, ja wiem, że to są cuda nie­po­twier­dzone. Ale je­śli Ko­ściół zde­cy­do­wałby się uru­cho­mić swe za­soby... Nie­które z kon­sor­cjów za­an­ga­żo­wa­nych tu­taj z pew­no­ścią chęt­nie wzię­łyby w tym udział, mogę skon­tak­to­wać księ­dza, tak, prze­pra­szam, mogę cię skon­tak­to­wać z miej­sco­wymi agen­tami, któ­rzy w imie­niu li­zoń­skich de­cy­den­tów czy­nili mi ta­kie alu­zje... Ależ nie, nie, nie, wręcz prze­ciw­nie; już sła­łem prośby, zna­la­zło się na­wet kilku chęt­nych na za­stęp­stwo, ale ja­koś... Ro­zu­miesz, to już czwarty rok, nie­mal pro­sto po se­mi­na­rium, z kim ja tu mam do czy­nie­nia, no sam przy­znasz, na­prawdę czas już, że­bym wró­cił na Li­zonne; je­śli był­byś tak do­bry... We­dług swo­jego uzna­nia, rzecz ja­sna. Nerwy? Może fak­tycz­nie. Sam się prze­ko­nasz. Cóż mogę rzec? Jesz­cze w oknach, gdy był szczyt piel­grzy­mek i mia­łem ta­kie msze, że Ka­te­dra fak­tycz­nie pę­kała w szwach... Ale te­raz. Choćby Ma­de­le­ine nas nie zła­pała - za­wsze to z rok aple­vium, pu­stel­nia, może nie? Wiem, wiem, na­rze­kam. Może kawy?

Po­szedł po tę kawę (na końcu ko­ry­ta­rza mie­ści się ku­chenka ter­miczna). Honzl zaj­rzał przez wpó­ło­twarte drzwi, by po­ka­zać, że do­star­czył już ba­gaż. Po­ki­wa­łem głową, dzię­ku­jąc. Po­kój Mir­tona (bliź­nia­czy mo­jemu zresztą) za­wa­lony był bi­bu­ło­wymi wy­dru­kami, tylko od rzut­ni­ków tele szły przez ni­sko­cią­że­niowy ba­ła­gan ko­ry­ta­rze pustki. Ba­ła­gan ułam­ko­wej gra­wi­ta­cji różni się bo­wiem od ba­ła­ganu 1 g, tak jak cia­sto fran­cu­skie różni się od chleba. Prawdę mó­wiąc, sie­dzia­łem tam tak spięty głów­nie dla­tego, iż w pod­świa­do­mym prze­ko­na­niu pe­wien by­łem, że wy­star­czy je­den mój nie­ostrożny ruch, by za­wa­lić te asy­me­tryczne rusz­to­wa­nia Mir­to­no­wego cha­osu. Ob­ra­ca­łem się na krze­śle, zwa­ża­jąc na po­ło­że­nie każ­dej koń­czyny. Za ple­cami, na ścia­nie, mia­łem sze­reg wiel­kich, czarno-bia­łych zdjęć Ka­te­dry. Na jed­nym przez jej wy­so­kie skrzela prze­strze­li­wały ośle­pia­jące pro­mie­nie Lévie, wielka tar­cza słońca wy­do­by­wała się z izmi­ra­ido­wego Tar­taru; nad­łu­py­wała ją ko­lejna aste­ro­ida, są­dząc po kształ­cie - Pod­kowa. Na dru­gim zdję­ciu Ka­te­dra po­chy­lała się nad obiek­ty­wem wprost z gwiaź­dzi­stej ot­chłani, kształtu bu­dowli do­my­ślać się można było je­dy­nie po mroku mię­dzy srebr­nymi punk­tami. Trze­cie znowu prze­peł­niał nie­sfil­tro­wany blask. Mir­ton wró­cił z kawą, za­py­ta­łem go o te zdję­cia. Zmie­szał się, za­czął coś mó­wić o hobby. Że niby ko­re­spon­duje z Uge­rzo. Ten czło­wiek fak­tycz­nie spra­wia wra­że­nie mocno ze­stre­so­wa­nego.

Wie­czo­rem (miej­scowy czas jest stan­dar­do­wym cza­sem po­dróż­nym Li­zonne, nie mu­sia­łem się prze­sta­wiać) za­brał mnie do Ka­te­dry, do grobu Izmira. To miej­sce istot­nie ma w so­bie coś... nie­sa­mo­wi­tego. Póź­niej opi­szę.

Pierw­sza noc na Rogu. Izmi­ra­idy co­raz bli­żej Ma­de­le­ine, ży­wo­kryst lo­giczny Cen­trum Astro­no­micz­nego wciąż tylko ro­śnie (wy­soka er­go­dycz­ność układu).

Ho­tel Hon­zla stoi pu­sty; całe to niby-mia­sto wy­gląda na opu­sto­szałe. Żad­nych luk­su­sów, ta ko­puła wy­ro­sła na użyt­ko­wym ży­wo­kry­ście bios­fer woj­sko­wych, na­tę­że­nie świa­tła nie zmie­nia się nie­za­leż­nie od pory bio­cy­klu. Obu­dzi­łem się po dru­giej w nocy, mleczne świa­tło lało się z okien, biała skóra na­biera w nim lekko tru­piego od­cie­nia. Wsta­łem, szarp­ną­łem ramę (same głu­pie sprzęty, na­wet z drzwiami nie po­ga­dasz). Dno przy­kry­tego kra­teru scho­dziło w dół aż do sa­mego ronda z fon­tanną, mia­łem wi­dok na wszyst­kie kręgi pie­kła ci­szy. Bez­ruch i bez­dź­więk. Obu­dzony w ma­jaku wie­lo­ryba.

Nie mo­głem jed­nak po­now­nie za­snąć i w końcu zde­cy­do­wa­łem się na "nocny" spa­cer. Wcią­gną­łem tylko szorty i swe­ter. Hol na dole był pu­sty, ani śladu po Hon­zlu. Wy­sze­dłem na ulicę o ste­ryl­nie bia­łej na­wierzchni. Trzeba po­ćwi­czyć chód. Zmie­rza­jąc ku fon­tan­nie (sły­sza­łem jej szum już w dru­gim kręgu) po tak roz­cią­gnię­tej spi­rali, okrą­ży­łem kra­ter przy­naj­mniej pół­tora raza. Mi­ja­łem za­mknięte na cztery spu­sty sklepy z de­wo­cjo­na­liami, za­ro­śnięte blan­ku­ją­cym ży­wo­kry­stem cen­trum me­dyczne, ską­pane w ja­skra­wej zie­leni prze­pro­gra­mo­wa­nych ro­ślin wille miesz­kalne dla na­ukow­ców, któ­rzy w więk­szo­ści też już opu­ścili Izmi­ra­idy (kor­po­ra­cje mi­ni­ma­li­zo­wały straty, wy­da­jąc na pa­liwo naj­mniej­sze moż­liwe sumy, a dawno już mi­nęła pora eko­no­micz­nych okien). Dwa razy się prze­wró­ci­łem. Taka pra­wie nie­waż­kość jest jed­nak bar­dzo mę­cząca, mię­śnie drę­twieją, we łbie się kręci.

W końcu przy­sia­dłem na rzeź­bio­nym ob­ra­mo­wa­niu fon­tanny. Pył wodny ochła­dzał spo­coną skórę. Krew szu­miała w uszach i nie usły­sza­łem, jak po­de­szła. Do­tknęła mego ra­mie­nia. Wzdry­gną­łem się i ten dreszcz pod­niósł mnie na równe nogi.

Naj­pierw po­my­śla­łem, że fak­tycz­nie jest w ciąży, bo nie miała na szyi wo­ka­li­za­tora ani tom­paku na karku - ale za­raz spo­strze­głem przy­pięty do ra­mie­nia gło­śnik i logo CFG Co. na ob­szer­nym T-shir­cie.

- Pierre La­vone? - spy­tał mó­zgo­wiec.

- Tak. Z kim mam przy­jem­ność?

- An­gii Te­les­fer in utero Mag­da­leny Kle­inert. Może usią­dziemy?

Przy­sia­dłem za­tem z po­wro­tem na rzeź­bie­niu fon­tanny, Kle­inert obok.

- Nie to, żeby wiele tu wa­żył - uśmiech­nęła się Mag­da­lena - ale woli, że­bym nie na­cią­gała mię­śni.

- Ty­ra­ni­zuję cię, po­wiedz to - sark­nął Te­les­fer.

Kle­inert mach­nęła dło­nią.

- Ocze­ki­wa­li­ście mo­jego przy­lotu? - za­py­ta­łem.

- Tak - przy­znał mó­zgo­wiec. - Oczy­wi­ście.

Przy­po­mnia­łem so­bie słowa Mir­tona o alu­zjach miej­sco­wych przed­sta­wi­cieli firm.

- Je­śli tak bar­dzo za­leży wam na Izmi­ra­idach - za­uwa­ży­łem - znacz­nie ła­twiej sami mo­gli­ście to zor­ga­ni­zo­wać. Nie wiem, skąd bie­rze się to prze­ko­na­nie o nie­zmie­rzo­nych bo­gac­twach Ko­ścioła.

- Z ta­jem­ni­czo­ści jego przed­sta­wi­cieli - za­śmiał się Te­les­fer. - Poza tym nie ma żad­nych "nas". Je­stem po pro­stu jed­nym z naj­mi­tów CFG, nie za­sia­dam w za­rzą­dzie, nie mam prawa wy­po­wia­dać się w czy­im­kol­wiek imie­niu, na pewno nie w imie­niu in­nych in­we­sto­rów.

- Ro­zu­miem. Struk­tury po­ziome. Lobby izmi­ra­ido­wych na­ukow­ców knuje za ple­cami de­cy­den­tów.

- Mniej wię­cej. Gdyby Ko­ściół ogło­sił, że po­dej­muje ini­cja­tywę ra­to­wa­nia Izmi­ra­idów, to co in­nego. Otwo­rzy­łaby się moż­li­wość. Więk­szość chy­baby w końcu przy­stą­piła. Ale sami z sie­bie... - prych­nął - ni­gdy w ży­ciu.

- Jest tu ja­kiś sys­tem kon­troli we­wnętrz­nej?

- Bez prze­sady, ża­den spi­sek. Ja i tak wła­ści­wie nie sy­piam; obu­dzi­łem pannę Mag­da­lenę i po­szli­śmy po­oglą­dać gwiazdy.

- Ro­zu­miem. - Roz­ma­wia­jąc z nie­wi­docz­nym mó­zgow­cem, krą­ży­łem spoj­rze­niem po ja­snych ele­wa­cjach po­bli­skich bu­dyn­ków; te­raz pu­ści­łem oko do Kle­inert. - Długo pani nosi tego ego­istę?

- Ech, bę­dzie już cztery lata. Nie jest na­wet taki zły...

Rów­no­cze­śnie Te­les­fer pod­niósł bła­zeń­ski la­ment.

- No tak, te­raz bę­dzie przy­ta­czać en­cy­kliki, li­to­wać się bę­dzie z wy­so­ko­ści, dzie­cię py­chy, rzek­nie; te­raz znowu...

- Ci­cho, ci­cho. Jak kon­kret­nie brzmi wa­sza pro­po­zy­cja?

- Nie ma żad­nej pro­po­zy­cji - uciął. - Mo­żemy tylko księ­dza za­chę­cać. Bo oni tam cze­kają na księ­dza ra­port, prawda? Nie je­ste­śmy tak na­iwni, żeby wie­rzyć, iż jedno księ­dza słowo prze­su­nie pla­ne­to­idy; ale na pewno na de­cy­zji za­waży.

- Nie bar­dzo so­bie wy­obra­żam spo­soby tego za­chę­ca­nia - mruk­ną­łem. - Mo­że­cie mi przed­sta­wić do­wody cu­dów?

- Za­tem księ­dza in­te­re­suje tylko do­mnie­mana świę­tość Izmira?

- Nie. Mnie in­te­re­suje wiele róż­nych rze­czy. Za­gadka Ho­ana, na przy­kład. Ale je­śli cho­dzi o to, co in­te­re­suje czy­tel­ni­ków mego ra­portu, to tak, ma pan ra­cję: jest to świę­tość Izmira.

Mó­zgo­wiec mil­czał przez dłuż­szą chwilę. Mag­da­lena sen­nymi ru­chami ręki mą­ciła wodę w zbior­niku fon­tanny.

- Pro­szę mnie ju­tro od­wie­dzić - ode­zwał się wresz­cie Te­les­fer. - W głów­nym la­bo­ra­to­rium CFG. Kom­pu­ter bę­dzie uprze­dzony. Po osiem­na­stej. Skoro istot­nie in­te­re­sują księ­dza różne rze­czy... Cóż, przy­jem­nych snów ży­czę.

Kle­inert uści­snęła mi dłoń (palce mo­kre od zim­nej wody), wstała, od­wró­ciła się i do­stoj­nym, po­wol­nym kro­kiem ode­szła ku jed­nej z roz­bie­ga­ją­cych się pro­mie­ni­ście od placu ulic.

Wró­ci­łem do ho­telu i na­gra­łem re­la­cję z tej roz­mowy.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki