Kate Marshall. Wrzosowisko Devil's Way. Tom 4 - Robert Bryndza

Kup ebooka

39.99 zł
33.19 zł (39,99 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Prolog

Czwartek, 21 czerwca 2007 roku

Jean Julings uklękła w małym namiocie i szczelniej opatuliła śpiworem swojego trzyletniego wnuka Charliego. Potargana czuprynka w słomianym kolorze okalała jego buzię, zarumienioną od zabawy na świeżym powietrzu. Leżał wtulony w brązowego pluszowego misia bez oka.

- Dobrze się bawiłeś z babcią? - zapytała.

Charlie sennie skinął głową i uśmiechnął się, ukazując idealnie białe zęby mleczne.

- Kochany chłopiec. A czy Pan Oczko umył zęby?

- Tak, na górze i na dole - powiedział Charlie, podnosząc misia.

Jean się roześmiała, a jej serce przepełniła miłość do malucha.

- Dobrze. Pluszowe misie również muszą dbać o ząbki. Przecież jedzą tyle miodu. - Kolana jej zatrzeszczały, gdy usiadła na piętach i sięgnęła w kierunku lampki na baterie, która dawała ciepłą, złotą poświatę.

- Nie, zostawmy światło - jęknął Charlie. Zmarszczył brwi i zamachał nogami w śpiworze.

Jean wyłączyła lampkę, lecz wciąż widać było delikatne refleksy. Księżyc w pełni rzucał swój blask przez płótno.

- Spójrz na to. Nie potrzebujemy światła. Mamy od Boga lampkę na niebie. - Jean pogładziła jego miękkie włosy. - Wcale nie jest strasznie, kiedy księżyc świeci tak jasno, prawda?

Charlie potrząsnął głową i schował Pana Oczko pod pachą.

- Wyjdę na moment, żeby zaczerpnąć świeżego powietrza - powiedziała, poklepując kieszenie szortów, by sprawdzić, czy ma papierosy i zapalniczkę.

- Nie...

- To zajmie tylko kilka minut. Potem wrócę i opowiem ci bajkę, jeśli jeszcze nie będziesz spać, dobrze? Będę na zewnątrz. Możesz zawołać "babciu", a ja cię usłyszę i wrócę. Dobrze?

Charlie skinął głową.

- Kochany chłopiec.

Jean pocałowała go w policzek, a kiedy wyczołgiwała się z namiotu, zauważyła, że Charlie już zamyka oczy. Cały dzień byli w ruchu, bawili się i pluskali w rzece. Zaśnie w mig.

Kobieta wymknęła się na długą, zmierzwioną trawę i zapięła za sobą zamek od wejścia. Namiot rozbiła pod rozłożystym baldachimem ogromnego starego dębu. Jego grube nagie gałęzie sięgały daleko niczym rozłożone ramiona i rzucały zniekształcone cienie. Jean wstała, jej kolana ponownie strzeliły. Wyjęła papierosa, zapaliła go i wypuściła dym w nocne niebo. Nad nią migotały gwiazdy, a obok szumiała rzeka wpływająca do wąwozu. Tej nocy szum zdawał się głośniejszy. Wrzosowisko rozciągało się jak niebieski satynowy koc, usiane skałami, a w nieckach i zagłębieniach terenu zalegała delikatna mgła.

Bezpośrednio po jej prawej, po drugiej stronie krótkiego odcinka trawy, ponad wszystkim górował Devil's Tor1. Pomimo imponującej wysokości skała wydawała się bardzo spokojna i działała kojąco. Wyglądała tak, jak gdyby olbrzym ułożył stos dużych gładkich kamieni na trawiastej platformie. U jej podstawy, w cieniu rzuconym przez jasny blask księżyca, stał namiot córki Jean i jej partnera Joela. W namiocie było ciemno, więc zapewne już spali.

"Boże, to miejsce jest piękne", pomyślała. Kiedy skończyła palić, ostrożnie zgasiła papierosa podeszwą i włożyła poczerniały niedopałek do paczki. Miała już wejść do namiotu, kiedy usłyszała cichy głos wołający jej imię.

- Jean! - Za torem pojawiła się rozczochrana postać, zataczając się w plamie księżycowej poświaty na trawiastym podłożu.

- Jeeean! - To był Declan, jej wieloletni partner.

Jean przeklęła pod nosem i sprawdziła, czy namiot jest zamknięty. Ogarnięta niepokojem, pospiesznie przemknęła przez wysoką trawę, przerażona, że Declan obudzi rodzinę i wywoła awanturę.

Wbiegła po zboczu na szczyt, aby powstrzymać go przed zejściem na dół. Gdy do niego dotarła, była zdyszana. Declan miał na sobie te same podarte dżinsy i koszulkę w paski, w których pojawił się nad rzeką tego popołudnia.

- Co ty, do diabła, tu robisz? Powiedziałam ci dziś po południu, że nie jesteś tu mile widziany! - syknęła.

Uśmiechnął się i nad gęstą brodą mignęły żółte zęby. Poczuła zimne ukłucie trwogi, gdy zobaczyła, że trzyma butelkę whisky, w której pozostało tylko kilka centymetrów bursztynowego płynu. Chwiał się, podnosząc alkohol w kierunku jej ust, by zachęcić ją do wypicia.

- Nie! - Odtrąciła trunek. - Charlie śpi, Becky i Joel też.

- Wiem. - Wyciągnął rękę, by chwycić ją za biust. Naparł na nią, tak że Jean znalazła się w cieniu ostańca.

Czuła kwaśny zapach mężczyzny, nieprzyjemny oddech, gdy przyciskał ją do skały. Udało jej się go odepchnąć, po czym stanęła z powrotem w świetle księżyca. Wyglądał na zaskoczonego.

- Nie jesteś już taka fajna, gdy nie pijesz... - Przybliżył butelkę do jej ust, ale odsunęła ją od siebie.

Nie czuła strachu. Już się go nie bała. Musiała chronić przed nim Charliego. Chwyciła butelkę i wydarła mu ją z ręki, ignorując jego sprzeciw.

- Gdzie jest twój samochód? - zapytała.

Przewrócił oczami i zaciskając usta, wskazał od niechcenia na drugą stronę platformy. Jean złapała go za kołnierz i poprowadziła wokół toru.

- Spokojnie, spokojnie! - krzyknął.

Mały parking porośnięty krzakami po drugiej stronie wzgórza prowadził do żwirowej drogi. Jean zobaczyła zdezelowane niebieskie Renault zaparkowane pośrodku. Declan zostawił otwarte drzwi.

- Czy mogę przyjść jutro, żeby się z tobą spotkać? - zapytał, gdy Jean ciągnęła go w dół po mniej zarośniętym zboczu do auta.

- Nie. Już ci mówiłam. Z nami koniec.

Kilka metrów od samochodu potknął się o nierówną kamienistą powierzchnię i upadł płasko na twarz. Wydał z siebie jęk. Jean stała z boku i patrzyła bez emocji, jak wstaje. Chwiejąc się, spojrzał na nią złowrogo szklistym wzrokiem i znów się do niej zbliżył.

- Słyszałem, jak ta szmata, twoja córka, rucha się w swoim namiocie - odburknął. - Brzmiała, jakby jej się podobało, bardziej niż tobie, to na pewno.

Jean uderzyła go w twarz, a on odpowiedział ciosem w głowę. Zachwiała się, potknęła i wylądowała na twardej skale. Patrzyła, jak Declan się zatacza. Zupełnie się tym nie przejął. Boki jej twarzy piekły, przyłożyła dłoń do warg. Krew nie leciała, ale dzwoniło jej w uszach. To nie była najgorsza rzecz, jaką jej zrobił. Poczuła wściekłość. Czystą wściekłość. Wstała, chwyciła resztki jego włosów z tyłu głowy i wepchnęła go przez otwarte drzwi do samochodu.

- Gdzie masz kluczyki?

- Co? - jęknął.

Przeszukała mu kieszenie i wyciągnęła je.

- Nigdzie nie jadę - oznajmił, krzyżując ręce.

- Jedziesz. I to już. Jest środek nocy.

- Masz coś do picia?

- Nie.

- Wstrętna suka - warknął.

- A ty niepotrzebnie zabierasz przestrzeń. - Chciała go tym zranić, ale zaczął rechotać i jego żółte zęby znów pokazały się nad brodą.

- Która godzina?

- W pubie na końcu ulicy można pić po oficjalnym zamknięciu, tak mi powiedział jeden z miejscowych. Zdążysz, jeśli się pospieszysz - stwierdziła w przypływie inspiracji. Nie mogła uwierzyć, że to kupił, ale Declan był zatwardziałym alkoholikiem.

Zamknął drzwi, a ona obserwowała, jak głód alkoholowy przejmuje nad nim kontrolę. Włączył światła, które podświetliły długą trawę, gdy samochód gwałtownie skręcił. Wydawało jej się, że coś ruszyło się w cieniu, lecz szybko się schowało.

- Boże, proszę, niech wjedzie do rowu i się zabije. Nie pozwól, by skrzywdził kogoś jeszcze poza sobą samym - modliła się.

Patrzyła, jak światła reflektorów oddalają się na drodze, a potem znikają. Ogarnęła ją ulga i rozluźniła ramiona. Przyłożyła dłoń do bolącej głowy. W ciemności szum rzeki wydawał się głośniejszy.

"Charlie", pomyślała. Pospiesznie okrążyła tor i zeszła w dół po drugiej stronie zbocza. Jak długo był sam? Wszystko trwało zaledwie kilka minut. Panowała cisza. Sowa pohukiwała, gałęzie ogromnego drzewa skrzypiały na delikatnym wietrze, dwa namioty stały nieruchomo.

Gdy zbliżyła się do nich, w środku jednego zapaliła się lampka. Poczuła ulgę, gdy spostrzegła, że to jej córka Becky wychyla głowę ze środka. Miała na sobie piżamę i była bez makijażu. Marszczyła czoło z przejęcia.

- Mamo, czy Charlie jest z tobą? - zapytała.

- Nie ma go w namiocie? - Jean czuła, jak panika powraca.

- Nie.

Przesunęła córkę na bok i zajrzała do środka. Oba śpiwory były puste, przez co poczuła ścisk żołądka.

- Pewnie jest z Joelem - powiedziała, widząc zmartwioną twarz Becky.

- Nie, mamo. Wydawało mi się, że słyszałam go przed naszym namiotem. Dlatego wyszłam go poszukać. Dlaczego nie jesteście razem?

- Wyszłam zapalić papierosa. Tylko na chwilę - skłamała bez namysłu.

- A co, jeśli poszedł nad rzekę? Nie wiem, czy nie padało. Słyszysz, jak głośno szumi woda? - W głosie Becky dało się słyszeć zaczątek histerii.

- Poszukajmy go. Charlie nie mógł odejść daleko - stwierdziła Jean, starając się zachować spokój. Przestraszyła się, widząc, że córka jest bardziej przerażona niż zła.

Becky obudziła Joela, wszyscy wyciągnęli latarki i zaczęli szukać. Sprawdzali rzekę, skały i okoliczne łąki. Snopy światła z ich latarek przeczesywały ciemną przestrzeń. Poziom rzeki był wyższy niż poprzedniego dnia, a kiedy Jean, wzywając Charliego, skierowała latarkę na ciemny rwący potok, jej głos zdawał się pochłaniany przez mrok. Z każdą chwilą czuła się coraz gorzej. Minuty zamieniły się w godzinę, a potem dwie. Chłopca nigdzie nie było widać. Około czwartej rano niebo zaczęło się rozjaśniać i wtedy wezwali policję.

Gdy słońce wzeszło nad wrzosowiskami, przyjechał radiowóz, a później dwa kolejne.

Rozpoczęto intensywne poszukiwania, lecz Charliego nigdy nie znaleziono.

1

Jedenaście lat później. Czwartek, 7 czerwca 2018 roku

Poranek rozpoczął się tak samo jak zwykle. Prywatna detektyw Kate Marshall obudziła się o szóstej, tuż przed budzikiem, i automatycznie sięgnęła po strój kąpielowy, który wisiał na krześle obok łóżka.

Pływała w morzu każdego dnia w roku bez względu na pogodę, ale to właśnie te senne letnie poranki, z delikatną bryzą i ze srebrzystymi promieniami przebijającego się ponad horyzontem świtu, kochała najbardziej. Jej dom znajdował się na szczycie klifu w zatoce Thurlow, na południowym wybrzeżu Anglii. Było to spokojne miejsce, osiem kilometrów od uniwersyteckiego miasta Ashdean. Kate wzięła szybko łyk wody z kranu w kuchni, otworzyła tylne drzwi, które prowadziły na mały taras i piaszczystą ścieżkę, i zaspana podążyła na plażę.

Szła przez wydmy u podnóża klifu po miękkim piasku, stąpając niekiedy na kłujące źdźbła piaskownicy. Wysoka trawa porastała pagórki, co chroniło Kate przed wiejącą od morza bryzą.

Kiedy wyszła na plażę, nad horyzontem pojawiły się pierwsze promienie oświetlające taflę wody. Po lewej stronie widziała skaliste Wybrzeże Jurajskie, ciągnące się aż do Ashdean, które układało się w małą zatokę w kształcie podkowy. Po prawej znajdowały się klify, usiane pojedynczymi domami, oraz czarna skała wystająca z morza, która tworzyła barierę od strony zachodniej. Kate spodziewała się, że zobaczy w wodzie surferów mieszkających na kempingu naprzeciwko jej domu, lecz okazało się, że ma plażę tylko dla siebie.

Stąpała po mokrym, twardym i chłodnym piasku. Rzuciła ręcznik kilka metrów od miejsca, gdzie rozbijały się fale, i weszła do wody. Gdy sięgała jej do kolan, poczuła chłód na skórze.

Kiedy wchodziła coraz głębiej, piasek uciekał jej spod stóp. Wzięła oddech i zanurkowała. Po raz pierwszy zauważyła, że coś jest nie tak, gdy wynurzyła się, aby zaczerpnąć powietrza, i poczuła prąd ciągnący ją za talię jak niewidzialne mocne palce.

A potem wszystko potoczyło się błyskawicznie: spojrzała za siebie na brzeg, na rozległą lśniącą taflę, zobaczyła głęboki kanał białej wody cofającej się do morza i poczuła gwałtowne szarpnięcie. Została wciągnięta pod wodę, jej nogi kręciły się wokół głowy. Zbyt późno zdała sobie sprawę, że wpłynęła w śmiertelnie zdradliwy prąd wsteczny.

Wszystkie lata pływania w morzu przestały mieć znaczenie, ogarnęła ją ślepa panika. Prędkość i siła prądu były nagłe i przerażające. Wir odciągał ją od brzegu, obracając raz po raz. Przed oczami migały jej niebo, pusta plaża i dom na klifach, teraz znacznie oddalony, a potem została gwałtownie wessana. Kaszlała i dławiła się, jej gardło wypełniło się wodą morską.

*

Po drugiej stronie miasta Tristan Harper, partner Kate z agencji detektywistycznej, wiercił się na fotelu kierowcy swojego Mini Coopera. Bolały go plecy, a pośladki drętwiały. Spojrzał na zegarek, zbliżała się szósta dziesięć.

- No dalej. Jedź do pracy - powiedział Tristan, nie odrywając wzroku od żółtych drzwi domu przy Walker Avenue.

Była to zadbana ulica z szeregowcami w eleganckiej części Ashdean. Dom należał do Terrance'a Trenta, nieco ponad pięćdziesięcioletniego architekta. Jego żona zatrudniła Kate i Tristana, aby udowodnili, że ma romans.

Tristan usłyszał trzask drzwi po lewej stronie i się odwrócił. Z bramy domu, przed którym zaparkował, wyszła starsza pani. Miała na sobie wyblakły różowy dres, krótkie czarne jak smoła włosy mocno skręcały się po trwałej ondulacji. Podeszła do auta i zapukała w szybę, a następnie cofnęła się, zakładając ręce przed sobą.

Tristan spojrzał na żółte drzwi szeregowca. Terrance Trent miał wyruszyć do pracy lada moment. Opuścił szybę.

- Czy raczysz mi wyjaśnić, dlaczego siedzisz przed moim domem od trzeciej? - zapytała kobieta. - No słucham. - Mówiła wyniośle i wyraźnie akcentowała niektóre słowa.

Z bliska widać było, że ma twarz pokrytą grubą warstwą jasnego podkładu, a jaskrawoczerwona szminka wychodzi poza kontur ust. Korona gęstych kruczoczarnych loków na jej głowie przypominała Tristanowi półmisek lśniących skorupek ślimaków.

Zastanawiał się, czy to peruka, czy spartaczona koloryzacja. Spojrzał na żółte drzwi wejściowe, które pozostawały zamknięte. Tristan zaparkował na Walker Avenue o dwudziestej trzeciej. Przestawił samochód dwa razy i zatrzymał się przed domem tej kobiety godzinę wcześniej, niż go zauważyła, o drugiej w nocy. Obok nich przejechał samochód, starszy mężczyzna wyszedł z domu po przeciwnej stronie ulicy, a za nim równie stary brązowy pies.

- Czekam na kogoś - powiedział Tristan. - To publiczna ulica.

Kobieta uniosła brwi.

- Dla twojej informacji: to prywatna ulica osiedlowa. Dlaczego parkujesz przed moim domem?

- Bo było wolne miejsce - odparł Tristan, starając się nie stracić cierpliwości przy tej raczej szalonej, a na pewno wścibskiej osobie.

Kobieta zacisnęła usta i podeszła bliżej, pochylając się, aby zajrzeć do samochodu. Na fotelu obok Tristana leżały opakowania po kanapkach i aparat fotograficzny z długim obiektywem. W uchwycie na kubek stała butelka mrożonej herbaty brzoskwiniowej, ale nie było w niej już napoju, ponieważ Tristan musiał się do niej wysikać o czwartej trzydzieści nad ranem.

- Wyglądasz podejrzanie. Jakbyś coś knuł. Jesteś dziennikarzem?

W tym momencie Tristan spostrzegł, jak otwierają się żółte drzwi i wychodzi przez nie Terrance Trent pod rękę z młodą kobietą. Był ubrany w elegancki niebieski garnitur w prążki. Kobieta miała na sobie te same ubrania co wczoraj o dwudziestej trzeciej: białą krótką sukienkę, futro, a na stopach wysokie obcasy.

- Wiem wszystko, co się dzieje w okolicy - rzuciła kobieta. - Jestem przewodniczącą sąsiedzkiego patrolu osiedlowego.

Serce mu zamarło. Chciał wziąć aparat i zrobić zdjęcie, ale było to zbyt ryzykowne. Gdyby ta stara baba zorientowała się, że jest prywatnym detektywem, mogłaby poinformować Terrance'a, że ktoś go obserwuje, co oznaczałoby utratę wysokiego honorarium dla agencji.

Terrance i młoda kobieta wsiedli do jego samochodu, a następnie odjechali w przeciwnym kierunku.

Tristan westchnął i opadł na oparcie fotela.

- No i co? Co masz mi do powiedzenia? - zapytała kobieta.

- Jestem z urzędu miasta. Sprawdzam, czy nikt nie zostawia na zewnątrz pojemników po odbiorze odpadów - zakomunikował.

- Ach - powiedziała kobieta, uśmiechając się i kiwając głową z aprobatą. Podrapała się po nosie, najwyraźniej zadowolona z tego wyjaśnienia. Pochyliła się nad Tristanem. - Naprzeciwko, pod numerem 4, mieszka grupa studentów, którzy tak właśnie robią i zasługują na mandat.

- Numer 4 - powtórzył Tristan.

- Oczywiście swój kosz wystawiam mniej niż godzinę przed odbiorem i zabieram go z powrotem, gdy tylko zostanie opróżniony.

- Dobrze to słyszeć.

Terrance Trent pracował cały dzień, więc raczej nie wróci do domu przed wieczorem. Tristan rozejrzał się po ulicy, uśmiechnął i podziękował gorliwej donosicielce. Uruchomił silnik i wyjechał na drogę. W lusterku wstecznym widział, że kobieta patrzy, jak odjeżdża.

2

Kiedy Kate otworzyła oczy, zobaczyła, że znajduje się w małej sali szpitalnej. Jej łóżko wydawało się otoczone bielą i lekko się chwiało. Czuła ból w gardle, a na skórze lepką wilgoć. Gdy poruszyła głową, ból eksplodował jak przy najgorszym kacu. "Czy piłam? Tylko nie to", pomyślała. Wzięła kilka głębokich wdechów, ale wymagało to wysiłku. W piersi słyszała mokre charczenie.

I wtedy sobie przypomniała. Nie przerwała trzynastoletniej abstynencji. Ostatnie, co pamiętała, to panika, że utonie. Poruszyła się w łóżku i zobaczyła kroplówkę przytwierdzoną do ramienia oraz przewody podłączone do klatki piersiowej. Las kolorowych linii poruszał się cicho na ekranie monitora pracy serca po prawej stronie łóżka. Ulga, że nie piła, ustąpiła miejsca wspomnieniu, jak została wciągnięta pod wodę.

Rząd szklanych okien wychodził na korytarz. W otwartych drzwiach pojawił się lekarz i zapukał we framugę. Wyglądał na młodego, miał pewnie około trzydziestu lat, gęste ciemne włosy i okulary. Uśmiechnął się.

- Dzień dobry, Kate. - Wszedł do pokoju i stanął w nogach jej łóżka. Wypowiedział jej imię, jakby się znali.

Próbowała odpowiedzieć, ale z jej ust wydobyło się tylko skrzeczenie. Przełknęła ślinę i poczuła w gardle suchość oraz kłucie.

- Była pani nieprzytomna przez jakiś czas. Trafiła pani na oddział intensywnej terapii - oznajmił lekarz. Sięgnął po planszę z kartą pacjentki i zaczął przeglądać strony.

Kate potarła grdykę i krzywiąc się, przełknęła ślinę. Wydawało jej się, że łóżko się kołysze i przesuwa.

- Miała pani wodę morską w płucach. Musieliśmy wykonać intubację - dodał.

Zakaszlała, wzbogacając symfonię agonii w swojej głowie o tępy, pulsujący ból.

- Jak długo trwał "jakiś czas"?

- Prawie dwadzieścia cztery godziny - odparł.

Kate usłyszała szepty dochodzące zza zasłony, która nagle wybrzuszyła się i lekko rozchyliła. Pielęgniarka wsunęła głowę przez szparę.

- Przepraszam, doktorze Harris, ma pan chwilę? Pani Julings nie czuje się dobrze - powiedziała.

Doktor odłożył kartę na łóżko, przytaknął i poszedł za nią. Pielęgniarka przywitała się z Kate skinięciem głowy i zasunęła kotarę. Kate pochyliła się, aby sięgnąć po swoją kartotekę, ale ten wysiłek przyprawił ją o zawroty głowy. Położyła się z powrotem, spocona i bez tchu. Dyskretną rozmowę medyków po drugiej stronie zasłony przerywał przenikliwy głos starszej kobiety:

- Doktorze, proszę, proszę dać mi coś mocniejszego. Strasznie mnie bolą. Może pan je oglądać, ile pan chce, ale od patrzenia mi nie ulży!

Nos Kate jakby się ocknął i poczuła nieprzyjemny zapach ropy, a potem jej zmysły zalały szpitalne wonie: środka dezynfekującego, płynu do podłóg i inny kliniczny odór, którego nie potrafiła dokładnie rozpoznać. Podskoczyła, gdy kobieta zawołała:

- Chryste! Następnym razem proszę mnie ostrzec!

- Proszę się uspokoić. Doktor zaraz skończy - powiedziała pielęgniarka śpiewnym głosem.

- Niech mi pani nie każe się uspokajać!

- W porządku. Już zrobione - odezwał się doktor Harris.

- Błagam. Proszę mnie przykryć. Nawet powietrze zadaje mi ból - jęknęła rozpaczliwie pacjentka.

Kate usłyszała szelest i za moment wrócił doktor Harris, a za nim pielęgniarka z papierowym pojemnikiem z brudnymi opatrunkami. Przez szparę w zasłonie Kate dostrzegła siedzącą na łóżku drobną kobietę z rzadkimi brązowymi włosami i spoconą twarzą.

- Na czym skończyliśmy? - zapytał lekarz, podchodząc do łóżka.

Pielęgniarka wyszła z pokoju. Powietrze przesycał tak silny zapach ropy i infekcji, że łzawiły od niego oczy. Kate z trudem przełknęła ślinę, gdy doktor wyciągnął z kieszeni małą latarkę i skierował światło w jej oczy. Wydawało się, że dochodzi aż na tyły czaszki. Gdy skończył, schował przyrząd do kieszeni.

- Ma pani początki infekcji, zapalenia płuc, co jest typowe po przedostaniu się do nich wody. Podajemy pani dożylnie bardzo silne antybiotyki i musimy monitorować pani stan przez kilka dni. - Wskazał na ekran, do którego była podłączona.

Kate nadal widziała przed oczami złoty blask latarki.

- Jak się tu znalazłam? - zapytała, nagle przypominając sobie prąd morski, który wciągnął ją w głębinę. - I gdzie właściwie jestem?

- Ach, zdaje się, że wyciągnęli panią surferzy - odpowiedział, ponownie zaglądając do karty. - Chyba wezwali ratowników.

- Jakich ratowników?

- Wodnych.

Kate poczuła napływ zażenowania.

- Kim byli ci surferzy?

- Przykro mi, nie wiem. Ale miała pani ogromne szczęście.

Dostrzegła swój telefon komórkowy na szafce obok pudełka chusteczek i butelek z wodą. Lekarz podążył za jej wzrokiem.

- Pani syn przyszedł, gdy była pani nieprzytomna.

- Jake tu jest? Przyleciał?

Doktor Harris się zawahał.

- Nie jestem pewien. Był tu jakiś pan o imieniu Tristan, czy to nie pani syn?

- To mój partner biznesowy - odparła Kate. - Czy mój syn wie, że nic mi nie jest?

- Jestem pewien, że personel skontaktował się z pani najbliższymi. - Doktor Harris ponownie spojrzał na kartę pacjentki. - Widzę, że jest pani prywatnym detektywem. To mój pierwszy taki przypadek. Nigdy wcześniej nie leczyłem prywatnego detektywa. - Spojrzał na nią z uśmiechem. - Za kilka godzin ponownie sprawdzę, jak się pani czuje. Wszystko jest w porządku, ale nie należy lekceważyć zapalenia płuc. Może szybko stać się groźne.

Kate ogarnęły silne emocje. Po policzkach spływały jej gorące łzy, a potem, bez ostrzeżenia, poczuła ogromną strugę śluzu ściekającą po brodzie. Doktor Harris podał jej pudełko chusteczek, wzięła jedną i przyłożyła do twarzy. Lekarz niezręcznie kiwnął głową i wyszedł z sali. Kate sięgnęła po kolejną chusteczkę, ale ogarnęły ją zawroty głowy i mdłości. Położyła się, dysząc i pocąc się, po czym utkwiła wzrok w suficie. Codziennie pływała w morzu. Co się stało? Jak mogła być tak głupia, by dać się porwać prądowi wstecznemu?

3

Był gwarny piątkowy wieczór. Nadmorska część Ashdean roiła się od hałaśliwych nastolatków w drodze na imprezy. Tristan siedział w samochodzie przy promenadzie przed swoim mieszkaniem. Czuł ogromne zmęczenie. Nie spał od ponad dwóch dni i nie miał siły, aby wysiąść i przejść przez chodnik do drzwi swojego domu. Przez chwilę obserwował diabelski młyn przy molo. Na środku migał duży ekran, na którym wirowały psychodeliczne wzory, przypominające obłąkane oko z kreskówki. Obraz stawał się coraz bardziej zamazany, aż Tristanowi opadły powieki.

Przybył pod dom Kate w momencie, gdy była już na noszach, i przez długie, przerażające dwie minuty obserwował, jak ratownicy medyczni walczą o przywrócenie pracy jej serca.

Tristan i Kate zaprzyjaźnili się podczas siedmiu lat wspólnej pracy. Najpierw zatrudniła go jako asystenta naukowego na uniwersytecie, gdzie wykładała kryminologię, a następnie stał się jej partnerem w ich wciąż rozwijającej się agencji detektywistycznej. Spędził cały dzień w szpitalu i przekazał matce Kate, Glendzie, dobrą wiadomość, że Kate przeniesiono z intensywnej terapii i jej stan jest stabilny. Teraz adrenalina, która pozwalała mu funkcjonować przez cały dzień bez snu, opadła.

W okno samochodu uderzyło coś twardego i Tristan podskoczył, otwierając oczy. Obok przechodziła grupa nastolatków, wystrojonych na nocne harce w barach Ashdean. Jeden z chłopaków się zaśmiał, a następnie pokazał mu środkowy palec. Jego kumple parsknęli śmiechem i wszyscy ruszyli dalej promenadą w kierunku molo. Tristan wziął telefon i wygramolił się z samochodu.

Kiedy otworzył drzwi swojego mieszkania, przywitała go siostra, Sarah, kładąc palec na ustach.

- Właśnie uśpiłam Leo - powiedziała przesadnie teatralnym szeptem.

Tristan poszedł za nią do salonu, wypełnionego ułożonymi w stosy ubrankami i pieluchami. Mąż siostry, Gary, remontował ich nowy dom, więc Sarah z dziewięciomiesięcznym dzieckiem wprowadzili się do Tristana na kilka dni. Mężczyzna zauważył filiżankę herbaty ziołowej i czytnik Kindle na stoliku.

- Nie włączam telewizora, bo ściany są jak z tektury. Zapomniałam, że słychać każdy dźwięk. Nie denerwuje cię to?

- Już tego nie zauważam - odparł Tristan cicho.

Wszedł do pogrążonej w mroku kuchni, otworzył lodówkę i wyciągnął z niej piwo. Kiedy się odwrócił, Sarah stała w drzwiach. Pokój za nią był oświetlony, więc widział, że wszystko posprzątała i uporządkowała, tak jak wtedy, gdy mieszkali razem, zanim poznała Gary'ego.

- Jadłeś już, Tris? - wyszeptała.

Zajrzał ponownie do lodówki. Górną półkę wypełniały słoiczki z jedzeniem dla niemowląt.

- Jeszcze nie.

- Myślałam, że już jadłeś. Dlatego zamknęłam kuchnię. - Sarah się skrzywiła.

Zegar tykał głośno. Tristan miał coś odpowiedzieć, ale nagle usłyszeli, jak sąsiad trzaska drzwiami u siebie w mieszkaniu. Nie był to głośny huk, lecz chwilę później z góry dobiegł ich płacz Leo.

- Do jasnej cholery! - syknęła Sarah. - Dopiero co go uśpiłam!

Stąpając ciężko, wściekła weszła na górę. Tristan westchnął, otworzył zamrażarkę i wyciągnął paczkę gofrów ziemniaczanych. Włożył cztery do tostera i poszedł z piwem do salonu.

Kilka minut później Sarah zeszła na dół z płaczącym dzieckiem w ramionach. Jego twarz była czerwona jak burak. Tristan odstawił piwo i wyciągnął ręce, a Sarah podała mu dziecko.

Usiadł na sofie i huśtał chłopca na kolanach.

- Co się stało naszemu maluchowi? - zapytał, przyglądając mu się i robiąc śmieszną minę.

Leo nagle przestał płakać i spojrzał na niego z uwagą, a potem na jego czerwonej buzi pojawił się szeroki uśmiech. Wydał ostatni jęk, czknął i zaczął bawić się materiałem swojej koszulki. Przesuwał małymi paluszkami po tatuażach na przedramionach wujka i czarnym wzorze na jego lewym tricepsie.

- Przy tobie zawsze jest taki spokojny, Tris - powiedziała Sarah.

W kuchni zaszczękał toster.

- One wyczuwają nasze emocje, ogólnie rzecz biorąc - odparł szybko.

- Ja po prostu boję się, że zrobię coś źle. - Sarah wyciągnęła palec, a Leo go chwycił.

Tristan spojrzał na jej zmęczoną twarz. Zanim urodziła synka, była dwukrotnie w ciąży, ale straciła je w trzecim i czwartym miesiącu. Trzecia była stresująca i pełna komplikacji, a teraz, dziewięć miesięcy później, Sarah wciąż się zamartwiała, że może popełnić jakiś błąd.

- Najtrudniejsze już za tobą: urodziłaś go. I to takiego idealnego malucha. Prawdziwy unikat. Prawda, Leo?

- Nie przestaje płakać. Ciągle płacze. Lekarz mówi, że wszystko jest w porządku, ale...

- Sarah. Dzieci płaczą, psy robią kupy, woda jest mokra i świat się kręci.

Zamilkła, a potem skinęła głową.

- Tak. Wiem.

- Wiesz, co jeszcze robią ludzie?

- Co?

- Jedzą. Moje gofry ziemniaczane właśnie się upiekły. - Uśmiechnął się, wskazując głową w stronę drzwi do kuchni.

Sarah parsknęła śmiechem i przewróciła oczami.

- Chcesz do nich brązowy sos?

- O tak! - odparł Tristan.

Zjadł posiłek, trzymając śpiącego niemowlaka na ramieniu, i opowiedział jej o swoim dniu oraz o tym, co spotkało Kate. Sarah słuchała z powagą.

- Ma szczęście, że ktoś był w wodzie. Cieszę się, że nic jej nie jest - powiedziała.

- Naprawdę? - zapytał, unosząc brew.

Sarah nigdy nie lubiła Kate i przy każdej możliwej okazji komentowała jej zachowanie. Teraz jednak miała oburzony wyraz twarzy.

- Może nie jestem jej największą fanką, ale nie życzyłabym jej śmierci.

- To miło z twojej strony.

- Chociaż czy nie mówiłam zawsze, że pływanie w tamtym miejscu jest niebezpieczne? Czy ona zabiera ze sobą porządną boję? Taką, jaką miała Pamela Anderson w Słonecznym patrolu?

- Nigdy nie przepadałem za Pamelą Anderson. - Tristan pochylił się ze śpiącym maluchem na ramieniu, aby odstawić pusty talerz.

- Jestem pewna, że gdyby Kate miała taką czerwoną deskę, nie znalazłaby się w niebezpieczeństwie - zauważyła Sarah.

- Kate świetnie pływa.

- Tak, ale ile ona ma lat? Pięćdziesiąt?

- Czterdzieści siedem.

- Naprawdę? Wygląda starzej... Pewnie będziesz musiał przejąć jej obowiązki w agencji, skoro teraz nie może pracować. A co z kempingiem? To dla was najbardziej pracowity okres, zbliżają się wakacje. Czy Jake zamierza wrócić z uniwersytetu, aby pomóc?

Na szczęście Kate była również właścicielką kempingu naprzeciwko swojego domu - dochody z niego wykorzystywali do wspierania agencji w trudnych czasach.

- Nie. Mamy teraz kierownika. O ile mi wiadomo, Jake zamierza spędzić lato w Kalifornii.

Sarah uniosła brew.

- Jak to "o ile ci wiadomo"? Mówiłeś mu o Kate?

- Nie mam jego numeru. Rozmawiałam z mamą Kate i powiedziała, że da mu znać.

Sarah spojrzała na Leo.

- To kolejna z moich obaw: że Leo wyrośnie na osobę, która mnie znienawidzi - wyznała.

- Nie sądzę, żeby Jake nienawidził Kate.

- Ale mają skomplikowane relacje. Jego ojciec jest skazanym seryjnym mordercą. Kate straciła prawo do opieki nad nim, kiedy był mały, z powodu alkoholu.

- Mama Kate się nim opiekowała.

- Tak, ale Kate straciła prawo do opieki.

- Teraz Kate i Jake mają dobre relacje - powiedział Tristan.

- Naprawdę? Dlaczego zdecydował się studiować w Ameryce?

- Nie wiem, Sarah. Wiele osób studiuje za granicą.

Sarah pokiwała głową. Tristan zauważył, że siostra ma ochotę czepiać się Kate.

- Ile spraw prowadzicie obecnie?

- Jesteśmy zapracowani - skłamał.

Liczba spraw zawsze była powodem do zmartwień. Wydawało się, że nigdy nie było ich dostatecznie dużo. Rozważał powrót tej nocy, aby jeszcze raz spróbować zrobić zdjęcie Terrance'owi Trentowi, ale wiedział, że musi się wyspać.

Leo poruszył się, a ciepło małego ciała na ramieniu i delikatny zapach dziecka przypomniały Tristanowi, jak bardzo jest wyczerpany.

- Udało ci się pogodzić ze swoim przyjacielem Ade'em? - zapytała Sarah.

- Nie.

- Szkoda. Lubię go. To pewnie dziwne uczucie, gdy twój przyjaciel się upija, a potem próbuje cię poderwać.

Tristan skinął głową.

- Ma problemy z alkoholem i stresem pourazowym przez pracę w policji. Żal mi go.

- Jest znacznie starszy od ciebie. A ty jesteś poza jego zasięgiem.

- Sarah, to nieeleganckie.

- Jesteś dobrą partią. Powinieneś zobaczyć, ile osób się za tobą ogląda, kiedy wychodzimy. Chcę tylko, żebyś sobie kogoś znalazł, tak jak ja znalazłam Gary'ego.

- W tej chwili nie szukam nikogo.

- Och. Mogę cię o coś zapytać?

- O co ci chodzi? Odkąd wróciłem do domu, zasypujesz mnie pytaniami. Czuję się jak w teleturnieju. Chyba nie zamierzasz znowu umówić mnie na randkę, co? - dociekał Tristan, a na samą myśl o tym serce mu zamarło.

- Nie. Myślisz, że Leo odziedziczy nos Gary'ego?

Roześmiał się.

- Jest spora szansa, że tak.

Sarah się skrzywiła.

- Kocham wszystko w Garym z wyjątkiem tego.

- A twój może odziedziczyć? - zapytał Tristan.

- Mój będzie w porządku, ale ty masz piękny rzymski nos. Mam nadzieję, że geny ze strony naszej rodziny przeważą.

Tristan spojrzał na Leo i jego uroczy mały nosek. Chłopiec nadal spał głęboko na jego ramieniu.

- Myślę, że to loteria, ale tak czy inaczej, będzie przystojny.

Sarah pokiwała głową i się uśmiechnęła. Tristan delikatnie podał jej syna.

- Jeśli ten wywiad już się skończył, pójdę się położyć. Nie spałem prawie dwie doby.

- Nie martw się o Kate. Jest pod dobrą opieką w szpitalu - pocieszyła go Sarah.

Tristan skinął głową.

- Dziękuję.

- A, Tris?

- Tak?

- Możesz opuszczać deskę sedesową? Doprowadza mnie do szału, kiedy jest podniesiona.

Tristan zasalutował i poszedł na górę. Kiedy opadł na łóżko, usłyszał, jak Leo znów zaczyna płakać, ale z powodu wyczerpania prędko pogrążył się w głębokim śnie, bez marzeń sennych.

4

Kate obudziła się przez atak kaszlu, zdezorientowana. Wokół panował mrok rozpraszany słabym światłem. Nie mogła złapać oddechu. Chrząkała i dławiła się, aż w końcu udało jej się nabrać powietrza. Oparła się, dysząc, ze łzami w oczach i z nosem pełnym wydzieliny, po czym sięgnęła po chusteczkę. Próbowała oddychać równomiernie. Kiedy zamknęła oczy, poczuła zawroty głowy, jakby wirowała w morzu, przelotnie dostrzegając skały na dnie. Otworzyła oczy. Ekran obok jej łóżka migał różnymi kolorami, ukazując jej parametry życiowe. Kate skupiła na nich wzrok, aż przestały gwałtownie się zmieniać. Odchrząknęła i musiała splunąć do chusteczki.

- Wszystko w porządku, skarbie? - zapytał głos w ciemności.

Kate odwróciła się i dostrzegła sylwetkę starszej kobiety skulonej pod kołdrą. Jej drobna głowa lekko się uniosła.

- Tak.

- Nie brzmi to najlepiej.

- Przepraszam, jeśli cię obudziłam.

- Nie obudziłaś mnie, skarbie. Nie mogę zasnąć. Czemu tu jesteś?

Kate chwyciła się boków łóżka, wciąż czując kołysanie morza.

- Ja... - Trudno było jej przyznać się do tego, co się stało. - Prawie utonęłam. To żenujące.

- Dlaczego?

- Pływam codziennie.

- Na basenie?

- Nie. W morzu. Codziennie pływam w morzu.

Starsza pani poruszyła się pod kołdrą i zaklęła.

- Wszystko będzie dobrze. Słyszałam, jak doktor tak mówił.

Kate wyczuła nutę goryczy w jej głosie. Chciała zapytać sąsiadkę, co ją tu sprowadziło, ale starsza pani zmieniła temat.

- Widzisz to światło tam? - Wskazała dyżurkę pielęgniarek w korytarzu naprzeciwko, widoczną przez duże przeszklenie. Na wysokim pulpicie przy biurku stała lampa z zielonym kloszem. - Nie mogę przez nie spać. Poprosiłam pielęgniarkę, żeby przestawiła lampkę, ale nie chce. Co za suka.

Serce Kate zamarło, gdy usłyszała ten mocny komentarz, i żałowała, że między nimi nie ma już przesłony. Starsza pani nie czekała na reakcję.

- Zawsze szarpie, kiedy zmienia mi opatrunek. Ma w sobie coś z sadystki, w nieoczywisty, bardzo subtelny sposób - ciągnęła chrapliwym głosem.

Kate cieszyła się, że nie widzi jej twarzy. Opadła na łóżko i zmrużyła oczy, patrząc na ściany. Nigdzie nie było zegara, nie wiedziała też, gdzie jest jej telefon albo zegarek.

- Wiesz, która godzina?

- Tuż przed drugą.

- Dopiero? - Była całkowicie rozbudzona. Na myśl o godzinach pozostałych do wschodu poczuła strach.

- Ja nigdy nie mogę zasnąć.

- Od kiedy tu jesteś? - zapytała Kate.

- Tym razem? Od dwóch tygodni. Mam owrzodzenie nóg, przez co doszło do zakażenia krwi.

- Bardzo mi przykro.

- A tak przy okazji, jestem Jean.

- Kate. Miło mi. - Usłyszała szelest, kilka przekleństw, po czym Jean nacisnęła dzwonek przy łóżku.

Chwilę później do drzwi podeszła pielęgniarka, która wyglądała na dwadzieścia kilka lat.

- Wszystko w porządku? - zapytała rzeczowo.

- Czy może pani przesunąć tę lampkę na pulpicie? Błagam - poprosiła Jean.

Pielęgniarka westchnęła i spojrzała na zegarek przypięty do klapy uniformu.

- Pani Jean, już wcześniej mówiłam, że musimy mieć włączone światło. Musimy coś widzieć. Lampa ma klosz i ustawiamy najniższą moc. Czy zasłonić zasłony?

- Nie! Nie mogę spać w tak ciasnej przestrzeni. Nie wiem, dlaczego nie można zamontować rolet w tych oknach.

- Musimy was widzieć, aby zapewnić wam dobrą opiekę. - Pielęgniarka starała się mówić spokojnie, ale Kate domyślała się, że to nie pierwsza ich rozmowa tego typu.

- Czy pani czegoś potrzebuje, pani Kate? - dodała łagodniejszym tonem.

- Nie, dziękuję.

- W porządku. W razie czego jestem za drzwiami.

Pielęgniarka wyszła z pokoju i wróciła do biurka. Stał przy nim wysoki pulpit, więc kiedy pracowała przy komputerze, Kate widziała tylko czubek jej głowy.

- Nie jestem upierdliwa - powiedziała Jean, kiedy znów zostały same.

- Oczywiście, że nie - odparła Kate, myśląc coś zupełnie przeciwnego.

- Masz męża?

- Nie.

- A dzieci?

- Mam syna Jake'a. Jest na trzecim roku studiów w Kalifornii.

- Nigdy nie byłam w Ameryce. Nigdzie nie byłam. Kilka lat temu pojechałam do Francji za funta. Pamiętasz te reklamy z ostatnich stron gazet? Pojechałam do Calais. Było całkiem miło, pomijając Francuzów.

- Tak, Calais jest całkiem przyjemne.

Nastąpiła chwila ciszy. Kate zamknęła oczy.

- Słyszałam, jak lekarz mówił, że jesteś prywatną detektyw.

Kate się zawahała. Chciała po prostu spać.

- Tak. Zgadza się.

- Nigdy wcześniej nie spotkałam prywatnego detektywa. Myślałam, że to zawód dla mężczyzn. - Sposób, w jaki Jean wypowiedziała słowo "mężczyzn", podpowiadał, że jej doświadczenia z płcią przeciwną nie były dobre.

- Przeważnie tak jest - potwierdziła Kate.

- Rozwiązałaś wiele spraw?

- Kilka.

- Czy kiedykolwiek musiałaś znaleźć zaginioną osobę?

- Tak. Ostatnio młodą kobietę.

Jean przez moment milczała, po czym zapytała cicho:

- Znalazłaś ją?

- Tak.

- Tak? - powtórzyła Jean z nadzieją w głosie.

Kate westchnęła.

- Och. Nie żyła, prawda?

- Tak, nie żyła.