SCENA 8
Andy ma po szkole lekcję śpiewu, a mój brat nie odpisuje mi na
wiadomości. Co oznacza dla mnie podróż autobusem. Jedyny minus
nieposiadania prawa jazdy.
Do szkolnego plecaka wepchnęłam laptopa. Dawniej, w dniach, kiedy
mieszkałam u taty, nosiłam ze sobą neonową torbę, na tyle dużą, żeby
pomieściła ubrania na trzy dni. W tej chwili jednak nie muszę już wlec
prawie niczego. Mamy z Ryanem po dwa egzemplarze większości przyborów -
dwie ładowarki do telefonu, dwie szczoteczki do zębów, dwie szafy z ubraniami. A gitary w zasadzie nie wyjmuję z bagażnika samochodu Ryana.
Wszystko działa teraz bez zarzutu.
Kiedy rozlega się dzwonek, utykam za grupką f-boyów kopiących podręcznik
po korytarzu. Jestem więc potem zmuszona biec, żeby złapać autobus,
przez co tracę oddech. Oczywiście wsiadam jako ostatnia.
I akurat to Noah Kaplan zajmuje miejsce z przodu, siedzi odwrócony
plecami do okna. Rękę ma dziś na granatowym temblaku, przyciśniętą do
piersi. Zazwyczaj Noah jeździ autem. A nawet w czasach, kiedy jeszcze
nie jeździł, za nic nie usiadłby z przodu. Zdaje się, że pogruchotany
nadgarstek popsuł mu stylówkę. Nasze spojrzenia się spotykają, wita się
ze mną skinieniem głowy.
- Nie ma jak autobus - mówi.
- Nie ma - odpowiadam.
Usadawiam się za nim i rozplątuję słuchawki. W momencie, kiedy włączam
muzykę, Noah przenosi się na miejsce obok mnie.
- Anderson cię wystawił?
- Co? Nie...
- Wow. Naprawdę cię porzucił. - Noah kręci głową. - Skazał na autobusowe
piekło.
- Anderson mnie nie wystawił! Tylko...
- ...ma ważniejsze i lepsze rzeczy do roboty. Rozumiem. Czasem wyrastamy z przyjaźni, Mała Garfield.
- O matko, ty kretynie. - Wymierzam mu cios w ramię. - Ma lekcję śpiewu.
Noah posyła mi ten swój uśmiech ze zmarszczonym nosem i przysuwa się
odrobinę bliżej. Odstawiam pokazową scenę, w której odwracam się od
niego i wkładam słuchawki do uszu.
- Ale wiesz co? - mówi Noah.
Słowo daję, że ten chłopak nie potrafi wytrzymać bez gadania dwóch
sekund.
Odwraca dłonie wnętrzem do góry.
- Nie ogarniam, do czego służą lekcje śpiewu.
- Świetnie. Nie musisz.
- Czy to w ogóle działa? - pyta. - Gra na instrumencie, to rozumiem.
Uczysz się jakiejś umiejętności...
- A śpiewanie to niby co?
- No ale albo umiesz śpiewać, albo nie. Przecież w wyniku ćwiczeń nie
staniesz się Beyoncé.
- Nie, ale można trenować. - Odwracam się twarzą do niego. - Można
poprawić oddech, poszerzyć skalę...
- Ale po co? Jaki jest cel? Jasne, jeśli myślisz o Broadwayu czy czymś,
ale ostatecznie 99,9 procent ludzi śpiewa tylko pod prysznicem, więc...
- Mówisz poważnie? - wyrywam sobie z uszu słuchawki. - To tak jakbyś
pytał, po co grać w liceum w baseball, skoro nie zamierzasz wchodzić do
MLB.
Noah uśmiecha się szeroko.
- MLB?
- Główna liga?
- Tak, ale tak się nie mówi.
- Czemu nie? - krzyżuję ręce na piersi. - Mówi się NFL, NBA...
Noah wciąż kręci głową z rozbawieniem.
- MLB.
- Tak czy siak. - Rzucam mu spojrzenie z ukosa. - Dopóki nie zamierzasz
grać w lidze, nie masz prawa twierdzić, że lekcje śpiewu są bezcelowe.
- Dobra... - Noah kiwa głową, jakby to rozważał. - Ale wysłuchaj mnie.
Może granie w szkolny baseball nie ma nic wspólnego z samym baseballem.
Może chodzi tu, dajmy na to, o robienie wrażenia na laskach.
Wzruszam ramionami.
- Może laski są pod większym wrażeniem śpiewu niż baseballa.
Zerkam na jego temblak, czując nagłe wyrzuty sumienia. Może jestem zbyt
złośliwa. Jestem złośliwa? Czy niefajnie jest droczyć się z baseballistą
na temat baseballa, kiedy nie może w niego grać?
Autobus zatrzymuje się na rogu naszej ulicy, więc Noah wstaje i czeka na
mnie w przejściu.
- Hej. - Podnoszę na niego wzrok. - Przykro mi, że złamałeś sobie rękę.
- No cóż. - Uśmiecha się. - Życie sportowca. Wiesz, jak to jest.
- Wiem. - Sięgam po jego plecak. - Mogę ci go zabrać.
Śmieje się.
- Mała Garfield, nie będziesz nosiła mi plecaka.
- Sądzisz, że nie poradzę sobie z dwoma? - Wysiadam za nim z autobusu i ruszam obok niego. - Poradziłabym sobie z dziesięcioma. Nawet nie wiesz,
do czego jestem zdolna.
SCENA 9
Okazuje się, że Ryan jest w domu. Tata też - kiedy tylko może, wychodzi
w środy wcześniej z pracy. Jest prawnikiem, ale nie takim, który pozywa
ludzi. Zajmuje się prawem rodzinnym, jak rozwody, opieka nad dziećmi i alimenty. Dziedzina, na której doskonale zna się adwokat Neil Garfield,
sam rozwiedziony, dzielący opiekę nad dziećmi i płacący alimenty.
- Hejka, Kluseczko.
Tak, mam szesnaście lat, a ojciec nazywa mnie Kluseczką. Ponoć tak
właśnie wyglądałam sześciotygodniowa ja w powijakach. Jak kluseczka.
Do kuchni wpadają psy, więc Ryan musiał po szkole odebrać je od mamy.
Charles jest tak podekscytowany, że aż się cały trzęsie. Myślę, że mamy
żółty stopień zagrożenia, że posika się na podłogę.
Tata podnosi go jedną ręką i pozwala lizać się po brodzie tak długo, że
aż traci to urok. A potem drugą ręką robi Camilli dogłębny masaż
miednicy. Teraz Camilla tak bardzo podstawia się pod drapanie po tyłku,
że wygięła się w znak zapytania, a tata ma całą szyję zaślinioną przez
jamnika. Sytuacja na poziomie.
- I jak poszło?
Tata odstawia Karola delikatnie na parkiet.
- Jak poszło co?
- Przesłuchanie. Do musicalu.
- Nie było jeszcze przesłuchania. Dopiero w przyszły czwartek.
Tata nie jest mistrzem szczegółu. W tej kwestii stanowi przeciwieństwo
mamy. Ale to do niego jestem fizycznie podobna. Ryan też. Tak wszyscy
twierdzą. Nie w kwestii włosów, bo prawie wyłysiał, chociaż zdjęcia
dowodzą, że na studiach miał taką chyrę jak Ryan i ja. Ma jednak pełne
policzki i piwne oczy, i usta w kształcie serca.
Zostawiam tatę i psy i ruszam na górę do pokoju brata. Ryan otrzymuje
jedno ostrzegawcze puknięcie, po którym otwieram drzwi, ale wiem już
dobrze, żeby nie czekać na zaproszenie. Chroniczny z niego olewacz
pukania.
Siedzi rozparty w fotelu gamingowym, z padem do Xboxa w dłoniach i słuchawkami, które babcia kupiła mu na zeszłe Chanuka. Pokój Ryana to
prawdziwa kraina chłopięcych marzeń, mimo że wystrój nie zmienił się tu
od czasów szkoły podstawowej: ściany pokryte farbą tablicową i oprawionymi koszulkami sportowców, kalkomanią z logo Atlanta Falcons i gigantycznym Bulbasaurem z neonu. Nie panuje tu jednak bałagan. Nigdy.
Słowo daję, że Ryan jest jeszcze większym pedantem niż Anderson. U mamy
w jego pokoju stoją dwa łóżka i chociaż śpi tylko na jednym, to zawsze
ścieli oba. Jeśli w przyszłym roku zostanie na studia w okolicy, to
pewnie będzie wpadał codziennie do domu tylko po to, żeby zmienić
nieużywaną pościel.
Kiedy wchodzę do środka, otwiera oczy i zsuwa słuchawki, wpatrując się
we mnie z wyczekującą miną pod tytułem: "Czego chcesz?". Jakby nie mógł
uwierzyć w świat, w którym siostra może wpaść do pokoju brata bez
ukrytych motywów. Obraźliwe. I słuszne.
- Potrzebuję twoich kluczyków.
Wyciąga je z kieszeni i rzuca, co jest chyba dobrą stroną braku prawa
jazdy. Łatwo mu powierzyć mi kluczyki, skoro doskonale zdaje sobie
sprawę, że nie zabiorę mu samochodu.
- Dzięki, Ry - mówię, ale ma już z powrotem słuchawki na uszach.
Przez chwilę go obserwuję. Ryan nigdy nie podśpiewuje do piosenek, ani
nawet nie recytuje bezgłośnie tekstu, ale jego usta zawsze drgają, jakby
miał na to ochotę. Potrafi śpiewać - tylko już tego nie robi, nawet
wysoce ironicznym falsetem, używanym przez niektórych chłopaków na
Snapchacie albo TikToku. Tej właśnie jednej rzeczy nie rozumiem u heteroseksualnych chłopaków - dobra, tej jednej pośród bardzo wielu
innych. Ale poważnie. Czemu niektórzy są tak przeciwni demonstrowaniu
swojego głosu? Skoro stawiają sobie za cel podrywanie dziewczyn, to czy
nie powinni się w pełni w to zaangażować? Nawet sportsmenkom miękną
serca na widok chłopców, którzy potrafią śpiewać. To prawdziwa
romantyczna supermoc, a oni z niej nie korzystają.
Tyle że Ryan należy do tych chłopaków, którzy w zasadzie się z nikim nie
spotykają, mimo że ma rozczochrane kasztanowe włosy, długie rzęsy i jest
obiektywnie ponadprzeciętnie uroczy. Andy nazywa go cudownym
marnotrawstwem. Ale Ryan jest dość nieśmiały i chociaż bez wątpienia
lubi dziewczyny, to ma do nich wybitnie dziwaczny stosunek. Nie żeby to
był temat, który mielibyśmy ochotę poruszać. KIEDYKOLWIEK.
Trudno wytłumaczyć moje relacje z Ryanem.
Prawdę mówiąc, sama ich nie rozumiem. Mogłabym przysiąc, że czasami nikt
nie rozumie mnie lepiej niż on. Kiedy na przykład rodzice zachowują się
jak dziwolągi, a my odbywamy całą rozmowę samymi spojrzeniami. Albo
kiedy pewne sformułowania czy słowa wywołują w nas dokładnie tę samą
reakcję.
Jednak kiedy indziej Ryan wraca po kryjomu po nocy z jakiejś imprezy
f-składu albo na korytarzu szkolnym wita się żółwikiem z Jackiem
Randallem, a ja czuję ucisk w piersi. Czasem się chyba zastanawiam, czy
gdybyśmy nie byli rodzeństwem, to w ogóle byśmy ze sobą rozmawiali.
Dawniej byliśmy nierozłączni. Dzieli nas zaledwie osiemnaście miesięcy.
Mama nazywa nas irlandzkimi bliźniakami, choć nie jesteśmy
Irlandczykami, a półtora roku zdecydowanie wykracza poza irlandzki
zakres. Ryan kończy w przyszłym miesiącu osiemnaście lat, a ja w marcu
siedemnaście. Dawniej bawiliśmy się klockami, kartami Pokémon i grywaliśmy w Pokémon Rumble Blast, a dwa lata z rzędu przebieraliśmy się
na Halloween za Asha Ketchuma i Pikachu. I dobra, nie chcę nikogo
pokazywać palcem ani oskarżać o obsesję na punkcie Pokémonów, ale tylko
jedno z rodzeństwa Garfieldów ma wciąż na ścianie neonowego Bulbasaura.
Tak tylko mówię.
Nieważne. Przynajmniej mam jego kluczyki.
Ruszam na dół, przez kuchnię, w której psiaki drzemią na podłodze. W bagażniku czeka na mnie gitara. Obok rękawicy i kilku piłeczek
baseballowych. Dźwigam pokrowiec za uchwyt i przytulam instrument do
piersi.
Kocham tę głupią gitarę. Należała kiedyś do mamy, ale Ryan uratował ją
parę lat temu z piwnicy. Nigdy nie nauczył się na niej grać - pozował z nią tylko często na Instagramie. Hashtag #jamsession. Nie pozwalam mu o tym zapomnieć. Gdybym to zrobiła, nie mogłabym nazywać się jego siostrą.
Żeby jednak oddać mu sprawiedliwość, to dzięki Ryanowi w ogóle zaczęłam
grać na gitarze. Po tym, co wydarzyło się z Erikiem, sądziłam, że na
zawsze zakończyłam swoją przygodę z muzyką.
SCENA 10
Eric Graves. Największy dupek. Najbardziej gówniany dzień. Nawet teraz
na samą myśl robi mi się niedobrze. Ale wspomnienie pozostało na zawsze.
Od tego to wszystko się chyba zaczęło.
No więc proszę bardzo.
Dawno temu, w ósmej klasie, królowa Kate Naiwna zakochała się w Sir
Ptasimmóżdżku Fuckpotworze Eriku Skunksie, f-boyu level 69.
Trudno to wyjaśnić. Tak, był przystojny. Ale od początku dało się
zauważyć wyraźne sygnały ostrzegawcze. Po pierwsze, Anderson nie
podzielał mojej fascynacji. Nieważne, ile razy opowiadałam, jak to Eric
przytrzymał mi raz drzwi. Anderson był nieporuszony - jego przekonanie o fuckpotwornym skunksim ptasim móżdżku Erica pozostawało niezachwiane.
To było przeciwieństwo wspólnego zauroczenia.
Ale ja z ósmej klasy nie przejmowałam się tym, co Anderson myślał o Ericu.
Pozwalałam, żeby mój zauroczony mózg bujał w obłokach. Wypisywałam imię
Erica w zeszytach. Pozorowałam przypadkowe spotkania na korytarzu. Na
wiedzy o społeczeństwie wpatrywałam się w tył jego głowy tak długo, że
znałam na pamięć układ piegów na jego karku. A wieczorami miałam jeszcze
większego bzika na punkcie romansów niż zwykle. Jakby to było jakieś
uzależnienie. Niemal co tydzień szprycowałam się Do wszystkich
chłopców, których kochałam. Wciągnęłam wszystkie komedie romantyczne
dla nastolatków dostępne w bibliotece. A potem ekipa odkryła Ellę
zaklętą, którą oglądałam z taką częstotliwością przez tyle miesięcy, że
tata potrafił ją cytować. Oczywiście znałam na pamięć Somebody to Love
Queen i umiałam zaśpiewać ją, jak Anne Hathaway w filmie. Identycznie.
Każdą modulację, każdą pauzę, każdą choćby minimalną zmianę dynamiki.
Nawet król Anderson Perfekcjonista był pod wrażeniem.
Oto, jak bardzo czułam się z siebie zadowolona: zaśpiewałam ją mamie.
Była zachwycona. Zachowywała się, jakbym wykonała solówkę w Kennedy
Center. Zerwała się z kanapy z głośnym aplauzem i okrzykami brawo,
brawo. Miała najprawdziwsze łzy w oczach. Przez wiele tygodni słyszałam
potem, jak chwali się przed swoimi koleżankami po fachu moimi
wyrazistymi spółgłoskami, prezencją czy tym, jak bardzo wydoroślał mój
głos.
Powinnam więc była przewidzieć nadciągającą kwestię wieczoru talentów.
Temat nie należał do nowych. Mama od szóstej klasy usiłowała namówić nas
na wzięcie udziału w wieczorze talentów. "Tak bardzo uwielbiacie
musicale. Czemu, na litość, tak się wstydzicie występu w wieczorze
talentów?"
Nie umiałam tego nigdy dokładnie wyjaśnić. Może chodziło o kontekst?
Kiedy śpiewa się w musicalu, jest się postacią. Ma się scenariusz.
Opowiada się historię. Ma się reżysera.
Podczas wieczoru talentów jest się sobą.
Kiedy jednak mama chce, żebyśmy coś zrobili, potrafi przeć do przodu
niczym buldożer. I chyba ubzdurała sobie, że powinnam zagrać Ellę.
Dobrze, może niezupełnie o to chodziło.
Chciała, żebym zagrała tę rolę, owszem. I z początku odmówiłam. Ale
potem wyobraziłam sobie Erica Gravesa na widowni, wpatrującego się we
mnie jak w transie. Siedziałby w pierwszym rzędzie. I myślał, jakim
cudem nigdy dotąd nie zwrócił uwagi na Kate Garfield.
Wierutne i mało oryginalne bzdury.
Chyba uległam naciskom buldożera.
W tamtych czasach nosiłam tak długie włosy, że godzinę zajmowało ich
wysuszenie i wyprostowanie. Ubierałam się też jak Ella - a przynajmniej
jej podrzędna marketowa wersja: biała bluzka typu chłopka, długa
niebieska spódnica, szeroki pasek. Pokaz talentów to tylko jeden
wieczór, zawsze piątkowy. Ale próbę generalną robiliśmy wszyscy razem w ciągu dnia. Byłam takim kłębkiem nerwów, że mama musiała dwukrotnie
zagrać mi pierwsze takty. Z początku głos mi drżał, ale zamknęłam oczy i śpiewałam dalej.
A potem piosenka zrobiła to, co robią piosenki. Przejęła nade mną
kontrolę. Wysadziła mnie z fotela kierowcy. Byłam Freddiem Mercurym i Ellą, a nawet Rachel z Glee i nigdy w życiu nie czułam się taka
piękna. Otwarłam oczy po pierwszym refrenie i zobaczyłam Erica. W środku
pierwszego rzędu. Światła na widowni były wygaszone, więc nie mogłam
dostrzec wyrazu jego twarzy. Ale nie spał, nie szeptał ani nawet nie
pisał esemesów, w odróżnieniu od siedzącej obok niego Miry Reynolds. Był
skupiony. A kiedy skończyłam, zaczął klaskać i gwizdać.
Omal nie udławiłam się z radości.
Przez resztę dnia unosiłam się nad ziemią, czując ciche zwycięstwo. Nie
pisnęłam ani słowem reszcie ekipy. Ale wyobrażałam sobie Erica, jak
wraca do swojej klasy i usiłuje wyjaśnić, czego doświadczył,
przyjaciołom. "Jej głos. Chyba się w niej zakochuję".
Liczyłam, że do mnie napisze. Nie, żebyśmy do siebie pisywali. Ale może
znał kogoś, kto znał kogoś, kto znał kogoś, kto miał mój numer. Może
mógł go poszukać. Może zacząłby śledzić mnie na Instagramie. Zabawne -
prawie nic nie pamiętam z samego występu. Pamiętam tylko, że byłam za
kulisami i co chwilę zaglądałam w telefon.
Nic, nic, nic.
Ale gdy tylko dotarłam do domu, brat poszedł za mną prosto do pokoju,
stąd wiedziałam, że coś się stało. Podał mi swój telefon, otwarty już na
instaprofilu Miry.
I zobaczyłam siebie.
Trzynastoletnią, w wyłażącej ze spódnicy bluzce i z odgiętymi z boku
włosami, czego wcześniej nie zauważyłam. Najgorsze z możliwych ujęć - od
dołu, przez co wyglądałam jak stojący przed kamerą żywy mem. Mój
skrupulatnie modulowany głos Elli był wysoki jak u sześciolatka,
samogłoski okrągłe jak u chórzystki, a spółgłoski przesadnie
wyartykułowane.
Filmik już miał trzydzieści dwa komentarze.
ups lol
widziałam na żywo, mocne wow [100 podkreślona - grafika]
PADŁEM
czy to siostra Ryana garfielda???
co się dzieje z jej twarzą w 32 sec? haha
ale obciach, nie mogę na to patrzeć
- Nie czytaj ich - powiedział Ryan, wyrywając mi telefon.
Ledwo byłam w stanie wydusić z siebie słowo.
- Miranda mnie nagrała?
Ryan pokazał mi podpis.
[font] Dziękuję e-kumplowi @sirEricGeneric za to dzieło kinematografii
Wszystko zamarło.
E-kumpel. Eric Graves.
- Olej, dobra? - Ryan poruszył się niepewnie obok mnie. - Tylko sto trzy
wyświetlenia.
- Widziały to sto trzy osoby?
Pamiętam, że z trudem łapałam oddech. Pamiętam, że się zastanawiałam,
czy da się zwymiotować własne serce.
- Nie jest wcale tak źle - powiedział Ryan.
Nie odpowiedziałam.
- No wiesz, przynajmniej twój głos brzmi...
- O, Boże, przestań już.
Ryan zamilkł.
Padłam na łóżko na plecy, z rękami skrzyżowanymi na piersi jak
nieboszczyk.
Następnego dnia ktoś założył nowe konto na Instagramie o nazwie Kate
Garfield Wokalistka. Składało się w całości z paskudnych stop-klatek z filmiku Erica. Kwadracik za kwadracikiem z moją otwartą szczęką,
wykrzywionymi ustami, półprzymkniętymi oczami. W opisie widniało
jedynie: "chyba umieram". Zaryczana wysłałam link ekipie.
"PIERDOLIĆ" - odpisała Raina. - "ZNISZCZĘ ICH. CHOLERA".
"Ale świństwo, kochana, tak mi przykro" - odpisała Brandie.
Anderson nie odpisał, bo już stał w moich drzwiach.
- Co za pierdolony potwór - powiedział.
Nawet się nie przywitał.
Otarłam oczy grzbietem dłoni.
- Które z nich?
- Eric. Mira. Oboje. Każdy pierdolony fuckboy, który śledzi tę stronę.
Było ich już siedemdziesięciu ośmiu. Co chwilę sprawdzałam. Niektóre
twarze rozpoznawałam z f-składu, ale innych nie znałam.
Na kanapie w salonie siedział Ryan, ale i tak opadłam na nią i spojrzałam na Andersona.
- Nigdy więcej nie będę śpiewała. W życiu.
Ryan nawet nie podniósł głowy znad telefonu.
Ale kiedy obudziłam się w niedzielę, zastałam opartą o drzwi pokoju
starą gitarę mamy.
Ryan leżał jeszcze w łóżku, ale już nie spał, tylko przeglądał
podręcznik. Nie wyglądał na zaskoczonego moim widokiem.
Złapałam się framugi.
- Wiesz, że nie umiem grać na gitarze, prawda?
- Prześlę ci tutorial.
Wyciągnął rękę w bok i ruchem fachowca odpiął komórkę od ładowarki.
Chwilę później zawibrował mój telefon.
Zerknęłam na niego, a potem znów wściekle na brata.
- Somebody to Love? - spytałam. - Taa, nie...
- To dobra piosenka. Nie pozwól, żeby banda gnojków ci ją zepsuła.
Wcisnęłam play. Filmik był bardzo prosty - jakiś koleś omawiał chwyty i pozycję palców na gitarze akustycznej. Coś jednak przemawiało do mnie w tym, jak dźwięki składały się w ciąg.
Nie mogłam oderwać oczu od ekranu.
- Dla kogo miałabym to niby zagrać?
- Co masz na myśli? - odparł Ryan, wzruszając ramionami. - Zagraj dla
siebie.
SCENA 11
Myślę, że mama przejawia tendencje autodestrukcyjne. Przyczyna zgonu:
kolacja szabasowa. Na stole rozłożyła przynajmniej z osiem wydrukowanych
przepisów i wszystko przygotowuje własnoręcznie. Nie wiem, czy zdaje
sobie sprawę, że mamy tylko jeden piekarnik. I że ona jest tylko jedna.
Nie muszę dodawać, że my, rodzina Garfieldów, nie należymy do
szabasowo-kolacyjnych Żydów.
- Katy, włóż minisuflety do prodiża. Możemy tak zrobić? Upieką się,
prawda?
Przebiegam wzrokiem po kuchni: pootwierane szafki, garnki na wszystkich
powierzchniach, policzki mamy upaprane mąką.
- Chwila, to ile osób przyjdzie?
- No... Mówiłaś, że Anderson jest zajęty, tak?
- Jeśli można tak nazwać siedzenie w domu i oglądanie Zaplątanych.
- Nie widział tego przypadkiem jakieś dwadzieścia razy?
- Dwadzieścia dwa.
Ale nie mnie oceniać. Sama zbliżam się do tej liczby. Tak się składa, że
Zaplątani to najlepszy film w historii. Ma taką atmosferę jak Ella
zaklęta, ale bez dziwnego elementu f-boya. No i jest Flynn Rider -
animowany rozczochrany przemądrzały drań moich marzeń.
- W takim razie my - mówi mama - Ryan i Ellen, która przyprowadzi
swojego syna.
- Czyli... pięć osób.
- Mhm. Polubisz syna Ellen. Zjedliśmy razem kolację, kiedy byliście u ojca. Jest uroczy. Wygląda zupełnie jak jego tata, a powiem ci, że Paul
jest przystojny. Kompletny dupek, ale przystojny. - Mama zaciska usta. -
Bardzo konserwatywny. Dorastał w Mentone, niedaleko obozu. Ale wyrósł na
jednego z tych typowych republikanów. Bardzo przykre.
- Jeździł z wami na obozy?
- O nie, był miejscowy, no i oczywiście o to tu też chodziło. Ellen
uważała, że snobistycznie podchodzę do tego, że Paul mieszka w miasteczku, ale nie to mi przeszkadzało. Ani trochę. Nie podobało mi
się, jak się do niej zwracał. Strasznie protekcjonalnie. Sama nie wiem,
to wszystko wydaje mi się teraz durne. Wyobrażasz sobie: stracić
najlepszą przyjaciółkę z powodu takiego chłopaka? Co za fart, że mamy
Facebooka. W przeciwnym razie nigdy nie odzyskałybyśmy z Ellen kontaktu.
Nigdy bym się nie dowiedziała, że wróciła do Georgii.
Co za fart, że mamy Facebooka. Takiego sformułowania nie użyłby nikt
poniżej czterdziestki.
- Jakby czas stanął w miejscu. Niezwykłe. To możliwe tylko między
starymi przyjaciółmi. A jej syn, Matthew, jest naprawdę cudowny.
Wszystkie komórki w moim ciele zamarły.
- Matthew?
No dobra, ten pisk, który właśnie usłyszeliście? To mój głos, który
przeskoczył o całą, kurwa, oktawę.
Mama jak zwykle niczego nie zauważyła.
- Jest taki kochany. Opowiadał mi historię o...
Głęboki wdech.
- Nazywa się Matt Olsson?
- A, tak! Zapomniałam, że chodzi do ostatniej klasy. Mogliście spotkać
go w szkole. Jest...
- Przyjdzie tu Matt Olsson? - Tak mocno chwyciłam oparcie krzesła, że
palce mi pobielały. - Dziś wieczorem?
- Za chwileczkę. - Mama wypuszcza powietrze, zerkając na piekarnik. -
Oj, nie jest dobrze.
- Pomogę. Przepraszam. Daj mi tylko... sekundkę.
Już zdążyłam otworzyć czat z Andersonem.
"CZERWONY ALERT CZERWONY ALERT [grafika] Ellen, przyjaciółka mojej
mamy. TO MAMA MATTA"
"MATT TU PRZYJDZIE"
"COLA MATT"
"PRZYJDZIE"
"DZIŚ WIECZOREM [grafika]"
- Kate! Możesz postawić wodę na stole? Gdzie się podziewa twój brat?
Odkładam telefon.
- Z lodem czy bez?
Rozlega się dzwonek.
- Cholera jasna - mówi mama.
Rusza prosto do drzwi, wciąż w fartuchu, wciąż z mąką na twarzy, a kiedy
ją doganiam, już ściska w progu Ellen.
Ellen, prawdę mówiąc, wygląda jak klon mojej mamy. Są nawet do siebie
podobne - brązowe włosy, duże brązowe oczy i taka sama hiperruchliwa,
ekspresyjna mimika. Na mój widok Ellen wydaje z siebie okrzyk.
- Czy to Kate? O, kochanie. Wyglądasz dokładnie tak jak na zdjęciach z Facebooka.
- O. A. Dziękuję?
- Te cudne policzki. Mój Boże, Maggie. Twoja dziewczynka. A to mój syn,
Matthew. Matthew, Kate chodzi do trzeciej klasy...
- Poznaliśmy się - mówi Matt z uśmiechem. - Cześć, Kate.
Ten głos. Wypowiadający moje imię.
Matki, dom, suflety, wszystko. Wszystko znika.
SCENA 12
Mama zostawia minisuflety i panierowane skrzydełka z kurczaka, a pozostałe przepisy wyrzuca - dodaje natomiast do menu bukiet warzyw i mrożoną pizzę. To wybitnie niekoszerna kolacja szabasowa. Kuchnia,
oprócz połyskującej, świeżo zmytej mopem podłogi, stała się strefą
klęski żywiołowej. I raz w życiu za mopa nie posłużył jęzor Camilli.
Gościnność rodziny Garfieldów w szczytowej formie.
Mama otwiera butelkę wina, którą przyniosła Ellen, i wyciąga świece, i właśnie mamy je zapalić, kiedy ze skrzypnięciem otwierają się drzwi
wejściowe.
- Haaalooo?
- To pewnie panowie do towarzystwa, których zatrudniłam - mówi mama i zaczynają z Ellen chichotać.
Na ułamek sekundy spojrzenia moje i Ryana się spotykają.
- Mamo, przestań - mówi kategorycznie.
A ja sobie tylko siedzę i zachwycam się tym, że mama powiedziała
"panowie do towarzystwa". Przy Matcie. Wiecie, co jest naprawdę ekstra?
Kiedy twoja mama i mama chłopaka, który ci się podoba, rozmawiają o panach do towarzystwa.
Tak czy inaczej to nie oni. Tylko Anderson.
- Heeej. - Zagląda do jadalni. - Spóźniłem się?
- O, jasne, że nie, skarbie. Ellen, to Anderson Walker, nasz sąsiad.
Najlepszy przyjaciel Kate. No proszę, przystojniaku. Świetna mucha.
Anderson, ty gwiazdorze jeden. Ten chłopak przebrał się w świeżą koszulę
i muchę i wparadował tu na kolację.
- Dostałem twoją wiadomość - mówi Andy, rzucając mi znaczące spojrzenie.
- Widzę.
No dobra. Cieszę się, że tu jest i tak dalej, ale czy możemy zwrócić
uwagę, że rezygnuje z Roszpunki i Flynna na rzecz Matta? Bo z całą
pewnością nie zamierzał rezygnować z nich dla mnie. I, jasne, rozumiem.
Tylko że to obraźliwe.
- Miło mi cię poznać, Andersonie - mówi Ellen. - Mam wrażenie, jakbym
spotkała Maggie i Ellen drugiej generacji.
Omal nie zakrztusiłam się wodą.
Chwila. Andy i ja nie jesteśmy następcami mamy i Ellen. Ich relacje to
przeciwieństwo wymarzonej przyjaźni. Nie rozmawiały ze sobą przez dwie
dekady. A może i dłużej. Przykro mi, ale na myśl o poznaniu dzieci
Andy'ego, kiedy już będą nastolatkami, mam ochotę zwinąć się w kulkę i rozpłakać. A jeśli kiedykolwiek powiem jego dzieciakom, że wyglądają
zupełnie jak na zdjęciach z Facebooka, to błagam, dobijcie mnie.
Nakrywamy dla Andy'ego na szczycie stołu, tak że Matta ma bezpośrednio
po prawej. Chichoczą więc właśnie z powodu czegoś, co wydarzyło się na
zajęciach teatralnych dzisiaj rano. Ponoć Noah Kaplan miał udawać mima.
Nie rozumiem, co w tym śmiesznego, ale Matt i Andy sądzą chyba, że to
szczyt komizmu. To pewnie jedna z tych sytuacji, które trzeba było
widzieć na żywo. Ryan, rzecz jasna, nawet nie udaje, że jest
zainteresowany - tylko przewija coś w telefonie.
Tymczasem Ellen i mama narzekają w zasadzie na tatę Matta.
- Chciał mu kupić wiatrówkę. Dasz wiarę? Matthew miał sześć lat.
Powiedziałam: "W życiu. Nie pod moim dachem".
- O, Boże. Tak. Nie, no jasne. Strasznie mnie to wkurza. Te wszystkie
hiperrealistyczne pistolety zabawki. Nie znoszę ich. No i paintball! -
Mama weszła w tryb zagorzałej oracji na temat wyjścia ósmoklasistów na
paintballa, które co roku w lutym sponsoruje sekcja sportowa. - Zawsze
mówię Ryanowi i Kate "nie". Zero zgody. Ani w domu. Ani na obozie...
- A, racja! - Ellen zwraca się do mnie. - Matthew mówi, że pracowaliście
razem w te wakacje na obozie. Co za niezwykły zbieg okoliczności!
- Wiem. - Uśmiecham się, ale zerkam na chłopców.
Anderson opowiada jakąś historię, stukając palcem w dłoń. Ryan wpatruje
się w przestrzeń, ale Matt jest zasłuchany.
- My z twoją mamą uwielbiałyśmy grać na obozie w przedstawieniach. I dorastałyśmy tu razem. Chodziłyśmy do różnych szkół, ale brałyśmy razem
udział w kilku przedstawieniach w domu kultury.
Ni z tego, ni z owego Andy i Matt wybuchają śmiechem. Fantastycznie.
Bardzo się cieszę, że tak się zaje-kurwa-biście razem bawią.
Uf. Nie podoba mi się to uczucie. Nie wiem, skąd bierze się ten głosik w mojej głowie. Nie powinnam się czuć zazdrosna - sama zaprosiłam
Andersona. Dziś rano! Dosłownie dzisiaj! W jakim świecie wolałabym jego
nieobecność od obecności? To przecież Anderson. Może więc powinnam
skończyć z mściwymi spojrzeniami i się włączyć.
- Hej, macie ochotę...
Wybuch śmiechu Andy'ego i Matta. Pochłonął moje słowa.
- Nie masz pojęcia. - Anderson kręci głową. - I miał bzika na punkcie
Lansing. Żałuj, że nie widziałeś jego miny, kiedy Kate sądziła, że
Detroit jest stolicą...
- Chwileczkę - nachylam się. - Rozmawiacie o Alexandrze z obo...
- Pamiętasz, jak nie wolno było mówić na niego Alex? Wyłącznie Alexander
- mówi Andy.
- Mnie się to podobało - stwierdzam. - Urocze.
- Ale był niewiarygodnie seksowny - mówi Andy. - Chętnie bym go
zaobrączkował, to na pewno.
I proszę - maleńkie wklęśnięcie w policzku Andy'ego. Dołeczek
Nieśmiałości. Znam tę minę. Potrzebowałam paru lat, żeby zacząć
rozpoznawać ją na żywo, ale to była chwila, kiedy Andy się ujawniał.
Zerknął w bok i niemal czułam, jak wstrzymuje oddech w oczekiwaniu na
reakcję Matta.
- Żeby go zaobrączkować, musiałbyś przenieść się do Lansing - mówi Matt.
- Bez dwóch zdań.
Andy uśmiecha się szeroko.
- Słyszałem, że w Lansing jest niesamowicie.
- Zdaniem Alexandra - mówię.
- Oboje wiemy, że googlałaś to miasto jak szalona - mówi Andy. Odwraca
się do Matta: - Na marginesie, Kate była równie zakochana w tym kolesiu
co ja.
I oczywiście - jakżeby inaczej - słowa Andy'ego lądują centralnie w jednej z tych przypadkowych przerw w rozmowie.
Mama odwraca się do Andy'ego z nieskrywaną radością.
- Kate była zakochana?
Posyłam Andy'emu brutalnie mordercze spojrzenie.
Przygryza wargę.
- No, niezupełnie...
- Wiecie co? - Podnoszę się gwałtownie. - Muszę... po coś pójść.
- Pomogę ci. - Andy praktycznie zrywa się z krzesła. - Zaraz wracamy! -
woła przez ramię, zmierzając już w stronę mojego pokoju.
Zamykam za nami drzwi.
- Co to miało być?
- Katy, przepraszam! Prowadziła sobie tam własną rozmowę. Nie sądziłem...
- Zdajesz sobie sprawę, że nigdy o tym nie zapomni, prawda? Będę
słuchała na temat Alexandra z Michigan do końca życia. - Opadam na brzeg
łóżka.
- Nie sądzisz, że przesadzasz? Tak trochę? - Siada koło mnie i obejmuje
mnie ramieniem.
- Nie! - Opieram mu głowę na ramieniu i wzdycham. - Zamknij się. Nie
lubię, kiedy ludzie wiedzą o moich zauroczeniach. Znasz mnie. To
prywatna informacja.
- Katy, to zauroczenie sprzed dwóch lat.
- No i co z tego, Kodeks Poufności się nie przedawnia...
- Technicznie rzecz ujmując, nie naruszam kodeksu, dopóki nie powiem o tym Alexandrowi.
Patrzę na niego ze złością.
- Nadal uważam, że koleś był gejem - mówi Andy. - Pamiętasz, jak dotknął
moich włosów?
- Nie mówiłeś, że to rasistowskie, mikroagresywne posunięcie...
- O, z całą pewnością. - Klepie się po czubku swojego afro i patrzy z ukosa w przestrzeń. - Ale czułość, z jaką to zrobił? Miałem ochotę
powiedzieć: "stary, jesteś gejem...".
- Co? Nie. Był bi. Miał przecież dziewczynę!
- W Lansing - mówi Andy. - Lipna dziewczyna z lipnego Lansing...
- Przepraszam bardzo...
- PRZEPRASZAM BARDZO, LANSING W MICHIGAN TO PRAWDZIWE MIASTO I DO TEGO
STOLICA.
Śmieję się.
On obejmuje mnie z boku.
- Uwielbiam twoją buźkę, słodziaku.
- Ja twój durny ryj też - przewracam oczami. - Chodźmy sprawdzić, czy
jest już deser.
SCENA 13
Sobotnia pogoda to czysty nonsens w płynie. Przyznaję, że w kwestii
deszczu zachowuję się jak rozpieszczony bachor. Deszcz jest bardzo
ważny, i dobrze. Popieram jego istnienie. Nie wiem tylko, czemu musi być
taki wredny. Ma w nosie twoje plany, fryzurę i całą resztę. Po prostu
zjawia się niezapowiedziany jak jakiś ekologiczny f-boy w prywatnych
wiadomościach na Insta. Bez pytania o pozwolenie, stawiając cię przed
faktem dokonanym.
I właśnie dlatego mamy dziś dzień niewychodzenia z domu. Dzień w piżamie. Oficjalny dzień nauki z ekipą. Andy ćwiczy do przesłuchania ze
swoim nauczycielem śpiewu, ale dziewczyny przyszły, a Brandie nawet
naprawdę się przykłada. Leży rozwalona na łóżku i wertuje wielką książkę
w miękkiej oprawie - Les Misérables we francuskim oryginale. W kwestii
języków Brandie jest niedościgniona. Zawsze mówiła płynnie po angielsku
i hiszpańsku, i chociaż francuskiego zaczęła się uczyć dopiero w gimnazjum, to już i w nim jest biegła. Wykracza nawet poza poziom
rozszerzony, więc ma teraz indywidualny kurs z francuskiej literatury.
Ale Madame Blanche pozwala jej wybierać własne tytuły, więc Brandie może
czytać to, co naprawdę lubi. Szkoda, że pozostali nauczyciele nie są
równie życzliwi, ale nie wiedzieć czemu, nikt nie pozwala mi wybrać
Nędzników zamiast podręcznika do algebry.
Raina też ma zadania z algebry, więc zajęłyśmy pufy w rogu. Siedzimy z podręcznikami w dłoni, ale to by było na tyle. Nie zamierzam być
obibokiem. Trudno jednak się skoncentrować na matmie, kiedy snuje się
obsesyjne spekulacje na temat przesłuchań.
- Nie, istnieje precedens - mówi Raina. - W szkole Harolda wystawiono
Once Upon a Mattress, kiedy był w pierwszej klasie. W rolach błazna i minstrela obsadzili dziewczyny. Przetransponowali tylko parę nut.
- Ale całość jest dla tenora, prawda? Brandie, ty pewnie mogłabyś
śpiewać rolę błazna, bo...
- Potwierdzam. Słyszałam, jak śpiewa - mówi Raina. - Ale minstrel ma
część partii trochę nisko...
- Dobra, kogo obstawiamy do roli minstrela? Pewnie Colin, ale nie sądzę,
żeby dał radę oddać dynamikę...
- Wybiorą Lanę Bennett - mówi Raina.
- Aaa. No. Masz rację.
- Brandie, tylko pomyśl! - mówi Raina. - Gdybyś dostała rolę błazna, to
mogłybyście z Laną spędzić razem mnóstwo czasu! Hurra!
- Mhm. Za dużo gdybania, ale okej - odpowiada Brandie.
- Najlepsze przyjacióły - uśmiecha się chytrze Raina. - Najlepsze na
świecie. Ty i Lana.
Brandie ją ignoruje, co stanowi jej zasadniczy modus operandi, kiedy
ciśniemy ją w kwestii Lany Bennett. Ale dręczenie Brandie na temat Lany
to najcudowniejsza rozrywka na świecie.
Rzecz w tym, że Brandie roztacza aurę słodkiego aniołka. Nic na to nie
może poradzić. Taka właśnie jest. Ale Lana zdaje się rozumieć
fundamentalną naturę Brandie jako zaproszenie do przyjaźni na całe
życie. Zawsze więc zaprasza ją na imprezy i wysyła jej długie, osobiste
wiadomości na temat chłopaków, na które Brandie odpowiada przeważnie
sporadycznie wysyłanymi z uprzejmości emotkami. To dość niesamowite, bo
reszty naszej paczki Lana raczej jakby nie trawi.
Brandie odkłada książkę i zakrywa oczy.
- Idziemy do kina w piątek po...
- Brandie, nie! - wykrzykuje Raina. - Jak to się stało? A ona zerka
spomiędzy palców.
- No, dobrze. Emma opowiadała mi o filmie z Kristen Wiig, a ja rzuciłam:
"O, mam ochotę go zobaczyć". Lana to usłyszała i się wtrąciła...
- Zasadzka - mówi Raina.
- Tak. Nie wiedziałam, co powiedzieć, więc starałam się wymyślić coś
wymijającego z gatunku "No, może". - Brandie przygryza wargę. - Ale ona
zaczęła proponować konkretne daty...
- O-o. - Skrzywiłam się.
- W takiej sytuacji stawia się uprzejme, ale stanowcze granice. - Raina
unosi brwi. - Bo nikomu nie jesteś winna przyjaźni.
- Mówiłam, że jestem zajęta, ale ona ciągle podsuwała mi alternatywne
daty, więc poczułam się w pułapce...
- Trudna sprawa, B. Przykro mi.
- A teraz zamówiła już bilety, a ja myślę sobie "aha, no to nieźle". -
Brandie marszczy brwi. - Czuję się podle.
- Brandie, o matko. Jesteś przeciwieństwem podłości. - Kręcę głową.
- Tylko mówię...
Rozlega się pukanie do drzwi.
- Proszę! - wołam, spodziewając się mamy.
To nie mama.
- Hej.
Tylko Matt. Na moim progu.
- Cześć! - Podrywam się z pufa i rzucam w kierunku łóżka, żeby wkopać
pod nie jakieś sześć par majtek. I oczywiście w efekcie telefon wypada
mi z rąk. Nawet nie upuszczam go jak normalna osoba. Jakimś cudem
wylatuje ślizgiem po parkiecie niczym krążek hokejowy. Spoglądam na
Matta z miną mówiącą: "To było celowe". - Wejdź!
- Twoja mama powiedziała, że cię tu zastanę. Poprosiła, żebym przekazał
ci coś na temat... piętnastu centymetrów?
- Drzwi - wypalam, czerwieniąc się.
Czemu wyrażenie "piętnaście centymetrów" brzmi tak... anatomicznie? Tak,
wprost marzę, żeby Matt sądził, że spekuluję na temat rozmiarów jego
penisa. Z mamą.
I czym upaliła się moja mama? Są tu Raina i Brandie! Jaką, kurwa, orgię
sobie wyobraża?
- Tak czy siak - Matt też się czerwieni - zwracałem tylko pojemniki. Co
porabiacie? - pyta.
Mój telefon zaczyna wibrować - to na stówkę Anderson - ale prostuję nogę
i kopniakiem umieszczam go pod łóżkiem razem z bielizną. Wiadomości od
Andy'ego są ryzykowne. Zapewne pisze jedynie o przedstawieniu, ale nawet
jeśli, temat może zmienić się w ułamku sekundy. W każdej chwili może
przerzucić się na temat ogólnej urody Matta i jego zajebistości, a także
kwestii, czy jest singlem, czy nie. A gdyby Matt akurat zerknął na mój
telefon, to katastrofa gotowa.
Siadam z impetem na brzegu łóżka. Matt staje nade mną i się waha.
- Mogę usiąść?
- No pewnie! Tutaj. - Przesuwam się do Brandie, żeby zrobić mu miejsce,
ale ona się podnosi i bierze telefon. - Raina, powinnyśmy się chyba
zbie...
- Tak! - Podrywa się Raina. - Bawcie się dobrze. Bądźcie grzeczni.
Przez ułamek sekundy patrzy mi prosto w oczy, a następnie z wielkim
namaszczeniem zostawia za sobą uchylone drzwi.
SCENA 14
Gdy tylko wychodzą, Matt zwraca się do mnie:
- Masz przesłuchania do musicalu, prawda?
Duszę w sobie śmiech.
- No.
Wiecie. Cały mój świat kręcił się wokół szkolnego musicalu w zeszłym
roku i w poprzednim, i co roku od szóstej klasy. Każdego ranka budzę
się, rozmyślając, jak najlepiej zaśpiewać rolę Winnifredy. Serio.
Ścieżkę dźwiękową przesłuchałam od deski do deski - no, nie wiem -
jakieś trzydzieści razy.
- To fajnie - mówi Matt i się odchyla. Teraz znajduje się w na wpół
leżącej pozycji, a jego nogi zwisają nad podłogą. - Czy większość ludzi
zostaje obsadzona?
- Chyba wszyscy dostają jakąś rolę. Nawet jeśli są kompletnie do bani.
Zhao upchnie cię gdzieś z tyłu. To znaczy, nie ciebie dosłownie. -
Czerwienię się. - Nie mówię, że ty jesteś do bani. Nie jesteś. Ani
trochę. Ha. Tak, nie jesteś. Słyszałam, jak śpiewasz.
Kate. Na litość boską. Ogarnij się.
- Tak czy inaczej - przełykam - też weźmiesz udział?
Wzrusza z uśmiechem ramionami.
- Przesłuchania są obowiązkowe na kursie rozszerzonym.
- Chwila... naprawdę?
Świetnie, Anderson nic o tym nie wspominał - co dziwne, bo Matt w musicalu to dość poważne wydarzenie w świecie Kate i Andersona. To
znaczy, jasne, spodziewałam się, że weźmie udział. Ale teraz to
wiadomość oficjalna, a to oznacza godziny prób, przesiadywania za
kulisami i na scenie. To coś więcej niż wspólnie spędzony czas. Trudno
to wyjaśnić, ale pracy nad przedstawieniem towarzyszy pewien rodzaj
bliskości. Może to kwestia drużynowego ducha z gatunku "jesteśmy w tym
razem", a może bezbronności, która płynie z procesu twórczego albo
atmosfery beztroskiej bliskości podczas tygodnia prób technicznych. Może
to hormony. Nie znam się na tym. Wiem tylko, że to inny, wyższy poziom
przyjaźni. Prawie jakbyśmy byli rodzeństwem. Oprócz sytuacji, kiedy ktoś
przyłapie was na lizaniu się w pomieszczeniu technicznym, ekhm, ekhm,
Pierra i Colin.
Aha. Chciałabym jednak wyraźnie zaznaczyć, że nie miałabym nic przeciwko
lizaniu się z Mattem w pomieszczeniu technicznym.
Siadam prosto, policzki mi płoną.
- No więc.
- No więc.
- No więc przeprowadziłeś się tu.
Uśmiecha się.
- Owszem.
Niezręczna cisza. I to jaka. Godna miejsca w podręczniku do historii.
Ale słuchajcie - rozmawianie i zakochanie z trudem idą w parze. To
trochę dużo jak dla jednego mózgu. Bo przecież nie można wyrzucić z siebie tego, co się naprawdę myśli, czyli w tym przypadku serii emotków
w kształcie serca. A nie należy też obsadzić się w roli Przypadkowego
Przechodnia Numer Sześć, który zadaje jedynie nijakie pytania z gatunku...
- Jak ci się podoba w Roswell? - pytam.
Brawo.
Ale Matt odchyla się lekko i wbija wzrok w sufit.
- Jest spoko! No wiesz, bardzo inaczej. Najdziwniejsze chyba jest to, że
nie ma tu taty.
- Ojej. - Żołądek mi się ściska. - Przepraszam. Nie powinnam...
- Nie, w porządku. Nie jesteśmy blisko związani. W ogóle. On nie należy
do szczególnie... - Matt urywa.
Przez chwilę oboje milczymy.
- Rozwody są po prostu dziwne - mówi wreszcie.
Kiwam głową.
- I to bardzo.
- Ty to rozumiesz. Od jak dawna twoi rodzice...?
- Od siódmej klasy. Więc zdążyłam się przyzwyczaić.
- Dobrze wiedzieć, że można się do tego przyzwyczaić.
Przysuwam się bliżej - na tyle blisko, że stykamy się małymi palcami - a to bardzo odważne, ale i słuszne.
- Tęsknisz za tatą?
- Mmm... - Uśmiecha się blado. - Nieszczególnie.
Coś się w moim mózgu układa. Nic wywrotowego ani przełomowego. Jeden
mały szczegół.
Matt Olsson uśmiecha się, kiedy jest smutny.
Nie chodzi mi o to, że coś wypiera. Raczej odsuwa od siebie, chowa zło.
To dziwnie poruszające. Robi mi się od tego ciepło w całym ciele.
Może to dlatego, że ten mały szczegół jest tak osobisty. Nie można
dowiedzieć się czegoś takiego z Instagrama. To coś prawdziwego.
Matt obraca się w moją stronę.
- Gdzie mieszka twój tata?
- Jakieś dziesięć minut stąd.
- To miłe. Często u niego bywacie z Ryanem?
- W środy i czwartki plus co drugi weekend.
- Trudne to jest?
- Czasem. Sama nie wiem. Głównie... tak po prostu jest.
Kiwa głową.
- Doskonale wiem, co masz na myśli.
SCENA 15
I teraz nie mogę o tym zapomnieć.
Doskonale wiem, co masz na myśli.
Tkwi to gdzieś na obrzeżach mojego umysłu przez cały czas wizyty Matta.
A nawet kiedy już wyszedł, wciąż odwraca moją uwagę od algebry i sprawia, że moje wiadomości do ekipy są tak krótkie i rozkojarzone, że
nawet Brandie zwraca na to uwagę.
Nie mogę jednak przestać o tym myśleć. To najbardziej niedocenione
zdanie na świecie. Doskonale wiem, co masz na myśli.
Tłumaczenie: nie, nie jesteś dziwna. Nawet twoje dziwactwa nie są
dziwne. Można cię zrozumieć.
Rzecz w tym, że pomijając kwestie logistyczne, zwykle nie rozmawiam o rozwodzie.
Nie jest on, oczywiście, tajemnicą. Po prostu nie chcę zachowywać się
jak szczeniara, szczególnie w sprawie dzielonej opieki. Bo wiem, jakie
mam szczęście. Rodzice mieszkają w odległości pięciu kilometrów od
siebie. Żadna tragedia. Tylko takie mam życie. Podzielone na pół.
Ale trudno wyjaśnić, jak to się na tobie odbija. Poczucie ciągłego
ruchu. To, że nigdy nie jest się w stu procentach w domu. Jak staje się
to nową, niespokojną formą normalności. Tak po prostu wygląda życie. Tak
po prostu jest.
A Matt jakimś cudem to rozumie.
Mama i Ryan jadą na spotkanie informacyjne w college'u, a ja wkrótce
całkiem rezygnuję z algebry. W takim nastroju nadaję się tylko do
jednego. Nastrajam gitarę i zaczynam przebiegać palcami po strunach,
dopóki nie pojawi się jakaś piosenka. Hold Me, Thrill Me, Kiss Me,
którą uwielbiam, odkąd sięgam pamięcią. Zawsze mam przy niej takie
delikatne, czarodziejskie uczucie, jakbym była w angielskim ogrodzie
różanym albo na jakiejś wiejskiej potańcówce pośrodku polany ozdobionej
łańcuchami lampek.
Dawno, dawno temu to był pierwszy taniec rodziców. Można by pomyśleć, że
już samo to wyssie ze mnie resztki romantyzmu. Ale tak się nie stało, w najmniejszym stopniu. Może niektórych piosenek nie da się po prostu
zniszczyć.
Pierwszą zwrotkę śpiewam z zamkniętymi oczami, grając chwyty na czuja.
Moje myśli krążą wokół Matta. Uśmiechniętego, smutnego Matta, który
trzyma mnie za rękę podczas spaceru zimową dróżką o zmierzchu. Jestem
ubrana jak Elizabeth Bennet, a na włosach osiadają mi płatki śniegu.
"But they never stood in the dark with you, love".
Wiem, że śpiewam zbyt głośno. Wiem, że mój głos jest zbyt żarliwy, zbyt
płomienny. Ale czuję się tak oszołomiona, że nic na to nie mogę
poradzić. Chyba moje serce buja w obłokach.
Ktoś puka - i wszystko zamiera. Ręka zatrzymuje mi się sztywno na
strunach.
- Kto tam?
Serce wali mi tak głośno, że ledwie słyszę własny głos. "Kto tam?" Może
wcale nie powiedziałam tego głośno. Tylko w myślach. Może to wszystko
jest tylko wyobrażeniem. Wyglądam przez okno - na podjeździe nie ma
samochodu. Jedyna osoba, która mogłaby stać za drzwiami, to zatem Andy,
ale ma jeszcze zajęcia z instruktorem śpiewu. Ergo, nikogo tu nie ma.
Nikt nie puka do mojego pokoju. Mój rozszalały umysł wszystko wymyślił,
żeby sobie ze mnie zażartować.
- Mała Garfield?
O, mój Boże.
- Mm. - Nie, nie. Nieprawda. - Noah?
No jasne, uznaje to za zaproszenie.
Teraz więc w moich drzwiach staje Noah Kaplan i uśmiecha się jak
tyranozaur.
- Czemu przestałaś śpiewać?
Kojarzycie kuchenki gazowe, w których pokrętło od razu uruchamia
płomień? Od zera do stu stopni? To dzieje się z moją twarzą.
- Skąd się tu wziąłeś? - Mam schrypnięty głos.
Noah dwoma krokami przemierza pokój i opada na brzeg łóżka.
- W jakim sensie?
- To dom mojej mamy.
- Nie wolno mi tu przychodzić?
- Nie, tylko pytam, jak się tu dostałeś? Gdzie twoje auto?
- W domu. Nie mogę prowadzić, dopóki nie zdejmą mi tego. - Unosi rękę w gipsie.
- To co, przyszedłeś na piechotę?
Noah zsuwa trampki, pomagając sobie stopami. Zawsze zapominam, że ma
takie zdolności. Podnosi rzeczy z podłogi palcami u stóp, a potem
podrzuca je sobie do ręki. Mówi, że pozwala mu to dbać o swoje lenistwo.
Nie mam pojęcia, jakim cudem został sportowcem.
Przesuwa się pod zagłówek, obok mnie.
- No jasne, że na piechotę.
- Przyszedłeś tu od siebie z domu.
- Mhm.
- To godzinny spacer.
- Było miło. - Klepie gryf mojej gitary i ziewa.
- W deszczu.
- Lubię deszcz.
- Jesteś całkiem suchy. Nawet nie... dobra, zmyślasz, tak?
- Możliwe.
Szturcham go z całej siły w ramię.
- Dobra, już dobra! Mała Garfield. Rany. - Zerka na mnie z ukosa, mrużąc
oczy. - Skoro tak bardzo chcesz wiedzieć, jestem tu, bo twój brat Ryan
Kevin Garfield ukradł mi telefon...
- Ukradł ci telefon.
- Noo... zostawiłem wczoraj telefon w jego samochodzie.
- Aha.
- A niestety wiem z dobrze poinformowanych źródeł, że nadal leży on w jego samochodzie, który obecnie stoi zaparkowany pod Georgia Tech i pozostanie tam przez następne - zerka na mój zegar ścienny -
czterdzieści sześć minut.
- I dlatego jesteś tu... teraz.
- Osoba, która mnie podrzuciła, ma swoje plany, Mała G.
- Osoba. Czyli twoja mama?
- Nie, moja limuzyna. Długa limuzyna pełna seksownych laseczek.
- Nie nazywaj swojej mamy seksowną laseczką. To dziwne.
- Owszem. - Marszczy nos. Ale potem się uśmiecha i znów klepie gryf
mojej gitary. - Przepraszam, że ci przerwałem. Co śpiewałaś?
- Nic. Nie śpiewałam.
- Co? Daj spokój, nie przerywaj sobie. Bardzo podobała mi się ta
piosenka...
- Nie. - Odkładam gitarę i spycham ją w nogi łóżka.
- Poważnie, jesteś naprawdę dobra! Brzmiało świetnie. MLB śpiewu.
Pomyślałem "wow, ona naprawdę czuje słowa..."
- Nie czuję.
- Czujesz, czujesz. O kim śpiewałaś? Czekaj, niech zgadnę. O Shawnie
Mandesie? Nie. Chwila. Jak się nazywa ten chłopak z tamtego filmu?
- Ten chłopak z tamtego filmu. - Tłumię uśmiech. - To się nazywa
konkret.
- Wiesz, o kim mówię. Ten z policzkami. I francuskim imieniem...
- Nie mam pojęcia, dokąd zmierzasz.
- Częściej będę zostawiał telefon w aucie Ryana - mówi Noah. - Jeśli
dzięki temu będę mógł być świadkiem, jak Kate Garfield śpiewa do
Timothée Jakmutam...
Całe powietrze opuszcza moje płuca. Noah uśmiecha się wyczekująco, ale
kiedy na mnie spogląda, jego uśmiech niknie.
Kate Garfield Wokalistka.
Noah robi wielkie oczy.
- Kate...
- To nie jest śmieszne. - Zsuwam się z łóżka, chwytam gitarę i wkładam
ją gwałtownie do pokrowca. - Dobra? Nie jesteś zabawny.
Zamykam z impetem pokrowiec. A Noah usta.
SCENA 16
W poniedziałek, rzecz jasna, gdy tylko wchodzimy z Andym do szkoły,
natykamy się na będącego w pogotowiu Noaha.
- Kate! - Dopada nas w holu. - Hej, Anderson.
- Czeeeść. - Anderson zerka na mnie z ukosa i unosi brwi.
- Jak tam, przyjaciele? - pyta Noah.
- Masz na myśli moje jajka? - interesuje się Anderson. - Całkiem nieźle,
dzięki.
Choć raz Noahowi odebrało mowę.
Anderson się uśmiecha i szturcha mnie lekko łokciem.
- Buźka. Do zobaczenia na historii.
A potem poprawia listonoszkę - plecak nie pasuje do estetyki Andy'ego -
i znika w głębi korytarza.
Noah jest zdezorientowany.
- Czemu rozmawiamy o jądrach?
- Sam je poruszyłeś - czerwienię się. - To znaczy, nie je dosłownie...
- Musimy zmniejszyć dosłowność tej rozmowy o całe sto procent -
stwierdza Noah.
- Tak. - Kiwam pospiesznie głową. - No. Więc...
- Więc... - mówi nagle poważnie. - Co do wczoraj. Chciałem cię jeszcze raz
przeprosić...
- Nie, nie, nie. Jest okej. Zareagowałam niewspółmiernie. Wszystko gra.
- Nie, głupio się odezwałem. Nie myślałem po prostu o tej całej okropnej
sytuacji. To znaczy, nie uważam, żeby śpiewanie było okropne. Tylko to
wszystko z Instagramem.
- Noah?
- Co?
- Nie chcę o tym rozmawiać.
- Okej. - Zgadza się. - Świetnie. Między nami jest dobrze?
- Dobrze. Świetnie.
- Świetnie - odpowiada. - Doskonale. Bo potrzebuję twojej pomocy.
- Mojej pomocy?
Uśmiecha się lekko i kiwa głową. A potem prostuje się i spogląda mi
prosto w oczy.
Aha. Rozpoznaję ten manewr. Okogazm. Klasyczny zabieg f-boya. Kontakt
wzrokowy przedłużony o ułamek sekundy, ale jego intensywność podkręcona
do jedenastu, co zazwyczaj kończy się pocałunkiem. Nawet Jack Randall to
potrafi, a przez połowę czasu jest tak nawalony, że ledwo utrzymuje oczy
otwarte. Ale Noah jest, no, niepokojąco dobry w te klocki.
- Mojej pomocy w czym? - pytam bez emocji.
Nie zamierzam ulegać Okogazmowi.
Ale rany... Noah ma takie ogromne, złocistobrązowe oczy i niesamowite
rzęsy. To naprawdę niesprawiedliwe. Od f-boyów powinni wymagać
muskularnej, wysportowanej atrakcyjności, która na mnie nie działa.
Naprawdę, szczerze nie obchodzą mnie kaloryferki. Sześciopaki są pfff.
Ale piękne oczy? Nie są pfff.
- Tak sobie pomyślałem - mówi Noah. - Że może nauczyłabyś mnie śpiewać.
- Śpiewać?
- Najlepiej do czwartku.
- Zamierzasz iść na przesłuchania do sztuki? - Unoszę brwi.
- Z powodu Rozwotu. Jestem zmuszony.
- No tak.
- Myślałem sobie wczoraj, że... Wow. Kate tak świetnie śpiewa. Może
zdradzi mi swoje tajemnice. Ale potem pomyślałem, że nie, nie da się
nikogo nauczyć śpiewać. - Pociera dłonią o gips. - Ale potem sobie
przypomniałem, co mówiłaś w autobusie...
- Oj, Noah. Nie, to nie...
- I pomyślałem, wiesz co? Nie radzę sobie świetnie, ale może dzięki
ćwiczeniom mógłbym się podciągnąć. Prawda? Zawsze istnieje pole do
poprawy.
- Tak. Istnieje pole.
Nie jestem pewna, co powiedzieć. Nie wiem nawet, czy mówi poważnie.
Wiem tyle: Noah nie należy do takich chłopaków jak mój brat, którzy
skrywają całe pokłady niewykorzystanego talentu. Śpiewający Noah Kaplan
brzmi jak gęś w agonii. Przez dwa lata chodziliśmy razem na chór w synagodze i nawet kantorka się poddała. Przerwała w połowie Oseh
Shalom i poprosiła Noaha, żeby tylko poruszał ustami. I cały chór
natychmiast zaczął śpiewać pięćdziesiąt razy lepiej. Gdyby to na mnie
padło, poczułabym się upokorzona, ale wyglądało na to, że Noah dostrzegł
w całej sytuacji komizm.
- Naprawdę każą wam startować w przesłuchaniach wokalnych?
- Nie mam pojęcia. Nie pytałem.
- Uważam, że powinieneś spytać.
- A gdybym chciał wziąć udział w przesłuchaniach wokalnych?
Roześmiałam się.
- Czemu?
- Bo tak.
- Czyżby w twojej klasie była jakaś laska czy coś?
- Czy jest jakaś laska? - Noah klepie mnie po ramieniu. - Kate. To
teatr. Całe morze lasek.
- Masz na myśli laski laski czy laski jak z limuzyny twojej ma...
- Nie. Nie. Obrzydlistwo. - Kręci stanowczo głową. - Mówię o laskach.
Starych, no, może nie starych dobrych laskach. Laskach w odpowiednim
wieku. To zajęcia pełne atrakcyjnych lasek w odpowiednim przedziale
wiekowym.
- Plus Anderson i Matt - zauważam, czując nagłe mdłości.
Matt. I laski. Byłam tak zajęta zazdrością o Andy'ego, że nie
zastanawiałam się nawet nad innymi dziewczynami.
- Zrobisz to? - pyta Noah.
- Momencik... co?
- Dziś po południu będzie okej? Poproszę Garfielda, żeby nas podwiózł...
Dużego Garfielda, znaczy się. Brata Garfielda...
- Noah. - Kąciki ust unoszą mi się odrobinę. - Nie mogę nauczyć cię
śpiewu.
Wygląda na mocno zaskoczonego.
- Czemu nie?
- Bo nie wydałbyś z siebie czystego dźwięku, nawet gdybyś wypił płyn do
prania.
- Mała Garfield. Wow. To było szczere...
- Słuchaj, pamiętasz, jak próbowaliście z Ryanem nauczyć mnie uprawiania
sportu?
W szóstej klasie, zaraz po tym, jak Noah sprowadził się tu z Teksasu.
Spędzaliśmy razem dużo czasu, ale nigdy tak naprawdę do siebie nie
pasowaliśmy. Noah zawsze chciał coś robić. Ale nie to, co ja lubiłam.
Nie takie rzeczy jak czytanie i wyznaczanie fragmentów kolorowymi
karteczkami albo śpiewanie caluteńkiej ścieżki dźwiękowej z Nędzników.
Noah chciał kopać piłkę i biegać z moim bratem, a ja, jakkolwiek bym się
starała, nie mogłam za nimi nadążyć. Próbowałam więc przymusić ich, żeby
mnie trenowali.
Noah kiwa ponuro głową.
- To było smutne.
- Nie. Sam jesteś smutny. Nie chodzi o sport. To była analogia.
Usiłowałam ci wyjaśnić, czemu nie mogę nauczyć cię śpiewu.
- Naprawdę? Bo jak dla mnie, to raczej przypomniałaś, że jesteś moją
dłużniczką. - Noah unosi dłoń, tę bez gipsu. - No to, dziś po południu?
- Będę u mamy.
- Jutro?
- U mamy.
- W środę?
Waham się - dosłownie przez ułamek sekundy - i Noah się zapala.
- A więc w środę! Ekstra. Ryan nas podrzuci.
- Nie może. Tata zabiera jego auto, żeby zmienić olej. Poza tym czy w środy Ryan nie gra w baseball?
- Aaa. Racja, gra. Tak.
- Więc środa odpada.
- Nie, nie odpada. Daj spokój, Mała G. Urządzimy sobie przejażdżkę
autobusem. Środa jest idealna. - Zarzuca plecak na ramię i zerka na mnie
przed wyjściem. - Serio, jesteś super. Dzięki, że mi to zaproponowałaś.
- Nie zaproponowałam.
- Do zobaczenia w śrooodęęę - podśpiewuje.
SCENA 17
Cały tydzień jestem kłębkiem nerwów. Nie mogę się na niczym skupić. W środę w drodze do szkoły mam takie mdłości, że Anderson musi się
zatrzymać.
- Oddychaj przez nos. - Masuje moje ramię. - Wszystko w porządku?
- Czemu zawsze tak się ze mną dzieje?
- Oj, Katy. To tylko poranne teatralne mdłości. Wiesz o tym.
Udaje mi się przetrwać algebrę, co w tych okolicznościach jest cudem.
Chociaż pani Evans ani odrobinę się tym nie przejmuje. Interesują ją
dziś wyłącznie wielomiany. Nauczyciele nic nie rozumieją. Serio,
litości. Przecież w tym tygodniu mamy przesłuchania. W sprawiedliwym
świecie wyłączyliby światła, darowali nam szkolne bzdury i pozwolili
zwinąć się w kłębek w pozycji prenatalnej z włączoną w pętli ścieżką
dźwiękową do Once Upon a Mattress.
Do obiadu cała ekipa wpadła w tryb ataku paniki. Wszyscy. Brandie nie
może z nerwów jeść. Raina jest przekonana, że traci głos, więc złożyła
śluby milczenia. Nosi ze sobą notes na spirali z często używanymi przez
siebie zwrotami, które może pokazać, jak: "Za cholerę", "No chyba,
kurwa", "Kpisz sobie", "Adios, kmiocie".
Z jakiegoś powodu jednak to Anderson stanowi dziś oko cyklonu. Spokojny
pośród chaosu. Zajmuje ostrożnie swoje miejsce i opiera podbródek na
dłoni.
- Matt chce się spotkać i poćwiczyć - mówi, a moje serce...
Po prostu.
Zamiera.
Wow. Matt i Andy. Wspólne próby. I obściskiwanie, jak sądzę. Romantyczna
podzielność uwagi. Mój najlepszy przyjaciel i obiekt moich westchnień.
Dziwaczne. Nasze wspólne zauroczenia były zawsze bezpiecznie ujarzmione.
Niczym rząd lalek na półce. Zdejmowaliśmy je, kiedy przychodziła nam na
to ochota, i po wszystkim odkładali z powrotem na miejsce.
Ale Matt to swego rodzaju Pinokio. To prawdziwy, żywy chłopak, który
snuje własne plany i najwyraźniej te plany dotyczą Andersona. Tylko
Andersona. Mnie nie.
Świetnie. Naprawdę doskonale.
- Baw się dobrze - mówię, siląc się na swobodę.
Ale wychodzi ostro i sucho.
Anderson przewraca oczami.
- Dobra, ponuraku, to nie jest randka. Wszyscy jesteście zaproszeni. Do
mnie, zaraz po zajęciach.
Raina unosi zeszyt. "No chyba, kurwa".
- O, super. Przyniosę coś do jedzenia - mówi Brandie.
- Tylko bez nabiału - odpowiada stanowczo Andy. - Nikt z nas nie będzie
jadł nabiału aż do przesłuchań. Katy, mogłabyś załatwić herbatę? Twój
tata ma te wszystkie ziołowe napary, prawda?
Czuję ucisk w piersi.
- Nie dam rady przyjść.
- No, nie! Nie, pojedziesz ze mną. Nie przejmuj się herbatą. Zbierzemy
się prosto po szkole.
- Nie, nie o to chodzi. Tylko... obiecałam... Noahowi.
Raina parska śmiechem.
- Noah Kap... - zaczyna, ale szybko zakrywa usta ręką i macha gorączkowo
zeszytem. "Adios, kmiocie. Adios, kmiocie. Adios, kmiocie". Raz po raz
dźga napis palcem wskazującym. Kryję twarz w dłoniach.
- Wieeemmm.
- Nie łapię - stwierdza Anderson.
- Mam go nauczyć śpiewu.
- Okej, to nic ważnego. - Andy wyciąga rękę nad stołem. - Możesz to
przełożyć?
- Nie. Nie wiem.
Matko. Oczy-kurwa-wiście. W ten jeden dzień - dosłownie jeden - kiedy
mam jakieś plany bez ekipy, zjawia się Matt Olsson. I pewnie,
podejrzewam, że mogłabym olać Noaha. Jedno popołudnie z pewnością nie
zaważy na jego wokalu. Ale tego rodzaju sytuacje wytrącają mnie z równowagi. Mam alergię na dokonywanie wyborów. A przynajmniej na
dokonywanie wyborów między ludźmi. Z jednej strony mam moich najlepszych
przyjaciół, całą ekipę i najcudowniejszego chłopaka we wszechświecie, a wszyscy oni chcą, żebym spędziła z nimi popołudnie na próbach do
musicalu, o którym całymi dniami marzę. Z drugiej strony jest Noah,
prawdziwy f-boy, który w zasadzie podstępem wymusił na mnie spotkanie.
Rzecz w tym, że nie należę do osób, które olewają zobowiązania.
No ale jasna cholera. Sama myśl, że ekipa i Matt będą robić próby beze
mnie...
Jakiś mały kawałek mnie czuje chyba ulgę, że Andy nie zostanie z Mattem
sam na sam. Obecność Rainy i Brandie to świetny pas cnoty. Ale nawet ta
myśl wydaje mi się dziwna. Dbanie o cnotę Andersona. Nigdy dotąd nie
przyszło mi to do głowy. Bo niby czemu? To jak podłożenie nogi
partnerowi do tańca. Bezsensowne i absurdalne, w zasadzie sabotaż. Może
jednak z Mattem było inaczej. Tu nie znam reguł gry. Nasze wspólne
zauroczenia nigdy dotąd nie nabierały realnych kształtów.
- Jestem w tej chwili strasznie na siebie zła. - Wzdycham w rękaw
flanelowej koszuli.
- Poradzisz sobie. Tylko pamiętaj, żadnego nabiału. - Anderson mruży
chytrze oczy. - A Noah niech sobie je.
- Jesteś potworem - mówi Brandie.
- No co? Może i jest protegowanym Kate. Ale to mój rywal.
- Noah nie jest moim protegowanym. - Uśmiecham się, tylko odrobinę. - A już z całą pewnością nie jest twoim rywalem.
UWERTURA
Pod wszystkimi względami czuję, że to naprawdę koniec. Gdy opada
kurtyna, scena staje się jakby inną planetą. Mocno oświetloną planetą
pełną styropianowych dekoracji, zamieszkaną jedynie przeze mnie i Andy'ego - i Matta.
Cola Matta.
- Teraz albo nigdy - szepcze Andy.
Ani drgnie.
Ja też.
Po prostu stoimy tak w cieniu Audrey 2 z papier-mâché.
Nie ma nic smutniejszego niż koniec zauroczenia. A to nie jedno z tych
zauroczeń nieznajomym. Ja i Andy naprawdę zamieniliśmy z tym chłopakiem
słowo. Tonę słów przy wielu cudownych okazjach. Nie lada wyczyn, bo
uroda Matta należy do takich, na których widok zwykle zapominamy języka
w gębie. Klasyczne rysy, blond włosy i różowe policzki. Nasza
przyjaciółka Brandie zbiera gadżety Coca-Coli i słowo daję, że plakat
retro w jej łazience wygląda toczka w toczkę jak Matt. Stąd ksywka.
Hasło reklamowe głosi "Koniec pragnienia". W naszym jednak przypadku
pragnienie nie ma końca.
Prosta matematyka a la Avril Lavigne. Byliśmy asystentami teatralnymi. A on naszym atrakcyjnym konsultantem wokalnym. Sytuacja naprawdę nie mogła
być już bardziej oczywista. I na bite sześć tygodni Matt stał się
słońcem naszego układu słonecznego. Ale mieszka na północ od obozu, w Mentone w Alabamie.
Czyli jakieś sto sześćdziesiąt kilometrów od Roswell w Georgii.
Andy ma więc rację. Teraz albo nigdy.
Głęboki wdech.
- Hej. Słuchaj, Matt.
Niemal czuję zaskoczoną aprobatę Andersona. Garfield, cholera. Ryzykuję.
Znajdź sobie swojego.
Odchrząkuję.
- No więc. Chcieliśmy się pożegnać. I. Hm. Dziękuję.
Matt wsuwa nuty do płóciennej torby i się uśmiecha.
- Za co?
- Za konsultacje wokalne - mówię. - I wszystko.
Andy kiwa żywo głową i poprawia okulary.
- Ooo, Kate! Ja też dziękuję. Fajnie było was poznać.
Matt zarzuca sobie torbę na ramię i wykonuje ruch w kierunku drzwi.
Ledwie widoczny. Pozycja do wyjścia. Po prostu to zrobię...
- Możemy zrobić sobie selfie? - wypalam.
Już się krzywię w środku. Wiecie, co by było niezłe? Gdyby mi przestał
drżeć głos. Poza tym Anderson. Kolego. Gdy tylko zapragniesz się
przyłączyć, nie krępuj się.
- No, jasne - mówi Matt. - Zróbmy.
No dobra.
Ustawiamy się w kadrze, kurtyna łaskocze nas w plecy, wyciągam rękę do
góry pod kątem, jak uczył mnie Anderson. I się uśmiechamy. To znaczy, ja
się staram. Ale jestem tak zestresowana, że usta mi drżą.
Warte stresu. Nawet jeśli wyjdę jak oszołomiona fanka, będzie warto.
Raina i Brandie błagają o fotograficzny dowód na urok Cola Matta, a nikt
nie wie lepiej ode mnie, że Instagram niczego nie wykazał.
Tego zdjęcia nie robię jednak dla paczki. Tak naprawdę nie. Szczerze
mówiąc, obie będą sobie z nas żartować za kolejny wspólny obiekt
westchnień. Zdaniem Rainy jesteśmy z Andersonem złączeni, co oznacza w zasadzie uzależnienie od siebie nawzajem. Niektórzy wyraźnie sądzą, że
człowiek powinien zakochiwać się w pojedynkę.
Tak, Raina tak świetnie zaliczyła rozszerzony kurs z psychologii, że w zasadzie już jest licencjonowaną terapeutką. Tylko nie rozumie jednego.
Nie chodzi o Matta. Ani o Josha z ubiegłych wakacji, który miał pewne
niezłomne przekonania na temat śniadań. Ani o Alexandra z poprzedniego
lata, który naprawdę lubił pochodzić z Michigan. To z żadnym z nich nie
miało nic wspólnego.
Chodziło o mnie i Andersona. O knucie w rekwizytorni i grube
nadinterpretowanie każdego przelotnego spojrzenia. O mycie zębów sześć
razy na dzień, żeby być zawsze gotowym na wypadek nieoczekiwanego
pocałunku. I ostatecznie, kiedy ten scenariusz się nie realizował, to
właściwie nie miało znaczenia. W ogóle. Bo nie o pocałunki chodziło.
Tylko o ekscytację.
Wiem, że to brzmi jak Lekka Przesada, ale tacy już z Andym jesteśmy.
Wywołujemy to w sobie nawzajem. I prawdę mówiąc, letnie zauroczenia to
zaskakująco zabawne i wciągające zajęcie drużynowe.
Mniej zabawne, kiedy wakacje się kończą. Teraz pozostaje to smętne
poczucie zbyt wcześnie utraconego zauroczenia. Zauroczenia przerwanego w pełni rozkwitu.
SCENA 18
Prawdę mówiąc, Noah jest jeszcze gorszy, niż się spodziewałam.
- Środkowe C - mówię. - Tylko... - Śpiewam ćwierćnutę, bez ozdobników czy
vibrato.
Noah przysiadł na brzegu mojego łóżka, rękę ma na temblaku. Tak, plecy
ma wyprostowane, więc dostaje punkt za postawę. Ale wokalnie?
- Aaa...
- Brzmi, jakbyś robił wymaz na streptokoki.
Noah uśmiecha się z dumą.
- To dobrze?
- Nie.
- Aaaaaaaa...
- Może tylko zanuć.
- Mmmmmmmmm. - Zerka na mnie. - I jak?
- Lepiej.
Nie jest lepiej. Wybiera w zasadzie przypadkowe dźwięki. Gdyby nie to,
że należałam z nim do chóru, byłabym przekonana, że mnie wkręca.
- Ten pokój wygląda zupełnie inaczej niż u twojej mamy. - Opiera się na
zdrowym łokciu i zerka na baldachim nad łóżkiem. - Jakby należał do
małego dziecka.
- Hm, dobra. Nikt cię nie pytał ...
- Nie zmieniło się tu chyba od czasów gimnazjum. Nie przełożyłaś na
biurku ani kartki, prawda?
- No i co z tego?
To fakt - pokój u taty to moje muzeum mnie samej. Znajdują się tu moje
dwa najukochańsze misie-bliźniaki, Amber i Ember. Ściany są różowe i wciąż pokryte kalkomaniami z Roszpunką, a łóżko ma baldachim, bo byłam
Tym Dzieckiem. Na toaletce stoi porcelanowy zestaw do herbaty, obok
ogromny regał i olbrzymi kosz pełen ubranek dla lalek, w tym aż nazbyt
wielu uszytych ręcznie tóg z czasów krótkotrwałej fascynacji
projektowaniem ubrań u Brandie i Rainy. Noah już to wszystko widział.
Gdyby jednak na jego miejscu był Matt, tobym umarła.
Oczywiście, Matt siedział właśnie beze mnie u Andersona.
- Spróbuj zaśpiewać ze ścieżką dźwiękową - mówię pospiesznie.
- Tak jest, kapitanie!
- No dobra. Z jakiej skorzystasz podczas przesłuchania?
- Nie mam pojęcia.
- Okej... - Podłączam telefon do głośnika i zaczynam przeglądać swoją
bibliotekę. - Do których piosenek znasz teksty?
Ale gdy zerkam na Noaha, ten leży na plecach z rękami pod głową i zamkniętymi oczami.
- Noah?
Zrywa się gwałtownie.
- Co takiego?
- Czy ty właśnie zasnąłeś?
- Nieee. - Uśmiecha się krzywo. - Może.
- Noah!
Wpatruję się w niego z otwartymi ustami. To nieprawdopodobne. Rezygnuję
z najlepszej próby z moją ekipą dla niego. Dla tego f-boya, który
dosłownie przesypia przysługę, jaką mu wyświadczam. Serio? Nie proszę,
żebyś był Joshem Grobanem. Tylko żebyś nie spał. Niezbyt wysoko
zawieszona poprzeczka.
- Jestem na nogach! - Szturcha mnie w ramię. - No. Katy. Jakie było
pytanie?
Mrugam powoli.
- Do której piosenki znasz tekst.
- Do której tak w ogóle?
- Do której z Once Upon a Mattress.
- A, tak. - Kiwa głową. - Do żadnej. Jeszcze ich nie słuchałem.
Śmieję się słabo.
- Żartujesz.
- Nikt nie mówił, że muszę je znać na pamięć.
- Nie musisz, ale...
Patrzę na niego. Nie mogę tego ogarnąć. Może to kwestia agresywnie
nonszalanckiej mentalności f-boya. Ale skoro ktoś zamierza być tak
dalece nieprzygotowany, to po co w ogóle bierze udział w przesłuchaniu?
Dobra, technicznie rzecz biorąc, tego wymaga Rozwot. Ale Noah ma twarde
postanowienie, że zdobędzie rolę wokalną.
Co, nawiasem mówiąc, nigdy nie nastąpi. Ale to przenigdy.
Kręcę głową.
- Noah, jak...
Zostaję zagłuszona przez pisk opon i dudniące basy, a następnie
trzaśnięcie drzwi samochodu.
- Wygląda na to, że ktoś wrócił z treningu - mówię.
Chwilę później w drzwiach pojawia się Ryan w bejsbolówce, którą
pospiesznie zdejmuje.
- Jak tam lekcja?
Przygładza włosy i siada ostrożnie przy moim biurku, jakby starał się
ograniczyć zanieczyszczenie krzesła potem.
- Chcesz wiedzieć, jak bardzo wymiatam? - mówi Noah, a potem milknie,
jakby się nad tym zastanawiał. - Bardzo - dochodzi do wniosku.
Kręcę tylko głową. Nie-e.
- Podrzucił cię Sean? - pyta Noah, a Ryan przytakuje.
Wow. Sean Sanders, prawdziwe uosobienie f-boya. Chłopak, który większość
czasu spędza na zamieszczaniu selfies z gołą klatą, demonstrujących
mięśnie jego brzucha, z podpisami zawierającymi takie słowa jak "wziąść"
i "wogule".
- Ble. - Marszczę nos.
Noah wygląda na zaintrygowanego.
- Uważasz, że Sean jest ble?
- On nie jest ble. Jest tylko dupkiem.
- Naprawdę?! Czemu?
- Chcesz, żebym wyjaśniła, dlaczego Sean Sanders jest dupkiem?
- Tak, co takiego zrobił?
Co takiego zrobił Sean? Nawet nie wiem, jak na to odpowiedzieć. Czy Sean
jest dupkiem? Jasne. Ale nie chodzi o jego zachowanie jako takie. Jest
fuckboyem. To kwestia jego fuckboyowego jestestwa.
Nawet jednak ja muszę przyznać, że fuckboyowe jestestwo jest dość mało
sprecyzowane. W sądzie na przykład nie stanowiłoby twardego dowodu na
nic.
Kręcę głową.
- Prawdziwe pytanie brzmi: czemu w ogóle się z nim przyjaźnicie?
- Z Seanem? - pyta Ryan i wymienia z Noahem spojrzenia. - Ja nie jestem
z nim szczególnie blisko.
- Odwiózł cię do domu.
- Podrzucał kogoś w pobliżu. Nie jest złym kolegą. - Ryan milknie i patrzy mi w oczy. - Prawda?
- Prawda. Masz rację. - Czuję ucisk w piersi. - Nic mi nie zrobił.
- Okej, dobrze - waha się. - Daj znać, gdyby zrobił.
Ze ściśniętym gardłem wbijam wzrok w baldachim i czuję się dziwnie. Nie
przeszkadza mi, kiedy Ryan odgrywa rolę starszego brata-obrońcy. Tylko
moje serce nigdy nie wie, jak na to zareagować. Bo ostatecznie Ryan i tak podnosi ciężary z Erikiem Gravesem. I tak spotyka się na imprezach z Mirą Reynolds. I czasem mam ochotę wykrzyczeć mu prosto w twarz:
"Zapomniałeś? Nie obchodzi cię to?".
- Wiesz, na czym polega problem? - mówi Noah.
Wracam do rzeczywistości.
- Że macie beznadziejnych kumpli?
- Niezły strzał. Ale nie. - Noah się uśmiecha. - Problem, Mała G, polega
na tym, że nie znasz się na sporcie.
- O, super. Znowu to...
- Wysłuchaj mnie. Mówię tu o kwestii drużyny. Weźmy, na przykład,
takiego Seana. Spytałaś, czemu się z nim przyjaźnimy, i rozumiem cię.
Totalnie uzasadnione pytanie, bo dla niewyszkolonego oka, jasne, to
wygląda właśnie tak.
Prostuję się i krzywię.
- Nie mam niewyszkolonego oka.
- Tak tylko mówię. Nie wiesz, jak to jest, należeć do jednej drużyny.
- Słucham? Grałam dawniej w nogę.
- Miałaś sześć lat - przypomina mi Ryan. - I płakałaś na każdym meczu,
bo się bałaś, że piłka cię uderzy.
- Bo uderzyła! W stopę!
- Na tym polega ten sport - zauważa Ryan. - Dokładnie na tym.
- No dobra, i co z tego wynika? Wiem, czym jest drużyna...
- Ale - Noah unosi palec - nie rozumiesz rządzącej nią dynamiki.
Usiłujesz porównać ją do przyjaźni, ale to nie to samo. To działa tak. -
Bierze moje misie, Amber i Ember. - Te dwa. Nie mogą się, kurwa,
ścierpieć, okej?
- No, nie. Uwielbiają się nawzajem...
- Ale uznajmy, na potrzeby tej dyskusji, że się nienawidzą. Czekaj, nie.
Dobra, może raczej nieszczególnie za sobą przepadają. - Obraca misie
pyskami do siebie. - Rzecz jednak w tym, że muszą ze sobą przebywać,
rozumiesz? Całymi dniami przesiadują tu, na twoim łóżku... sypiasz z nimi,
tak? - Patrzy na mnie. - Tak. Na pewno. A więc całe dnie i całe noce, ci
dwaj...
- To dziewczyny!
- O, przepraszam! Te dwie damy. Te piękne misiowe laseczki...
- Czemu to robisz?
- Posłuchaj! Chodzi mi o to, że masz tu te dwie piękne młode kobiety,
które są w zasadzie zmuszone do przebywania ze sobą na okrągło. A teraz
jeszcze bardziej skomplikujmy sytuację, dobrze? No więc Chatka i Puchatka...
- Amber i Ember! Okaż trochę szacunku...
- W porządku, więc Amber i Ember nie tylko spędzają ze sobą stale czas,
ale muszą też razem pracować. Powiedzmy, że mają razem zadanie do
wykonania. Na przykład... - Spogląda na Ryana, a ten wzrusza ramionami. -
Okej. Nie wiem - mówi Noah. - Nie znam się na niedźwiedziach. Nie znam
ich życia. Sęk w tym, że choć nie są przyjaciółkami, a może w ogóle za
sobą nie przepadają, to po prostu muszą znaleźć sposób, żeby się jakoś
dogadywać. W przeciwnym razie wszystkich czekałaby lipa.
Zabieram mu misie i je przytulam.
- Rozumiem. Fajna historyjka.
- Chodzi mi o to - ciągnie nieporuszony Noah - że kiedy należysz do
jednej drużyny...
- Zdajesz sobie sprawę, że to dokładnie taki sam układ jak w zespole
teatralnym, prawda?
- Nie, nie, nie. Nie taki sam. Bardziej przypomina... Ry, pomóż mi. Wiesz,
o czym mówię.
- O pluszowych misiach? - Ryan opiera podbródek na pięści.
- Spadaj. Nie. Jesteście oboje... eh.
Wymieniamy z Ryanem niemal niezauważalne uśmiechy.
- Wiesz co? - Noah zsuwa się z łóżka i obraca przodem do mnie. - Musimy
zrobić tak. Kate, musisz pójść na jeden mecz. Jeden mecz, dobrze?
Obiecaj mi. To nawet nie musi być baseball.
- Ja nie...
- Noga. W porządku? Zawrzyjmy pakt. Mała Garfield, pójdziesz ze mną na
jeden mecz piłki nożnej. Chcę, żebyś naprawdę skoncentrowała się na tym,
w jaki sposób piłkarze wchodzą ze sobą w relacje. Dobrze? Na boisku i poza nim. Na całej dynamice. Przybliżę ci ją. Zrozumiesz.
- I to ma być pakt?
- Nie skończyłem! Jeśli się zgodzisz na jeden mecz... ale musisz się
naprawdę skupić, jasne? To w zamian... - Milknie zamyślony. - Zaśpiewam na
scenie całą piosenkę.
Wybucham śmiechem.
- Słaba zachęta.
- Zastanów się nad tym. - Noah wskazuje ręką Amber i Ember. - Omówcie
to, drogie panie...
Zanim zdąży zamknąć usta, rzucam w niego misiami.
SCENA 19
Trzy i pół minuty po ostatnim dzwonku w czwartek zjawiamy się z Andym w auli. Zajmujemy środkową część, w szóstym rzędzie od przodu, które to
miejsce zostało precyzyjnie wybrane jako najlepsze do szpiegowania
przesłuchań. Andy opada na krzesło.
- Jak się trzymasz?
- W porządku. Dobrze. Denerwujesz się? Ja tak. - Bębnię palcami po
oparciu. - Czemu to nigdy nie staje się łatwiejsze?
Anderson milcząco kiwa głową.
- Ale ty sobie poradzisz. Będziesz świetny, Andy. Słowo daję, dostaniesz
rolę Księcia Dauntlessa. Bez dwóch zdań...
Przerywa mi.
- Myślę, że dostanie ją Matt.
- Czemu tak sądzisz?
- Poważnie? Słyszałaś przecież, jak śpiewa.
- Słyszałam też, jak ty śpiewasz - mówię.
Ale Anderson tylko wzdycha.
- A jeśli Zhao znów w tym roku pójdzie po starszeństwie? Albo ja to po
prostu spierdolę?
- Nie spierdolisz!
- Tego nie wiesz. Nie jesteś jasnowidzką.
- Andy, w życiu nie spartoliłeś żadnego przesłuchania.
To prawda. Jeśli Anderson chce grać rolę Księcia Dauntlessa, to byłabym
w szoku, gdyby jej nie dostał. W końcu jest gwiazdą. Obrzydliwie
utalentowaną gwiazdą.
Ktoś powinien wymyślić słowo na określenie mieszaniny dumy i zazdrości,
kiedy ktoś bliski jest w czymś naprawdę dobry. Chcesz, żeby mu się udało
tak bardzo, że odbierasz sprawę osobiście. Ale na samą myśl o jego
sukcesie niemal skręca cię z tęsknoty.
Bo skoro już o tym mowa, to nie jestem tak utalentowana jak Andy. Po
prostu nie jestem. I nigdy nie byłam. Nie mam magnetyzującego wokalu,
vis comica ani charyzmy. Nigdy nie zostałam indywidualnie wywołana
przed kurtynę. Może po prostu nie jestem tym typem osoby.
Należę raczej do gatunku "to tak żenujące, że ciężko na to patrzeć".
Raina zjawia się od strony bocznego korytarza, zwarta i gotowa. Głaszcze
swój telefon.
- Harold życzy nam powodzenia.
- Ooo. Dzięki, Harold. Słodziak.
- Wiem. - Pochyla się nade mną i Andersonem i wyciąga szyję. - Gdzie
Zhao?
- Chyba...
Przerywa mi jednak i patrzy spod przymrużonych powiek w kierunku
wejścia.
- Co robi tu Vivian Yang?
- Co? - Obracam się i czuję ucisk w żołądku.
Nie chodzi o to, żebym nie lubiła Vivian. Nie jestem oczywiście
zachwycona tym, jak porzuciła nagle Andy'ego, żeby przyłączyć się do
f-składu, ale rozumiem, że to było w gimnazjum. Rzecz w tym, że Vivian
nie należy do teatralnej paczki. Chyba nigdy dotąd nie brała udziału w przesłuchaniach do żadnego musicalu.
Ale potrafi śpiewać. To wiem na pewno i nie tylko z występów w szkole
wokalnej Andersona. W szkole podstawowej podczas uroczystości Vivian
śpiewała co parę miesięcy hymn narodowy. A te wszystkie konkursy
wokalne, na które swego czasu jeździli razem z Andym? Vivian je
wygrywała. W zasadzie wszystkie. Mało zaskakujące, jeśli weźmie się pod
uwagę, że jej rodzice są prawdziwymi zawodowymi muzykami. Zespół R&B
jej mamy grał nawet raz w latach dziewięćdziesiątych jako support
Blaque. Vivian ma zresztą głos podobny do mamy. Jeden z tych, które
brzmią w barwie tonalnej jak alt, ale nim nie są. Jest ubersopranistką.
Mam niemal pewność, że potrafi zaśpiewać dźwięki, które byłby w stanie
usłyszeć jedynie mój pies.
Wzdycham.
- Kurwa.
- Dobra, gdzie jest Zhao? - pyta Raina. - I gdzie jest Matt?
Rozlega się fortepianowa kakofonia tak głośna, że wszyscy podskakujemy.
Rzucam okiem na scenę i wszystko jasne - to Noah. Nie wiem, o co chodzi
z f-boyami i instrumentami muzycznymi. Jakby musieli wszystkiego dotknąć
i narobić tyle hałasu, ile jest w ludzkiej mocy. Noah wygląda na
zaskoczonego, jakby właśnie zaczynał się orientować, co stanie się po
dotknięciu klawiszy pianina.
Dzwoni ostatni dzwonek oznajmiający koniec zajęć, a ja zerkam raz
jeszcze na drzwi auli. Wpada przez nie Brandie, a następnie ze skrzydła
wyłania się pani Zhao i nauczyciel muzyki, rozmawiający z Devonem
Blackwellem, reżyserem z grona uczniowskiego, który wygląda uroczo w grunge'owym stylu rozczochranego muzyka z tikiem w postaci podwójnego
mrugania, co zawsze wydawało mi się szczególnie ujmujące. Zeszłej wiosny
sporo rozmawialiśmy na próbach, głównie o muzyce, i przez chwilę
myślałam, że... może. Ale Andy nie czuł bluesa. Więc. Tak.
Nieważne. Większość wie, co nas czeka. Nauczyciel muzyki, pan Daniels,
usiądzie do pianina, a Zhao i Devon staną sobie obok. A potem będą
wzywali nas do śpiewania, jedną osobę po drugiej. Trzeba im jednak
przyznać, że nie zachowują się podczas przesłuchań podle. W filmach
stale widuje się, jak ludzie muszą wystąpić na scenie sami, jakby
startowali do broadwayowskiego musicalu albo w The Voice. Ale Zhao,
Devon i pan D są wyluzowani. Na scenie jesteś ty i oni, żadnego
mikrofonu. I jasne, wszyscy z sali cię słyszą, ale akompaniament tuszuje
część niedoskonałości. Zhao bardzo poważnie podchodzi do nieupokarzania
uczniów, co jest zaskakująco rzadką cechą u nauczycieli.
Lindsay Ward wychodzi jako pierwsza, a ja staram się pochylić do przodu
tak, żeby nie rzucało się to za bardzo w oczy. Śpiewa Happily Ever
After, co znaczy, że startuje do roli Winnifredy. Nie jest zła. Zerkam
na twarz pana D siedzącego za pianinem. Czasem kiedy gra, na zmianę
zaciska i wydyma usta. Raina nazywa to zasysaniem. Robi tak tylko wtedy,
gdy się bardzo wczuje.
Powiedziałabym, że pan D kiwa tylko uprzejmie głową w takt muzyki.
Żadnego zasysania. Z drugiej strony Lindsay jest w ostatniej klasie, co
czyni z niej moją rywalkę. Nigdy nie wiadomo, na co zdecyduje się Zhao.
- Hej - rzuca Matt bez tchu, opadając na krzesło koło mnie. - Spóźniłem
się?
- Nie. Jak się masz?
Anderson nachyla się przez moje miejsce, żeby przybić z nim piątkę.
- Zdążyłeś.
Matt się uśmiecha.
- Uff.
- Musiał skończyć pisanie testu z angielskiego - mówi Anderson, bo
najwyraźniej pełni teraz funkcję grafikowego.
Następnie jednak Matt pochyla się bliżej i z ustami tuż przy moim uchu
szepcze:
- Anderson twierdzi, że masz rolę Winnifredy w kieszeni.
Serce mi podskakuje.
- Tak powiedział?
Matt się uśmiecha i kiwa głową.
- No proszę. Słodziaku jeden. - Szturcham lekko Andersona, a ten puszcza
do mnie oko.
- Okej, Lindsay skończyła - szepcze Brandie.
Na scenie pani Zhao zerka to na listę, to na widownię.
- Raina Medlock, twoja kolej.
- Kurrrwa.
- Kocham cię, Rain. Dasz radę.
Podciągam nogi, żeby mogła się koło mnie przecisnąć.
Po Rainie przychodzi kolej Emmy McLeod, a następnie Colina Nakamury, a potem Brandie, Lany Bennett i Andersona, który totalnie wymiata -
całkowita teatralna dominacja, po której następuje rzeź drobiu w wykonaniu Noaha. Chociaż nawet ja muszę przyznać, że jest całkiem
zabawny. Noah Kaplan nieźle prezentuje się na scenie. Kto by pomyślał?
Nagle nadciąga moja kolej.
Mijamy się z Noahem, który przystaje, żeby przybić ze mną piątkę.
- Powodzenia.
Zamieram.
- Noah! Nie! Mówi się połamania nóg.
- A może rąk?
- Dobra, po pierwsze, to tylko takie wyrażenie... - Ale przerywam, bo pani
Zhao patrzy na mnie wyczekująco ze sceny, a moje serce zaczyna wyrywać
się z piersi jak szalone. - Hej - dodaję po chwili. - Dobra robota,
Noah.
- Dziękuję bardzo. - Noah uśmiecha się, jakby wiedział, że kłamię, ale
pochwalał to kłamstwo. - Dobra, Mała Garfield, pokaż, na co cię stać. -
Stuka się z pewną miną w gips.
- No dobrze - odzywa się pan Daniels. - Co nam dziś zaśpiewasz?
Głęboki wdech.
- The Swamps of Home.
Pani Zhao kiwa lekko głową i nawet ta reakcja przyprawia mnie o rumieniec. To taka zabawna, niepisana umowa. Zhao chce, żebyśmy byli
elastyczni, więc teoretycznie nie wolno nam ubiegać się o żadną
konkretną partię. Ale wysyłamy jej zaszyfrowaną wiadomość za pomocą
piosenki, którą wybieramy. Jeśli chcesz którąś z ról, to śpiewasz
piosenkę tej właśnie postaci - my o tym wiemy i Zhao o tym wie, mimo że
nie zawsze się ten numer uda.
Teraz więc wszyscy słyszą, że chcę rolę Winnifredy. Teraz wszyscy
wiedzą.
- Zacznij, kiedy będziesz gotowa - mówi Zhao, pochylając się w stronę
Devona.
A potem coś szepcze, stuka w jego segregator, a on coś notuje.
Pan Daniels spogląda mi w oczy i gra początkowe takty, po czym
zatrzymuje się wyczekująco.
"Kate Garfield Wokalistka", przypomina mój niezawodny mózg. "Chyba
umieram".
Biorę kolejny wdech.
A potem mój umysł opuszcza ciało i unosi się w kierunku sufitu.
SCENA 20
A teraz czekamy.
- Po żadnym z nich nie da się niczego poznać - mówi Brandie po raz
miliardowy.
Zgarnia butelkę coli z szafki nocnej Andersona i pije. To jedna z tych
spersonalizowanych butelek: "Podziel się z Bandą!". Najprawdziwsza
prawda: jeśli Brandie zobaczy napis, który choć odrobinę przypomina jej
imię, kupi butelkę i ją zachowa. Raina nazywa to kolekcją śmieci.
Anderson opiera się o zagłówek.
- Prawda? - Wzdycha. - Zhao jest Skorpionem, więc to się rozumie samo
przez się, ale sądziłbym, że pan D czymś się zdradzi.
- Zassaniem - mówi Brandie.
- Tak, ale co to nam właściwie mówi? - pyta Andy. - B, doskonale
pamiętam, jak w zeszłym roku wpadłaś w panikę, bo pan D nie zassał...
- O matko. Błagam, przestańcie mówić o ssaniu pana D. - Raina się
wzdryga.
- Rain, to przecież ty sama...
- Wiem. - Raina kopie Andy'ego w kostkę. - Ale nie jako czasownik.
Andy odpowiada szturchnięciem.
- Ja tylko mówię, że w zeszłym roku pan D na sto procent nie wykonał
zassania podczas przesłuchań Brandie i, hmm, a tak... którą to rolę
dostała?
Brandie nie może pohamować uśmiechu, choć przy ustach ma swoją butelkę z Bandą.
- Maria, Maria, Maria, Maria - śpiewa Anderson.
- Racja - mówi Brandie. - Ale pamiętaj, że zassał przy Rainie...
- Fuuuuuuuu.
Brandie nie zwraca na nią uwagi.
- I w tym roku zrobił to z całą pewnością, kiedy śpiewała Vivian.
- Ale nie Kate - mówi Andy. - A Kate była...
- Nie. - Zaciskam oczy. - Nie chcę o tym rozmawiać.
Absolutne kłamstwo. Bardzo chcę o tym rozmawiać i doskonale zdają sobie
z tego sprawę.
Tradycyjna przesłuchaniowa sekcja zwłok. Całą drogę powrotną
analizowaliśmy każdą sekundę pod każdym kątem. A ponieważ zastaliśmy w domu mamę Andersona, to omówiliśmy dla niej wszystko jeszcze raz. Nawet
nie zadawała pytań. Siedziała tylko i haftowała, pozwalając nam na
monolog jak na prawdziwą bohaterkę przystało. A teraz zajęliśmy idealnie
zaścielone wielkie łóżko Andy'ego i zaczęliśmy trzecią rundę pod czujnym
dwuwymiarowym spojrzeniem Billy'ego Portera, Lizzo i Leny Waithe -
Galerii Idoli Andy'ego.
- Kate. - Raina wyciąga się koło mnie i ziewa. - Wiesz, że byłaś
niesamowita.
- Co? Nie. - Obejmuję swoje kolana. - To wy jesteście niesamowici.
Andy prycha.
- Przepraszam bardzo. Wy trzy byłyście niesamowite. Moje najwyższe
dźwięki brzmiały, jakby pisk i krzyk ze sobą współżyły.
- Czy powstałby z tego skrzek? - Brandie popija colę.
- Przynajmniej twoja pierwsza zwrotka nie brzmiała jak masturbująca się
owca - mówię.
- Przynajmniej nie brzmiałaś jak ropucha pierdząca ustami.
- To najbardziej popierdolona rozmowa, jakiej byłam kiedykolwiek
świadkiem - stwierdza Raina.
- Nie jesteśmy popierdoleni - mówi Andy. - Tylko ze sobą rywalizujemy. W zdrowy sposób.
- Właśnie powiedziałeś, że twój głos brzmiał jak pierdnięcie ropuchy.
- Bo tak właśnie brzmiał - mówi Andy.
- A dla mnie brzmi to jak - wtrąca się Raina - mały chłopczyk zwany
Anderson Walker, łowiący komplementy.
- Ej - oburza się Andy. - Niczego nie łowię.
To prawda. Andy nie łowi komplementów. Zaczyna się tak zachowywać tylko
wtedy, kiedy jest zdenerwowany. Włącza mu się tryb wahadła oscylującego
między arogancją a autoironią. Jakby jednocześnie znał swój talent i nie
miał o nim pojęcia.
- Dobra, obstawiam - mówi Anderson, sięgając po leżącą na szafce nocnej
paczkę skittlesów. - Brandie będzie błaznem, Raina królową...
- Przestań! Nie zapeszaj. - Policzki Rainy zalewa rumieniec.
Słowo daję, twarze niektórych osób przypominają najprawdziwsze neony.
Raina miała tak od zawsze. Nie czerwieni się szczególnie często, ale
kiedy już, to na purpurowo.
Raina chce być królową i to bardzo.
Mogłam się pewnie domyślić. Raina zawsze miała bzika na punkcie
królowych. Właśnie dlatego wybrała takie imię. Doskonale pamiętam
pierwszy dzień drugiej klasy, roku, w którym ujawniła się w szkole. Jej
rodzice są tak niesamowici, że kupili jej całą szafę spódnic i sukienek.
Ale tamtego dnia Raina chciała włożyć zwykłe dżinsy i jedną ze starych
koszulek swojej siostry, tę z rysunkiem Elsy z Krainy Lodu. Napis na
koszulce głosił "Królowa Śniegu". Za każdym razem kiedy Mira Reynolds i Genny Hedlund użyły jej dawnego imienia albo niewłaściwego zaimka, albo
zadawały jakieś wścibskie pytania, Raina udawała, że jest Elsą. Kiedyś
mi to wyjaśniła. Powiedziała, że sekret tkwi w odgrywaniu pewności
siebie - niekwestionowanej pewności siebie. Pewności siebie godnej
królowej.
I zadziałało. Mira i Genny dość szybko się znudziły i to chyba było
tyle. Nawet w gimnazjum f-skład zwykle dawał Rainie spokój. Prawdę
mówiąc, myślę, że wiele osób zapomina, że ona jest trans. Nie ukrywa
tego, ale niewiele na ten temat gada, tylko z nami i Haroldem. Bo choć
tkwiąca w niej moc Elsy skutecznie odstraszyła Mirę i Genny, to Raina
nigdy więcej nie zamierzała im ufać. Szczerze, trudno jej zaufać
komukolwiek z f-składu. I pewnie ma rację.
- Aha! - Anderson mnie szturcha. - Matt chce wiedzieć, czy idziemy jutro
wieczorem na imprezę do Seana Sandersa.
Raina wybucha śmiechem - ale milknie, gdy tylko dostrzega jego
spojrzenie.
- O, skarbie. Mówisz poważnie.
Anderson przełyka skittlesa.
- A czemu nie miałbym mówić poważnie?
- Impreza. - Raina mruży oczy. - Z Seanem Sandersem.
- I innymi ludźmi!
- No tak, tak. Z pewnością pojawi się cała banda. Wszystkie sześć mięśni
jego brzucha...
- W zasadzie jest ich osiem - odzywa się Brandie.
Anderson uśmiecha się z zażenowaniem.
- Sam nie wiem. Może być fajnie.
- Będzie. - Brandie uśmiecha się cierpko. - Ale muszę iść do kina.
- Z twoją psiapsiółką - dodaje Raina.
- Dobra, to...
- I nie do kina. - Stwierdza Raina z udawaną powagą. - Tylko na film.
Brandie wymierza jej kuksańca w ramię. Są razem takie zabawne, słowo
daję. Tata nazywa je Niedobraną Parą. Są swoimi przeciwieństwami. Ale
tak naprawdę myślę, że na swój sposób mają równie współzależną relację
jak ja i Anderson. Przez jakiś czas Andy był przekonany, że Raina i Brandie potajemnie się umawiają. Zebrał wszelkie dowody, jak to, że
któregoś dnia Raina zjawiła się w szkole, pachnąc szamponem Brandie -
albo to, że Raina odwiedziła wszystkie sklepy spożywcze w poszukiwaniu
coli z imieniem Brandie. Z perspektywy czasu może rzeczywiście to była
lekka przesada, ale w tamtym czasie to naprawdę miało swoje
uzasadnienie.
Ale nie. To tylko wyobraźnia Andersona działała na najwyższych obrotach.
Raina i Brandie śmiały się długo po tym, jak się przyznał. Raina jest
bi, ale postawiła sprawę bardzo jasno: spotykanie się z Brandie byłoby w zasadzie kazirodcze. Do dzisiaj nie wiemy jednak, jak identyfikuje się
Brandie. Kiedyś zarumieniła się i stwierdziła, że Harry Styles jest
"uroczy", ale to by było na tyle. Nie mamy nic więcej.
Andy zwraca się do mnie.
- Kate, pójdziesz, prawda?
- Jasne, że pójdę - mówię. - Przecież nie przepuszczę tylu f-mięśni.
Ale Andy tylko parska śmiechem.
- Przecież nie przepuścisz Matta - stwierdza zwyczajnie.
Jakby wyciągnął mi te słowa prosto z mózgu.
SCENA 21
Po ostatnim dzwonku w piątek ruszam prosto do Klopa Awaryjnego. Andy
miał się tam ze mną spotkać, żebyśmy mogli wspólnie pójść pod kanciapę
pani Zhao. Nie wyobrażam sobie odczytania obsady bez niego. Andy
sprawia, że złe wiadomości są jakby mniej do bani. A dobre w pełni
docierają.
Już czeka na mnie w drzwiach łazienki. Nie ma czasu na chowanie się po
kabinach. Gdy tylko się pojawiam, łapie mnie za ramię, obraca i popycha
prosto za drzwi.
Wybucham śmiechem.
- Rozumiem, że jesteś gotowy.
- Urodziłem się gotowy.
Od pokoju pani Zhao dzieli nas zaledwie parę metrów, jest tuż, tuż.
Trudno jednak zobaczyć jego drzwi, nawet z bliższej odległości. Widok
blokuje tłum uczniów. Przepychają się - każdy chce dostać się na tyle
blisko, żeby zrobić zdjęcie pełnej listy i później ją przeanalizować. Tu
i ówdzie ludzie odrywają się od grupy, żeby przybić z kimś piątkę,
napisać esemesa albo się rozpłakać. Mija nas idąca szybkim marszem
Margaret Daskin, zakrywająca obiema dłońmi twarz.
- Dobra, sytuacja właśnie zyskała wymiar realny. - Andy wypuszcza
powietrze z płuc. - Wpychamy się?
Kiwam szybko głową. Szczerze mówiąc, musimy. W przeciwnym razie ktoś
taki jak Lana Bennett na pewno ujawni prawdę, a jeśli mam być znowu
obsadzona w gównianej roli dalszoplanowej, to słowo daję, nie w ten
sposób chcę się o tym dowiedzieć.
- Widzę głowę Brandie - mówi Anderson. - Do dzieła.
Bierze mnie za rękę, splata nasze palce i chwilę później przemykamy się
przez tłum w kierunku Brandie. W chwili, gdy do niej docieramy, obraca
się, jakby wyczuła naszą obecność. Jest rozpromieniona.
Serce podchodzi mi do gardła.
- Dobre wieści? - pyta Andy.
Brandie zaciska usta i kiwa głową. Trudno coś z tego zrozumieć. Dobre
wieści, to na pewno. Ale dobre dla kogo? Brandie oczywiście chce być
błaznem z powodu sceny tanecznej, ale może jej ekscytacja wiąże się z Andersonem. Albo Rainą.
Albo ze mną.
Czerwienię się i odwracam pospiesznie wzrok, skupiając go na głowie
jakiejś pierwszoklasistki. Zbliżamy się niebezpiecznie do drzwi. Widzę
już białą kartkę na tle drewna. Anderson się przepycha aż pod same
drzwi, a mnie oddech więźnie w gardle. Przez moment wydrukowana lista
tańczy mi niewyraźnie przed oczami.
A potem obraz się wyostrza.
Pierwsza postać na liście: Księżniczka Winnifreda.
Imię obok: Vivian Yang.
- O, Katy.
Andy puszcza moją rękę i obejmuje mnie w pasie.
Kiwam beznamiętnie głową.
- W porządku.
Księżniczka Winnifreda: Vivian Yang.
Wow. A więc Vivian dostała wymarzoną rolę. Pierwsze w życiu
przesłuchanie i bum. Ponowne wywołanie na scenę, suknia z bagien, długie
oklaski po scenie, pocałunek z...
Książę Dauntless: Anderson Walkier.
Chwileczkę.
Książę Dauntless.
Anderson Walker.
- Andy, udało ci się! - Ściskam go. - Mówiłam. Jasna cholera. Mazeł tow.
Śmieje się.
- I nawzajem.
- Jak to?
Wracam wzrokiem na listę.
Królowa Aggravain: Raina Medlock.
Król Sextimus: Noah Kaplan.
Uśmiecham się szeroko.
- Oj, Noah.
Król Sextimus spędza większość sztuki pozbawiony głosu w wyniku
rzuconego uroku. Szkoda, że nie może on objąć prawdziwego życia. Szkoda,
że uroku nie da się rzucić na całą ekipę f-boyów.
Anderson mnie szturcha.
- Czytaj dalej.
Lady Larken: Kate Garfield.
- Co... takiego?
Obracam się powoli do Andersona i zakrywam usta obiema dłońmi.
Ściska mnie z boku.
- Nieźle, co?
Mam wrażenie, że gardło odmawia mi współpracy. Nic takiego. Tylko drobne
zadławienie się na śmierć.
To naprawdę do mnie nie dociera. Ja. Główna rola. Dialogi do nauczenia
się. Środek sceny. Rzędy oczu. Światła reflektorów na mojej twarzy.
Lady Larken. Prawdziwa rola, postać, która mówi, śpiewa i robi różne
rzeczy. Mój głos, tyle że wzmocniony. Ja, tylko bardziej widoczna.
- To nierzeczywiste - wykrztuszam wreszcie.
Zawsze sądziłam, że teatr to nieodwzajemniona miłość mojego życia.
Wszystkie te role, których pragnęłam, ale one nie pragnęły mnie.
Wszystkie te prowadzące donikąd przesłuchania. Zaczynałam odnosić
wrażenie, że wykrzykuję wyznanie miłości do czarnej dziury.
Okazuje się, że otrzymanie głównej roli przypomina "ja ciebie też".
Anderson przygląda się mojej twarzy.
- Jesteś szczęśliwa?
- Tak. - Kiwam głową, a potem zerkam na niego z uśmiechem. - Oczywiście
jest mi smutno, że za ciebie nie wyjdę.
- A spójrz na Harry'ego.
- No tak, racja!
Przenoszę wzrok pospiesznie z powrotem na listę i przesuwam go poniżej
własnego nazwiska. Oto i on, tuż pod spodem.
Sir Harry: Matthew Olsson.
O jasny gwint.
Sir Harry: Matthew Olsson.
Sir Harry: mój partner romantyczny. Matt Olsson to mój partner
romantyczny. I to nie byle jaki. Wątek nie jest nawet subtelny. Nasze
postaci mają ze sobą dziecko.
Co tam nauka dialogów. Muszę przypomnieć sobie, jak się oddycha.
SCENA 22
Im bardziej zbliżamy się do domu Seana Sandersa, tym szybciej bije moje
serce.
- Przypomnij mi, czemu zamierzamy wziąć udział w imprezie f-boya?
- Bo zostaliśmy zaproszeni przez ojca twojego nienarodzonego dziecka.
Andy nazywał go tak przez cały wieczór. Mój nasieniodawca. Tata mojego
dziecka. Jasne, Andy jest po prostu przemądrzalcem, ale słowo daję, że w jego głosie słychać jakąś taką nutkę. Jakby sądził, że jeśli
wystarczająco dużo będzie z tego żartował, to nikt się nie zorientuje,
że go to gniecie.
Anderson bierze mnie pod rękę.
- Gotowa?
Kiwam stanowczo głową.
- Gotowa.
Wow. Prawdziwa, najprawdziwsza domówka. Muzyka dudni przez drzwi
wejściowe, a moje serce zrównuje się z bitem. Przez okno dostrzegam
kołyszących się ludzi, opróżniających czerwone plastikowe kubki. Zerkam
z ukosa na Andy'ego, który przystanął na werandzie, wbijając spojrzenie
wielkich brązowych oczu prosto przed siebie. Wygląda na kompletnie
zagubionego.
- Psst. Twarda z ciebie sztuka - szepczę do niego.
- Wiem.
- I sexy.
Lustruje mnie od stóp do głów.
- Ty też.
Tak, dobra, rumienię się na te słowa. Bo choć przyznanie się do tego
jest obciachowe, to seksowna i twarda sztuka było moją docelową
estetyką. Włosy z grubsza ujarzmiłam i przypięła po bokach wsuwkami.
Anderson namówił mnie na spódnicę - krótką i plisowaną - botki do kostek
i sweter typu oversize. Użyłam różu, tuszu do rzęs i kredki ochronnej
do ust, co stanowi jedyny rodzaj makijażu, w którym nie wyglądam, jakbym
pozwoliła nabazgrać coś na mojej twarzy bandzie przedszkolaków i/lub
f-boyów.
Wysuwa rękę spod mojego ramienia, otwiera drzwi i łapie moją dłoń, żeby
pociągnąć mnie do środka.
I... ufff!
Impreza atakuje wszystkie moje zmysły naraz. Ściana dźwięków. Zapach
piwa. Wielobarwne światełka choinkowe - co dowodzi, że Sean Sanders to
mistrz nastroju pośród f-boyów. Niemal bezwiednie zawieszam się całym
ciężarem na Andersonie.
- Myślisz, że Matt już jest? - pytam.
- Nie wiem. Zróbmy rundkę.
Zróbmy rundkę. Anderson, wow. Od razu przerzucił się na imprezowy język.
Z całych sił staram się nie sprawiać wrażenia przerażonej perspektywą
lawirowania w gęstwinie fuckboyów. Zabawne, że zaledwie parę godzin temu
Anderson utorował nam łokciami drogę przez tłumek miłośników teatru. Ten
sam manewr - tyle że tym razem zamiast farbowanych włosów i koszulek z Hamiltona mamy szare spodnie dresowe, koszulki piłkarskie, krótkie
spódniczki i crop topy. W rogu dostrzegam brata śmiejącego się z grupką
baseballistów. Nigdy nie byłam na imprezie z Ryanem, ale widywałam na
Instagramie fotki, na których był cały uśmiechnięty i zaróżowiony.
Kawałek mnie chyba domyślał się, że Ryan pewnie pije, ale nie byłam tego
całkiem pewna. W końcu na żadnym ze zdjęć nigdy nie trzyma piwa.
Ale proszę bardzo. Tajemnica rozwiązana: mój brat z całą pewnością pije.
I to potwierdzenie sprawia, że czuję się dziwnie, czuję się mała i jakby
od brata dzieliły mnie miliony kilometrów.
Zwalisty blondyn toruje sobie drogę przed nami, prężąc muskuły i krzycząc:
- DALEEEJ!
- O matko. - Anderson łapie się za gardło.
W pokoju obok coś się przewraca, po czym następują śmiech i wycie, i mnóstwo przeciągłych przekleństw. Wszystko odbywa się nieco głośniej,
niż powinno. Nawet kanapowcy z zaskoczenia przerywają swoje igraszki.
Może wkroczyliśmy do równoległego wszechświata. Wszystko zboczyło nieco
ze swojej trajektorii. Weźmy na przykład bejsbolówki. Jakby w chwili
przekroczenia progu imprezy f-boy zapominał, jak nosi się czapeczki.
Może nie chcą angażować się w pełne ich założenie, więc zarzucają je
sobie daszkiem do tyłu i wciskają tylko do połowy. To jedyne możliwe
wytłumaczenie.
- Powinniśmy włączyć wiatrak - mówi Andy, czytając mi, jak zwykle, w myślach. - No wiesz... ziuu, o nie! Czyżby zleciała ci z głowy czapeczka?
Może powinieneś ją był, no nie wiem, porządnie włożyć na tę jebaną
łepetynę?
Mrużę oczy.
- Czy Matt... gdzieś tu się kręci? Nie widzę go.
- Może jest w którymś z pozostałych pokoi. Chcesz się rozdzielić i...
- Oszalałeś? - Patrzę na Andersona z niedowierzaniem. - Nawet się nie
waż mnie tu zostawiać. Mogę zginąć.
Jakby na zawołanie dziewczyna w barwionym nieregularnie crop topie wpada
na mnie i ledwo udaje się jej złapać napój, zanim go wyleje.
- O Boże. - Kładzie mi rękę na ramieniu. - O, mój Boże. Tak bardzo cię
przepraszam. Bardzo, bardzo cię przepraszam.
- W... porządku - zaczynam mówić, ale ona już znika w tłumie.
- Dobra, podejdźmy do tego systematycznie - mówi Anderson. - Może
zaczniemy przemieszczać się w kierunku stołu z napojami?
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
SCENA 1
Pierwsze pięć minut trzeciej klasy, a ja mam dosyć. Nie, serio. Zakopmy
ten rok głęboko pod ziemią.
Po pierwsze ledwie jestem w stanie utrzymać oczy otwarte. A to nie wróży
dobrze, skoro jeszcze nawet nie weszłam do budynku. Ani nie opuściłam
parkingu. Ani nawet nie odpięłam pasów.
A to wszystko wina Andersona.
Bo Anderson Walker wie, że bez siedmiu godzin snu jestem demonem zombie
na xanaxie, a jednak. Mimo to! Ten psychol wszedł do mojego domu, do
mojego pokoju, i włączył światła o piątej trzydzieści. Bo chciał poznać
moją opinię na temat wyboru swetra na rozpoczęcie roku szkolnego.
Granatowy z brązowymi guzikami czy granatowy z granatowymi guzikami.
- Chcę tylko zobaczyć twoją instynktowną reakcję - stwierdził.
Moja instynktowna reakcja polegała na ciśnięciu mu poduszki w twarz.
A teraz, niemal trzy godziny później - jak w zegarku - znów wpada w panikę na parkingu.
- Jesteś pewna, że granatowy może być?
- Andy. Jest okej.
- Tylko okej?
- Lepiej. Wyglądasz świetnie.
To prawda. Zawsze wygląda świetnie. Anderson jest za ładny na tę
planetę, serio. Gładka brązowa skóra, dołeczki i krótkie, stylizowane
afro, nie wspominając już o wielkich brązowych oczach za okularami w plastikowych oprawkach. Ma też do perfekcji opracowany styl na ucznia
szkoły morskiej: świeżo wyprasowana koszula, kardigan i spodnie z podwiniętymi nogawkami.
Pociera policzki.
- Nie chcę wyglądać byle jak. To pierwszy dzień...
Zagłuszył go jednak trap dudniący z jeepa. Nadciągają fuckboys.
Niestety, Liceum Roswell Hill to wylęgarnia tego gatunku, głównie jego
podmiejskiej sportowej odmiany. Fuckboius atleticus. Powaga. Wystarczy
stanąć na korytarzu i na dwie sekundy wyciągnąć przed siebie ręce, a trafi się jednego z nich prosto w sportowe spodenki. Są wszędzie, całe
zastępy, a wszyscy w drużynowych strojach naszej szkoły. Tylu się ich
namnożyło, że musieliśmy nadać im niezbyt sekretny kryptonim. F-boys.
Nie tuszuje to pełnego znaczenia, ale przynajmniej chroni niewinne uszy
Brandie przed eksplozją.
Z samochodu Andersona rzucam przez okno od strony pasażera gniewne
spojrzenie na jeepa. Kierowca otacza usta dłońmi, na wzór megafonu, żeby
krzyknąć coś do przechodzącej nieopodal grupki dziewczyn. Śpiew godowy
f-boya. Ale drzwi jego samochodu są otwarte na oścież, blokując tym
samym moje.
Ten tupet f-boya.
- Kate.
Anderson trąca mnie kluczykami, ale mu je wyrywam. Tak bardzo podoba mi
się jego breloczek z disneyowską Roszpunką, że prawie miałabym ochotę
zrobić prawko. Prawie.
Nasze telefony zaczynają równocześnie wibrować. Na pewno wiadomość od
Rainy albo Brandie.
Andy zerka na ekran.
- Chodźmy, już są na miejscu.
Dobra, to jest motywacja. Z Rainą widzieliśmy się parę razy od końca
obozu, ale Brandie wyjechała do Meksyku dzień przed naszym powrotem. Co
oznacza, że od blisko dwóch miesięcy nie spotkaliśmy się w pełnym
składzie.
Anderson łapie mnie za rękę, żeby pomóc mi w przedostaniu się nad
dźwignią zmiany biegów, a potem przecinamy parking i całkowicie omijamy
główne wejście. Zmierzamy natomiast do bocznych drzwi, które prowadzą
bezpośrednio do sali teatralnej. Prosto do kanciapy pani Zhao, gdzie
zebrali się stali bywalcy.
Prawdę mówiąc, my, członkowie teatru, jesteśmy tak rozpoznawalni na
pierwszy rzut oka jak f-boys. Tyle że w naszym przypadku nie polega to
na ubraniach, a raczej na aurze. Mój brat powiedział kiedyś, że chodzimy
tak, jakby każdy miał nad głową własny prywatny reflektor. Jestem pewna,
że to nie był komplement.
Ale to prawda. Nie ma tu miejsca na tę wymuszoną nonszalancję, z jaką
inni podchodzą do pierwszego dnia szkoły. Jest natomiast Margaret Daskin
i Emma McLeod mordujące Gazeciarzy w pobliżu windy, Lindsay Ward
krzycząca do słuchawki i Colin Nakamura używający głowy Pierry Embry
jako bębna. I oczywiście Lana Bennett robiąca wykład Kelly Matthews,
która, jak zakładam, popełniła błąd i nazwała szkolny musical sztuką.
Nie ma niczego, co Lana Bennett lubiłaby bardziej niż wyjaśnianie
różnicy między musicalem a sztuką osobom, które... doskonale znają różnicę
między musicalem i sztuką.
Brandie i Raina są jednak stosunkowo wyluzowane, opierają się tylko o ścianę i czytają coś w telefonach. Wszyscy chyba wiedzą, że z naszej
ekipy to one w największej mierze ogarniają życie. Zastanawiałam się
wielokrotnie, która z nich pełni funkcję przyjaciółki-mamy, ale prawda
jest taka, że obie ją pełnią. Tylko każda w inny sposób. Raina to mama
apodyktyczna, która zmusza wszystkich do nauki, zdrowego trybu życia i picia wody. Brandie to mama wrażliwa, która pozwala ci się wypłakać w swój sweter, kiedy twój obiekt westchnień zaczyna spotykać się z f-girl
z drużyny siatkarskiej.
Dziś są czymś tak pochłonięte, że zauważają nas, dopiero kiedy stajemy z nimi niemal nos w nos.
- Bu - mówię.
Obie podnoszą z zaskoczeniem głowy, a wzrok Rainy wędruje prosto do
kluczyków Andersona w mojej dłoni.
- Kate, prowadziłaś?
Śmieję się, rzucając kluczyki z powrotem Andy'emu.
- Taa, nie.
- Nie twierdziłaś, że zamierzasz...
- No. Zamierzam.
Raina mruży oczy.
- Naprawdę! Już niedługo.
Technicznie rzecz ujmując, mogłabym zdawać choćby jutro - od ponad
półtora roku mam pozwolenie na jazdę z drugim kierowcą. Ale nie zdobyłam
się na ten krok. I nieszczególnie mi się do tego pali.
Tak naprawdę jestem typem pasażera.
Brandie mnie ściska.
- Masz świetną fryzurę!
Może więc Andersonowa pobudka o piątej trzydzieści się opłaciła. Zwykle
mam na głowie osławiony już chaos. Moje włosy są dokładnie w pół drogi
między blond i brązem, a pozostawione same sobie układają się w brawurowe niemal fale. W tej chwili jednak mam coś, co Anderson nazywa
falami z YouTube'a białej dziewczyny. Wiem, że od czasu do czasu są
warte wysiłku, zwłaszcza że należę do osób, których ogólny poziom
atrakcyjności jest w wysokim stopniu skorelowany z fryzurą. Ale w tej
chwili odnoszę wrażenie, że całemu światu demonstruję, jak bardzo się
staram.
- Jak tam Meksyk? - Dotykam marszczonego rękawa sukienki Brandie. -
Świetne.
Uśmiecha się.
- Było super. Ale strasznie gorąco. Jak tam obóz?
- Nikt nie umarł.
- Dobra robota - mówi Raina.
- I - przyciskam dłoń do serca - Matt zna nasze imiona.
- Cola Matt? - szczerzy się Raina.
- Wiesz co, bluźnisz. - Marszczę nos. - Mówię poważnie, jest jak adonis
z dawnych czasów...
- O czym byśmy wiedziały, gdyby ktoś potrafił zrobić grupowe selfie,
nikogo nie dekapitując.
- Hm, to nie moja wina, że Matt ma metr osiemdziesiąt wzrostu - mówię. -
Wspominałam, że ma metr osiemdziesiąt wzrostu?
- Dziesięć razy - odpowiada Raina.
Anderson odwraca się do Brandie i Rainy.
- Mówiłem wam, że umiał wymienić twórców tragedii greckiej? I to za
pierwszym razem?
- To brzmi jak materiał na chłopaka - mówi Brandie.
- I to jak - potwierdza Anderson. - Nie masz ochoty po prostu, no...
włożyć jego bejsbolówki i pozwolić, żeby obezwładnił cię na...
- ...na łóżku? - pyta Raina.
Anderson hamuje uśmiech, a potem kręci pospiesznie głową.
- Zmieniając temat. - Jego wzrok przenosi się na drzwi pani Zhao. -
Żadnych wieści?
- Zero - mówi Raina. - Ani podpowiedzi. Harold uważa, że stanie na
Chórze.
Anderson obraca się, żeby być do niej przodem.
- Czemu?
- Przeczucie? - Raina wzrusza ramionami. - Intuicja rudzielca?
- Czy istnieje w ogóle coś takiego?
- Zdaniem Harolda, tak.
Harold MacCallum: słodki jak marshmallow. Promyk słońca w ludzkiej
postaci. Chłopak Rainy. Poznali się jakiś rok temu online w grupie
wsparcia dla trans, którą moderuje Raina. Harold jest cis, ale jego
bliźniak jest niebinarny. Mieszkają całkiem niedaleko. Jest bardzo
nieśmiały i cudnie nieporadny. Ilekroć Raina o nim mówi, słychać w jej
głosie uśmiech.
- Dobra, mam teorię - odzywa się Anderson. - To rok średniowiecza.
- Co takiego?
- Posłuchajcie mnie. W zeszłym roku była West Side Story. W pierwszej
klasie Tajemnice lasu. A kiedy kończyliśmy gimnazjum, wystawiali Bye
Bye Birdie.
- Nie rozumiem - stwierdza Brandie.
- Tak tylko mówię. Komitet rodzicielski jest bardzo skąpy, prawda? Więc
przerabiamy tylko dwa komplety kostiumów. Mamy kostiumy na lata
pięćdziesiąte i kostiumy średniowieczne. Używają ich zamiennie, żeby
nikt się nie połapał. Tylko patrzcie. Za moment Zhao wyjdzie z listą do
zapisów. - Andy dobrze się bawi, wyciąga kolejne informacje, dołeczki
aktywują się w policzkach. - I zobaczycie. Mamy rok średniowiecza.
Zapamiętajcie moje słowa. Kopciuszek, Camelot...
- Albo będzie po prostu Chór - mówię. - A ty poczujesz się jak
skończony dureń.
- Tak, ale - unosi palec - Chór w średniowiecznych strojach. Idź za
pieniędzmi, Garfield. Idź za pieniędzmi.
Parskamy z Rainą dokładnie w tej samej chwili. Zanim jednak któraś z nas
wymyśli konieczną ciętą ripostę, drzwi do pokoju pani Zhao się uchylają.
I na korytarzu zapada głucha cisza.
Anderson chwyta mnie za rękę, a serce podchodzi mi do gardła. Choć to
bez sensu, bo nie ma żadnego suspensu. Co roku to samo. Pani Zhao
ogłasza jesienny musical pierwszego dnia szkoły. A potem ja przez
tydzień czy dwa panikuję bez dania racji, puszczając w kółko ścieżkę
dźwiękową i wodze fantazji. Za każdym razem towarzyszy mi ta sama
nonsensowna myśl. Może to jest mój rok. Może teraz dostanę szansę.
Prawda jest jednak taka, że dobrze wiem, gdzie znajdę swoje nazwisko,
kiedy obsada zostanie opublikowana.
Na dole strony. Bezimienna rola w zespole. Stała się już legendą w kategorii Bezimienna Rola w Zespole.
Ale jakoś ta chwila zawsze mnie rusza. To, że wszyscy zamierają, kiedy
pani Zhao wychodzi ze swojej kanciapy. To, że twarz ma nieporuszoną i nikomu nie patrzy w oczy, dopóki lista nie zawiśnie oficjalnie na jej
drzwiach.
Przynajmniej tak to powinno wyglądać.
Kiedy jednak drzwi w końcu się otwierają, wcale nie ma w nich pani Zhao.
SCENA 2
Ręka Andersona opada.
- Ja pierdolę.
I stąd wiem, że sobie tego nie wyobraziłam.
A jednak coś tu się nie zgadza. Nie jest z Roswell. Ani nawet z Georgii.
Serce utyka mi w gardle.
Bo Matt. Boski Matt. Cola Matt.
Tu jest.
- Wszystko z wami w porządku? - Brandie wygląda na zaniepokojoną. -
Znamy go?
- Ciii!
- Widzi nas - wydusza Anderson. - O, Boże. Co on tu robi? Co... Czeeeść.
Podchodzi do nas. TEN Cola Matt podchodzi do nas, a spojrzenie jego
niebieskich oczu przenosi się z Andy'ego na mnie i z powrotem. I... o,
cholera. Pragnienie wcale nie miało końca. Nie ustało. Ani trochę, ani
odrobinę.
- Yyy. Hej.
Jego lekki akcent z Alabamy.
- Czy ty... - urywam.
- Właśnie się tu przeprowadziłem. - Przegarnia dłonią włosy.
- Ty... - zamrugałam. - Chodzisz do naszej szkoły?
- Do ostatniej klasy.
- Spójrz na nich. Na ich miny - mruczy Raina do Brandie.
- Miłość od pierwszego wejrzenia - szepcze Brandie.
- Albo jakieś popierdolone zbiorowe zauroczenie od pierwszego wejrzenia.
Wow, laski. Co za subtelność. I ocena! Raina tego nie rozumie. Żadna z nich nie rozumie i wątpię, żeby kiedykolwiek zdołała pojąć.
Prawda jest taka: zakochiwanie się bez Andy'ego nie ma sensu. Więcej,
jest bolesne. Zakochiwanie się w pojedynkę jest jak ćwiczenie dialogu
bez partnera. Nie ma punktu odniesienia, a głos brzmi sztucznie i donośnie.
W tej chwili jednak ani mój głos, ani mózg nie funkcjonują. Rozmowę
rejestruję tylko częściowo. Jestem zbyt skoncentrowana na tym, że Matt
właśnie uścisnął dłoń Brandie i przedstawił się pełnym imieniem i nazwiskiem. Jak dziadek. Urocze.
Matt Olsson.
Nie mogę uwierzyć, że tu jest.
Rozstanie z nim złamało mi serce. To takie durne, bo przecież nawet się
z nim nie przyjaźniliśmy. Nie przesiadywaliśmy razem do późna na
piętrowych łóżkach, wymieniając się tajemnicami. Dosłownie pięć sekund
temu poznałam nazwisko tego chłopca.
Ale miałam wrażenie, jakbyśmy go znali. I nie tylko w kwestii znajomości
greckich twórców, która tak podnieciła Andy'ego. Nic mnie oni nie
obchodzą. Po prostu czuję się kompletnie... sama nie wiem. Osłupiała. To
jest to słowo.
Bo oto zjawia się Matt Olsson i wygląda, jakby się urwał z komiksu o Archiem1. Złotowłosy i w oczywisty sposób piękny. I stoi przed
nami. Chodzi do ostatniej klasy w naszej szkole. Liceum MY. W Roswell.
Roswell w stanie Georgia, trzydzieści kilometrów na północ od Atlanty,
siedzibie imponująco dobrze zaopatrzonego hipermarketu Target,
niezliczonych kawiarni i porażającej liczby f-boyów.
Spogląda mi w oczy.
- Masz inne włosy.
- To jest takie dziwne - mówię ledwo słyszalnie.
Matt się śmieje.
- Tak, wiem. Właśnie przyszedłem na pierwsze zajęcia. - Wskazuje salę
teatralną. - Nie sądziłem...
- Masz na pierwszej lekcji panią Zhao? - Anderson robi wielkie oczy. -
Rozszerzona wiedza o teatrze.
Rozszerzona wiedza o teatrze, lepiej znana jako Rozwot. Nie mam pojęcia
czemu, oprócz tego, że to zajęcia dla ostatniej klasy i ludzie lubią
mówić "mam rozwód". Ale ten kurs obrósł legendą. Zhao nie dopuszcza
nikogo, kto nie traktuje teatru poważnie. A pierwsze dwa miesiące
polegają przede wszystkim na budowaniu zaufania, bo potem sprawy
przybierają intensywny obrót i da się pracować tylko wtedy, kiedy jest
się na to otwartym. Wszyscy twierdzą, że z Rozwotu wychodzi się w zasadzie z magistrem sztuk scenicznych. Nie wiem, czy to kupuję, ale
wiem, że te zajęcia łączą ludzi na całe życie. Andy i ja marzymy o zapisaniu się na nie od pierwszej klasy.
- No, dobra - mówi Matt. - Mam zanieść formularz do gabinetu pana
Merceda.
- Teraz? - Brandie wskazuje ruchem głowy drzwi. - Ale pani Zhao zaraz
ogłosi tytuł musicalu. Dosłownie. Za. Moment.
- A to tajemnica?
Raina obraca się i staje przodem do niego, mrużąc oczy.
- Powiedziała ci, tak?
Matt uśmiecha się najbardziej uroczym, ledwie zauważalnym i skruszonym
uśmiechem, jaki w życiu widziałam.
- Powiedz nam - Anderson klaszcze w dłonie. - Proszę, powiedz.
Matt przechyla głowę.
- A powinienem?
No nie, jakim cudem już się z nami droczy? Dlaczego jest taki
wyluzowany? Ja wciąż usiłuję uspokoić wirujące myśli, a Matt trolluje
sobie delikatnie ekipę, jakby nas znał od lat.
- Chodzi wam o to, że gdyby to miał być Once Upon a Mattress, to
chcielibyście wiedzieć?
- Ożeż kurwa.
Raina wygląda na równie zszokowaną jak ja. Zhao powiedziała Mattowi o musicalu. Wow. No to po tradycji. Po ceremonii, rytuale i tajemnicy. Tak
po prostu... mu powiedziała. Powiedziała Mattowi.
Cola Mattowi. Który chodzi teraz do naszej szkoły.
No, dobra, pomóż mi, jogowa rozgrzewko. Spróbujmy wykonać delikatny
wdech. Zatrzymać na dziesięć sekund. Delikatny wydech. Kate Garfield
Wokalistko, jesteś opanowana jak mistrz zen. W ogóle nie panikujesz.
Nie. Żadnego przeciążenia mózgu.
Matt spogląda na mnie i się uśmiecha.
Dobrze, tak, teraz nie mogę trzeźwo myśleć, nawet trzeźwo oddychać ani
choćby utrzymać głowy w pionie, ani...
- Muszę się wysikać - szepcze Andy.
Kiwam powoli głową i wreszcie odzyskuję oddech.
Muszę się wysikać.
Nasz magiczny kod bezpieczeństwa.
SCENA 3
No, może nie jest to wyrafinowany szyfr.
Oznacza prywatne spotkanie w łazience. A konkretnie, w męskiej toalecie
za salą teatralną, znanej też jako Klop Awaryjny. KA. Tylko my z niej w ogóle korzystamy. Mimo wszystko jednak to porządna łazienka. Niewiele
graffiti na ścianach, a to, co jest, ma urok retro - głównie penisy
rysowane pisakami Sharpie i stylizowane na gotyckie liczne litery S.
Kierujemy kroki prosto do ulubionych kabin, jedna koło drugiej, i z muszli robimy sobie krzesła. Nie pamiętam nawet, jak doszliśmy do
takiego układu. Wiem tylko, że siedzenie tu - obok siebie w łazienkowych
kabinkach - i rozmawianie przez ściankę działową to dziwnie osobiste
przeżycie. Jestem Żydówką, ale może właśnie tak wygląda spowiedź. Kiedy
tu jesteśmy, zawsze mówię trochę więcej, niż zamierzam.
- Co. Się. Kurwa. Dzieje? - zaczyna Andy.
Choć go nie widzę, potrafię go sobie doskonale wyobrazić - siedzącego
niezręcznie okrakiem na toalecie, jakby dosiadał osła.
- Moment, panikujemy z powodu sztuki czy...
- Cola Matta. Nie przyśniło mi się to, prawda? On tu jest? W naszej
pierdolonej szkole?
- Cola Matt jest w naszej pierdolonej szkole - potwierdzam.
- Ale czemu?
- Bo się tu przeprowadził?
Andy wypuszcza powietrze.
- Czemu się tu przeprowadził?
- Może nas śledził?
Przesuwam stopy po płytkach do przodu.
- O, Boże. Zakochał się w nas i pojechał z obozu za nami.
- MOMENT...
- Musiał przecież wiedzieć, prawda? - mówi Andy.
- Racja, nie. Zdecydowanie. To zbyt duży zbie...
- Ale - zauważa Andy - ale, ale, ale. Był wyraźnie zaskoczony na nasz
widok.
- Mógł grać.
- Chodzi na rozszerzone zajęcia teatralne.
- To strasznie dziwne - mówię chyba po raz milionowy tego ranka.
- STRASZNIE dziwne.
- Jak w ogóle mamy...
Ale mój głos zanika, bo ni stąd, ni zowąd drzwi łazienki się otwierają.
A potem, chwilę później, dobiega nas odgłos siusiania do pisuaru.
Wiadomość od Andersona: "YYYYY"
Odpisuję: "intruz!!!!!!!!!!"
"INFILTRATOR. JAK ŚMIE" - pisze Andy, a ja chichoczę, zanim zdążę się
pohamować.
Strumień moczu gwałtownie ustaje.
Na moment zapada głucha cisza.
- Możesz sikać dalej - mówi wreszcie Andy.
Tym razem zakrywam usta dłońmi, żeby się nie roześmiać.
Infiltrator odchrząkuje.
- Ja...
- Znalazłeś się we właściwym miejscu - ciągnie Andy. - Załatw, co
potrzebujesz, i życzę ci wspaniałego dnia.
"ŻYCZĘ CI WSPANIAŁEGO DNIA???" - piszę do niego. - "Gadasz jak przywódca
sekty".
"Dobra, ale czemu nie sika?!"
"Bo go wystraszyłeś i teraz nie chce przyłączać się do twojego kultu
"wspaniałego dnia"".
"Jesteś zazdrosna, że w moim kulcie mamy wspaniały dzień" - odpisuje. -
"To ty się roześmiałaś. Kto się tak zachowuje???"
"No, ja, jak widać".
"Katy, on sobie nie idzie. Co robimy???"
"Jak sądzisz, kto to?" - piszę.
"OMG"
"CHWILA"
Przez moment widzę tylko kropki. A potem nic. A potem emotka z żarówką,
po której nadchodzi bardzo zbliżone selfie szeroko otwartych oczu
Andersona.
A następnie: "Czy to MATT???"
- Czy w czymś wam przeszkodziłem?
"To nie jest jego głos" - odpisuję.
- Nie - mówi radośnie Andy. - Skąd. My tak po prostu. No wiesz.
- Sikamy - dodaję szybko. - Tylko sikamy.
- Kate? - pyta intruz.
I właśnie wtedy rozpoznaję głos, chociaż wątpię, żeby rozpoznał go Andy.
Podnoszę się i otwieram zamek, po czym zatrzymuję się przed otwarciem
drzwi.
- Podciągnąłeś gacie?
- Niezłe pytanie, Mała Garfield.
Mmm. Zgadnijcie, jak bardzo uwielbiam, kiedy Małą Garfield nazywa mnie
ktoś o sześć tygodni młodszy?
- Werbalne potwierdzenie, Noah.
- Tak, podciągnąłem gacie.
Uchylam drzwi i zza nich wyglądam.
- Skąd się tu wziąłeś?
- W męskiej toalecie? A skąd ty się tu wzięłaś?
Noah Kaplan, mieszkający obok mnie f-boy. Dobra, technicznie rzecz
ujmując, mieszka naprzeciwko i tylko domu taty. Są z moim bratem
nierozłączni, chociaż Ryan chodzi do ostatniej klasy. Podejrzewam, że to
ten rodzaj braterskiej przyjaźni bejsbolowej, która nie zna ograniczeń
wiekowych.
- To nie szatnia - woła Anderson ze swojej kabiny.
Andy nie ma cierpliwości do f-boyów. Ani f-lasek. Ani nikogo choćby w najmniejszym stopniu sprzymierzonego z f-siłami. Kto by mu się dziwił?
Nie można powiedzieć, żeby szkolna populacja wyżej wymienionych
urządziła paradę równości, kiedy Andy się wyoutował. Noah nie jest taki
zły - to puszczalski, nie homofobiczny typ f-boya. To jeden z tych,
którzy zawsze ostentacyjnie flirtują, publicznie okazują uczucia lub są
głośno rzucani na korytarzu. W zeszłym roku poszedł na jesienny bal z dwiema dziewczynami i nawet się z tym nie krył. Miał dwie butonierki.
Kiedyś Andy spojrzał na Noaha i bez związku z czymkolwiek spytał:
- Czy wszystko dobrze u chłopaków hetero? Potrzebują pomocy?
Pytanie stare jak świat.
Noah uśmiecha się cierpko.
- Nie szukam szatni.
Podwija rękawy swojej bluzy - i wtedy zauważam, że ma śnieżyście biały
gips syntetyczny, sięgający niemal do łokcia.
- Łooo. Co się stało? - pytam.
- Złamanie dystalnej części kości promieniowej.
- To od piłki?
- Coś w tym rodzaju.
Anderson uchyla drzwi i przez nie wygląda.
- Szkoda, że nie wystawiamy Drogi Evanie Hansenie - mówi.
- Teatralna aluzja - stwierdza Noah.
- Noahu Kaplanie - odzywa się Andy. - Jestem pod wrażeniem.
- Rozgrzewam się przed zajęciami teatralnymi na pierwszej godzinie -
rzuca Noah.
- Chwileczkę. - Wychodzę ze swojej kabiny, zamykając za sobą drzwi. -
Rozwot?
- Jaki rozwód?
- Rozwot. Zajęcia. Rozszerzone zajęcia z wiedzy o teatrze. Andy, wyłaź.
- Opieram się o drzwi swojej kabiny i wbijam wzrok w Noaha. - Chodzisz
do trzeciej klasy.
Anderson wychodzi ze swojej kabiny niczym diwa wysiadająca z limuzyny.
Spogląda Noahowi prosto w oczy.
- Jak?
- Zostałem... tak rozpisany?
Patrzy to na mnie, to na Andersona, mrużąc piwne oczy. Klasyczna mina
Noaha. Wiecie, jak ludzie zapadają w pamięć jako stop-klatki, prawie jak
zdjęcia profilowe w mózgu? Tak wygląda w mojej głowie Noah. Z wiecznie
zmrużonymi oczami. Już się nie kumplujemy. Ale zawsze jest gdzieś w pobliżu. Na imprezach sąsiedzkich w okolicy domu taty albo rozwalony z Ryanem w naszym salonie w deszczowe przedtelewizorowe dni.
Anderson, który najwyraźniej przemienił się w serialowego prawnika,
zaczyna przesłuchanie.
- Mówili coś na temat twojego rocznika?
- Nie.
- Albo tego, że nie interesowałeś się teatrem? Nigdy?
Noah wzrusza ramionami.
- Musiałem przenieść się z wuefu, a tu były wolne miejsca...
- Co? - Andy wciąga gwałtownie powietrze. - Czemu są wolne miejsca?
- Nigdy nie ma wolnych miejsc - dodaję.
- Chyba że... - Andy urywa i pisze gorączkowo na telefonie. A potem
podsuwa mi ekran pod nos. - Kate, spójrz, spójrz, spójrz!
Strona internetowa Liceum Roswell Hill. Zajęcia muzyczne. Aktualności.
Podnoszę wzrok na Andy'ego.
- Klub Glee to teraz zajęcia?
- Nowiuteńkie. Widziałem ulotkę, ale nie połączyłem kropek - mówi
Anderson bez tchu. - Katy, to pierwsza lekcja...
- Więc konkuruje z...
- Tak! Dobrze, tak. Nic dziwnego...
- Wszystko z wami w porządku? - pyta Noah.
- Lepiej być nie może.
Anderson bierze mnie za rękę i ciągnie. I w ułamku sekundy znajdujemy
się w połowie drogi do sekretariatu.
SCENA 4
- Chyba nie nadążam - mówi pan Merced, pedagog.
Jest nowy - co dobrze rokuje - i młody. Może więc da się go ubłagać.
- Oboje prosicie o przeniesienie na rozszerzone zajęcia teatralne.
Serce wali mi jak młotem.
- Tak.
Poprawia okulary i zerka na ekran.
- Nie jestem pewien, czy system mi na to pozwoli.
- Ale spróbuje pan? - pyta Anderson.
Pan Merced już zaczął pisać.
- Andrew... Walker?
- Anderson Walker.
- A. W porządku. Tak, jesteś. - Pan Merced przewija coś na ekranie z zaciśniętymi ustami. - Pierwsza lekcja, widzę, że masz...
- Samodzielną naukę - mówi Andy. - Tylko samodzielną naukę. Zmarnowana
godzina. Serio, samodzielna nauka na pierwszej lekcji. Kto w ogóle
będzie na to chodził?
Pan Merced unosi brwi.
- JA. Ja będę na to chodził. Bo w życiu nie opuściłem zajęć - dodaje
Anderson pospiesznie. - Nigdy bym tego nie zrobił.
- Nigdy. Ja też nie. - Kiwam głową.
Anderson przesuwa się na skraj krzesła i opiera łokcie na biurku pana
Merceda.
- A tak w ogóle to badania wykazały, że udział w zajęciach artystycznych
pomaga w...
Pan Merced mu przerywa.
- Dobrze, Walker. Załatwione.
- Jak to... słucham?
- Pierwsza lekcja, Rozszerzona wiedza o teatrze, Zhao, sala...
- Nie, wiem. Ale... dostałem się?
- Wydrukuję ci poprawiony grafik i możesz już tam iść. Potrzebujesz
przepustki?
Anderson zerka na mnie z rozdziawionymi ustami.
- A co ze mną? - odzywam się. - Kate Garfield.
Pan Merced zaczyna pisać.
- Chciałabyś dokonać takiej samej zmiany jak pan Walker, zgadza się?
Wycofujesz się z zajęć samodzielnych i...
- W zasadzie to naukę samodzielną mam na siódmej lekcji. Na pierwszej
mam algebrę z...
- Aha. - Pan Merced marszczy brwi. - Panno Garfield, jeśli na pierwszej
lekcji masz jedne z głównych zajęć programowych...
- Tak, wiem - wyrzucam z siebie pospiesznie. - Ale mogłabym przenieść
się do grupy na trzeciej godzinie...
- To nie bardzo...
- Albo gdybyśmy przełożyli chemię na czwartą lekcję, to może...
Rozlega się pukanie i pan Merced wstaje.
- Mam spotkanie o dziewiątej.
- Chwileczkę...
- No tak! - Pan Merced celuje pistoletem z palców. - Przepustki. -
Wyjmuje z szuflady jaskraworóżowy notes i długopis. - Dobrze... Pani
Garfield. - Zdejmuje zatyczkę, wciąż stojąc. - Godzina 8:57... przepustka
na algebrę... z... panią Evans. Proszę bardzo. - Podaje mi ją, a moje serce
ściska się boleśnie z żalu. - I pan Walker... powiedzmy, 8:58... przepustka
na Teatr... z... panią Zhao.
- Moment... moment... moment - mówi Anderson, zrywając się z krzesła. - Coś
musi się dać...
Ale pan Merced już prowadzi nas do drzwi.
- Powiadomię nauczyciela nadzorującego samodzielną naukę o zmianach. Bez
obaw.
I jednym płynnym ruchem otwiera drzwi, a potem kieruje nas na korytarz,
gdzie czeka już taki jeden Frank Gruber z pomiętym nieco planem lekcji.
Tak naprawdę nie znam Franka zbyt dobrze, chociaż często pracowaliśmy w parze z powodów alfabetycznych. Ale w pierwszej klasie byłam w nim przez
pół sekundy zakochana. Rozmawialiśmy czasem na lekcji wychowawczej. Miał
zwyczaj przerywania wypowiedzi w pół słowa i gapienia mi się na usta.
Jak satelita, który wypadł z orbity. A to, że ja, Kate Eliza Garfield,
byłam zdolna strącić z trajektorii niezłego chłopaka, elektryzowało
mnie.
Tyle że... Andersonowi Frank nieszczególnie się podobał, przez co chłopak
od razu stał się sto razy mniej atrakcyjny. Wiem, że to okropne. Ale tak
już mam. Jeśli zakochanie ma przetrwać, Andy też musi być
zainteresowany. W przeciwnym razie coś się we mnie przełącza - i nagle
nie czuję się zelektryzowana, chłopak nie jest atrakcyjny, a cała
sytuacja traci urok. U Andy'ego działa to niemal równie mocno jak u mnie. Raina twierdzi, że to kolejny dowód na współzależność i właśnie
dlatego spotykamy się wyłącznie z sobą nawzajem.
Frank Gruber, rzecz jasna, mija nas tylko pospiesznie w drodze do
gabinetu pana Merceda. Nawet na nas nie spojrzy.
Drzwi się zamykają, a Anderson wygląda tak, jakby miał się zaraz
rozpłakać.
- Katy, tak bardzo... bardzo mi przykro. Kretyństwo. Mogę przepisać się z powrotem...
- To nic.
- To nie jest nic. Tylko Rozwot. Mieliśmy chodzić na te zajęcia razem.
- No cóż.
Wzruszam ramionami, a on się wzdryga. Dobra. Nie jestem z tego dumna,
ale malutka, ukryta część mnie cieszy się, że Andy czuje się podle.
Wiem, że to nie jego wina. I wiem, że to tylko zajęcia. Jeszcze dziesięć
minut temu nie sądziłam, że mogłabym w tym roku wziąć w nich udział. Ale
nie mogę pozbyć się uczucia, że coś zostało mi sprzątnięte sprzed nosa.
Bo to nie tylko Rozwot. To Rozwot z Mattem.
Anderson będzie chodził na zajęcia z Mattem.
- Kate, serio. - Anderson bierze mnie za ręce. - Poproszę pana Merceda o przepisanie mnie z powrotem. Będziemy chodzili na te zajęcia razem. W przyszłym roku. Ty i ja.
- Andy, przestań.
Marszczy brwi.
- W porządku. Idź na lekcję. - Zmuszam się do uśmiechu. - Ktoś musi
zdobywać poufne informacje na temat Matta.
Kiwa powoli głową.
- To prawda.
- I będziesz mi, oczywiście, o wszystkim mówił.
- O wszystkim. Sztuka po sztuce. Słowo. - Anderson mnie ściska. - Jesteś
taka...
- Spóźniona na pierwszą lekcję. - Podnoszę do góry Różową Przepustkę do
Algebraicznej Klęski. - Muszę lecieć.
SCENA 5
Lekcje już dawno się skończyły. Ale ja i Andy, lizusy roku, od blisko
godziny rozwieszamy po szkole ulotki z informacją o przesłuchaniach u pani Zhao. Wiecie, że zawsze jest ten jeden nauczyciel, dla którego
zrobilibyście wszystko? Który w każdej innej sytuacji byłby na pewno
waszym najlepszym przyjacielem na dobre i na złe?
Pani Zhao. Bez żartów. Cała ekipa po prostu ją wielbi. Zhao jest po
czterdziestce albo pod pięćdziesiątkę, ma żonę i dzieci i tak dalej, ale
jest zawsze na bieżąco z nowinkami, popkulturą i wszystkimi naszymi
durnymi memami. I nie dlatego, że się wysila. Widać, że uznaje swoich
uczniów za fajnych i interesujących ludzi. Co nie powinno być dla
nauczyciela rewolucyjną postawą, ale trochę jest.
Kiedy docieramy do domu, samochód mamy stoi w garażu, a ten Ryana
zajmuje cały podjazd. Nie szkodzi. Andy zawsze staje na własnym pod
domem obok i wracamy do mnie, przecinając przylegające do siebie
trawniki przed naszymi domami. Gdy tylko stajemy w drzwiach, psy witają
nas niczym powracających bohaterów. Karol i Camilla, szczeniak i pies.
Mama stoi przy blacie i przygotowuje talerz z przekąskami. Rozpromienia
się na nasz widok.
- O, hej! Katy, minęłaś się właśnie z bratem. Poszedł pobiegać.
No jasne. Słowo daję, że Ryan jest z natury typem kanapowca, ale
ostatnio nikt by się tego nie domyślił, szczególnie w sezonie
koszykarskim. Włącza mu się pełen tryb sportowca.
- Robi pani krakersowe dzieło sztuki? - pyta Andy.
Przyglądam się półmiskowi mamy i bez pudła: wielobarwne rybki ułożone
spiralnie w tęczowej kolejności. Zazwyczaj z Ryanem sami się sobą
zajmujemy. Podobnie Andy - jego rodzice są lekarzami, więc zwykle
przyjmują pacjentów do kolacji. A mama uczy muzyki w gimnazjum, co
oznacza, że stale ma po lekcjach zajęcia z chórem albo występy. Kiedy
jednak wraca wcześniej do domu, stara się, jak może.
Niesie swoje rybkowe dzieło, ale po drodze przemyca dla nas najpierw
buziaki.
- Mój chłopczyk. Mua.
Zabawne - jeśli chodzi o mnie i Ryana, mama ma obsesję, żeby nikogo nie
faworyzować. Wszystko jest skrupulatnie jednakowe - takie samo
kieszonkowe, równej wielkości porcje płatków rano. Nie zdziwiłabym się,
gdyby nazwała nas Ryan i Kate, żeby wydać dokładnie tyle samo na zestaw
drewnianych liter, które zamówiła nam na drzwi naszych sypialni.
Technicznie rzecz biorąc, połowa samochodu Ryana należy do mnie, a nawet
nie mam prawa jazdy.
Wszystko to jednak nie dotyczy Andersona, jej prawdziwego ulubieńca.
Kiedy przychodzi Andy, mamie włącza się tryb żydowskiej matki. To trochę
przerażające.
- No i? Jaki musical? - pyta, ustawiając między nami spiralę ze złotych
rybek.
Anderson opada na krzesło, zgarnia warstwę czerwonych z brzegu i wrzuca
je do ust jak popcorn, po czym następuje żwawe żucie. A wszystko to żeby
potrzymać mamę chwilę w niepewności, bo ten chłopak uwielbia pełne
dramatyzmu pauzy.
Anderson wreszcie przełyka i uśmiecha się promiennie do mamy.
- Once Upon a Mattress.
- No coś ty! - Mama przyciska obie dłonie do piersi. - Grałam w nim na
studiach! Byłam Winnifredą!
Anderson robi wielkie oczy.
- Nie wierzę.
- Naprawdę. - Mama aż puchnie z dumy. - Jedna z moich ulubionych ról.
No więc słuchajcie: ja śpiewam nieźle. Ale mama naprawdę umie śpiewać.
Kiedy była w moim wieku, dostawała główne role, ilekroć wzięła udział w przesłuchaniach. Nie tylko w szkole - grała też w miejscowym teatrze w centrum kultury. I oczywiście była znana na letnim obozie nad Wolf Lake.
Począwszy od czwartej klasy, w zasadzie prowadziła ich program
teatralny.
- Once Upon a Mattress. Ekscytujące! Muszę powiedzieć o tym Ellen.
Katy, pamiętasz moją przyjaciółkę Ellen, prawda? - mówi mama. I od razu
się rozpędza: - ...razem dorastałyśmy i byłyśmy najlepszymi kumpelami na
obozie, ale nie utrzymujemy kontaktu od jakichś... ojej. Dwudziestu pięciu
lat? - Mama kręci ze smutkiem głową. - Doszło między nami do jednej z tych idiotycznych kłótni. Spotykała się z pewnym koszmarnym chłopakiem,
a znasz mnie. Nie trzymam języka za zębami. Kompletny palant. Dzięki
Bogu to się skończyło. Bo Ellen to fantastyczna dziewczyna. Pamiętasz
ją.
- No. Ellen z obozu, która spotykała się z palantem.
- Co gorsza, wyszła za tego palanta - mówi mama. - O, Boże. Na szczęście
rozwód jest już prawie sfinalizowany, a ona wróciła do Roswell...
Myśli zaczynają mi odpływać. Kocham mamę, ale jest Gadułą przez wielkie
"G". Potrafi tak godzinami. Kiedy byliśmy mali, potajemnie mierzyliśmy
jej z Ryanem czas. Andy, rzecz jasna, kiwa uprzejmie głową jak grzeczny
chłopczyk, którym jest.
- Kolacja szabasowa - kończy mama. - No ale co ja was tak tu trzymam,
kiedy założę się, że tylko marzycie, żeby się wymknąć i przesłuchać
ścieżkę dźwiękową.
- O, nie... - zaczyna Andy, ale mu przerywam.
- Tak. TAK. Musimy popracować nad musicalem. Dzięki, mamo. Jesteś
najlepsza.
Wiecie co? Kiedy mama daje drogę ucieczki, to się z niej korzysta.
SCENA 6
Niestety rozszerzona historia Stanów Zjednoczonych poważnie nadweręża
grafik moich marzeń. Uważam, że oczekiwanie, żebyśmy skupili się na
purytanach na osiem dni przed przesłuchaniami, to brak szacunku ze
strony nauczycieli.
Muszę do tego czasu skoncentrować się na tylu sprawach, jak wybór
piosenek, ćwiczenia oddechowe i że Zhao obsadzi w tym roku musical
według starszeństwa. Co parę lat pani Zhao postanawia, że wszystkie
dobre role powinni dostać uczniowie z ostatniej klasy. W późniejszym
terminie byłby to doskonały tok myślenia - Zhao, nie krępuj się i zapierdalaj z tym pomysłem w przyszłym roku. Jeśli jednak podąży tą
ścieżką w tym roku, nie mam żadnych szans.
Rzecz w tym, że znów robię sobie nadzieje. Cała ja, marzę o światłach
reflektorów. Moje nazwisko na szczycie listy z obsadą. Mój głos
szybujący na skrzydłach bezprzewodowego mikrofonu. Owacje na stojąco.
Gromkie brawa. Co roku od nowa urzeka mnie ta wizja.
Co roku przeżywam rozczarowanie.
Tak głupio o tym marzyć. O roli głównej. Roli muzycznej. Do tej pory
ledwie dostawałam rolę mówioną. Chyba nawet nie byłabym w stanie sobie z tym poradzić. I co z tego, że mój głos brzmi dobrze, kiedy siedzę sama w pokoju. Wszyscy wiedzą, że tracę głowę pod presją.
Wszyscy to wiedzą.
Ale jakoś nie mogę pozbyć się tych marzeń na jawie. Widzę to, za każdym
razem, kiedy zamykam oczy. Ja jako księżniczka Winnifreda Woebegone. Ja,
pośrodku sceny, w po mistrzowsku przemoczonej średniowiecznej sukni,
śpiewająca o bagnach. Ja, przycupnięta na stercie materacy, a reszta
obsady ustawiona wokół mnie.
Ja, idąca w ślady wielkich. Jak Carol Burnett. Sarah Jessica Parker.
Tracey Ullman. Moja mama. W takich marzeniach lubię się zatapiać.
Przeszkadza mi tylko to, że pan Edelman chce, żebyśmy zajęcia z historii
USA spędzali, ucząc się o historii USA, a dziś oznacza to zestaw kart z zadaniami. Dużo można powiedzieć o stopniu nauczycielskiej desperacji na
podstawie tego, jak szybko ucieka się do zestawów zadań.
Mamy trzeci dzień szkoły.
Przynajmniej podzielił nas na grupy. Ale grupy nie są doskonałe. Pracuję
z Brandie, ale zamiast Rainy czy Andersona dostałyśmy przypadkowo
dobranego f-boya Jacka Randalla. Nie muszę dodawać, że zadania nie idą
nam szczególnie dobrze. Po części dlatego, że Jack jest dupkiem, a purytanie są śmiertelnie nudni, ale po części dlatego, że Brandie i ja
jesteśmy zajęte zupełnie czym innym.
- Skąd wiemy, czy to wersja oryginalna, czy wznowienie? - pyta Brandie.
- Już ja cię wznowię - mówi Jack.
Bo paraseksualny nonsens to język ojczysty fuckboyów. Brandie nie
podnosi wzroku znad telefonu. Jack nachyla się do niej i teatralnie
wciąga powietrze.
- Brandie Reyes. Te perfumy w twoich włosach. Brałbym.
Dobra, każdy, kto mówi "brałbym", powinien dostać w jaja. Mówię
śmiertelnie poważnie.
- To się nazywa szampon - odpowiada Brandie.
Z całej naszej paczki to ona ma najwięcej cierpliwości do f-boyów, czego
dowodzi, nie dając Jackowi kopa w jaja. Raina jest oczywiście jej
przeciwieństwem - teraz wystarczy, że zerknie na f-boya, a kop w jaja
rozumie się sam przez się. Zabawnie tak obserwować sytuację w naturalnym
środowisku. Coś w widoku Rainy i Brandie razem przyciąga fuckboyów na
jakimś chemicznym poziomie - moja teoria jest taka, że obie są naprawdę
atrakcyjne, ale każda w zupełnie inny sposób. Raina ma jedną z tych
idealnie gładkich twarzy o mocnych kościach policzkowych i w ogóle
wygląda jak mądra młodsza siostra każdej białoskórej ciemnowłosej
aktorki telewizyjnej. Tymczasem Brandie ma tę bezpretensjonalną aurę
dziewczyny z sąsiedztwa i romantyczne stroje w stylu boho. Poza tym
Brandie w zasadzie nie zauważa flirtu, przez co pewien typ fuckboyów nie
może się jej oprzeć. I właśnie tak dochodzimy do tej boskiej sceny, w której Jack zawzięcie dopytuje ją o pielęgnację włosów. I żadne z nas
nawet nie zajrzało do karty zadań.
Jack zerka mi przez ramię.
- Oglądasz porno?
- Słucham?
- Na materacu. Chooolerka.
- To musical.
Przekopuję plecak w poszukiwaniu słuchawek. Coś mi mówi, że będę się
musiała wspomóc w wyciszeniu głosu Jacka.
- Musical porno? - pyta zupełnie niezrażony.
Słyszę chichot Andersona.
- Nie uważasz, że jestem zabawny, Garfield? - Jack przechyla głowę i się
szczerzy. - Twój chłopak ma inne zdanie.
Mówi oczywiście o Andym - chociaż tak naprawdę nie uważa go za mojego
chłopaka. Cała szkoła wie już o Andersonie. Co zabawne, Anderson i ja
naprawdę się kiedyś spotykaliśmy. W siódmej klasie. Po drugim pocałunku
zdał sobie sprawę, że jest gejem.
Trochę mi jednak przeszkadza, że ludzie tak się dziwią naszej bliskiej
znajomości. Gdybyśmy byli parą, nikomu nie drgnęłaby nawet powieka. Ale
stale powtarzają, że gdyby nie wiedzieli, że Andy jest gejem, w życiu by
nie uwierzyli, że jesteśmy tylko przyjaciółmi.
Kompletna bzdura. Po pierwsze jesteśmy najlepszymi przyjaciółmi.
Po drugie nie ma żadnego "tylko". Przyjaźń nie jest "tylko". Tak, Andy
jest gejem. Nie, nie jesteśmy parą. Ale Anderson Walker to bez dwóch
zdań najważniejsza osoba w moim życiu.
- Once Upon a Mattress - Jack się uśmiecha. - To nie może być
prawdziwy musical.
Wkładam do uszu słuchawki i przeglądam muzyczną bibliotekę. Potrzebuję
Lizzo. Tylko ona potrafi zagłuszyć ten poziom fuckrogancji.
- Wygooglaj sobie - rzucam.
A potem wciskam play.
SCENA 7
Raina z impetem kładzie dłonie na stoliku w stołówce.
- Ostateczny przegląd sytuacji.
- Ścieżka dźwiękowa jest na Spotify. - Siadam obok niej i rozpakowuję
papierową torbę. - Mamy dwie wersje filmu...
- Wersje karaoke?
- Pełno na YouTubie - mówi Andy. - No i mama Kate w tym grała, więc...
Za moimi plecami rozlega się śmiech i nawet nie muszę się odwracać, żeby
wiedzieć, z którego stolika dobiega. Nie twierdzę, że Roswell Hill jest
jak z młodzieżowego serialu, w którym kamera okrąża całą stołówkę,
robiąc zbliżenia na wyraziście odróżniające się grupki.
Ale f-skład...
Nie wiem, jak to wyjaśnić. Pojedynczo nie są tacy źli. Jack Randall to
kompletny palant, a Mira Reynolds i Eric Graves są bez wątpienia
prawdziwymi czarnymi charakterami, ale większość z nich, oddzielona od
reszty, jest w porządku.
Jednak kiedy są razem, to już zupełnie inna historia.
Nie chcę wyjść na krytykancką zołzę. Wiem, że czepiam się wydarzeń
sprzed wielu lat. Z gimnazjum. A nawet z podstawówki. Ale trauma
post-f-ekipowa to nie żarty.
- Mhm - mówi Andy, wbijając wzrok w punkt ponad moim ramieniem. - Zdaje
się, że Chris Wrigley właśnie zaatakował bluzę twojego brata.
- Za... co? - Odwracam szybko głowę i natychmiast dostrzegam Ryana.
Wszędzie rozpoznałabym te przygarbione plecy. Siedzi tyłem do nas,
wciśnięty między Vivian Yang i Chrisa Wrigleya. - Nie widzę tego ataku...
Andy unosi podbródek.
- Obserwuj.
Przez blisko minutę nic się nie dzieje... ale potem wszystko odbywa się w mgnieniu oka. Chris Wrigley, zagorzały fuckboy, wyciąga rękę w kierunku
Ryana, jakby chciał go objąć. Ale coś trzyma - frytkę? Wpatruję się z niedowierzaniem, jak jego dłoń zatrzymuje się nad kapturem Ryana, niczym
automat z zabawkami tuż przed upuszczeniem nagrody.
Ryan jest niczego nieświadomy.
- Wrzucił mu tam jakieś piętnaście frytek - mówi Andy.
- Ale czemu?
Andy wzrusza ramionami.
- Bo jest dupkiem?
Obracam się na krześle i spoglądam w stronę Chrisa i Ryana. Nie
ogarniam. Serio. Po pierwsze, Ryan zachowuje się spoko wobec Chrisa.
Wobec wszystkich jest spoko. Jest ogólnie spoko.
- Powinnam go uratować?
- Przed frytkami? - pyta Raina.
Kręcę głową i rzucam wściekłe spojrzenie na Chrisa.
- Przed trollowaniem przez jakiegoś fuckboya.
- Masz na myśli jego kolegę z drużyny? - pyta Raina. - Tego, z którym z własnej woli siedzi?
- Nie z własnej woli ma na sobie lunch Chrisa. - Odsuwam krzesło. -
Przepraszam, ale to jest przemoc.
- No, nie wiem - mówi Raina. - Myślę, że to tylko głupie żarty f-boyów.
- Ryan nie jest f-boyem.
Wymierzam jej cios w rękę, a ona się uśmiecha.
Ja też nie mogę pohamować uśmiechu. Zrobił się już z tego prywatny
żarcik naszej ekipy. Nikt - dosłownie nikt - nie ma prawa nazywać mojego
brata fuckboyem. Nie obchodzi mnie, że wygląda na f-boya czy że gra w baseball z f-boyami. Mógłby sobie nawet wytatuować wielkie czerwone F na
piersi. To nie ma znaczenia.
Tak, jeśli mam być szczera, drażni mnie, że Ryan trzyma z takimi dupkami
jak Chris Wrigley. Albo Eric Graves czy Mira Reynolds. Zwłaszcza takimi
jak Eric Graves i Mira Reynolds. Nie podoba mi się to. Nie czaję tego.
Ale to przecież nie są jego najlepsi przyjaciele. Powiedziałabym, że
Ryan żyje na pograniczu f-strefy. Ma niejakie powiązania z f-składem.
Ale nie jest dupkiem. Tylko sportowcem, który nie lubi robić szumu.
Chris, któremu najwyraźniej skończyły się frytki, wrzuca do kaptura
serwetkę, jakby grał w kosza. Ryan ani drgnie. Ale ten ruch zwraca uwagę
Vivian Yang - i chwilę później dziewczyna wyjmuje frytki i śmieci z kaptura Ryana i zsypuje je z powrotem na tacę Chrisa. Ryan się śmieje i szturcha Chrisa w ramię, ale Vivian odsuwa krzesło i wstaje. Spogląda mi
w oczy i uśmiecha się blado, a ja odpowiadam tym samym. Szczerze, Vivian
nie jest taka zła jak na f-laskę. Nie wiem nawet, czy się do nich
zalicza. Może, jak Ryan, żyje na obrzeżach.
Co ciekawe, aż do początków liceum dość blisko przyjaźniła się z Andersonem. Chociaż Andy nigdy nie opowiada o tej zerwanej przyjaźni.
Wiem tylko tyle, że razem należeli do chóru kościelnego i chodzili dwa
razy w tygodniu na lekcje śpiewu, a rodzice wozili ich razem na
przesłuchania i konkursy wokalne. Potem jednak Vivian dołączyła do
drużyny lekkoatletycznej i całkiem zarzuciła śpiew. Podejrzewam, że
zarzuciła też Andersona.
Odwracam się z powrotem do stolika, głównie po to, żeby sprawdzić, czy
Andy ją zauważył, ale on wpatruje się z uśmiechem w swój telefon.
- Co cię tak rozśmieszyło?
- Nic takiego. - Podnosi telefon, żeby mi pokazać. - Lindsay wysłała mi
mema.
- Lindsay Ward? - Patrzę na niego. - Nie wiedziałam, że do siebie
piszecie.
Sam mem jest jednym z tych, które widziałam już milion razy, z jakimś
kolesiem z anime i motylkiem. Ale tekst nie całkiem rozumiem.
Anderson patrzy na mnie z konsternacją.
- Prywatny żarcik.
- Aha.
- Z Rozwotu. Ale nie... tak. Przepraszam. - Odkłada telefon. -
Przepraszam, nie wolno nam o tym mówić.
- No tak.
Serce ściska mi się w sposób, którego nie potrafiłabym dobrze wyjaśnić.
Raina i Brandie zaczęły już spekulacje na temat przesłuchań, ale ja
patrzę Andy'emu prosto w oczy. Jakby istniało między nami jakieś pole
siłowe.
- Kate, to nie... nie. - Andy się pochyla. - Po prostu wszyscy
uzgodniliśmy, że nie będziemy o tym mówić, rozumiesz? Że co dzieje się
na zajęciach, zostaje na zajęciach. Taki krąg zaufania.
- A ja nie należę do tego kręgu?
Andy się nie odzywa.
- Wow.
- Katy, to nie tak.
- W takim razie jak?
- Nijak. Opowiadanie o tamtych zajęciach, kiedy wyraźnie postanowiliśmy
o nich nie opowiadać, byłoby z mojej strony słabe. I tyle.
- Jasne. - Wypuszczam powietrze, głośniej, niż zamierzałam. - Tylko
mówiłeś, że...
- Przepraszam, dobrze? Wiem, mówiłem, że podzielę się z tobą
szczegółami, ale dosłownie mi nie wolno. To nie...
- Andy! W porządku, rozumiem. Rany.
Uśmiecha się do mnie niepewnie.
- Nie jesteś wkurzona?
- Nie, nie jestem. - Przygryzam wargę. - To tylko dziwne, wiesz? Nie
jestem przyzwyczajona, że znajduję się poza nawiasem prywatnych
żarcików.
- Wiem...
- I nie przywykłam do tego, żeby istniały między nami jakieś zabronione
tematy.
Anderson wie, kiedy mam okres. Ja znam jego receptę na okulary i pięć
ulubionych tweetów Chrissy Teigen. On zna rodzaj skrętu moich włosów. Po
numerze. Nawet ja nie wiem, jaki numer ma mój typ włosów. I nie
chciałabym, żeby zabrzmiało to makabrycznie, ale znamy nawzajem swoje
hasła do Instagrama, na wypadek gdyby któreś z nas umarło. Poważnie.
Wiemy o sobie wszystko.
Anderson wyciąga rękę nad stolikiem i ściska moją dłoń.
- Ja też do tego nie przywykłem.
Może to tylko odruch, ale odwzajemniam jego uścisk.