1
Znowu w świetle reflektorów
Jak się zmierzyć ze sławą, 2005
Samochód, który podjechał tuż przed wpół do jedenastej pewnego pogodnego
jesiennego poranka, miał mnie zabrać spod mojego domu w północnym
Londynie. Był czwartek 22 września 2005 roku. Wieziono mnie do
nieznanego mi miejsca. Wiedziałem tylko, że mam trafić do domu Kate
Bush, gdzieś w Berkshire.
Przez minione dwanaście lat Bush nie udzielała się publicznie. W końcu
przerwała milczenie, zgadzając się na publikację obszernego materiału
okładkowego w czasopiśmie "Mojo". Mnie wyznaczono do przeprowadzenia
wywiadu. Byłem zarówno podekscytowany, jak i onieśmielony.
Ekscytacja rosła z każdym tygodniem i dniem, który przybliżał mnie do
tego spotkania. W zachodniolondyńskim biurze, a zarazem mieszkaniu
ówczesnego menedżera artystki, Geoffa Jukesa, dane mi było trzykrotnie
przesłuchać pierwszy album Bush od dwunastu lat - składający się z dwóch
płyt, wielowymiarowy i niezwykle pomysłowy Aerial. Chłonąc dźwięki
płynące z modnych audiofilskich głośników Jukesa, nieustannie coś
notowałem. Po nieco rozczarowującym, nierównym albumie The Red Shoes z roku 1993 miałem pewność, że Bush wróciła do szczytowej formy twórczej.
Tymczasem ekipa wytwórni EMI, wydającej jej płyty od 1976 roku, była
nieco podenerwowana. Niebawem dowiedziałem się, że to ich normalny stan,
gdy robią cokolwiek ze swoją najbardziej nieuchwytną artystką. Ja też
coraz bardziej emocjonowałem się nadciągającym wywiadem. Próbowałem sam
siebie przekonać, że to tylko spotkanie i rozmowa dwojga ludzi.
Na poprzedni kontakt z prasą Bush zgodziła się cztery lata wcześniej, w roku 2001. Była to uprzejma, choć mało konkretna pogawędka w kawiarni w Harrodsie z dziennikarzem miesięcznika "Q". Bush miała wtedy się pojawić
w hotelu Park Lane na dorocznej uroczystości przyznania nagród przez to
pismo - uhonorowano ją jako "autora klasycznych piosenek". Osiem lat
wcześniej, kiedy promowała płytę The Red Shoes, była bardziej otwarta
na prasę i pojawiła się nawet na okładkach różnych czasopism. Przeżyła
wtedy jednak przykrą, może nawet okropną konfrontację z przedstawicielem
"Sunday Timesa", który najwyraźniej jej nie lubił. Została zmuszona do
odpierania pytań wnikających głęboko w jej życie prywatne. Krążyła
opinia, że Bush po prostu nie znosi udzielać wywiadów.
W ostatnich latach uchodziła za osobę stroniącą od mediów - niemal za
kogoś w rodzaju Grety Garbo - która wycofała się z realnego świata,
ciesząc się nadal jego nabożnym szacunkiem za zachowanie pełnej kontroli
nad własną twórczością, podobnie jak Stanley Kubrick. W realnym zaś
świecie nad wyraz cierpliwi fani łapczywie wychwytywali każdy strzęp
informacji na jej temat. Dochodziły do tego rozmaite plotki, które
jedynie wzmacniały siłę mitycznego oddziaływania.
Wiadomość, że Kate Bush ma powrócić z nowym albumem, zaowocowała
licznymi sensacyjnymi nagłówkami w gazetach:
"Kate Bush żyje!"
"Znowu jest z nami!"
"Powrót pustelniczki"
"Bushowe wzgórza"
"Wow! Bush wraca!"
Gdy zyski branży fonograficznej gwałtownie malały za sprawą takich
serwisów wymiany plików jak Napster i LimeWire, wytwórnia EMI nie mogła
się doczekać powrotu Kate Bush, a to dlatego, że jej fani byli skłonni
kupować płyty. "W porównaniu z poprzednimi latami w naszej branży panuje
duży optymizm - powiedział rzecznik wytwórni. - Planujemy publikację
albumu Kate Bush, więc będzie to dla nas naprawdę dobry okres".
Wcześniej zakładano, że mój wywiad odbędzie się w studio Abbey Road, ale
dzień przed spotkaniem Bush nagle zmieniła zdanie i uznała, że lepiej
przeprowadzić tę rozmowę w jej domu. Nie chciała jednak dać mi adresu,
stąd cała ta tajemniczość. Gdy auto mknęło autostradą M4 w kierunku
Reading, przekonałem się, że kierowca regularnie wozi Bush po okolicy.
"O, to pewnie o panu mówiła parę dni temu - zwrócił się do mnie. -
Siedziała z tyłu i powiedziała do kogoś przez telefon: "Może powinniśmy
mu zarzucić worek na głowę"".
Nie podejrzewałem, że zostanę zakładnikiem, ale i tak to wszystko było
nader intrygujące. Półtorej godziny później samochód zatrzymał się przed
bramą, kierowca wyciągnął rękę przez okno i wcisnął guzik domofonu.
Oto, jak znika dwanaście lat, jeśli jest się Kate Bush.
Mamy rok 1993. Kate opublikowała właśnie płytę The Red Shoes, siódmy
album w piętnastoletniej karierze, odznaczającej się wydawaniem coraz
bardziej ambitnych płyt, coraz dłuższym czasem ich nagrywania i obsesyjnym przywiązaniem do najdrobniejszych nawet muzycznych detali.
Wyczerpana emocjonalnie po śmierci swojej matki, Hannah, która zmarła
rok wcześniej, wbrew radom niektórych przyjaciół rozpoczęła następnie
prace scenariuszowe i reżyserskie nad The Line, the Cross and the
Curve, filmem i zarazem długim wideoklipem. Mimo zalet, jakie posiadał,
określiła go potem jako "stek bzdur".
W roku 1996, po dwuletniej przerwie na podładowanie akumulatorów,
ukończyła piosenkę, w której wyobraża sobie, że Elvis Presley nadal
gdzieś żyje, i nadała jej tytuł King of the Mountain. Dwa lata
później, kiedy była w ciąży, napisała utwór o nieprzewidywalnej naturze
działalności twórczej, zatytułowany An Architect's Dream. Po
narodzinach w roku 1998 syna, Alberta (Bertiego), i ona, i jej partner
życiowy, gitarzysta Danny McIntosh, byli "kompletnie wyżęci przez kilka
lat". Przeprowadziła się do innego domu i przekształciła garaż w studio
nagraniowe. Mimo to, jako pełnoetatowa matka, która postanowiła nie
zatrudniać niani czy gospodyni, nie znajdowała czasu na nagrywanie.
Z wolna pojawiały się wszakże kolejne pomysły i wokalistka doszła do
wniosku, że przygotuje podwójny album. Tyle że teraz, jako mama, musiała
dostosować metody pracy do obecnego trybu życia, czyli tworzyć w nielicznych wolnych chwilach, a nie jak kiedyś czternaście godzin
dziennie. Gdy syn zaczął chodzić do szkoły, przybyło wolnego czasu. Po
dwóch latach wzmożonej koncentracji i wysiłków nowy album był gotowy.
Gdy Kate mogła wreszcie opuścić stół mikserski, mieliśmy już rok 2005.
Wkrótce potem, pewnego dnia pod koniec września, koło południa, piszący
te słowa stanął w progu jej domu.
Sympatyczny Danny McIntosh przywitał mnie w holu i zaprowadził do
salonu, gdzie kilka sekund później pojawiła się Kate, nieśmiało
uśmiechnięta i chichocząca nerwowo. Gdy podaliśmy sobie dłonie,
pomyślałem, że jest zaskakująco niska (161 centymetrów wzrostu). Miała
na sobie brązową koszulę, dżinsy i czarno-białe buty sportowe. Włosy
upięła w sposób wygodny dla osoby nieustannie zajętej i przez to
wszystko nie wyglądała jak zwiewna tancerka z popularnych wyobrażeń,
tylko bardziej jak ktoś, kim była w rzeczywistości:
czterdziestosiedmioletnia matka siedmioletniego syna.
Również jej dom nie miał nic wspólnego z mitycznym, spowitym bluszczem
domostwem, w którym żyła rzekomo w odosobnieniu, otoczona przez
pajęczyny na podobieństwo panny Havisham z Wielkich nadziei Dickensa.
Był to dość duży georgiański dom przy młynie, pełen wygodnych,
przewiewnych, nieco staromodnie urządzonych pomieszczeń. W pobliżu, po
drugiej stronie ogrodu, znajdowało się studio.
Było to wręcz rozbrajająco swojskie otoczenie jak na postać z panteonu
sławy. Po salonie walały się przedmioty świadczące o prowadzeniu tam
zwykłego rodzinnego życia, jak zabawki czy książki dla dzieci. Pod
telewizorem Sony leżało pudełko na DVD z filmem Shackleton z 2002
roku, w którym główną rolę zagrał Kenneth Branagh. Dowodem na to, że
przesłuchuje się tam również nagrania z jednego z najbardziej
oczekiwanych albumów dekady, był stosik płyt CD-R na gzymsie kominka
oraz stojące na podłodze czarne markowe głośniki.
Nad kominkiem wisiał obraz Rybacy i łódź Josepha Southalla,
przedstawiający grupkę wilków morskich popychających łódź wiosłową. Już
wkrótce miał trafić do książeczki towarzyszącej albumowi Aerial.
Później Kate pokazała mi podpartą o ścianę w sąsiednim gabinecie replikę
sanek z napisem "Różyczka" [Rosebud], które spłonęły w dramatycznym
finale filmu Obywatel Kane. Sporządzono je na zamówienie do teledysku
King of the Mountain, a potem sprezentowano siedmioletniemu Bertiemu.
Kate przysiadła na krawędzi piaskowej sofy i łyknęła herbaty, a ja
zająłem antyczny fotel na lewo od niej. W salonie czuło się wyraźne
napięcie. Oboje byliśmy trochę podenerwowani. Sama perspektywa
udzielenia wywiadu musiała wprawiać ją w przerażenie. Jednak przez kilka
kolejnych godzin - "To był najdłuższy wywiad w moim życiu", stwierdziła
później - jej początkowe obawy z wolna się ulotniły. Okazało się, że
potrafi być wspaniałą rozmówczynią: zabawną, obdarzoną przenikliwym
umysłem i, co zaskakuje, lubiącą przeklinać.
Wyszło na to, że Kate Bush wcale nie wycofała się z normalnego świata,
wręcz przeciwnie: uciekła do normalnego świata, z dala od
nierzeczywistości muzycznego gwiazdorstwa. Warto tu odnotować, że
prawdopodobnie na żadnym innym zdjęciu promocyjnym nie wyglądała na
równie uszczęśliwioną, jak na fotografii z roku 1978, gdzie zmywa
naczynia w domu rodziców.
Jednocześnie Bush była i nadal jest kimś absolutnie wyjątkowym w świecie
współczesnej muzyki. Zaczynała już w latach szkolnych jako
niewiarygodnie płodna poetka, a potem stała się nagle niezwykłą, na swój
sposób niepokojącą gwiazdą muzyki pop za sprawą piosenki Wuthering
Heights. Od tego czasu wyrażała swoją indywidualność również w inne
sposoby, niekoniecznie typowe dla tworzącej kobiety: jako nieustraszona
poszukiwaczka nowych brzmień, bezkompromisowa obrończyni swojej twórczej
niezależności, megagwiazda unikająca rozgłosu, a teraz najwyraźniej też
jako pustelniczka, która ogranicza się do powolnego nagrywania płyt.
Dochowując wierności swojemu artystycznemu "ja", stworzyła muzykę
należącą do najoryginalniejszych dokonań ostatnich czterech dekad i stała się bohaterką cichej legendy.
Czy zatem rozumie, skąd się biorą otaczające ją mity?
"Nie - odparła tonem, w którym pobrzmiewał lekki niepokój. - Nie
rozumiem. Ufff... Ja tego naprawdę nie rozumiem".
Powiedziałaś kiedyś: "Jest pewna postać, którą się adoruje, ale śmiem
twierdzić, że tą postacią nie jestem ja".
Cisza. Pytające spojrzenie.
Sama to powiedziała, zaznaczam.
"No, pewnie tak powiedziałam. W jakim kontekście to było?"
Mówiła wtedy o fanach, którzy tworzą jej wizerunek na podobieństwo
jakiejś bogini.
"Tak, ale nie jestem boginią, prawda? - odparła z niejakim zdumieniem i niedowierzaniem. - Naprawdę uważam, że ludzie często mają tylko poczucie
tego, kim jestem. Myślę i mam taką nadzieję, że ludzie czują w moich
dokonaniach chęć stworzenia czegoś ciekawego od strony artystycznej. Nie
chodzi o zarabianie pieniędzy. Gdyby mi na tym zależało, wydawałabym
płytę co rok, dobrą albo gównianą. To chyba jasne, prawda? I odwalałabym
całą robotę promocyjną, żeby te płyty się sprzedawały. Ale to mnie
zupełnie nie interesuje".
Mniej więcej po półgodzinie, najwyraźniej zadowolona z kierunku, jaki
przybrała rozmowa, uśmiechnęła się szeroko i przyznała: "No to zaczynam
się rozluźniać". Chwilami niemal brakowało jej tchu, kiedy z wielkimi
emocjami opowiadała o swojej nowej płycie. Często wybuchała
entuzjastycznym śmiechem, choć momentami jakby się zawieszała i odnosiło
się wrażenie, że myśli o trzech różnych rzeczach jednocześnie. Czasami
mówiła elegancką angielszczyzną, a czasem cockneyem z czasów wojny.
Właściwie nie przytaczała żadnych anegdotek, za to przywoływała z pamięci dawne odczucia (nierzadko pomniejszając swoją wartość) lub snuła
rozmaite teorie (to już poważniejszym, pełnym namysłu tonem, nadużywając
słów "myślę, że...").
Momentami wpadała w dziecinny, rozchichotany zachwyt, kiedy mówiła o pewnych pomysłach z Aerial, takich jak śpiewanie cyfr po przecinku w liczbie ? albo imitowanie śpiewu ptaków w utworze Aerial Tal i zamykającej płytę kompozycji tytułowej. Po chwili zaś przybierała
świadomie afektowany, deklamacyjny ton, gdy obawiała się, że jej słowa
zabrzmią pretensjonalnie.
Zdarzało się też, że była zdystansowana i niemal po królewsku wyniosła,
zwłaszcza kiedy chwaliło się jej piosenki czy płyty. Mówiła wtedy tylko:
"O, dziękuję" w sposób przećwiczony przez lata przyjmowania komplementów
dotyczących jej pracy. Przyznała, że zazwyczaj nagrywa udzielane przez
siebie wywiady, na wypadek gdyby ją błędnie zacytowano, co jej zdaniem
zdarzało się w przeszłości. "Ale dzisiaj uznałam, że to niepotrzebne" -
dodała tajemniczo.
Jako że przez poprzednie tygodnie przeczytałem ponad sto wywiadów, w których artystka wypowiadała się wymijająco lub enigmatycznie,
postanowiłem dotrzeć do prawdziwej Kate. Do Kate, która przez całe lata
musiała przebywać w studiach w nie zawsze przyjemnym towarzystwie
muzyków płci męskiej. Tę stronę jej charakteru udało mi się wydobyć,
kiedy komentowała pogłoski o tym, że jest niby kruchą istotką, która
postanowiła ukrywać się przed światem. Takie plotki, mówiła, spływają po
niej jak woda po kaczce.
"Nie rusza mnie to - powiedziała, lecz po chwili ożywiła się wyraźnie. -
No, czasem mnie to irytuje. Myślę, że usunęłam się na bok, bo właśnie
chciałam żyć jak normalny człowiek, więc męczy mnie, kiedy ludzie biorą
mnie za zdziwaczałą samotniczkę, która stroni od świata".
Sam ten temat sprawił, że nieco podniosła głos.
"Wiesz, jestem osobą silną i chyba właśnie dlatego wpadam we wściekłość,
gdy czytam, że przeszłam załamanie nerwowe albo coś w stylu: "jest
psychicznie niestabilna, to słaba i krucha istotka". Mam wtedy ochotę
krzyknąć, żeby się ode mnie odpierdolili!".
Być może w tym właśnie momencie ujawniła się prawdziwa Kate Bush.
Jeżeli cały świat się zastanawiał, czy Kate Bush kiedykolwiek ukończy
swój od dawna oczekiwany album, to sama twórczyni również się nad tym
zastanawiała.
"No tak. - Westchnęła. - Wiele razy postanawiałam sobie: "W tym roku na
pewno dokończę tę płytę. W tym roku na pewno ją wydam". Trafiały się
lata, gdy miałam wrażenie, że nigdy mi się to nie uda. Gdybym umiała
szybciej nagrywać płyty, to pewnie zawsze byłabym na fali, prawda? Ale
wszystko zajmuje mi dużo czasu. Nie wiem, czemu to trwa tak długo. Czas
jakoś... wyparowuje".
Kiedy przedłużały się prace nad Aerial, ludzie z EMI nie byli
informowani o postępach w nagrywaniu. Bush podkreśliła, że nie ma
żadnych zobowiązań wobec wytwórni, również finansowych, co gwarantuje
jej pełną swobodę twórczą, którą wywalczyła sobie przez lata. Zaliczkę
na poczet tantiem otrzyma dopiero po ukończeniu albumu.
"To chyba dobra metoda działania: nie mieć długów wobec wytwórni -
stwierdziła. - To odpowiedni punkt wyjścia. W ten sposób nie biorę
pieniędzy za coś, czego jeszcze nie dostarczyłam. Przy pierwszych
płytach oczywiście wszystko szło bardzo szybko. Ale później, z każdym
kolejnym albumem, prace bardzo się wydłużały. Myślę, że wytwórnia dość
szybko zorientowała się, że nie mogą nic zrobić... No bo co by niby mogli
mi zrobić? Nie będą mnie poganiać, bo to nic nie da. Zatem po prostu
dają mi spokój i pozwalają ciągnąć to po swojemu. Pewnie ich to czasem
frustruje. Staram się też nie zapowiadać, że skończę płytę w takim a takim terminie. Nic im nie mówię, póki płyta nie będzie gotowa. Bo
zawsze zabiera mi to więcej czasu, niż przewidywałam. Nawet wtedy, gdy
mi się wydaje, że już się zbliżam do końca - dodała ze śmiechem -
wszystko i tak się jeszcze bardziej przeciąga".
Krąży historia, że odwiedziło ją kiedyś kilka osób z EMI. Bush
powiedziała wtedy: "No to przedstawię wam to, nad czym teraz pracuję". I wyjęła ciastka z piekarnika.
"Nie, nieprawda! - rzuciła. - Ale w gruncie rzeczy to bardzo zabawne.
Wychodzę w tej historyjce na domatorkę, co do mnie pasuje, może nie?"
Przyznała jednak, że z EMI pracowało się jej coraz gorzej, ponieważ
wytwórnia przeistaczała się w bezduszną korporację. "Cały świat powoli
taki się robi, no nie? Dla wielu osób to smutne zjawisko. Podobnie jest
z osiedlowymi sklepikami, które przekształcają się w supermarkety".
Spotkała się jednak oko w oko z ówczesnym dyrektorem EMI, Tonym
Wadsworthem. "To ciekawy przypadek: człowiek naprawdę kreatywny na czele
wytwórni płytowej. Przyjeżdżał do mnie, gadaliśmy trochę i znikał".
Czyli nie puszczałaś mu nowych nagrań?
"[szorstko] Nie. Ale facet ma poczucie humoru. Mieliśmy z tego
wszystkiego niezły ubaw".
Sam Wadsworth powiedział mi: "Ona ma bardzo precyzyjną wizję swojej
twórczości i dlatego nie pasuje do niej konwencjonalne podejście działu
artystycznego wytwórni. A mnie bardzo, ale to bardzo zależało, żeby
usłyszeć jej nowe utwory. Kto by o tym nie marzył? Z drugiej strony -
roześmiał się znacząco - w pewnym momencie już wiadomo, że niczego się
nie usłyszy. Chociaż i tak ją dalej prosiłem".
Nie znaczy to jednak, że Bush nie czuła tremy przed pierwszą prezentacją
Aerial w obecności decydentów z EMI.
"Tak, byłam podenerwowana" - przyznała z uśmiechem.
Czy podjęła ich u siebie w salonie, czy może puściła im nagrania w studiu?
"Po raz pierwszy wysłuchali ich w studiu. Z pierwszym odsłuchem jest
ciężko. Tacy ludzie przede wszystkim czują ulgę, uświadamiając sobie, że
nie wciska się im totalnej chały. Myślą sobie: "Dzięki Bogu, dobre i to". A kiedy ci goście z wytwórni słuchają tego po raz drugi, są już
bardziej wyluzowani. Za drugim razem ich reakcja była bardzo serdeczna i miałam wrażenie, że szczera. Zresztą z ludźmi nigdy nie wiadomo, no
nie?"
"Byliśmy oczarowani - potwierdził Wadsworth. - Oczywiście spodziewałem
się rzeczy wybitnej, ale przede wszystkim czułem ulgę, że ta płyta jest
wreszcie gotowa".
Mimo to perspektywa ponownego znalezienia się w świetle jupiterów
działała na Bush zniechęcająco. O ile ukończywszy Aerial, odetchnęła z ulgą, o tyle nadciągająca premiera płyty niosła ze sobą niepokój. Kilka
tygodni wcześniej fotograf jednego z tabloidów przeleciał helikopterem
nad jej posiadłością i pstryknął z góry kilka fotek. Nawet miejscowi
pijacy, którzy wracali do domu z pubu, wciskali przycisk domofonu przy
bramie, żeby bełkotać i rechotać do mikrofonu.
Wokalistka zastanawiała się nawet całkiem serio, czy w ogóle warto
wydawać ten album, jeśli ma się z tym znowu wiązać naruszanie jej
prywatności.
Czy naprawdę brała pod uwagę wycofanie się z publikacji Aerial?
"Mogłam tego nie wydać, bo to w końcu część mnie, lecz kilka razy
powiedziałam wtedy Danny'emu: "Boże, czy ja powinnam to wydać"?".
Tylko dlatego że w ten sposób wpuścisz do domu cały ten hałas z zewnątrz?
"Tak, to jest jak otwarcie drzwi, prawda? Dla mnie cisza i spokój są
potrzebne do skupienia twórczego. Sława w tym bardzo przeszkadza. Sława
to jedno wielkie [imituje odgłosy podnieconego tłumu] "łaaa!". Teraz
jest nawet gorzej niż kiedyś, bo ludzie głupawo ekscytują się
celebrytami. To jakaś obsesja. Ktoś występuje w telewizji - i co z tego?
Kogo to powinno obchodzić? Ludzie naprawdę ważni to chirurdzy czy
naukowcy, bo właśnie oni utrzymują nas przy życiu".
Nie mogła wyjść ze zdziwienia, widząc, jak telewizja pokazuje celebrytów
w dżungli, zmuszanych do jedzenia żywych robaków lub czołgających się w błocie, byle tylko nie zniknąć z pola widzenia.
"To coś w rodzaju rzymskich igrzysk, prawda?" - stwierdziła z nieskrywaną odrazą.
Niemniej jednak miała pełną świadomość, że kiedy wyda Aerial, ponownie
zmierzy się z własną popularnością.
"Lata temu odbyłam bardzo ciekawą rozmowę z pewnym znajomym - mówiła. -
Twierdził, że to niekonieczne, by prezentować innym swoją muzykę. Ale ja
to widzę inaczej. Popatrzmy choćby na sztuki Szekspira. Nie istniałyby
bez publiczności. Poza tym uważam, że w sztuce ważna jest nie sama
sztuka, tylko relacja między sztuką a jej odbiorcą. Nie chcę, żeby to
zabrzmiało strasznie pretensjonalnie - dodała ze śmiechem, zmieniając
akcent na niby typowy dla klas wyższych - ale naprawdę chodzi o reakcję
odbiorcy. Jeśli patrzymy na naszą planetę z zachwytem, to może jest to
najlepsze z zajęć, jakim możemy się tu oddawać. To odbiorca ogląda
sztukę Szekspira lub patrzy na piękny obraz... Bez niego ani jedno, ani
drugie nie istnieje w pewien sposób. Jeśli więc tworzy się muzykę i nie
daje się jej ludziom do słuchania, można powiedzieć, że ta muzyka w ogóle nie istnieje".
Największy dylemat w życiu Kate Bush przedstawiał się zatem następująco:
jak połączyć wielką potrzebę tworzenia z równie wielką potrzebą
zachowania prywatności? Czy pogodzenie jednego z drugim jest trudne czy
niemal niemożliwe?
"Przez ostatnie dwanaście lat nie miałam z tym problemu - odparła. -
Dane mi było żyć bardzo normalnym życiem. A takie życie to ważna część
mnie. Ważne jest dla mnie robienie prania czy odkurzanie. Nie odcinam
się od takich zajęć. Moi znajomi z branży nie wiedzą, jak działa
zmywarka. Przeraża mnie coś takiego. Ja wolę funkcjonować na co dzień
jak zwykły człowiek".
Czy kiedykolwiek miała poczucie, że byłaby szczęśliwsza, gdyby jako
nastolatka nie została wielką gwiazdą, tylko stała się raczej artystką
niszową?
"Nie mam pojęcia. Czy gdybanie ma sens? Nie ma. Można sobie w głowie
odgrywać różne scenariusze życiowe, ale to się mija z celem, bo co się
zdarzyło, to się zdarzyło, prawda? A mnie coś pchało, by robić to, co
robiłam. Pod wieloma względami moja popularność jest chyba zaskakująca.
Choćby dlatego że robię tak długie przerwy, prawda? Z drugiej strony to
fascynujące. Bo po długiej przerwie, zwłaszcza tak długiej jak ostatnia,
zastanawiam się, czy ludzie nie zapomnieli o moim istnieniu. Okazuje się
jednak, że wręcz przeciwnie - że ludzi ekscytuje mój powrót. Szczerze
mnie wzrusza atmosfera oczekiwania, którą wyczuwam. Myślałam, że nawet
pięć czy sześć lat to przerwa dość ryzykowna. Czuję się więc wybrańcem
losu, skoro tak długo się na mnie czeka".
Ze zdziwieniem przyjęła wiadomość, że niektórzy, szczególnie personel
EMI, autentycznie się jej boją.
"Ja tego tak nie odbieram - odparła ostrożnie. - Nie uważam się za osobę
wzbudzającą obawy".
Ale to fakt, zaznaczyłem. Wszyscy znani mi pracownicy EMI reagowali dość
nerwowo, gdy padło w rozmowie jej nazwisko. Nie dziwi jej to?
"To raczej śmieszne".
Ale czasem przydatne?
"Czasem tak" - przyznała z uśmiechem.
Na początku wywiadu zrobiłem coś, czego nigdy nie robię: dałem jej numer
mojej komórki. Nie chciałem po prostu zakończyć spotkania i wyjść z nagraną rozmową, nie umożliwiając jej dorzucenia czegoś od siebie
później. Chodziło mi też o to, by nie musiała się cenzurować.
Zaznaczyłem, że nie zmienię natychmiast fragmentów, które uzna za
wątpliwe, tylko dlatego, że mnie o to poprosi, ale przynajmniej będziemy
mogli to przedyskutować.
Zadzwoniła po kilku dniach. Miała zastrzeżenia do paru bardzo drobnych,
trywialnych rzeczy, na które sam nawet nie zwróciłbym uwagi.
"Nie pomyśl sobie, Tom, że chcę przejąć kontrolę nad tym wywiadem" -
zażartowała.
"Nawet nie marz o czymś takim" - odrzekłem ze śmiechem.
Dzięki spotkaniu, tej i kilku kolejnych rozmowach telefonicznych mam
poczucie, że rozmawiałem z "prawdziwą" Kate Bush.
Jej przesłodzony wizerunek jest tylko karykaturą prawdziwej Kate. W rzeczywistości mamy tu osobowość bardzo złożoną: nieugięcie dążącą do
celu, subtelnie władczą, bezlitośnie samokrytyczną oraz skwapliwie
przekłuwającą bańkę uwielbienia, która się wokół niej tworzy.
Dlatego też niniejsza książka przedstawia wielostronny portret Kate
Bush. Ukazuje ją z pięćdziesięciu różnych perspektyw - jako dziewczynę,
która żyje w świecie własnej wyobraźni, a potem właśnie dlatego staje
się sławna, choć wcale o tym nie marzy, jako artystkę, która zmaga się z przeciwnościami, walczy i zwycięża, by stać się jednym z najbardziej
oryginalnych i nowatorskich twórców naszych czasów.
3
Siostra na zdjęciach
Cathy i Kate w obiektywie, 1966-2014
Po powrocie ze szkoły Cathy Bush przebierała się w różne stroje, czy
miała na to nastrój, czy nie. I bez protestów brała udział w eksperymentach fotograficznych swojego brata, Johna Cardera Busha, mimo
że na jego zdjęciach wyglądała czasem na zmęczoną albo naburmuszoną,
albo jedno i drugie.
"Zawsze się zgadzała - wspominał brat. - Myślę, że zależało mi na
uzyskaniu na tych zdjęciach atmosfery, która wyraża się lekkim smutkiem
na jej twarzy. Ale nie było to świadome założenie. Otrzymywaliśmy taki
efekt, bo po powrocie ze szkoły Cathy musiała od razu brać udział w sesji zdjęciowej z bratem, a rwała się już do czegoś innego. Chociaż nie
była zniecierpliwiona. Okazywała chęć do pomocy i fajnie się z nią
pracowało. Była spokojna, ale bynajmniej nie zamknięta w sobie. Nie
narzucała się po prostu. Przyjemnie spędzało się z nią czas".
Dwudziestodwuletni wówczas fotograf amator inspirował się
prerafaelickimi ilustratorami książek dla dzieci oraz robionymi piórkiem
i tuszem ilustracjami Arthura Rackhama do książek o przygodach Piotrusia
Pana. Wyczarował w ten sposób świat pełen futer, mieczy i opasek na
włosy - i umieścił w nim siostrę.
"Jeśli przyjrzeć się ilustracjom Rackhama do Piotrusia Pana - powiedział
John Carder Bush - to zawsze czuje się obecność czegoś mrocznego w tle.
Taki efekt chciałem uzyskać, nawiązując właśnie do tych ilustracji. Nie
chodziło mi o coś pogodnego czy radosnego. Pragnąłem tylko uchwycić
pewien klimat. Jest jedno zdjęcie zrobione na strychu, gdzie światło
wpada przez okrągłe okienko. Coś takiego mogłoby się znaleźć na
ilustracji Rackhama. Na innym Cathy siedzi na schodkach z kielichem, a do pasa ma przyczepiony na łańcuchu sztylet i skóry jakichś zwierząt.
Właśnie na takich efektach mi zależało. Gdy jednak teraz na to patrzę,
widzę, że ogromną rolę odegrało tu naturalne światło - łagodne światło
letniego popołudnia".
Te wczesne fotografie Kate Bush jako nieco sennej dziewczynki, które
miały potem obiec świat, zostały zrobione specjalnym aparatem na kliszę
35 mm, pozwalającą wykonać dwa zdjęcia w każdej klatce, co oznaczało, że
klisza z trzydziestoma sześcioma klatkami dawała siedemdziesiąt dwa
zdjęcia. "Stosowałem ten aparat głównie dlatego, że był tani - przyznał
John. - Potencjalna jakość końcowa jest mniejsza niż normalnie, a możliwości powiększenia też są ograniczone. Ale gdy teraz oglądam te
fotografie, zaskakuje mnie, że udało się uzyskać zdumiewającą jakość za
pomocą tak prymitywnego narzędzia".
Na wielu z tych zdjęć - zrobionych między ósmym a dwunastym rokiem życia
Kate Bush - uchwycono jej niejako wrodzoną inność. Na jednym wiruje na
trawniku jak derwisz, na kolejnym ma na sobie poncho i wygina się jak
tancerka. Na pozostałych widać hipisowskie wpływy starszych braci
(szczególnie tam, gdzie ona i Paddy są ubrani w kaftany nawiązujące do
wizerunku grupy The Incredible String Band). Na tych nielicznych
fotografiach, do których pozowała uśmiechnięta, widzimy trochę
niechlujną łobuziarę skłonną do psot. Na jednym z późniejszych zdjęć,
wykonanym z góry i przez to nieukazującym jej twarzy, Cathy gra dwoma
palcami na starej, wysłużonej fisharmonii rodzinnej.
John Carder Bush twierdził, że z początku "wcale nie wydawało się
oczywiste", że jego siostra odznacza się talentem muzycznym. "Z pewnością nie było to widoczne w okresie, gdy powstawały te zdjęcia. To,
na którym siedzi przy fisharmonii, zostało zrobione, kiedy miała około
jedenastu lat. Widać tam, że już wyłania się z niej późniejsza Kate. Ale
na tym zdjęciu wykonanym z góry również gra dwoma palcami, co wskazuje,
jaki poziom techniczny prezentowała w tamtym czasie".
Tak czy inaczej, Cathy Bush potrzebowała koncentracji, żeby zostać
muzykiem samoukiem, i pewnie dlatego otoczyła ją atmosfera spokoju i osobności.
"Przesadziłbym, twierdząc, że była szarą myszką - mówił jej brat. - Ale
kiedy robiła coś w szkole, to po powrocie nie gadała o tym długo. Trzeba
było wyciągać z niej informacje. Z pewnością nie była dzieckiem
przedwcześnie dojrzałym czy rozwiniętym. Z drugiej strony, gdy ujawniła
swój talent, można powiedzieć, że się wyróżniała".
Zdjęcia Johna Cardera ukazały się po raz pierwszy w książce Cathy,
wydanej w roku 1986. Rzecz wyszła nakładem autora w liczbie pięciuset
egzemplarzy, a rozprowadzano ją w formie wysyłkowej. "To był
eksperyment. Nie przewidziałem zainteresowania, z jakim spotka się ta
publikacja. Wydałem więc książkę własnym sumptem i wraz z partnerką
rozsyłałem ją nabywcom".
Wydrukowane egzemplarze dotarły do Johna w "okropnym żółtym" futerale,
który okazał się za ciasny. "Popełniliśmy błąd - przyznaje. - Kiedy
dostaliśmy książki, mieliśmy już mało czasu. Gdyby do czegoś takiego
doszło teraz, po prostu odesłałbym je do drukarni. Ale wtedy goniły nas
terminy, więc daliśmy spokój. Wiem, że niektórzy nabywcy nie byli w stanie wyciągnąć książki z futerału".
Album Cathy doczekał się wznowienia w roku 2014, niedługo po
koncertach Before the Dawn. Cena pierwszego wydania sięgała już wtedy
tysiąca funtów. "Zrobił się z tego niezły rarytas, płacono astronomiczne
sumy, zdumiewająca sprawa [śmiech]. Pisano o tym w dziwnych miejscach.
Jeden taki, zresztą dość mętny tekst ukazał się w "Wall Street Journal".
Uznałem wtedy, że jeśli media tak bardzo zainteresowały się tematem, to
pewnie wywołała to publiczność czy fani".
Ciągłe pozowanie mogło co prawda męczyć młodziutką Cathy, ale przydało
się w przyszłości, kiedy tworzyła własny wizerunek publiczny. Gdy Cathy
przeistoczyła się w Kate, John Carder Bush fotografował ją na potrzeby
okładek płytowych. Najsłynniejsze z tych zdjęć - z leżącą artystką -
trafiło na pamiętną okładkę albumu Hounds of Love (inna jego
fotografia przyozdobiła płytę Director's Cut z roku 2011).
"Wielu ludzi mówi mi, że to czy tamto zdjęcie przypomina im okładkę,
którą zrobiłem do Hounds of Love. Przygotowałem potem kilka okładek,
przy których czułem się tak, jakbym znowu fotografował Cathy. To samo
poczucie... może nie swobody, tylko luzu. Bo w końcu brat fotografował
siostrę. Wtedy istnieje już więź. Jeśli fotograf nie zna tematu, to musi
poświęcić trochę czasu na zapoznanie się z nim, a ja i Kate mieliśmy ten
etap za sobą. Podobnie jak zdjęcia do albumu Cathy, wszystko, co
robiłem, żeby pomóc w karierze Kate, odbywało się w warunkach domowych.
Nigdy nie wynajmowaliśmy studia. Pracowaliśmy albo u niej, albo u mnie,
gdziekolwiek to było na danym etapie. U mnie robiliśmy zdjęcia w salonie, z którego musiałem uprzątnąć zabawki moich dzieci, ustawić tam
tło, światła i całą resztę. W ten sposób przekształcałem zwykły pokój do
codziennego życia w studio fotograficzne. W razie potrzeby taka sesja
trwała nawet trzy dni, bo nic nas nie poganiało. To bardzo ważne, bo
dawało nam swobodę do eksperymentowania. Kate z kolei czuła się
bezpiecznie, wiedząc, że efekty tych eksperymentów znajdują się pod moją
opieką. Nie trafią do mediów czy w miejsca, w których wolałaby ich nie
widzieć. Sądzę, że zaufanie do fotografa jest bardzo istotne".
Patrząc w wizjer przez kolejne lata, John Carder na ogół widział w nim
tę samą Cathy.
"Upływ czasu niczego nie zmienił - podkreślił. - Oczy są takie jak
zawsze. Uśmiech ma taki sam jak kiedyś. Jak tylko spoglądam w wizjer
aparatu, wraca dawna Cathy, obecna na wszystkich zdjęciach, które
zrobiłem jej w ciągu tych lat".
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki