Katastrofa posmoleńska. Kto rozbił Polskę - Grzegorz Rzeczkowski

Kup ebooka

39.99 zł
33.19 zł (32,79 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać
?

Wstęp

Jak doszło do tego, że Polacy zostali tak dramatycznie podzieleni po katastrofie smoleńskiej? Jak i komu udało się wytworzyć w jednym państwie dwie odrębne, żeby nie powiedzieć wrogie zbiorowości? Dlaczego nastąpiło to po bezprecedensowej tragedii i narodowej żałobie, która - jak się najpierw wydawało - miała być naszym zbiorowym katharsis, początkiem narodowego porozumienia i pojednania? Jak to możliwe, że katastrofa smoleńska, zdarzenie w historii bez precedensu, powszechnie opłakiwana i upamiętniana na tyle sposobów, zrodziła nienawiść i kłamliwe teorie, które od dziesięciu lat utrzymują nas w stanie wyniszczającej psychologicznej wojny domowej?

Odpowiedzi, sprowadzające wszystko do zderzenia Polski PiS i PO, III i IV RP, Polski konserwatywnej z liberalną, katolickiej z laicką, nie wydawały mi się nigdy w pełni satysfakcjonujące. Nie przekonywało mnie też zrzucanie całej winy na Antoniego Macierewicza i jego sejmowy zespół czy podkomisję, choć akurat w przypadku tego polityka wina polegająca na świadomym pogłębianiu podziałów w społeczeństwie i rozbijaniu spoistości państwa wydaje się oczywista. "Między nami zieje przepaść" - chciałoby się powiedzieć za Jackiem Kaczmarskim.

Kto nam to zrobił? - to pytanie nie dawało i nie daje spokoju nie tylko mnie, ale też wielu osobom zatroskanym o stan państwa. Wydarzenia po 10 kwietnia 2010 r. podzieliły społeczeństwo jak chyba nigdy dotąd w naszej historii. Ani w czasach komunizmu, ani przez pierwsze 20 lat III RP złe społeczne emocje nie osiągnęły takiego poziomu jak teraz. Polacy nie tylko stali się dwiema ledwo tolerującymi się zbiorowościami. Podzieleni, zaczęli czcić odmiennych bohaterów, odwoływać się do różnych autorytetów, kultywować inne systemy wartości, inaczej opisywać i interpretować historię, czytać inne książki, gazety czy serwisy internetowe. A przy tym lekceważyć poglądy i stanowisko drugiej strony. Podziały dotyczą wręcz języka, jakim się posługują skonfliktowane grupy. Wydaje się, że jedyne, co nas łączy, to miejsce zamieszkania i obywatelstwo tego samego kraju. Na szczęście jeszcze nie sięgamy przeciwko sobie po broń, jeśli nie liczyć dwóch tragedii: motywowanych politycznie zabójstw Marka Rosiaka i Pawła Adamowicza.

Po 10 kwietnia gwałtownie upowszechniła się agresja słowna i symboliczna, mnożenie wzajemnych oskarżeń o zdradę. W historii Polski podobny stopień zajadłości towarzyszył bratobójczym walkom szlacheckich rokoszy, budząc przerażenie współczesnych. 12 lipca 1666 r. pod Mątwami (dziś to dzielnica Inowrocławia) stanęły naprzeciwko siebie dwie polskie armie. Po jednej stronie Noteci zatrzymali się żołnierze wierni królowi Janowi Kazimierzowi, po drugiej - ścigani przez nich rokoszanie Jerzego Sebastiana Lubomirskiego. Wydawało się, że rojaliści rozstrzygną starcie na swoją korzyść dzięki przewadze liczebnej, a przede wszystkim dzięki doświadczeniu i uzbrojeniu. Jednak przeprawa przez rzekę w połączeniu z błędami dowodzenia przyniosła im klęskę. Według szacunków historyków w bitwie poległo 3-4 tys. żołnierzy, w większości wiernych królowi Janowi Kazimierzowi. Wielu z nich bestialsko zamordowano, zasiekano szablami już po tym, gdy się poddali. Zwycięzcy nie oszczędzali nawet poległych, profanując ich ciała - na niektórych doliczono się 30-40 śladów cięć szablą. Bitwa uważana jest za najkrwawsze bratobójcze starcie w naszej historii[1].

Polska jako państwo wyszła z tego starcia poturbowana, tracąc w bezsensowny sposób nie tylko żołnierzy, lecz i własną siłę, co nieco ponad sto lat później zakończyło się rozbiorami i wymazaniem naszego państwa z mapy świata. Jak mówił prof. Tomasz Łaszkiewicz z Instytutu Historii PAN, w tej bitwie, o której wszyscy w Polsce chcielibyśmy zapomnieć, "nie było zwycięzców, nie było chwały oręża polskiego, byli jedynie sami przegrani. Przegrał król, przegrały reformy, przegrała Rzeczpospolita"[2].

Przywołuję ten wstydliwy epizod z naszej historii z oczywistego powodu. Podobna zajadłość towarzyszy konfliktowi, który rozgorzał po katastrofie smoleńskiej. To cicha wojna domowa, której w jakimś sensie wszyscy jesteśmy ofiarami, w której są jedynie przegrani. To konflikt nie tylko niosący za sobą podziały, nienawiść i pozrywane więzi, czasem nawet rodzinne, lecz także sukcesywnie osłabiający państwo i jego struktury.

To wojna bezkrwawa, ale podstępna i wyniszczająca. Co gorsza, nie jest jedynie kolejną odsłoną wewnętrznego konfliktu napędzanego odmiennymi przekonaniami czy postawami politycznymi. Wiele wskazuje na to, że to też część rosyjskiej rozgrywki przeciwko Zachodowi, w której wziął udział PiS i jego zwolennicy. Jest okrutnym paradoksem, że ci, którzy twierdzą, iż w tragedii z 10 kwietnia maczali palce Rosjanie, sami z cichym wsparciem Kremla realizują jego strategiczne cele, które poprzez konsekwentne osłabianie i rozbijanie spójności i wartości Zachodu oraz jego struktur, takich jak UE czy NATO, prowadzą do odbudowania strefy wpływów Moskwy z czasów ZSRR.

Do dziś nikt nie przedstawił dowodów, że katastrofa smoleńska była efektem sabotażu, spisku czy zamachu. Nikt nie udowodnił, że stali za tym wrogowie prezydenta Lecha Kaczyńskiego w Polsce czy władze Rosji. Podkreślę raz jeszcze - nie ma nawet śladu twardego dowodu, że za śmierć 96 Polaków pod Smoleńskiem ponosi winę Kreml czy - jacykolwiek - jego sojusznicy. Są za to dziesiątki dowodów, które mówią, że za katastrofę odpowiadają karygodne zaniedbania, błędy, nadużycia oraz bylejakość działania Polaków i rosyjskich kontrolerów. To była - jakkolwiek brutalnie i banalnie to zabrzmi - bezdusznie pospolita katastrofa lotnicza, będąca efektem pospolitych błędów (choć zginęli w niej niepospolici ludzie). "Przyczyną wypadku było zejście poniżej minimalnej wysokości zniżania, przy nadmiernej prędkości opadania, w warunkach atmosferycznych uniemożliwiających wzrokowy kontakt z ziemią i spóźnione rozpoczęcie procedury odejścia na drugi krąg. Doprowadziło to do zderzenia z przeszkodą terenową - grubą brzozą, oderwania fragmentu lewego skrzydła wraz z lotką, a w konsekwencji do utraty sterowności samolotu i zderzenia z ziemią" - tak w skrócie, ale fachowo opisał przyczynę katastrofy z 10 kwietnia rządowy zespół kierowany przez Macieja Laska[3].

Tego typu wypadki zdarzały się w historii lotnictwa i nawet otrzymały w lotniczej terminologii specjalną nazwę: CFIT. Czyli Controlled Flight Into Terrain (kontrolowany lot ku ziemi). Tym terminem określa się katastrofy będące efektem błędów pilotów. Pilot do końca zachowuje kontrolę nad samolotem przekonany, że albo za chwilę zobaczy lotnisko, albo szczęśliwie wyląduje.

Niezwykła była oczywiście skala tragedii, liczba ofiar - postaci ważnych dla Polski i Polaków, znanych, lubianych i poważanych. To okazało się jednak (psychologicznie zrozumiałą) przesłanką do poszukiwania nadzwyczajnych wyjaśnień dla tak nadzwyczajnego wypadku. Przecież takie rzeczy nie zdarzają się same z siebie, prawda? Prezydenci, dowódcy wojskowi, biskupi czy posłowie nie giną ot tak, w jednej chwili, tylko dlatego, że pilot stracił orientację i uszkodził samolot, zahaczając o zwykłą brzozę. To gwałtownie podsyciło tlący się od kilku lat konflikt między dwoma obozami wywodzącymi się z solidarnościowego pnia, a definiowany przez PiS jako starcie Polski "solidarnej" z "liberalną". Perspektywa utraty Pałacu Prezydenckiego w konsekwencji katastrofy musiała wpłynąć na to, jak zaczęto postrzegać jej przyczyny w obozie PiS.

Tak powstał dogodny grunt dla hodowania niemal dowolnych teorii spiskowych, ignorujących fakty, wiedzę o lotniczych katastrofach czy po prostu prawa fizyki. Czemu dodatkowo sprzyjała pogłębiająca się nieufność do tzw. liberalnych elit, które mówiły o "zwykłej katastrofie". Na tym gruncie, nawożonym przez ludzi posługujących się na co dzień "obcym alfabetem", umiejętnie obrabianym przez polityków i "inżynierów ludzkich dusz", w rodzaju Antoniego Macierewicza oraz duchownych katolickich, wyrosły nienawiść do "sprawców" i uświęcenie "poległych". Powstał ruch o religijnym charakterze, którego dogmaty i kanony wydają się nie do obalenia. Miarą jego siły jest utrzymująca się od dwóch lat na stałym poziomie liczba osób przekonanych, że katastrofa była efektem zamachu, co pokazują zgodnie różne sondaże (Ipsos dla OKO.press z lutego 2020 r.[4] i Kantara dla TVN z 2018 r.[5]). Aż 26 proc. ankietowanych, czyli ponad jedna czwarta dorosłych Polaków, przyjmuje wersję o zamachu, czyli niemal dokładnie tyle samo co w 2016 r. Kolejne 15 proc. pytanych nie potrafiło powiedzieć, co było przyczyną katastrofy. W tym kontekście opinia 59 proc. Polaków, że nie może być mowy o zamachu, tylko o wypadku, i że ideę zamachu popierają głównie wyborcy PiS, to jednak marne pocieszenie. Tym bardziej że PiS odniósł jeszcze jeden spektakularny sukces w walce o postrzeganie smoleńskiej katastrofy, którego badania nie wychwytują. Udało mu się zawłaszczyć pamięć o wszystkich ofiarach, bez względu na to, kim były i z jakich środowisk się wywodziły, wręcz wmówić, że wszyscy, którzy zginęli, byli związani z PiS.

To w dużej mierze efekt przepełnionych cynizmem działań zespołu parlamentarnego, a potem tzw. podkomisji smoleńskiej kierowanych przez Macierewicza i jego ludzi. To także zasługa Jarosława Kaczyńskiego i jego pomysłu organizowania niekończących się "miesięcznic", które nie mają nic wspólnego z chrześcijańską tradycją przeżywania żałoby, za to wiele z politycznymi wiecami. Ale także Zbigniewa Ziobry i zastraszonej prokuratury, która od lat prowadzi śledztwo mające dowieść zamachu. A wreszcie sporego grona dziennikarzy (którzy samych siebie nazwali "niepokornymi") podsuwających i upowszechniających kolejne kłamliwe teorie.

Ale to tylko część odpowiedzi na pytanie: kto za tym stoi? Bo przecież Macierewicz rozpoczął swoją działalność dopiero z końcem lipca 2010 r., a więc ponad trzy miesiące po katastrofie. Podobnie było z Kaczyńskim - obaj przez całą kampanię przed wyborami prezydenckimi oficjalnie unikali tematu jak ognia, byle nie zrazić umiarkowanych wyborców. Nie znaczy to jednak, że w tym czasie nic się nie działo, że nastawieni na pojednanie Polacy do czasu pojawienia się Macierewicza tylko budowali mosty i niwelowali podziały. Teorie spiskowe i polityczne gry, głównie związane z krzyżem ustawionym przed Pałacem Prezydenckim, wykorzystujące katastrofę do uderzenia w ówczesny rząd i jego zwolenników, pojawiły się już w pierwszych dniach po wypadku.

Badałem tę sprawę przez kilka lat, a szczególnie intensywnie przez ostatnie pół roku przed dziesiątą rocznicą katastrofy, bo - podobnie jak w przypadku afery podsłuchowej - nie dawała mi spokoju. Z tych analiz wyłania się przygnębiający, a miejscami wręcz przerażający obraz ukrytej akcji prowadzonej przez nacjonalistyczne i prokremlowskie ugrupowania, powiązane m.in. z Antonim Macierewiczem i jego ludźmi, których celem była destabilizacja państwa oraz jego władz, co miało ułatwić przejęcie rządów. Znów, jak w sprawie podsłuchów, wyraźnie można dostrzec ingerencję Moskwy, zainteresowanej podgrzewaniem wojny polsko-polskiej i wzmocnieniem współpracujących z nią lub od niej zależnych środowisk.

Najważniejszą rolę odegrały dwie grupy o radykalnym katolicko-narodowym profilu, z których jedna odwoływała się do przedwojennych tradycji endeckich, druga, bardziej skrajna, tkwiła korzeniami w powojennym narodowym komunizmie. To grono ludzi ceniących takie postaci, jak współpracujący z NKWD założyciel PAX-u Bolesław Piasecki; twardogłowy działacz PZPR z czasów schyłkowego PRL Albin Siwak; szef nacjonalistycznoantysemickiego Zjednoczenia Patriotycznego Grunwald i dawny działacz Towarzystwa Przyjaźni Polsko-Radzieckiej Bohdan Poręba; hojny sponsor Radia Maryja i antysemita Jan Kobylański czy oskarżani o współpracę z rosyjskimi służbami liderzy proputinowskiej partii Zmiana. Charakterystyczne dla tej grupy są ścisłe związki z Rosją oraz wyrażane bez żadnych zahamowań poparcie dla Kremla, jego ludzi i jego polityki w imię "sojuszu Słowian". To postaci niekiedy wręcz naśladujące kremlowską propagandę, atakujące "zgniły Zachód", "banderowską Ukrainę" i przedstawiające Polskę jako państwo służalcze wobec USA. Niektórzy uczestniczyli w finansowanych przez kremlowskiego oligarchę Konstantina Małofiejewa antyukraińskich demonstracjach. Cel jest jasny, wielokrotnie opisywany: odseparowanie nas od wspólnoty demokratycznego Zachodu i zwrócenie ku "suwerennej demokracji" sterowanej przez Kreml, który w tym celu z uporem i od lat wspiera prawicowych radykałów w całej Europie.

Pierwsza wymieniona powyżej grupa - "neoendecka" - stała za postawieniem krzyża na Krakowskim Przedmieściu. Miał on być rzekomo symbolem pojednania, a prawie natychmiast stał się zarzewiem konfliktu. Prym wiodły w niej osoby związane ze środowiskiem Związku Harcerstwa Rzeczypospolitej, piewcy "żołnierzy wyklętych" i Narodowych Sił Zbrojnych, ludzie korzystający ze wsparcia Mateusza Morawieckiego i jego banku, sponsorującego różne "patriotyczne" inicjatywy. Po dojściu PiS do władzy w 2015 r. ich kariery rozkwitły na państwowych posadach i zleceniach. Co intrygujące, przedstawiciele tej grupy mają bliskie relacje z ludźmi Trumpa - dla którego nie kryją podziwu - i ze zwolennikami Putina w Stanach Zjednoczonych.

Druga grupa, którą nazwać można pogrobowcami moczaryzmu, przez wiele miesięcy, przy biernej postawie służb państwa, podsycała krzyżową histerię na Krakowskim Przedmieściu, którą później PiS wykorzystał do uderzenia w PO.

Obie grupy nie działały w próżni, wspierane przez ważne środowiska polonijne ze Stanów Zjednoczonych i z Ameryki Południowej. "Neoendecy" znaleźli bezpośrednie oparcie w Marku Chodakiewiczu, profesorze o skrajnie narodowych poglądach z konserwatywnego, waszyngtońskiego The Institute of The World Politics (IWP). Pośrednio zaś w jego przełożonym, założycielu tej uczelni, byłym doradcy Ronalda Reagana i potomku polskich emigrantów Johnie Lenczowskim, za którym z kolei stoi związany z Kremlem były kongresmen Dana Rohrabacher i jego ludzie. Jak mówi Ryszard Schnepf, ambasador RP w Waszyngtonie w latach 2012-2018, należą oni do grona tych, którzy uważają, że "Stany Zjednoczone powinny dogadać się z Rosją i podzielić świat, tak jak za czasów zimnej wojny".

"Postmoczarowców" wspierał wspomniany Jan Kobylański, zmarły w marcu 2019 r. biznesmen, sponsor Radia Maryja i polonijny działacz z Urugwaju, na którym ciążyły zarzuty o szmalcownictwo podczas drugiej wojny światowej i podejrzenia o współpracę z radzieckimi służbami. Kim dla tego środowiska był Kobylański, tym - zachowując wszelkie proporcje, przede wszystkim dotyczące przeszłości i poglądów - dla młodych narodowców jest Blanka Rosenstiel, multimilionerka z Florydy, fundatorka katedry im. Kościuszki na IWP, którą kieruje Chodakiewicz.

Obie grupy łączy Antoni Macierewicz i jego współpracownicy, obracający się zarówno w kręgu Lenczowskiego, Chodakiewicza, Rosenstiel, jak i Kobylańskiego. Chodzi m.in. o Andrzeja Lwa-Mirskiego, osobistego prawnika byłego szefa MON; budowniczego pomników smoleńskich i narodowych Ryszarda Walczaka; członka zespołu smoleńskiego Chrisa Cieszewskiego, ale również młodych ekspertów wywodzących się z Narodowego Centrum Studiów Strategicznych (NCSS), think tanku kierowanego przez Jacka Kotasa, byłego wiceministra obrony w rządzie Jarosława Kaczyńskiego (2006-2007). Kotas to były prezes i członek zarządu wielu spółek z tzw. grupy Radius, której przypisuje się powiązania z rosyjskimi olgarchami (stąd ukute przez aktywistę Jana Śpiewaka określenie "rosyjski łącznik", które później zdobyło popularność w mediach). Jej menedżerowie zakładali i współprowadzili restaurację Sowa i Przyjaciele, będącą epicentrum afery podsłuchowej z 2014 r.[6] Co ciekawe, Kotas był też jednym z pierwszych świadków, którzy występowali przed parlamentarnym zespołem smoleńskim Antoniego Macierewicza (w sierpniu 2010 r.).

W tle można się jeszcze natknąć na Artura Zawiszę, byłego polityka ZChN, PiS i Ruchu Narodowego, którego z młodymi narodowcami łączy podziw dla Narodowych Sił Zbrojnych, a ze "starymi" - zażyłość z Janem Kobylańskim. Z obiema grupami wiąże go zaś radykalny katolicyzm podszyty czymś, co on sam określa jako judosceptycyzm, dalej - otwarty antyislamizm, skrajny eurosceptycyzm, a także mniej niechętny niż do Brukseli stosunek do Rosji. Poza tym - sympatia do dyktatorów w rodzaju generała Franco czy Augusto Pinocheta.

Nie tylko te fakty, ale też inne informacje - zarówno znane wcześniej, jak i odkrywane przeze mnie - świadczą o tym, że konflikt wokół katastrofy w Smoleńsku był inspirowany i podsycany przez radykalnych narodowców, z których część otwarcie wspiera Rosję. Środowiska "harcerzy" i pogrobowców moczaryzmu, odwołujące się wprost do tradycji endeckiej, narzuciły narrację o zdradzieckim, antynarodowym i antykatolickim rządzie PO, który walczy z wiarą i polskością. Niestety, przy dość biernej postawie rządu Donalda Tuska i jego służb, ale również przy chwiejnym nastawieniu części "mainstreamowych" mediów, które dla zwiększenia oglądalności, klikalności czy wzrostów sprzedaży podgrzewały teorie spiskowe w rodzaju "trotylowej", w sposób bezrefleksyjny relacjonowały widowiska z Krakowskiego Przedmieścia i Sejmu, gdzie obradował zespół Antoniego Macierewicza. Tak naprawdę jedynym, który w imieniu Rzeczpospolitej bronił interesu państwa i jego dobrego imienia wśród smoleńskich histerii, był Maciej Lasek i jego współpracownicy. Bez nich autorytet państwa, nadszarpnięty tak mocno podczas pamiętnej "bitwy o krzyż" 3 sierpnia 2010 r., upadłby zupełnie. Dlatego to właśnie im tę książkę dedykuję. Chciałbym, żeby znaleźli więcej naśladowców.

Plon, który wyrósł na przygotowanym gruncie kłamstw, manipulacji i dezinformacji, zebrali i wykorzystali politycy PiS. W sposób przedziwny zaczęło się powtarzać to, czego Polska doświadczyła w latach 1935-1939, gdy obóz piłsudczykowski po śmierci Marszałka zaczął skręcać w stronę nacjonalizmu, a nawet faszyzmu, szukając oparcia w ideach Młodzieży Wszechpolskiej, Obozu Wielkiej Polski, Obozu Narodowo-Radykalnego czy Falangi. Historia zatoczyła koło. Tak jak wtedy nacjonaliści mogli bezkarnie bić Żydów i wprowadzać getta ławkowe, tak dziś ich pogrobowcy mogą bez przeszkód wyżywać się na osobach homoseksualnych i "lewactwie" oraz głosić prorosyjskie poglądy niezgodne z polską racją stanu, nie ponosząc żadnej odpowiedzialności.

Dobitną emanacją tego "transferu ideologii" albo - inaczej mówiąc - nacjonalistycznego wzmożenia były słowa wypowiedziane jesienią 2019 r. przez dwie najważniejsze osoby w państwie. 11 listopada 2019 r. przed Grobem Nieznanego Żołnierza prezydent Andrzej Duda powtórzył za Dmowskim, że "jesteśmy Polakami i obowiązki mamy polskie". Te same słowa kilka dni później powtórzył w swoim sejmowym exposé premier Mateusz Morawiecki. A przecież do niedawna szef rządu uchodził za bezkrytycznego wielbiciela marszałka Józefa Piłsudskiego[7].

Wykazując się zadziwiającą wyrozumiałością wobec narodowców, jak w przypadku organizatorów wieszania na szubienicach zdjęć europosłów PO w Katowicach, sięgając po ich ideologię, niektórzy politycy PiS pokazali, że nacjonalizm połączony z konserwatywnym katolicyzmem, wspierany przez dużą część duchowieństwa, stał się nie tylko głównym paliwem, zapewniającym partii polityczny napęd, ale i rządzącą ideologią.

To samo paliwo zostało wykorzystane pod krzyżem na Krakowskim Przedmieściu, po raz pierwszy po 1989 r. w tak szerokim zakresie. Można zaryzykować tezę, że było to możliwe nie tylko ze względu na szokujące skutki katastrofy, trudne do przyjęcia i zracjonalizowania dla dużej części społeczeństwa. Lecz także dlatego, że po raz pierwszy rozmaite odłamy i grupy radykalnej prawicy mogły zjednoczyć się wokół wspólnego wroga w osobach "liberałów" Donalda Tuska i Bronisława Komorowskiego. Jedni, ci o bardziej piłsudczykowskich poglądach, mogli bez umiaru oskarżać ich o spiskowanie z Rosją. Drudzy zaś, narodowcy, unikając tematu Rosji, mogli bez opamiętania atakować obu polityków, zarzucając im odwrócenie się od polskości, wiary i Kościoła. Symbolicznym narzędziem walki stał się krzyż.

Akceptując to, obecnie rządzący usprawiedliwiali postendecki nacjonalizm i zgodne z jego tradycją sięganie po idee skrajne, z faszyzmem włącznie, bagatelizowali natomiast sympatię narodowców do Rosji i ich przekonanie o potrzebie sojuszniczego zbliżenia z tym krajem. Ale przede wszystkim zrobili to, na czym Rosji mocno dziś zależy, czyli osłabili Polskę, skłócając społeczeństwo i dużą jego część odwracając od Europy. Niestety, nie potrafimy albo nie chcemy powstrzymać tego marszu, bo nie dość jasno dostrzegamy, że bezsensowny konflikt o Smoleńsk zwraca nas ku Wschodowi, a Rosja ten zwrot inspiruje i wspomaga.

Zebrane przeze mnie dowody i poszlaki wskazują, że rosyjskie służby aktywnie włączyły się w podsycanie smoleńskiej histerii nie tylko poprzez swoją agenturę wpływu, ale również sięgając po metody, które świat poznał dopiero sześć lat później, przy okazji wyborów prezydenckich w USA. Po katastrofie smoleńskiej w internecie pojawiły się strony zarejestrowane na Cyprze, które publikowały najbardziej nawet fantastyczne teorie na temat tego, co wydarzyło się 10 kwietnia. Serwisy te doskonale współpracowały ze środowiskami propisowskimi. Rosyjskie służby nie powstrzymywały się również przed podsuwaniem polskim urzędnikom prowokatorów, a nawet zdjęć i nagrań z ciałami ofiar. Zawsze wywoływało to w Polsce wielkie emocje i potęgowało zamieszanie, wspierając tym samym osiąganie strategicznych celów Kremla.

Czas najwyższy nie tylko zdać sobie sprawę z tego, kto rozniecił smoleńską awanturę, ale także z tego, do czego ona doprowadziła i jakie konsekwencje może zrodzić w przyszłości. Trzeba wreszcie zamknąć tę sprawę i wskazać winnych jej instrumentalnego wykorzystania. Najwyższa pora rozwiać tę mgłę.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki