Katarynka, Zemsta, Z legend dawnego Egiptu. Lektura z opracowaniem - Bolesław Prus

Kup ebooka

4.99 zł

-
Proszę czekać

Ka­ta­rynka

Na ulicy Mio­do­wej co dzień około po­łu­dnia można było spo­tkać je­go­mo­ścia1 w pew­nym wieku, który cho­dził z placu Kra­siń­skich ku ulicy Se­na­tor­skiej. La­tem no­sił on wy­kwintne, ciem­no­gra­na­towe palto, po­pie­late spodnie od pierw­szo­rzęd­nego krawca, buty po­ły­sku­jące jak zwier­cia­dła - i - nieco wy­sza­rzany2 cy­lin­der3.

Je­go­mość miał twarz ru­mianą, szpa­ko­wate fa­wo­ryty4 i siwe, ła­godne oczy. Cho­dził po­chy­lony, trzy­ma­jąc ręce w kie­sze­niach. W dzień po­godny no­sił pod pa­chą la­skę; w po­chmurny - dźwi­gał je­dwabny pa­ra­sol an­giel­ski.

Był za­wsze głę­boko za­my­ślony i po­su­wał się z wolna. Około Ka­pu­cy­nów do­ty­kał po­boż­nie ręką ka­pe­lu­sza i prze­cho­dził na drugą stronę ulicy, ażeby zo­ba­czyć u Pika5, jak stoi ba­ro­metr i ter­mo­metr, po­tem znowu za­wra­cał na prawy chod­nik, za­trzy­my­wał się przed wy­stawą Miecz­kow­skiego6, oglą­dał fo­to­gra­fie Mo­drze­jew­skiej7 - i szedł da­lej.

W dro­dze ustę­po­wał każ­demu, a po­trą­cony uśmie­chał się ­życz­li­wie.

Je­żeli kiedy spo­strze­gał ładną ko­bietę, za­kła­dał bi­no­kle8, aby przy­pa­trzeć się jej. Ale że ro­bił to fleg­ma­tycz­nie9, więc zwy­kle spo­ty­kał go za­wód.

Ten je­go­mość był to - pan To­masz.

Pan To­masz trzy­dzie­ści lat cho­dził ulicą Mio­dową i nie­raz my­ślał, że się na niej wiele rze­czy zmie­niło. Toż samo ulica Mio­dowa po­my­śleć by mo­gła o nim.

Gdy był jesz­cze obrońcą10, bie­gał tak prędko, że nie ucie­kłaby przed nim żadna szwaczka wra­ca­jąca z ma­ga­zynu do domu. Był we­soły, roz­mowny, trzy­mał się pro­sto, miał czu­prynę i no­sił wąsy za­krę­cone ostro do góry. Już wów­czas sztuki piękne ro­biły na nim wra­że­nie, ale czasu im nie po­świę­cał, bo sza­lał - za ko­bie­tami. Co prawda miał do nich szczę­ście i nie­ustan­nie był swa­tany. Ale cóż z tego, kiedy pan To­masz nie mógł ni­gdy zna­leźć ani jed­nej chwili na oświad­czyny, bę­dąc za­jęty je­żeli nie prak­tyką, to - schadz­kami11. Od Frani szedł do sądu, z sądu biegł do Zosi, którą nad wie­czo­rem opusz­czał, ażeby z Jó­zią i Filką zjeść ko­la­cję.

Gdy zo­stał me­ce­na­sem, czoło, skut­kiem na­tę­żo­nej pracy umy­sło­wej, uro­sło mu aż do cie­mie­nia, a na wą­sach po­ka­zało się kilka srebr­nych wło­sów. Pan To­masz po­zbył się już wów­czas mło­dzień­czej go­rączki, miał ma­ją­tek i usta­loną opi­nię znawcy sztuk pięk­nych. A że ko­biety wciąż ko­chał, więc po­czął my­śleć o mał­żeń­stwie. Na­jął na­wet miesz­ka­nie z sze­ściu po­ko­jów zło­żone, urzą­dził w nim na wła­sny koszt po­sadzki, spra­wił obi­cia, piękne me­ble - i szu­kał żony.

Ale czło­wie­kowi doj­rza­łemu trudno zro­bić wy­bór. Ta była za młoda, a tamtą uwiel­biał już zbyt długo. Trze­cia miała wdzięki i wiek wła­ściwy, ale nie­od­po­wiedni tem­pe­ra­ment, a czwarta po­sia­dała wdzięki, wiek i tem­pe­ra­ment na­le­żyty, ale... nie cze­ka­jąc na oświad­czyny me­ce­nasa wy­szła za dok­tora...

Pan To­masz jed­nak nie mar­twił się, po­nie­waż pa­nien nie bra­kło. Ekwi­po­wał się12 po­woli, co­raz usil­niej dba­jąc o to, ażeby każdy szcze­gół jego miesz­ka­nia po­sia­dał war­tość ar­ty­styczną. Zmie­niał me­ble, prze­sta­wiał zwier­cia­dła, ku­po­wał ob­razy.

Na­resz­cie po­rządki jego stały się sławne. Sam nie wie­dząc kiedy, stwo­rzył u sie­bie ga­le­rię sztuk pięk­nych, którą co­raz licz­niej od­wie­dzali cie­kawi. Że zaś był go­ścinny, przy­ję­cia ro­bił świetne i utrzy­my­wał sto­sunki z mu­zy­kami, więc nie­znacz­nie zor­ga­ni­zo­wały się u niego wie­czory kon­cer­towe, które na­wet damy za­szczy­cały swoją obec­no­ścią.

Pan To­masz był wszyst­kim rad, a wi­dząc w zwier­cia­dłach, że czoło prze­ro­sło mu już cie­mię i sięga w tył do bia­łego jak śnieg koł­nie­rzyka, co­raz czę­ściej przy­po­mi­nał so­bie, że bądź co bądź trzeba się oże­nić. Tym bar­dziej że dla ko­biet wciąż czuł życz­li­wość.

Raz, kiedy przyj­mo­wał licz­niej­sze niż zwy­kle to­wa­rzy­stwo, jedna z mło­dych pań ro­zej­rzaw­szy się po sa­lo­nach za­wo­łała:

- Co za ob­razy... A ja­kie gład­kie po­sadzki!... Żona pana me­ce­nasa bę­dzie bar­dzo szczę­śliwa.

- Je­żeli do szczę­ścia wy­star­czą jej gład­kie po­sadzki - ode­zwał się na to pół­gło­sem ser­deczny przy­ja­ciel me­ce­nasa.

W sa­lo­nie zro­biło się bar­dzo we­soło. Pan To­masz także uśmiech­nął się, ale od tej pory, gdy mu kto wspo­mniał o mał­żeń­stwie, ma­chał nie­dbale ręką, mó­wiąc:

- Iii!...

W tych cza­sach ogo­lił wąsy i za­pu­ścił fa­wo­ryty. O ko­bie­tach wy­ra­żał się za­wsze z sza­cun­kiem, a dla ich wad oka­zy­wał dużą wy­ro­zu­mia­łość.

Nie spo­dzie­wa­jąc się ni­czego od świata, bo już i prak­tykę po­rzu­cił, me­ce­nas całe spo­kojne uczu­cie swoje skie­ro­wał do sztuki. Piękny ob­raz, do­bry kon­cert, nowe przed­sta­wie­nie te­atralne były jakby wior­sto­wymi słu­pami13 na dro­dze jego ży­cia. Nie za­pa­lał się on, nie uno­sił, ale - sma­ko­wał.

Na kon­cer­tach wy­bie­rał miej­sca od­le­głe od es­trady, ażeby słu­chać mu­zyki nie sły­sząc ha­ła­sów i nie wi­dząc ar­ty­stów. Gdy szedł do te­atru, obe­zna­wał się wprzódy14 z utwo­rem dra­ma­tycz­nym, ażeby bez go­rącz­ko­wej cie­ka­wo­ści śle­dzić grę ak­to­rów. Ob­razy oglą­dał wów­czas, gdy było naj­mniej wi­dzów, i spę­dzał w ga­le­rii całe go­dziny.

Je­żeli po­do­bało mu się coś, mó­wił:

- Wie­cie, pań­stwo, że jest to wcale ładne.

Na­le­żał do tych nie­wielu, któ­rzy naj­pierw po­znają się na ta­len­cie. Ale utwo­rów mier­nych ni­gdy nie po­tę­piał.

- Cze­kaj­cie, może się jesz­cze wy­robi! - mó­wił, gdy inni ga­nili ar­ty­stę.

I tak za­wsze był po­błaż­liwy dla nie­do­sko­na­ło­ści ludz­kiej, a o wy­stęp­kach nie roz­ma­wiał.

Na nie­szczę­ście, ża­den śmier­tel­nik nie jest wolny od ja­kie­goś dzi­wac­twa, a pan To­masz miał także swoje. Oto - nie­na­wi­dził ka­ta­ry­nia­rzy i ka­ta­ry­nek15.

Gdy me­ce­nas usły­szał na ulicy ka­ta­rynkę, przy­śpie­szał kroku i na parę go­dzin tra­cił hu­mor. On, czło­wiek spo­kojny - za­pa­lał się, jak był ci­chy - krzy­czał, a jak był ła­godny - wpa­dał w gniew na pierw­szy od­głos ka­ta­ryn­ko­wych dźwię­ków.

Z tej swo­jej sła­bo­ści nie ro­bił przed ni­kim ta­jem­nicy, na­wet tłu­ma­czył się.

- Mu­zyka - mó­wił wzbu­rzony - sta­nowi naj­sub­tel­niej­sze ciało du­cha, w ka­ta­rynce zaś duch ten prze­ra­dza się w funk­cję ma­chiny i na­rzę­dzie roz­boju. Bo ka­ta­ry­nia­rze są po pro­stu ra­bu­sie!

- Zresztą - do­da­wał - ka­ta­rynka roz­draż­nia mnie, a ja mam tylko jedno ży­cie, któ­rego mi nie wy­pada trwo­nić na słu­cha­nie obrzy­dli­wej mu­zyki.

Ktoś zło­śliwy, wie­dząc o wstrę­cie me­ce­nasa do gra­ją­cych ma­chin, wy­my­ślił nie­smaczny żart - i... wy­słał mu pod okna dwu ka­ta­ry­nia­rzy. Pan To­masz za­cho­ro­wał z gniewu, a na­stęp­nie od­kryw­szy sprawcę, wy­zwał go na po­je­dy­nek.

Aż sąd ho­no­rowy trzeba było zwo­ły­wać dla za­po­bie­że­nia roz­le­wowi krwi o rzecz tak małą na po­zór.

Dom, w któ­rym me­ce­nas miesz­kał, prze­cho­dził kilka razy z rąk do rąk. Ro­zu­mie się, że każdy nowy wła­ści­ciel uwa­żał za obo­wią­zek pod­wyż­szać wszyst­kim ko­morne16, a naj­pier­wej panu To­ma­szowi. Me­ce­nas z re­zy­gna­cją pła­cił pod­wyżkę, ale pod tym wa­run­kiem wy­raź­nie za­pi­sa­nym w umo­wie, że ka­ta­rynki gry­wać w domu nie będą.

1 je­go­mość (dawn.) - męż­czy­zna.

2 wy­sza­rzany (dawn.) - wy­tarty, wy­pło­wiały w sku­tek czę­stego no­sze­nia.

3 cy­lin­der - ele­ganc­kie na­kry­cie głowy; wy­soki, czarny ka­pe­lusz o sztyw­nym, lekko wy­gię­tym rondku.

4 fa­wo­ryty - bo­ko­brody; ro­dzaj za­ro­stu mę­skiego.

5 Ja­kub Pik (1806-1897) - wła­ści­ciel za­kładu oraz sklepu, wy­na­lazca, me­cha­nik i optyk. Wy­stawa jego sklepu w War­sza­wie sły­nęła z eks­po­zy­cji du­żych przy­rzą­dów po­mia­ro­wych oraz urzą­dzeń me­cha­nicz­nych.

6 Jan Miecz­kow­ski (1830-1889) - fo­to­graf, wła­ści­ciel za­kładu fo­to­gra­ficz­nego w War­sza­wie, spe­cja­li­zo­wał się w por­tre­tach (m.in. Adama Mic­kie­wi­cza, Sta­ni­sława Mo­niuszki, De­otymy).

7 He­lena Mo­drze­jew­ska (1840-1909) - wy­bitna pol­ska ak­torka, uwa­żana za naj­lep­szą ak­torkę w hi­sto­rii pol­skiego te­atru, znana przede wszyst­kim z ról w dra­ma­tach Wil­liama Szek­spira i Ju­liu­sza Sło­wac­kiego. Wy­stę­po­wała na wielu sce­nach pol­skich (m.in. w Kra­ko­wie, Lwo­wie, War­sza­wie, Lu­bli­nie, Po­zna­niu) oraz za­gra­nicz­nych (m.in. w An­glii i USA).

8 bi­no­kle - od­miana oku­la­rów, po­zba­wiona za­usz­ni­ków i trzy­ma­jąca się na no­sie za po­mocą sprę­ży­nu­ją­cego me­cha­ni­zmu.

9 fleg­ma­tycz­nie - po­woli.

10 obrońca - me­ce­nas, ad­wo­kat, praw­nik bro­niący osoby oskar­żo­nej w są­dzie.

11 schadzka (dawn.) - spo­tka­nie, randka.

12 ekwi­po­wać się - wy­po­sa­żać się.

13 wior­stowe słupy - drew­niane słupy usta­wiane w za­bo­rze ro­syj­skim na trak­tach pocz­to­wych, od­mie­rza­jące od­le­głość mię­dzy ko­lej­nymi sta­cjami, wy­ra­żoną w wior­stach; wior­sta to dawna, nie­me­tryczna jed­nostka miary w Ro­sji, jedna wior­sta to 1,0668 ki­lo­me­tra; tu­taj wior­stowe słupy ozna­czają ważne punkty w ży­ciu bo­ha­tera.

14 obe­zna­wał się wprzódy (dawn.) - za­po­zna­wał się naj­pierw.

15 ka­ta­rynka - me­cha­niczny in­stru­ment mu­zyczny, prze­no­śne pu­dło gra­jące, wpra­wiane w ruch korbą. Od­grywa me­lo­die za­pi­sane na wałku. Bar­dzo po­pu­larna w XIX wieku, czę­sto spo­ty­kana w mia­stach lub na jar­mar­kach w mniej­szych miej­sco­wo­ściach.

16 ko­morne - opłata za uży­wa­nie miesz­ka­nia.

Pro­ble­ma­tyka

No­wele, które sta­no­wią je­den ze sztan­da­ro­wych ga­tun­ków epoki po­zy­ty­wi­zmu, za­czy­nają nieco zmie­niać swój cha­rak­ter u schyłku epoki. Z utwo­rów ten­den­cyj­nych, wy­ra­ża­ją­cych opi­nię na bie­żące te­maty i zwra­ca­ją­cych uwagę na istotne pro­blemy spo­łeczne, no­wele sta­wały się bliż­sze przy­po­wie­ściom (pa­ra­bo­lom). Taką zmianę wi­dać w twór­czo­ści Prusa, Sien­kie­wi­cza oraz u in­nych au­to­rów. No­wele zo­stały sil­niej zme­ta­fo­ry­zo­wane, a ak­cja prze­nio­sła się z ro­bot­ni­czych dziel­nic i po­dwó­rek w czasy hi­sto­ryczne, czę­sto wy­ko­rzy­sty­wane jako ko­stium. Wiąże się to ze zmia­nami fi­lo­zo­ficzno-świa­to­po­glą­do­wymi - opty­mizm po­znaw­czy po­zy­ty­wi­zmu ulega wy­czer­pa­niu wraz z od­kry­ciem ko­lej­nych dzie­dzin nie­do­stęp­nych na­uce, np. do­ty­czą­cych psy­chiki ludz­kiej, po­nadto zmie­nia się spoj­rze­nie na re­la­cję czło­wiek - spo­łe­czeń­stwo. Po­zy­ty­wi­styczny uty­li­ta­ryzm jest wy­pie­rany przez in­dy­wi­du­alizm, a pod­po­rząd­ko­wa­nie jed­nostki spo­łe­czeń­stwu za­czyna ja­wić się jako opre­syjne. Sło­wem - po­zy­ty­wizm stop­niowo za­stę­puje for­ma­cja neo­ro­man­tyczna, mo­der­ni­styczna, mło­do­pol­ska. W no­weli Z le­gend daw­nego Egiptu Prus spor­tre­to­wał dwóch od­mien­nych wład­ców, ale ża­den z nich nie sta­nowi wzoru do na­śla­do­wa­nia. Ich ra­cje się rów­no­ważą, a au­tor zo­sta­wia czy­tel­ni­ków ra­czej z py­ta­niami niż go­to­wymi od­po­wie­dziami. Ram­zes po­święca się w pełni rzą­dom i jest władcą sta­now­czym, śmia­łym, ale też okrut­nym. Nie roz­czula się nad in­nymi, ale nad sobą rów­nież - w chwili śmierci my­śli o za­pew­nie­niu cią­gło­ści rzą­dów i w pełni uznaje de­cy­zje, ja­kie po­dej­mie pod­czas swo­jego pa­no­wa­nia Ho­rus, na­wet je­śli by­łyby zu­peł­nie roz­bieżne z jego rzą­dami. Ho­rus jest zu­peł­nie inny - re­flek­syjny, me­lan­cho­lijny, ła­godny. Od­bija się to także w jego pla­nach po­li­tycz­nych - chce za­koń­cze­nia wojny z Etio­pami, pla­nuje także po­pra­wić los sze­ro­kich mas spo­łecz­nych. Jed­nak rów­nie ważne są dla niego re­la­cje oso­bi­ste. Ram­zes pod­po­rząd­ko­wy­wał je in­te­re­som pań­stwa, Ho­rus kie­ruje się bar­dziej uczu­ciami. Kiedy do­wia­duje się, że umiera, ina­czej niż Ram­zes układa prio­ry­tety. Re­zy­gnuje ze spraw ma­ją­cych wpływ na ży­cie w ca­łym pań­stwie, a ostat­nim edyk­tem, który zo­staje w jego rę­kach, jest uwol­nie­nie Be­re­niki.

Bu­dowa utworu

Z le­gend daw­nego Egiptu ma bar­dzo wy­ra­zi­stą, kunsz­towną bu­dowę. Zo­stało oparte na kon­tra­ście dwóch po­staci (Ram­zesa i Ho­rusa), co jest czę­stym za­bie­giem w no­weli. Po­cząt­kowo nic nie za­po­wiada póź­niej­szych, dra­ma­tycz­nych wy­da­rzeń. Ak­cja jest jed­no­wąt­kowa, punk­tem kul­mi­na­cyj­nym jest mo­ment, w któ­rym do­wia­du­jemy się, że Ho­rusa uką­sił ja­do­wity pa­jąk, a nie psz­czoła. Wia­domo już, że Ho­rus umrze tej nocy i naj­pew­niej nie zdąży do­tknąć pier­ście­niem fa­ra­ona wszyst­kich edyk­tów. Na­pię­cie ro­śnie - wraz ze zbli­ża­jącą się śmier­cią Ho­rus re­zy­gnuje z ko­lej­nych edyk­tów, li­cząc na to, że Ram­zes umrze przed nim, co po­zwoli na wpro­wa­dze­nie w ży­cie przy­naj­mniej czę­ści jego pla­nów. Dzięki re­tar­da­cji (tj. bu­do­wa­niu na­pię­cia po­przez za­trzy­ma­nie lub spo­wol­nie­nie ak­cji utworu), wpro­wa­dzo­nej po­przez od­mie­rza­nie czasu kro­kami pie­choty i ko­lej­nymi, wy­pa­da­ją­cymi z rąk Ho­rusa edyk­tami, ob­ser­wu­jemy, jak Ho­rus umiera i re­zy­gnuje z ko­lej­nych praw. Roz­wią­za­nie przy­nosi zwrot fa­bu­larny - Ram­zes po­wraca do zdro­wia, a Ho­rus umiera, nie re­ali­zu­jąc żad­nego ze swo­ich pla­nów. W utwo­rze kil­ka­krot­nie po­wta­rzana jest sen­ten­cja, która także otwiera Z le­gend daw­nego Egiptu: "Pa­trz­cie, jak marne są ludz­kie na­dzieje wo­bec po­rządku świata". Jej obec­ność zbliża utwór ga­tun­kowo do przy­po­wie­ści - jej sens jest szer­szy, bar­dziej uni­wer­salny niż w przy­padku no­weli pi­sa­nej w nur­cie ten­den­cyj­nym. Ho­rus ma na­dzieję na zre­for­mo­wa­nie pań­stwa i zmianę jego po­li­tyki, chce także za­dbać o swo­ich bli­skich (zmie­nić miej­sce po­chówku matki, spro­wa­dzić z wy­gna­nia na­uczy­ciela Je­trona, uwol­nić uko­chaną Be­re­nikę). Jed­nak jego plany ob­rócą się wni­wecz - jest bez­silny wo­bec wy­ro­ków losu i po­rządku świata, który bywa prze­wrotny. Stary Ram­zes od­zy­skuje zdro­wie, młody Ho­rus umiera przez przy­pad­kowe uką­sze­nie ­pa­jąka. W pań­stwie nie na­stą­pią wy­cze­ki­wane przez lud zmiany, na­wet je­śli wszystko wska­zy­wało na to, że Ram­zes za­koń­czy swoje pa­no­wa­nie, a Ho­rus bez prze­szkód wpro­wa­dzi re­formy - ludzki los jest nie­prze­wi­dy­walny.

Z le­gend daw­nego Egiptu - naj­waż­niej­sze in­for­ma­cje!

no­wela o ce­chach przy­po­wie­ści nar­ra­tor trze­cio­oso­bowy, wszech­wie­dzący punkt kul­mi­na­cyjny: od­kry­cie, że Ho­rusa uką­sił ja­do­wity pa­jąk; roz­po­czę­cie wy­ścigu z cza­sem główni bo­ha­te­ro­wie: Ram­zes (sta­now­czy, su­rowy, okrutny, w pełni po­święca się pań­stwu), Ho­rus (chce re­for­mo­wać kraj, jest ła­godny, za­leży mu na bli­skich oso­bach) sen­ten­cja: "Pa­trz­cie, jak marne są ludz­kie na­dzieje wo­bec po­rządku świata" zna­cze­nie: bez­sil­ność czło­wieka wo­bec wy­ro­ków losu

Ze­msta

Pa­ryż. Pod­ziemna ka­wiar­nia zło­żona z kilku sal, z któ­rych jedna zwie się in­dyj­ską. Jest to izba pro­sto­kątna, niby wy­kuta w skale. Su­fit pła­ski, ozdo­biony bo­ga­tymi rzeź­bami ro­ślin po­plą­ta­nych w sieć gę­stą. Na środku sali, mię­dzy dwoma wo­do­try­skami, stoi spi­żowy po­sąg Buddy wiel­ko­ści na­tu­ral­nej. Izbę ze wszyst­kich stron ota­czają ko­lumny pę­kate, od pod­łogi do su­fitu okryte rzeź­bami. Mię­dzy ko­lum­nami ga­bi­nety1; mię­dzy rzeź­bio­nymi li­śćmi i kwia­tami lampki elek­tryczne. Sala robi wra­że­nie cia­snej, choć jest ob­szerna i dzięki wen­ty­la­to­rom do­sko­nale prze­wie­wana.

W jed­nym z ga­bi­ne­tów, które od są­sied­nich od­dzie­lają gę­ste, zło­cone kraty w for­mie ga­łą­zek blusz­czu, na ta­bo­re­tach po­dob­nych do ko­lumn i przy ta­kichże sto­licz­kach sie­dzi trzech męż­czyzn, Po­la­ków. Ły­sawy sza­tyn, z ciemną brodą i senną twa­rzą, ma przed sobą ta­lerz sor­be­tów2. Wy­soki bru­net z fi­zjo­gno­mią3 dra­pież­nego ptaka pije kawę, wresz­cie ni­ski blon­dyn o ener­gicz­nych ru­chach i oczach sta­lo­wej barwy, mie­sza ły­żeczką le­mo­nadę4, któ­rej nie pije.

- A za­tem jesz­cze nie ob­my­śli­li­ście ni­czego? - pyta nie­cier­pli­wie blon­dyn, Wła­dy­sław Mi­ler.

- Ow­szem - od­po­wiada Zyg­munt Gold­berg z twa­rzą dra­pieżną. - Do­starcz pie­nię­dzy, ale dużo pie­nię­dzy, i or­ga­ni­za­cję z lu­dzi go­to­wych na wszystko, a przede wszyst­kim na śmierć, a ja po­dam ci taki plan, któ­rym bę­dziesz za­chwy­cony.

- Chciał­bym go jed­nak usły­szeć, je­żeli nie sta­rasz się o pa­tent5 wy­na­lazku - od­rzekł Wła­dy­sław.

- Plan nie­trudny do po­ję­cia - mó­wił Zyg­munt Gold­berg, a w jego okrą­głych oczach co chwilę za­pa­lały się iskry. - Za jedno ude­rze­nie - dzie­sięć ude­rzeń, za jedną ru­inę - dzie­sięć ruin, za jedną śmierć - dzie­sięć śmierci...

- Ta­kie rze­czy ła­twiej pro­po­no­wać, ani­żeli wy­ko­nać - wtrą­cił Mi­ler.

- Nie mo­żesz do­się­gnąć Jo­hana, wal Fryca... nie dasz rady moc­niej­szemu - bij sła­bych... dzieci... ko­biety...

- Ależ to jest pod­łość!...

- Za jedną ich pod­łość od­daj dzie­sięć pod­ło­ści - cią­gnął Gold­berg. - Kiedy pan­tera musi wal­czyć ze sło­niem, nie włazi mu pod nogi, ale go chwyta za trąbę... Nie dasz im rady w Po­zna­niu, idź do Ber­lina; wy­pę­dzą cię z Eu­ropy, szu­kaj ich w Ame­ryce, Azji, Au­stra­lii... Za wy­własz­czony fol­wark - niszcz ko­leje, składy, ka­mie­nice, okręty, mo­sty... Nie masz ba­gne­tów i ar­mat, weź nóż, dy­na­mit, ar­sze­nik, wresz­cie bak­te­rie cho­lery i dżumy... A do­piero kiedy całe Niemcy krzykną z bólu, rząd ich zro­zu­mie, że w dwu­dzie­stym wieku na­wet słab­szego nie wolno krzyw­dzić, bo on w che­mii, w bak­te­rio­lo­gii znaj­dzie środki od­wetu. Taki jest mój plan.

- Do wy­ko­na­nia ta­kiego planu nie znaj­dziesz u nas lu­dzi.

- Bo­ście dur­nie! Z łaj­da­kami nie pro­wa­dzi się walki uczci­wej, tylko łaj­dacką, gdyż oni in­nej nie ulękną się, a szla­chet­no­ści nie zro­zu­mieją.

- Do mnie tego nie mów - od­po­wie­dział Mi­ler - bo ja już je­stem zde­cy­do­wany na wszystko. Ale po­nie­waż mam tylko ludz­kie siły i tylko jedno ży­cie...

- Dla­tego - cią­gnął Gold­berg - mó­wi­łem o po­trze­bie or­ga­ni­za­cji... Przy­pu­śćmy, że je­den czło­wiek wy­sa­dzi most albo spali ka­mie­nicę... Za­strzelą go czy ze­tną... Wtedy przy­je­dzie drugi. Znisz­czy ko­lej albo skład, zgi­nie i ustąpi miej­sca trze­ciemu... A tym­cza­sem w Niem­czech zrobi się ruch, sej­miki. Obu­dzi się zmysł kry­tyczny i - sza­cu­nek dla etyki: nie czyń in­nym, czego nie chcesz, aby to­bie czy­nili... Czy to nie piękny cel: umo­ral­nić dzi­siej­szych Niem­ców?...

- A ty, Ja­nie, co my­ślisz? - zwró­cił się Mi­ler do spo­koj­nego sza­tyna, Czer­skiego.

- My­ślę, że pro­jekt Zyg­munta jest i nie­uczciwy, i nie­do­rzeczny. Było dwu chło­pów, a każdy miał pełną sto­dołę nie­młó­co­nego żyta. Je­den wy­młó­cił swoje żyto, część ziarna zmełł, część wy­siał, a słomę sprze­dał; ten zro­bił wy­godę in­nym lu­dziom i so­bie. Ale drugi chłop użył swo­ich sno­pów na pod­pa­la­nie cu­dzych sto­dół, więc zmar­no­wał wła­sne żyto, zmar­no­wał do­statki pu­bliczne, sam po­szedł do kry­mi­nału, a dla sie­bie, dzieci i ro­dziny zdo­był na­zwę łaj­da­ków, pod­pa­la­czy... Oto od­po­wiedź na pro­jekty Zyg­munta...

- A jed­nak bez od­wetu... bez ze­msty... ta­kiej zbrodni jak wy­własz­cze­nie Pru­sa­kom da­ro­wać nie można! - rzekł Mi­ler, bi­jąc pię­ścią w sto­lik.

- Na­rody nie po to żyją, aby się mścić, ale ażeby roz­wi­jać się i speł­niać ja­kąś mi­sję cy­wi­li­za­cyjną - od­po­wie­dział Jan.

- Jakże ją speł­nisz, czło­wieku, je­żeli cię odzie­rają, ogłu­piają i upa­dlają? - za­py­tał Wła­dy­sław. - A co to jest wy­drzeć zie­mię na­ro­dowi! - Prze­cież to za­głada...

- Za­raz... za­raz... nie tak prędko! - prze­rwał Czer­ski. - Już z eko­no­mii wiemy, że na do­bro­byt i cy­wi­li­za­cję skła­dają się cztery czyn­niki. Po pierw­sze - na­tura, czyli: zie­mie orne, lasy, wody, ko­pal­nie... Po wtóre - praca ener­giczna, która owe pola upra­wia i eks­plo­atuje6 ko­pal­nie. Po trze­cie - ro­zum wy­na­laz­czy, który nie tylko od­krywa ta­jem­nice na­tury, ale jesz­cze umie wy­naj­do­wać i bu­do­wać po­trzebne na­rzę­dzia. I po czwarte, na co eko­no­mia nie kła­dzie na­ci­sku, a co jest rów­nie ważne - cnota...

- Która po­lega na tym, ażeby gdy da­dzą ci po­li­czek z jed­nej strony, nad­sta­wić drugą - wtrą­cił Gold­berg.

- To jest cnota nad­zwy­czajna, ja zaś mó­wię o zwy­czaj­nych, do któ­rych na­leży: wy­trwa­łość, oszczęd­ność, rze­tel­ność, spra­wie­dli­wość - od­po­wie­dział Czer­ski.

- Tchó­rzo­stwo - mruk­nął Zyg­munt.

- Od­waga, pa­nie - mó­wił Czer­ski - od­waga, która je­żeli po­trzeba, nie lęka się ni­czego: ognia ani wody, pie­kła ani śmierci. Od­waga, która po­trafi o wszyst­kim my­śleć, wszystko kry­ty­ko­wać, wszystko za­mie­rzyć i wszystko wy­ko­nać...

- Nie sły­szę tu od­po­wie­dzi na moją tro­skę - ode­zwał się Mi­ler.

- W tej chwili bę­dzie od­po­wiedź - pra­wił Czer­ski. - Otóż, je­żeli Pru­sacy za­bie­rają Po­la­kom zie­mię, czyli je­den z czyn­ni­ków do­bro­bytu, Po­lacy mu­szą spo­tę­go­wać trzy inne czyn­niki, a więc: ener­giczną pracę, wie­dzę twór­czą i cnoty. A wów­czas nie tylko nie zginą, ale jesz­cze pod­niosą się na wyż­szy sto­pień cy­wi­li­za­cji...

Gold­berg spoj­rzał na ze­ga­rek.

- Da­ruj­cie - rzekł - wy­ra­biam swemu ku­zy­nowi po­sadę w banku lug­duń­skim7 i za kwa­drans mu­szę się z kimś zo­ba­czyć. Nie ob­ra­zisz się, Ja­nie?

- Ja także ucie­kam - od­po­wie­dział Czer­ski. - O dzie­sią­tej będę na ze­bra­niu, w któ­rym jog Aham­kara...

- Aha... ten szar­la­tan8 in­dyj­ski! - wtrą­cił Zyg­munt.

- Jak go zo­ba­czę, po­wiem ci, czy jest szar­la­ta­nem - od­parł Jan - A tym­cza­sem sły­szę, że czło­wiek ten czyta w cu­dzych my­ślach, wi­dzi przez ściany, opo­wiada prze­szłość i przy­szłość. Mó­wią też o nim, że po­trafi uno­sić się w po­wie­trzu, zni­kać albo uka­zy­wać się w miej­scu za­mknię­tym...

- Sło­wem: istny dia­beł! - ro­ze­śmiał się Zyg­munt.

- O gdyby nim był! - za­wo­łał Wła­dy­sław Mi­ler, pod­no­sząc ręce do góry. - Sprze­dał­bym mu du­szę w za­mian za jego po­tęgę, a wtedy... po­ga­da­li­by­śmy z Pru­sa­kami.

- Może o pracy, mą­dro­ści i cno­tach? - za­py­tał Gold­berg ­szy­der­czo.

Wła­dy­sław za­my­ślił się.

- Czy ja wiem? - rzekł. - A może i o two­ich pro­jek­tach: dy­na­mi­cie, cho­le­rze, dżu­mie...

- Czło­wieku, więc za to sza­ta­nowi od­dał­byś du­szę? - za­wo­łał Czer­ski.

- Uspo­kój się, stary - wtrą­cił Zyg­munt. - Wła­dek jest tak do­brym po­li­ty­kiem, że od­daje tylko to, czego nie po­siada, ta­kiemu, który nie ist­nieje.

Po­nie­waż dwaj pa­no­wie pod­nie­śli się ze swych słup­ków, Mi­ler rzekł gło­sem ję­kli­wym:

- Więc opusz­cza­cie mnie?

- Po­siedź tu, prze­czy­taj ga­zety, a za ja­kieś pół go­dziny za­czną scho­dzić się inni - rzekł Jan. - Może od któ­rego usły­szysz lep­szy pro­jekt...

- O pie­lę­gno­wa­niu cnoty - mruk­nął Gold­berg, uchy­la­jąc ka­pe­lu­sza na po­że­gna­nie.

*

1 ga­bi­net (dawn.) - tu­taj w zna­cze­niu: loża w re­stau­ra­cji.

2 sor­bet - ro­dzaj mro­żo­nego de­seru z owo­ców i sło­dzo­nej wody.

3 fi­zjo­gno­mia - a. fi­zjo­no­mia; twarz lub ze­wnętrzny wy­gląd cze­goś.

4 le­mo­nadę - dziś po­praw­nie: le­mo­niadę.

5 pa­tent - do­ku­ment przy­zna­jący oso­bie lub fir­mie prawo do czer­pa­nia zy­sków z wy­na­lazku; dawn. także do­ku­ment upraw­nia­jący do pro­wa­dze­nia za­kładu prze­my­sło­wego lub han­dlo­wego.

6 eks­plo­atuje - tu w zna­cze­niu: wy­do­bywa bo­gac­twa na­tu­ralne.

7 bank lug­duń­ski - bank w Lyonie, Lug­du­num to rzym­ska na­zwa Lyonu.

8 szar­la­tan - osoba zwo­dząca lu­dzi swo­imi rze­ko­mymi umie­jęt­no­ściami, czer­piąca zy­ski z ła­two­wier­no­ści in­nych.

Z le­gend daw­nego Egiptu

Pa­trz­cie, jak marne są ludz­kie na­dzieje wo­bec po­rządku świata; pa­trz­cie, jak marne są wo­bec wy­ro­ków, które ogni­stymi zna­kami wy­pi­sał na nie­bie Przed­wieczny!...

Stu­letni Ram­zes1, po­tężny władca Egiptu, do­go­ry­wał. Na pierś mo­ca­rza, przed któ­rego gło­sem pół wieku drżały mi­liony, pa­dła du­sząca zmora2 i wy­pi­jała mu krew z serca, siłę z ra­mie­nia, a chwi­lami na­wet przy­tom­ność z mó­zgu. Le­żał, jak po­wa­lony cedr, wielki fa­raon na skó­rze in­dyj­skiego ty­grysa, okryw­szy nogi trium­fal­nym płasz­czem króla Etio­pów3. A su­rowy na­wet dla sie­bie, za­wo­łał naj­mę­dr­szego le­ka­rza ze świą­tyni w Kar­naku4 i rzekł:

- Wiem, że znasz tę­gie le­kar­stwa, które albo za­bi­jają, albo od razu le­czą. Przy­rządź mi jedno z nich, wła­ściwe mo­jej cho­ro­bie, i niech mi się to raz skoń­czy... tak albo owak.

Le­karz wa­hał się.

- Po­myśl, Ram­ze­sie - szep­nął - że od chwili twego zstą­pie­nia z wy­so­kich nie­bios Nil wy­le­wał już sto razy; mo­gęż ci za­dać le­kar­stwo, nie­pewne na­wet dla naj­młod­szego z two­ich wo­jow­ni­ków?

Ram­zes aż usiadł na łożu.

- Mu­szę być bar­dzo chory - za­wo­łał - kiedy ty, ka­pła­nie, ośmie­lasz się da­wać mi rady! Milcz i speł­nij, com ka­zał. Żyje prze­cież trzy­dzie­sto­letni wnuk mój i na­stępca, Ho­rus. Egipt zaś nie może mieć władcy, który by nie do­siadł wozu i nie dźwi­gnął oszczepu.

Gdy ka­płan drżącą ręką po­dał mu straszne le­kar­stwo, Ram­zes wy­pił je, jak spra­gniony pije ku­bek wody; po­tem za­wo­łał do sie­bie naj­słyn­niej­szego astro­loga z Te­bów i ka­zał szcze­rze opo­wie­dzieć, co tam po­ka­zują gwiazdy.

- Sa­turn po­łą­czył się z Księ­ży­cem - od­parł mę­drzec - co za­po­wiada śmierć członka two­jej dy­na­stii, Ram­ze­sie. Źle zro­bi­łeś, pi­jąc dzi­siaj le­kar­stwo, bo pu­ste są ludz­kie plany wo­bec wy­ro­ków, które na nie­bie za­pi­suje Przed­wieczny.

- Na­tu­ral­nie, że gwiazdy za­po­wie­działy moją śmierć - od­parł Ram­zes. - I kie­dyż to może na­stą­pić? - zwró­cił się do le­ka­rza.

- Przed wscho­dem słońca, Ram­ze­sie, albo bę­dziesz zdrów jak no­so­ro­żec, albo twój święty pier­ścień5 znaj­dzie się na ręku Ho­rusa.

- Za­pro­wadź­cie - rzekł Ram­zes cich­ną­cym już gło­sem - Ho­rusa do sali fa­ra­onów; niech tam czeka na moje ostat­nie słowa i na pier­ścień, ażeby w spra­wo­wa­niu wła­dzy ani na chwilę nie było prze­rwy.

Za­pła­kał Ho­rus (miał on serce pełne li­to­ści) nad bli­ską śmier­cią dziada; ale że w spra­wo­wa­niu wła­dzy nie mo­gło być prze­rwy, więc po­szedł do sali fa­ra­onów, oto­czony liczną zgrają służby.

Usiadł na ganku, któ­rego mar­mu­rowe schody bie­gły w dół, aż do rzeki, i pe­łen nie­okre­ślo­nych smut­ków przy­pa­try­wał się oko­licy.

Wła­śnie księ­życ, przy któ­rym tliła się zło­wroga gwiazda Sa­turn, zło­cił spi­żowe wody Nilu, na łą­kach i ogro­dach ma­lo­wał cie­nie ol­brzy­mich pi­ra­mid i na kilka mil wo­koło oświe­tlał całą do­linę. Mimo póź­nej nocy w cha­tach i gma­chach pło­nęły lampy, a lud­ność pod otwarte niebo wy­szła z do­mów. Po Nilu snuły się łódki, gę­sto jak w dzień świą­teczny; w pal­mo­wych la­sach, nad brze­gami wody, na ryn­kach, na uli­cach i obok pa­łacu Ram­zesa fa­lo­wał nie­zli­czony tłum. A mimo to była ci­sza taka, że do Ho­rusa do­la­ty­wał szmer wod­nej trzciny i ję­kliwe wy­cie szu­ka­ją­cych żeru hien.

- Czemu oni tak się gro­ma­dzą? - spy­tał Ho­rus jed­nego z dwo­rzan, wska­zu­jąc na nie­zmie­rzone łany głów ludz­kich.

- Chcą w to­bie, pa­nie, przy­wi­tać no­wego fa­ra­ona i z two­ich ust usły­szeć o do­bro­dziej­stwach, ja­kie im prze­zna­czy­łeś.

W tej chwili pierw­szy raz o serce księ­cia ude­rzyła duma wiel­ko­ści, jak o stromy brzeg ude­rza nad­bie­ga­jące mo­rze.

- A tamte świa­tła co zna­czą? - py­tał da­lej Ho­rus.

- Ka­płani po­szli do grobu twej matki, Ze­fory, ażeby zwłoki jej prze­nieść do fa­ra­oń­skich ka­ta­kumb6.

W sercu Ho­rusa na nowo zbu­dził się żal po matce, któ­rej szczątki - za mi­ło­sier­dzie oka­zy­wane nie­wol­ni­kom - srogi Ram­zes po­grze­bał mię­dzy nie­wol­ni­kami.

- Sły­szę rże­nie koni - rzekł Ho­rus na­słu­chu­jąc - kto wy­jeż­dża o tej go­dzi­nie?

- Kanc­lerz, pa­nie, ka­zał przy­go­to­wać goń­ców po two­jego na­uczy­ciela, Je­trona.

Ho­rus wes­tchnął na wspo­mnie­nie uko­cha­nego przy­ja­ciela, któ­rego Ram­zes wy­gnał z kraju za to, że w du­szy wnuka i na­stępcy szcze­pił od­razę do wo­jen, a li­tość dla uci­śnio­nego ludu.

- A tamto świa­tełko za Ni­lem?

- Tam­tym świa­tłem, o Ho­ru­sie! - od­parł dwo­rza­nin - po­zdra­wia cię z klasz­tor­nego wię­zie­nia wierna Be­re­nika. Już ar­cy­ka­płan wy­słał po nią łódź fa­ra­oń­ską; a gdy święty pier­ścień bły­śnie na two­jej ręce, otwo­rzą się cięż­kie drzwi klasz­torne i po­wróci do cie­bie, stę­sk­niona i ko­cha­jąca.

Usły­szaw­szy ta­kie słowa Ho­rus już o nic nie py­tał; umilkł i za­krył oczy ręką.

Na­gle syk­nął z bólu.

- Co ci jest, Ho­ru­sie?

- Psz­czoła uką­siła mnie w nogę - od­parł po­bla­dły książę.

Dwo­rza­nin przy zie­lo­na­wym bla­sku księ­życa obej­rzał mu nogę.

- Po­dzię­kuj Ozy­ry­sowi7 - rzekł - że to nie pa­jąk, któ­rych jad o tej po­rze bywa śmier­telny.

O! jakże marne są ludz­kie na­dzieje wo­bec nie­cof­nio­nych wy­ro­ków...

W tej chwili wszedł wódz ar­mii i skło­niw­szy się Ho­ru­sowi po­wie­dział:

- Wielki Ram­zes czu­jąc, że mu już sty­gnie ciało, wy­słał mnie do cie­bie z roz­ka­zem: "Idź do Ho­rusa, bo mnie nie­długo na świe­cie, i speł­niaj jego wolę, jak moją speł­nia­łeś. Choćby ka­zał ci ustą­pić Górny Egipt Etio­pom i za­wrzeć z tymi wro­gami bra­ter­ski so­jusz, wy­ko­naj to, gdy mój pier­ścień uj­rzysz na jego ręce, bo przez usta wład­ców mówi nie­śmier­telny Ozy­rys".

- Nie od­dam Egiptu Etio­pom - rzekł książę - ale za­wrę po­kój, bo mi żal krwi mego ludu; na­pisz za­raz edykt i trzy­maj w gar­ści kon­nych goń­ców, aby gdy bły­sną pierw­sze ognie na cześć moją, po­le­cieli w stronę po­łu­dnio­wego słońca i za­nie­śli ła­skę Etio­pom. I na­pisz jesz­cze drugi edykt, że od tej go­dziny aż do końca cza­sów żad­nemu jeń­cowi nie ma być wy­ry­wany ję­zyk z ust jego na polu bi­twy. Tak po­wie­dzia­łem...

1 Ram­zes - imię no­szone przez fa­ra­onów Egiptu od Ram­zesa I, za­ło­ży­ciela XIX dy­na­stii; w utwo­rze bo­ha­te­ro­wie są fik­cyjni.

2 zmora - we­dług sło­wiań­skich wie­rzeń lu­do­wych ro­dzaj upiora, który siada na pier­siach śpią­cego i go dusi; tu­taj w zna­cze­niu me­ta­fo­rycz­nym: cho­roba o nie­ja­snym po­cho­dze­niu.

3 okryw­szy nogi trium­fal­nym płasz­czem króla Etio­pów - bar­dziej za­awan­so­wany cy­wi­li­za­cyj­nie Egipt na­jeż­dżał są­sia­du­jącą z nim Etio­pię dla zdo­by­cia nie­wol­ni­ków, złota i by­dła; na­jazdy te na­si­liły się po zjed­no­cze­niu pań­stwa egip­skiego (III-II w. p.n.e) i do­pro­wa­dziły do za­ję­cia ca­łej Etio­pii.

4 Kar­nak - mia­sto w Gór­nym Egip­cie, w sta­ro­żyt­no­ści część Teb; w mie­ście znaj­do­wał się ze­spół świą­tyń wznie­sio­nych w róż­nych okre­sach i po­świę­co­nych róż­nym bó­stwom.

5 święty pier­ścień - sym­bol wła­dzy fa­ra­ona.

6 ka­ta­kumby - pod­ziemne sale gro­bowe.

7 Ozy­rys - w mi­to­lo­gii egip­skiej je­den z naj­waż­niej­szych bo­gów. Był bra­tem i mę­żem Izydy, która wskrze­siła go po tym, jak zo­stał za­mor­do­wany przez Seta. Wła­dał świa­tem ziem­skim, a po swo­jej śmierci także świa­tem zmar­łych, gdzie był sę­dzią dusz. Był bo­giem wzra­sta­ją­cego ży­cia, od­ra­dza­ją­cej się przy­rody, wiecz­nego ży­cia. Oj­ciec Ho­rusa, który prze­jął od niego wła­dzę ziem­ską. Przed­sta­wiany z in­sy­gniami kró­lew­skimi i owi­nięty w ban­daże, po­dob­nie jak mu­mie.