Katarynka, Zemsta, Z legend dawnego Egiptu. Lektura z opracowaniem - Bolesław Prus
4.99 zł

4.99 zł

Reflow text when sidebars are open.
Na ulicy Miodowej co dzień około południa można było spotkać jegomościa1 w pewnym wieku, który chodził z placu Krasińskich ku ulicy Senatorskiej. Latem nosił on wykwintne, ciemnogranatowe palto, popielate spodnie od pierwszorzędnego krawca, buty połyskujące jak zwierciadła - i - nieco wyszarzany2 cylinder3.
Jegomość miał twarz rumianą, szpakowate faworyty4 i siwe, łagodne oczy. Chodził pochylony, trzymając ręce w kieszeniach. W dzień pogodny nosił pod pachą laskę; w pochmurny - dźwigał jedwabny parasol angielski.
Był zawsze głęboko zamyślony i posuwał się z wolna. Około Kapucynów dotykał pobożnie ręką kapelusza i przechodził na drugą stronę ulicy, ażeby zobaczyć u Pika5, jak stoi barometr i termometr, potem znowu zawracał na prawy chodnik, zatrzymywał się przed wystawą Mieczkowskiego6, oglądał fotografie Modrzejewskiej7 - i szedł dalej.
W drodze ustępował każdemu, a potrącony uśmiechał się życzliwie.
Jeżeli kiedy spostrzegał ładną kobietę, zakładał binokle8, aby przypatrzeć się jej. Ale że robił to flegmatycznie9, więc zwykle spotykał go zawód.
Ten jegomość był to - pan Tomasz.
Pan Tomasz trzydzieści lat chodził ulicą Miodową i nieraz myślał, że się na niej wiele rzeczy zmieniło. Toż samo ulica Miodowa pomyśleć by mogła o nim.
Gdy był jeszcze obrońcą10, biegał tak prędko, że nie uciekłaby przed nim żadna szwaczka wracająca z magazynu do domu. Był wesoły, rozmowny, trzymał się prosto, miał czuprynę i nosił wąsy zakręcone ostro do góry. Już wówczas sztuki piękne robiły na nim wrażenie, ale czasu im nie poświęcał, bo szalał - za kobietami. Co prawda miał do nich szczęście i nieustannie był swatany. Ale cóż z tego, kiedy pan Tomasz nie mógł nigdy znaleźć ani jednej chwili na oświadczyny, będąc zajęty jeżeli nie praktyką, to - schadzkami11. Od Frani szedł do sądu, z sądu biegł do Zosi, którą nad wieczorem opuszczał, ażeby z Józią i Filką zjeść kolację.
Gdy został mecenasem, czoło, skutkiem natężonej pracy umysłowej, urosło mu aż do ciemienia, a na wąsach pokazało się kilka srebrnych włosów. Pan Tomasz pozbył się już wówczas młodzieńczej gorączki, miał majątek i ustaloną opinię znawcy sztuk pięknych. A że kobiety wciąż kochał, więc począł myśleć o małżeństwie. Najął nawet mieszkanie z sześciu pokojów złożone, urządził w nim na własny koszt posadzki, sprawił obicia, piękne meble - i szukał żony.
Ale człowiekowi dojrzałemu trudno zrobić wybór. Ta była za młoda, a tamtą uwielbiał już zbyt długo. Trzecia miała wdzięki i wiek właściwy, ale nieodpowiedni temperament, a czwarta posiadała wdzięki, wiek i temperament należyty, ale... nie czekając na oświadczyny mecenasa wyszła za doktora...
Pan Tomasz jednak nie martwił się, ponieważ panien nie brakło. Ekwipował się12 powoli, coraz usilniej dbając o to, ażeby każdy szczegół jego mieszkania posiadał wartość artystyczną. Zmieniał meble, przestawiał zwierciadła, kupował obrazy.
Nareszcie porządki jego stały się sławne. Sam nie wiedząc kiedy, stworzył u siebie galerię sztuk pięknych, którą coraz liczniej odwiedzali ciekawi. Że zaś był gościnny, przyjęcia robił świetne i utrzymywał stosunki z muzykami, więc nieznacznie zorganizowały się u niego wieczory koncertowe, które nawet damy zaszczycały swoją obecnością.
Pan Tomasz był wszystkim rad, a widząc w zwierciadłach, że czoło przerosło mu już ciemię i sięga w tył do białego jak śnieg kołnierzyka, coraz częściej przypominał sobie, że bądź co bądź trzeba się ożenić. Tym bardziej że dla kobiet wciąż czuł życzliwość.
Raz, kiedy przyjmował liczniejsze niż zwykle towarzystwo, jedna z młodych pań rozejrzawszy się po salonach zawołała:
- Co za obrazy... A jakie gładkie posadzki!... Żona pana mecenasa będzie bardzo szczęśliwa.
- Jeżeli do szczęścia wystarczą jej gładkie posadzki - odezwał się na to półgłosem serdeczny przyjaciel mecenasa.
W salonie zrobiło się bardzo wesoło. Pan Tomasz także uśmiechnął się, ale od tej pory, gdy mu kto wspomniał o małżeństwie, machał niedbale ręką, mówiąc:
- Iii!...
W tych czasach ogolił wąsy i zapuścił faworyty. O kobietach wyrażał się zawsze z szacunkiem, a dla ich wad okazywał dużą wyrozumiałość.
Nie spodziewając się niczego od świata, bo już i praktykę porzucił, mecenas całe spokojne uczucie swoje skierował do sztuki. Piękny obraz, dobry koncert, nowe przedstawienie teatralne były jakby wiorstowymi słupami13 na drodze jego życia. Nie zapalał się on, nie unosił, ale - smakował.
Na koncertach wybierał miejsca odległe od estrady, ażeby słuchać muzyki nie słysząc hałasów i nie widząc artystów. Gdy szedł do teatru, obeznawał się wprzódy14 z utworem dramatycznym, ażeby bez gorączkowej ciekawości śledzić grę aktorów. Obrazy oglądał wówczas, gdy było najmniej widzów, i spędzał w galerii całe godziny.
Jeżeli podobało mu się coś, mówił:
- Wiecie, państwo, że jest to wcale ładne.
Należał do tych niewielu, którzy najpierw poznają się na talencie. Ale utworów miernych nigdy nie potępiał.
- Czekajcie, może się jeszcze wyrobi! - mówił, gdy inni ganili artystę.
I tak zawsze był pobłażliwy dla niedoskonałości ludzkiej, a o występkach nie rozmawiał.
Na nieszczęście, żaden śmiertelnik nie jest wolny od jakiegoś dziwactwa, a pan Tomasz miał także swoje. Oto - nienawidził kataryniarzy i katarynek15.
Gdy mecenas usłyszał na ulicy katarynkę, przyśpieszał kroku i na parę godzin tracił humor. On, człowiek spokojny - zapalał się, jak był cichy - krzyczał, a jak był łagodny - wpadał w gniew na pierwszy odgłos katarynkowych dźwięków.
Z tej swojej słabości nie robił przed nikim tajemnicy, nawet tłumaczył się.
- Muzyka - mówił wzburzony - stanowi najsubtelniejsze ciało ducha, w katarynce zaś duch ten przeradza się w funkcję machiny i narzędzie rozboju. Bo kataryniarze są po prostu rabusie!
- Zresztą - dodawał - katarynka rozdrażnia mnie, a ja mam tylko jedno życie, którego mi nie wypada trwonić na słuchanie obrzydliwej muzyki.
Ktoś złośliwy, wiedząc o wstręcie mecenasa do grających machin, wymyślił niesmaczny żart - i... wysłał mu pod okna dwu kataryniarzy. Pan Tomasz zachorował z gniewu, a następnie odkrywszy sprawcę, wyzwał go na pojedynek.
Aż sąd honorowy trzeba było zwoływać dla zapobieżenia rozlewowi krwi o rzecz tak małą na pozór.
Dom, w którym mecenas mieszkał, przechodził kilka razy z rąk do rąk. Rozumie się, że każdy nowy właściciel uważał za obowiązek podwyższać wszystkim komorne16, a najpierwej panu Tomaszowi. Mecenas z rezygnacją płacił podwyżkę, ale pod tym warunkiem wyraźnie zapisanym w umowie, że katarynki grywać w domu nie będą.
1 jegomość (dawn.) - mężczyzna.
2 wyszarzany (dawn.) - wytarty, wypłowiały w skutek częstego noszenia.
3 cylinder - eleganckie nakrycie głowy; wysoki, czarny kapelusz o sztywnym, lekko wygiętym rondku.
4 faworyty - bokobrody; rodzaj zarostu męskiego.
5 Jakub Pik (1806-1897) - właściciel zakładu oraz sklepu, wynalazca, mechanik i optyk. Wystawa jego sklepu w Warszawie słynęła z ekspozycji dużych przyrządów pomiarowych oraz urządzeń mechanicznych.
6 Jan Mieczkowski (1830-1889) - fotograf, właściciel zakładu fotograficznego w Warszawie, specjalizował się w portretach (m.in. Adama Mickiewicza, Stanisława Moniuszki, Deotymy).
7 Helena Modrzejewska (1840-1909) - wybitna polska aktorka, uważana za najlepszą aktorkę w historii polskiego teatru, znana przede wszystkim z ról w dramatach Williama Szekspira i Juliusza Słowackiego. Występowała na wielu scenach polskich (m.in. w Krakowie, Lwowie, Warszawie, Lublinie, Poznaniu) oraz zagranicznych (m.in. w Anglii i USA).
8 binokle - odmiana okularów, pozbawiona zauszników i trzymająca się na nosie za pomocą sprężynującego mechanizmu.
9 flegmatycznie - powoli.
10 obrońca - mecenas, adwokat, prawnik broniący osoby oskarżonej w sądzie.
11 schadzka (dawn.) - spotkanie, randka.
12 ekwipować się - wyposażać się.
13 wiorstowe słupy - drewniane słupy ustawiane w zaborze rosyjskim na traktach pocztowych, odmierzające odległość między kolejnymi stacjami, wyrażoną w wiorstach; wiorsta to dawna, niemetryczna jednostka miary w Rosji, jedna wiorsta to 1,0668 kilometra; tutaj wiorstowe słupy oznaczają ważne punkty w życiu bohatera.
14 obeznawał się wprzódy (dawn.) - zapoznawał się najpierw.
15 katarynka - mechaniczny instrument muzyczny, przenośne pudło grające, wprawiane w ruch korbą. Odgrywa melodie zapisane na wałku. Bardzo popularna w XIX wieku, często spotykana w miastach lub na jarmarkach w mniejszych miejscowościach.
16 komorne - opłata za używanie mieszkania.
Nowele, które stanowią jeden ze sztandarowych gatunków epoki pozytywizmu, zaczynają nieco zmieniać swój charakter u schyłku epoki. Z utworów tendencyjnych, wyrażających opinię na bieżące tematy i zwracających uwagę na istotne problemy społeczne, nowele stawały się bliższe przypowieściom (parabolom). Taką zmianę widać w twórczości Prusa, Sienkiewicza oraz u innych autorów. Nowele zostały silniej zmetaforyzowane, a akcja przeniosła się z robotniczych dzielnic i podwórek w czasy historyczne, często wykorzystywane jako kostium. Wiąże się to ze zmianami filozoficzno-światopoglądowymi - optymizm poznawczy pozytywizmu ulega wyczerpaniu wraz z odkryciem kolejnych dziedzin niedostępnych nauce, np. dotyczących psychiki ludzkiej, ponadto zmienia się spojrzenie na relację człowiek - społeczeństwo. Pozytywistyczny utylitaryzm jest wypierany przez indywidualizm, a podporządkowanie jednostki społeczeństwu zaczyna jawić się jako opresyjne. Słowem - pozytywizm stopniowo zastępuje formacja neoromantyczna, modernistyczna, młodopolska. W noweli Z legend dawnego Egiptu Prus sportretował dwóch odmiennych władców, ale żaden z nich nie stanowi wzoru do naśladowania. Ich racje się równoważą, a autor zostawia czytelników raczej z pytaniami niż gotowymi odpowiedziami. Ramzes poświęca się w pełni rządom i jest władcą stanowczym, śmiałym, ale też okrutnym. Nie rozczula się nad innymi, ale nad sobą również - w chwili śmierci myśli o zapewnieniu ciągłości rządów i w pełni uznaje decyzje, jakie podejmie podczas swojego panowania Horus, nawet jeśli byłyby zupełnie rozbieżne z jego rządami. Horus jest zupełnie inny - refleksyjny, melancholijny, łagodny. Odbija się to także w jego planach politycznych - chce zakończenia wojny z Etiopami, planuje także poprawić los szerokich mas społecznych. Jednak równie ważne są dla niego relacje osobiste. Ramzes podporządkowywał je interesom państwa, Horus kieruje się bardziej uczuciami. Kiedy dowiaduje się, że umiera, inaczej niż Ramzes układa priorytety. Rezygnuje ze spraw mających wpływ na życie w całym państwie, a ostatnim edyktem, który zostaje w jego rękach, jest uwolnienie Bereniki.
Z legend dawnego Egiptu ma bardzo wyrazistą, kunsztowną budowę. Zostało oparte na kontraście dwóch postaci (Ramzesa i Horusa), co jest częstym zabiegiem w noweli. Początkowo nic nie zapowiada późniejszych, dramatycznych wydarzeń. Akcja jest jednowątkowa, punktem kulminacyjnym jest moment, w którym dowiadujemy się, że Horusa ukąsił jadowity pająk, a nie pszczoła. Wiadomo już, że Horus umrze tej nocy i najpewniej nie zdąży dotknąć pierścieniem faraona wszystkich edyktów. Napięcie rośnie - wraz ze zbliżającą się śmiercią Horus rezygnuje z kolejnych edyktów, licząc na to, że Ramzes umrze przed nim, co pozwoli na wprowadzenie w życie przynajmniej części jego planów. Dzięki retardacji (tj. budowaniu napięcia poprzez zatrzymanie lub spowolnienie akcji utworu), wprowadzonej poprzez odmierzanie czasu krokami piechoty i kolejnymi, wypadającymi z rąk Horusa edyktami, obserwujemy, jak Horus umiera i rezygnuje z kolejnych praw. Rozwiązanie przynosi zwrot fabularny - Ramzes powraca do zdrowia, a Horus umiera, nie realizując żadnego ze swoich planów. W utworze kilkakrotnie powtarzana jest sentencja, która także otwiera Z legend dawnego Egiptu: "Patrzcie, jak marne są ludzkie nadzieje wobec porządku świata". Jej obecność zbliża utwór gatunkowo do przypowieści - jej sens jest szerszy, bardziej uniwersalny niż w przypadku noweli pisanej w nurcie tendencyjnym. Horus ma nadzieję na zreformowanie państwa i zmianę jego polityki, chce także zadbać o swoich bliskich (zmienić miejsce pochówku matki, sprowadzić z wygnania nauczyciela Jetrona, uwolnić ukochaną Berenikę). Jednak jego plany obrócą się wniwecz - jest bezsilny wobec wyroków losu i porządku świata, który bywa przewrotny. Stary Ramzes odzyskuje zdrowie, młody Horus umiera przez przypadkowe ukąszenie pająka. W państwie nie nastąpią wyczekiwane przez lud zmiany, nawet jeśli wszystko wskazywało na to, że Ramzes zakończy swoje panowanie, a Horus bez przeszkód wprowadzi reformy - ludzki los jest nieprzewidywalny.
Z legend dawnego Egiptu - najważniejsze informacje!
nowela o cechach przypowieści narrator trzecioosobowy, wszechwiedzący punkt kulminacyjny: odkrycie, że Horusa ukąsił jadowity pająk; rozpoczęcie wyścigu z czasem główni bohaterowie: Ramzes (stanowczy, surowy, okrutny, w pełni poświęca się państwu), Horus (chce reformować kraj, jest łagodny, zależy mu na bliskich osobach) sentencja: "Patrzcie, jak marne są ludzkie nadzieje wobec porządku świata" znaczenie: bezsilność człowieka wobec wyroków losuParyż. Podziemna kawiarnia złożona z kilku sal, z których jedna zwie się indyjską. Jest to izba prostokątna, niby wykuta w skale. Sufit płaski, ozdobiony bogatymi rzeźbami roślin poplątanych w sieć gęstą. Na środku sali, między dwoma wodotryskami, stoi spiżowy posąg Buddy wielkości naturalnej. Izbę ze wszystkich stron otaczają kolumny pękate, od podłogi do sufitu okryte rzeźbami. Między kolumnami gabinety1; między rzeźbionymi liśćmi i kwiatami lampki elektryczne. Sala robi wrażenie ciasnej, choć jest obszerna i dzięki wentylatorom doskonale przewiewana.
W jednym z gabinetów, które od sąsiednich oddzielają gęste, złocone kraty w formie gałązek bluszczu, na taboretach podobnych do kolumn i przy takichże stoliczkach siedzi trzech mężczyzn, Polaków. Łysawy szatyn, z ciemną brodą i senną twarzą, ma przed sobą talerz sorbetów2. Wysoki brunet z fizjognomią3 drapieżnego ptaka pije kawę, wreszcie niski blondyn o energicznych ruchach i oczach stalowej barwy, miesza łyżeczką lemonadę4, której nie pije.
- A zatem jeszcze nie obmyśliliście niczego? - pyta niecierpliwie blondyn, Władysław Miler.
- Owszem - odpowiada Zygmunt Goldberg z twarzą drapieżną. - Dostarcz pieniędzy, ale dużo pieniędzy, i organizację z ludzi gotowych na wszystko, a przede wszystkim na śmierć, a ja podam ci taki plan, którym będziesz zachwycony.
- Chciałbym go jednak usłyszeć, jeżeli nie starasz się o patent5 wynalazku - odrzekł Władysław.
- Plan nietrudny do pojęcia - mówił Zygmunt Goldberg, a w jego okrągłych oczach co chwilę zapalały się iskry. - Za jedno uderzenie - dziesięć uderzeń, za jedną ruinę - dziesięć ruin, za jedną śmierć - dziesięć śmierci...
- Takie rzeczy łatwiej proponować, aniżeli wykonać - wtrącił Miler.
- Nie możesz dosięgnąć Johana, wal Fryca... nie dasz rady mocniejszemu - bij słabych... dzieci... kobiety...
- Ależ to jest podłość!...
- Za jedną ich podłość oddaj dziesięć podłości - ciągnął Goldberg. - Kiedy pantera musi walczyć ze słoniem, nie włazi mu pod nogi, ale go chwyta za trąbę... Nie dasz im rady w Poznaniu, idź do Berlina; wypędzą cię z Europy, szukaj ich w Ameryce, Azji, Australii... Za wywłaszczony folwark - niszcz koleje, składy, kamienice, okręty, mosty... Nie masz bagnetów i armat, weź nóż, dynamit, arszenik, wreszcie bakterie cholery i dżumy... A dopiero kiedy całe Niemcy krzykną z bólu, rząd ich zrozumie, że w dwudziestym wieku nawet słabszego nie wolno krzywdzić, bo on w chemii, w bakteriologii znajdzie środki odwetu. Taki jest mój plan.
- Do wykonania takiego planu nie znajdziesz u nas ludzi.
- Boście durnie! Z łajdakami nie prowadzi się walki uczciwej, tylko łajdacką, gdyż oni innej nie ulękną się, a szlachetności nie zrozumieją.
- Do mnie tego nie mów - odpowiedział Miler - bo ja już jestem zdecydowany na wszystko. Ale ponieważ mam tylko ludzkie siły i tylko jedno życie...
- Dlatego - ciągnął Goldberg - mówiłem o potrzebie organizacji... Przypuśćmy, że jeden człowiek wysadzi most albo spali kamienicę... Zastrzelą go czy zetną... Wtedy przyjedzie drugi. Zniszczy kolej albo skład, zginie i ustąpi miejsca trzeciemu... A tymczasem w Niemczech zrobi się ruch, sejmiki. Obudzi się zmysł krytyczny i - szacunek dla etyki: nie czyń innym, czego nie chcesz, aby tobie czynili... Czy to nie piękny cel: umoralnić dzisiejszych Niemców?...
- A ty, Janie, co myślisz? - zwrócił się Miler do spokojnego szatyna, Czerskiego.
- Myślę, że projekt Zygmunta jest i nieuczciwy, i niedorzeczny. Było dwu chłopów, a każdy miał pełną stodołę niemłóconego żyta. Jeden wymłócił swoje żyto, część ziarna zmełł, część wysiał, a słomę sprzedał; ten zrobił wygodę innym ludziom i sobie. Ale drugi chłop użył swoich snopów na podpalanie cudzych stodół, więc zmarnował własne żyto, zmarnował dostatki publiczne, sam poszedł do kryminału, a dla siebie, dzieci i rodziny zdobył nazwę łajdaków, podpalaczy... Oto odpowiedź na projekty Zygmunta...
- A jednak bez odwetu... bez zemsty... takiej zbrodni jak wywłaszczenie Prusakom darować nie można! - rzekł Miler, bijąc pięścią w stolik.
- Narody nie po to żyją, aby się mścić, ale ażeby rozwijać się i spełniać jakąś misję cywilizacyjną - odpowiedział Jan.
- Jakże ją spełnisz, człowieku, jeżeli cię odzierają, ogłupiają i upadlają? - zapytał Władysław. - A co to jest wydrzeć ziemię narodowi! - Przecież to zagłada...
- Zaraz... zaraz... nie tak prędko! - przerwał Czerski. - Już z ekonomii wiemy, że na dobrobyt i cywilizację składają się cztery czynniki. Po pierwsze - natura, czyli: ziemie orne, lasy, wody, kopalnie... Po wtóre - praca energiczna, która owe pola uprawia i eksploatuje6 kopalnie. Po trzecie - rozum wynalazczy, który nie tylko odkrywa tajemnice natury, ale jeszcze umie wynajdować i budować potrzebne narzędzia. I po czwarte, na co ekonomia nie kładzie nacisku, a co jest równie ważne - cnota...
- Która polega na tym, ażeby gdy dadzą ci policzek z jednej strony, nadstawić drugą - wtrącił Goldberg.
- To jest cnota nadzwyczajna, ja zaś mówię o zwyczajnych, do których należy: wytrwałość, oszczędność, rzetelność, sprawiedliwość - odpowiedział Czerski.
- Tchórzostwo - mruknął Zygmunt.
- Odwaga, panie - mówił Czerski - odwaga, która jeżeli potrzeba, nie lęka się niczego: ognia ani wody, piekła ani śmierci. Odwaga, która potrafi o wszystkim myśleć, wszystko krytykować, wszystko zamierzyć i wszystko wykonać...
- Nie słyszę tu odpowiedzi na moją troskę - odezwał się Miler.
- W tej chwili będzie odpowiedź - prawił Czerski. - Otóż, jeżeli Prusacy zabierają Polakom ziemię, czyli jeden z czynników dobrobytu, Polacy muszą spotęgować trzy inne czynniki, a więc: energiczną pracę, wiedzę twórczą i cnoty. A wówczas nie tylko nie zginą, ale jeszcze podniosą się na wyższy stopień cywilizacji...
Goldberg spojrzał na zegarek.
- Darujcie - rzekł - wyrabiam swemu kuzynowi posadę w banku lugduńskim7 i za kwadrans muszę się z kimś zobaczyć. Nie obrazisz się, Janie?
- Ja także uciekam - odpowiedział Czerski. - O dziesiątej będę na zebraniu, w którym jog Ahamkara...
- Aha... ten szarlatan8 indyjski! - wtrącił Zygmunt.
- Jak go zobaczę, powiem ci, czy jest szarlatanem - odparł Jan - A tymczasem słyszę, że człowiek ten czyta w cudzych myślach, widzi przez ściany, opowiada przeszłość i przyszłość. Mówią też o nim, że potrafi unosić się w powietrzu, znikać albo ukazywać się w miejscu zamkniętym...
- Słowem: istny diabeł! - roześmiał się Zygmunt.
- O gdyby nim był! - zawołał Władysław Miler, podnosząc ręce do góry. - Sprzedałbym mu duszę w zamian za jego potęgę, a wtedy... pogadalibyśmy z Prusakami.
- Może o pracy, mądrości i cnotach? - zapytał Goldberg szyderczo.
Władysław zamyślił się.
- Czy ja wiem? - rzekł. - A może i o twoich projektach: dynamicie, cholerze, dżumie...
- Człowieku, więc za to szatanowi oddałbyś duszę? - zawołał Czerski.
- Uspokój się, stary - wtrącił Zygmunt. - Władek jest tak dobrym politykiem, że oddaje tylko to, czego nie posiada, takiemu, który nie istnieje.
Ponieważ dwaj panowie podnieśli się ze swych słupków, Miler rzekł głosem jękliwym:
- Więc opuszczacie mnie?
- Posiedź tu, przeczytaj gazety, a za jakieś pół godziny zaczną schodzić się inni - rzekł Jan. - Może od którego usłyszysz lepszy projekt...
- O pielęgnowaniu cnoty - mruknął Goldberg, uchylając kapelusza na pożegnanie.
*
1 gabinet (dawn.) - tutaj w znaczeniu: loża w restauracji.
2 sorbet - rodzaj mrożonego deseru z owoców i słodzonej wody.
3 fizjognomia - a. fizjonomia; twarz lub zewnętrzny wygląd czegoś.
4 lemonadę - dziś poprawnie: lemoniadę.
5 patent - dokument przyznający osobie lub firmie prawo do czerpania zysków z wynalazku; dawn. także dokument uprawniający do prowadzenia zakładu przemysłowego lub handlowego.
6 eksploatuje - tu w znaczeniu: wydobywa bogactwa naturalne.
7 bank lugduński - bank w Lyonie, Lugdunum to rzymska nazwa Lyonu.
8 szarlatan - osoba zwodząca ludzi swoimi rzekomymi umiejętnościami, czerpiąca zyski z łatwowierności innych.
Patrzcie, jak marne są ludzkie nadzieje wobec porządku świata; patrzcie, jak marne są wobec wyroków, które ognistymi znakami wypisał na niebie Przedwieczny!...
Stuletni Ramzes1, potężny władca Egiptu, dogorywał. Na pierś mocarza, przed którego głosem pół wieku drżały miliony, padła dusząca zmora2 i wypijała mu krew z serca, siłę z ramienia, a chwilami nawet przytomność z mózgu. Leżał, jak powalony cedr, wielki faraon na skórze indyjskiego tygrysa, okrywszy nogi triumfalnym płaszczem króla Etiopów3. A surowy nawet dla siebie, zawołał najmędrszego lekarza ze świątyni w Karnaku4 i rzekł:
- Wiem, że znasz tęgie lekarstwa, które albo zabijają, albo od razu leczą. Przyrządź mi jedno z nich, właściwe mojej chorobie, i niech mi się to raz skończy... tak albo owak.
Lekarz wahał się.
- Pomyśl, Ramzesie - szepnął - że od chwili twego zstąpienia z wysokich niebios Nil wylewał już sto razy; mogęż ci zadać lekarstwo, niepewne nawet dla najmłodszego z twoich wojowników?
Ramzes aż usiadł na łożu.
- Muszę być bardzo chory - zawołał - kiedy ty, kapłanie, ośmielasz się dawać mi rady! Milcz i spełnij, com kazał. Żyje przecież trzydziestoletni wnuk mój i następca, Horus. Egipt zaś nie może mieć władcy, który by nie dosiadł wozu i nie dźwignął oszczepu.
Gdy kapłan drżącą ręką podał mu straszne lekarstwo, Ramzes wypił je, jak spragniony pije kubek wody; potem zawołał do siebie najsłynniejszego astrologa z Tebów i kazał szczerze opowiedzieć, co tam pokazują gwiazdy.
- Saturn połączył się z Księżycem - odparł mędrzec - co zapowiada śmierć członka twojej dynastii, Ramzesie. Źle zrobiłeś, pijąc dzisiaj lekarstwo, bo puste są ludzkie plany wobec wyroków, które na niebie zapisuje Przedwieczny.
- Naturalnie, że gwiazdy zapowiedziały moją śmierć - odparł Ramzes. - I kiedyż to może nastąpić? - zwrócił się do lekarza.
- Przed wschodem słońca, Ramzesie, albo będziesz zdrów jak nosorożec, albo twój święty pierścień5 znajdzie się na ręku Horusa.
- Zaprowadźcie - rzekł Ramzes cichnącym już głosem - Horusa do sali faraonów; niech tam czeka na moje ostatnie słowa i na pierścień, ażeby w sprawowaniu władzy ani na chwilę nie było przerwy.
Zapłakał Horus (miał on serce pełne litości) nad bliską śmiercią dziada; ale że w sprawowaniu władzy nie mogło być przerwy, więc poszedł do sali faraonów, otoczony liczną zgrają służby.
Usiadł na ganku, którego marmurowe schody biegły w dół, aż do rzeki, i pełen nieokreślonych smutków przypatrywał się okolicy.
Właśnie księżyc, przy którym tliła się złowroga gwiazda Saturn, złocił spiżowe wody Nilu, na łąkach i ogrodach malował cienie olbrzymich piramid i na kilka mil wokoło oświetlał całą dolinę. Mimo późnej nocy w chatach i gmachach płonęły lampy, a ludność pod otwarte niebo wyszła z domów. Po Nilu snuły się łódki, gęsto jak w dzień świąteczny; w palmowych lasach, nad brzegami wody, na rynkach, na ulicach i obok pałacu Ramzesa falował niezliczony tłum. A mimo to była cisza taka, że do Horusa dolatywał szmer wodnej trzciny i jękliwe wycie szukających żeru hien.
- Czemu oni tak się gromadzą? - spytał Horus jednego z dworzan, wskazując na niezmierzone łany głów ludzkich.
- Chcą w tobie, panie, przywitać nowego faraona i z twoich ust usłyszeć o dobrodziejstwach, jakie im przeznaczyłeś.
W tej chwili pierwszy raz o serce księcia uderzyła duma wielkości, jak o stromy brzeg uderza nadbiegające morze.
- A tamte światła co znaczą? - pytał dalej Horus.
- Kapłani poszli do grobu twej matki, Zefory, ażeby zwłoki jej przenieść do faraońskich katakumb6.
W sercu Horusa na nowo zbudził się żal po matce, której szczątki - za miłosierdzie okazywane niewolnikom - srogi Ramzes pogrzebał między niewolnikami.
- Słyszę rżenie koni - rzekł Horus nasłuchując - kto wyjeżdża o tej godzinie?
- Kanclerz, panie, kazał przygotować gońców po twojego nauczyciela, Jetrona.
Horus westchnął na wspomnienie ukochanego przyjaciela, którego Ramzes wygnał z kraju za to, że w duszy wnuka i następcy szczepił odrazę do wojen, a litość dla uciśnionego ludu.
- A tamto światełko za Nilem?
- Tamtym światłem, o Horusie! - odparł dworzanin - pozdrawia cię z klasztornego więzienia wierna Berenika. Już arcykapłan wysłał po nią łódź faraońską; a gdy święty pierścień błyśnie na twojej ręce, otworzą się ciężkie drzwi klasztorne i powróci do ciebie, stęskniona i kochająca.
Usłyszawszy takie słowa Horus już o nic nie pytał; umilkł i zakrył oczy ręką.
Nagle syknął z bólu.
- Co ci jest, Horusie?
- Pszczoła ukąsiła mnie w nogę - odparł pobladły książę.
Dworzanin przy zielonawym blasku księżyca obejrzał mu nogę.
- Podziękuj Ozyrysowi7 - rzekł - że to nie pająk, których jad o tej porze bywa śmiertelny.
O! jakże marne są ludzkie nadzieje wobec niecofnionych wyroków...
W tej chwili wszedł wódz armii i skłoniwszy się Horusowi powiedział:
- Wielki Ramzes czując, że mu już stygnie ciało, wysłał mnie do ciebie z rozkazem: "Idź do Horusa, bo mnie niedługo na świecie, i spełniaj jego wolę, jak moją spełniałeś. Choćby kazał ci ustąpić Górny Egipt Etiopom i zawrzeć z tymi wrogami braterski sojusz, wykonaj to, gdy mój pierścień ujrzysz na jego ręce, bo przez usta władców mówi nieśmiertelny Ozyrys".
- Nie oddam Egiptu Etiopom - rzekł książę - ale zawrę pokój, bo mi żal krwi mego ludu; napisz zaraz edykt i trzymaj w garści konnych gońców, aby gdy błysną pierwsze ognie na cześć moją, polecieli w stronę południowego słońca i zanieśli łaskę Etiopom. I napisz jeszcze drugi edykt, że od tej godziny aż do końca czasów żadnemu jeńcowi nie ma być wyrywany język z ust jego na polu bitwy. Tak powiedziałem...
1 Ramzes - imię noszone przez faraonów Egiptu od Ramzesa I, założyciela XIX dynastii; w utworze bohaterowie są fikcyjni.
2 zmora - według słowiańskich wierzeń ludowych rodzaj upiora, który siada na piersiach śpiącego i go dusi; tutaj w znaczeniu metaforycznym: choroba o niejasnym pochodzeniu.
3 okrywszy nogi triumfalnym płaszczem króla Etiopów - bardziej zaawansowany cywilizacyjnie Egipt najeżdżał sąsiadującą z nim Etiopię dla zdobycia niewolników, złota i bydła; najazdy te nasiliły się po zjednoczeniu państwa egipskiego (III-II w. p.n.e) i doprowadziły do zajęcia całej Etiopii.
4 Karnak - miasto w Górnym Egipcie, w starożytności część Teb; w mieście znajdował się zespół świątyń wzniesionych w różnych okresach i poświęconych różnym bóstwom.
5 święty pierścień - symbol władzy faraona.
6 katakumby - podziemne sale grobowe.
7 Ozyrys - w mitologii egipskiej jeden z najważniejszych bogów. Był bratem i mężem Izydy, która wskrzesiła go po tym, jak został zamordowany przez Seta. Władał światem ziemskim, a po swojej śmierci także światem zmarłych, gdzie był sędzią dusz. Był bogiem wzrastającego życia, odradzającej się przyrody, wiecznego życia. Ojciec Horusa, który przejął od niego władzę ziemską. Przedstawiany z insygniami królewskimi i owinięty w bandaże, podobnie jak mumie.