Piekło okazało się rozległe. Alice i Peter szli ramię w ramię po piasku tak drobnym i jedwabistym, że ich stopy nie zostawiały na nim prawie żadnych śladów. Co więcej, mieli wrażenie, że to sam piach z premedytacją zasypuje ich tropy. Kiedy dziewczyna obejrzała się za siebie po raz pierwszy, zobaczyła kilka wyraźniejszych odcisków, lecz po kilku następnych krokach rzuciła okiem ponownie i wtedy nie było już żadnego. Zupełnie jakby piekielny pejzaż stawiał opór wszelkim zmianom. Nigdzie wokół nie widziała żadnych charakterystycznych punktów odniesienia - brakowało wzgórz, wybrzeży, na niebie nie snuła się ani jedna złowróżbna chmura.
Próbowała się tym nie przejmować. Czytała, że piekło jest wymiarem niestałym i zmiennym. Składało się z obszarów czysto pojęciowych, nie faktycznych. Nie do końca rozumiała, co ten opis właściwie oznacza, lecz zgodnie z intelektualną tradycją interpretowała go w sposób następujący: piekło ukazuje człowiekowi to, co samo chce i w wybranej przez siebie kolejności.
Na ten moment piekło uznało za stosowne ukazać im bezkresne morze wydm.
Alice zatęskniła za słońcem. Jej wzrok zdążył już dostosować się do półmroku, lecz musiała go nieustannie wytężać i szybko rozbolały ją oczy. Rozmasowała skronie, a potem pomyślała z nadzieją, że w końcu przywyknie i do wiecznego zmierzchu.
Po jakichś dwudziestu minutach wędrówki przeszli pod mostem. Zanim cokolwiek zobaczyli, dobiegły ich dźwięki: rozlegający się powyżej gwar rozmów, brzmienie niemal znajomych głosów. Dziewczyna zadarła głowę i ujrzała na niebie zwierciadlane odbicie Cambridge, odwrócony do góry nogami, drżący i przejrzysty kampus. Wszystko wyglądało jak wyświetlone na pełnym zakłóceń ekranie telewizora. Ukazały się jej Jesus Green, Sidney Street oraz wąskie, kręte alejki pomiędzy kolegiami St. John's i Trinity. Zobaczyła doktorantów przemykających na rowerach slalomem między samochodami. Zobaczyła przechodzące z budynku do budynku grupki czarnych postaci. Studenci pierwszych lat, uczelniany skarb, maszerujący we wciąż noszących świeże ślady prasowania, łopocących wokół kostek togach.
A więc dotarli do Pawilonu Widokowego. Alice pamiętała to miejsce z lektur. Pierwszą wzmiankę o nim znalazła w podręczniku Penhaligona "Wprowadzenie do unitariańskiego piekła", a zawarte tam informacje potwierdziły dodatkowo najstarsze źródła chińskie. Przez ten most przechodziły wszystkie dusze, zanim trafiały do Krainy Cieni na dobre. Była to granica oddzielająca światy żywych i umarłych, punkt, z którego widać było jednocześnie mgliste zarysy obu rzeczywistości. Coś przyszło jej do głowy. Zmrużyła oczy. Tak - posyłając myśli naprzód, była w stanie przeniknąć do tego lustrzanego Cambridge i dostać się aż do laboratorium numer siedem, w którym pozostał narysowany przez nią i Petera pentagram. Kredowe linie były w tej chwili rozmyte, a miejscami całkowicie zatarte przez wiejące pomiędzy wymiarami wiatry. Zobaczyła dwoje znajomych - Belindę i Michelego. Stali w nabożnym milczeniu na progu. Rozglądali się ostrożnie, z wolna docierało do nich, co zaszło.
Alice nie zatarła za sobą śladów. Nie, wprost przeciwnie: zostawiła w swoim gabinecie list, w którym jasno oświadczyła, że udała się do piekła, skąd zamierza sprowadzić duszę profesora Grimesa, i że nikt nie powinien nawet myśleć o tym, by za nią ruszyć, gdyż byłoby to wielce niebezpieczne, a także że jeżeli nie wróci za czternaście dni, nie powinni dłużej czekać, tylko przekazać jej narożny gabinet któremuś z doktorantów pierwszego roku. Zamykając za sobą drzwi laboratorium, nie przekręciła klucza w zamku.
Alice chciała, by wszyscy wiedzieli, dokąd się wybrała. Między innymi po to, by kiedy powróci triumfalnie, prowadząc ze sobą profesora Grimesa, nikt nie miał wątpliwości co do autorstwa tego sukcesu.
Belinda i Michele uklękli przy pentagramie i pochylili się nad inskrypcjami. Dziewczyna, niestety, nie słyszała, co mówią. Belinda raz po raz podrywała dłoń do ust. Michele odpowiadał jej z gwałtownymi gestami, które wynikały albo ze stanu niecodziennego pobudzenia, albo po prostu z włoskiego charakteru. W jego wypadku nigdy nie można było rozstrzygnąć. W pewnym momencie Belinda zastygła - zatrzymała wzrok na inskrypcji jasno świadczącej, że celem wyprawy jest piekło - i pochyliła głowę, by odczytać ją dokładnie.
Alice wyciągnęła rękę ku górze, najdalej jak potrafiła. Most wisiał bardzo blisko - czy jeśli sięgnie jeszcze wyżej i stanie na palcach, zdoła pokonać granicę? Uznała, że spróbuje.
- Bu!
Belinda drgnęła; poderwała rękę do szyi. Alice wpadła w zachwyt. Ciekawe, jakie ta sztuczka ma ograniczenia? Może, gdyby tylko zechciała, mogłaby niczym duch nawiedzać korytarze Cambridge przez całe wieki?
Uczeni zgodnie twierdzili, iż większość potwierdzonych przypadków nawiedzenia ma ścisły związek właśnie z Pawilonem Widokowym. Było to jedyne miejsce, z którego umarli mogli przemawiać w sposób słyszalny dla żywych i skutecznie na nich oddziaływać. Tego rodzaju nawiedzenie okazywało się jednak w pewnym sensie obustronne. Duchy zatrzymywały się w pobliżu Pawilonu, ponieważ zanadto pochłaniały je sceny z ich poprzedniego życia; ponieważ ogarniała je przemożna obsesja obserwacji rytuałów świata doczesnego. Duchy chciały wiedzieć, co poczynają dawni znajomi. Chciały wiedzieć, czy ktokolwiek jeszcze o nich pamięta. Wszystkie popularne opowieści grozy zawierają w sobie nieprawdę: nawiedzenie rzadko wynika ze złośliwych zamiarów. Umarli chcą po prostu czuć się częścią grupy.
Belinda padła w objęcia Michelego. Alice prychnęła pod nosem. Belinda: typowa wychuchana angielska panienka - delikatna, wiecznie zalękniona. Michele otoczył koleżankę ramionami, szepnął jej coś do ucha. Alice domyśliła się, co mówi: "Wszystko w porządku, oni żyją. Nie zginą". Belinda kręciła głową. "Nie" - zdawała się powtarzać. "Nie, już po nich. Straciliśmy ich na dobre".
- Żałujesz? - Peter stanął obok niej. Zadarł głowę wysoko.
On jednak nie patrzył na Belindę i Michelego, a na stadka radośnie paradujących alejką studentów. Nieświadomi, rozemocjonowani początkiem trymestru - choć może pierwsze zajęcia mieli już za sobą i szli właśnie do uniwersyteckiego baru na piwko?
- Chcesz wracać?
- Nie żartuj, Murdoch.
Z piekła nie wiodła żadna oczywista droga powrotna. Rozpoczynając tę podróż, oboje świetnie zdawali sobie z tego sprawę. Trafić w zaświaty jest łatwo, wyjść znacznie trudniej. Gdyby tylko mogli po prostu wskoczyć z powrotem do pentagramu, wypowiedzieć zaklęcia na opak i znaleźć się w punkcie startu. Lecz jeśli coś takiego rzeczywiście byłoby możliwe, żywi mogliby odwiedzać umarłych bez przeszkód. Nie, opuszczenie piekła wymagało zgody króla Yamy - czy inaczej Tanatosa, Anubisa, Hadesa, Wieloimiennej Ciemności, władcy Krainy Cieni.
A on takiej zgody często udzielał. Król Yama niechętnie oglądał w swych włościach żywych; żywi niepokoili umarłych, zaburzali równowagę. Z zadowoleniem więc odprawiał ich tam, skąd przyszli. Tak przynajmniej głosiły wszystkie opowieści. Orfeusz wrócił, choć trudno ocenić, czy wyszło mu to na dobre. Także Dante wydostał się bez specjalnych przeszkód. Znanych tradycji wędrowców bardzo rzadko spotykało w piekle ostateczne zatracenie. Tragiczny koniec czekał ich zwykle w świecie żywych.
Tak czy siak, problem powrotu mogli rozstrzygnąć, kiedy nadejdzie ku temu pora. Na razie kłopotem było ustalenie, jak daleko w głąb piekła powinni się zapuścić.
Po godzinie podłoże zaczęło się lekko podnosić. Wspinali się na coś, choć nie od razu stało się jasne, na co. Alice powoli zaczynało brakować tchu, aczkolwiek starała się nie sapać. Peter wciąż szedł dziarsko, nie zwalniał nawet na chwilę i wstydziła się przyznać do zmęczenia.
Nagle zobaczyli wszystko w dole przed sobą: płaską dolinę wypełnioną nieprzebranym rojem Cieni. Niektóre zbijały się w grupki, inne snuły się po polach samotnie. Były to martwe dusze - istoty przejrzyste i szare, mizerne echa żywych ciał. Jedne zataczały koła, inne chodziły w tę i z powrotem. Jeszcze kolejne raz po raz skręcały, kluczyły, szybując raczej nad ziemią, niż krocząc. Oglądane z wysokości przypominały kolonię ospałych, otumanionych mrówek, plączących się bez jasno określonego celu w nieskończonej, bezsensownej wędrówce. Limbo - jak nazywały to miejsce niektóre źródła. W innych padała nazwa Asfodelowe Łąki.
Pola te nie stanowiły samodzielnego piekielnego kręgu, to był dopiero przedsionek. Trwały tu wstrząśnięte, skonfundowane dusze niedawno zmarłych. Cienie dysponowały tutaj bezkresem czasu i przestrzeni, dzięki którym mogły zorientować się w położeniu, a następnie ruszyć dalej. Talamo w swojej monografii opisał Asfodelowe Łąki jako rodzaj poczekalni. Wcale nie tak bardzo różnej od holu dworca kolejowego Cambridge South, z tym że tu nigdzie nie szło kupić kawy, a wszyscy dopiero rozważali, czy chcą wsiąść do pociągu.
Alice miała solidne podstawy sądzić, że profesor Grimes wciąż może przebywać właśnie tutaj. Statystycznie rzecz ujmując, umarłym nie paliło się do dalszej wędrówki. Potrzebowali czasu na przetrawienie wspomnień, uporanie się ze wszystkim, czego żałowali, i przemyślenie tego, czego chcą teraz. Niektórzy zostawali z nadzieją, że spotkają się z bliskimi i dostąpią reinkarnacji wspólnie. Inni w reinkarnację nie wierzyli wcale. Jedni czekali na tych polach bez końca, motywowani przekonaniem, że wreszcie nastąpi wielkie, powszechne zmartwychwstanie i wystarczy, że uparcie wytrwają do dni ostatnich. Jeszcze kolejnych powstrzymywała groza tego, co mogło ich czekać w pozostałych częściach piekła, gdyż przecież nawet wieczysta nuda lepsza jest od zasłużonej kary.
Zdaniem Alice profesor Grimes miał za co pokutować. Na jego miejscu zostałaby tu jak najdłużej. Tylko jak go odnaleźć w tak nieprzebranym tłumie? Łąki ciągnęły się jak okiem sięgnąć, a nie potrafiła rozpoznać ani jednej ze snujących się po nich dusz. Nawet gdy zeszli już w dolinę i wmieszali się w ciżbę, Cienie pozostały równie niewyraźne i nieokreślone jak oglądane z daleka.
Dziewczyna przyglądała się bacznie wszystkim mijanym umarłym, lecz widziała jedynie rozmyte sylwetki, w znakomitej większości pozbawione oblicz, a na niewielu bardziej wyrazistych twarzach malował się identyczny, kwaśny wyraz zgryzoty. Ponadto nie była w stanie zbliżyć się na tyle, by obejrzeć ich naprawdę dokładnie. Dusze czmychały za każdym razem, kiedy podchodziła, niczym roje komarów umykających przed wymachującą ręką.
- Przypomnij mi, co takiego wykorzystałaś jako kotwicę? - spytał po pewnym czasie Peter.
Jednym z najbardziej palących problemów związanych z każdą wyprawą do piekła było ustalenie kierunku podróży oraz miejsca, gdzie wędrowiec spodziewał się znaleźć duszę, po którą wyruszył. Od zarania czasu umarło bardzo wielu ludzi, a piekło jest, niestety, bardzo rozległe. Rozwiązaniem owej zagwozdki była tak zwana kotwica Dowsinga: element pentagramu, który w powiązaniu z materialnym przedmiotem pozwalał na czasoprzestrzenne zakorzenienie w zaświatach. Wyglądało jednak na to, że kotwica Alice przywiodła ich w miejsce zupełnie nieokreślone.
- Posłużyłam się drobiazgiem z biurka Grimesa. - Dziewczyna potoczyła dokoła bezradnym spojrzeniem. - Tabliczką pamiątkową. Dostał ją w zeszłym roku w Paryżu. Większość nagród wyrzuca, ale tę akurat zatrzymał, więc uznałam, że jest dla niego ważna.
- Kojarzę tę tabliczkę. Jest cała drewniana, prawda? Żadnych złoconych liter?
- Tak, napis jest po prostu wyryty.
Chłopak pokiwał głową, zadumał się na chwilę, po czym podjął:
- Czy mogę coś zasugerować?
- Tak, oczywiście.
- Ale nie chciałbym wyjść na przesadnie krytycznego. - Powiedział to tak uprzejmie, że Alice poczuła ochotę dać mu w łeb.
W kontaktach z nią Peter nigdy nie ważył słów. Zwykle krzyczał: "Alice, ty głupia babo, pominęłaś jeden wers, wszystko spieprzyłaś". A ona odpłacała pięknym za nadobne i wskazywała, że to on pominął kluczowy fragment, po czym wszczynali zaciekłą dyskusję, śmiali się i znajdowali rozwiązanie problemu. Dawniej potrafili się kłócić w taki sposób, że były to kłótnie zabawne. Dawniej potrafili rozmawiać ze sobą szczerze. Ale to było naprawdę bardzo dawno temu.
- Błądzimy razem w piekle - przypomniała. - Sugeruj, co tylko chcesz.
- No więc "Apokryfy" Macedonia mówią, że większość przedmiotów ze świata żywych traci w piekle kierunkową moc - powiedział. - Przepraszam, wypożyczyłem tę książkę, zanim do niej dotarłaś. Nie miałaś prawa wiedzieć. W skrócie chodzi o to, że związek emocjonalny człowieka ze starym przedmiotem jest bardzo słaby w porównaniu z historią samego tego przedmiotu. Tak jak w przypadku takiej tabliczki, która jest w istocie kawałkiem ostruganego drewna. Owszem, obróbka nieco je zmienia, ale drewno pozostaje drewnem. A ludzkie spotkania z takim materiałem są jedynie przelotnymi chwilami wobec jego długiego istnienia.
Kiedy objaśniał to Peter, sprawa wydała się Alice szalenie oczywista.
- Powinnam była o tym pomyśleć.
- Twoja tabliczka mogła nas przyprowadzić w pobliże dowolnego stolarza, jaki kiedykolwiek żył.
- Rozumiem.
- Albo wielbiciela leśnych wycieczek.
- Tak, oczywiście.
- Lub nawet miłośnika drzew.
- Murdoch, do czego właściwie zmierzasz?
- W sumie to bardzo ciekawa kwestia - podjął. - Zagadnienie przestrzennej orientacji piekła. Załóżmy, że Macedonio ma rację i piekielny krajobraz stanowi lustrzane odbicie świata żywych. Co się zatem dzieje, kiedy te światy nakładają się na siebie? Kiedy dochodzi do interakcji dusz z różnych epok i miejsc? Jakiego piekła doświadczają? Zastanawiam się, czy...
- Czy Macedonio podsuwa jakąś odpowiedź? - Alice weszła mu w słowo. Klasyka. Typowy Murdoch. Jeśli mu pozwolić, był w stanie ględzić bez końca i zapomnieć o wyjściowym pytaniu. Petera zawsze o wiele bardziej ciekawiły problemy niż rozwiązania. Cecha ta czyniła go znakomitym naukowcem, lecz nader męczącym współpracownikiem.
- Hm, co? A, tak! Twierdzi, że w takiej sytuacji powinniśmy nakłonić wybranego umarłego, by sam do nas przyszedł. - Peter zsunął plecak z ramienia i uklęknął na ziemi. - Proponuje złożenie ofiary.
Wyciągnął z plecaka trzy przedmioty: paczkę papierosów, plaster lembasa i maleńką, dekoracyjną buteleczkę porto.
- Posiłek - wyjaśnił. - Coś mocno zakorzenionego pod względem czasowym. Widzisz, otóż należy precyzyjnie dobrać dekadę. Inne przedmioty mają bardzo długą historię, ale żywność, poszczególne jej składniki w konkretnych proporcjach, a także trasa, jaką przebyły, żeby do nas dotrzeć, wszystko to wskazuje na bardzo konkretny moment.
Ułożył papierosy w niewielki stosik, posypał go pokruszonym lembasem, a całość skropił winem. Następnie sięgnął po zapałki i podpalił.
Woń wydała się Alice niepokojąco przyjemna, tytoń i w ogóle. Aromat wzbudził w niej skojarzenie z wydziałową świetlicą. Papierki po lembasach, nieumyte kubki, pokryte plamami porto kanapy, wystające z kosza na śmieci wilgotne filtry do kawy. Zapach domu.
Grube smużki czarnego dymu podniosły się i rozwiały w szarym powietrzu. Łąki rozmyły się im w oczach, a tłum zaczął rzednąć. Znikały całe zastępy Cieni, jeden po drugim, aż wreszcie zostali na polu sami.
Na horyzoncie zamajaczył samotny, niewyraźny kształt. Zbliżał się, rozrastał.
- Nie, to niemożliwe - rzucił Peter.
To nie był profesor Grimes. Zobaczyli wydziałowego kota.
Większość wydziałów uniwersytetu w Cambridge posiadała swoje koty, acz lepiej byłoby powiedzieć, że to owe koty posiadały swoje wydziały. Zwierzęta te nie nosiły obróżek, nie sypiały w profesorskich domach ani nie wykazywały się lojalnością czy chociaż sympatią wobec studentów i wykładowców.
Wszyscy wiedzieli jedynie, że pewnego dnia pojawiał się miauczący z głodu kot, a ponieważ nikt nie potrafił odmówić takiemu stworzeniu strawy i napoju, kot zostawał na dłużej i pozwalał się coraz bardziej rozpieszczać, aż wreszcie tworzyła się nowa historia, w ramach której kot okazywał się odwiecznym członkiem instytucji.
Kot Wydziału Magii Analitycznej był zwierzęciem ciemnoszarym, smukłym i zielonookim, obdarzonym przepysznym, puszystym niczym miotełka z piór ogonem i nosił imię Archimedesa. Wedle najlepszej wiedzy Alice Archimedes niewątpliwie pozostawał wśród żywych. Widziała go jeszcze rano, kiedy jak idiota uganiał się za fruwającymi po ogrodzie motylami.
Kucnęła. Archimedes nie przepadał za pieszczotami, lubił za to, kiedy rozmawiający z nim ludzie nawiązywali kontakt wzrokowy. Zapewne miało to jakiś związek z jego poczuciem godności.
- Co ty tu robisz?
Kocur zamrugał, ogon zakołysał się między tylnymi łapami. Obszedł niewielkie ognisko i obwąchał je. Jeśli fakt pobytu w piekle wywarł na nim jakiekolwiek wrażenie, nijak tego nie okazał.
- Koty są zdolne przekraczać granice - stwierdziła dziewczyna półgłosem. - Czytałam o tym! Znają piekielne kręgi, widzą umarłych.
- Skoro tak, to czy możesz nam pomóc? - Peter podszedł do Archimedesa. - Zaprowadzisz nas do Grimesa?
Archimedes przez moment zdawał się rozważać odpowiedź. Na długą chwilę zapatrzył się w płomyki, na tyle długą, iż Alice poczuła wzbierającą w piersi nadzieję. Kocur wyglądał na naprawdę mądre stworzenie, jego spojrzenie niosło w sobie tak wiele znaczeń. Przemierzyłem oceany czasu, mówiły jego ślepia, widziałem świat ukryty.
Moment później zwierzak wzgardliwie zamiauczał i pognał między wydmy.
- Do niczego - obruszyła się Alice.
- Spójrz - rzucił Peter.
Tam gdzie zniknął Archimedes, pojawiły się na horyzoncie cztery postacie. Nikłe, nieśmiałe sylwetki. Żadna nie była równie wysoka ani majestatyczna jak profesor Grimes. Zbliżyły się i promienie nisko zawieszonego, palącego słońca ukazały łagodne, jasne twarze. Niewiniątka. Właściwie jeszcze dzieci. Skórę całej czwórki pokrywały czarne plamy.
- Peter. - Alice spochmurniała. - To chyba nie...
- O rany! - jęknął Peter. - Byłem przekonany, że w tym momencie będą już znacznie dalej.
- Jak widać nie - odparła dziewczyna i przygotowała się wewnętrznie na spotkanie z pierwszymi ofiarami profesora Grimesa.
Przed trzydziestu laty pewien nieudany czar wywołał w Cambridge bardzo opłakane skutki. Zginęła czwórka studentów. Pełniącego wówczas dyżur doktoranta pozbawiono stopni naukowych i odesłano w niesławie do rodzinnego Bristolu. Wszystkie zamieszane w sprawę osoby studiowały pod kierunkiem młodego wówczas profesora Jacoba Grimesa.
Oficjalna uniwersytecka wersja złożyła śmierć całej czwórki na karb pożaru - ściśle rzecz biorąc, nie była to nieprawda, gdyż w efekcie eksplozji spłonęło całe lewe skrzydło budynku. Prochy ofiar odesłano rodzicom wraz z listem zawierającym zapewnienia, iż uniwersytet nie ponosi za tragedię nawet odrobiny odpowiedzialności, a pozywanie go byłoby pomysłem bardzo nietrafionym. Tak się dodatkowo złożyło, że dochodzenie wykazało pewne wady w instalacji gazowej budynku, co pozwoliło uczelni obarczyć winą przepisy i niefachowych budowlańców oraz pominąć kwestię pewnego typu magicznych eksperymentów, mogących skutkować pożarem. W sumie wydział nie odpowiedział za nic. Ot, koszmarny wypadek i tyle.
Nikt jednak nie zadał nigdy pytania, dlaczego profesor Grimes dopuścił do tego, że ogień strawił całe laboratorium. Nikt nie zastanowił się nad tym, że jako człowiek odpowiedzialny nie tylko za rozwój intelektualny, lecz również za bezpieczeństwo studentów, profesor Grimes powinien nadzorować przebieg eksperymentu, a nie zaszywać się za drzwiami gabinetu na drugim piętrze, opatrzonymi groźnie brzmiącym napisem: NIE WCHODZIĆ. (Był z tej tabliczki szalenie dumny; otrzymał ją w charakterze żartobliwego prezentu od kończących studia podopiecznych i przyjął dar, nie wyczuwając sarkazmu). Nikt nawet nie zasugerował, że może, poza prowadzeniem badań, profesor Grimes powinien wypełniać obowiązki nauczyciela. Nie on jeden je zresztą zaniedbywał - wszyscy wydziałowi wykładowcy szli pod tym względem na skróty. W końcu po co niańczyć nieopierzonych studentów, skoro można w tym czasie pracować nad czymś zupełnie innym?
Dlatego właśnie sprawa pożaru nie wywarła na karierę Grimesa żadnego wpływu. Nikt nie był w stanie dowieść, że wina spoczywała na nim. W żaden sposób nie dało się powiązać jego działań z wypadkiem. Przecież nawet go tam nie było. Poza tym przy pracy z magią podobne nieszczęśliwe zdarzenia nigdy nie były rzadkością. Zaledwie dwa tygodnie później sprowadzona z Asyrii zaklęta harfa doprowadziła połowę harvardzkiego wydziału do przypominającej paraliż śpiączki, które to wydarzenie zdecydowanie przyćmiło w plotkarskich kręgach intelektualnych temat pożaru w Cambridge. (Uśpionym nie pomagały żadne znane kontrzaklęcia; lekarstwem okazały się ostatecznie potężne dawki amfetaminy, której odpowiednie ilości zaskakująco szybko dostarczyli doktoranci). Powszechnie rozumiano, że każdy, kto para się magią, wystawia się na poważne ryzyko, w szczególności jeżeli były to badania wizjonerskie i pionierskie, czyli takie, z jakich słynął profesor Grimes. Tak czy inaczej, wina leżała po stronie samych studentów, a ci już nie żyli. Dodatkowa kara nie była potrzebna.
Cienie wciąż się zbliżały. Alice ze zgrozą zauważyła, że ich wygląd odpowiada stanowi ciał w chwili śmierci. Jedno z widm, zjawa dziewczyny, sprawiało wrażenie niemal nietkniętego - znać było tylko kilka zadrapań na twarzy i ramionach. Zgodnie z powypadkowym raportem studentka ta zginęła, dusząc się dymem. Płomienie jej nie sięgnęły. Zdołała doczołgać się w kąt laboratorium, gdzie ukryła się pod ognioodporną płachtą i według strażaków właśnie dlatego znaleziono ją dopiero w niemal godzinę po ugaszeniu ognia. Być może pozostała przy życiu bardzo długo - nikt nie miał w tej kwestii pewności i nikt też o to specjalnie nie pytał. Rodzice dziewczyny wyprawili w Ely pogrzeb z otwartą trumną, na który zaprosili cały wydział. Alice wtedy jeszcze na uniwersytecie nie było, lecz miała niemal pewność, że profesor Grimes na uroczystość nie przybył.
Pozostała trójka naznaczona była potwornymi oparzeniami. Wpatrującej się w zjawy Alice zebrało się na mdłości. Czym innym jest czytać dotyczące umarłych teoretyczne opracowania, a czym innym oglądać ich na własne oczy. Zwęglone kończyny, zastygłe twarze, żuchwy do cna opalone z mięśni, zesztywniałe, wymuszone uśmiechy, w których błyskały odsłonięte zęby. Zdrowy wygląd zachowały jedynie oczy: błagające, pełne żalu, zaintrygowane. Czy mieli w tym stanie spędzić całą wieczność? A może przybrali taką postać wyłącznie na to jedno spotkanie? Literatura dotycząca cielesnego aspektu Cieni była niezwykle skąpa i nie podsuwała konkluzywnych wniosków. Część uczonych utrzymywała, że umarli zostają niejako zakonserwowani w momencie zgonu i nie mają żadnej kontroli nad swoją prezencją. Inni twierdzili, że przeciwnie, mogą ją kształtować dowolnie. Tak czy siak, Alice uznała, że wypytywać o to byłoby nieuprzejmie.
- Dzień dobry - przywitała się ostrożnie. - Jesteśmy z Cambridge.
Widma podsunęły się bliżej. Sprawiały wrażenie podekscytowanych. Alice nie potrafiła odgadnąć, co oznaczają miny spalonej trójki - ci niezmiennie się uśmiechali - lecz na twarzy oszczędzonej przez ogień studentki malowała się szczera radość.
- Szukamy pewnej duszy, która trafiła tu całkiem niedawno - dodał Peter. - Profesora Jacoba Grimesa.
Nietknięta dziewczyna zachłysnęła się głośno, pozostałe Cienie zaszemrały, odgłos przypominał szept wiatru wśród skał.
- Profesora Grimesa?
- Profesor Grimes jest tutaj?
- Grimes?
A więc potrafią mówić. Ich głosy wtórowały sobie wzajemnie niczym echo, każda wypowiedź powtarzała się czterokrotnie, aczkolwiek nieco odmiennym tonem. Alice nie miała pojęcia, czy muszą rozmawiać w ten sposób, czy może po spędzonych wspólnie dekadach wpatrywania się w wieczność ich osobowości zmieszały się ze sobą i straciły indywidualną podmiotowość. Widma wdały się w ożywioną rozmowę, porozumiewając się za pomocą niezrozumiałych kląśnięć i gwizdów. Alice wychwyciła tylko: "Grimes", "niemożliwe" i "Matko Boska!".
- Czy wiecie może, gdzie powinniśmy go szukać? - przerwał im Peter.
- Nadal powinien być Cieniem - odpowiedziała dziewczyna z warkoczami.
- Tak, Cieniem. Chyba że...
- Chyba że!
- Ale tego nie wiemy.
- Nie rozmawia z nami.
- Jest zbyt ważny - wysapał chłopak w okularach. - Przepłynąłby obok nas bez słowa.
- Przepłynąłby.
- Bez słowa.
- On tu naprawdę był - stwierdziła niemal nietknięta dziewczyna. - Widziałam go, ale zniknął tak szybko, że pomyślałam, że śnię. Choć teraz... Tak. Widziałam go. Pomachałam. Przywitał się.
Pozostałe trzy rozemocjonowane zjawy zafalowały, uniosły się i opadły.
- Widziałaś go?
- Przywitał się?
- Dlaczego nic nie powiedziałaś?
- O mój Boże! - Względnie nietknięta zjawa zamigotała i na krótką chwilę przybrała bardziej konkretny, wyrazisty kształt. Alice dostrzegła przebłysk rudych włosów. - Macie pojęcie, jak męcząca jest wieczność w waszym towarzystwie? To było moje własne wspomnienie, coś, co spotkało mnie, tylko mnie, i nie chciałam się tym dzielić.
Pozostałe Cienie drgnęły jakby urażone. Ich irytacja zamanifestowała się pod postacią cienkich smużek szarego oparu, które podniosły się z ich ramion.
- Mogłaś nam powiedzieć.
- Mogłaś.
- Nieładnie skrywać tajemnice.
- Na sekrety będziesz miała całą wieczność.
- Chwileczkę - wtrąciła Alice, rozpaczliwie próbując nie dopuścić, by znów zaczęli rozmawiać między sobą. - Kiedy to było?
- Nie wiadomo - odparł chłopak w okularach. - Tutaj czas nie istnieje.
Pod względem metafizycznym była to oczywista nieprawda, lecz Alice postanowiła nie komentować.
- O czym rozmawialiście? - rzuciła.
- Pytał o drogę. - Nietknięta dziewczyna pociągnęła nosem. - Nie podobało mu się na Łąkach. Chciał się jak najszybciej stąd wynieść.
- A dokąd powinniśmy się udać, gdybyśmy również chcieli się wynieść? - zainteresował się Peter.
Cienie studentów wskazały kierunek. Alice i Peter spojrzeli i zobaczyli. Biała, majacząca w oddali linia - mur lub jakiś budynek, trudno powiedzieć. W każdym razie znaleźli wreszcie konkretny punkt odniesienia, zapowiedź kresu piaszczystej monotonii. Alice była przekonana, że wcześniej nie było tam nic. Wytężyła wzrok i dostrzegła coś, co z dystansu przypominało rojące się wokół kopca mrówki. Cienie, tysiące widm, tłoczyły się w kolejce do tego, co czekało po drugiej stronie białego pasma. Studenci, cała czwórka jednocześnie, wydała z siebie markotne westchnienie.
- Kolejki...
- Strasznie długie!
- Nie sposób się dopchać...
- Gorzej niż po bilety na koncert...
- Byłem tylko na jednym - przyznał chłopak w okularach. - Udało mi się zobaczyć Chordettes. Sterczałem w kolejce bite cztery godziny.
Wyznanie wywołało kolejną falę podekscytowanych szmerów.
- Byłeś na Chordettes?
- Skupcie się - uciął Peter. - Proszę. Czy to jedyna droga do następnego kręgu?
- O tak.
- Każdy musi odstać swoje.
- Nawet profesor Grimes.
- Wszyscy czekają na swoją kolej.
- Nie ma wyjątków.
- Uratujecie go? - Nietknięta dziewczyna pochyliła głowę na bok.
Zaciekawione pytaniem Cienie studentów podszybowały bliżej i w napięciu stłoczyły się wokół Alice i Petera.
- Wyciągniecie go stąd?
- To w celach naukowych?
- Piszecie jakiś artykuł?
Alice poczuła ukłucie współczucia. Zawsze bardzo studentów lubiła, mimo że uwielbiała na nich narzekać. Prawdę powiedziawszy, studentów Cambridge uczyło się niezwykle przyjemnie. Naiwne, pełne wiary stworzenia. Z nielicznymi wyjątkami nigdy nie bywali leniwi ani bezczelni. Wprost przeciwnie. W większości były to radosne, nieukształtowane jeszcze umysły, ludzie, którzy na zajęciach nadal pytali, czy mogą wyjść do toalety, regularnie zapominali o zmianie kolejności działań przy przejściu z matematyki do logiki, którzy przychodząc do niej na dyżur, zaczynali nerwowo dukać, i przedstawiali prace wypełnione niemądrymi formułami w rodzaju: "Oksfordzki Słownik Języka Angielskiego definiuje słuszność jako..." bądź "Rodzaj ludzki boryka się z problemem racjonalności już od zarania czasu". Widywała ich, kiedy po wykładzie tłumnie wpadali do Picka i z zaróżowionymi na mrozie policzkami gawędzili radośnie przy kuflu taniego piwa i porcji rozmokłych frytek, wymachując rękoma, niewprawnie posługując się fachowym żargonem. Obserwując ich, nie raz i nie dwa zadawała sobie pytanie: czy ignorancja nie jest przypadkiem naprawdę źródłem szczęścia?
- Może więc pójdziemy razem? - podsunął łagodnie Peter. - Na was chyba już najwyższy czas, prawda?
Okazało się, że tego akurat proponować nie powinien. Studenci na powrót zbili się w kleistą masę stresu i psychicznego napięcia. Powietrze z nagła przeniknął ostry chłód. Alice poczuła na ramionach gęsią skórkę. Postanowiła to spostrzeżenie zapamiętać. Zdenerwowane Cienie potrafią wpływać na stan atmosfery.
- Boję się - wykrztusiła wreszcie zjawa nietkniętej dziewczyny.
Pozostali poparli ją zapalczywymi skinieniami.
- Ale czego? - zdziwił się Peter. - Przecież wszyscy jesteście tacy... Znaczy jestem pewien, że nie macie na sumieniu poważnych grzechów.
- Nie o to chodzi. - Cienie gwałtownie pokręciły głowami.
- Boimy się przejść na drugą stronę.
- Boimy się nie móc...
- Boimy się Lete.
- Boimy się zapomnieć...
- Stać się...
- Boimy się zostać kim innym.
- Przecież to tylko zwykła reinkarnacja - zauważył Peter. - Nie będziecie niczego pamiętać.
- Otóż to. Byliśmy magami - powiedział chłopak w okularach. - A jeżeli przejdziemy...
- Wtedy już nie będziemy magami.
- Żartujecie chyba - skwitował Peter, demonstrując swój klasyczny niedostatek taktu.
Alice stwierdziła w duchu, że Murdoch jest po prostu niemądry. Oczywiście, że Cienie się bały. Umarli nierzadko błąkali się po Asfodelowych Łąkach długie lata - dziesięciolecia całe - zanim decydowali się wreszcie podjąć próbę reinkarnacji. Utrata osobowości stanowi przerażającą perspektywę. Kim bowiem jest człowiek pozbawiony wspomnień, całej swojej historii, relacji z innymi ludźmi, pozycji społecznej? Co, jeśli następne wcielenie okaże się znacznie gorsze od poprzedniego, dopiero co zakończonego życia?
Nie ma znaczenia, że w teorii dusza dysponuje nieskończoną liczbą wcieleń, a w związku z tym nieskończenie wieloma okazjami na zaznanie rzeczy dobrych i złych. Reinkarnacja postrzegana z perspektywy subiektywnej niczym nie różni się od śmierci. Co więcej, reinkarnacja zawsze jest loterią. Alice świetnie rozumiała, dlaczego studenci wolą nie ryzykować.
- Ledwie co liznęliście życia - podjął Peter. - Czeka was jeszcze tak wiele. Naprawdę nie macie ochoty spróbować ponownie?
Widma zadygotały.
- Ale magia...
- Ale Cambridge...
- Tron i stolica intelektualnego świata - powiedziała względnie nietknięta dziewczyna. - Niewiarygodny przywilej.
- Nasza decyzja to jedyny racjonalny wybór - oświadczył chłopak w okularach.
Odezwał się tonem tak autorytatywnym, że pozostali studenci błyskawicznie się cofnęli, jakby udzielając mu zgody na wystąpienie w imieniu całej grupy. Dalej mówił niższym już głosem, z iście profesorską gestykulacją.
- Widzicie, biorąc pod uwagę liczbę ludności Ziemi, istnieje przytłaczająca wręcz szansa, że odrodzimy się jako ludzie żyjący poniżej poziomu ubóstwa. Większość mieszkańców świata nie uczęszcza do żadnej szkoły, o Cambridge nie wspominając. Bezmyślnym życiem żyć człowiekowi nie warto, jak powiada Sokrates. Tak więc dążenie do reinkarnacji jest zwykłym hazardem, grą, której wynikiem z olbrzymim prawdopodobieństwem będzie życie niewarte przeżycia. W następnym wcieleniu moglibyśmy się odrodzić jako... nie wiem... ktoś harujący na chińskim polu ryżowym.
- Albo dojący krowy w Arkansas - wspomogła kolegę względnie nietknięta dziewczyna.
- Albo kopiący diamenty w Afryce.
- Słuchajcie - wtrąciła Alice. - Odnoszę wrażenie, że dopuszczacie do głosu uprzedzenia i...
- Albo jako idiota.
- Idiota! - Czwórka Cieni zgodnie zadrżała; zjawy przypominały roztrzęsioną galaretę. - Cóż za potworność! Nie być inteligentnym!
- A co, jeśli nigdy nie nauczyłbym się czytać i pisać? - jęknęło żałośnie jedno z widm.
- Ale przecież już teraz nie żyjecie. - Sprawy zaszły stanowczo za daleko. Alice doszła do wniosku, że musi interweniować. Studenci zachowywali się w ten sposób bardzo często, nakręcali się wzajemnie, podsycali w sobie błędne przekonania, czynili sobie w głowach mętlik tak wielki, że jego rozwikłanie wymagało od wykładowcy dwukrotnego nakładu wysiłku. - Trafiliście do piekła. Gorzej już chyba być nie może?
- Teraz jesteśmy martwymi magami - przypomniał chłopak w okularach. - To spora różnica.
- Żadna różnica - rzucił Peter. - Tak czy inaczej, musicie tkwić tutaj.
- Ale wy? Co wy tu właściwie robicie? - spytała oszczędzona przez ogień dziewczyna. - Dlaczego zeszliście do piekła?
Jej towarzysze ochoczo podjęli tę linię rozmowy.
- Po co?
- Właśnie, po co przyszliście?
- Połowa życia...
- Cena...
- Cena!
- Z nami jest inaczej - zauważyła Alice. - My wciąż możemy być magami potem. Dlatego warto.
- Ach - rzuciła dziewczyna. Po czym zastosowała najbardziej drażniący na świecie chwyt erystyczny. Zgodziła się, zarazem dając tonem jasno do zrozumienia, że uważa stanowisko drugiej strony za skończony kretynizm. - Skoro tak, to w porządku.
Pozostali studenci milczeli. Czy musieli cokolwiek dodawać? Wpatrywali się w Alice bez słowa, z identycznie krytycznymi minami. Po chwili ich sylwetki zasnuła mgiełka, aż wreszcie stały się ledwie widocznymi światełkami i ostatecznie rozpłynęły się w nieruchomym powietrzu.
- Rany - westchnął Peter. - Odnoszę wrażenie, że właśnie kazali nam się odpieprzyć.
- Oj tam. Nie przejmuj się - mruknęła poirytowana Alice. Ogarnął ją nieokreślony niepokój i nie chciała już dłużej myśleć o studentach. Piekło jest pełne drobnych tragedii. Nie ma sensu roztrząsać akurat tej. - Zmądrzeją. Mają na to całą wieczność.
Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.