ROZDZIAŁ I
WITAJCIE W PIEKLE
Dzieci nie gazowano w krematorium. Nie było pieca ani cyklonu B. Nie strzelano im w tył głowy jak Sowieci polskim oficerom w Katyniu. Ale znęcano się nad nimi fizycznie i psychicznie. Regularnie bito i głodzono. Strach przenikał powietrze i rozpuszczał się w nim jak cukier w szklance herbaty. "Nie było gazu i krematorium, bo nie były potrzebne. Zabijano nas głodem, pracą, biciem i mrozem", mówi w książce Mały Oświęcim ocalały Jerzy Jeżewicz. Gertruda Skrzypczak (nazwisko panieńskie Nowak) nie ma wątpliwości: "Dzieci w Oświęcimiu były lepiej traktowane niż w obozie na ulicy Przemysłowej. Za byle co były kary". "Obóz w Łodzi był o wiele gorszy niż dla dorosłych" - ocenia Leokadia Dzbanuszek. Jak to tłumaczy? "Byłyśmy pozostawione same sobie (...). Łatwo się było wykończyć". Z Polen-Jugendverwahrlager der Sicherheitspolizei in Litzmannstadt przewieziono ją do obozu koncentracyjnego Ravensbrück. Tam dostawała margarynę, marmoladę... Jedzeniem była zachwycona. W Łodzi "był tak straszny głód, że Ravensbrück wydawał się czymś nadzwyczajnym".
Maria Bar-Małocha ma odmienne przemyślenia: "Po Oświęcimiu ten obóz to był raj". Stanisława Krysińska mówi w tym samym tonie: "W Oświęcimiu było gorzej niż w Łodzi". Obie mogą je porównywać, bo nosiły pasiaki w Auschwitz. Po ukończeniu szesnastego roku życia wiele dzieci odsyłano do obozów koncentracyjnych dla dorosłych, także Marię z Mosiny, która zimą 1944 roku trafiła z Łodzi do Ravensbrück.
Obóz koncentracyjny?
"Za tym, że był to obóz koncentracyjny, jest tyle argumentów, ile przeciwko" - powiada profesor Przemysław Waingertner, historyk z Uniwersytetu Łódzkiego. Dziesiątki lat temu katowicki adwokat doktor Roman Hrabar z Głównej Komisji Badania Zbrodni Hitlerowskich w Polsce, biegły w śledztwie dotyczącym Polen-Jugendverwahrlager, nie miał wątpliwości: "Obóz przy ul. Przemysłowej w Łodzi był obozem koncentracyjnym w takim znaczeniu, w jakim określa obozy koncentracyjne prawo międzynarodowe, orzecznictwo norymberskie i nauka, z tym tylko, że był on przeznaczony dla małoletnich narodowości polskiej poniżej lat szesnastu".
Funkcjonariusz niemieckiej policji kryminalnej Józef Borkowski, obozowy fotograf, uważał, że to nie jest obóz dla dzieci bezdomnych, niemających opieki, tylko "najzwyklejszy obóz koncentracyjny". Tak też klasyfikował go w jednym z dokumentów obergruppenführer SS Oswald Pohl. Wśród piętnastu obozów koncentracyjnych, które przejął pod swój zarząd, wymieniał między innymi Auschwitz, Buchenwald, Dachau, Gross-Rosen, Mauthausen, Ravensbrück i cztery obozy specjalne dla młodzieży. Wśród nich Jugendschultzlager Litzmannstadt. Ale ostatecznie włączono go pod nadzór niemieckiej policji kryminalnej w Łodzi, która podlegała gestapo.
"To są dzieci przestępcze, bić i jeszcze raz bić, nie litować się, przemawiać do nich tylko kijem!" - zalecał komendant Hans Heinrich Fuge. Sumiennie realizowano jego rozkaz.
"Fuge chodził zawsze butny, nadęty i wyniosły, o spojrzeniu ponurym, uzbrojony w pistolet, a w ręce nosił grubą lagę, którą każdego przechodzącego Żyda musiał uderzyć" - tak opisywał komendanta były więzień Józef Witkowski, autor książki Hitlerowski obóz koncentracyjny dla małoletnich w Łodzi. Jan Krawczyk dodawał: "Fuge miał szczękę zawieszoną na klamrach i te zęby mu kłapały. Do końca życia będę pamiętał jego i te zęby". Niektóre dzieci miały poczucie, jakby był wilkiem z Czerwonego Kapturka. Ale to nie była baśń. Wybierając z szeregu więźniarki do folwarku w Dzierżąznej, zapytał trzynastoletnią Marię Delebis, ile ma lat. Za to, że zaniżyła swój wiek, złapał ją za włosy i uderzył. "Wpadłam twarzą w błoto".
Cegłą w potylicę
Podczas rozbiórki starych fundamentów piętnastoletni Jan Woszczyk widział, jak Hans Fuge bezszelestnie podszedł do jego dwunastoletniego kolegi. Ruchem ręki nakazał ciszę tym, którzy go dostrzegli, a gdy znalazł się tuż za plecami kolegi, "podniósł z ziemi cegłę i uderzył go w potylicę. Chłopiec przewrócił się martwy na ziemię, a Fuge począł butami go deptać. W wyniku zmieszania ciała z ostrym kamienistym podłożem zmiażdżył mu głowę. Po tej zbrodni stanął z boku i zaczął się histerycznie śmiać. Powiedział, że wszystkich próżniaków czeka to samo".
Inni esesmani nie byli lepsi. Wiosną 1944 roku Jan Woszczyk padł ofiarą wachmana Minikla (trudno ustalić jego imię), pozbawionego lewej ręki. Ale prawą miał wyjątkowo ciężką. Spadała na karki więźniów jak młot kowalski. "Pobił mnie do nieprzytomności deską z gwoździem, przebijając mi krtań i wybijając zęba oraz łamiąc butem szczękę. Rozbił mi głowę rękojeścią pistoletu - dawał świadectwo Jan Woszczyk. - Nosił przy sobie bat w oprawie skórzanej z drutem w środku, którym również mnie pobił. Koledzy później opowiadali mi, że w czasie bicia kał, mocz i krew pryskały na wysokość trzech metrów. Uczestniczył w tym kapo obozowy Marian Fagas, kopał mnie drewniakami i bił kijem".
O esesmanie bez ręki opowiadał też, mający w obozie dziewięć lat, Jerzy Skibiński. Przechodził kiedyś z noszami obok pompy z dwoma wielkimi kołami do kręcenia. Przy każdym kole pracowało trzech, czterech więźniów. Pilnował ich Niemiec uzbrojony w bat. "Nie był to normalny pejcz, lecz bat, jakiego używają pogromcy dzikich zwierząt w cyrku. Batem tym bił, jego zdaniem zbyt wolno pracujących więźniów, po gołych plecach. Po uderzeniu na skórze delikwenta zostawała długa krwawiąca pręga".
Pewnego dnia dwóch chłopców miało dyżur przy wylewaniu nieczystości z kibli. "Chłopiec poszedł po kij, aby wyrzucić z kibla gęste, i padł strzał, zaświecił reflektor i padł drugi strzał. Chciałem zobaczyć, co z nim jest. Schowałem się w ubikacji i Niemcy mnie pobili, i obudziłem się u nich na dyżurce. Ja poszedłem z Niemcem, aby wylać mocz. Dostałem śniadanie i zachciało mi się oddać kał. Nie miałem gdzie i zrobiłem na drzwi. Przyszedł August z Pol i zauważył kał. Wszedł mi na pierś. Kazał mi rękami zebrać kał do miski. Ryknął na mnie: "Fressen!" (żryj). August to krzyknął. Uderzył mnie drugi raz i wtedy pani Pol nachyliła mi głowę, trzymając za kark i kiwając drugą ręką, wołała: "Fressen!"".
Leokadia Dzbanuszek widziała, jak dziewczynka wyjmowała z kotła bieliznę. "Nie mogła sobie dać rady. Pol na nią krzyczała i wreszcie wepchnęła ją do kotła. Nie wiem, co się stało z dziewczynką, bo więcej jej nie widziałam (...). Z tego strachu uciekłam z pralni". Dzbanuszek kilka razy podkreślała w zeznaniach, że jest tego pewna: "Pol ją popchnęła, widziałam to na własne oczy". Nie ma jednak pewności co do imienia ofiary: "Chyba na tę dziewczynkę wołano Stenia". Zeznając przed sądem jako dorosła kobieta, była już schorowana, po dwukrotnym wstrząśnieniu mózgu.
Za polskość, za rodziców
Ewa Gauss miała pięć lat, a jej brat Andrzej był o rok starszy, kiedy przewieziono ich z Poznania do łódzkiego obozu. Dla Niemców byli terrorystami jak ich rodzice. Ojciec zginął na początku wojny, a matkę, Marię Gauss, gestapo aresztowało za działalność w ruchu oporu i rozstrzelało w styczniu 1943 roku w Forcie VII w Poznaniu. Dzieci zostały w domu bez opieki, przetransportowano je więc do Polen-Jugendverwahrlager, do bloku dla dzieci najmłodszych: od dwóch do ośmiu lat.
Dwunastoletni Janusz i dziewięcioletni Romuald Witkowscy byli dla Niemców terrorystami. "Terrorystą" bowiem był ich ojciec Stanisław, kelner w Cafe Sim przy Wilhelmstrasse (Aleje Marcinkowskiego) w Poznaniu, który należał do najbliższych współpracowników doktora Franciszka Witaszka, kierującego podziemną organizacją Związek Odwetu Okręgu Poznańskiego, działacza Związku Walki Zbrojnej. W Cafe Sim przeprowadzono akcję przeciwko pięciu wysoko postawionym oficerom hitlerowskiego wywiadu, których przerzucano z Francji na front wschodni. Kelnerzy Stanisław Witkowski i Hieronim Schoepke dosypali im do kawy śmiertelne dawki trucizny. Po kilkudziesięciu godzinach u oficerów Abwehry doszło do zatrzymania akcji serca. Na Stanisławie Witkowskim Niemcy wykonali karę śmierci, a jego synów torturowali na gestapo, wreszcie wywieźli do Polen-Jugendverwahrlager w Łodzi. Więźniarkami tego obozu zostały także córki Franciszka Witaszka - Alodia i Daria - które potem trafiły do Niemiec, gdzie miały być germanizowane. Samego doktora Witaszka powieszono, a następnie odcięto jego głowę i włożono do słoja z formaliną. Na naczyniu napisano: "Kopf eines intelligenten polnischen Massenmorders" ("Głowa inteligentnego polskiego masowego mordercy").
Tak samo jak Janusza i Romualda Witkowskich Niemcy potraktowali rodzeństwo Jerzego (dziesięć lat), Wojciecha (osiem lat) i Gertrudę Papieżów, których rodzice także zostali aresztowani za przynależność do ruchu oporu. Gertruda w chwili aresztowania - 10 września 1943 roku - nie miała trzech lat. Do ich ukończenia brakowało jej dwóch miesięcy. Z czasów łódzkiego obozu nic nie pamiętała. Pozostał jej tylko lęk przed nieokreślonym.
Więźniowie z Mosiny, z grupy witaszkowców, byli w obozie nazywani dziećmi zbrodniarzy. Z ich zeznań wynika, że "stała przed nimi perspektywa dożywotniego przebywania w obozie".
Za sznurowadła
Na przełomie maja i czerwca 1943 roku we wsi Gródek Nowy, powiat pułtuski, został przerwany drut telefoniczny, ale może w wyniku silnych podmuchów wiatru sam się zerwał? Niemcy jednak uznali to za sabotaż. Nie mogli ustalić sprawców - a sprawca zawsze musiał być (sic!) - zatem aresztowano dzieci, które w pobliżu pasły krowy. Tak do łódzkiego obozu trafili: Eugeniusz Siennicki ze stryjecznym bratem Henrykiem, Jan Łukasiak i Kazimierz Biernacki. Mieli od dziewięciu do dwunastu lat.
Jedenastoletniego Tadeusza Heigelmana zatrzymano we wrześniu 1943 roku bosego i w koszuli. Jego ojciec po kampanii wrześniowej trafił do Anglii. Matka, aresztowana za działalność w ruchu oporu, nie podpisała folkslisty. W areszcie byli już od dziesięciu dni jego obie babcie i wuj (wszyscy potem zginęli w obozach koncentracyjnych) oraz siostra Jadwiga (wywieziono ją z Tadeuszem do Polen-Jugendverwahrlager w Łodzi).
Teresa Stefaniak: "Nie chciałam chodzić do szkoły - uciekałam i dlatego mnie zawieziono do obozu". Emilia Mocek (Kamińska) z Poznania także nie chciała się uczyć. "Ponieważ bili mnie niemieccy nauczyciele oraz zamieszkali w pobliżu Niemcy zrzeszeni w Hitlerjugend. Nauczyciele bili mnie z tego powodu, że miałam trudności w opanowaniu języka niemieckiego". Gertruda Skrzypczak (z domu Nowak): "Zostałam zabrana jako dziecko rodziców politycznych". Wielokrotnie słyszała, że dzieci z Poznania, córki i synowie witaszkowców, "poszły do obozu za winy ojców".
Rodzice Bronisława i Gertrudy Weinholdów nie chcieli podpisać folkslisty. Alicja Molencka-Gawryjołek roznosiła gazety wśród członków Armii Krajowej. Donatę Matuszak zatrzymano po aresztowaniu ojca. Zofia Szope mieszkała z rodzicami we Francji w Lotaryngii. Jej ojciec nie chciał podpisać folkslisty. Irenę Herdę (z domu Kucharską) zatrzymano podczas łapanki w Bielsku. A Mariannę Kowalewską za pobicie niemieckich dziewczyn. Zenona Źródlaka ukarano obozem za podbieranie kartofli z kopca niemieckiej gospodyni. Wiele dzieci uwięziono za to, że handlowały na ulicach i w tramwajach. Halina Knap (z domu Hazelmajer) sprzedawała agrafki, Maksymilian Kołodziej - grzebienie i sznurowadła, Helena Sznerch - spinki, Irena Bogacz (Hardyn) - ciastka, a Wacława Kiziniewicz (z domu Sośnicka) - kartofle i papierosy. Ośmioletni Jerzy Tomczak sprzedawał gazety. "Byłem zaszokowany. Wzrastał we mnie bunt przeciwko pozbawieniu mnie wolności".
Wśród więźniów było wiele rodzeństw. Jak Teresa Owczarzak z domu Seemann (numer obozowy 31) i jej dwie siostry: Jadwiga (30) i Maria Barbara (29).
Pierwsze dni niewoli
Codziennie docierały nowe transporty. Dzieciom przydzielano drelichy i chodaki. "Dziewczynki chodziły ubrane w szare sukienki i szare z tego samego materiału wdzianka. Na nogach trepy. Jeżeli któraś miała pończochy swoje, to je nosiła, a jeżeli nie, to chodziła bez pończoch. Dano nam, dziewczętom, reformy z płótna sztywnego. Chłopcy chodzili w takich ubraniach z materiału jak nasze sukienki, nosili do tego szare furażerki na głowach. Dziewczętom pracującym w kuchni dawane były chustki na głowę" (z zeznań Marii Andryszczak, z domu Pawłowskiej).
Donata Matuszak trafiła na Przemysłową z transportem więźniów w październiku 1943 roku. Do obozu przyjechali nocą. Jej pierwsze wrażenia: "Postawili nas pod domem z rękami do góry (...). Jakiś chłopak nie podniósł i został uderzony". Dostali bieliznę i ostrzyżono ich na glacę. Maria Gapińska wraz z innymi dziećmi akowców na powitanie usłyszała, że są polskimi świniami i że ich raz-dwa nauczą niemieckiego.
Trzynastoletnia Gertruda Nowak-Skrzypczak tak zapamiętała pierwsze chwile w obozie: "Ustawiono nas w szeregu i jeden z esesmanów powiedział, że będzie nam tu dobrze. W tym momencie jeden z chłopców poruszył się w szeregu i tenże esesman uderzył go w twarz, a gdy ten się przewrócił, kopał go, wrzeszcząc niesamowicie". Od początku wpajano im reguły postępowania: mają stać na baczność i ze zdjętym nakryciem głowy przed "wychowawcami", jak kazali się nazywać wachmani. "Zaproszono nas na sztubę, gdzie powitały nas milczeniem gnieżdżące się na pryczach dziewczęta. Widok był niesamowity: w bladym świetle zobaczyłam wynędzniałe postaci o trupio bladych twarzach z ogolonymi głowami".
Jeden z tych "wychowawców", fotograf Józef Borkowski, zapytał Gertrudę Nowak-Skrzypczak, dlaczego jest taka pogryziona. Jaką znów zarazę przywozi z wolności? "Pogryzło mnie coś w obozie" - odpowiedziała. "Natychmiast uderzył mnie w twarz tak, że upadłam, a leżącą zaczął mnie kopać".
"Wychowawczynie" Sydonia Bayer i Eugenia Pol wypytywały dziewczynki, "za co siedzą". Dzieci były przerażone i ogłupiałe. Mówiły zgodnie z prawdą, że nie wiedzą. "Wówczas "wychowawczynie" biły nas kijami, krzycząc: "Wy polskie świnie, wy bandytki, nie wiecie, za co siedzicie?!". Biły nas nie tylko dozorczynie, ale także starsze dziewczęta, które były funkcyjnymi". Po kilku dniach przydzielono Gertrudzie Nowak-Skrzypczak pracę w szwalni. "Majstrowa, choć surowa i wymagająca, nie biła mnie nigdy" - to zdanie potwierdza bezstronność jej opisu.
CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI
PEŁNY SPIS TREŚCI:
PRZEDMOWA
ROZDZIAŁ I. WITAJCIE W PIEKLE
ROZDZIAŁ II. ANIOŁ ŚMIERCI
ROZDZIAŁ III. POL ZNOWU POLKĄ
MOTYL Z WACHMANKI