Kastor i Polluks - Maciej Bobula

-
Proszę czekać

Rozdział I

Skąd ty?

Podziwia go wiejska gromada, ukochany świat Le Naina: dostojny starzec, dwaj rezolutni młodzieńcy, kobieta ze swoim przychówkiem. Dwoje ciekawskich dzieciaków i pies, bez którego życie na wsi jest głupie, koczują na podłodze, a może raczej na klepisku, tuż przy stole nakrytym prostym obrusem.

- Ryszard Przybylski, Ogrom zła i odrobina dobra

I jak nie grzmotnie, jak nie huknie, nie łupnie:

GRUMUMMMMBRRRRRRRRRRRRRRRRRRRRRRRRRRRRRRRRRRRRRR.

Powiedziałby kto, że to grzmot przeszył niebo na wskroś, ale nie, to wcale nie było to, było zupełnie inaczej, to niebo przeszyło ziemię i zeszło u nas, w Szwederswie, na glebę, i otworzyło swoje podwoje, to jest zamieszkało między nami. O tym, jak to się wszystko stało, zaraz opowiem, dajcie mi tylko wiary piędź, a zaraz moje jedno oko, którym to wszystko widział z poziomu najwyższej we wsi topoli, wyjmę i nim przed wami poświadczę. A oko drozda jest jak słowo honoru, wierzajcie mi. A było to tak, że zaraz po tym zniebazstąpieniu Kastor obłąkańczo pomknął przed siebie, popędził przez wieś, jakby kto w niego kamieniami cisnął; jakby przed oczami wisiało mu pęto świeżej kiełbasy; jakby na wysokości metra mniej więcej torowała mu drogę sunąca nisko nad ziemią jaskółka, a on próbował wbić się w wydrążony przez ptaka powietrzny tunel, zanim ten nieodwracalnie zamknie swój właz przed kimkolwiek. Ale żadnych widzialnych kamieni, żadnej kiełbasy i jaskółki tam nie było, jeno cisza po grzmocie i kłęby kurzu, które unosiły się spod tylnych łap Kastora. Gdzie pędził i po co, deliberowała niejedna dusza we wsi, niejedna z tych - gdyby na rzecz spojrzeć holistycznie, z punktu widzenia mknącej właśnie nad wsią, prawdziwej tym razem, jaskółki - małych postaci, które to tuż po obiedzie wyszły przed drzwi swoich chałup, żeby sprawdzić, czy nie trza czego pochować do domu albo szopy, bo oto wielkie i skłębione atramentowe obłoki na horyzoncie płynęły od północy, od Puszczykowa-Zdroju, a chwilę temu Altheide Bad. Chmury takie, kiedy ciągną właśnie stamtąd, znad wód, niemal zawsze przynoszą ze sobą mniej lub bardziej plenny opad, tyle już ci nowi osadnicy zdążyli się wywiedzieć względem prognozy pogody na tym spłachetku, tyle potrafili z tego nieba, z tych chmur wywróżyć. Tym razem jednak, inaczej niż zazwyczaj, pierzaste cumulonimbusy miały nie przynieść aż tak ciężkiej i długotrwałej ulewy, co też mocno tego samego dnia zdezorganizowała wiosenne prace polowe, bo kto zszedł z zagonu, a zeszli niemal wszyscy, nic w polu tego dnia już nie zrobił. Tak im pokrzyżowały szyki te złowieszcze augurie.

Pies gna jak potępiony, jakby próbował umknąć kolejnemu grzmotowi z przeświadczeniem, że to już ostatni przed podziałem na zgrzytających zębami i śpiewających psalmy, jak błysk przed oczami miga kolejnym domorosłym meteorologom, którzy zachodzą w głowę, co za licho puściło ową teutońską sabakę w tak prędki ruch. A skoro bywa, że jeden mechanizm wprawiony w ruch wprawia weń i inne, tak z furkotem tych psich łap ruszył mechanizm myśli, myśli ciężkich zazwyczaj i pokłębionych jak te cumulonimbusy nad głową Józka Hylińskiego, który wyszedł z domu, bo niby deszcz, i tak też powiedział domownikom, że sprzęty pochować trza, że plandeką worki z owsem zaciągnąć, co z tego, że ten już zgniły, worki zmoknąć nie mogą, ale tak naprawdę miejsca sobie nie mógł w domu znaleźć, bo do żony jego, Bronisławy, przyszła Alina Konopko pomóc z ciastem dla księdza, bo przecież wszyscy go tu hołubili, tego pasterza zagubionych owieczek na odzyskanym śmietniku, spoiwo wszystkich tych zewsząd tu naszłych włóczęgów i powsinogów. Zresztą on sam też do nich przyszedł do domu. Nie mógł Józek znieść tego ich trajkotania babiego, przetykanego uczoną gadaniną natchnionego wielebnego, więc wyszedł i po obejściu podwórka, zasnuciu trzech esów od studni do chlewu, od chlewu do szopy, od szopy do progu, przysiadł na stopniu i próbował wyjąć z trzewika ten kamień, co tak mu całe przedpołudnie uprzykrzał życie, za żadne skarby znaleźć go nie mógł, i teraz dłubał w bucie dłutem, niemniej dalej nic, spocił się tylko z tego wszystkiego, bo duchota taka zstąpiła, że na czole, jak bąble, pojawiły się krople potu i zaraz zaczęły spływać rowkami, wyżłobieniami w pomarszczonej twarzy Hylińskiego i kapać na próg, jakby zapowiadając ten deszcz, który wnet miał przyjść. Kiedy w końcu wydawało się, że Józek trafił na trop kamienia, bo czubkiem dłuta delikatnie podważył wybebeszone wzmocnienie zapiętki i przyuważył tam coś małego, ciemnego i okrągławego, wtedy właśnie po szutrowej drodze przed jego domem przebiegł Kastor, zostawiając za sobą rumor tej pojedynczej kawalkady, dźwięk odbijanych ciężko od ziemi łap i długich, miarowych susów.

Co za znowu diablisko przybrało postać tego przeklętego psa?, myśl ta jak błysk przetoczyła się przez głowę Hylińskiego, z twarzy spuściła kolejną kroplę potu, która spadła na glebę.

Wtedy też dłuto, jak gdyby wykorzystując chwilę jego nieuwagi, obsunęło się po powierzchni łaty ze skóry, wzmacniającej zapiętkę, i owo małe, okrągławe coś, co ledwie zobaczył, gdzieś zniknęło, bo kiedy znów otworzył tę dziurę i na powrót w niej pogrzebał głęboko, aż dodźgał się tym dłutem do samego obcasa, kamienia jak nie było, tak nie było.

Bóg mi nie sprzyja, pomyślał i cisnął dłuto na ścieżkę prowadzącą do domu, a dłuto odbiło się z dźwiękiem, bo mało kto to wiedział, ale pod spodem tkwiły płyty nagrobne, co utwardzały podejście przed prógiem, a i próg był granitowy. Zaraz też splunął Józek siarczyście, jakby Bogu na pohybel. Po tym, co widział w czasie wojny, miał poczucie, że Ociec w niebiesiech nie sprzyja już nikomu, że wbrew naukom ojców i dziadów światem niepodzielnie rządzi diabeł, i gdy nikt nie patrzył, Józek sam zaczął się do diabła przymilać, zapalać mu ogarek. Pokiwał ciężko głową sam do siebie i spojrzał w kierunku umykającego Kastora, tam zaś zobaczył złowieszczy tuman, ciężko unoszący się nad traktem, wielki kołtun kurzu kotłujący się aż po koronę topoli, znak, że pan ciemności słucha Józka. Strwożył się na to lekko i już miał wracać do środka, ale zza drzwi usłyszał głos księdza:

- A jego miłosierdzie trwa na wieki.

Odbił więc z progu i ruszył do szopy, gdzie tuż po przyjeździe nawiedziła go kamienna twarz zastrzelonej przed rokiem siostry. Gorzko wtedy zapłakał.

Z tej przeklętej wsi to nic, tylko właśnie tak jak ten kundel, pogonić w cholerę, psia jego mać. Ale jak, skoro życie się tu spędziło całe? Taki pies to wie, dokąd, ja nie wiem, kilka domów dalej pomyślał rzeźbiarz i kamieniarz, największy biblista w okolicy, Reinhold Wolf, i obejrzawszy się wokół siebie, czy nikt go nie widzi, wyszedł na drogę, żeby popatrzeć, jak Kastor brnie tym niewidzialnym korytarzem ku tej granatowej, skłębionej kipieli, szpulce z namotaną watą, która majestatycznie wisiała na końcu drogi i zapierała w piersiach dech, napawała grozą.

- Wszelkie ciało jest trawą - wycedził pod nosem i popatrzył na czarny od uderzenia młotkiem paznokieć.

I wszelki wdzięk jego jak gdyby kwiat polny! Usycha trawa, kwiat więdnie, gdy tchnienie Jahwe ich dotknie. Tak, trawą jest naród. Usycha trawa, kwiat więdnie, lecz słowo Boga naszego trwać będzie na wieki!, tych następujących kilku zdań już nie wypowiedział, a jedynie pomyślał je, kiedy patrzył na stary dom wybudowany rękami jego dziadków w 1864 roku, budowany z bala i murowany czerwoną cegłą, dach dwupołaciowy, pokryty drewnianym gontem, i znów zarezonowało w nim tą Biblią, tymi wersami, od których już się nie mógł uwolnić, i recytował je, poruszając przy tym ustami, jak gdyby jadł tę gorycz, która właśnie go trawiła:

- Rozpada się moje mieszkanie, zostaje mi odebrane jak gdyby namiot pasterski. Jak tkacz - zwijam nić mego życia, On mnie odcina od przędzy. Od brzasku dnia aż do nocy, do kresu mnie przybliża.

Poprzedniej nocy obudził się nagle i pierwszym, co wypowiedział, mimowolnie, jakby kto przez niego mówił, było:

- Gdzie są oczy ojca, żeby to wszystko zobaczyć, gdzie jego głos, żeby lamentować, jak nam tu jest źle?

Rozejrzał się wtedy po pokoju, w którym spał, światło rogatego księżyca wlewało się do izby obficie i oświetlało ścianę z obrazem Jezusa idącego z uczniami przez zboże, Reinhold wbił wzrok w ten obraz i go nie rozpoznał, obrazu ani Jezusa, i strwożyło się w nim serce, bo nie wiedział, gdzie jest, co to są za przedmioty, kim jest ten człowiek, czy już go wygnano na wieczne potępienie? Nie, jeszcze jestem u siebie, skonstatował po chwili, ale ten pokój, ten stół w nim, obraz, Jezus, szafa, to krzesło, jakby coraz mniej już jego, jakby jakaś zewnętrzna siła powoli nadrywała tę więź, która łączyła go z przedmiotami jego i jego przodków, towarzyszami ich długiego i krótkiego życia. Popatrzył na zdjęcie, które wyjął spod poduszki, na twarz żony, Anny, ledwie ją widział, ale rozpoznał bez trudu, wystarczył mu kontur, zarys i już wiedział, upewnił się, że ona wciąż na tym zdjęciu jest, że nie zniknęła jak te twarze na portretach nagrobkowych, czasem zatarte do granic rozpoznawalności. W jednej dłoni trzymał zdjęcie, w drugiej ściskał swojego Lugera, z którym od jakiegoś czasu nie rozstawał się, zawiniętego w ścierkę i wciśniętego w wewnętrzną kieszeń marynarki. Chwycił za spust, wziął głęboki wdech i wtedy ni stąd, ni zowąd przypomniał mu się dziadek, ten sam, który wyrządził mu tyle krzywd.

Reinhold wypierał je przez lata, ale im bardziej wypierał, tym mocniej wracały, i teraz miał go przed sobą wyraźnie, jak na seansie filmowym, kiedy - jako siedemnastoletni chłopak - widział go jeden z ostatnich razów, tuż przed śmiercią dziadka w 1900 roku. Gdyby stary nie umarł, pewnie sam byłby go w końcu zabił.

Twarz przodka, którą widział przed sobą, była obłąkana, oczy rozbiegane, spieniona ślina w kącikach ust, starzec wziął w dłonie swój młot, był słynnym na całe hrabstwo kowalem, i w ataku szału, jakby dosięgły go w końcu wszystkie jego przewiny, tłukł o kowadło, aż szły iskry, metaliczny dźwięk roznosił się po kuźni, trzy psy, które były obok dziadka, uszły w te pędy.

Tak też uciekał Kastor, choć Wolf na śmierć zapomniał, jak psu na imię. Widywał go czasem we wsi w towarzystwie innego psa, którego imienia też nie pamiętał, wałęsały się dwa tam i siam, polski pies z psem niemieckim. Sam Salomon by tego nie wymyślił, przeszło Reinholdowi przez głowę. Kastor, pies Christel, psi kosmopolita, psia jego mać, zaklął w duchu. A gdzie teraz jest ona, Christel? Zero wieści od niej, choć później spyta Anielę. Zmrużył oczy i wyobraził sobie, że te chmury przed nim to jest jakaś wielka góra, która wisi nad wsią jak młot, wieś jest jak kowadło, młot tylko czeka, żeby uderzyć w kowadło i umocnić nowy, okrutny ład, który właśnie nastał.

Przypomina sobie przy tym, jak wieczorami ojciec czytał przy świecy na głos: więc rzeźbiarz popędza złotnika, a ten, co młotkiem wygładza, kującego na kowadle; o spojeniu mówi: "Jest dobre!". Wzmacnia odlew gwoźdźmi, aby się nie ruszał. Kto jest zbyt biedny na taką ofiarę, wybiera drzewo, które nie próchnieje; wyszukuje sobie sprawnego rzeźbiarza, by zrobił mu bożka, który się nie chwieje. Bożka, który przetrwa dłużej niż wszystkie świata granice i którego tak łatwo nie zmiecie historii zamieć.

Jego myśli przerwała wybiegająca tuż zza węgła kuźni dziewczynka, która razem z mamą zajęła sypialnię jego rodziców.

- Guten Morgen, proszę pana Wolfa!

Na dźwięk jej głosu niemal podskoczył, przekonany, że jest sam jeden, że wszyscy jak jeden mąż są na polu. Na szczęście to żaden urzędnik państwowy, to tylko ta mała, ona niegroźna. Popatrzył na nią porozumiewawczo, przyłożył palec wskazujący do warg i zamknął usta na niewidzialny zamek.

Jeszcze dalej we wsi, dokładnie w miejscu, gdzie stoi i patrzy w niebo Tricephalus: Bóg Ojciec trzymający kulę ziemską, Syn Boży i Duch Święty, lokalny ewenement, bo reprezentuje go nie gołębica, a poczciwy brodacz z gołębicą, pod nimi klęczą Maryja i Józef z lilią, a jeszcze niżej na cokole blaszana tablica ze świętym Izydorem i koniem, krową i owcą, które z boku wyglądają ku niemu, Kastor zwolnił, przystanął na chwilę i patrzył na tę wesołą gromadkę, po czym jego wzrok uniósł się w stronę jodeł i niedużej topoli, stojących grupą tuż obok.

Tam zaczyna właśnie wyczyniać harce chmara wróbli i sikorek, wzlatują całą bandą, po czym pikują, esują, floresują, podlatują do góry i spadają jak sinusoida, by - nieznacznie tylko zwolniwszy pęd - wlecieć w czeluść pomiędzy gałęziami jodeł i zniknąć w niej na dobre. Kastora rozpraszają delikatny szum kroków stawianych na łące za jodłami i kilka kobiecych głosów:

- Ale zagrzmiało wcześniej, słyszałaś ten huk? Te chmury za nami jakie diabelskie, co?

- Toć nie grzmot był, Helenko, to jakby za wsią wybuchło.

- Ale że niby co tam miało wybuchnąć? Niebo nad nami wybuchło, mówię ci, Zosia. Zaraz lunie, ludzie schodzą z pola.

Najpierw zza jodeł wyszły głosy, potem dwie starsze kobiety we wzorzystych chustach na głowach. Kastor wyczekał chwilę, przyjrzał się im, po czym coś w nim znów zawrzało, jakby przypomniał sobie, że przecież ma sprawę do załatwienia, i puścił się w szaleńczy bieg przed siebie, hen, drogą prosto nad rzekę.

- Pacz, to Kastor przecie! Gdzie un tak? Kastor, Kastorek, cho no tu.

Ale Kastor się nie zatrzymał, biegł w tę chmurzą paszczę, w ten inkauści kłąb, który spowijał cały horyzont.

- On jest taki piękny kundelek, taki przyjemny włosaty, rdzawy, raźny ten Kastor, zażyły, choć przecież niczyj taki, lata po wsi, na cmentarz i z powrotem, ja bym go sobie chętnie wzięła, Hela, ale on niby ma dom u Anieli po tej tamtej Niemrze i do niej, do Anielki chodzi, ale tak naprawdę to się nie da nikomu wziąć, tylko lata od tego pierwszego gospodarstwa, co to je Kotkowscy wzięli, do ostatniego, tam, gdzie Kosmoliki z Wańtuchami, no i tak w kółko, i to go tu Mroziki dokarmią, to go tam Latawce napoją, ode mnie kości dostanie, Aniela go chwilę potrzyma, czasem go ktoś na łańcuch zapnie, były i takie przypadki, że sobie go gupie ludzie brali jak swojego, Aniela nie raz, nie dwa rabaniła się o to, no i poza tym, widzisz, tak lata w kółko, jakby tym swoim lataniem próbował tę wieś tak zapleść ciasno z tych wszystkich przyjezdnych tu, bo on chyba jedyny, co go tu wszyscy znają. Był tu, zanim jeszcze z naszych ktokolwiek przyjechał, więc to jest pies niemiecki, ale kto go tam wie, dla mnie to on rozumie po polsku. Oba rozumieją. - Zośka Najwerowa, sybiraczka, wychodzi z łąki i cichnie na chwilę, rozgląda się i robi długi krok, żeby przejść nieduży rów, który oddziela pole od kolejnego pola. Zaraz potem podaje rękę Lidce Kizymównie, która idzie tuż za nią, chwyta ją i przeciąga na swoją stronę.

- Ale czekej, jacy obaj? To jest jeszcze jakiś drugi? - pyta Lidka, świeża we wsi, już po przejściu na miedzę, blisko drogi, tuż obok Tricephalusa, trzech mężczyzn, którzy też gapią się w niebo, jakby lękali się, że zmokną, tudzież patrzą na siebie samych w tym niebie, skamieniali z zadziwienia, jak bardzo są do siebie podobni i jak ich dobrze Christoph Wolf, prapraprapradziad Reinholda, odwzorował, choć żadnego przecież w życiu na oczy nie widział.

- No dwóch ich tych psów jest: Kastor jest i jest Polluks, trochę inne są oba, inne mają sierści, ale tak, to jak bliźniaki, bo Kastorek to taki rudzik, a Polluks popielatek - odpowiada Zośka i zatrzymuje się przy skraju drogi, patrzy sobie i myśli, że taka jednolita droga, dobrze uklepana, bez żadnego kamienia, to była u nich rzadkość na wschodzie, brat jej zwykł na takie mówić: "czysta jak łysina trupa". Na tę myśl uśmiecha się pod nosem.

- A skąd u nich takie imiona, Kastor i Polluks? - pyta Lidka.

- To jest największa zagadka - odpowiada tajemniczo, o ton ciszej Zośka. - Bo Polluks przyjechał ze wschodu razem z Konopkami. A Kastor już tu był, jak ci mówiłam, za Niemca. I się dopiero teraz spotkali. - Jej twarz rozjaśnia się, odwrotnie proporcjonalnie do ciemniejącego nieba.

- Tego drugiego, jak on ma, o, Polluks, to ja nigdy nie widziałam, tylko tego rudego. - Lidka kiwa głową, po czym podchodzi do pomnika i wyciąga dłoń w stronę nieba, jakby chciała sprawdzić, czy czuć już pierwsze krople.

- No bo, Boże Sabaot w hostyi utajony, ty przecież tu jesteś niedługo dopiero, ile to, z miesiąc będzie?

- Miesiąc i pół, tak.

- No widzisz, krótko - tryumfalnie komentuje Zośka, która jest tu od dwóch miesięcy. - Ale to prawda, że trudno go dojrzeć, Polluksa, czasem błyskiem przebiegnie, jak iskra jaka, i tyla po nim. I w domu też go trudno utrzymać. - Patrzy na niebo. - Jeszcze ni pada, co?

- Nie, ale widać, że zara będzie. Stare Niemce ponoć mówiły Bohajedynowi, a on mnie, że tu osiem lat temu rzeka wylała tak, że tam u nas w domu wody po kolana, a do rzeki przecież z bite sto metrów - mówi Lidka i patrzy w stronę jodeł, gdzie dalej harcuje ptasia hałastra w rytm niosącego się echem z oddali krakania.

To krakanie i ta woda po kolana przywołały jej na myśl pieśń, którą śpiewała jedna dziewczyna w wagonach, gdy jechały tu z siostrą:

Teraz nie mam garstki słomyRozdziobią mnie kruki, wrony. Teraz nie mam garstki sianaStoję we krwi po kolana

- Może być, że i nas zaleje, ale to pewnie kiedyś - rzuca do Zośki, spogląda raz jeszcze w pochmurne niebo, po czym dodaje: - Ale ten grzmot to, mówię ci, to nie był grzmot. To był wybuch, widziałam ci ja ognik na niebie. Wiem to i oni też wiedzą, Ojciec i Syn i Duch Święty. - Skłania głowę w stronę Tricephalusa, na którego zaglonionej fakturze jedna po drugiej zaczęły pojawiać się drobne, ciemne plamy, zaraz też spłynęły na wykuty u stóp tego świętego koncylium napis: Ehr Sei Gott dem Vater und dem Sohne und dem Heiligen Geist.

Kobiety żwawo ruszają do swoich domów, to jest tam, skąd przybiegł Kastor.

A po Kastorze ani widu, ani słychu, Kastor pomknął tam, skąd przeszło rok temu przyjechały tu pierwsze zaprzęgi konne, pierwsi pracownicy administracji i stróże prawa, pierwsze wózki i dobytki, pierwsze dzieci i zwierzęta, pierwsi szabrownicy, pierwsi uciekinierzy przed ciężko karzącą ręką nowego ładu, a wśród nich Kaźmirz Szajbowski, który niewiele miał ze sobą wzięte, bo ledwie worek, w środku trochę jedzenia i ubrań, jedną książkę, Wytyczne narodowo-radykalnej myśli gospodarczej autorstwa Bolesława Piaseckiego, wydaną staraniem Falangi, i wystruganego w drewnie konika. Ten sam Kaźmirz Szajbowski, któremu niedawno przypadła rola Judasza na zbliżających się misteriach męki pańskiej, toteż przyszły apostoł siedział teraz na ławce przy przystanku i rozmyślał ciężko nad tą obligacją, dumał głęboko nad kwestią zdrady, która przecież wcale nie musiała być zdradą, bo co, jeśli to Jezus zdradził wielce istotną sprawę niepodległości od Rzymu na rzecz jakiegoś tam królestwa w niebie? I tak, usilnie dumając, patrzył na Kastora, jak ten przebiega drogą, patrzy na niego przez płot i oddala się bojaźliwie, i kto wie, może być, że pies też zdradził, że też wcześniej wyrzucił te trzydzieści srebrników do świątyni!, teraz zaś wstydu pełny zanurza się w gąszcz młodych lip, grabów i leszczyn, kieruje się prosto nad rzekę, mknie wzdłuż jej koryta, po czym odbija, wbiega w wąwóz wykutą w zboczu drogą, która kiedyś prowadziła do zerwanego przez nagły przyrost wód w rzece Reinerzer Weistritz kamiennego mostka, po czym wpada na niewielką polanę i - w jasnej brzezinie za polaną - znika. I może być, że w tej brzezinie pękł na pół i wnętrzności jego na wierzch wypłynęły. Ale może też być, że nie.

Ktoś później powie, że widział, jak wbiegł do domu tej starej panny, co poszła za Włocha. Ale o tym później.

Teraz, w tym momencie, kiedy zieleń pochłania Kastora we wschodniej części wsi, zieleń w jej zachodniej części wypuszcza wzburzoną grupę ludzi, którzy na drewnianych drzwiach niosą nieprzytomnego chłopaka. Jego smukła twarz jest blada, policzki ma obsiane piegami, zamknięte powieki są w kolorze alabastru, czerwonawe żyłki rozrastają się na nich delikatnie jak smugi na marmurze. Chłopak przykryty jest zieloną kufajką, spod niej po obu stronach drzwi kapie krew. Jako jedyny w tej grupie twarz ma błogą, spokojną, reszta wygląda, jakby szalej właśnie zatruł im krew i mieli pełną świadomość, co za chwilę nastąpi. Ci dwaj niosący chłopaka mają łzy w oczach, brną przed siebie jakby siłą rozpędu, jeden z nich, Kazik Hyliński, syn Bronki i Józka, myśli sobie, że dobrze, że tam obok tego młodnika, z którego wybiegli, jest odkrywka lessowa, która prowadzi w dół po zboczu, dzięki niej mogą iść szybciej, na skróty, podbiegać niemal, może się przez to nie wykrwawi, nie zdąży, choć z jedną ręką najpewniej będzie musiał się pożegnać. Ale to ich zbieganie to też jak zejście do podziemi, gdzie już czekają, żeby zabrać młodego, myśli sobie drugi z nich, Franek Najwer, syn Zośki. Byle go teraz donieść. Za nimi biegnie dwóch innych mężczyzn i trójka dzieciaków, wśród nich jedyna dziewczynka, oszołomiona, załzawiona, coś krzyczy o rannym psie, ale nikt jej nie słyszy, potyka się przy tym o kępę perzu i wywraca na ziemię. Kiedy dziewczynka wstaje, ogląda swoje dłonie, na jednej z nich widzi krew. Wyciera ją, ale nie widzi źródła, z którego ta mogłaby płynąć. Nie jej ta krew, stwierdza i zaczyna pogoń za resztą, która majaczy gdzieś przed nią. Ktoś ją woła, po imieniu, wydaje jej się, nie wie, czy na pewno, bo sama słabo teraz słyszy. Otwiera usta i jeśli ktoś umie czytać z ruchu warg, widzi, że wypowiada imiona tych dwóch chłopców, z którymi była tam na górze, na polanie przy cmentarzu. Nagle zza jej pleców wybiega szarawy pies, długowłosy i smukły, biegnie po łące i zawija po łuku, po czym wybiega na szutrową drogę, po której pięć minut temu biegł Kastor, przyspiesza nieznacznie i dołącza do pochodu.

- Polluks! Nic ci nie jest! - coś krzyknęło w dziewczynce, słyszy swój krzyk bardzo wyraźnie, po czym zaczyna biec co sił w nogach i dobiega do reszty, która właśnie skręca do bramy gospodarstwa, gdzie mieszkają Konopkowie.

Ale Polluksa tam wcale nie ma, Polluks leżał ranny w szczelinie, w niewielkim zagłębieniu tuż przy odnodze korzenia jednej z licznych w lesie sosen, i tam dumał, czy nie mógł zrobić więcej dla młodego Konopki, który wcale na to nie zasłużył, bo mówili mu, nie rusz tego, nie dotykaj, to niebezpieczne. A on jakby na przekór ruszył.

- Gdzie byłaś?! Co się tam stało?! - Nagle mama wyrasta przed dziewczynką i chwyta ją za dłoń. Jej głos dobiega z dna studni, jest jak kamień, który chlupie w głębinie.

Dziewczynka patrzy na zatroskaną twarz matki, nagle łzy na jej policzkach są jakby jeszcze mokrzejsze.

Stoją razem przed domem chłopca, Tadka Konopki, Basia opowiada, co widziała, jak Tadek nie słuchał, jak Polluks go chciał ratować, jak hukło, i dym, dym, szaro, wokół nich gromadzi tłumek, wieść się po wsi niesie błyskawicznie. Zza drzwi do sieni wielkiego zabudowania gospodarskiego na planie litery U, gdzie i mieszkanie, i stajnia, i chlew, i obora, słychać krzyki, coraz głośniejsze, krzątanie, szuranie stołem. Ktoś płacze, ktoś wybiega. Z wewnątrz domu słychać wołanie:

- Gdzie Alina? Alina!

- Zaszła do Hylińskich pomóc z ciastem, zasiedziała się z księdzem - odpowiada zza otwartego okna ktoś, kto właśnie przyszedł.

- To idźcież po nią, na miłość boską. Kazik, lećże do siebie po Konopkową, ale już!

Ktoś już zaprzęga furmankę, zakłada koniowi postronki, wtem przybiega Alina, mama Tadka, mija Polluksa, który patrzy na nią oczami pełnymi skruchy, wbiega po stopniach do środka.

- Mój synek! - krzyczy. - Mój kochany, malutki synek!

Po niedługim czasie wychodzą z sieni, Alina, Janek, ich twarze zdławione przerażeniem, wychodzą też chłopy, milczą i niosą zemdlałego Tadka z opatrzoną ręką i piersią, kładą na wozie, zamykają zatylnik. Klara Bohajedynowa, wiejska znachora, zrobiła mu zastrzyk, teraz trzeba z nim jechać do szpitala. Ruszają. A wtedy tuż nad nimi jak nie błyśnie, jak nie grzmotnie. Tym razem naprawdę.

Mury gospodarstwa się zatrzęsły, Basię ścisnęło w sercu.

- Jedziemy, prędko. No, wiśta wio.

Wóz ruszył w prawo i zakręcił w stronę bramy wyciętej w płaszczyźnie ceglanego muru, który oddziela dziedziniec gospodarczy od wiejskiej drogi. Kiedy wóz przejeżdżał obok Basi, jej mamy i innych gapiów, których stało tam ze zbolałymi minami kilkoro, dziewczynka nie odrywała wzroku od Tadka aż do ostatniej chwili. Wóz zniknął na szutrowej drodze i zostawił widok z pustym szpalerem lip szerokolistnych. I zaraz popatrzyła na niebo, i przez krótki moment miała wrażenie, że przez niebo przemknęło coś kudłatego, rudawa sierść, jak Kastor, jak mgnienie sekundy, rude włosy, na Kastorze biel ciała, na grzbiecie kobieta, naga, umazana na czole czymś ciemnym, ma rozpuszczone włosy, rozgląda się, patrzy, porusza ustami, szepcze czyjeś imię.

Wtem znów puste niebo i ten szpaler lip niżej.

Basia nie dowierza temu, co dzieje się z jej wzrokiem, zerka na swoją dłoń, jakby za wszelką cenę chciała się uchwycić rzeczywistości. Dłoń, jak się jednak okazuje, krwawi nieznacznie, dziewczynka temu nie dowierza, więc zlizuje krew, czuje jej rdzawy smak i przypomina sobie dawny dom, którego więcej nie zobaczy, i przysięga sobie, że już dość w jej życiu zniknięć.

Postanawia, że odnajdzie Kastora i odnajdzie Polluksa, dzięki temu Tadek przeżyje, a oni będą jej najbliższą rodziną, bratem starszym, bratem młodszym, obaj synami jej będą, Polluks będzie dawnym Bryśkiem, a Kastor dawnym Moresem, gwiazdozbiorem na tej nowej ziemi obiecanej, ziemi odzyskanej. Ich gwiazdy będą migać na niebie jak płomyki pośrodku burzy i w końcu zwiastować będą przejście tej nawałnicy, po której uspokoi się wieś, po tych dniach znoju, ucieczek i przesiedleń wszystko znów spowije zapach siana, snu i nieszpornych szeptów, rozdźwięczą się świerszcze i wróci Tadek cały i zdrów, a prawą dłoń znów będzie miał na tyle sprawną, że będzie nią głaskać Polluksa, drugą z kolei Kastora, i w końcu nadejdzie dla wszystkich dusz utrudzonych tym podłym czasem godzina wesela i dostatku. Przejdzie noc, przejdą ból i znój - dzień wstanie znów.

Tymczasem Kastora nie ma, Polluks leży gdzieś pod sosną i ciężko dyszy, szkarłatną pierś gniecie mu jakieś zimne, obce ciało, odbiera resztki tchu i liczy minuty do śmierci. Bóg, na to wygląda, ze swojego własnego oddechu ulewę na chwilę uczynił i spuścił z wysoka deszcz strużysty, obfity, w kilka minut zmył wszystkie ślady krwi zalegające na kępie perzu, na źdźbłach wiechliny i krwiściągu, krew z rozerwanej odłamkiem granatu dłoni Tadka, z jego rozszarpanej klatki piersiowej. Krew, która - jak się dowiecie z tej opowieści - nie pierwszy i nie ostatni raz wsiąka tutaj w glebę.

Basia tymczasem znów patrzy na swoją dłoń i widzi w niej nową twarz. Podchodzi do Basi dziewczynka, której wcześniej nie widziała, a która wracać będzie do niej regularnie. Podchodzi i zadaje pytanie, które zostanie z Basią na wieczność, bo będą ją o to pytać już zawsze, a ona, jak nie odpowiedziała jej wtedy, tak nie będzie potrafiła odpowiedzieć nigdy. Nikomu. A kiedy spróbuje, przed oczami pojawi jej się ten życiem zwany szereg obrazów, który - jak jej się wydawało - zostawiła za sobą, jadąc pociągiem.

Zofia Najwer z d. Kolec 1889-1962

- Nie będę leżeć na Zdziśku - powtarzała uparcie. - Nie będziesz, mamo - obiecywali jej. Dzisiaj leży na Zdziśku, nad nią napis:

Zdzisław Najwer 1890-1955

Ich płyta, ich tablica, na tablicy dwa owalne zdjęcia, twarz Zdziśka biała, zamazana czasem, no bo tak: ciemna linia włosów, pod nią jedna kość policzkowa i dwoje oczu, przy czym jedno krótsze, połowa brwi, ślad ust, krawat, poza tym biel, biel, wszędobylska jak jego żona; twarz Zośki z kolei cała i nie taka jasna, lekki, wyraźny uśmiech, znać, że trochę później robiona, ona starsza, ale żywsza, on młody, już pochłonięty czasem. Kto mija, widzi, temu od razu myśl: dlaczego nie wzięli ich zdjęć z jednakiego czasu? Ich tablica, ich płyta - szary pigment, prefabrykowane lastryko, tu i ówdzie wypłowiały mech, białe solne plamy, nalot, którego nikt już nie próbuje usunąć.

Dwa kroki od Zośki i Zdziśka zaczyna się niemiecki cmentarz, a pierwszą tablicą, na jaką można się natknąć, jest ta:

Hermann Wolf

Hier ruhen in Gottunserherzensguter Vater,Schwieger-und Grossvater,der SchmiedHermann Wolfv. hiergeb. 6. September 1843gest. 5. Mai 1901Ruhe sanft!

I co dalej? I dalej nic, sam leży jak palec, co skrzętnie wykorzysta wnuk jego, Reinhold, kiedy wiosennego dnia postanowi zbezszcześcić grób dziadka. Wdowę po Christophie pod innym już nazwiskiem pochowali trzynaście kilometrów dalej, w Bad Reinerz, obok jej drugiego małżonka, ale koniec końców to Hermann się ostał, ona nie. Ją z małżonkiem gwałtem zabrali, wyrwali z ziemi za ich piękną, choć splugawioną płytę nagrobną ze słynnego strzegomskiego granitu. Ich kości od 1947 roku leżą głęboko zaorane przez DT-75. Płyta, cenna i wartościowa, stanowi solidny, choć nieproporcjonalnie kosztowny fundament niszczejącego domu, w którym nikt nie chce mieszkać. Albo inaczej - domu, który obecnie ma dwudziestu siedmiu właścicieli, bo sprawy spadkowe nie zostały uregulowane na czas.

Hermann się ostał, Hermann, postać równie smutna, co odstręczająca, został jednym z nielicznych reliktów niemieckich nagrobków w Szalejowie, plastrem przyklejonym na hekatombę dawnych cmentarzy, śladem życia sprzed wojny. Przesunięto go, żeby nie zawadzał, w róg cmentarza, nadano odświeżający szlif, obok posadzono bukszpan, tuż za - wyjąwszy sezon zimowy - stoi bałwan z gipsu, dzierży napis: Wszelkiej pomyślności!

Rozdział II

Skąd ziemia?

Oduczyła się jeść i spać.Jej ciałoTo tylko oczy.

- Anna Świrszczyńska, Łączniczka

Ale nim to wszystko nastąpi, nim wybuch, nim grzmot, krew i cisza, co piszczy w uszach, po szynach kołatać się będzie w głowach jadących tu, do Szwederswa, pytanie za pytaniem za pytaniem za pytaniem.

- Bo gdzie Brysiek, gdzie jest on? Skąd jedziemy? Z Siółek. Dokąd jedziemy? Do Szwederswa. Po co jedziemy? Tego jeszcze nie wiemy, powtarza Basia, oczy jej spłakane, łzy rozmazały sadzę na policzkach, w jej sercu hula niepokój. - Moja szyna, moja szyna, moja bardzo wielka szyna... - Basia powtarza przekręconą formułkę ze spowiedzi, kiedy znudziło jej się liczenie miarowego stukotu, po dwa razy: stuk stuk, stuk stuk, pod pociągiem, którym z mamą, tatą i babcią jadą na zachód po nowe życie, przed nimi rozwija się dróg gwiezdnych rulon. Powtarza i liczy, bo wtedy może zapomnieć, że jest jej smutno, zimno i głodno.

W kieszeni postrzępionego płaszczyka, w którym leży i drży, choć przykryta jest jeszcze wełnianym kocem, ma kawałek żytniego chleba od babci, ale nie może go zjeść. Trzyma go dla Jutty, która na pewno jest od niej głodniejsza, bo od kilku dni je coraz mniej. W szparze między ścianą wagonu a rozsuwanymi drzwiami widać pierwsze promienie słońca. Słońca, które coraz śmielej wyziera zza horyzontu, rozświetla powoli późnopaździernikowy mrok wraz z mgłami zalegającymi w dolinie łuną pomarańczową jak te płomienie przed miesiącem.

Basia widziała je na strzechach chałup, w tym swojego domu, kiedy Jutta - nikt nie mówił na nią Jutta poza Basią, choć Basia prosiła mamę, babcię, tatę, żeby tak mówili, bo to jest jej imię - ostatni raz widziała swoje dziecko, niespełna kilkumiesięcznego cielaka, którego wcześniej nie odstępowała nawet na chwilę. Jutta, mówili tak na jedną Basi koleżankę, Niemkę. Krótko ją miała, no i Basia chciała, żeby to imię było z nią dalej, tak jej się spodobało. Poza tym to jest imię tej krowy i jak ona, Basia, wypowiada to imię, Jutta, to Jutta reaguje, wbija wzrok w dziewczynkę, bo wie, że to o nią chodzi. Zresztą kiedy mówi nie na głos, tylko w myślach, to widzi, że Jutta też wie, że to o niej.

- Nawet nie próbujcie mówić, że nie! - Basia nieraz myślała sobie, co mogłaby powiedzieć babci, mamie, tacie, kiedy w końcu dowiedzieliby się, jak naprawdę ma na imię Jutta, i dziwiliby się, bo po co krowie imię inne niż Krasula.

Po to, żeby wiedziała, że to do niej właśnie mówicie, odpowiada w myślach Basia.

Nawet jak się jej da imię, to nie znaczy, że krowa ma takie imię, mógłby rzec ktoś mądry. I jeszcze dodać mędrkującym tonem: Człowiek też nie ma przyrodzonego imienia, tylko takie, jakie mu inny człowiek wedle swej woli da. Pasujące albo niepasujące, choć są takie, które zawsze będą pasować, klasyczne imiona, takie jak Maciej, Aniela, Stefan, Rita, Paolo...

Gówno prawda, odpowiedziałaby mu Basia, dość niegrzecznie, jak niegrzecznie miała w zwyczaju odpowiadać dziadkowi babcia, kiedy ten próbował usprawiedliwić swoje zachowanie po pijaku i mówił, że go wyżsi rangą pijacką koledzy zmuszali do picia, więc on nie mógł odmówić.

Basia wie pewnością niezłomną, że imiona są dane wszystkim już wcześniej, gdzieś przed życiem, i jakby ktoś miał dostać imię inne, niż ma naprawdę, to by na nie na pewno nie odpowiedział. Robiła nawet taki eksperyment, że zwracała się do mamy Józek, a do taty Genowefa, i żadne z nich na takie imiona nie odpowiadało.

Basia podnosi się resztkami sił i przysuwa do kozy, tak cieplej, dwa metry przed nią jest dziura, ma jakieś trzydzieści centymetrów średnicy, a na dziurze nieduża klapa zbita z kilku desek. Jak się komuś zachce, to bierze tę klapę i lekko przesuwa. Jak się zachce kobiecie, to na dziurze stawia się blaszane wiadro bez dna i kobieta siada. Dziury tej nikt nie przepierzył, bo nie było jak, więc gdy ktokolwiek tam był, mama jak katarynka powtarzała do Basi: "Nie wolno. Nie patrzże się tam". Z naciskiem na to tam końcowe, jakby chciała podkreślić, że w tym miejscu znajduje się to mityczne nie wolno, ma ciało albo tego ciała kawałek, który z niego wydala ekskrementy. Czasem zasłania jej oczy ręką, jakby chciała ją wzroku pozbawić.

Dobrze, że Basia w ogóle wzrok ma, bo nieraz wyobrażała sobie, że jej do oczu wpadają iskry. Ale nie wpadły jej iskry i ona dlatego patrzy, bo ma oczy, bo nic ich nie wypaliło. I nie patrzy w dół, tylko w twarze ludzi, jak oni się tam zamyślają. Im dłużej myślą, tym bardziej nic tam z nich nie leci, jakby im to wszystko tężało od myślenia. Ona też tak ma, że trudniej sikać, kiedy po głowie stukoczą jak pociąg myśli, kłębią się i kłębią jak chmury na niebie. Może ten kłębek coś w brzuchu blokuje?

Jeszcze trudniej jej jest, kiedy na przykład w nią wpatruje się ten starszy chłopak z kąta wagonu, co jedzie sam, żeby zrobić na nowym miejsce dla rodziców. Kiedy Basia pokazuje mu język, on też jej go pokazuje. A kiedy dowiaduje się, że chłopak ma na imię Bolek, to na jednej ze stacji mówi do niego: ty głupi durniu. On nie odpowiada, tylko pokazuje język.

Jutcie też pewnie chce się siku i kupę, ale chyba aż nie tak bardzo, załatwiła się raptem kilka razy. I ona może sikać na słomę, którą ojciec wyścielił na podłodze. Raz zrobiła kupę i był problem, bo w wagonie śmierdziało tym kupskiem rzadkim jak w chlewie, ale ojciec miał kij, na kij nabił sztychówkę, nabierał tego łajna ze słomą i wrzucał je do dziury, skąd wypadało i nawoziło tory. Jutta była wcześniej w lorze, tak się mówi na taki wagon bez dachu, jak węglarka, wśród innych krów, koni i kur, ale kiedy ludzie z wagonu wysiedli, dwanaścioro ich było, starych, młodych, miłych, niemiłych, trochę pachnących i trochę śmierdzących, raczej płaczących niż niepłaczących, troje wyniesiono, tato wciągnął Juttę do środka i teraz jest razem z rodziną.

- Nikt już jej nie zabierze, możemy być spokojni - powiedział ojciec, kiedy Jutta położyła się na podłodze, niedaleko Basi i podłogowych drzwi.

Teraz jest ich w wagonie ośmioro, każdy, pogrążony w cichej nadziei, myśli o dniu bliżej nieokreślonym, tym tuż zajutrzejszym, kiedy po tygodniach mozołu, stawania i ruszania, fałszywych proroctw o rychłym końcu trasy, przekupywaniu maszynisty wodą ognistą dane im będzie dotrzeć na miejsce. Co zobaczą? Łany złote po horyzont, snopy wielkie jak stodoły, gospodarstwa jak kościoły, w kościołach jak żywe anioły, gospody, w nich suto zastawione stoły, w studniach płynny miód, w dzieżach mąka, świty różowe jak wstęga na boku pstrąga tęczowego, zmierzchy płomienne jak łuna na zachodnim niebie, czy to? Nie, ale moment, w którym marzą, jest wart więcej niż to wszystko razem wzięte i prawdziwe. Pośród tego koncertu myśli Basia wciąż patrzy na Juttę i pyta, czy nie jest głodna, czy czego jej nie trza. Czasem nie trza, wtedy jest spokojna i dostojnie patrzy przed siebie, jakby w świecie nic złego nie było. Czasem czegoś chce, wtedy Basia podchodzi i głaszcze ją czule, daje kawałek chleba. Basia wie, kiedy coś jest nie tak, pyta wtedy Juttę, a ta jej zawsze odpowiada.

Że zwierzęta umieją mówić, wie od dawna, nauczyła się z piosenki dziadka i z bajek. Basia wprawdzie nie umie czytać, ale ma drewnianą lalkę o imieniu Melina, w czarnej sukience z kawałka lnu, wystruganą przez kolegę ojca, która czytać umie, i ma książkę z bajkami. Sadza Melinę przy książce i słucha bajek, choćby tej o wężu oszukanym przez pewnego pana, który kazał wężowi namówić dwoje ludzi, żeby zjedli jabłko. A jak je zjedli, to się zatruli i dostali sraczki, wtedy starszy pan, oszust, szybciej dobiegł do mety, którą była sławojka w polu, bo - jak się okazało - ścigał się z tym dwojgiem ludźmi, kto pierwszy dobiegnie do sracza i załatwi potrzebę. Po wszystkim nie zapłacił wężowi obiecanych trzech złotych, tylko zaczął rozpowiadać, że nic nie obiecywał, a wąż to kłamca. Basia najbardziej lubi bajki krwawe, im straszniejsze, tym lepsze, no i koniecznie bez szczęśliwego zakończenia, bo przecież nic nigdy nie kończy się dobrze. Choć czasem zdarzają się cuda, na przykład to, że Jutta zdołała uciec i się schować, kiedy przyszli ludzie mordercy, a chałupy gęsto kryte strzechą płonęły. Tak, to naprawdę był cud.

Zewsząd pociągi, tu świst, tam błysk, czasem wszechobecny huk, aż siebie usłyszeć nie można, migają myśli, terkoczą słowa, mruk, pisk. Oczy i twarze, jadę, mamo, jadę, tato, jadę ja, jedzie Basia, jadą drzewa, jadą chmury, jedzie świat, cisza, rozpacz, jedzie puste miejsce, jadą wątpliwości, pytania: czy już?, czy zaraz? Dlaczego nikt nie odpowiada? Oddech za oddechem za oddechem, pytanie za pytaniem: powiedz, wdzięczna Jutto moja, gdzie jest Mores, cielę twoje?

Na jakiejś stacji, wśród biegających wkoło wygłodniałych psów, tata, mama i babcia siedzieli z innymi i czekali na sygnał z centrali. Ojciec znalazł trochę drewna i rozpalił ognisko. Podszedł do jakichś ludzi, potem do następnych i następnych, każdy kręcił głową. Wówczas przyszedł kudłaty pan ze skrzynką, w brudnym, szarym mundurze z dziurą na tyłku, co miał dziwny tik, że jak mówił: towarzysz ten czy tamten, to podnosił ręce i zginał kolano, że niemal przyklękał. Kopniakiem przepędził psa, który zaczął się do niego łasić, i postawił skrzynkę. Stanął na niej i zaczął opowiadać: że wróciły do nas po latach ziemie piastowskie, polskie ziemie, ziemie Chrobrych i Krzywoustych, oderwane od Macierzy, i że to cud, miód, jutrzenka nadchodzi, sprawiedliwości zadość, i że ci ludzie, co siedzą tu, z tobołami, będą pierwszymi, którzy wypełnią dziejową misję, i że takie tam.

Gdy dostrzega, że Basia siedzi sobie na murku, podchodzi do niej, głaszcze ją po włosach i wyciąga z kieszeni kawałek kredy.

- Masz, porysuj sobie jakieś pieski, ja mam tu jeszcze trochę swojej. Co, nie cieszysz się? Zaczniesz całe nowe życie na prastarej polskiej ziemi, tego nie mogli twoi przodkowie z pradziada przez tysiąc lat.

Basia przygląda mu się uważnie, uchyla się, żeby przestał ją głaskać, i mówi mu prosto w oczy:

- Nie kłam.

A ten patrzy na nią zdezorientowany, czoło ma jakby poradlone tym zdziwieniem, ale tkwi w nim ono nie dłużej niż przez pięć sekund, po czym macha ręką, jakby nie chciał zaniechać tego swojego kłamania.

Kiedy wraca na skrzynkę, otoczony przez psy, które go sobie upodobały, Basia krzyczy za nim:

- E, oszuścik!

Mundurowy potyka się, ale nie wywraca.

Gówno, myśli sobie, ma być wszystkiego po równo, myśli, a będzie gówno. Choć to prawda, że po równo, w głowie zapala mu się lampka i pojawia cień uśmiechu. Przez chwilę wygląda to tak, jakby kudłacz przyklęknął, zaraz też na powrót pochmurnieje, tak jak niebo nad nim. Syczy przeciągle pod nosem:

- Kurrrwaa - a stadko psów rozpierzcha się gdzieś po krzakach - tak, kurwa, ziemie po chuju odzyskane, z odzysku, kurwa, zajebane - mówi do siebie, cicho, żeby nikt nie słyszał, ale Basia słyszy.

Kiedy jadą dalej, głód jedzie z nimi. Im dalej na zachód, tym większy.

- Po co tu było jechać? A co, jak tam każą jeść widelcem i nożem, a my nie umiemy? - pyta raz Basia, ale nikt nie odpowiada.

Inni też są głodni. Nie mówią tego, ale co z tego, że nie mówią, jak widać po ich twarzach, na których głód jak stygmat. Jak rana na dłoni Pana Jezusa. Dziura, którą wypełnisz jedzeniem i tylko jedzeniem. Jak nie wierzysz, Tomaszu, wsadź w dziurę jedzenie: kiełbasę, marchewkę, ziemniaka. Cokolwiek. Każdy zje szybciej, niż zdoła zdać sobie z tego sprawę. Ale mimo ssania w żołądku nikt nie przyzna, że jest głodny. Jakby to miało zwiększyć głód, jakby głodowanie w milczeniu było znośniejsze. Jak nie powiemy, że głodujemy, to inni nie będą głodować. Gdyby ktoś powiedział, że jest głodny, zepsułby przyjęcie głodującym. To byłoby gorsze, niż kazać głodnemu jeść widelcem i nożem, kiedy on nie umie.

"Twoje biadolenie nie zniknie, jak mi o nim powiesz na głos", Basia słyszy w głowie słowa taty, kiedy mama leżała w łóżku i stękała dzień w dzień, bo miała bóle w brzuchu.

Na poprzednim postoju ojciec poszedł narwać koniczyny dla Jutty i wrócił z płaczem, pobity kijami przez miejscowych.

- Co się porobiło z temi ludźmi? Ja tylko dla krowy przecież koniczynę chciał. Co się z ludźmi porobiło? Boga już ni masz, ni Maryi, zło jeno, licho w świecie - lamentował.

W głowie huczało mu głuche dudnienie kijów, nie opuściło aż po stację końcową, aż po stolik PUR-u, do którego podszedł i powiedział:

- To jest według was ta nowa Polska, kijami wytyczona.

Po czym pokazał siniaki na grzbiecie.

Tymczasem zaraz po pobiciu Basia powiedziała surowo:

- Wiem, że cierpisz, ale twoje biadolenie niczego nie zmieni.

Ojciec otarł łzy i poszedł na łąkę przy torach ciachać jakieś zielonawe chwasty i upychać do jutowego worka.

Kto był pierwszy: worek jutowy czy Jutta?, myślała Basia, patrząc na ojca, który żął zawzięcie, jakby sobie wyobrażał, że ciacha łby tych, co go kijami potraktowali.

Ten chłopak, Bolek, leży i wpatruje się w sufit. Jego matkę i ojca zabrali na Sybir, on został z ciotką i wujem, pracował u nich na gospodarce. Ma dużą bliznę na policzku, sąsiad chlasnął go nożem, bo się skonfliktowali po pijaku. Potem sąsiad przeprosił i przyniósł wór gruszek na zgodę. Bolek zjadłby teraz gruszkę, zjadłby jabłko, śliwkę, marzą mu się tam, gdzie jedzie, drzewa owocowe. Matka i ojciec wracają z Sybiru, on im zrobi miejsce w nowej Polsce. Jak będzie już w nowej ojczyźnie, znajdzie im tam dom, jedzenie, znajdzie drzewa owocowe, gruszę znajdzie, zasadzi porzeczki i maliny, postawi spiżarnię trwalszą niż zamki i pałace. Tymczasem ma jeszcze tę kanapkę od dobrej kobiety z poprzedniej stacji, dała mu cztery, choć wcale o to nie prosił. Przyszła i wręczyła kanapki, zawinięte w gazetę, jeszcze przedwojenną, z nagłówkiem: "Ciężko, ciężej", to kanapki z masłem i z pomidorem. Bolek całował kobietę po rękach, jak swoją matkę, kiedy widział ją po raz ostatni. Jeść teraz czy zostawić na potem, myśli w wagonie. Wstyd tak żuć przy wszystkich, jak jeszcze jasno, a tu sami głodni.

Gdyby każdy przyznał, że mu ciężko, może wszystkim nie byłoby tak ciężko.

Dobrze, że Jutta ma trawę, myśli Basia. Niedobrze, że tej trawy jest mało. Jutta byłaby głodna, gdyby nie mój chleb.

Jak nikt nie patrzy, Basia daje chleb Jutcie, ta liże jej rękę. Po chwili chleba już nie ma.

Stuk i stuk, za nimi stuk i kolejny stuk, i jest tu wicher, który oddala się i wraca, a kiedy wraca, wyje wniebogłosy jak rój wściekłych os, które krążą wte i wewte nad głowami ludzi, zwierząt, tymczasowych mieszkańców kilkunastu wagonów podpisanych orłem białym i białymi literami P obok K obok P. Pociąg jedzie z krainy jeszcze pachnącej trupami, swoich i nie swoich, tych, co w górę, do nieba, i tych, co w dół, wiadomo gdzie, jedzie ku nowemu, daj Boże innemu, choć i starego tak żal, przypatrują mu się kuny, lisy, zające, łanie, pociąg ma długość kilkudziesięciu żyć, w nich strach, rozpacz, nadzieja, apatia, głód, żyć milczących, mówiących, śniących, śpiewających kołysanki, żyć oddychających, tulących swoich bliskich: ludzi, zwierzęta, drzewa, które wykopali i wiozą ze sobą, wypuszczających z ust parę, poowijanych w kurtki, płaszcze, wełniane koce, które naciągnęły dymami z tlących się wagonowych piecyków kóz, wszystko spowite w jesienny chłód i ciemność nocy. Pociąg przecina dymy z doliny, wjeżdża w mrok, wiatr duje w dziób parowozu, jakby chciał go z całym składem cofnąć na Kresy, ale pociąg się wymyka i wjeżdża prosto do ziemi, wiatr cichnie i słychać tylko echo nieustannego stukotu, przez ostatni tydzień głównej kadencji tych opatulonych istnień, które - gdyby na nie spojrzeć z góry - tlą się niewyraźnie, jak rozżarzone węgielki we wnętrzu tego kreta, który sunie przez tunel przed siebie, w nieznane.

Basia trzyma kosmyk i oplata nimi palec, jest słaba, ze wszystkich węgielków jej żarzy się najsłabiej. W ciemności słyszy głosy, najwyraźniej głos dziadka, którego nie ma, który zjadł ziemniaki całe i jałowe, i breję z mlekiem, przytulił Basię i poszedł na wojnę, tłuc się, jak powiedział, o ziemie, swobode i przede wszystkim o więcy kaszy dla naszy dziatwy, Basi i Julka. Julka, którego już nie ma, bo zadławił się jajkiem i mieszka w niebie. Dziadek wziął ze sobą na wojnę chlebak i zniknął na drugi już rok. Gdzie jest? Czy tam, gdzie jest, ma więcy kaszy?

Prócz mamy, babci, taty, Basi, Jutty i Stefana są w wagonie jeszcze dwie kobiety, wyglądają na trzydzieści lat, obie o kruczoczarnych włosach, jedna filigranowa jak ten popielaty ptaszek, jak pliszka. Druga wyższa niż drzwi w domu, musiałaby się schylać, żeby wejść do sieni. Ojciec Basi o wszystko solennie wypytał: jadą do pracy, do miasta, czeka na nie urząd, ktoś im już pracę naraił, mieszkanie też. Wystarczy tylko dojechać. Mniejsza na imię ma Irena, większa Zuzanna. Basia chciałaby być jak Zuzanna, być nią, iść w sukience na tańce i odmawiać wszystkim absztyfikantom z cygaretkami. Nie tańczyć, tylko dumnie się przechadzać, tu i tam, od niechcenia omiatać wzrokiem co przystojniejszych wymoczków, używać słów typu: imbryk, krynolina, frymuśny, galimatias, ambaras, no i teatralnie gestykulować nadgarstkiem.

Basia jest zbyt słaba, ale wcześniej, kiedy tylko słyszała, że rozmawiają, przysłuchiwała się i wyobrażała sobie, że rozmawia z nimi, jak najlepsza ich kuma.

- No ja się wcale nie dziwię, że się tak w tobie wtedy zagotowało, bo co to za tupet musiał mieć ten sąsiad. - To głos Ireny, cienki i piskliwy, mówiła tak, jakby pociąg hamował.

- Bardzo niewdzięczny człowiek okazał się - sekundowała jej Zuzanna głosem delikatnym, przyjemnym dla ucha.

Basia nie wyobrażała sobie, żeby ktoś mógł mieć ładniejszy. Może babcia, ale tylko wtedy, kiedy śpiewała jej ulubioną piosenkę o tym, że stworzony jest pies, żeby gruszki trząsać.

- Bardzo to skandaliczne zachowanie - wtrąciła się Basia, imitując głos Zuzanny.

- Żeby tak z siekierą od razu przyjść! - Zuzanna dodała.

- Mógł najpierw z nożem chociaż - znów wtrąciła się Basia.

- Bardzo mnie to strwożyło, bo myśmy z sąsiadami dobrze zawsze żyli, razem w polu pracowali, razem kapustę ugniatali - kontynuowała Zuzanna.

- I ten sąsiad mimo ugniatania kapusty tak z siekierą przyszedł? - zaciekawiła się Basia.

- Myślałam, że każdy wie, że znalezione nie jest kradzione - odparła Irena, nie zważając na pytanie Basi.

- Wiesz, to nie do końca było znalezione, ojciec poszedł do stodoły i przyprowadził te dwie jałówki i parę kur, co je tam ci drudzy sąsiedzi trzymali. Tylko tyle im zostało, a mieli jeszcze świnie i krowę. Je ktoś inny musiał zabrać. Im by się i tak już nie przydały do niczego - odpowiedziała Zuzanna.

- A gdzie oni się podziali? - spytała Basia.

- To znaczy rozumiesz, co ja miałam na myśli. To, że skoro tamtych nie będzie, to trza się zaopiekować, bo co robić innego - sprostowała Irena.

- A gdzie są tamci? - dopytywała Basia.

- Wiem, Irenko, wiem. Tamten durny sąsiad zaczął się pieklić, bo pewnie sam chciał se te zwierzęta wziąć, wół jeden - rozemocjonowała się Zuzanna.

- Na pewno. A potem udaje sprawiedliwego, na straży jakiegoś porządku. No ale tacy są ludzie, szkoda gadać - zapiszczała Irena.

- Ale dokąd poszli ci sąsiedzi? Też wyjechali jak my? - Basia nie dawała za wygraną, zaczęło ją irytować, że jej nie odpowiadają.

Kobiety ucichły i w ciemnościach znów słychać było tylko stukot pociągu.

- Straszny ambaras jest to wszystko - powiedziała cicho swoim głosem, już nie imitując Zuzanny, zanim powieki jej zaciążyły i znów zobaczyła swój dawny świat z Julkiem i dziadkiem, który przychodził do niej już tylko we snach.

Bo w istocie było jej słabiej i słabiej i chyba już miała majaki, po głowie krążyły jej dziwne myśli o tych sąsiadach Zuzanny, którzy z tobołami idą do pociągu, zostawiają dwie jałówki i parę kur, żeby żyć mogły własnym życiem. Ci zaś jadą do nowego domu, po nowe życie, gdzie są nowe jałówki i kopy jaj. Nowe koleżanki. Gdzie jest Brysiek, czekałby na nią. I może być, że tam, w tym nowym miejscu, roi się w głowie Basi, wszyscy będą rozumieć zwierzęta, nie tylko ona. I każdy będzie mógł posłuchać, co mają do powiedzenia. Jak w tej starej piosence o wołku, który wyobraża sobie, że stał się człowiekiem.

Śpiewał jej dziadek, to znaczy Basia też sobie czasem śpiewała, ale wolała, jak śpiewał dziadek.

Wołku, wołku, gdzieżeś jest?Wołku, wołku, czymżeś jest?Wszyscyśmy cię dziś szukali,wszyscyśmy się zasromali,a tyś był tu między nami,a tyś mówił językami,słyszeliśmy dziś twój śmiech,diabli śmiech, boś ty bies, w tobieżarzy życia iskrę czarci miech.

- Niechże mie osa ukąsi, jak to nie jest dobra piosnka - tak mówił dziadek, który sobie podśpiewał tę pierwszą zwrotkę i do tego śpiewania pokołysał się z Basią na kolanach. W nogach leżał mu Brysiek. - Znam ci ja te piosnke, kochana, bo je nam śpiwała matula, o, nieboże, jak ona nam je słodko śpiwała. Te i jeszcze jedne, jakeśmy z braćmi już leżeli pod pierzyną i prawie byli gotowi do spania. W piecu drwa strzelały, że hej, ciepło, miło, a myśmy słuchali i śmy zasypiali tak, że pstryk, mama śpiwa, a potem ranek i zimno, nowy dzień, zrywać się trza, w pole iść, nieboże. Oj, to życie to jest jednak kurewna rzecz - rzucał, po czym płukał gardło bimbrem, co go miał zawsze pod ręką, potem zionął tym oddechem bimbrowym, że Basię krzywiło i nie chciała już siedzieć dziadkowi na kolanach, choć to jak śpiewał, a śpiewał jak babcia, miał głos ładny, czysty, lubiła bardzo.

A kiedy tak robił się pijańszy, zaczynał gonić Bryśka, wyżywać się na biednej psinie, najsłabszym stworzeniu w zasięgu pijackiego oddechu.

- Poooo-szedł! - krzyczał i zdarzało się, że kopnął tak, że pies aż piszczał.

- Dziadek, zostaw go! - Basia zasłaniała Bryśka i wybuchała płaczem. - Jesteś okropny! Paskudny jak pan Glizda! Już dobrze, mój Brysiu, mój piesku.

Basia patrzy na wagonowy piec, w którym wciąż tli się coś, choć mniej żaru i mniej, zimna więcej. Otula ciało, wpełza pod ubrania, skóra napina się, walczy z chłodem tym ciepłem, które w sobie ma, ale wkrótce i ciało poczyna drżeć, i na umyśle się robi gorzej, i boli, kiedy nos kłuje niewidzialna igła, robi w nim dziurę taką, że zaraz z nosa cieknie. Móc wyjść z ciała, żeby już tak nie bolało. Wtulić się w siebie, skulić, wbić się w ciepłe ramiona dziadka, choćby ział tą bimbrową charą, choćby był niedobry jak pan Glizda. Ale przede wszystkim dziadek był dobry i jest z nią w tym wagonie, śpiewa jej do snu, jadą na te nowe ziemie. Jeszcze nieraz razem zaśpiewają, żeby melodią spróbować oswoić świat, który im się dopiero ukaże. Rozniecą ognisko pod lasem, jak mieli w zwyczaju przed wojną.

- Po tej pierwszej zwrotce mama wtedy nam druge zwrotke śpiwała - kontynuuje dziadek, a głos jego wypełnia wagon ciepłem. - Choć tak naprawdę to ten wołek śpiwoł.

Jam od dziś jest jeden z waswiem od dziś czym jest wasz strachnie przed biczem nie przed batemale że nim tem ostatnim katembędzie wam tutej kostuchani wasz ojciec ni matulani wasz dziad ani babulanikt was w bólu nie utulinikt lamentu nie usłucha

- Jak to jest być wołkiem? - Basia pyta dziadka przez zamknięte oczy.

Po chwili otwiera je i nie widzi prawie nic prócz gwiazd na sklepieniu.

Gdzie jest słońce? Jaka ciemnica, na domiar jeszcze ciemnieje. Trza by krówki ściągnąć do dom. Co tam robią same?

- Jutta! Jutta! - krzyczy wniebogłosy, ale Jutty nie ma, nie ma jej cielaka, małego Moresa, w oborze pusto. - Gdzieście poszli?

Basia wybiega w to ciemno, za domem widać księżyc, którego tylko mała sznytka pośród gwiazd, nawet nie rogalik, taka malizna. Biegnie Basia za zagrodę, na oślep przez łąkę, mija lasek, przeskakuje potok po ciemku, na pamięć, przecina polną drogę. Wbiega na pagórek, gdzie pasą się krowy, ale krów nie ma, jest cisza i wiatr, zimno.

- Gdzieście krówki?! - woła.

Krówek nie ma. Jest szczekanie w oddali, ciche, potem głośniejsze.

Basia się rozpromienia, poznaje głos psa.

- Brysiek, kochany. - Kuca i maca rękami po trawie, po chwili tuli kędzierzawego kundelka o czarnej sierści, który radośnie zwiesza główkę przez ramię Basi i merda krótkim ogonem. - Jak mogliśmy cię tam zostawić samego, maluchu? Jak dobrze, że jesteś z powrotem. Czy ty biegłeś za mną całą drogę? Och, jak ja cię kocham, mój maleńki.

Stawia go na ziemię, pies biega wokół niej jak szalony, ociera się o łydki, chce, żeby go pogłaskać, co też Basia robi.

- No, Brysiu, chodźmy już. Idziemy szukać Jutty i małego Moresa. Wiesz, gdzie są? Nie wiesz? Ja też nie.

W drodze powrotnej wzmaga się wiatr, drzewa kołyszą gałęziami, rośnie niepokój. Zaraz za laskiem Basia widzi łunę, która rozpościera się na niebie, czuć dym.

- Jezu, a co to się dzieje?

Zaczyna biec do domu. Zza horyzontu wyłaniają się jęzory ognia, które trawią dachy sąsiedzkich chałup. Wzmagany wiatrem ogień kołysze się jak kolana dziadka.

Bo choć pełno was pod strzechąw jednej wiosce i powiecietoście sami są we świeciechoć językiem tu władaciechoć biegliście są tu w mowiei choć sprawniście są w słowiesamiście tylko są w sobiea jam teraz jednym z wasw sobie sam po krespo istnienia kres

Dziadek śpiewa w najlepsze, ani myśli kończyć, wagon śpiewem rozkołysał, ogień w piecu też jakby się ożywił, bo już nie sam żar, ale całe płomienie hulają, rodzą ciepło. Basia widzi sylwetkę ojca, jak drwa wrzuca do ognia.

- Podpalili nas, psubraty! - krzyczy ojciec do sąsiada i podaje mu wiadro, sam bierze kolejne i biegnie w stronę domu. - Kurewskie upadlińce.

Matka zawodzi pod niebiosa, sąsiadki jej wtórują.

- Za jakie grzechy?! - krzyczą.

Basia wie, że to wszystko jej wina.

Bawiła się z Juttą, córką oficera, dostawała od nich smalec, kiełbasę i jajka, kiedy nie było niczego: kartofle, owies i trochę mąki, na wiosnę owoce, warzyw trochę, latem więcej owoców. Były groźby, że jak to tak, z wrogami piaskownicę dzielić, lalkami się bawić, kto wie, co jeszcze, teraz wszystkiemu stało się zadość. Domu nie ma i nie będzie, cielak uciekł, Jutta patrzy za nim tam i nazad, ojciec krzyczy, matka płacze, z wiadrem biega, Brysiek szczeka, dziadek śpiewa.

Co nas czeka teraz?, niemo pyta Basia, ale znikąd odpowiedzi.

- Moja wina, moja wina, moja bardzo wielka wina - zaczyna powtarzać i tak jej z tym powtarzaniem na dłużej zostanie.

- Gdzie byłaś? Patrz, co tu się dzieje! - Podbiega do niej babcia, przytula ją. - Myśleliśmy, że ty w środku jesteś i już cię nie ma. O, Boże, mój Boże.

- Gdzie jest Jutta? - pyta Basia. - Gdzie Mores?

- Pomóżcie nam! - krzyczy mama, babcia biegnie z mamą, a Basia znów do obory szukać krów, za nią Brysiek.

W oborze pusto, pod oborą pusto, dookoła pusto, nigdzie krów.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji