"Stajała przed bramu i buła piskate!..."
kończyła pani domu, spoglądając z niechęcią na książkę służbową.
- Nieszczególna rekomendacja - dodała po chwili, zamykając
książeczkę, i usiadła na wyplatanem krześle, jedynym możliwym meblu
z rozlicznych sprzętów, przepełniających ciasną i ciemną kuchenkę.
Była to niska, młoda jeszcze kobieta, rozlana w swym
niebieskim w szlafroku, z głową zgniecioną, płaską, pokrytą włosami
żółtymi. W ciemnej przestrzeni kuchennej jaśniały te włosy światłem
matowem, łącząc się dość harmonijnie z żółtawą cerą twarzy i oczami
barwy niepewnej. Uszy tłuste, leniwe, niezdrowe, obciągnięte ku
szyi ciężarem czarnych lawowych kolczyków, i usta wąskie blade,
ukrywały równie blade dziąsła i świadczyły dostatecznie o
niedokrewności tej masy ciała, rozrastającej się wśród wilgotnych
ścian szczupłego mieszkania. Całe bezczynne życie żon urzędników
płynęło leniwą falą pod tą skórą zżółkłą, przezroczystą i delikatną
jak gaza jedwabna. Tylko usta zaciśnięte, prawie zsiniałe od
wilgoci spadającej z murów, tylko ręce płaskie, o pełnych dłoniach,
i oczy niewielkie, ciężkiemi przysłonione powiekami, miały jakieś
drganie, zdradzały ukrytą namiętność pantery - właściwą kobietom
anemicznym, których życie, wbrew hygienicznym przepisom, upływa
wśród atmosfery sąsiadującej z kuchnią sypialni.
- Nazywasz się?... - pytała dalej pani domu, a głos jej
leniwy, tłusty, rozlewał się wśród cienia, jak ona sama, i drgał
długo wśród fal powietrznych, przeciągając się bez końca.
Stojąca przy drzwiach dziewczyna podniosła głowę.
- Nazywam się Kaśka Olejarek - odpowiedziała lękliwie, a
głowa jej opadła natychmiast na piersi.
- Masz rodziców? - ciągnęła dalej indagację pani domu.
Po twarzy Kaśki przemknęło coś nakształt smutku... Nie
odpowiedziała wcale.
Woźny z kantoru, mały, niepokaźny człowiek, ubrany w szary
surdut beżowy, uznał za stosowne wmięszać się do rozmowy.
- To jest sierota, proszę wielmożnej pani... Nie ma
nikogo... Niedawno przyszła do miasta... Była tylko w jednym
obowiązku u państwa Lewi...
- U żydów! - przerwała pani, a usta jej wykrzywiły się z
pogardą.
Nastała chwila milczenia. Woźny umilkł, przygnieciony
antysemickiem usposobieniem pani, a Kaśka nie dodała nic na swoje
usprawiedliwienie, tylko jeszcze więcej pochyliła głowę.
W umyśle jej przesuwało się tysiące przykrych myśli.
Odprawiona wczoraj nagle, prawie bez powodu, od Pinkusa Lewi,
znalazła się na bruku; mając zaledwie dwa złote w kieszeni. Nocleg
znalazła u swej przyjaciółki, Rózi, posługującej w mleczarni, ale
nadużywać gościnności tej nie mogła.
Rózia żyła "na wiarę" z czeladnikiem krawieckim. Para ta
miała tylko jedną izdebkę, a obecność mężczyzny żenowała Kaśkę.
Budziły się w niej nieokreślone pragnienia, a dziwny przestrach
ściskał jej serce... Nie! ona tam stanowczo więcej nocować nie
mogła. Cóż pocznie, jeśli ta pani nie zechce przyjąć jej
natychmiast? W tej chwili ciemna i smutna kuchenka przedstawiała
się w oczach dziewczyny jak port bezpieczny i cichy, a brudny sufit
zdawał się jej być pożądanym dachem, pod którym pragnęłaby złożyć
swą głowę.
- Jesteś jeszcze bardzo młoda - rzekła pani rozbierając
wzrokiem sformowane kształty dziewczyny.
- Mam lat dwadzieścia - odpowiada Kaśka, a jej ręce
spracowane i czerwone zaciskają się ruchem nerwowym pod fałdami
szarej, zniszczonej chustki.
- Przysuń się bliżej, pragnę cię zobaczyć - mówi pani,
podnosząc się z krzesła.
Kaśka stoi nieruchoma, z plecami przyciśniętemi do ściany.
Następuje interwencja woźnego.
- Idź, głupia, kiedy cię wielmożna pani woła.
Kaśka postępuje kilka kroków i staje na środku kuchni w
wąskiej strudze światła, którą wlewa ukośne okienko, wciśnięte w
długą framugę.
Olbrzymia postać dziewczyny rysuje się w tej jasności,
potęgując się jeszcze w porównaniu do innych, niknących w cieniu
przedmiotów. Duża, silna głowa, złączona z kością pacierzową
szerokim karkiem, pokryta ciemnym włosem i naprzód pochylona, ma w
swym kształcie coś posągowego, pewne podobieństwo do tych
starożytnych niewolnic, przeznaczonych do noszenia na głowie
ciężkich, winem napełnionych amfor. Czoło niskie, gładkie,
przecięte ciemnemi linjami brwi, nos prosty, nieruchomy, trochę w
nozdrzach zgrubiały, usta świeże, zęby zdrowe, równe, podbródek
okrągły - wszystko to rozjaśnione wielkiemi, piwnemi źrenicami,
tworzy całość miłą i pociągającą. Na tej kształtnej twarzy,
zczerniałej od wichru i gorąca, widnieje dobroć nieograniczona,
wiara w drugich i słodycz bezmierna. Olbrzymie, wypełnione ciałem
ramiona, kształtne, choć zbyt silne zakreślenie gorsu, szerokie,
ciężkie kończyny, tworzą z tej dziewczyny typ zwierzęcia roboczego,
przeznaczonego do dźwigania ciężarów i tak zwanej "grubej" domowej
roboty. Jest to wspaniałe zdrowe ciało, o pospolitych, śmiałych
konturach, materjał na matkę licznego rodu, który, odznaczałby się
niewątpliwie nadzwyczajnem zdrowiem, wzrostem olbrzymim i siłą
zwierzęcą. Mimo tej męskiej prawie wysokości i pleców rosłego
mężczyzny, Kaśka jest kobietą w całem tego słowa znaczeniu. Zwykle
zbyt silne, wybujałe kobiety, zatracają w sobie powaby niewieście i
obnoszą swe niekształtne formy mięszańców z niezgrabną śmiałością
urlopowanych żołnierzy. U Kaśki, przeciwnie, cały wdzięk kobiecy
pozostał, pomimo nadzwyczajnego rozrośnięcia się kości, a ciało
jędrne, młode, pełne świeżości dziewiczej, pokrywało szkielet i
wypełniało go dokładnie. Jest to klasycznie zbudowana kobieta z
gminu, gruba w pasie, na szerokich stopach, - mimo to pełna wdzięku
i łagodnej nieśmiałości. Głos, wychodzący z tych szerokich piersi,
jest harmonijny, dźwięczny i cokolwiek drżący. Jest to raczej głos
drobnej, szczupłej blondynki, zabłąkany w piersi tej wysokiej,
tęgiej, ciemnookiej kobiety.
Pani domu przypatruje się z zadowoleniem olbrzymiej
dziewczynie, zasłaniającej plecami ćwierć kuchennej przestrzeni.
Jakkolwiek świadectwo pana Pinkusa Lewi mówi wyraźnie, że "stajała
przed bramu i buła piskate", pani nie chce wierzyć "żydom" i
przyjmuje Kaśkę do służby. Taka tęga dziewka! Sama będzie nosić
wodę, nie potrzeba więc płacić posługaczki... I skąpstwo polskiej
gospodyni przemaga trwogę przed "piskowaniem" Kaśki. A zresztą -
czyż podobna, aby ta dziewczyna, tak cicha, pokorna, pomimo swych
olbrzymich kształtów, pełna wdzięku łagodnego, mogła mieć wadę
zuchwalstwa?
I ku ogólnej radości, obwieszcza pani monotonnym swym
głosem, że przyjmuje Kaśkę do służby. Potem poucza nową sługę o
froterowaniu podłogi, noszeniu wody i węgli, praniu prasowaniu i
wszystkich obowiązkach, jakie spaść mają na plecy dziewczyny.
Kaśka stoi nieruchoma, z okiem utkwionem w brudną podłogę
kuchni. Wie tylko, że ma gdzie zasnąć i przenieść swój ubogi
kuferek. Reszta ją nie obchodzi; praca jest zawsze pracą, czy tu,
czy u Pinkusów Lewi. Nie rozumie nawet, po co ta pani mówi tyle...
Przecież ona nie uchyla się od żadnego obowiązku!... Pani podaje
jej zmięty papierek guldenowy i żąda wzamian tak zwanego fantu.
Kaśka wyciąga z pod chustki złożoną starannie wełnianą spódnicę
koloru fioletowego, przybraną plisami ze zrudziałego welwetu. Pani
bierze fant i upomina Kaśkę, aby się stawiła najdalej za godzinę do
służby.
Kaśka przyrzeka, całuje pokornie rękę swej przyszłej
chlebodawczyni i wychodzi wraz z woźnym z kuchenki. Wychodząc,
uderza się czołem o niskie drzwi i stoi przez chwilę w ciemnej
sionce, ściskając w ręku otrzymanego przed chwilą guldena. Przed
nią majaczy drobna postać kantorowego, który poomacku stara się
znaleźć poręcz od schodów. Znajduje ją wreszcie i woła na
opóźniającą się dziewczynę. W gorącym zaduchu, pełnym kurzu i
stęchlizny, wiją się kręcone schody, tak zwane "kuchenne", popsute,
otulone ścianą posmarowaną węglem i zczerniałą od dymiących lampek
naftowych, któremi służące rozjaśniały wieczorem ciemną i wąską
przestrzeń. Woźny, klnąc, nasuwa czapkę i rozpoczyna karkołomną
wędrówkę, trzymając się mocno skrzypiącej poręczy. Kaśka idzie za
nim szybko, otwierając oczy, pragnąc się w ten sposób przyzwyczaić
do panującej w klatce schodowej ciemności. Słabe nawpół spróchniałe
deski, uginają się prawie pod olbrzymią stopą dziewczyny,
spadającej ciężką masą w równych odstępach; schodzi na dół, nie
licząc nawet pięter, uspokojona o swą przyszłość, pełna wiary i
otuchy w miłosierdzie boskie. Pani wydała się jej uosobieniem
piękna i dobroci po brzydkiej, wrzaskliwej pani Lewi, która kazała
się "szanować" i przeglądała ustawicznie w miedzianych rądlach lub
samowarze. I Kaśka, na samą myśl lepszego słowa lub pochwały z ust
tej ślicznej pani, dostaje jakby zawrotu w głowie i ciśnienia w
gardle. Schodząc na dół, myślała więc, jak będzie się starać, aby
zasłużyć na tę pochwałę, jak będzie pracować całymi dniami i
nocami... Nagle zaciskają się jej oczy pod wpływem żółtawego
światła, które zajaśniało na zakręcie schodów. Nie jest to przecież
już światło słoneczne, ale mdły płomień świecy łojowej, osadzonej w
latarce i niesionej przez młodego mężczyznę, ubranego w szarawą
bluzę i długi fartuch płócienny.
Woźny, uszczęśliwiony z wypadku, rozjaśniającego mu dalszą
część klatki schodowej, spuszcza się czemprędzej na dół - na
wąskiem przejściu pozostaje sama Kaśka naprzeciw młodego mężczyzny,
niosącego w ręku latarkę. Ze zwykłą nieśmiałością przyciska się do
ściany, pragnąc zostawić jaknajszersze miejsce nadchodzącemu
człowiekowi.
Pomimo jednak jej dobrych chęci, szerokie jej ramiona
zabierają wiele miejsca i mężczyzna mimowoli zmuszony jest otrzeć
się o nią, aby przejść dalej.
- Ihi, djabeł tu łazi? - pyta niezbyt uprzejmym tonem,
podnosząc w górę latarkę.
- To ja, Kaśka - odpowiada dziewczyna, oblewając się
rumieńcem.
On przecież nie rumieni się wcale, ale owszem, śmieje się,
pokazując w tym uśmiechu dwa rzędy zdrowych, białych zębów. Jest to
stróż kamieniczny, młody, przystojny chłopak, śpieszący na strych,
aby tam, z rozkazu gospodarza, obejrzeć popsuty dach. Dach nie
ucieknie, a dziewczyna jest wcale ponętną. Patrzy więc na nią,
szczęśliwy z jej zawstydzenia, ciśnie ją do muru, z wyrachowaniem,
pełnem nagle obudzonej namiętności. Ona, odurzona, pełna bezwiednej
trwogi, ustępuje napróżno, starając się uwolnić od dotknięcia
chłopaka, którego widok i obecność miesza ją niewypowiedzianie. Ta
wielka, dwudziestoletnia dziewczyna, świadoma tajemnic życia, które
zna tylko z opowiadania swych przyjaciółek, lub przeczuć, ucieka
zwykle przed podobnem sam-na-sam, które gorącym warem żyły jej
zalewa. Ona pamięta o tem, że może pójść zamąż, więc pragnie dobrze
się prowadzić. Dlatego z takim wysiłkiem chce wyrwać się z
przypadkowego sąsiedztwa, bo obecność tego uśmiechniętego chłopca
jest dla niej nad wyraz ciężką i przykrą. On wszakże nie pozwala
jej postąpić dalej, zagradza jej drogę.
- Co panna tu robi? Skąd panna wraca? Ja jestem stróż, muszę
więc wiedzieć o wszystkiem... Nie puszczę! Jak Boga kocham, nie
puszczę...
Kaśka doznaje dziwnego ściśnienia w gardle. Ten młody,
wesoły głos, rozlegający się czystą, dźwięczną gamą szczerego
śmiechu, wzbija się w wąską, ciemną przestrzeń i spada na jej
schyloną głowę odurzającą kaskadą. Z natury nieśmiała dziewczyna
traci zupełnie przytomność wśród tej dusznej, gorącej atmosfery i z
bezwładnością dziecięcą opiera się o ścianę.
Mężczyzna widzi jej przestrach i przybiera ton uspakajający.
- No! Czegóż bo się strachać? Ja panny nie ugryzę, ani do
becyrku nie zaprowadzę. Pytam: skąd i po co? Należy odpowiadać.
Milczenie. Kaśka, coraz bardziej przyciskana do ściany,
czuje gorący oddech młodego chłopaka i z przestrachem kryje głowę w
ramiona. Ten gorący oddech robi na niej wrażenie oddechu
rozjuszonego zwierza, dlatego z instynktem zachowawczym broni się
przed nim, jak umie i może.
- Gdyby panna nie powiedziała, co się nazywa Kaśka,
myślałbym, że panna niemowa, ale teraz myślę inakszej, i nie
puszczę, jakem Jan Viebig, dopóki panna nie przemówi i nie da
buziaka.
Mówiąc te słowa, stróż podnosi wyżej latarkę i oświeca twarz
Kaśki, a korzystając z obezwładnienia dziewczyny, jedną ręką
obejmuje jej kibić i przysuwa do siebie.
- No - mówi dalej, - powie panna, co tu robi?
Kaśka usiłuje zebrać myśli. Czuje, że jeżeli nie odpowie na
zadawane jej pytania, młody chłopak nie puści jej tak prędko, a
jedynem jej dążeniem jest wyswobodzić się z tej sytuacji.
Jan Viebig z prawdziwą rozkoszą patrzy na zmieszanie
dziewczyny.
Rosła kobieta, pełna życia i siły, drży w jego ręku jak
najnędzniejsze stworzenie. Z rozkoszą prawdziwą przypatruje się jej
szyi i bogatym linjom gorsu, bo jak żyje nie widział takiej
dziewczyny. Mdłe światło łojowej świeczki nie może dokładnie
oświecić tej wspaniałej postaci, ale Jan odgaduje instynktem i
milknie zdziwiony na widok tej kobiety. Zwykłe jego konkiety były
to dziewczęta krępe, płaskie, czerwone, prawie zawsze małego
wzrostu i nie dawały mu dokładnego wyobrażenia o podobnej
doskonałości. W tej chwili stoi przed kobietą według jego pojęcia,
doskonałą, tak pod względem form, jak i karnacji, choć w mdłem
oświetleniu nie może dojrzeć dokładnie właściwego koloru jej
włosów, ani cery twarzy.
Porwany brutalną potęgą, chwyta jej spuszczoną głowę i
zbliża swe wargi do ust dziewczyny.
Kaśka nie odpycha go wcale, bo czuje, że jej sił zabraknie,
ale drżącym, cichym głosem prosi łagodnie.
- Proszę was, dajcie mi odejść! Proszę...
I tyle gorącej modlitwy drga w tym cichym szepcie, taka
bezmierna trwoga bije z jej rozszerzonych źrenic, że Jan cofa się
zwolna przed tą istotną niewinnością, która siłą nie umie, czy nie
chce się bronić, a potężną osłonę znajduje tylko w serdecznej,
szczerej prośbie kobiecej.
- Dajcie mi odejść.
Kaśka wyrzekła te słowa. Dodała jeszcze "proszę", a ta cicha
prośba była stokroć silniejszą od wszelkich gwałtownych walk, jakie
nieraz staczały z nim inne kobiety z tej sfery, w której się
obracał. Ta olbrzymia dziewczyna nie użyła pięści dla swej obrony,
pomimo, że pod względem siły mogła się z nim mierzyć. Ona zdała się
na jego łaskę i prosi pokornie o litość nad jej słabością. Tym
wdziękiem kobiecym, tą pokorą przed przewagą męską zwalczyła go
bezwiednie i ukoiła wzburzone jego zmysły. Prosta, głupia, prawie
zwierzęca natura uległa w milczeniu przed wyższością tej
dziewczyny, różniącej się tak zewnętrznymi kształtami, jak i
sposobem zachowania się, od innych kobiet, które Jan w swojem życiu
spotykał.
Zawstydzony prawie usuwa się na bok w milczeniu i tylko
podniesioną w górę latarnią oświeca ciągle twarz dziewczyny, która
drżącą ręką zapina rozerwany koło szyi kaftanik. W śród tego
żółtego pasma, bijącego przez potłuczone szyby latarni, spotykają
się nagle ich oczy. Źrenice dziewczyny ciemne, łagodne, pełne łez,
i oczy mężczyzny niebieskie, płonące od tłumionej namiętności.
Przez chwilę obie dwie pary oczów toną w sobie z dziwnym,
nieokreślonym uporem i śmiałością ze strony dziewczyny. Nagle,
światło przygasa, migoce kilkakrotnie, jak wzrok konającego, i -
świeczka gaśnie, Kaśka, Jan, ściany, schody, wszystko ginie w
ciemności; ale dziewczyna teraz się nie lęka. Może być sto razy
ciemniej, ona wie, że krzywdy nie dozna żadnej.
I otulając się w chustkę, prosi swym rzewnym słodkim głosem:
- Pomóżcie mi zejść, bo nic nie widzę, a schodów nie znam.
On, z uległością zbitego zwierzęcia, czyni zadość jej
żądaniu i schodzi pierwszy, prowadząc ją z dziwną delikatnością.
Wśród ciemnych, wąskich ścian, pomiędzy któremi wiją się
schody, słychać tylko odgłos ich ciężkich kroków i przyśpieszony
oddech Jana. Gorący zaduch owiewa mu rozpaloną głowę i wpada do
płuc. W dłoni swej czuje grubą, szeroką rękę dziewczyny, drącą
jeszcze nerwowo, a drganie to sprawia mu przykrość nieokreśloną. W
tej chwili zdaje mu się, że ona jest bardzo drobnem, małem
stworzeniem, które przeraził swą brutalną napaścią i które
pragnąłby przeprosić za uczynioną przykrość. A ona idzie wolno,
wsłuchując się w jego oddech, którego gorące uderzenia czuje
jeszcze na swej rozpalonej twarzy. Postępuje jednak za nim
uspokojona i pewna jego uczciwości.
Gdy nagle weszli do jasnej sieni, wśród której gorące
promienie słoneczne rozpościerały się z całą brutalnością
śródlecia, doznali oboje olśnienia. W ostrym blasku słonecznym
Kaśka olbrzymiała jeszcze i stała przed nim w całej potężnej
piękności rozwiniętej kobiety.
Wszystkie postanowienia Jana, powzięte wśród ciemności, co
do uzyskania przebaczenia, pierzchły od razu na widok szerokich
ramion i wspaniałych rozmiarów dziewczyny.
Tam, na górze, w wąskiem schodowem przejściu, zdawała mu się
Kaśka drobnem, drżącem stworzeniem. Gdy ją sprowadzał na dół, nikła
mu w ciemności; czuł jej szorstką rękę w swej dłoni i słyszał
stąpanie. Tu, w blasku dziennym, jaśnieje przed nim niezrównanym
blaskiem urody, świeżości i pięknością kształtów. Pomimo
nadzwyczajnej swej śmiałości i znanej odwagi do kobiet, czuje on
się teraz wobec tej pięknej dziewczyny nieśmiałym. Pragnie coś
przemówić, aby choć częściowo naprawić swój błąd i dać jej lepsze o
sobie wyobrażenie. Ona powróciła już zupełnie do swej równowagi
moralnej, w oczach jej nie widać śladu gniewu, tylko jakiś żal
migoce. Czuje ona, że gniewać się nie powinna. Młody chłopiec
spotkał ją w ciemnem przejściu i próbował szczęścia. Nie jego to
wina: gdyby inne dziewczęta nie upadały z taką łatwością, nie byłby
przecież tak śmiałym. Zresztą nie stało się nic złego.
I serdecznym, miłym swym głosem dziękuje mu za sprowadzenie
z niewygodnych schodów i wskazanie drogi.
- Przyszłam frontowemi - odpowiada, patrząc zawsze w ziemię.
- Pani zaprowadziła nas do kuchni, woźny poszedł pierwszy, a ja nie
wiedziałam, gdzie jestem i co robię... Nie lubię ciemnicy.
Jan dorozumiewa się, że to służąca, zgodzona do państwa z
trzeciego piętra.
- To panna będzie służyć u tych... z majstratu? - pyta,
wykrzywiając się pogardliwie i odzyskując powoli rezon utracony.
- Zdaję się, że pan jest w majstracie - odpowiada Kaśka; -
zgodziłam się do wszystkiego.
Wyraz twarzy Jana stawał się coraz pogardliwszym.
- Oj, to ci panna trafiła! Takie państwo...
Kaśka podniosła spuszczone powieki i utkwiła w mówiącego
zdziwione oczy. Dla niej "państwo" było zawsze "państwem", rodzajem
półbogów, o których nie mówi się inaczej, jak tylko z uszanowaniem.
Gdyby nie "państwo", umarłaby przecież z głodu; płacono jej,
żywiono, pozwalano spać cztery godziny na dobę, a w Wielką Sobotę
chodzić na Boże groby. Swojej ciężkiej pracy nie liczyła wcale.
Przecież musiała coś robić. Siedzieć z założonemi rękami mogły
tylko panie, a zresztą, nie pragnęła tego wcale. I w bezmiernem
zdziwieniu patrzy na stojącego przed nią stróża, który z taką
pyszną pogardą krzywi swe wydęte wargi, mówiąc: "Takie państwo!
Takie państwo"!
Nie przerywa wszakże i czeka dalszego wyjaśnienia, które
otrzymuje niebawem w następującej formie:
- Widzi panna, jest państwo i państwo. Tu, na ten przykład,
na pierwszem, mieszka pani hrabina ze synem... to jest państwo. A
ci z majstratu, co panna do nich idzie, to nie państwo.
Kaśka uznaje za stosowne wtrącić:
- Przecież tak samo regularnie płacą.
Jan kiwa głową.
- Ta, niby. Ale się panna naharuje, zanim tych głupich
pieniędzy się dokopie.
Kaśka macha ręką.
- Wszędzie trzeba pracować...
Teraz przyszła kolej na Jana, aby się zadziwił; próbuje więc
wytłómaczyć Kaśce dokładniej różnicę między państwem a państwem.
- Ta, pewnie, że pracować trzeba, aleć już niech rozkazuje
lajtnant a nie furwez, jak mówił nieboszczyk Szczepaniak. Szkoda,
że panna nie znała Szczepaniaka, bo to był tęgi hułan. Otóż, widzi
panna, ta hrabina, to lajtnant, a taka z majstratu, to furwez. Choć
jaby tam wolał być panem i rozkazywać, taj do bramy dzwonić. U tych
z majstratu bieda aż skrzypi. Ona skąpa, on złośnik. Już tego
kwartału dwie zmienili, a bez co? Bez to, że to nie "państwo" -
dodał, wracając uporczywie do swego założenia, jak koń w deptaku,
wiecznie koło jednego punktu krążący.
Widocznie jednak oboje mieli coś wspólnego w swoim sposobie
układania myśli, bo i Kaśka powtórzyła przed chwilą wygłoszoną
filozoficzną sentencję:
- Wszędy trzeba pracować.
I z całą niedbałością silnego zwierzęcia wstrząsa potężnemi
barkami, jakby z niecierpliwości i pożądania tej pracy, która ma
spaść na nią równocześnie z przyjęciem nowych zobowiązań. Jan
patrzy na nią z uwielbieniem.
- Panna silna, prawda? - zapytuje po chwili.
Za całą odpowiedź Kaśka uśmiecha się łagodnie, odsłaniając
zdrowe i czyste zęby, oprawione w dziąsła różowe.
- To jeszcze dobrze - ciągnie Jan dalej, - bo jakby panna
była nie przymierzając chyrlawa, toby długo na tem trzeciem piętrze
nie pociągnęła. Trzeba cięgiem nosić wodę, bo ta... pani to się
pluszcze i pluszcze przez końca, posadzkę gładzić, a na wosk
skąpią. Oj! puściłby ja ich w taniec choć raz na rok, toby
popróbowali, jak to przyjemnie tak harować od świtu do nocki...
W błękitnych oczach Jana zaświeciła nagle niedobra iskra.
Cała nienawiść dręczonego zwierzęcia, które nigdy nie może się
wyspać, ozwała się w tym głosie, drżącym od dawno przebudzonej i
nurtującej myśli.
Wszystkie noce zimowe, gdy bezlitośny głos dzwonka zrywał go
z posłania i ledwo osłoniętemu kazał biedz dla wpuszczania
spóźnionych lokatorów, powracających często z nocnej hulanki;
wszystkie te senne marzenia, przerwane z całą gwałtownością ludzi
pijanych lub złych z powodu bezsennie przepędzonej nocy; wszystkie
te początki tak zwanych katzenjamerów karnawałowych, które musiał
znosić z uległością tresowanego psa, - wszystko to wybuchało w tych
kilku słowach: - Oj, puściłbym ich w taniec!
A w tańcu tym przyjąłby udział przedewszystkiem pewien
fircyk, odnajmujący pokój od pewnej starej panny, zajmującej całe
drugie piętro, który prawie co noc powracał nad rankiem i wpadał w
bramę z hałasem, wrzaskiem. a co najgłówniejsze, bez tradycjonalnej
szóstki w ręku. I codziennie w szarawem świetle poranka spotykali
się ci dwaj ludzie z jakąś dziwną, niewytłómaczoną nienawiścią w
sercu. Elegant, mrucząc pod nosem jakąś piosenkę, przebiegał szybko
przez bramę i nikł w głębi schodów, pozostawiając za sobą
niewyraźny szum miejskiej rozpusty, niezastygły jeszcze w fałdach
jego ubrania. Jan, zbudzony nagle, zziębnięty, pochmurny, rzucał za
nim zawsze wzrokiem pełnym nienawiści.
Ten chłop, to zwierzę domowe, pozornie przyswojone, które w
głębi swej natury zachowało całą siłę męską, pragnącą użycia i
rwącą się jak koń stepowy poza zamkniętą bramę - gdzieś w dal, w
tajemnicze wnętrze miasta, którego niezdrowy, odurzający powiew
wpadł w ciężką atmosferę bramy razem z tym fircykiem, bladym od
bezsenności i nocnej rozpusty. Fircyk niecierpiał Jana za długie
wyczekiwanie pod bramą, co zwłaszcza w zimie lub dżdżyste noce nie
nałeżało do nadzwyczajnych rozkoszy.
- Ach, kanalja! - mruczał przez zęby, zaciskając swój cienki
paltocik i kryjąc ręce zziębnięte.
- Ach, kanalja! - mruczał stróż w swej izdebce, przecierając
senne oczy; - dzwoń, bestjo, dzwoń; a bodaj ci tak zadzwoniło przy
skonaniu!
Była to głucha, cicha walka dwóch zdrowych ciał w pełni
młodości. Ze strony Jana przeważała zazdrość i chęć niszczenia
swych sił w ten tajemniczy a nieznany mu sposób, który instynktem
zgadywał; ze strony powracającego późno do domu eleganta -
upokorzona duma i złość przeciw niememu świadkowi jego wad i
słabości. Czasem piękny kawaler powracał nawpół pijany - wśród
ciemności czuł wlepiony w siebie ponury wzrok stróża, co śledził
jego skrzywioną postać i drwił z kroków niepewnych. Był to
przymusowy powiernik, cichy i milczący pogardliwie, ale zawsze
powiernik, co go przyjmował na progu bramy z przykrą surowością,
liczył godziny jego nieobecności i prawie odgadywał, ile panicz
przegrał w karty i zebrał pocałunków z ust istot, oczekujących na
zarobek w mdłem świetle latarni.
Ten to elegant miał, według zapatrywań Jana, pierwszy iść "w
taniec". Po nim cała rzesza drobnych lokatorów, których dzieci
napełniały wrzaskami wąskie wnętrze dziedzińca; dalej ten z
"majstratu", taki hardy, opryskliwy, pełen źle strawionej żółci;
stara panna z drugiego piętra, której psy zanieczyszczały schody;
właścicielka norymberskiego sklepiku, garbata i sucha wdowa,i sługi
pani hrabiny, głupie, bezczelne dziewczęta z gęsto przystrzyżonemi
grzywkami nad wyblakłemi oczami, wygolony aktor, zajmujący pokoik
na dole, który wykrzykiwał dniami i nocami swoje role, - słowem,
cały ten dom brudny, źle utrzymany, pełen ludzi nędznie
odżywianych, chudych, o profilach wydłużonych, których postacie
znikały bez szmeru wśród ciemności zapadającej nocy, jak widma,
wywołane ręką magika na brudnej, źle oświetlonej scenie.
Wyjątek stanowiła pobożna hrabina wraz ze swoim, również
pobożnym synem. Ci nie poszliby w ów "taniec", nie ze względu na
ich klerykalne usposobienie, ale dlatego, że to było "państwo",
odpowiadające na pozdrowienie Jana zawsze uprzejmem skinieniem
głowy.
W naturze tego człowieka było coś z Ragabasa. Jedwabne
słówko głaskało go więcej, niż brzęk pieniędzy. Urzędnicy,
sklepikarka, aktor, a nawet ów elegant z wiecznie głodnym
żołądkiem, przesuwali się koło niego ze złym humorem, - przeciwnie,
pani hrabina, gdy po rannej kawie wracała z kościoła na buljon z
grzankami, uśmiechała się do Jana słodko i mówiła z uprzejmością
matrony chrześcijańskiej:
- Jak się masz, mój poczciwy Janie?
Okrągłe oczy Jana otwierały się szeroko, a twarz rozjaśniał
wyraz nieokreślonej błogości. Było mu wtedy tak przyjemnie, jakby
mu się coś dobrego prześlizgnęło po gardle.
Jakkolwiek Jan utworzył sobie swą własną religję, do
kościoła nie chodził, a księży niecierpiał, tolerował on przecież
aksamitną książeczkę hrabiny i jej długi różaniec z ziarnek
kokosowych.
- Grzeczna pani - mawiał, pijąc wódkę w narożnej szynkowni,
- grzeczna, choć... jezuitka.
Jezuici należeli także do owego "tańca", który Jan miał na
myśli; nienawidził ich, jak wogóle wszystkich księży. Czarna
sutanna wstrząsała nim do głębi. A przecież niewiara i brak
szacunku dla duchowieństwa zrodziły się już w późniejszym wieku
przy trumnie matki, której ksiądz nie chciał "uczciwie" pochować,
żądając za "paradę" większej sumy, aniżeli mu Jan mógł wówczas
ofiarować. Z tak błahego powodu wybuchnął nagle w Janie płomień
niewiary, a wszystkie zasady religijne runęły nagle, gdy zarządano
osobnego wynagrodzenia za mowę, odczytaną przed eksportacją zwłok
matki.
W zdrowym umyśle chłopca powstała nagle wielka jasność. Nie
studjując, nie badając, nie stawiając tez teologicznych, doszedł do
punktu, z którego wyszedł; to jest, stał się znów małem
dziecięciem, wierzącem w istność Boga, ale nieświadomem tej
mistycznej zasłony, która majestat Stwórcy zasłania. Z pyszną
obojętnością odwrócił się wtedy od księdza i rzekł!
- To się obejdzie!
Odrzucił wszystkie formy, a zostawił tylko Boga. Wszystkich
księży bez wyjątku przezwał jezuitami, a sam przybrał nazwę
"farmazona".
Z czapką na bakier przekręconą reformował swych znajomych
pomiędzy jedną a drugą blaszanką i uderzał energicznie pięścią w
stół, zapewne dla dosadniejszego określenia swych argumentów.
Dlatego, gdy Kaśka, zbierając się do odejścia, rzekła swym
słodkim głosem: "Trzeba państwo szanować, bo tak ksiądz
przykazuje..." - pociągnął ją gwałtownie za chustkę i wykrzywił
usta.
Ale Kaśka nie zwróciła na to uwagi. Miała wrócić za godzinę,
a zmarnowała blisko dziesięć minut na pogawędce z Janem.
Pragnie więc odejść jaknajprędzej, aby wrócić jeszcze na
czas właściwy.
Jan z wielką galanterją ofiaruje się do pomocy przy
transportowaniu kufra i pościeli. Kaśka przyjmuje a rozmawiając,
wychodzą na podwórko i stoją tam jeszcze przez chwilę w gorącym
blasku słonecznym. Podwórko jest dość szczupłe, opasane z trzech
stron murami kamienicy, a z czwartej zupełnie otwarte. Przylega do
wielkiego, pustego, trawą zarośniętego placu, za którym w dali
widnieje plac musztry i żółte mury, a majaczą postacie
przebiegających żołnierzy. Wzrok Kaśki błądzi z roztargnieniem po
tej szerokiej przestrzeni, przeciętej na prawo zieloną, równą
ścianą nasypu kolejowego, wznoszącego się nakształt fortecznego
wału.
Nie jest to smutny widok, i owszem, ten ruch miejski i ta
zieloność wiejska tworzą przyjemny kontrast, łagodząc się i
dopełniając wzajemnie. Mówi więc Janowi z radością w głosie, że
lubi drzewa i otwarte pole, a gdy to wszystko zobaczy, to zaraz jej
weselej. Jan przyznaje pewną rację tym poglądom i pokazuje jej
bardzo porządny śmietnik, dopiero w przeszłym ukończony tygodniu.
Kaśka błądzi wzrokiem od zielonego placu i rozłożystego kasztana do
trawy, w jasnem świetle skąpanej, i do szarych desek śmietnika,
wznoszącego się po lewej stronie podwórka z pretensją wystrojonego
terminatora.
Zapewne, śmietnik taki, to rzecz bardzo wygodna, - zamykany,
tylko że długo trwać nie może. Musi się zepsuć... deszcz, śniegi...
Jan zapewnia, że użyto do budowy trwałego materjału, i uderza w
deski rękami kościstemi. Chwilę jeszcze rozmawiają, a wspomniawszy
o schodach kuchennych, nagle zamilkli.
- To bardzo niewygodne schody - mówi Jan i urywa nagle, bo
twarz dziewczyny pokrywa gorący rumieniec.
I on doznaje jakiegoś głupiego uczucia, z którego nie umie
zdać sobie sprawy. Było to niejasne wspomnienie pierwszego
spotkania z tą dziewczyną. Te schody pozostaną dla nich
wspomnieniem pierwszego poznania, które zarysowało się niejasno w
tem wąskiem, ciemnem przejściu, i teraz sprowadza im na twarz
rumieniec i dziwne zamieszanie w głowie.
RESZTA TEKSTU DOSTĘPNA W PEŁNEJ
WERSJI.