ROZDZIAŁ 1
- Co to jest do jasnej cholery???!!! Czy to, że nie mam jaj między nogami oznacza, że musicie je sobie ze mnie robić? Powaliło was wszystkich do reszty? - Banda kilkunastu idiotów patrzyła na nią, jak na niespotykany okaz. Miała tego dość.
- Ale szefowo..
- Zamknąć się! Wynoście się wszyscy! Koniec zebrania! Nie chcę was widzieć, dopóki nie znajdziecie mi jednego, sensownego menedżera! Czy to tak dużo!? Potrzebuję jednego, nie dziesięciu, ale jednego, kurwa, człowieka! Ale widzę, że to jest powyżej waszych kompetencji! Jazda mi z oczu! - Była bliska popełnienia zbrodni na tych, pożal się Boże, pracownikach.
Tydzień temu jeden z nich oznajmił, że się zakochał i odchodzi. Wyjechał z miłością swojego życia do innego miasta. A ona? Została z zajebistym klubem, ale bez menedżera. Znalazła się w dość mało komfortowej sytuacji, brakowało jej sensownego rozwiązania. Jednym słowem była w kropce.
Pięć lat temu, kiedy przejęła interes po swoim zmarłym ojczulku, nie miała bladego pojęcia, że to wszystko będzie takie trudne. Że znalezienie dobrego pracownika będzie graniczyło z cudem. Co miała zrobić? Umieścić ogłoszenie w gazecie? Że poszukuje menedżera do najbardziej obleganego klubu nocnego? Nie chciała byle kogo, musiał być to ktoś, kto by sprostał jej ogromnym i dość wygórowanym oczekiwaniom, a niestety nie miała ochoty umawiać się na durne rozmowy kwalifikacyjne. Jak tylko o tym pomyślała, dostawała migreny.
Żenada.
Porażka.
Masakra.
Ale nie podda się tak łatwo, uwielbia wyzwania. Fakt, zaczęła ją ogarniać niemoc, bo obdzwoniła wszystkie kontakty ze swojej listy i nic. Kompletnie nic. Przeszperała również wszystkie strony z ogłoszeniami w Internecie z nadzieją, że tam znajdzie rozwiązanie i również nic. Owszem, było mnóstwo namiarów, ale żadne nie spełniało jej wymagań. A może to ona stawiała za wysokie warunki? Może powinna trochę spuścić z tonu?
Kiedy pracownicy opuścili biuro, podeszła do barku. Musiała się napić. Bez procentów nie będzie w stanie wymyślić racjonalnego rozwiązania, a takiego potrzebowała na cito. Gdyby tylko jej tatko żył... Ale nie żyje i ona musi się wziąć w garść: to nie czas na użalanie się nad sobą, jak jakaś baba. No tak, jest w sumie kobietą, ale nie z tych, co płaczą nad rozlanym mlekiem i tygodniami rozczulają się nad swoją kiepską sytuacją. Czas najwyższy ruszyć głową i to szybko. Nie może pozwolić, aby konkurencja przejęła jej klientów. Usiadła na ukochanym fotelu z kieliszkiem Prosecco i modliła się o cud. Była środa wieczór, koniec czerwca, a ona do soboty musiała wyczarować, jak pieprzona Hermiona, jednego człowieka. Tylko skąd? Jej rozmyślania przerwał sygnał nadejścia nowej wiadomości:
Witam Pana serdecznie. Nazywam się Wiktor i jestem zainteresowany współpracą z Panem. Proszę o kontakt.
Myślała, że spadnie z fotela. Nie mogła przestać rechotać. Co to jest? Czy ktoś z jej przyjaciół robi sobie żart? Nie, ona nie ma przyjaciół, no oprócz jednej, wiernej jak pies, a raczej jak suka, przyjaciółki. Ale to nie mogła być ona, bo Moni w tej chwili smażyła się na jakiejś rajskiej plaży ze swoim nowo poślubionym mężulkiem. Więc to na bank nie jej zagranie; tylko w takim razie czyje? I co za kretyn pisze do niej per pan? Przecież chyba już wszyscy doskonale wiedzą, że to ona przejęła interes ojca. I skąd do licha, ma numer jej prywatnej komórki? Mają go tylko nieliczni, dosłownie garstka ludzi. Wzięła telefon do ręki i wykręciła numer do Lukasa.
- Tak jest szefowo? - odezwał się zaraz po pierwszym sygnale.
- Widzę cię za pół minuty u siebie! - Od razu się rozłączyła.
Popatrzyła za okno, słońce powoli kończyło na dzisiaj swoją pracę. Pomimo iż była końcówka czerwca, lato zagościło już na dobre i upały zaczęły doskwierać. Kobieta zdawała sobie sprawę, że okres wakacji był - zaraz po okresie karnawału - najlepszym czasem dla dyskotek i klubów. Frekwencja była wtedy stuprocentowa.
Szybko wróciła myślami do sprawy, którą musiała pilnie rozwiązać.
Wiedziała, że Lukas zjawi się u niej za dziesięć sekund, bo stoi i pilnuje jej skromnej osoby tuż za drzwiami. Zapukał, a po usłyszeniu "wejść!" - wtargnęło do gabinetu sto dwadzieścia kilo mięśni. Lukas - jej prywatny bodyguard, człowiek, który jest jej osobistym cieniem. Przystojny, dobrze zbudowany brunet o czekoladowych oczach. Dobrze wiedziała, że podoba się kobietom, jej samej zresztą również. Już niejeden raz dowiódł, że jest wart jej szacunku i zaufania, a to bardzo dużo. Mogłaby powiedzieć, że nawet wszystko. Podała mu swoją komórkę i pokazała esemesa.
- Zadam to pytanie tylko raz. I skup się Lukas. Bo doskonale wiesz, że nie lubię się powtarzać. Co to jest, do jasnej cholery?! - Ostatnie zdanie wymówiła z mocno zaciśniętymi zębami.
- Szefowo... Eee.. Zaraz to wyjaśnię. - Lukas, czytając esemesa, zająknął się, próbując jakoś wyjaśnić zaistniałą sytuację. Był mocno zdenerwowany.
- Wyjaśnić?! - wrzasnęła, mocno poirytowana. - Czy chcesz mi przez to powiedzieć, że wiesz, kto to napisał?
- Niestety tak. Potrzebuję dziesięć minut. I przepraszam, nie wiem, jak to się stało, ale to się więcej nie powtórzy. - Lukas nie miał bladego pojęcia, jak jego kumplowi udało się dotrzeć do szefowej. Ale co nieco zaczęło mu świtać. Ostatni reset, wódka i Wiktor. Szlag! Musi to jak najszybciej odkręcić, bo boi się, że przez taką głupotę straci zaufanie swojej przełożonej.
- Siadaj - powiedziała to już spokojnym głosem. Lukas od razu wykonał polecenie.
- Znamy się i pracujemy od kiedy przejęłam interesy po moim ojcu, który, jak doskonale pamiętasz, został w brutalny sposób pozbawiony życia przez Robsona i jego ludzi. Wiem, że niestety nigdy nie udało się tego udowodnić, ale ja czekam i się doczekam na dzień sądu ostatecznego. Byłeś i jesteś ze mną, zawsze mogłam na tobie polegać. Mogę ci ufać...
- Szefowo...
- Zamknij się! Jak to się stało, że jakiś Wiktorek znalazł się w posiadaniu mojego numeru?! No jak?! - wrzasnęła.
- Mój ostatni reset. Wie szefowa, że raz w miesiącu mam wolną sobotę. I wtedy staram się zabawić. Robię to skromnie, żeby nie pokazywać się na mieście, żeby nikt się nie dowiedział, że ten jeden dzień szefowa jest beze mnie. Robię to przy wódce z moim kumplem Wiktorem - wyrzucał z siebie Lukas z taką prędkością, jak pędzące Pendolino.
- Jesteś gejem?! - zapytała z szeroko otwartymi oczami. Nie chciała w to uwierzyć, taki facet?
- Nie! O Boże, nie! To mój kumpel. Znamy się kilka lat, kiedyś pracowaliśmy razem. Szefowo jestem stuprocentowym mężczyzną! Słowo!
- No dobra. Kontynuuj bo nie mogę się doczekać zakończenia tej przepięknej i jakże wzruszającej opowieści. - Zamrugała teatralnie rzęsami, bo wzmianka o orientacji Lukasa trochę ją rozluźniła. - No mówże człowieku. Bo uwielbiam takie ckliwe historie jak w telenowelach brazylijskich.
- W ostatnią sobotę spotkaliśmy się u mnie na tym wspomnianym resecie. Była jak zwykle przyjaciółka flaszka. Gadaliśmy. Nigdy nie wspomniałem mu, czym się zajmuję. To znaczy, wie, że jestem ochroniarzem w klubie "69", ale że jestem osobistym ochroniarzem szefowej to już nie. Co za dużo, to niezdrowo. I chyba ostatnio coś chlapnąłem, że właściciel klubu szuka menedżera. Pamiętam, że chciał numer do szefowej, ale mu nie dałem. Przysięgam!
- OK. Ale dlaczego pisze do mnie PAN? - To ją zastanawiało.
Nie było przecież w mieście osoby, do której nie dotarłaby informacja, że klub "69" przejęła ona, Karo, córka Karola Ozińskiego, nieżyjącego dealera samochodowego.
- Nie wiem. Serio, nie mam bladego pojęcia. Karo, słuchaj wiem, że jakimś cudem, Wiktor wykradł ode mnie ten numer, ale dowiem się jak to zrobił i to się więcej nie powtórzy. Przepraszam. Myślałem, to znaczy, właśnie wtedy nie pomyślałem. - Kiedy sytuacja była poważna opuszczali formalne zwroty.
- Karo, przyjmę na klatę wszystkie konsekwencje.
- Słuchaj... - Przyszło jej nagle na myśl. - Nie powiem, że jestem szczęśliwa jak Anastasia po schłostaniu przez Greya jej ślicznego tyłeczka, ale może ten cały Wiktorek jest tym, kogo szukam? Może to jest rozwiązanie problemu?
- To znaczy? - zapytał zdziwiony Lukas.
- Misiu Pysiu, kochany robaczku, rusz tą pustą głową. Wiem, że częściej używasz swoich mięśni i innego narządu niż mózg, ale czasami trzeba choćby udać inteligencję, żeby na przykład zadowolić szefową, nie sądzisz? - Głowę jej już rozsadzało. Miała dosyć tego dnia. Było jej gorąco, pomimo nastawionej na full klimatyzacji. A jeszcze to. Lukas był inteligentny, inaczej nie zatrudniłaby go, ale teraz zachowywał się jakby został odmóżdżony.
- Zadowolić? Karo, z wielkim szacunkiem, nie jestem gejem, ale Ty jesteś moją szefową, fakt podobasz mi się, niezła z ciebie sztuka i...
- Nie wytrzymam! Chyba ten twój reset pozbawił cię którejś klepki. Nie o takie zadowolenie mi chodzi. Ja potrzebuję menedżera! Tak?
- Tak. Nie! Nie wierzę! Chcesz zatrudnić Wiktora? To lowelas. On to dopiero myśli tylko jednym narządem - Lukas z niedowierzaniem wyrzucał z siebie kolejne słowa.
Musiał szybko wymyślić rozwiązanie, bo bał się, że Karo z powodu braków kadrowych, na serio przyjmie tego gogusia. Była naprawdę zdesperowana sytuacją.
- Ale myśli, że jestem mężczyzną. Więc, chce ze mną pracować nie po to, żeby mnie bzykać - wtrąciła.
- To pewnie przez twoją ksywę. Karo, przyznasz, że możesz skojarzyć się z mężczyzną, w sumie twój ojciec miał na imię Karol... Sam w sumie nie wiem - rozmyślał Lukas.
- Gówno mnie to obchodzi z kim mu się skojarzyłam. Przecież nie mogę być właścicielem klubu i przestawiać się jako Karolcia. I co może jeszcze z magicznym koralikiem mam popierdalać? - stwierdziła sarkastycznie.
- Z czym? - Lukas myślał, że się przesłyszał.
- Oj, widzę, że lekcje języka polskiego się omijało. Nieważne. - Machnęła ręką. - Umów go. Sobota na dwudziestą w klubie na Głównej. - Karo chciała już jak najszybciej zakończyć to spotkanie i pojechać do swojego apartamentu.
- Ale..
- Chyba się przesłyszałam. Nie będę tego komentować. I tobie też nie radzę - powiedziała z zaciśniętymi zębami. - Koniec spotkania. Jedziemy do domu. - Wstała, wzięła torebkę i skierowała się do wyjścia.
- Tak jest szefowo - odparł Lukas i ruszył za nią. Wiedział, że cała ta sytuacja naruszyła jego reputację, dlatego wolał już nic się nie odzywać. Zakończył ten temat i postanowił odhaczyć ostatni punkt dnia. Odtransportować Karo bezpiecznie do domu. A potem tylko zaczekać na sobotę na godzinę dwudziestą. Jak on nie cierpiał takich patowych sytuacji.