Karuzela Zdzisia - Andrzej Makles

Kup ebooka

20.19 zł
16.76 zł (20,19 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Wstęp

Przekazuję na Państwa ręce "Karuzelę Zdzisia", książka która jest efektem współpracy między talentem gawędziarskim mojego Szwagra, a moją potrzebą przelania tego na papier.

Historia tej książki zaczęła się przed laty od prostej myśli: "Mieciu, opisz to!". Mój szwagier Mieczysław jest bowiem mistrzem narracji, człowiekiem, który potrafi zawładnąć uwagą każdego słuchacza, wcielając się w role groźnego nauczyciela, słodkiej mamy czy groźnego zwierzchnika. Choć Mieciu od dawna nosił się z zamiarem opisania swoich wspomnień, na przeszkodzie stanęła jedna z jego nielicznych wad: legendarne wręcz lenistwo.

Przez lata próbowałem go nakłaniać: najpierw nieśmiało, potem naciskając przez moją siostrę, a w końcu robiąc podchody z dyktafonem. Bezskutecznie. Mijały lata, a ja sam, pracując jako wicedyrektor w szkole ponadpodstawowej (ponadgimnazjalnej), długo nie miałem odwagi wejść na te nieznane mi tereny. Przełom nastąpił po powrocie do domu z jednej z wizyt u nich, gdy w zaledwie trzy godziny napisałem historię jego podejść do kolonoskopii. Reakcja czytelników była tak entuzjastyczna, że stwierdziłem: te historie po prostu muszą zostać wydane.

W toku pracy opowieści ewoluowały. Choć fundamentem pozostały barwne przeżycia szwagra (łącznie z jego urzędniczą nerwicą), większość wątków stała się dla mnie jedynie przyczynkiem do literackiego tworzenia z udziałem własnej fantazji.

Dlatego pragnę gorąco podziękować Mieczysławowi Wilkowi za to, że był inspiracją tej książki.

Mieciu, jesteś wielki! Jaki ten świat byłby bez Ciebie nudny!

Nota od autora: Chciałbym zaznaczyć, że dla dobra moich bohaterów, imiona i nazwiska wszystkich postaci zostały zmienione.

Ewentualna zbieżność z osobami rzeczywistymi jest całkowicie przypadkowa. Wyjątek zrobiłem jedynie dla przemiłej psiny, Koki, bo tylko ona, na pewno nie zgłosi zastrzeżeń.

Przydziałowe plagi egipskie

Od dziesięciu lat pracowałem w Powiatowym Centrum Zarządzania Kryzysowego (PCZK). W praktyce oznaczało to, że byłem tam wszystkim: pracownikiem, kierownikiem, sekretarką i chłopcem od wszystkiego. Jednoosobowa instytucja. Mała enklawa starostwa w wielkiej strukturze straży pożarnej. Nudzić się nie mogłem, roboty miałem po uszy.

Od dawna powtarzałem staroście, że pracy jest za dużo jak na jednego człowieka i że przydałaby się pomoc. W końcu chyba ugiął się pod moją presją, choć niezupełnie tak, jak sobie to wyobrażałem. Stworzył nowe stanowisko: naczelnika Powiatowego Centrum Zarządzania Kryzysowego. Kierownikiem wydziału nadal byłem ja, Zdzisław Koza, ale nade mną pojawił się przełożony.

Został nim emerytowany major Wojska Polskiego, Ryszard Cyfrowski.

W powiecie bardzo szybko przestał być Ryszardem Cyfrowskim. Został po prostu Cyfrą. Czasami majorem Rychu.

Człowiek zasłużony dla wojska, swoje w życiu przeszedł. (Czyli wypił.) I tak zaczęła się moja pierwsza przydziałowa plaga egipska.

Major był już człowiekiem zawodowo wypalonym, ale miał jednak solidne plecy, więc dostał u nas spokojną, jak sądził, synekurę. W praktyce oznaczało to, że przydzielono mi przełożonego, którego musiałem wdrażać do pracy. Problem polegał na tym, że wdrożyć się nie dało, bo miał własną, bardzo oryginalną koncepcję zarządzania kryzysowego. - Zdzisiu - mawiał - najważniejsza jest prewencja. - Kryzysowi trzeba zapobiegać.

I konsekwentnie tę zasadę realizował. Najlepiej zapobiega się kryzysom wówczas, kiedy nie ma się z nimi bezpośredniego kontaktu. Dlatego major często znikał: raz chorobowe, raz urlop, raz jakieś ważne szkolenie. W efekcie w pracy częściej go nie było, niż był.

A wszystkie najważniejsze sprawy zaczęły trafiać właśnie do niego, do naczelnika. Jeśli nie zapomniał, przekazywał je dalej do mnie. Jeśli zapomniał, sprawa znikała... a po czasie wybuchała jak granat z opóźnionym zapłonem. A gdy już niczego nie zapomniał, to coś przekręcił, i taki gips musiałem rozwiązywać sam.

Po drugie, był człowiekiem nie stąd, z nadania, z koszar. Nie znał terenu, specyfiki lokalnych zakładów, nie kojarzył twarzy ani urzędowych powiązań. Pod jego okiem wydział zamiast rozkwitać, pogrążał się w chaosie. Pretensje spływały po nim jak po kaczce... i, oczywiście, spływały zawsze na mnie.

Major miał za to niewątpliwie dar towarzyski. Potrafił odwiedzić każdy pokój, porozmawiać z każdym urzędnikiem, doradzić, wysłuchać. Natura jednak poskąpiła mu daru do rzetelnej pracy.

W końcu pękłem. Poszedłem do starosty, który prywatnie był kolegą majora Rycha i bardzo delikatnie wyłuszczyłem problem. Ku mojemu zdumieniu, Starosta nie zaprzeczał. Przeciwnie, dorzucił kilka własnych, złośliwych obserwacji.

- No ale sam wiesz, Zdzisiu - powiedział w końcu

- to nadanie z góry. Sprawa polityczna. Nic nie mogę zrobić.

Nagle jednak jego twarz rozjaśnił błysk olśnienia.

- Wiesz co... mamy tu w starostwie młodą dziewczynę, zaraz po studiach. Ona ci świetnie ogarnie całą tę twoją... papierologię.

- Nie papierologię - poprawiłem najwyższą instancję w powiecie - tylko popierduologię.

Dziewczyna nazywała się Elżbieta Starstycka.

I tak oto nadeszła druga przydziałowa plaga egipska.

Ela miała niezwykły talent do mylenia wszystkiego ze wszystkim. Jakim cudem ukończyła szkołę i studia, pozostawało jej najpilniej strzeżoną tajemnicą. A jak udawało jej się funkcjonować z dnia na dzień, to już był prawdziwy cud.

Myliła adresy. Zamiast do Sanepidu wysyłała pisma do Urzędu Pracy, a prośbę o nowe rozmieszczenie sal w szkole (na potrzeby szpitala polowego na wypadek "W") skierowała do izby "W"... czyli na izbę wytrzeźwień.

Myliła nazwiska, daty, liczby. Myliła nawet to, czego, wydawałoby się, pomylić się nie da.

Spóźniała się do pracy, zapominała przyjść w ogóle albo przychodziła... w niedzielę. Potrafiła założyć dwa różne buty albo stanik na bluzkę, umalować tylko jedno oko, pomylić krem z pudrem... i tak dalej.

Najgorzej było, gdy zapominała coś przekazać albo przekręcała przekaz. Do tego dochodziły błędy ortograficzne i te jej wielkie, maślane oczy.

Bo gdy tylko próbowałem ją skrytykować, nie mówiąc już o reprymendzie, natychmiast wybuchała szczerym płaczem. A płacz, niestety, rozklejał mnie w sekundzie.

I w tym wszystkim, wiecie co? Była szczera, miła, słodka i... rozbrajająca.

Ela powoli stawała się legendą powiatu.

Ela, permanentny prima-aprilis. A ja, powiatowym wrakiem pracownika.

Po Eli wszystko trzeba było sprawdzać, przypominać, odkręcać, tłumaczyć i łagodzić. Z czasem zacząłem być strzępkiem nerwów. W Centrum Zarządzania Kryzysowego sam stałem się wielkim kryzysem.

Przestałem się uśmiechać, za to coraz częściej reagowałem nerwowym śmiechem lub nagłymi wybuchami furii. Ja, dawna oaza spokoju, potrafiłem wywrzeszczeć komuś płuca do słuchawki z błahego powodu.

Przestałem sypiać. W nocy analizowałem czarne scenariusze: co jeszcze popsuje Cyfra? Jaki kataklizm wywoła Ela? Nawet na zwolnieniu lekarskim, lecząc wrzody i bóle brzucha, podświadomie nasłuchiwałem telefonu.

I ten telefon zazwyczaj dzwonił, np. o drugiej w nocy.

- Panie Zdzisławie, luźny koń biega po drodze wojewódzkiej numer 24! Co robić? - panikowała Ela.

- A jakie imię konia? - pytałem z desperacką przekorą.

- Apollo! - padła odpowiedź.

- No to co robić? - odparowywałem złośliwie. - Dzwonić na Canaveral!

- Gdzie?

- Houston, mamy problem! - drwiłem do słuchawki. Ale dalej to już przechodziłem w tryb naprawy katastrofy.

W końcu moja żona, Zosia, nie wytrzymała.

- Idź do psychiatry - powiedziała.

- Przecież ty się wykańczasz.

Według niej miałem klasyczny zestaw objawów psychosomatycznych. A ja sam wiedziałem, że powoli się rozpadam. Radość życia zamieniła się w koszmar przetrwania.

Dla ludzi z mojego pokolenia pójście do psychiatry było jak przyznanie się do szaleństwa: nienormalny, wariat, idiota, kretyn... Wstyd i kompromitacja. Coś gorszego niż przejście nago Marszałkowską.

Ale ja byłem już tak zdesperowany, że w końcu poszedłem.

I tak oto nadeszła trzecia nie-przydziałowa plaga egipska, tyle że tym razem to ja stałem się plagą dla nich.

Pani doktor przeprowadziła długi wywiad, po czym wystawiła mi solidny, roczny "odwyk" od rzeczywistości. Formalnie nazywało się to świadczeniem rehabilitacyjnym z powodu zaburzeń adaptacyjnych, ale dla mnie był to po prostu kategoryczny nakaz: odciąć się od świata.

- Jak to, pani doktor? - zdziwiłem się.

- Wyłączyć komórkę i zablokować kontakty służbowe?

- Przecież Ela z Cyfrą wywołają trzecią wojnę światową! - stwierdzenie to wywołało serdeczny śmiech pani doktor.

- O, widzę tu też syndrom niezastąpionego! - śmiała się dalej. - Niech pan zobaczy, jakie ludzie mają prawdziwe problemy życiowe.

I zapisała mnie do terapeutycznej grupy wsparcia, ludzi z lżejszymi zaburzeniami, traumami i pokręconymi historiami życiowymi.

Na spotkaniach trzeba było opowiadać o sobie. (A to akurat lubię).

W końcu przyszła moja kolej.

Zacząłem mówić. Nie pierwszy raz opowiadam swoje historie. Zawsze robią wrażenie.

Już po kilku minutach cała grupa słuchała mnie w absolutnej, pełnej napięcia ciszy.

Wpadłem wtedy na pomysł, by moje słowa podeprzeć dowodami. Na kolejne spotkanie przynosiłem stare albumy ze zdjęciami.

Wyciągałem zdjęcia jak asy z rękawa: ja, Waldek i Rudy pamiętnej zimy; Ula i Gosia; czy moje ulubione, ja i Koki w PCZK.

Ja słuchałem ich trudnych historii, oni przeżywali ze mną moje najbardziej absurdalne chwile.

I tak oto obcy mi początkowo ludzie powoli stawali się bliscy, najpierw znajomi, potem dobrzy koledzy, aż wreszcie poczułem się wśród nich jak w rodzinie albo w starej, zgranej klasie.

Bo życie, w przeciwieństwie do pudełka czekoladek, to u mnie raczej stary album ze zdjęciami. Niby wiesz, na jaką fotkę trafisz po przewróceniu strony, ale każda z nich ma swój własny, niepowtarzalny zapach przeszłości i budzi przede wszystkim uczucia.