Drogi Czytelniku!
Po raz kolejny z całego serca dziękuję Ci za sięgnięcie po moją książkę. To już trzecia część historii, w której Piasecka, Kamiński i Pawlak stawiają czoła nie tylko kolejnej zagadce kryminalnej, ale również własnym emocjom i pragnieniom. Nie chodzi tu jedynie o wymierzanie sprawiedliwości czy o kryminalną intrygę, lecz także o podróż w głąb ludzkiej duszy - pełnej tajemnic, blizn i pragnień, które często skrywamy przed światem. I choć niejednokrotnie prawda odkrywana w toku śledztwa ukryta jest pod warstwami kłamstw i niedopowiedzeń, to i tak najtrudniejszym zadaniem jest odkrycie tej prawdy w samym sobie. Bo prawda to nie tylko fakty. To także emocje, które próbujemy zignorować, decyzje, których się boimy i uczucia, do których nie chcemy się przyznać.
Na przestrzeni życia ludzkie drogi nieustannie się przecinają, by wymieniać doświadczenia, kształtować nawzajem swoje losy i pozostawiać ślady w sercach innych. Wiele z tych dróg po pewnym czasie się rozchodzi, zostawiając za sobą wspomnienia, ciche ślady i niedokończone historie. Czasem dzieje się to stopniowo, niemal niezauważalnie, innym razem - nagle, niczym cięcie ostrego noża. Przyjaźnie, które wydawały się nierozerwalne, z dnia na dzień stają się tylko echem śmiechu, który kiedyś brzmiał tak blisko. Więzi, które miały trwać wiecznie, rozpadają się w milczeniu, zostawiając pustkę i pytania bez odpowiedzi. Związki, które miały przetrwać każdą burzę, kończą się w ciszy albo w huraganie niedopowiedzianych słów. Ludzie, którzy byli częścią naszego świata znikają, pozostawiając po sobie cienie wspólnych chwil. I choć po drodze pojawia się żal, ból i rozczarowanie, warto pamiętać jedno: każdy człowiek, którego kiedyś wpuściliśmy do swojego życia był naszym wyborem. Był kimś, kogo w danym momencie potrzebowaliśmy. Kimś, kto odegrał w naszej historii ważną rolę. Nawet jeśli padło zbyt wiele słów. Nawet jeśli rana wciąż krwawi. Nawet jeśli dziś nie potrafimy jeszcze wybaczyć - warto mówić o nim dobrze. Bo mimo wszystko kiedyś był częścią naszego świata. Był dla nas w jakiś sposób ważny. Był jednym z tych wyborów, bez których nasza historia nie byłaby pełna.
Tak jest również w tej książce - opowieści nie tylko o więziach, które splatają ludzi, ale i o murach, które nieświadomie wznosimy, wierząc, że ochronią nas przed bólem. Każdy z nas nosi w sobie rany, których nie chce pokazać, lęki, o których milczy oraz doświadczenia, które nauczyły go, że zaufanie bywa ryzykowne. W obawie przed kolejnym rozczarowaniem zamykamy serca, kryjemy się za maskami i budujemy niewidzialne ściany, nie dostrzegając, że zamiast chronić - zamykają nas w samotności. Strach przed zranieniem sprawia, że zaczynamy odgrywać role, kreując siebie na kogoś, kim nigdy tak naprawdę nie byliśmy. Udajemy silnych i niezależnych, choć w rzeczywistości toczy się w nas walka, której nikt nie widzi. Na zewnątrz jesteśmy pewni siebie, otoczeni podziwem i uśmiechnięci. Ale bardzo często to tylko iluzja. Bo wewnątrz zbyt często kryje się samotność, ból i rany, które mimo upływu lat wciąż pozostają otwarte.
Wróżka - postać, którą poznasz w tej historii - była mistrzynią ukrywania siebie. Skrywała swoje wnętrze jak najcenniejszy sekret, chroniąc je przed światem i ludźmi, którzy mogliby zajrzeć zbyt głęboko. Jej życie stało się teatrem, a ona sama - aktorką, która perfekcyjnie odegrała narzuconą sobie rolę. Wierzyła, że jeśli stanie się kimś innym - silniejszym, niezależnym, kimś, kto nie odczuwa bólu - to rzeczywiście przestanie cierpieć. Przywdziała maskę i nauczyła się z nią żyć, przekonana, że to jedyny sposób na przetrwanie. Ale czy można naprawdę uciec przed własną przeszłością? Przed zranieniami, które tak mocno wdarły się do ludzkiego serca? Czy da się funkcjonować w oderwaniu od tego, kim jesteśmy w najgłębszych zakamarkach duszy? Iluzja siły dawała jej chwilowe ukojenie, ale czy mogła zagłuszyć prawdziwy ból, tęsknotę, traumy, pustkę i samotność? A może zamiast ochrony stała się więzieniem, w którym zamknęła samą siebie? Każda maska, choćby najdoskonalej skrojona, kiedyś zaczyna ciążyć. Każda rola, choćby najstaranniej odegrana, w końcu męczy. I wtedy pojawia się pytanie, od którego nie sposób uciec: co się stanie, gdy zdecydujemy się ją zdjąć? Czy pod jej ciężarem nie zatraciliśmy już własnej twarzy? Czy potrafimy jeszcze odnaleźć w sobie autentyczność? A jeśli tak - czy mamy w sobie odwagę, by ją przyjąć? To opowieść o tym, jak łatwo można się zagubić w stworzonych przez siebie iluzjach. O lękach, traumach i doświadczeniach, które zmuszają do udawania. O ranach, które nigdy się nie zagoiły. O poszukiwaniu siebie, prawdy i kogoś, kto stanie u naszego boku - nie dla pozorów czy korzyści, ale dlatego, że naprawdę chce być blisko.
Ta książka jest więc również opowieścią o tym, czego wielu z nas szuka, choć nie każdy potrafi się do tego przyznać. O prawdziwej przyjaźni. Bo przecież - jak pisał John Donne - "Nikt nie jest samotną wyspą". Możemy udawać, że nie potrzebujemy nikogo, wmawiać sobie, że samotność to nasz wybór, a nie konsekwencja rozczarowań. Ale prawda jest taka, że w głębi serca każdy pragnie zrozumienia, lojalności i kogoś, kto zostanie, nawet gdy wszyscy inni odejdą. Prawdziwa przyjaźń jest jak latarnia na wzburzonym morzu - daje światło, poczucie bezpieczeństwa i przypomina, że nie jesteśmy sami, nawet w najciemniejsze dni. A jednak wielu ludzi na przestrzeni lat traci w nią wiarę. Zdrady, powierzchowne relacje i zawiedzione nadzieje sprawiają, że uczymy się dystansu. Zamykamy serca, a bliskość zaczynamy traktować jak ryzyko. Przekonujemy samych siebie, że ostrożność jest rozsądniejsza, a brak oczekiwań - bezpieczniejszy. Ale czy to nie właśnie obecność drugiego człowieka daje nam siłę, by przetrwać najtrudniejsze chwile? Czy to nie prawdziwa, pełna akceptacji przyjaźń potrafi nas ocalić, gdy sami już nie mamy sił walczyć? Przecież prawdziwa przyjaźń to nie tylko obecność, lecz także akceptacja. To dar, który nie każdy potrafi przyjąć, choć każdy w głębi serca go pragnie. To siła, zdolna odmienić życie, jeśli tylko się na nią odważymy.
Życzę Ci, drogi Czytelniku, abyś w tej historii odnalazł coś dla siebie. Może przestrogę. Może nadzieję. Może inspirację, by stać się dla kogoś światłem, którego tak bardzo potrzebuje. A może coś, co sprawi, że spojrzysz na ludzi wokół w zupełnie nowy sposób. Miłej lektury!
Prolog
"Śmierć nie jest czymś, co można zaplanować. Zawsze przychodzi, gdy najmniej się jej spodziewasz, i przekształca wszystko, co było ważne, w proch. Dopiero wtedy rozumiesz, że wszystko, co się liczyło, było tylko iluzją."
(Margaret Atwood, "Opowieść podręcznej")
Ciemność wdarła się do mojego mieszkania nagle, niespodziewanie, jak zimna zasłona, wypełniając przestrzeń niepokojem, którego nie potrafiłam zignorować, choć początkowo nawet go nie dostrzegałam. A może po prostu nie chciałam dostrzegać. Zanim jednak otworzyłam drzwi, poczułam dziwny chłód. Coś w powietrzu zmieniło się. Jakby znienacka, całkowicie automatycznie w moim wnętrzu zapanowała ciemność. Nieoczekiwana, tajemnicza i nad wyraz ciężka. Uśmiechnęłam się lekko pomimo wewnętrznego niepokoju, próbując przekonać samą siebie, że wszystko będzie w porządku, ale nadal nie potrafiłam pozbyć się uczucia, że coś mi tu nie pasuje. Że zdecydowanie coś mi tu nie gra. Nie spodziewałam się tej wizyty w tamtym momencie. Wprawdzie obiło mi się o uszy, że prędzej czy później może ona nastąpić, ale szczerze wątpiłam, że nabierze w sobie tyle odwagi. Zwłaszcza po tym wszystkim, co nas poróżniło. Mimo tego, że widziałam w tych oczach pozornie radosny błysk, czułam podświadomie, że zamiary z jakimi przychodzi wcale nie muszą być dobre. Wiedziałam, że jesteśmy obecnie na takim etapie znajomości, że nie darzy mnie ani zaufaniem, ani sympatią, ani nawet szacunkiem. Miałam pełną świadomość, że próg mojego mieszkania przekraczała - za moim własnym przyzwoleniem - właśnie osoba, która uważała moje talenty za sposób na zdobycie władzy i kontroli nad innymi, na poczucie się ważniejszą i lepszą, na manipulowanie ludźmi i dążenie do swoich własnych celów. Niejeden raz słyszałam kpiny na temat moich zdolności. Zarzuty, że to tylko wyćwiczone sztuczki i perfekcyjna manipulacja. Nic więcej. Przez krótki moment zawahałam się nawet, czy aby na pewno, po tym wszystkim powinnam zapraszać do siebie kogoś, kto był jedną z tych osób, które nie wierzyły w to, co robiłam. W to, czym się zajmowałam. W to, co czułam całą sobą. Mimo tego, że nie ja jedna próbowałam w taki czy inny sposób mieć wpływ na życie ludzi, z którymi pracowałam. Mimo tego, że znaliśmy się nie od dziś. Mimo tego, że człowiek, który mnie odwiedził również czuł satysfakcję, wiedząc, że czasami bardzo wiele z tego kruchego, ludzkiego życia zależy od jego słów i wskazówek.
Chciałam jednak być lepsza. Chciałam pokazać, że mam w sobie pierwiastek człowieczeństwa mimo, że inni powątpiewali w ten fakt za moimi plecami. Chciałam nie czuć gniewu, strachu, złości czy żalu. Może przemawiała przeze mnie chęć zrozumienia, chęć dania kolejnej szansy, chęć wybaczenia i poznania na nowo drugiego człowieka. Czułam, że w tamtej chwili miałam szansę na coś więcej niż tylko rywalizację czy udowadnianie za wszelką cenę, kto ma rację i kto jest bardziej wartościowy. Może to była właśnie ta samotność, która ogarniała mnie w ostatnich dniach, otulając tak, że nie mogłam się z niej oswobodzić. Może to dlatego bez większych przemyśleń zaprosiłam do własnego mieszkania kogoś, kto chwilę później zakończył moje życie. Może czułam, a raczej łudziłam się, że w rozmowie, którą odbędziemy uda nam się znaleźć coś ważnego. Coś, co odbuduje naszą znajomość. Co sprawi, że nie będziemy już dla siebie tylko wrogami. Przecież również i ja wysłuchałam mnóstwa plotek na temat mojego niespodziewanego gościa. Wiedziałam, że nikt nie jest krystalicznie czysty. Niejeden raz stawiana byłam w sytuacjach, w których czułam się malutka i bezbronna, oskarżana, poniżana i krzywdzona słowem. Niejeden raz nie miałam nawet szansy na obronę. Mimo to, poczułam się dziwnie lekka, gdy otworzyłam szerzej drzwi. Patrzyłam przed siebie bez lęku. Gotowa byłam przyjąć do swojego świata to, co miało zaraz nastąpić. W tamtym momencie, łudząc się naiwnie, że być może będzie to przełom w naszej relacji, wszystko inne wydawało się być mało istotne. To nie była już walka o władzę czy o przewagę. To była próba zrozumienia. Próba odkrycia, kim naprawdę jest osoba, która stanęła w progu mojego mieszkania. Właśnie dlatego spojrzałam prosto w patrzące na mnie przenikliwie oczy i niewielkim gestem dłoni, bez żadnych słów zaprosiłam do środka.
- Jak się czujesz? - zapytałam, choć sama nie byłam pewna, czy naprawdę chcę znać odpowiedź na to pytanie. Moje myśli przez cały czas krążyły wokół niespodziewanej, ale przewidywanej wizyty, a ja, zagubiona w tej niecodziennej sytuacji, postanowiłam zapytać o cokolwiek, by rozpocząć dialog. W odpowiedzi usłyszałam jednak chłodne słowa, które brzmiały, jakby miały zostać wypowiedziane z przymusu, a nie z prawdziwej chęci. Było w tym coś, co mnie przeszyło. Spojrzałam ponownie w te czarne źrenice, czując nagły niepokój, którego nie potrafiłam ignorować. Nie wiedziałam, co to oznacza. Nie miałam pojęcia, czy jest to coś ważnego, czy może tylko zbędny fragment tej dziwnej wizyty. Chciałam jednak poczuć się spokojniej, lecz początkowa rozmowa między nami nie zapewniała mi nawet pozornego spokoju. Wciąż krążyła wokół rzeczy mało istotnych i niewinnych fraz, prowadzących do nikąd. Wciąż nie czułam w niej żadnego sensu. W pewnym momencie spróbowałam więc sama nadać tej naszej niepewnej i płytkiej rozmowie nowy kierunek. Postanowiłam przejść na temat, w którym czułam się pewnie i bezpiecznie. Rozpoczęłam rozmowę o tarocie, o symbolice kart, o tym, jak bardzo fascynowały mnie one od zawsze. Wiedziałam, że się powtarzam. Do znudzenia. Ale nie chciałam przestawać. Opowiedziałam więc o moich najświeższych doświadczeniach, o ludziach, którzy przyszli do mnie po porady i wskazówki w ostatnim czasie. Zaczęłam mówić o liniach dłoni, o tym, jak te niepozorne znaki na skórze potrafią mówić o przyszłości, o decyzjach, które trzeba umieć podejmować. Wspomniałam o precyzyjnych liniach życia, które są jak mapy, prowadzące przez najciemniejsze zakamarki ludzkiej duszy. Moje słowa nabrały pewności, a ja zaczęłam się rozluźniać, czując się bardziej komfortowo w temacie, który był mi bliski. Najbliższy.
- Kto jak kto, ale Ty, podobnie jak i ja, wiesz doskonale, że niektórzy ludzie naprawdę wierzą, że karty mogą im pokazać coś, czego nie widzą sami. - dodałam, spoglądając uważnie na swojego rozmówcę. - To chyba nawet od Ciebie usłyszałam kiedyś, że przeznaczenie to nie tylko przypadek. Każdy z nas ma swoje ścieżki, które się krzyżują w najbardziej niespodziewanych momentach, prawda? - zadałam pytanie i odetchnęłam z ulgą. Rozmowa zmieniała się powoli. Czułam, jak atmosfera staje się mniej napięta, chociaż wciąż nie mogłam całkowicie pozbyć się uczucia, że coś jest nie tak. Być może chodziło o ten uśmiech, który zdawał się ukrywać więcej niż dawał do zrozumienia i nie pozwalał z siebie zbyt wiele odczytywać. Nie potrafiłam kompletnie rozgryźć tego wszystkiego, co działo się właśnie w moim mieszkaniu. Zastanawiałam się przez cały czas, czy to nie jest po prostu jakaś gra.
Jednak przechodząc z tematu na temat nasza rozmowa, ku mojemu zaskoczeniu, zaczynała naturalnie zmieniać bieg. Zaczęliśmy jakby nigdy nic wspominać początki naszej znajomości. Te chwile, które pełne były napięcia i nieporozumień, ale także te, w których nasze ścieżki zbliżyły się, pełne wzajemnego podziwu i sympatii. Z każdym kolejnym słowem czułam, jak w powietrzu roztapia się gęsty, niewidoczny ciężar. Atmosfera stawała się lżejsza. Jakby bardziej otwarta. Byłam coraz mniej spięta, a to dziwne, ale równocześnie przyjemne uczucie ulgi zaczynało mi coraz mocniej towarzyszyć. Zastanawiałam się nawet przez chwilę, czy to nie jest właśnie nasza szansa, by zakończyć etap wrogości i walki ze sobą, który przez ostatni czas nas dzielił. Może był to moment, by zbudować coś nowego, opartego chociażby na wzajemnym szacunku i odstawieniu na bok nienawiści i pogardy.
W pewnym momencie krótką ciszę przerwała propozycja napicia się wspólnie lampki wina. Byłam lekko zaskoczona. Momentalnie poczułam małe zawahanie, ale zaraz potem przyszła myśl, która była równie prosta, co oczywista: od dawna czułam potrzebę spędzenia wieczoru w miłej albo chociaż normalnej atmosferze, w gronie choćby jednej osoby. Jednego człowieka, który oddaliłby ode mnie poczucie samotności, które mnie zabijało. Czułam tę zwykłą ludzką potrzebę, by móc usiąść, porozmawiać, może nawet pośmiać się trochę. Niezależnie od tego, jak dziwna i zaskakująca była ta sytuacja, w głębi serca wiedziałam, że życie jest nieprzewidywalne. Miałam świadomość tego, że czasami przychodzi do nas coś, na co nie jesteśmy gotowi, ale co może wnieść do naszego życia coś naprawdę ważnego. Łudziłam się, że może to właśnie był ten moment. Że może zaraz wydarzy się coś, co sprawi, że oboje zaczniemy postrzegać siebie w nowym świetle. Czułam, że może to być okazja, by w końcu wyrwać się z pułapki wzajemnej niechęci do siebie. Tak po prostu, jak zwykli ludzie. Zgodziłam się więc na tę propozycję, choć czułam, jak coś z dziwną precyzją gnieździ się w moim sercu, ale równocześnie poczułam delikatną nadzieję. To, co się działo w tych czterech ścianach mojego mieszkania, zaczynało wyglądać jak coś więcej niż tylko spotkanie dwóch ludzi pełnych urazów. Czułam, że wrogość powoli umiera, a w jej miejsce pojawia się coś, co trudno nazwać, ale czego tak naprawdę pragnie każdy z nas: szacunek, zrozumienie, człowieczeństwo.
Mimo, że wina było naprawdę niewiele, poczułam je bardzo mocno. Na początku nie mogłam tego sprecyzować, ale z każdym łykiem czułam, jakby coś zaczynało się we mnie zmieniać. Smak w ustach stał się dziwnie nieprzyjemny. Miałam wrażenie, że zupełnie nie pasuje do całej reszty tej chwili. Zrzuciłam winę na stres, choć czułam coraz bardziej narastający niepokój, gdy moje ręce stawały się ciężkie, a serce biło nieco szybciej niż zwykle. Coś w tamtej chwili, w tamtym powietrzu, coś w tamtej rozmowie sprawiało, że zaczęłam czuć, jakby świat wirował mi przed oczami. Ciśnienie w moich żyłach wzrastało, a ja nie potrafiłam znaleźć słów, by to opisać. Nie wiedziałam, dlaczego tak się czuję. Ta dziwna, nieokreślona energia wypełniała całą moją przestrzeń i sprawiała, że nie umiałam sięgnąć do tej części siebie, która mogłaby mi odpowiedzieć na rodzące się pytania. Byłam jakby zamknięta w sobie, w tej niepokojącej ciszy i jedyną rzeczą, która wydawała się realna, było to dziwne uczucie, które powoli opanowywało moje ciało.
Poczułam, jak moje myśli stają się mgliste, Miałam wrażenie, że ktoś zatarł granicę między tym, co naprawdę czułam, a tym, co jedynie sobie wyobrażałam. Byłam rozdarta pomiędzy niepokojem a czymś nieuchwytnym, co zaczynało wkradać się w moją świadomość. Kiedy patrzyłam na mojego gościa, miałam wrażenie, że ma w swoim spojrzeniu coś, co się zmieniło, coś, czego nie mogłam rozpoznać i sprecyzować, ale co wciąż pozostawało wyczuwalne. Moje ciało jednak przestawało podążać za myślami, a uczucie, które mnie ogarniało, zaczęło się jeszcze bardziej nasilać. Nagle, zupełnie nieoczekiwanie, poczułam ręce na swojej szyi. To było jak uczucie z przeszłości, choć wtedy czułam je jedynie psychicznie. Jak coś, czego nie chciałam pamiętać, ale co z powrotem stawało się rzeczywistością. Człowiek, który jeszcze chwilę temu wydawał się być tylko gościem, teraz nagle stał się zagrożeniem. Nie czułam już wahania ani niepewności, tylko nagłe, paraliżujące przerażenie. Jakby wszystko wokół mnie, od powietrza po ciepło wina, zaczęło się rozmywać. W jednej chwili wszystko stało się jasne. Celem tej wizyty było naprawdę wyrządzenie mi krzywdy. Nie, to nie była żadna zabawa. To nie był teatr. To było prawdziwe niebezpieczeństwo. Czułam, jak palce zaciskają się na mojej szyi, jak powoli pozbawiają mnie tchu, a moje ciało walczy z naturalnymi odruchami. Próbowałam wykrztusić oddech, ale nie potrafiłam. Pamiętałam tylko wcześniejsze słowa. Ten zimny, ale spokojny ton. Teraz zaczynałam zdawać sobie sprawę z tego, że był to ton osoby, która wiedziała, co się wydarzy. Jakby to wszystko było zaplanowane, a ja byłam tylko ofiarą w tej grze. Walczyłam o oddech, gdy moje ciało zaczynało jeszcze mocniej drżeć. Próbowałam zatrzymać upływający czas, który nieubłaganie mnie kruszył. Na moich ustach pojawiły się pytania, ledwie słyszalne, ciche, ginące pod ciężarem przerażającego strachu.
- Co robisz? Dlaczego? - wypowiedziałam słowa, zdławione przez ból, niepokój i dezorientację, które coraz bardziej mnie paraliżowały. Czułam, jak moje ciało przestaje mnie słuchać. Wydawało mi się, że staję się sobie obca. Obca we własnym ciele. Moje ręce zaciskały się na stole, a serce biło szybciej, choć oddechy stawały się powoli mniej intensywne. Czułam na sobie spojrzenie. Przeszywające. Jakbym była niczym, jakbym była tylko przedmiotem w czyiś rękach. Zrozumiałam to, gdy moje ciało zaczęło drżeć bardzo mocno, a w odpowiedzi usłyszałam jedynie: "To kara. Zasłużyłaś na nią. Wiesz o tym doskonale.". Czułam, jak każda część mnie przestaje reagować. Nie mogłam oddychać. Nie mogłam nic zrobić, by powstrzymać to, co się działo. Zdołałam jedynie wypowiedzieć swoje ostatnie słowa, próbując z całych sił zapanować nad sobą:
- Nie możesz tego zrobić.
W odpowiedzi usłyszałam przytaknięcie, że jednak może. Że już się to dokonuje. Ton, którym wypowiedziane były te słowa nasączony był lodowatą precyzją, która nie pozostawiała miejsca na wątpliwości. Całe życie przeszło mi przed oczami. Moje ostatnie myśli uderzyły we mnie z pełną mocą jak uderzenie kamienia w ciało. Zrozumiałam, że to był koniec. Chciałam krzyczeć, lecz głos utknął gdzieś w gardle. Wspomnienia migały jak filmy w przyspieszonym tempie: chwile radości, smutku, decyzje, których żałowałam, ale też te, które dawały mi siłę. Czułam, jakby moje życie było tylko jednym wielkim zbiorem chwil, które teraz miały się zakończyć w jednym, brutalnym momencie. Wszystko wirowało w mojej głowie. Wszystkie te drobne sprawy, które nie miały żadnego znaczenia w obliczu śmierci. Zrozumiałam, że nie ma powrotu. To nie była tylko fizyczna walka o oddech. To była walka o to, by przetrwać. Ale moje ciało nie miało już siły. Wszystko wokół mnie stawało się coraz bardziej odległe, jakbym z każdą sekundą była coraz dalej od rzeczywistości.
Do samego końca byłam w pełni świadoma tego, co się dzieje, ale jednocześnie nie mogłam nic zrobić. Moje serce biło ciszej, coraz ciszej. Wiedziałam, że nie ma już ratunku. Czułam, jak moje ręce drżą, jak walczę, ale to była walka przegrana z góry. Czułam, jak ostatnie siły opuszczają moje ciało, jak ciemność powoli wchłania mnie w siebie. I wtedy zrozumiałam, że to koniec. To była utrata wszystkiego, co było dla mnie ważne. Zanim całkowicie straciłam przytomność, poczułam, jak wkłada mi do dłoni jedną z kart tarota. To było ostatnie, co pamiętam, zanim umarłam.