21 stycznia 1937 roku. Najpiękniejsza para polskiego kina
Nasza przedwojenna kinematografia zanotowała dużo sukcesów i wiele
filmów jest chętnie oglądanych do dzisiaj. Największym powodzeniem
cieszą się komedie muzyczne, gdzie lekkiej fabule towarzyszą przeboje i szlagiery tamtych lat.
Pomysł był genialny w swojej prostocie. Para urodziwych, śpiewających
aktorów, kilka chwytliwych piosenek, humorystyczna fabuła i obowiązkowe
szczęśliwe zakończenie. Ten patent już od lat realizowano w USA i dziwne, że polscy filmowcy odkryli go tak późno.
Do realizacji byli co prawda potrzebni odpowiedni wykonawcy, ale polskie
kino nie narzekało na brak utalentowanych aktorów. Na pierwszy ogień
poszli Tola Makiewiczówna i Aleksander Żabczyński. Mankiewiczówna była
aktorką bardzo wszechstronną, natomiast Żabczyńskiego uważano za
pierwszego amanta polskiego kina.
Pierwszym filmem nowego gatunku były Manewry miłosne z 1935 roku.
Cieszyły się tak ogromnym powodzeniem, że producenci poszli za ciosem.
Dwudziestego pierwszego stycznia 1937 roku miał premierę obraz Pani
minister tańczy, gdzie Mankiewiczówna wcieliła się w podwójną rolę:
szefowej Ministerstwa Ochrony Moralności Publicznej oraz jej siostry
bliźniaczki, piosenkarki kabaretowej. Oczywiście obie panie zakochały
się w tym samym mężczyźnie, młodym arystokracie na urzędniczej posadzie,
w rolę którego wcielił się Żabczyński. Doskonale również spisał się
sprawdzony już duet kompozytorsko-autorski - Henryk Wars i Jerzy
Jurandot przygotowali zgrabne piosenki dla pary głównych bohaterów.
Żałować należy, że po sukcesie Pani minister tańczy Mankiewiczówna i Żabczyński nie pojawili się już razem przed kamerą. Jednak urodziwych i utalentowanych aktorek w polskim kinie nie brakowało, więc pan
Aleksander kręcił kilka filmów rocznie. Towarzyszyły mu: Jadwiga
Smosarska w filmie Jadzia, Loda Niemirzanka w Ada, to nie wypada i Helena Grossówna w obrazach Królowa przedmieścia i Zapomniana
melodia. Ostatni z tych filmów okazał się wyjątkowym sukcesem, a pochodzące z niego piosenki do dzisiaj są popularne. Największą sławę
zdobyła Już nie zapomnisz mnie, oczywiście w popisowym wykonaniu
Żabczyńskiego. Z perspektywy lat trzeba jednak przyznać, że to właśnie
razem z Mankiewiczówną stanowili najpiękniejszą parę polskiego kina
epoki międzywojennej.
21 stycznia 1937 roku. Prohibicja po polsku
Odrodzona Polska potrzebowała dużych i regularnych wpływów podatkowych,
co zapewnić miało tworzenie państwowych monopoli. Jednym z pierwszych
był monopol loteryjny, potem tytoniowy, wreszcie w lipcu 1924 roku
przyszedł czas na Państwowy Monopol Spirytusowy. Zgodnie z obowiązującym
prawem produkcja alkoholu pozostawała w rękach prywatnych, jednak cała
pozyskana wódka czysta - około osiemdziesięciu procent produkcji - miała
być odsprzedawana państwu. W efekcie jej wytwarzanie musiało odbywać się
pod egidą Państwowego Monopolu Spirytusowego, natomiast przedsiębiorcy
mogli swobodnie produkować wyłącznie: wódki gatunkowe, rum, destylaty,
koniaki i likiery.
Powstanie monopolu spirytusowego było też elementem szerszej akcji walki
z alkoholizmem w kraju. Już w kwietniu 1920 roku Sejm Ustawodawczy
przyjął tak zwane lex Moczydłowska - od nazwiska posłanki Marii
Moczydłowskiej - ustawę drastycznie ograniczającą sprzedaż alkoholu.
Zakazano handlu trunkami w święta, soboty i niedziele, w dni targowe
oraz dzień poboru wojskowego. Dopuszczano istnienie tylko jednego sklepu
sprzedającego alkohol na dwa i pół tysiąca mieszkańców, co oznaczało, że
na Kresach przez wiele kilometrów nie można było legalnie nabyć żadnych
trunków. Do tego punkty dystrybucji alkoholu, czyli także lokale z wyszynkiem, musiały być oddalone o minimum trzysta metrów od: budowli
sakralnych, więzień, sądów, stacji kolejowych, szkół, przedszkoli,
przystani wodnych i zakładów pracy zatrudniających ponad stu
pracowników. Zakaz obejmował wszelkie trunki o zawartości alkoholu od
dwóch i pół do czterdziestu pięciu procent, a mocniejsze napoje w ogóle
nie zostały dopuszczano do sprzedaży.
Zakazy omijano jednak na wszelkie możliwe sposoby - w lokalach alkohol
podawano w filiżankach, poza tym oczywiście prężnie rozwijało się
bimbrownictwo. Wprawdzie przepisy prawne zakładały wysokie grzywny plus
karę więzienia za produkcję samogonu, ale "księżycówkę" pędzono nawet w rodzinnym domu Tadeusza Kościuszki! Cieszyła się ona zresztą wielkim
uznaniem okolicznych mieszkańców i nazywano ją "Kościuszkowską".
Przepisy ostatecznie zliberalizowano w 1931 roku - z wyjątkiem procederu
bimbrownictwa - a twórcy polskiego kina wykorzystali cała sytuację w filmie Pani minister tańczy. Obraz miał premierę dwudziestego
pierwszego stycznia 1937 roku. W fikcyjnym państwie oficjalnie wyszynk
był zabroniony, ale by otrzymać alkohol, należało przy składaniu
zamówienia odpowiednio mrugnąć okiem do kelnera. Wówczas wszyscy
wiedzieli, o co chodzi, niemal tak samo jak do niedawna w telewizyjnych
reklamach piwa bezalkoholowego.
31 stycznia 1923 roku. Egzekucja zabójcy prezydenta
Rankiem trzydziestego pierwszego stycznia 1923 roku na warszawskiej
Cytadeli wykonano karę śmierci na zabójcy prezydenta Gabriela
Narutowicza, plastyku Eligiuszu Niewiadomskim.
Narutowicz został zastrzelony podczas wernisażu w Zachęcie szesnastego
grudnia, dwa tygodnie później zabójca stanął przed sądem. Proces trwał
zaledwie jeden dzień, Niewiadomski zrezygnował z usług obrońcy,
postanowił bronić się sam. Trudno zresztą jego zachowanie nazwać obroną,
zamachowiec bowiem dowodził, że jego czyn zasługuje na najwyższy wymiar
kary, i skoncentrował się na wyjaśnieniu pobudek postępowania. Tak
żarliwie przekonywał do swoich racji, że obecnemu na sali Władysławowi
Grabskiemu wydawało się, "że widzi Husa przed sądem".
Zamachowiec, oczekując na egzekucję, nie marnował czasu. Projektował
własny nagrobek, kończył też pisać książkę Malarstwo polskie XIX i XX
wieku - jedną z lepszych rozpraw na ten temat. Napisał również list
otwarty Do wszystkich Polaków i testament polityczny Kartki z więzienia.
Wczesnym rankiem trzydziestego pierwszego stycznia odwiedził go
spowiednik, ojciec Beniamin. Niewiadomski nawet w godzinie śmierci nie
wahał się, w rozmowie z kapłanem stwierdził, że musiał zamordować
Narutowicza, albowiem "ta Polska nie jest tą Polską, o której śniły całe
pokolenia", jest natomiast "Polską Piłsudskiego, Judeo-Polską".
Tłumaczył, że poprzez zabójstwo prezydenta "chciał przemówić do narodu -
poruszyć go, zbudzić, żeby ta hydra żydowska go nie pożarła".
"Spokój zachował nawet wtenczas - wspominał ojciec Beniamin - kiedy
wszedł oficer do celi i powiedział, że czas już iść na plac egzekucyjny.
Najspokojniej nalał sobie mleka do szklanki i wypił. Ubrał się, wyszedł
na korytarz i powiedział: "Gotów jestem".
Na placu egzekucyjnym, po odczytaniu wyroku śmierci wypowiedział wobec
wszystkich słowa: "Odchodzę szczęśliwy, że nie będę patrzył na to, co z Polską zrobił Piłsudski. Ufny jestem, że krew moja przyczyni się do
zjednoczenia serc polskich".
Ucałował krzyż z całym pietyzmem, przyjął ostatnie rozgrzeszenie. Stanął
przy słupku na celu, sam sobie zawiązał opaskę na oczy - choć przedtem
prosił, żeby mu tego nie robiono i nie przywiązywano - posłuszny był
jednak prokuratorowi.
Zbliżyli się, kompania szkolna 30 Pułku Strzelców Kaniowskich, i stanęli
o sześć kroków od świętej pamięci Niewiadomskiego. Huknęła salwa! Trzy
kule rozniosły i roztrzaskały górną część czaszki - a czwarta utknęła w sercu. Świętej pamięci Niewiadomski padł - i już nie żył"10.
A prawdziwe problemy kraju dopiero się zaczynały, zabójstwo Narutowicza
podzieliło bowiem ostatecznie polską scenę polityczną.
4 lutego 1944 roku. Makabryczny ślub kata Warszawy
W ostatnich dniach stycznia 1944 roku SS-Brigadeführer Franz Kutschera
był bardzo zajęty. Oprócz kierowania terrorem wobec mieszkańców Warszawy
załatwiał także pilne sprawy prywatne. Miał zamiar się ożenić - w stolicy mieszkał bowiem z narzeczoną, norweską folksdojczką, a ta była w ciąży. Ślub zaplanowano na piąty lutego, do Warszawy przybyła już nawet
siostra narzeczonej.
Do uroczystości jednak nie doszło, Kutschera zginął cztery dni wcześniej
z rąk członków oddziału specjalnego Kedywu Komendy Głównej AK "Pegaz".
Natychmiast też rozpoczęły się krwawe represje, hitlerowcy zarządzili
masowe łapanki. W ciągu jednej doby aresztowano blisko sześćset osób, a dzień po zamachu, w miejscu jego przeprowadzenia, rozstrzelano stu
mężczyzn. W następnych dniach ofiarami zemsty padło jeszcze ponad
dwieście osób, a na miasto nałożono kontrybucję w wysokości stu milionów
złotych, co równałoby się obecnie ponad dziesięciu milionom euro. Z tej
kwoty piętnaście procent miały zapłacić gminy podwarszawskie.
Natomiast czwartego lutego na ludność centrum stolicy padł blady strach.
Hitlerowcy zarządzili, by mieszkańcy Nowego Światu, Krakowskiego
Przedmieścia oraz niektórych ulic na Powiślu i Starym Mieście, przed
godziną dziesiątą rano opuścili swoje mieszkania, pozostawiając klucze u dozorców. Rozeszły się pogłoski, że hitlerowcy w odwecie za zamach
wysadzą część miasta w powietrze.
W rzeczywistości tego dnia miały miejsce wstępne uroczystości pogrzebowe
Kutschery. Orszak żałobny przejechał od siedziby SS w Alejach
Ujazdowskich do pałacu Brühla. Tam ciało spoczęło na katafalku i odbyła
się makabryczna ceremonia: ożenek zmarłego z jego norweską narzeczoną!
Był to ślub junkierski, zwany także ślubem z rękawicą - niemiecki
obyczaj sięgający tradycją średniowiecza. Miał na celu zalegalizowanie
potomstwa zmarłego, a sprawą osobiście interesował się Heinrich Himmler.
Zapewne także on wydał zgodę na tę przerażającą uroczystość. Następnie
ciało Kutschery przewieziono na Dworzec Gdański, skąd wyruszyło
pociągiem do Berlina. Oczywiście wiązało się to z zamknięciem sklepów,
wstrzymaniem ruchu tramwajów oraz zakazem wychodzenia mieszkańców na
ulice w tej części Warszawy.
Narzeczoną Kutschery - czy też wdową po nim - osobiście zajął się
Himmler. Można podejrzewać, że dopóki trwała wojna, ani jej, ani dziecku
niczego nie brakowało. Wiele lat później syn Kutschery miał okazję
poznać Misia, czyli Michała Issajewicza, jednego z uczestników akcji
przeciwko SS-Brigadeführerowi. Poprosił, by ten podał mu rękę i zapomniał, kim był jego ojciec...
6 lutego 1928 roku. Kolonialne marzenia Drugiej Rzeczypospolitej, czyli polskie nocniki w Liberii
Powstały szóstego lutego 1928 roku Związek Pionierów Kolonialnych miał
promować ekspansję zamorską Drugiej Rzeczypospolitej. Niebawem
stowarzyszenie zostało wchłonięte przez Ligę Morską i Kolonialną i pod
jej auspicjami faktycznie przystąpiło do realizacji planów kolonialnych.
Pod prężnym kierownictwem generała Gustawa Orlicz-Dreszera Liga stała
się bowiem masową organizacją - w 1939 roku liczyła blisko milion
członków - a jednym z jej celów była "odbudowa inicjatywy społecznej i skutecznej propagandy do wielkiego rozwoju mocarstwowego Polski".
Wiązało się z tym posiadanie kolonii mających rozwiązać problem
przeludnienia, a przy okazji zapewnić zbyt na towary przemysłu i napływ
tanich surowców.
Splot różnych przypadków zadecydował, że najważniejszą próbę osadniczą
podjęto w zachodnioafrykańskiej Liberii. W grudniu 1934 roku wyruszyło
tam pierwszych ośmiu polskich plantatorów zaopatrzonych w dwa tysiące
ton towarów, mających stać się hitem eksportowym na Czarnym Lądzie.
Wśród nich było pięćset emaliowanych nocników, które uznano za towar
pierwszej potrzeby dla mieszkańców Afryki.
Wyprawa zakończyła się fiaskiem, Polacy otrzymali wprawdzie do
zagospodarowania prawie dwa tysiące hektarów, jednak okazali się
kompletnie nieprzygotowani do pracy w tropikach. Niebawem zresztą polski
rząd, pod naciskiem USA, wycofał się z całej awantury, rozwiązując
delegaturę Ligi Morskiej w Monrowii.
Porażką okazała się również wymiana handlowa z tubylcami, a szczególnie
próby sprzedaży słynnych nocników.
"Oglądali je poważnie i z uwagą - wspominał uczestnik wyprawy, Kamil
Giżycki - pokiwali głowami, po czym zapytali "do jakiego użytku służą te
ciekawe naczynia?""11.
Gdy wyjaśniono przeznaczenie nocników, krajowcy nie ukrywali oburzenia.
Uznano, że traktuje się ich jak dzikusów, albowiem każdy w Afryce
wiedział, że nocnik powinien posiadać pokrywkę odgradzającą użytkownika
od niemiłych woni.
Trzeba jednak przyznać, że polski rząd zachowywał dystans wobec
kolonialnych zapędów Ligi Morskiej, a Józef Beck ucinał wszelkie
rozważania na ten temat. Jego podwładni nie mieli jednak zahamowań, a ich pomysły świadczą o kompletnym oderwaniu od rzeczywistości. Tuż przed
wybuchem wojny wysoki urzędnik MSZ Apoloniusz Zarychta skierował tajne
pismo do ambasady Rzeczypospolitej w Waszyngtonie. Interesowało go, jaka
część Antarktydy została poddana zwierzchnictwu USA i czy na tym
kontynencie znajdują się jeszcze wolne obszary pod kolonizację.
Czym i z kim zamierzał handlować dzielny urzędnik, pozostanie już jego
tajemnicą. Pingwiny raczej nie mogły uchodzić za dobrych odbiorców
produktów polskiego przemysłu, o nocnikach nie wspominając.
8 lutego 1923 roku. Śmierć arcybiskupa
Ósmego lutego 1923 roku w stolicy został zamordowany prawosławny
metropolita warszawski, Jerzy Jaroszewski. Mordercą był jego podwładny,
archimandryta Smaragd Łatyszenko. Zamachowiec oddał do zwierzchnika
kilka strzałów, wykrzykując: "To dla ciebie, kacie prawosławia!". Gdy
nadbiegł sekretarz ofiary, nie stawiał oporu i spokojnie polecił wezwać
policję.
Sprawa prawosławia była jednym z największych problemów Drugiej
Rzeczypospolitej. Jego wyznawcy stanowili około jedenastu procent
społeczeństwa, a hierarchię zależną od moskiewskiego patriarchatu
obserwowano nad Wisła z dużą podejrzliwością. Nie zapomniano bowiem, że
prawosławie było religią znienawidzonych zaborców, a po zdławieniu
powstania styczniowego polskie miasta zabudowano cerkwiami. W samej
Warszawie było ich ponad dwadzieścia, z soborem Świętego Aleksandra
Newskiego na placu Saskim na czele. Na potrzeby prawosławia rekwirowano
również świątynie katolickie - cerkwią przez ponad osiemdziesiąt lat
była katedra polowa Wojska Polskiego przy ulicy Długiej.
Władze odradzającego się państwa polskiego starały się o autokefalię,
czyli autonomię polskiego prawosławia, bolszewicy bowiem - pomimo
programowego ateizmu - przejęli kontrolę nad hierarchią duchowną. A żaden niezależny rząd nie mógł przecież tolerować lojalności wobec
wrogiego mocarstwa.
Zwolennikiem autokefalii był arcybiskup Jerzy, ale dla wielu jego
podwładnych autonomia polskiej cerkwi była równoznaczna z zamachem na
podstawowe zasady wiary. Gorliwym jej przeciwnikiem był archimandryta
Smaragd, który usiłował przekonać zwierzchnika do swoich racji. Po dwóch
godzinach bezpośredniej, a przede wszystkim bezowocnej rozmowy wyciągnął
zakupioną wcześniej broń i zastrzelił arcybiskupa.
Zabójca stanął przed sądem jako osoba świecka, Cerkiew pozbawiła go
bowiem stanu duchownego. Paweł Łatyszenko został skazany na dwanaście
lat więzienia, a po odbyciu kary wyjechał do Czechosłowacji.
Morderstwo nie powstrzymało autokefalii. Półtora roku później Polski
Kościół Prawosławny otrzymał ją z Konstantynopola, z pominięciem
patriarchy moskiewskiego.
Pomimo to wschodnia odmiana chrześcijaństwa nie cieszyła się w Polsce
zaufaniem. Unikano konwersji na prawosławie przy rozwiązywaniu małżeństw
- bo należy pamiętać, że w Drugiej Rzeczypospolitej nie istniały rozwody
cywilne - preferując wyznania protestanckie. Prawosławie zawsze bowiem
kojarzyło się z imperialnymi zapędami Moskwy, a nieodpowiedzialna
czasami polityka władz Drugiej Rzeczypospolitej - jak choćby niszczenie
w latach trzydziestych cerkwi na Lubelszczyźnie - pogłębiała przepaść
pomiędzy wyznaniami.
I tak pozostało do dzisiaj, wystarczy przypomnieć reakcje społeczne na
podpisanie w 2012 roku dokumentu o pojednaniu kościołów: katolickiego i prawosławnego.
10 lutego 1936 roku. Boska Zula
Dziesiątego lutego 1936 roku w Wilnie zmarła Zula Pogorzelska, jedna z największych gwiazd estrady Drugiej Rzeczypospolitej. Największe sukcesy
święciła na scenach kabaretowych, to właśnie ona jako pierwsza w Polsce
zaprezentowała publicznie charlestona, na którego punkcie natychmiast
oszalała Warszawa.
Kariera Zuli zaczęła się od nieudanej operacji gardła. Po uszkodzeniu
strun głosowych mówiła altem o niespotykanej, chropawej barwie,
określanym jako "głos wiedeńskiego fiakra". Zmysłowe brzmienie w połączeniu ze znakomitą figurą - najlepsze nogi w Warszawie - i "wyjątkowym wprost sex appealem" stały się jej znakiem rozpoznawczym.
Jak przystało na prawdziwą gwiazdę, otrzymywała bajeczne gaże, sięgające
podobno dwunastu tysięcy miesięcznie - podczas gdy urzędnik zarabiał
niewiele ponad trzysta, premier około półtora tysiąca złotych.
"Zula Pogorzelska to Paryż - wspominał z nostalgią Kazimierz Krukowski -
ustokrotniony Paryż z całą jego elegancją, wdziękiem bulwarów, uśmiechem
midinetek, cyganerią Montparnasse'u i frywolnością Montmartre'u.
Najpiękniejsze nogi, najnowocześniesze auto, najwspanialsza suknia,
królowa balu... Zawsze i wszędzie Zula Pogorzelska. A na scenie: co za
niebywała rozpiętość talentu! Od najlżejszej, prawie wulgarnej, a jak
dyskretnie podanej piosenki! Aż do wzruszających strofek o starej babuni
lub o biednym gigolo"12.
Nie miała jednak w sobie nic z celebrytki, wyjątkowo chroniła
prywatność, nie wiadomo nawet, kiedy wyszła za mąż za Konrada Toma.
Stanowili zgodną parę, a mąż - znakomity aktor, scenarzysta i autor
tekstów - rozsądnie doradzał jej w karierze. Możliwości Zuli nie zostały
jednak wykorzytane w kinematografii. Wprawdzie pojawiła się w kilku
filmach, była jednak źle obsadzana, "ucharakteryzowana znów na
czupiradło", bez żadnej sensownej kwestii do wypowiedzenia. Krytycy
rwali sobie włosy z głów, pytając, dlaczego "Pogorzelska gra zawsze same
kruchty i koczkodany?". I właściwie trudno sobie obecnie wyobrazić,
jakim była zjawiskiem.
Mąż przygotowywał dla niej rolę życia, miała być tytułową bohaterką w komedii Ada, to nie wypada. Niestety, uniemożliwiła to jej choroba,
jamistość rdzenia kręgowego. Pomoc najlepszych specjalistów nie pomogła,
Zula odeszła u szczytu kariery, nie mając jeszcze czterdziestu lat.
Pozostała w pamięci jako osoba pełna radości życia, prezentująca wdzięk
kobiety wyzwolonej z obyczajowych przesądów. A jej piosenki - Bo ja się
boję sama spać, Czy pani mieszka sama - na stałe weszły do kanonu
polskiej muzyki. Znane są zresztą nie tylko z wielu interpretacji, ale
również ze współczesnych reklama, co najlepiej świadczy o ich
popularności.
13 lutego 1934 roku. Państwo Beckowie jadą na Kreml
Trzynastego lutego 1934 roku do Moskwy wyruszyła polska delegacja
rządowa, na czele której stał minister spraw zagranicznych Józef Beck.
Towarzyszyła mu małżonka, a jej spostrzeżenia z wyprawy są interesującą
lekturą, zapoznającą z ówczesnymi obyczajami na Kremlu.
Dla Jadwigi była to wyprawa w nieznany świat, a pierwszy wstrząs
przeżyła, gdy na granicy delegacja przesiadła się do sowieckiego
pociągu. Salonka - przed rewolucją własność jakiegoś wielkiego księcia -
była w całkiem niezłym stanie, ale jej obsługa przestrzegała do absurdu
tajemnicy państwowej. Doszło nawet do tego, że kucharz odmówił podania
pani ministrowej przepisu na ciasteczka serwowane na podwieczorek!
Interesująco wyglądało także powitanie na dworcu w Moskwie, a szczególnie zachowanie Karola Radka, znanego pani Beckowej z wizyt w Polsce:
"Wysiadamy z rozgrzanego wagonu, uszczypnięci natychmiast dotkliwie
przez mróz i zaczynamy powitania. Dygnitarze pod wodzą komisarza
[Maksima] Litwinowa. Długie buty, futra, papachy. Grupa pań skulona z zimna, w pstrych szydełkowych czapkach, szalikach, rękawiczkach. Czuję
się Europejką... mam ciepły, skórzany i elegancki - ale kapelusz. Szalik
też niewłóczkowy, na pewno. Powitania i szaloną radość z przyjazdu
formułuję po francusku, staram się też przypomnieć sobie rosyjski. Nagle
- jak wcielenie czarta - Radek szepcze mi głośno w ucho:
- Zaczem wy gawaritie po francuski! My wszyscy jesteśmy polscy
Żydzi!"13.
W równie ciekawy sposób zachowywali się sowieccy wojskowi podczas
śniadania wydanego na cześć polskiej delegacji. Pani Jadwiga siedziała
obok Klimienta Woroszyłowa, którego uznała "za komunistę z krwi i kości,
idealistę i ideowca w swoim rodzaju", a samo przyjęcie za niepodobne do
tych znanych jej z dyplomatycznego świata. Miejscowi prominenci czuli
się swobodnie, "hałasowano, śmiało się głośno, nastrój był serdeczny,
beztroski". Także na wieczór w operze, gdzie korpus dyplomatyczny ubrany
był zgodnie z wymogami etykiety, sowieccy dostojnicy przyszli w kurtkach, a "większość w butach z cholewami".
Trafnym spostrzeżeniem była również relacja pani Beck o moskiewskich
przygodach służącego męża. Człowiek ten samodzielnie kręcił się po
mieście, nikt specjalnie się nim nie interesował, wobec czego nawiązał
znajomość z miejscową praczką.
"Mówił po rosyjsku, bywał u niej i sporo się dowiedział. Po powrocie
słyszałam, jak opowiadał naszej służbie, że gdyby on był ministrem spraw
wewnętrznych w Polsce, to zamiast aresztować, wysłałby wszystkich
polskich komunistów do Rosji. Wróciliby - według niego - wyleczeni na
zawsze z komunizmu"14.
I zapewne miał rację.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Za: D. Michalski, Powróćmy jak za dawnych lat, Warszawa 2007, s. 106. [wróć]
Za: I. Kiec, W kabarecie, Wrocław 2004, s. 121. [wróć]
J. Lechoń, Dzienniki, t. 2, Warszawa 1992-1993, s. 123. [wróć]
Za: M. i J. Łozińscy, W przedwojennej Polsce. Życie codzienne i niecodzienne, Warszawa 2012, s. 127-128. [wróć]
Za: A. Mieszkowska, Jestem Járosy! Zawsze ten sam..., Warszawa 2008, s. 89. [wróć]
Za: Ibidem, s. 90 [wróć]
J. Jurandot, Dzieje śmiechu, Warszawa 1965, s. 28-29. [wróć]
Wiek XX w źródłach, Warszawa 2002, w: https://dzieje.pl/aktualnosci/oredzie-prezydenta-thomasa-woodrowa-wilsona-do-kongresu-stanow-zjednoczonych-ameryki [wróć]
Jolanta Załęczny, Moc tkwiąca w słowach na przykładzie przemówień Ignacego Jana Paderewskiego, "Społeczeństwo i Polityka" 3(76)/2023. [wróć]
Za: D. Baliszewski, Historia nadzwyczajna, Wrocław 2009, s. 78. [wróć]
Za: Kiedyś w Afryce, TVN 2009. [wróć]
K. Krukowski, Moja Warszawka, Warszawa 1957, s. 71. [wróć]
J. Beck, Kiedy byłam ekscelencją, Warszawa 1990, s. 74. [wróć]
Ibidem, s. 76. [wróć]
Wszystkie felietony dotyczą lat 1918-1945, ale w niektórych przypadkach data dzienna odnosi się do roku spoza tej cezury, za każdym razem stanowiąc jednak punkt wyjścia lub podsumowanie opowieści ściśle osadzonej w okresie trwania Drugiej Rzeczypospolitej. [wróć]
Od autora
Gdy nieco ponad rok temu oddawałem do druku PRL. Kartki z kalendarza,
zapowiedziałem, że jeżeli Czytelnicy zaaprobują ten rodzaj przekazu
historycznego, to pojawi się kontynuacja poświęcona okresowi
międzywojennemu. Ciepłe przyjęcie książki zadecydowało, że mogłem wybrać
kolejne felietony i przygotować je w formie książkowej.
Zgodnie z zapowiedzią niniejsza publikacja również ma charakter
"zdzieraka kalendarzowego", a jej układ podporządkowany jest datom
dziennym. Tym razem są to jednak czasy Drugiej Rzeczypospolitej, chociaż
potraktowane dość swobodnie, gdyż od czasów pierwszej wojny światowej do
zakończenia kolejnego globalnego konfliktu. Nie ma bowiem jednej
bezspornej daty, kiedy odrodziła się Polska po zaborach ani kiedy
zakończyła swoje istnienie. Przyjęte powszechnie daty mają charakter
wyłącznie umowny, a zachodzące procesy dziejowe były najczęściej
niezauważalne dla ówczesnych ludzi.
Jak zwykle w moich felietonach najmniej interesowała mnie polityka.
Oczywiście nie dało się jej uniknąć, ale zajmuje stosunkowo niewiele
miejsca. Zdecydowanie dominują: anegdota, kwestie obyczajowe, żywi
ludzie, a nie martwe posągi. Bohaterowie kolejnych felietonów są
przedstawiani jako zwyczajni Polacy, a nie postacie z podręczników.
Całość natomiast składa się na obraz Drugiej Rzeczypospolitej, być może
subiektywny, ale na pewno bliższy prawdzie niż przedstawiany w wielu
opracowaniach.
Nigdy bowiem nie znosiłem nadętych frazesów z obowiązkowej literatury
historycznej i przedstawiania znanych postaci z naszej kultury i historii jako osób zbawiających Polskę i świat. Często miałem wrażenie,
że bohaterowie opisywani w "poważnych" książkach historycznych wierzyli
we własną wielkość i przeznaczenie dziejowe. To oczywiście absurd, może
poza pojedynczymi przypadkami lub jednostkami cierpiącymi na manię
wielkości.
Daleki jestem od mitologizowania Drugiej Rzeczypospolitej. Ten kraj
odrodził się po ponad stu latach niewoli, powstał z trzech części, które
przez ponad wiek zrastały się z innymi organizmami politycznymi i gospodarczymi. Podobnego eksperymentu nie zanotowano nigdy w dziejach i nic dziwnego, że wielu europejskich polityków uważało nasz kraj za
państwo sezonowe. Mylili się jednak, bo choć Druga Rzeczpospolita przez
cały okres swojego istnienia zmagała się z wieloma problemami, z których
części nie udało się rozwiązać, to jako państwo funkcjonowała całkiem
dobrze.
Krótka forma spowodowała, że teksty w niniejszej książce są bardzo
skondensowane, ale dzięki temu przekaz jest klarowny i dotykający
meritum sprawy bez zbytecznych dodatków. To naprawdę Kartki z kalendarza Drugiej Rzeczypospolitej, które z powodzeniem można by było
czytać na słynnych kalendarzach zdzierakowych.
Sławomir Koper
4 stycznia 1919 roku. Paderewski na premiera
Drugi gabinet odrodzonej Polski, Jędrzeja Moraczewskiego, upadł w wyniku
operetkowego zamachu stanu. W nocy z czwartego na piąty stycznia 1919
roku grupa prawicowych spiskowców kierowana przez pułkownika Mariana
Żegotę-Januszajtisa i księcia Eustachego Sapiehę aresztowała premiera i kilku ministrów. Sytuacja została opanowana po kilku godzinach, a zamachowcy stanęli przed Naczelnikiem Państwa. Piłsudski zwymyślał ich w Belwederze i kazał rozejść się do domów. Co więcej, przywódcy
rebeliantów zrobili zresztą później kariery w służbie państwowej -
Januszajtis awansował na generała, a Sapieha został posłem w Londynie.
Naczelnik właściwie był zadowolony z próby zamachu. Umożliwiło mu to
dymisję rządu, a miał doskonałego kandydata na premiera. Polaka, którego
znał i podziwiał cały świat, gorącego patriotę, posiadającego
fantastyczne kontakty wśród najwybitniejszych polityków. Był nim
pianista i kompozytor, Ignacy Jan Paderewski.
Lata pierwszej wojny światowej artysta spędził w większości w USA, gdzie
oddał ogromne zasługi sprawie polskiej. Przyjmowany na salonach
tamtejszych polityków, podnosił problematykę niepodległościową,
prowadząc jednocześnie akcję konsolidacji Polonii amerykańskiej.
Kiedy wojna dobiegła końca, Paderewski uznał, że jego misja w USA
również się zakończyła. Nie myślał o karierze zawodowego polityka.
Chciał włączyć się w prace przy odbudowie niepodległości, wiedząc, że
jego kontakty i renoma na arenie międzynarodowej będą wyjątkowo
przydatne.
W tym czasie w Warszawie przebywała Amerykańska Misja Żywnościowa.
Przewodził jej Herbert Hoover, który ćwierć wieku wcześniej, jeszcze
jako student Uniwersytetu Stanforda, miał okazję osobiście poznać
Paderewskiego. Wraz z kolegą postanowili wówczas zarobić trochę
pieniędzy na naukę, organizując dodatkowy koncert wirtuoza w San Jose.
Zaoferowali pianiście pokrycie wszystkich kosztów i honorarium w wysokości dwóch tysięcy dolarów, które wtedy równały się około
sześćdziesięciu tysiącom dzisiejszych. Niestety brak odpowiedniej
reklamy i niewłaściwy termin - tuż przed Wielkanocą - spowodowały, że
przychód wyniósł zaledwie tysiąc dolarów. Zrozpaczeni studenci
zaproponowali Paderewskiemu odpracowanie deficytu w ciągu kilku lat, ale
artysta znalazł kompromisowe rozwiązanie. Nieszczęśni organizatorzy
mieli pokryć wszystkie koszty, a z pozostałych pieniędzy zatrzymać dla
siebie dwadzieścia procent - sam pianista natomiast zadowolił się
niewielką, symboliczną wręcz kwotą. Hoover przekonał się wówczas o bezinteresowności artysty, więc teraz uzależnił pomoc amerykańską w odbudowywaniu niepodległości Rzeczypospolitej od desygnowania
Paderewskiego na stanowisko premiera. I niebawem tak się stało.
5 stycznia 1943 roku. Król kiczu
W pierwszych dniach stycznia 1943 roku - daty dziennej nie ustalono, ale
być może był to piąty stycznia - podczas próby ucieczki ze stołecznego
getta zginął Andrzej Włast, jeden z najwybitniejszych animatorów
popkultury Drugiej Rzeczypospolitej. Karierę rozpoczynał jako poeta i recenzent filmowy, a następnie współpracował ze scenami kabaretowymi. To
właśnie on wprowadził nad Wisłę rewię, był kierownikiem literackim
Perskiego Oka, a potem dyrektorem i właścicielem Morskiego Oka. Znalazł
też prostą receptę na sukces:
"W ciągu trzech godzin w pięćdziesięciu obrazach otrzymuje widz: esencję
komedii, a dalej śpiew taniec i feérie. Zamiast pójść na przestarzałą
operę, banalną farsę, szablonową operetkę - widz dzisiejszy, który żyje
szybko, widz rozmiłowany w kinie i radiu - idzie na rewię"1.
Wprawdzie narzekano, że w przedstawieniach Własta jest "za dużo nóg, a mało mózgu", ale publiczność była zachwycona. Tym bardziej że pan
dyrektor potrafił wylansować prawdziwe szlagiery.
"O powodzeniu piosenki we współczesnej rewii - tłumaczył Włast -
rozstrzyga dobry refren. W tym też kierunku pracuje inwencja twórcza
autorów. Dobry refren z łatwą i melodyjną muzyką rozstrzyga często o powodzeniu całej rewii"2.
Inna sprawa, że większość jego tekstów do dzisiaj wzbudza grozę. Ze
sceny można było bowiem usłyszeć, że "na bulwarach tłum, w kawiarenkach
pary pełne dum". Ewentualnie: "na mym ciele blizna sina wciąż mi ciebie
przypomina, Twe straszne pięści i twój nóż!". A czasami bywało jeszcze
gorzej: "Zgroza, co za proza! / Jam mimoza, fijołka liść... / Takiego
zbója pan nie zbuja / Alleluja! Możem iść".
Włast osiągnął jednak sukces. Publiczność ma głos grano sto
dwadzieścia sześć razy, To trzeba zobaczyć - sto trzydzieści osiem
razy, a Klejnoty Warszawy - dwieście. Krytycy mogli załamywać ręce,
ale decydujący głos miała publiczność, a ponadto widzowie zachwycający
się rewią raczej nie chadzali na przedstawienia teatralne Schillera czy
Osterwy.
Z drugiej strony pan dyrektor potrafił jednak stworzyć teksty, które na
zawsze zapewniły mu miejsce w dziejach polskiej kultury. To właśnie na
scenie jego teatru po raz pierwszy zaprezentowano: Tango milonga,
Całuję twoją dłoń madame, Ja się boję sama spać, Czy pani mieszka
sama. Włast był także autorem słynnych Jesiennych róż.
Z perspektywy czasu dyrektor Morskiego Oka wydaje się jedynym prawdziwym
biznesmenem w ówczesnym polskim świecie kabaretowym. Był nastawionym na
sukces menadżerem, który znakomicie poznał reguły rządzące przemysłem
rozrywkowym. A chociaż najlepsze teksty piosenek pisali Tuwim i Hemar,
to "szlagiery, które prosto ze sceny szły na ulice", potrafił stworzyć
tylko Andrzej Włast.
6 stycznia 1924 roku. Literaci i alkohol
Tak jak do Beatlesów przylgnęła nazwa Fab Four, czyli cudowna czwórka,
tak pięciu poetów spod znaku Skamandra śmiało można nazwać Fab Five.
Beatlesi mieli swojego menadżera w osobie Briana Epstaina, natomiast
skamandryci zapewne nie zdobyliby popularności bez Mieczysława
Grydzewskiego. Był ich przyjacielem, agentem i wydawcą "Pro Arte et
Studio", a potem słynnych "Wiadomości Literackich". Pierwszy numer tego
najważniejszego pisma literacko-społecznego Drugiej Rzeczypospolitej
ukazał się szóstego stycznia 1924 roku.
"Znał kto kiedy poetę trzeźwego?" - pytał przed wiekami Jan Kochanowski,
odpowiadając, że zapewne "nie uczyni taki nic dobrego". Poeta z Czarnolasu trafnie wyraził opinię o konieczności absorbowania procentów
przez literatów, a jego następcy w okresie międzywojennym gorliwie
wypełniali te zalecenia.
Przy okazji można było zauważyć dziwną zależność między skalą talentu,
poczuciem humoru a stosunkiem do procentów. Najmniej pijący Iwaszkiewicz
był równocześnie najsłabszym poetą z grona skamandrytów, a jego dowcip i fantazja także pozostawiały dużo do życzenia.
"(...) kiedyś w apoteozie warszawskiej bohemy - wspominał Jan Lechoń - w pierwszych latach niepodległości - towarzystwo dobrze już przyrządzone
podrzucało na wiwat któregoś z Pfeifferów [rodzina warszawskich
przemysłowców - S.K.]. W rezultacie gość uderzył nogą o kant trotuaru i złamał goleń. W strasznych mękach zabrano go dorożką do domu, dokąd
wezwano chirurga, aby włożył nogę w gips. Władek Pfeiffer, król
cyganerii burżujskiej, zażądał jednak, aby zabrać z sobą również sławny
kwartet Różewicza. Co też uczyniono i podczas kiedy wyjącemu z bólu
pacjentowi reperowano to złamanie - w przyległym pokoju Jaś Różewicz
rżnął rzekomo dla ulżenia jego cierpień A ta
przepióreczka!"3.
Jeszcze bardziej interesujący przebieg miały cykliczne przyjęcia u Ferdynanda Goetla, prezesa polskiej sekcji PEN Clubu. Gości - kwiat
polskiej kultury! - zapraszano na godzinę ósmą wieczorem, a zakończenie
przewidywano już godzinę (!) później.
"Pito wyłącznie najlepsze francuskie koniaki - notował zgorszony
pianista Roman Jasiński - i to tak szybko, jak gdyby przyjęcie odbywało
się w czasie postoju pociągu na dworcu kolejowym. O żadnej normalnej
konwersacji nie było nawet mowy, co przecież nie oznacza, by pito i zakąszano w milczeniu. Panowała atmosfera jakiegoś rejwachu, z każdą
minutą rosnącego i przybierającego coraz gwałtowniejszą formę. Po
godzinie wszyscy byli już mocno zalani, tak, że następne pół godziny
poświęcano (...) na szukanie palt, kapeluszy, picie "strzemiennego",
pożegnalne śpiewy, zwykłe pijackie ryki"4.
7 stycznia 1933 roku. Muzyczni piraci Drugiej Rzeczypospolitej
Siódmego stycznia 1933 roku odbyła się premiera filmu 10% dla mnie w reżyserii Juliusza Gardana. Był to ekranowy debiut Toli Mankiewiczówny,
partnerowali jej Tadeusz Wesołowski i Kazimierz Krukowski, a teksty
piosenek napisał Jerzy Jurandot.
Ten ostatni był wówczas jednym z najlepszych autorów piszących dla scen
kabaretowych i filmu. Po latach przyznawał jednak, że wiele pomysłów
czerpano z zachodnich produkcji.
"Każdy wie, jak powstaje rewia - dowcipkował na ten temat Fryderyk
Járosy. - Pewnego dnia przychodzi blady i wystraszony dyrektor
administracyjny do spoconego i wściekłego dyrektora artystycznego i kładzie mu na stół drżącymi rękoma dwieście dolarów i szepcze: Au fond
perdu! To znaczy w żargonie złodziejskim: Jedź i kradnij, co możesz...
Dyrektor artystyczny jedzie wtedy do Paryża i odwiedza z miną bogatego
Anglika wszystkie music-halle i bucha, co tylko nie jest przykute
łańcuchami albo wmurowane w ściany. Potem wraca do Warszawy i przy
pomocy swojej bandy zmienia obiekty skradzione w taki sposób, że trudno
je poznać"5.
Do praw autorskich podchodzono wówczas z dużym dystansem i faktycznie po
przetworzeniu niewielu mogło rozpoznać pierwowzór. Járosy miał do tego
zresztą bardzo trzeźwe podejście: "Przekład, czyli tłumaczenie, jest jak
kobieta. Jeżeli wierny - to brzydki, jeżeli ładny - to niewierny.
Najtrudniejszą rzeczą w zawodzie literackim jest przekład piękny i wierny jednocześnie, bo w przeciwnym razie zdarzają się śmieszne
nieporozumienia"6.
Zdarzały się jednak również bardziej skandaliczne sytuacje. Henryk Wars
skomponował kiedyś tango Cóż bez miłości wart jest ten świat, które
okazało się plagiatem Roty i całą edycję zapisu nutowego wycofano ze
sklepów.
Sprzedaż drukowanych szlagierów była w tych latach tak popularna, że
pojawili się piraci muzyczni. Jednym z nich był Lucjan Królicki,
spisujący melodie i słowa bezpośrednio z płyt, które "nigdy technicznie
nie stały zbyt wysoko". Dlatego regularnie oskarżano go również o "moralne pogwałcanie praw autorskich".
"Zdarzyło się, że wśród licznych przekręceń tekstu w druku - opowiadał
Jerzy Jurandot - pan Królicki przekręcił również tytuł mojej filmowej
piosenki. Stanąłem przed sędziowskim stołem. [Prokurator] wyciągnął
rękę oskarżycielskim gestem i zagrzmiał:
- Tak na przykład, proszę wysokiego sądu, tango świadka Jurandota Tak
mi weszłaś w krew oskarżony wydrukował pod tytułem Tak mi weszłaś w krok, co jest przecież bardzo bolesne dla autora!"7.
Rozprawa została odroczona, albowiem wszyscy obecni, łącznie z sędzią,
przez długi czas nie potrafili zachować powagi właściwej dla sali
sądowej.
8 stycznia 1918 roku. Paderewski w Poznaniu
Na początku dwudziestego stulecia Eskimosi nazwali wyjątkowo smaczną
odmianę ziemniaków nazwiskiem Paderewski. I chociaż żaden z nich zapewne
nie słyszał na żywo wirtuoza, to nazwisko pianisty było dla nich
symbolem doskonałości.
Lata wojny muzyk spędził w większości w USA, gdzie oddał ogromne zasługi
dla sprawy polskiej. Prawdopodobnie postawie Paderewskiego możemy
zawdzięczać wzmianki o sprawie polskiej w wypowiedziach prezydenta
Wilsona, szczególnie zaś słynny trzynasty punkt jego orędzia z ósmego
stycznia 1918 roku: "Winno być utworzone powszechne zrzeszenie narodów,
na podstawie szczegółowych umów, celem udzielenia wszystkim państwom,
zarówno wielkim, jak i małym, wzajemnych gwarancji niezawisłości
politycznej i całości terytorialnej"8.
Kiedy wojna dobiegła do końca, Paderewski uznał, że jego misja na
kontynencie amerykańskim dobiegła końca i może wracać do kraju. Nie
myślał o karierze zawodowego polityka, ale chciał włączyć się w prace
przy odbudowie niepodległości, wiedząc, że jego kontakty i renoma na
arenie międzynarodowej mogą okazać się przydatne. Znał swoją wartość, a kilka lat wcześniej po śmierci Henryka Sienkiewicza wypowiedział
interesujące słowa:
"Nie był on królem, a jednak od dawna w kraju i za krajem swoi i obcy
patrzyli na niego jak na najpierwszego z Polaków. Nie był on wodzem, a jednak szedł za nim naród... Nie był on mężem stanu, a jednak wszyscy
politycy polscy przed jego mądrością, przed jego rozwagą, przed jego
zdaniem kornie schylali czoła"9.
Muzyk z żoną dotarli do Londynu na początku grudnia 1918 roku. Pianista
rozpoczął negocjacje z angielskimi politykami, a na ich propozycję
dalszą drogę do kraju odbył na pokładzie brytyjskiego krążownika. Okręt
dopłynął do Gdańska, co podkreślało polskie aspiracje do tego portu i zostało odebrane jako poparcie rządu królewskiego dla osoby
Paderewskiego.
Z Gdańska małżonkowie udali się do Poznania, gdzie zostali gorąco
powitani przez ludność. Dwudziestego szóstego grudnia 1918 roku z okna
hotelu Bazar przyszły premier wygłosił do zgromadzonych tłumów
przemówienie, po którym odbyła się demonstracja polskiej młodzieży.
Następnego dnia wybuchły zamieszki, padły pierwsze strzały, doszło do
walk ulicznych. W ten sposób wybuchło jedyne zwycięskie w dziejach
Polski powstanie.
Gdy w Wielkopolsce trwały walki, w stolicy Paderewski stanął na czele
gabinetu rządowego. Był w tym czasie jedynym Polakiem, którego nazwisko
było gwarancją uznania władz w Warszawie przez mocarstwa.
Pianista był premierem przez rok, osiągnął wiele sukcesów, zanotował też
niemało porażek. Ale to już historia na inną opowieść.
11 stycznia 1917 roku. Trzy debiuty Eugeniusza Bodo
Przyszły gwiazdor dorastał w artystycznej atmosferze. Od najmłodszych
lat regularnie oglądał filmy, dużo czasu spędzał też za kulisami
teatralnymi. Niebawem, mając dziesięć lat, stanął po raz pierwszy na
scenie kabaretu ojca - Urania w Łodzi - i wystąpił w roli kowboja,
wzbudzając aplauz widowni.
Chłopca zafascynowała scena, jednak rodzice niechętnie patrzyli na jego
zainteresowania. Chcieli "zrobić z niego użytecznego członka
społeczeństwa", co oznaczało, że miał zdobyć poważny zawód. Niestety
młody Bogdan nie mieścił się w ramach standardowej edukacji: w szkole
handlowej nie sprostał matematyce, nie miał pamięci do formułek
prawnych, nie nadawał się również na lekarza, bo mdlał na widok krwi. A gdy zdesperowani rodzice uznali, że powinien spróbować swoich sił w kolejnictwie, miał już serdecznie dość tych edukacyjnych eksperymentów.
Spakował się i bez zbędnych pożegnań wyjechał do Poznania.
W Poznaniu trafił do teatru Apollo, w którym dostał posadę biletera.
Niedługo później, bo jedenastego stycznia 1917 roku, zadebiutował na
scenie, choć prawdopodobnie tylko w charakterze statysty. Następnie
wrócił do Łodzi, gdzie już jako aktor znalazł się w zespole jednego z tamtejszych teatrów, a później występował również w Lublinie.
Po powrocie do Łodzi nie odnowił kontaktów z rodziną, w pełni ciesząc
się dopiero co zdobytą niezależnością. Jednocześnie zdawał sobie sprawę,
że prawdziwą karierę może zrobić tylko w Warszawie, gdzie były
największe pieniądze i możliwości.
Trafił tam do teatrzyku letniego w Dolinie Szwajcarskiej. Występował
wtedy w repertuarze, który trudno uznać za szczególnie wyrafinowany,
skoro śpiewał tego rodzaju piosenkę:
Ja jestem strażak,
Jakich tu mało,
Sikawkę pierwszorzędną mam.
Dostrzegł go jednak autor tekstów Artur Tur i uznał, że jest coś
intrygującego w młodym debiutancie. Poszukiwał właśnie nowego
śpiewającego aktora na scenę kabaretu Sfinks, toteż niezwłocznie
zaproponował mu angaż. Przygotował też dla niego recytację pod tytułem
Zmysłowe akordy, która mogła stać się dla początkującego aktora
przepustką do estradowej kariery. Kandydat na gwiazdora zadecydował
jednak inaczej. Utwór przyjął, ale nie zapłacił za niego, a w zamian
pojechał z nim do Łodzi, by tam szlifować swój artystyczny wizerunek.
Dzięki temu już wkrótce był przygotowany do powrotu na sceny stołeczne.
Wtedy też przyjął pseudonim artystyczny Eugeniusz Bodo, pod którym miał
przejść do historii. A Tur się na niego wcale nie obraził, gdyż młody
aktor był niezrównanym kompanem i "przebywanie w jego towarzystwie było
prawdziwą rozkoszą".
16 stycznia 1919 roku. "Otruć panią Paderewską!"
Szesnastego stycznia 1919 roku powstał rząd pod kierownictwem
znakomitego pianisty, Ignacego Jana Paderewskiego. Był to pierwszy
polski gabinet, który został oficjalnie uznany przez mocarstwa
zachodnie, zaakceptował go również paryski Komitet Narodowy Polski
Romana Dmowskiego.
Paderewski premier postępował podobnie jak Paderewski muzyk. Nie można
było mu odmówić wielkiego patriotyzmu, jednak lata kariery artystycznej
pozostawiły pewien ślad na zachowaniu szefa rządu. Kompletnie nie liczył
się z rytmem pracy innych, spóźniał się - czasami wiele godzin - na
zwoływane przez siebie konferencje, nie potrafił odróżnić spraw ważnych
od mało istotnych, pilnych od mniej terminowych. W efekcie pewne
problemy były załatwiane kosztem innych, a niektóre w ogóle nie
doczekały się rozwiązania.
W nowej sytuacji nie potrafiła się również odnaleźć małżonka premiera,
Helena. W ramach troski o męża namawiała go do odpoczynku, gdy miał
zaplanowane spotkania, i odprawiała umówionych petentów bez jego wiedzy.
Kiedy spał, osobiście przyjmowała dokumenty, otwierając je i dokonując
selekcji czy wręcz cenzury informacji. Często ważne wiadomości nie
dochodziły do premiera, albowiem Helena potrafiła zapomnieć, gdzie
zostały odłożone. Normalną procedurą podczas urzędowania Paderewskiego
były poszukiwania dokumentów, które gdzieś zaginęły. I najczęściej
odnajdywano je w praniu pani premierowej...
Helena nie potrafiła również zachować się publicznie w sposób
odpowiadający jej pozycji i wiekowi, a miała już wówczas ponad
sześćdziesiąt lat. Wywołała niezdrową sensację, goniąc w Paryżu za mężem
wychodzącym z Ritza na obrady konferencji paryskiej i wykrzykując:
"Inuniu, zwierzaku mój, zapomniałeś szaliczka!". Gdzieś zapodział się
jej gust, występowała publicznie w niemodnych sukniach, bezkształtnych
kapeluszach, omotana zwisającym szalem, z nieodłącznym pekińczykiem.
Opowiadano na jej temat różne historie, a po latach trudno odróżnić
prawdę od złośliwej propagandy. Podobno nawet gdy ofiarowywała wotum dla
jednego z kościołów, kazała wyryć napis: "Helena, Maryi!". Najwyraźniej
według opinii publicznej żona premiera czuła się równa Matce Bożej.
Kiedy Piłsudski zapraszał Paderewskiego do Belwederu, to oczywiście
jechała z mężem. Bez ceregieli wchodziła do gabinetu i była cały czas
obecna, w efekcie czego panowie, aby spokojnie porozmawiać, wychodzili
do łazienki na papierosa. Nic zatem dziwnego, że Roman Dmowski
powiedział wprost, że premier może liczyć na jego współpracę wyłącznie
wówczas, jeśliby otruł żonę...
Paderewski żony jednak nie otruł, a jego gabinet upadł w grudniu 1919
roku.