Kartka ze szwajcarskim adresem - Maria Ulatowska, Jacek Skowroński

Kup ebooka

49.90 zł
39.92 zł (29,94 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Roz­dział 1

W ma­jątku Czar­ciny obok Pusz­czy Au­gu­stow­skiej

Nad Pusz­czę Au­gu­stow­ską nad­cią­gał wie­czór, a wraz z nim cięż­kie, su­nące ni­sko chmury, za­po­wia­da­jące let­nią bu­rzę. Alojzy, stary sługa ro­dziny Tal­ków, wy­szedł na ga­nek i z nie­po­ko­jem spo­glą­dał w stronę gi­ną­cej wśród drzew drogi. Młody pan Osman za­wsze lu­bił wy­pusz­czać się konno do pusz­czy. Stary bór nie miał przed nim ta­jem­nic, tu się prze­cież pa­nicz wy­cho­wał i za­wsze twier­dził, że ni­gdy nie po­rzuci ro­dzin­nej po­sia­dło­ści. Ale ostat­nio, od roku czy na­wet dwóch, Alojzy wi­dział za­cho­dzące w Osma­nie nie­po­ko­jące zmiany. Stał się bar­dziej za­mknięty w so­bie, cho­dził po­ważny i za­my­ślony. Uni­kał lu­dzi, któ­rzy i tak rzadko go­ścili w ich ustro­niu. Kładł się późno i nie zry­wał się już z pierw­szym brza­skiem. Kie­dyś wszę­dzie go było pełno, ro­dzinny dwo­rek zda­wał się wi­bro­wać od bie­ga­niny i we­so­łych po­krzy­ki­wań mło­dzieńca, a to żar­tu­ją­cego ze służbą, a to za­glą­da­ją­cego ku­charce do garn­ków, by za mo­ment już być w stajni, ka­żąc sio­dłać ulu­bioną siwą klacz, Oliwkę. Cóż to za imię dla ko­nia?! Ale po­do­bało się Osma­nowi. A te­raz służby już było mniej, dwo­rek jakby zma­lał i spo­chmur­niał. Ogród dzi­czał po­woli, staj­nia pu­sto­szała, ścieżki wo­kół za­bu­do­wań po­ra­stały chwa­stem. Stary sługa do­brze znał przy­czynę ta­kiego stanu rze­czy. I wie­dział, że trzeba czasu, by ule­czyć zła­mane serce...

Da­leki grzmot po­niósł się nad pusz­czą, a sil­niej­szy po­wiew wia­tru po­ru­szył ko­ro­nami drzew. Alojzy wy­tę­żył słuch, ocze­ku­jąc z na­dzieją od­głosu koń­skich ko­pyt. Młody pan zna drogi, nie za­błą­dzi w le­sie. Nic mu się chyba nie stało...? Wilki boją się lu­dzi, a czasy, kiedy można było spo­tkać w pusz­czy niedź­wie­dzia, mi­nęły ra­czej bez­pow­rot­nie. Chyba żeby ja­kiś kłu­sow­nik albo inny zbój się na­pa­to­czył. Ale dzie­dzica z Czar­cin wszy­scy w oko­licy znali, wie­dzieli, że nie ob­cho­dzą go cu­dze sprawy, to i krzywdy by mu nikt nie zro­bił. Nie­długo wróci, jak za­wsze... Osman i daw­niej lu­bił prze­pa­dać na całe dnie w le­śnych ostę­pach, za­sa­dza­jąc się na za­jące, a cza­sem i na grub­szego zwie­rza. Ma­ria, jego dawna na­rze­czona, nie ak­cep­to­wała po­lo­wań, twier­dząc, że to bar­ba­rzyń­stwo i naj­zwy­klej­sze okru­cień­stwo. W do­datku ni­czym nie­uza­sad­nione, skoro we wsi można do­stać i ja­jek, i mleka, i pro­siaka... "A wi­dzisz!" - śmiał się z niej Osman. "Pasz­tety i kieł­basę to byś ja­dła, ale one prze­cież nie wy­ro­sły na polu. Naj­pierw trzeba świnkę utu­czyć, po­tem ubić..." Ma­ria za­ty­kała uszy, nie chcąc tego słu­chać ani po­dej­mo­wać sporu, w któ­rym mu­sia­łaby przy­znać na­rze­czo­nemu ra­cję. On jed­nak sza­no­wał jej za­pa­try­wa­nia i kiedy go­ściła we dworku, po­wstrzy­my­wał się od ło­wów na mniej­szą i więk­szą zwie­rzynę. Ale ona tu wię­cej nie za­wita. Może nie w smak jej było wcho­dzić do ro­dziny pol­skiego Ta­tara, choć na­le­żał do szlachty i go­tów był dla wy­branki serca po­rzu­cić swą wiarę? Wy­brała ja­kie­goś... księ­dza. Kto zro­zu­mie ko­bietę? Alojzy miał na­dzieję, że Osman otrzą­śnie się prędko i zwróci uczu­cia ku ja­kiejś no­wej sym­pa­tii. Wia­domo od za­wsze, że mło­dzi prędko się za­ko­chują i mocno prze­ży­wają mi­ło­sne za­wody, lecz rany goją się nie wia­domo kiedy, zwłasz­cza gdy na ho­ry­zon­cie po­jawi się ko­lejna nie­wia­sta, usu­wa­jąc w cień dawną. Lecz tej ja­koś wciąż nie było wi­dać, a Osman nie roz­glą­dał się za to­wa­rzy­stwem mło­dych pa­nien do wzię­cia...

Tę­tent koń­skich ko­pyt prze­rwał sta­remu słu­dze nie­we­sołe roz­my­śla­nia. Pierw­sze kro­ple desz­czu bęb­niły o za­da­szony ga­nek, gdy młody męż­czy­zna ze­sko­czył z sio­dła.

- Uff, le­d­wie zdą­ży­łem przed bu­rzą - po­wie­dział, prze­ka­zu­jąc Aloj­zemu wo­dze i strzelbę, z któ­rej nie od­dał przez cały dzień ani jed­nego strzału. - Jak oj­ciec się dzi­siaj czuli?

- Jak za­wsze. Na­rze­kał tro­chę na bóle w dołku, ale nie chciał po­sy­łać po le­ka­rza, tylko nie­po­koił się, czy pan zdąży wró­cić przed zmro­kiem. - Słu­żący po­gła­dził klacz po karku i cią­gnął z nutą wy­rzutu w gło­sie: - Od śmierci żony z pa­nem Se­li­mem jest co­raz go­rzej. Pan Osman prze­pada na całe dnie, on nie ma do kogo ust otwo­rzyć, a prze­cie sa­mot­ność za­bija prę­dzej niż cho­roba...

- To po­wiedz mu, że już je­stem - rzu­cił szorstko syn Se­lima. Lecz jakby zre­flek­to­wał się rap­tem, bo wes­tchnął i do­dał: - Nie, sam pójdę do niego, coś mu może po­czy­tam. Tylko naj­pierw zjem coś.

- Od­pro­wa­dzę Oliwkę do stajni i po­wiem żo­nie, żeby na­kryła do ko­la­cji.

- A oj­ciec jadł już?

- Nie chciał. Ale Fe­li­cja stała nad nim tak długo, aż wy­pił tro­chę zupy z obiadu.

- Do­bre i to. Nie fa­ty­guj jej te­raz, nie ma po­trzeby, pójdę do kuchni i się ob­służę.

- Bę­dzie nie­za­do­wo­lona, że ktoś jej się tam rzą­dzi, i zrobi mi wy­ga­wor, jak­bym tu miał co­kol­wiek do po­wie­dze­nia. Pan wie, jaka ma­rudna się zro­biła, od­kąd zo­sta­li­śmy sami na służ­bie. Mówi, że ta dziew­czyna, co do­cho­dzi ze wsi, do ni­czego się nie na­daje i tylko wy­jada z garn­ków, kiedy nikt nie pa­trzy. A we dwo­rze nie­po­rzą­dek, du­chota i do­brego słowa się nie usły­szy. Tak to jest, kiedy w domu brak ko­bie­cej ręki...

Osman w od­po­wie­dzi tylko mach­nął dło­nią na gde­ra­nie sta­rego sługi. Nie był w na­stroju do po­dej­mo­wa­nia dys­ku­sji. Wbiegł po schod­kach i skrył się w sieni. Zmie­nił buty i z lampą naf­tową po­wę­dro­wał do kuchni. Żona Aloj­zego, Fe­li­cja, była osobą prze­wi­du­jącą, gdyż na stole zo­sta­wiła pół­mi­sek na­kryty ście­reczką i pół bochna chleba, pie­czo­nego przez nią dwa razy w ty­go­dniu. Osman uniósł ście­reczkę i uśmiech­nął się na wi­dok gru­bych pla­strów pie­czeni, pasz­tetu oraz su­chej kieł­basy pach­ną­cej ja­łow­cem. Fe­li­cja są­dziła, że pełny brzuch za­pew­nia szczę­ście, zdro­wie i po­godę du­cha. Gdyby to było ta­kie pro­ste...

Mło­demu dzie­dzi­cowi nie chciało się jeść, cho­ciaż od rana nie miał nic w ustach. Przez otwarte drzwi kuchni ostroż­nie wsu­nął się wil­gotny psi nos zwa­biony za­pa­chem mięsa. Po­dobny tro­chę do wilka czwo­ro­nóg, któ­rego ubło­cona sierść zdra­dzała za­mi­ło­wa­nie do włó­cze­nia się po le­sie, roz­glą­dał się czuj­nie, go­tów na­tych­miast czmych­nąć na wi­dok go­spo­dyni. Do­brze wie­dział, że Fe­li­cja nie to­le­ro­wała zwie­rząt w swym ku­li­nar­nym kró­le­stwie, a je­dyne, co mo­gło spo­tkać in­truza, to ude­rze­nie mo­krą ścierką albo mio­tłą przez grzbiet.

- Właź, Teo­dor - za­chę­cił go Osman. - Tylko nie stłucz ni­czego i nie zo­sta­wiaj sier­ści, bo oby­dwu nam się do­sta­nie. Ro­zu­miesz?

Teo­dor mach­nął ogo­nem i spoj­rzał z na­dzieją w kie­runku stołu. Pies nie był ra­sowy, wła­ści­wie nie nada­wał się ani na stróża, ani do po­lo­wa­nia. Przy­błą­kał się przed paru laty, nie wia­domo skąd. Naj­pierw krą­żył wo­kół dworku, po­szu­ku­jąc cze­goś do je­dze­nia, lecz uni­ka­jąc kon­taktu z ludźmi. My­śleli po­cząt­kowo, że to stary wilk, który prze­grał walkę o przy­wódz­two stada i zo­stał przez nie prze­pę­dzony. Osman zo­sta­wił mu w krza­kach raz i drugi parę gna­tów z obiadu. Pies się nie od­da­lał. Ja­koś po ty­go­dniu, gdy chło­pak był sam na dwo­rze, pod­szedł z opusz­czo­nym ni­sko łbem, wolno i ostroż­nie, go­tów czmych­nąć na pierw­szą oznakę, iż może go spo­tkać ja­kaś krzywda. Osman wy­cią­gnął rękę, pies po­znał za­pach obecny na znaj­dy­wa­nych w krza­kach ko­ściach, i mach­nął ogo­nem. I już zo­stał w ich dworku. Miał nie­za­leżny cha­rak­ter i z tru­dem się spo­ufa­lał. Ale gdy już ob­da­rzył ko­goś za­ufa­niem i mi­ło­ścią, to na za­wsze, wy­ba­cza­jąc na­wet nie naj­lep­sze trak­to­wa­nie. Osman po­my­ślał mi­mo­wol­nie, że są w tym do sie­bie po­dobni. Też byłby go­tów wy­ba­czyć pew­nej oso­bie wszystko... Gdyby tylko tego ze­chciała.

- Pa­mię­tasz ją jesz­cze, Teo­dor? - Rzu­cił psu pla­ster pie­czeni. Ten zła­pał go w lo­cie i za­czął po­spiesz­nie po­ły­kać, jakby oba­wiał się, że nie zdąży, nim nad­leci na­stępny ka­wa­łek. - Nie od­stę­po­wa­łeś jej na krok, kie­dy­śmy cza­sem szli na spa­cer. Gdy sia­da­li­śmy na łące, kła­dłeś się mię­dzy nami i po­zwa­la­łeś jej dra­pać się za uszami, aż by­łem na­wet tro­chę za­zdro­sny... Za­wsze wo­la­łeś spać na dwo­rze, tylko gdy pa­dało, cho­wa­łeś się w stajni. Ale jak Ma­nia była u nas w go­ści­nie, za­kra­da­łeś się wie­czo­rem do jej po­koju. My­śle­li­ście, że nikt o tym nie wie, co?

Na dźwięk zna­jo­mego imie­nia Teo­dor za­strzygł uszami, okrę­cił się wo­kół i pod­biegł do uchy­lo­nych drzwi na ko­ry­tarz. Przez chwilę wę­szył in­ten­syw­nie, jakby spo­dzie­wał się wy­czuć obec­ność dawno nie­wi­dzia­nego go­ścia. Osma­nowi wy­da­wało się, że czwo­ro­nożny przy­ja­ciel po­bie­gnie pe­ne­tro­wać dwo­rek, ale ten roz­glą­dał się nie­zde­cy­do­wa­nie, usi­łu­jąc roz­strzy­gnąć roz­terkę, czy szu­kać Mani, czy jed­nak naj­pierw do­koń­czyć ko­la­cję. Uno­sząca się w po­wie­trzu woń pie­czeni zwy­cię­żyła.

Roz­pa­dało się na do­bre, przez okno co rusz wi­dać było błysk pio­ru­nów. Osman drgnął na­gle, wi­dząc za szybą ja­kąś za­kap­tu­rzoną po­stać przy­po­mi­na­jącą zgar­bione widmo. Ale to tylko Alojzy krą­żył wo­kół domu, za­my­ka­jąc po ko­lei okien­nice. Męż­czy­zna po­grą­żył się we wspo­mnie­niach, kar­miąc ma­chi­nal­nie wa­ru­ją­cego mu u stóp pu­pila. Wresz­cie i sam za­czął jeść, gdy głód prze­wa­żył nad ogar­nia­jącą go me­lan­cho­lią.

Może na­pi­sać do niej list? Po­że­gnalny... A po­tem po­je­chać gdzieś na ko­niec świata. Po­wiedzmy do Ame­ryki? Tam mógłby za­cząć nowe ży­cie, od­ci­na­jąc się de­fi­ni­tyw­nie od prze­szło­ści. Nie, to na ra­zie mrzonki... Oj­ciec jest zbyt scho­ro­wany i słaby, żeby zo­sta­wiać go sa­mego. Póź­niej to co in­nego. Sprzeda pod­upa­da­jący ma­ją­tek. Bę­dzie miał ka­pi­tał na start w da­le­kim kraju wiel­kich moż­li­wo­ści i roz­kwi­ta­ją­cych od zera for­tun. Ob­cym kraju... ale to na­wet le­piej. A je­śli tam­ten księ­żulo lek­ko­duch ją po­rzuci...? Czy umie­liby, czy chcie­liby za­cząć wszystko od nowa...? Ko­lejna mrzonka. Nie wcho­dzi się dwa razy do tej sa­mej wody.

Naj­le­piej za­po­mnieć. Ru­szyć się gdzieś do mia­sta, po­szu­kać to­wa­rzy­stwa i roz­rywki. Gdyby tylko oj­ciec nie był tak chory, nic by go nie trzy­mało na miej­scu...

Po­grą­żony w za­du­mie Osman do­piero po dłuż­szej chwili za­uwa­żył, że Teo­dor, najadł­szy się do syta, wy­wę­dro­wał z kuchni po­szu­kać so­bie za­cisz­nego miej­sca do spa­nia. Sam też po­sta­no­wił za­koń­czyć po­si­łek. Na­krył ście­reczką resztki po­siłku, spraw­dził, czy nie zo­stały ja­kieś ślady po­bytu psa w kró­le­stwie Fe­li­cji, po czym opu­ścił po­miesz­cze­nie i za­mknął za sobą drzwi na klucz. Tak na wszelki wy­pa­dek, gdyby Teo­dor w środku nocy pró­bo­wał do­stać się do środka. Spry­ciarz umiał na­ci­snąć ła­pami klamkę, nie­raz wcho­dził w ten spo­sób do stajni czy domu, jed­nak klu­cza nie prze­kręci.

Skrzy­pią­cymi scho­dami wszedł na pię­tro i skie­ro­wał się do po­koju ojca. Sta­ru­szek miał tam bi­blio­tekę, ko­mi­nek i ulu­biony fo­tel, w któ­rym spę­dzał więk­szość czasu. Od śmierci żony pra­wie nie wy­cho­dził z domu, jakby cze­kał już tylko pory, kiedy dane mu bę­dzie do niej do­łą­czyć. Osman zda­wał so­bie sprawę, że sam rów­nież stał się przy­czyną zgry­zoty ojca i jego za­mknię­cia się w so­bie. Bo cóż to za po­to­mek, który nie my­śli o za­ło­że­niu ro­dziny i da­niu Se­li­mowi wnuka? Osman po­my­ślał, że musi się wresz­cie ogar­nąć, ze­brać w so­bie i za­cząć coś ro­bić z wła­snym ży­ciem. Wy­star­czy już tej ża­łoby po utra­co­nej mi­ło­ści! Byle mu tylko nic o niej nie przy­po­mi­nało...

Usły­szał sa­pa­nie i w świe­tle naf­to­wej lampy zo­ba­czył Teo­dora. Pies wa­ro­wał pod drzwiami po­koju, w któ­rym daw­niej no­co­wała Ma­nia. Osman przy­po­mniał so­bie wie­czory spę­dzane w sa­lo­niku z Ma­rią oraz jej ciotką, peł­niącą po tro­sze rolę damy do to­wa­rzy­stwa, a po tro­sze przy­zwo­itki, bo prze­cież pan­nie na wy­da­niu nie wy­pa­dało sa­mej by­wać w go­ści­nie u na­rze­czo­nego. Jego ro­dzice za­wsze pro­sili dziew­czynę, aby za­grała coś na pia­ni­nie, co czy­niła chęt­nie, gra­jąc z nut utwory po­ważne, a cza­sem z pa­mięci skoczne me­lo­die za­sły­szane na we­se­lach lub ba­lach, na które by­wała za­pra­szana. Kiedy ro­biło się późno, wszy­scy ży­czyli so­bie do­brej nocy i roz­cho­dzili do swo­ich po­koi. Zwy­kle Osman prze­ka­zy­wał Mani krótki li­ścik, umiesz­cza­jąc go dys­kret­nie w jej dłoni, ona zaś re­wan­żo­wała mu się na­za­jutrz przy ja­kiejś oka­zji. To była taka ich tajna za­bawa, do któ­rej nic nie zmu­szało, bo mo­gli so­bie wszystko po­wie­dzieć, choćby na spa­ce­rze. Ale tak było ro­man­tycz­nie i ta­jem­ni­czo. Nie wy­rzu­cił tych kar­te­czek. Czuł jed­nak, że nie­po­trzeb­nie je trzyma, chyba tylko jako świa­dec­two jej zdrady. Tak, ZDRADY. Więc spali je ju­tro! A w każ­dym ra­zie... w naj­bliż­szym cza­sie.

Osman mi­nął drze­mią­cego Teo­dora, prze­mie­rzył do końca ko­ry­tarz, za­pu­kał do po­koju ojca i wszedł, nie cze­ka­jąc na od­zew.

Se­lim Talko nie spał. Sie­dział w swoim fo­telu i zda­wał się za­słu­chany w od­głosy let­niej bu­rzy, ale skrzyp­nię­cie za­wia­sów spra­wiło, że od­wró­cił głowę w kie­runku syna.

- A, je­steś - po­wie­dział sła­bym gło­sem. - My­śla­łem, że to Alojzy przy­szedł mi na­lać mo­ich kro­pli.

"Kro­plami" na­zy­wano we dworku mik­sturę przy­rzą­dzaną przez Fe­li­cję na lep­szy ape­tyt i po­prawę krą­że­nia. Była mie­szanką miodu, ko­niaku i ziół. Jak za­uwa­żył Osman, rze­czy­wi­ście dzia­łała, oży­wia­jąc na krótko star­szego pana. Przy­pusz­czał wpraw­dzie, iż sam ko­niak za­dzia­łałby tak samo, jed­nak nie wy­ra­ził gło­śno swo­jej opi­nii. Oj­ciec bar­dzo nie­chęt­nie go­dził się na wi­zytę le­ka­rza, więc na­wet na­miastka me­dy­ka­mentu, po­pra­wia­jąca jego sa­mo­po­czu­cie, była czymś po­ży­tecz­nym.

- Sam ci na­leję, tato. I po­sie­dzę z tobą. Chcesz, że­bym ci po­czy­tał da­lej tę po­wieść pana Prusa?

Usły­szaw­szy mruk­nię­cie, które uznał za zgodę, otwo­rzył drzwiczki ko­módki, gdzie na półce z lu­strem stała flaszka bez ety­kiety w to­wa­rzy­stwie ka­rafki z wi­nia­kiem i bu­telki do­mo­wego wina. Na­lał ojcu mik­stury na ja­kieś dwa palce, a so­bie tro­chę wię­cej wi­niaku. Wrę­czył Se­li­mowi szkla­neczkę i usiadł obok na wy­słu­żo­nej już nieco so­fie. Na sto­liku le­żała Lalka Prusa, pierw­sze wy­da­nie u Ge­be­th­nera i Wolffa. Tal­ko­wie wy­wo­dzili się ze sta­rego ta­tar­skiego rodu, jed­nak osie­dleni od po­ko­leń w Pol­sce, nie kul­ty­wo­wali w szcze­gólny spo­sób tra­dy­cji daw­nej oj­czy­zny, prze­siąk­nąw­szy już na wskroś pol­sko­ścią. Byli wpraw­dzie in­nej wiary, jed­nak nie­liczna mu­zuł­mań­ska wspól­nota zbie­rała się rzadko, naj­czę­ściej z oka­zji na­ro­dzin po­tomka lub ślubu. Osman wy­jął bi­bułę słu­żącą jako za­kładka i za­czął czy­tać mo­no­ton­nym gło­sem:

- "Na we­zwa­nie hra­biny ele­gant siadł na tym sa­mym fo­telu, który nie­dawno zaj­mo­wał Wo­kul­ski i za­wią­zała się żywa roz­mowa. Wo­kul­ski nie sły­szał jej tre­ści, tylko czuł, że w mó­zgu wy­pala mu się ob­raz tego to­wa­rzy­stwa. Kosz­towny dy­wan, srebrna taca za­sy­pana na wierz­chu gar­ścią im­pe­ria­łów, dwa świecz­niki, dzie­sięć pło­my­ków, hra­bina odziana w grubą ża­łobę, młody czło­wiek za­pa­trzony w pannę Iza­belę i ona - roz­pro­mie­niona. Na­wet ten szcze­gół nie uszedł jego uwagi, że od bla­sku pro­my­ków hra­bi­nie świecą się po­liczki, mło­demu czło­wie­kowi ko­niec nosa, a pan­nie Iza­beli oczy..."

- Zbe­reź­nicy i ho­łota! - za­wo­łał Se­lim nad­spo­dzie­wa­nie sil­nym gło­sem, prze­ry­wa­jąc sy­nowi czy­ta­nie. - Tylko o przy­jem­nost­kach by my­śleli, po­lo­wa­nia i bale im w gło­wach, panny zba­ła­mu­cić, a naj­le­piej dziewki ze służby, bo z taką nie grzech, co?

- Kogo ma oj­ciec na my­śli? - zdu­miał się Osman.

- Kogo, kogo... jak­byś nie wie­dział - od­parł gder­li­wie sta­ru­szek. - Wszy­scy my­śli­cie, że ja ni­czego nie wi­dzę, ni­czego nie sły­szę, bo mi już bli­żej do Al­laha? Może i tak, może i tak... Już mi hu­rysy śpie­wają na po­wi­ta­nie... wciąż je sły­szę, wa­bią, nie dają spo­koju, obie­cują na­grodę, ja­kiej tu na tej ziemi próżno mi się spo­dzie­wać... Ale po­śpie­wają so­bie jesz­cze, bo ża­den Talko nie od­szedł z tego świata, nie zo­ba­czyw­szy wnuka.

- Oj­ciec nie mów ta­kich rze­czy - za­czął Osman, zro­zu­miaw­szy, że za­nosi się ko­lejny se­ans wy­rzu­tów i na­rze­ka­nia na swój los, a głów­nie nie­wdzięcz­ność je­dy­nego po­zo­sta­łego przy ży­ciu po­tomka. - Dla mnie jesz­cze nie pora, mam co in­nego do ro­boty.

- Cie­ka­wym, co ta­kiego? - za­py­tał z sar­ka­zmem oj­ciec, któ­remu "kro­pelki" Fe­li­cji wy­raź­nie przy­wró­ciły nieco wi­goru. - Za­rzą­dza­nie ma­jąt­kiem mało cię ob­cho­dzi, ze służby dwoje sta­rych zo­stało, reszta do­cho­dzi ze wsi, jak i kiedy im się chce.

- I wię­cej nam nie trzeba, od­kąd ża­łoba nad do­mem. Nie wy­pra­wię prze­cież balu, kiedy na gro­bie matki zie­mia jesz­cze świeża...

- Do­brze, że Fa­tima nie do­cze­kała, moja bi­dula... - Sta­ru­szek wes­tchnął ża­ło­śnie, za­po­mniaw­szy już wi­dać, że jego żona za­wsze brała stronę Osmana i by­naj­mniej nie na­kła­niała go do pręd­kiego za­kła­da­nia ro­dziny. - Pola mamy od­dane pod dzier­żawę, a gro­sza z nich ja­koś nie wi­dać. Jesz­cze tro­chę i za­czniesz wy­prze­da­wać, co po­pad­nie.

- Oj­ciec za­po­mina, że to był jego po­mysł. Lata mie­li­śmy su­che, szkod­nik wszedł w zboża, wszę­dzie plony mi­zerne, to i do­chody z dzier­żawy małe. Ale prze­cież na wszystko nam star­cza.

Se­lim nie pod­jął dys­ku­sji. Prze­chy­lił głowę i zmru­żył po­wieki, jakby na­słu­chi­wał cze­goś, choć od­głosy bu­rzy i sie­ką­cego o drew­niane ściany dworu desz­czu i tak za­głu­szały wszyst­kie inne dźwięki.

- Go­ście za­je­chali, wiem... Sły­sza­łem rano po­wozy, dwa były. I pa­rob­ków z ku­frami na scho­dach... Ka­za­łem Fa­ti­mie wi­tać wszyst­kich i pro­wa­dzić do po­koi... Tra­dy­cja wy­maga, żeby to go­spo­darz stał na progu, ale kto tam dziś dba o tra­dy­cję... Oni i tak wie­dzą, że na stypę po mnie pro­szeni...

Osmana prze­szły dresz­cze. Sta­ru­szek co­raz trud­niej ra­dził so­bie z po­stę­pu­jącą cho­robą i sa­mot­no­ścią. Po­pa­dał w stany umy­słu przy­po­mi­na­jące zdzie­cin­nie­nie, wy­obra­żał so­bie nie­ist­nie­jące po­staci, roz­pro­szo­nych po kraju człon­ków dal­szej ro­dziny, a na­wet bli­skich, któ­rzy na­wie­dzali go z za­świa­tów. By­wało, że roz­ma­wiał z nimi jak z re­al­nymi oso­bami. Nie to­le­ro­wał le­ka­rzy, prze­ko­nany, że cała ich wie­dza jest zwy­kłym hochsz­ta­pler­stwem, ob­li­czo­nym na wy­cią­ga­nie pie­nię­dzy od na­iw­nych. Mimo wszystko Osma­nowi udało się raz spro­wa­dzić le­ka­rza, gdy za­gro­ził ojcu, że za­wie­zie go do szpi­tala w mie­ście. Siłą rze­czy dia­gnoza była po­wierz­chowna i spro­wa­dzała się do stwier­dze­nia, że or­ga­nizm jest mocno osła­biony, za­awan­so­wana po­da­gra w po­łą­cze­niu ze złym krą­że­niem krwi w koń­czy­nach gro­ziła ko­niecz­no­ścią am­pu­ta­cji nóg. Le­karz po­dej­rze­wał po­nadto sze­reg przy­pa­dło­ści na­rzą­dów we­wnętrz­nych, jed­nak nie dało się tego stwier­dzić bez wi­zyty w szpi­talu, czego Se­lim zde­cy­do­wa­nie od­ma­wiał. Świę­cie wie­rzył, że ze szpi­tala już by nie wy­szedł. Po wi­zy­cie le­ka­rza zo­stały je­dy­nie za­or­dy­no­wane przez niego pi­gułki, które Fe­li­cja prze­my­cała w po­sił­kach. Po­kru­szyw­szy je przed­tem na pro­szek, do­da­wała do zupy albo, po­wiedzmy, de­seru.

- Ona też przy­je­chała, co? - za­py­tał znie­nacka oj­ciec, utkwiw­szy czujne spoj­rze­nie w twa­rzy syna.

- Jaka ona...?

- Ma­ria. Ta, z którą spi­sko­wa­li­ście, żeby zejść się mimo ob­cej wiary.

- Ona już ma męża.

- Męża ma? - wy­mam­ro­tał star­szy pan, jakby nie do­wie­rzał usły­sza­nej in­for­ma­cji. - To czemu przy­je­chała?

- Tato, nie ma u nas żad­nych go­ści, nikt nie przy­je­chał.

- Ko­nie sły­sza­łem. I po­wozy...

- Pew­nie Alojzy wy­pro­wa­dził po­wóz z wo­zowni, żeby wy­czy­ścić sie­dze­nia, na­oli­wić i przej­rzeć go po zi­mie.

- Ona tu jest, ja wiem... sły­sza­łem śmie­chy i roz­mowy... - upie­rał się Se­lim, bar­dziej wie­rzący w ma­jaki nad­wą­tlo­nego wie­kiem umy­słu niż sło­wom syna. Na­gle otwo­rzył sze­rzej oczy, tknięty ja­kąś nową my­ślą. Za­py­tał z nie­ocze­ki­wa­nym oży­wie­niem: - A może inna ja­kaś? Spodo­bała ci się panna, ale nie wiesz, co po­wie matka, tak? Nie bój się, już ja ją prze­ko­nam i wy­pra­wimy we­se­li­sko! Fa­tima mi się nie sprze­ciwi i za­wsze zgo­dzi się na to, co jej na­każę. A po­tem wy­my­ślimy imiona wnu­kom. Na­sze, ta­tar­skie, po dzia­dach i pra­dzia­dach.

Tak na­prawdę, zwy­kle było od­wrot­nie. Póki Fa­tima żyła, to ona rzą­dziła dwor­kiem i po­dej­mo­wała więk­szość de­cy­zji.

- Tato, nie czas na ta­kie roz­mowy...

- Nie chcesz się przy­znać? Zna­czy coś w tym jest - upie­rał się Se­lim. - Sam taki by­łem. Tra­dy­cja tra­dy­cją, ale my i tak po­szli­śmy z matką do na­szych ro­dzi­ców pro­sić o bło­go­sła­wień­stwo, do­piero kiedy... - Uśmiech­nął się do swo­ich my­śli. - A ona tu jest, wiem o tym. Sły­sza­łem, jak Teo­dor szcze­kał.

- Pew­nie kota go­nił.

- A sły­szał kto, żeby Teo­dor na koty zwra­cał uwagę? - Oj­ciec za­śmiał się chy­trze. - Wszy­scy wie­dzą, że on szczeka tylko, kiedy Ma­ria do dworu za­je­dzie.

To była prawda, oj­ciec do­brze pa­mię­tał. Za­po­mniał jed­nak, że psi­sko sta­rzało się rów­nież i miało swe fa­na­be­rie. A może i tę­sk­noty po­dobne ludz­kim...

Pu­ka­nie do drzwi i wej­ście Aloj­zego prze­rwało zmie­rza­jącą do­ni­kąd roz­mowę ojca z sy­nem. Stary sługa przy­szedł przy­go­to­wać do snu ne­stora rodu. Osman po­że­gnał się, ży­cząc ojcu do­brej nocy, i po­wę­dro­wał do swo­jego po­koju. Teo­dor wciąż wa­ro­wał pod drzwiami daw­nego po­koju Mani.

Kła­dąc się spać, Osman przy­rzekł so­bie so­len­nie, że skoń­czy ze wspo­mnie­niami. Jest młody, nie po­wi­nien gnu­śnieć, wciąż ży­jąc spra­wami, na ja­kie nie może mieć wpływu. Na­pi­sze tylko do niej, żeby już wszystko zo­stało do­po­wie­dziane... Niech ona wie, że krzywda zo­sta­wiła w jego sercu głę­boką ranę, ale zła­ma­nie przy­rze­cze­nia zo­stało za­po­mniane i od­pusz­czone.

Ma­ria nie od­pi­sze z pew­no­ścią.

Ale może tak bę­dzie naj­le­piej...

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki

WSTĘP

O tym, że dru­giej czę­ści miało nie być, bo­wiem...ale bę­dzie, no bo...

Ma­tylda i Ja­nusz sie­dzieli w Szcze­pan­ko­wie, gdzie spę­dzali wiele czasu, gdy tylko mo­gli wy­go­spo­da­ro­wać choć kilka luź­niej­szych dni. Dziś Ha­lina urzą­dziła ko­la­cję po­że­gnalną. Przy stole ze­brali się naj­bar­dziej za­przy­jaź­nieni by­walcy ośrodka, a ju­tro każdy już miał wy­ru­szyć w swoją drogę. Para pi­sa­rzy od­po­wia­dała na szcze­gó­łowe py­ta­nia go­ści, wszy­scy bo­wiem byli po lek­tu­rze ich opo­wie­ści o hi­sto­rii dziadka pi­sarki. Księ­dza, który do­ko­nu­jąc wy­boru mię­dzy su­tanną a ko­bietą, wy­brał ko­bietę. A ona zo­stała bab­cią Ulęc­kiej. Książka o tej mi­ło­ści, oparta na au­ten­tycz­nym pa­mięt­niku owego księ­dza - dziadka Ma­tyldy - oraz na po­szu­ki­wa­niach tro­pów z prze­szło­ści, nie­ocze­ki­wa­nie za­koń­czyła się w mo­men­cie, gdzie przy­szły tata Ma­tyldy miał trzy latka. A pi­sa­rze, wra­ca­jąc "ze świata" swo­ich po­szu­ki­wań i od­kryć z prze­szło­ści pro­to­pla­stów dziew­czyny, po pro­stu za­koń­czyli po­wieść, po­zo­sta­wia­jąc czy­tel­ni­ków w nie­wie­dzy co do dal­szych lo­sów bo­ha­te­rów.

- Ko­lejna przy­goda za­koń­czona. - Ja­nusz ob­jął lekko part­nerkę za ra­miona i przy­cią­gnął do sie­bie. - Cie­kaw je­stem, czy tro­chę od­pocz­niemy, czy coś już się wy­kluwa w tej ku­dła­tej łe­pe­ty­nie.

Ma­tylda nie zdą­żyła na­wet otwo­rzyć ust, gdy rap­tem Ha­lina aż się pod­nio­sła na krze­śle.

- Wła­śnie! - pra­wie krzyk­nęła. - Coś mi się przy­po­mniało. Ni­gdy nie opo­wie­dzia­łaś, co działo się z twoim dziad­kiem i bab­cią po ich wy­jeź­dzie z Ko­stromy. Jak prze­żyli dwie ro­syj­skie re­wo­lu­cje i dwie wojny świa­towe? Jak to się stało, że ty uro­dzi­łaś się w War­sza­wie, a nie na przy­kład gdzieś koło Mo­skwy czy Ki­jowa?

Ma­tylda wy­glą­dała, jakby chciała coś po­wie­dzieć, ale tylko lekko za­gry­zła wargi. Ni­komu nie mó­wiła, że tak na­prawdę wśród pa­pie­rów od­na­le­zio­nych w An­to­ni­nie nie było dru­giej czę­ści pa­mięt­nika jej dziadka. Zna­leźli tam je­dy­nie fo­to­gra­fię Osmana, pierw­szego na­rze­czo­nego Mani, oraz po­kaźny plik li­stów pi­sa­nych przez nią do Ta­tara. Li­stów z cza­sów, w któ­rych już była mę­żatką. Li­stów, które przy­cho­dziły w różne miej­sca, także do Ame­ryki, czyli tam, gdzie wy­emi­gro­wał pierw­szy na­rze­czony babci Ma­rii.

Dziew­czyna spoj­rzała na Ja­nu­sza.

- Opo­wiemy im? - spy­tała.

Po­krę­cił prze­cząco głową.

- Nie.

- Dla­czego? - Ha­lina włą­czyła się do roz­mowy. - My z Pio­trem też się czę­sto nad tym za­sta­na­wia­li­śmy. Na­prawdę chcie­li­by­śmy to wie­dzieć. Opo­wiedz­cie, pro­simy.

- No cóż, w ta­kim ra­zie bę­dziemy mu­sieli na­pi­sać drugą część dzie­jów dziadka i babci na­szej Ma­tyldy. - Ja­nusz się uśmiech­nął.

- A w za­sa­dzie mo­żemy się do cze­goś przy­znać. - Ma­tylda wstała, po­de­szła do półki nad ko­min­kiem w sa­lo­niku wła­ści­cieli Szcze­pan­kowa. Stały tam, w rów­nym rządku, wszyst­kie książki za­przy­jaź­nio­nego z Ha­liną i Pio­trem du­etu pi­sar­skiego. Wy­cią­gnęła Hi­sto­rię spi­saną atra­men­tem. Otwo­rzyła jedną z koń­co­wych stron w książce, ostat­nią przed "Po­sło­wiem". - Coś wam prze­czy­tam, po­słu­chaj­cie.

Wszy­scy zwró­cili na nią wzrok.

- "Ma­tylda bo­wiem prze­pa­dła dla świata. Czy­tała drugą część pa­mięt­nika dziadka..." - Wie­cie, na­prawdę my­śla­łam wtedy, że bru­lion, który trzy­mam w ręku, jest na­stęp­nym to­mem pa­mięt­nika. Nie­stety, to były tylko kon­spekty, szkice i sporo wier­szy, zwa­nych przez dziadka ero­ty­kami, choć z ero­tyką, we­dług dzi­siej­szego spoj­rze­nia, miały nie­wiele wspól­nego. - Od­sta­wiła książkę na półkę.

- Ale nie zo­sta­li­śmy bez ma­te­ria­łów. Drugi tom dzie­jów dziadka bę­dzie - włą­czył się do dys­ku­sji Ja­nusz. - Ma­tylda odzie­dzi­czyła, jak, to opo­wiemy póź­niej, starą fo­to­gra­fię i po­kaźny plik li­stów pi­sa­nych przez bab­cię do jej daw­nego na­rze­czo­nego. Pi­sa­nych w ta­jem­nicy, gdy była już mę­żatką i chyba mocno nu­dziła się ży­ciem w ob­cym da­le­kim kraju...

- Na do­da­tek - ode­zwała się po­now­nie Ma­tylda - po ostat­niej prze­pro­wadzce, gdy Ja­nusz po­pro­sił o kilka pó­łek w sza­fie dla sie­bie, mu­sia­łam tro­chę prze­me­blo­wać i po­prze­su­wać różne dziwne paczki, pa­czuszki i ku­ferki, sto­jące lu­zem i cze­ka­jące, aż ktoś do nich zaj­rzy. No więc do­cze­kały się. I, słu­chaj­cie, zna­leź­li­śmy na­stępny pa­kie­cik prze­wią­zany czer­woną wstą­żeczką. To też li­sty, prze­różne. Do Mani i od Mani. Nie chcę te­raz o tym opo­wia­dać, bo tak, na­pi­szemy dal­szą część dzie­jów dziadka Cze­sława i babci Ma­rii.

- Na­wet już za­czę­li­śmy. - Ja­nusz uchy­lił się przed kuk­sań­cem swo­jej dziew­czyny. - Do­brze, do­brze, już nic nie mó­wię.

A istot­nie, za­częli, i na­wet do­brze im szło. Wszę­dzie wo­zili ze sobą dwa lap­topy i o ile za­wsze - czy to czy­ta­jąc, czy oglą­da­jąc te­le­wi­zję, czy po pro­stu sie­dząc i roz­ma­wia­jąc - mu­sieli być obok sie­bie, ob­jęci, w bli­skim kon­tak­cie, tak przy pi­sa­niu każde wła­ziło ze swoim lap­to­pem we wła­sny sta­ran­nie wy­pa­trzony i "udep­tany" ko­cim spo­so­bem ką­cik. Tam roz­sia­dali się, jak komu było wy­god­nie, i zni­kali dla świata. Na­wet dla sie­bie. No, chyba że ktoś (na ogół Ja­nusz) prze­ry­wał tę ci­szę i ak­sa­mit­nym gło­sem wy­gła­szał ko­mu­ni­kat o po­trze­bie na­pi­cia się kawy. Ko­mu­ni­kat za­wie­szał się w prze­strzeni i tak tam tkwił (zga­dli­ście już, że bar­dzo krótko?), do­póki au­torka, roz­pro­szona ru­chem, gło­sem, zmianą aran­ża­cji już za­sie­dzo­nego po­koju, tej kawy nie zro­biła. Gwoli ści­sło­ści do­dać na­leży, że czę­sto kawę ro­bił Ja­nusz. No do­brze, znacz­nie czę­ściej.

Po­tem była prze­rwa, nie­zbędna na roz­pro­sto­wa­nie ko­ści, wyj­ście na ta­ras (o, znowu leje!), krótką dy­wa­ga­cję na te­maty ku­li­narne - czyli co też bę­dzie na obiad - i na­stęp­nie wszystko wra­cało do normy. Dwie kla­wia­tury stu­kały w ryt­mie nieco się od sie­bie róż­nią­cym, ale bez więk­szych przerw, oczy­wi­ście - do pory na­stęp­nego po­siłku.

Ja­sne, że nie było tak co­dzien­nie. Każdy ich dzień był inny, a zda­rzało się na­wet, że spę­dzany w in­nym miej­scu. No­siło ich po kraju i po świe­cie, zwie­dzali, zbie­rali ma­te­riały do na­stęp­nej po­wie­ści. Czę­sto py­tani - przez czy­tel­ni­ków lub dzien­ni­ka­rzy - co było pierw­sze: jajko czy kura, nie umieli udzie­lić od­po­wie­dzi. Bo cza­sami działo się tak, że naj­pierw na­pi­sali książkę, a do­piero po­tem de­cy­do­wali o tym, że jed­nak chcą i mu­szą obej­rzeć opi­sy­wane miej­sca ak­cji. Tak było w przy­padku opo­wie­ści o lo­sach dziadka Ma­tyldy - by­łego księ­dza. A nie­kiedy wy­bie­rali się w długą po­dróż, po pro­stu za­cie­ka­wieni któ­rąś z eg­zo­tycz­nych krain, i na­wet w trak­cie po­dróży nie wie­dzieli, że scena, którą wła­śnie prze­ży­wają, znaj­dzie od­zwier­cie­dle­nie w ich ko­lej­nej książce. Jest też przy­naj­mniej jedno miej­sce na świe­cie - to No­wo­sy­birsk - w któ­rym Ja­nusz był, a Ma­tylda nie, ale po­dobno w gwiaz­dach jest za­pi­sane (tak twier­dzi Ja­nusz), że po­jadą tam oby­dwoje, wła­śnie w celu na­pi­sa­nia ko­lej­nej książki.

A skoro jej part­ner coś twier­dzi, opie­ra­jąc się na za­pi­sie w gwiaz­dach, Ma­tylda wie­rzy w to bez­a­pe­la­cyj­nie, na­wet nie pró­bu­jąc po­dej­mo­wać dys­ku­sji. Trzeba tylko ści­skać kciuki, aby...

- "Tra­dy­cji musi stać się za­dość, czyli ja­kaś przy­jem­ność w Dniu Ko­biet mi się na­leży".

Taką sen­ten­cję Ma­tylda wy­gła­szała co roku, cho­ciaż wie­działa, że nie musi, bo Ja­nusz te kilka słów ma już na stałe wbite do głowy. Każdy by miał, sły­sząc to samo co roku, ale i tak parę dni przed ósmym marca dwa ty­siące sie­dem­na­stego roku Ma­tyl­dowy mło­te­czek po­stu­kał, wbi­ja­jąc w Ja­nu­szową ma­kówkę to, co trzeba. A on w tym roku mocno ją za­sko­czył.

Ścią­gnął z paw­la­cza dwa ple­caki, roz­ło­żył na pod­ło­dze i...

- ...tylko nie za­po­mnij za­pa­ko­wać tej swo­jej szma­rag­do­wej su­kienki. Spraw­dza­łem po­godę, ma być cie­pło - ode­zwał się z uśmie­chem.

- Cie­pło dla cie­bie, nie zna­czy cie­pło dla mnie. - Ma­tylda od­ru­chowo roz­po­częła prze­ko­ma­rza­nie na te­mat od­czuć ter­micz­nych u Ja­nu­sza i u niej. Róż­niły się, zde­cy­do­wa­nie. Ale ra­dzili so­bie z tym, mieli swój spo­sób. - Za­raz... Ja­kiej su­kienki? Gdzie ma być cie­pło? Je­dziemy gdzieś?

- No prze­cież za chwilę Dzień Ko­biet! Spró­bo­wał­bym nie zro­bić ci nie­spo­dzianki. Je­dziemy do Ra­dzie­jo­wic. Od­pocz­niemy tam so­bie tro­chę, uczcimy to twoje uko­chane święto i...

- ...i wła­śnie, to świetny po­mysł! Pchniemy do przodu tę na­szą nową książkę. A wła­ści­wie drugi tom po­przed­niej, prawda?

- Prawda, jak ty mnie świet­nie znasz, Kur­czaczku!

Ma­tylda zo­stała Kur­czacz­kiem z po­wodu swo­jej na­stro­szo­nej fry­zury, jaka cza­sami się jej ukła­dała, je­śli nie sto­so­wała fry­zjer­skich "wspo­ma­ga­czy". A nie sto­so­wała, bo nie lu­biła. A Ja­nusz bar­dzo lu­bił, że ona nie lubi...

W Ra­dzie­jo­wi­cach uwiel­biali prze­by­wać. Na­prawdę mieli tam świetne wa­runki do pracy. Pię­trowy apar­ta­ment z dwoma ła­zien­kami, bar­dzo wy­godne łoże na dole, do tego dwa osobne łóżka na pię­trze ("Gdy­by­śmy się po­kłó­cili" - ma­wiała Ma­tylda. "Nie ma ta­kiej opcji" - od­po­wia­dał Ja­nusz). Wi-Fi fru­wa­jące le­piej niż w War­sza­wie. Piękny park, do­sko­nała kuch­nia, wy­śmie­nite po­wie­trze. Ra­dzie­jo­wice sta­no­wiły po­ważne za­gro­że­nie dla Szcze­pan­kowa - tyle że tu nie mo­gli ło­wić ryb. Tam tak. Ale pra­co­wać le­piej było tu.

Przy­je­chali więc, za­in­sta­lo­wali się, jak mo­gli naj­le­piej - i... za­częli od cze­goś, czego nie ro­bili ni­gdy. Prze­cież mieli już po­czą­tek po­wie­ści, na­wet kilka roz­dzia­łów. Mimo to po­sta­no­wili spo­rzą­dzić szcze­gó­łowy plan książki w opar­ciu o wszyst­kie li­sty bę­dące w ich po­sia­da­niu, wy­pi­su­jąc luki, które mu­sieli wy­peł­nić w inny spo­sób. Mieli jed­nak dwie głowy pełne in­wen­cji, drugi tom za­czął zy­ski­wać na ob­ję­to­ści...