Pęka szyba wystawy, sypie się rozbite szkło. Nad chodnikiem zatacza łuk srebrna amfora i z brzękiem toczy się pod nogi przechodniów. Klasnął strzał - ze sklepu jubilerskiego wybiega dwóch mężczyzn; twarze przysłaniają wielkie ciemne okulary - jeden z nich ma w dłoni pistolet.
- Napaaad, bandyci! - niesie się ze sklepu krzyk; napastnicy rozbiegają się w dwa przeciwne kierunki ulicy. Targowej.
W pierwszej chwili przechodnie uciekają do bram, kryją się pod ścianami. W samo południe, w jednym z najruchliwszych punktów prawobrzeżnej Warszawy, uzbrojony mężczyzna trzyma w szachu ulicę, biegnie pustym chodnikiem, nikt mu nie przeszkadza.
- Napaaad, bandyci! - mija zaskoczenie; wciąż powiększająca się grupka ludzi ściga człowieka z pistoletem.
Chłopak w granatowym kombinezonie miota mu pod nogi brezentową torbę z narzędziami. Bandyta chwieje się, nie traci jednak równowagi. Huknął strzał. Chłopak uchyla się w ostatniej chwili, kula klaszcze o mur, sypie się tynk. Bandyta pędzi dalej.
Jakiś mężczyzna zabiega mu drogę i rzuca w twarz teczkę. Znów strzał! Niecelny... Bandyta wpada na skrzyżowanie Targowej i Ząbkowskiej. Zgrzyt samochodowych hamulców, pisk opon - jakiś kierowca wygraża i milknie nagle na błysk lufy.
Na przystanku zatrzymuje się tramwaj. Bandyta wskakuje na stopień wagonu, odrzuca przeciwsłoneczne szkła.
- Ruszaj i nie zatrzymuj się na przystankach! - lufa na wysokości skroni motorniczego.
W tramwaju panika, uciekają pasażerowie.
- Jedziemy! - krzyczy motorniczy z determinacją i gwałtownie włącza wsteczny bieg.
Nieoczekiwane, silne szarpnięcie w przeciwnym kierunku, niż był na to przygotowany, pozbawia bandytę równowagi. Wali się ze stopni tramwaju na jezdnię.
Z oszołomienia wyrywa go przenikliwy ból, nie czuje władzy w nogach i wydaje mu się, że zmiażdżył je tramwaj.
Z przeciwległego chodnika nadbiega młody człowiek z wymierzonym w niego pistoletem. Leżący bandyta podciąga osłabłą rękę i przysuwa do głowy broń, palce dygocą jak w febrze...
Zanim uzbrojony młody człowiek - wywiadowca milicji, porucznik Jacek Klimas - zdążył przeszkodzić, pada jeszcze jeden strzał.
Na dobre ożywa ulica; tumult, zamieszanie, gapie. Nadjechał już milicyjny radiowóz i karetka, narastają sygnały zaalarmowanych wozów patrolowych.
Pogotowie zabiera kierownika sklepu jubilerskiego; ma przestrzelone ramię. Zabiera także bandytę - żyje, chociaż kula przeszyła krtań.
Milicjanci wprowadzają jaki taki porządek - odsuwają gapiów. Klimas przez chusteczkę podnosi pistolet i rozbite okulary bandyty. Przez radiotelefon łączy się z oficerem dyżurnym; stanowisko dowodzenia komendy miasta zarządza pościg za drugim napastnikiem.
Za chwilę przybywa na miejsce inspektor wydziału służby kryminalnej, kapitan Adam Zakrzewski z grupą operacyjną. Klimas składa krótki meldunek.
- Co z tym drugim? - pyta Zakrzewski.
- Drugi nie strzelał i prawdopodobnie wmieszał się w tłum... Niedaleko masz bazar Różyckiego.
Tymczasem służba drogowa likwiduje korek na jezdni i ulica wraca do normalnego życia. Tylko na rogu w pobliżu sklepu jubilerskiego przystają jeszcze grupki gapiów.
Gdy Zakrzewski z Klimasem zjawiają się pod sklepem, akurat hamuje taksówka. Gramoli się z niej kierownik "Jubilera"; ostrożnie dźwiga ramię spowite bandażem.
- Nic groźnego, kula powierzchownie uszkodziła mięsień, po opatrunku zwolnili mnie do domu... Chyba wam jestem potrzebny...
- I jak jeszcze! - przyznaje Zakrzewski. - Aha, jechał pan do pogotowia razem z rannym, rozpoznał go pan?
- Nie bardzo - wchodzą w trójkę do sklepu i starają się nie przeszkadzać grupie dochodzeniowej, która rozpoczęła drobiazgowe oględziny pomieszczenia. - Nie bardzo - powtarza kierownik - ... sylwetka, ubranie tak, oczywiście! Ale twarz? Obaj byli w ciemnych szkłach, wyższy, ten, który uciekł, miał lustrzane...
- O której przyszli?
- Piętnaście po jedenastej! Zaraz po otworzeniu sklepu. - Dobrze pamięta, bo wówczas spojrzał na zegar, przecież tu wokół pełno zegarów.
Klimas wtrąca, że od momentu wejścia bandytów do sklepu do jego interwencji przy tramwaju minęło zaledwie dziewięć minut.
- Dziewięć minut i cała wieczność - wzdycha kierownik.
- Błyskawiczna robota - Zakrzewski telefonuje, łączy się ze szpitalem. - ... tak, rozumiem, postrzał krtani... Będzie żył... To dobrze! Ależ tak, rozumiem, że nie może mówić. Nie o to chodzi... tam przyjdzie ktoś od nas, aby go zdaktyloskopować. Zaręczam, doktorze, że nie będziemy niepokoić pacjenta, ale ja to muszę mieć zaraz, muszę!
Doktor niechętnie ulega.
- Tyle ceremonii z bandytą - kierownik pilnie przysłuchiwał się rozmowie.
- Sygnał alarmowy nie działa? - Zakrzewski ogląda przycisk na podłodze za ladą. Od technika już wie, że syrena była sprawna.
- Jest w porządku... tylko - zacina się kierownik - gdy weszli, stałem tuż obok wystawy. Od sygnału dzielił mnie może... metr... Nie pozwolili ruszyć się... Nie wiem, czy pan mnie rozumie, pierwsze chwile paniki i... nie byłem w stanie zdecydować się na pewną śmierć...
- Rozumiem! Niech pan sobie nie robi wyrzutów - szczerze mówi Zakrzewski. - Całe złoto tego sklepu niewarte życia człowieka.
- Także kasjerka nie mogła nic zrobić...
- Ten w lustrzanych okularach powiedział, że jeśli się ruszę z kojca - milcząca dotychczas kobieta wskazuje na oszkloną kasę - to strzeli jak do kuropatwy!
- Obaj mieli pistolety?
Kierownik i kasjerka potwierdzają.
- Chciałem zyskać na czasie, zacząłem podawać mniej cenne przedmioty - podejmuje kierownik - zorientowali się natychmiast, więc jeden sam wskazywał rzeczy w gablotach, a drugi trzymał nas na muszce. Później zażądali z wystawy... Błysnęła mi szansa, dawałem znaki jakiejś kobiecie, która akurat oglądała wystawę, ale moje miny zrozumiała opacznie. Potem chwyciłem tę srebrną amforę i, niech się dzieje, co chce, walnąłem w szybę - srebrny dzban, ozdobiony rytą arabeską, widomy symbol desperackiej odwagi jubilera, ma skancerowane i powgniatane boki.
- Wówczas strzelił?
- Tak! Strzelił ten wyższy, w lustrzanych szkłach.
- Zapamiętał pan, co zabrali?
- Z gabloty dwanaście par złotych rytych obrączek... Są bardzo modne.
KONIEC BEZPŁATNEGO FRAGMENTU
ZAPRASZAMY DO ZAKUPU PEŁNEJ WERSJI