Karp ludojad - Przemysław Borkowski

Kup ebooka

3.99 zł
3.19 zł (0,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Wydarzenia, które tu opiszę, rozegrały się w niewielkiej miejscowości Ł. położonej na dalekich, północno-wschodnich krańcach naszego kraju. Młodszy aspirant Stanisław Kot powracał właśnie z rutynowego wieczornego patrolu po okolicznych wioskach, gdy nagle jakieś trudne do wytłumaczenia przeczucie kazało mu skręcić w wąską, boczną drogę prowadzącą w las. Był dwudziesty grudnia. Od paru już dni aspirant Kot nie miał zbyt dobrego nastroju. Zbliżające się święta prowokowały do przemyśleń i retrospekcji. Co tu ukrywać, wymarzona ongiś praca w policji rozczarowała go. Mimo iż w czynnej służbie pozostawał dopiero od paru miesięcy, odnosił dojmujące wrażenie zaprzepaszczenia swojego życia. Winny był tu zapewne przydział służbowy, który otrzymał po ukończeniu akademii. Miejscowość Ł. była w stanie zniweczyć nawet najbardziej płomienne policyjne powołanie. Odkąd tu przebywał, nie odnotowano żadnego morderstwa, żadnego napadu z bronią w ręku, nie zgłoszono nawet gwałtu (chociaż gwałty bez wątpienia odbywały się). Jedynymi przestępstwami, z jakimi miał do czynienia, były pobicia rodzinne, wandalizm spowodowany spożyciem alkoholu, drobne kradzieże z przeznaczeniem na wódkę. Miał już tego serdecznie dosyć. Wieczorami czuł, jak rośnie mu brzuch. Oczyma duszy widział siebie jako jednego z armii owych zażywnych, niemrawych policjantów, których widywał codziennie w okolicznych komisariatach, noszących bujny wąs w komplecie z białą, policyjną czapką, spędzających godziny służby na grze w karty i oglądaniu czasopism z rozebranymi panienkami.

Pragnąc odegnać od siebie czarne myśli, aspirant Kot oddał się marzeniom. Był to wypróbowany sposób odkryty jeszcze w szkole policyjnej. W owych czasach bardzo doskwierało mu jego nazwisko będące przedmiotem nieustających kpin kolegów. "Kot to, Kot tamto", "wlazł Kotek na płotek", "pogonić Kota" - tak było ciągle! Jakże wtedy żałował, że nie nazywa się inaczej, choćby Pies. Tak, Pies to byłoby niezłe policyjne nazwisko. Inspektor Pies - jak to brzmiało! Zupełnie inaczej niż młodszy aspirant Kot, przyznacie sami.

Inspektor Pies z kamienną twarzą trzymał na muszce czterech groźnych bandytów. Sytuacja, stwierdził to niechętnie, nie przedstawiała się różowo. Każdy z przestępców miał w łapie spluwę wielkości małego działka przeciwlotniczego, podczas gdy on mógł im przeciwstawić tylko stary, jednostrzałowy sztucer.

- Rzuć to, Pies! - odezwał się najgorszy z bandytów. - Uda ci się zabić najwyżej jednego z nas, reszta rozwali cię, zanim zdążysz przeładować!

To niestety koniec bezpłatnego fragmentu. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki.