Rozdział 1
Królewski wnuk
Ulubieńcy tłumów
Zapewne niejeden widz oglądający ceremonię
koronacyjną króla Karola III, który przeżywszy siedemdziesiąt trzy lata
w roli następcy tronu, w końcu zwieńczył swe skronie koroną, chciał
zakrzyknąć za Williamem Szekspirem: "Niespokojna głowa, co koronę
nosi!". Rzeczywiście głowę nowego monarchy musi zaprzątać cała masa
problemów, związanych nie tylko z sytuacją w monarchii czy w rozpadającej się Wspólnocie Narodów; krewni króla także sprawiają mu
niemało zmartwień. Wolta Sussexsów i skandal pedofilski z księciem
Andrzejem w roli głównej z pewnością spędzają mu sen z powiek. A przecież przyjście na świat Karola, którego ówczesna następczyni tronu
księżniczka Elżbieta urodziła 14 listopada 1948 roku, było radosnym
momentem, prawdziwym promyczkiem nadziei dla znękanych powojennym
kryzysem Brytyjczyków, poddanych Jerzego VI.
Wprawdzie Wielka Brytania wyszła z wojny w aurze zwycięzcy, ponieważ
razem ze Związkiem Radzieckim i Stanami Zjednoczonymi tworzyła Wielką
Trójkę, decydującą o kształcie powojennego świata, ponadto wciąż miała
rozległe kolonie, ale wojna niemal doszczętnie zrujnowała gospodarkę
państwa. Dwa lata po zakończeniu krwawego konfliktu, w którym życie
straciło przeszło 380 tysięcy brytyjskich żołnierzy i niemal 70 tysięcy
cywilów, niebywale kapryśna zima pogorszyła sytuację, bo niekorzystne
warunki pogodowe sparaliżowały życie na Wyspach. Wciąż obowiązywały
wprowadzone w czasie wojny kartki na żywność oraz inne towary, w tym na
paliwo i ubrania. Co więcej, objęto nawet reglamentacją towary, które
nie były racjonowane w czasie wojny, na przykład kartki na chleb
obowiązywały dopiero od 1946 roku, a rok później, w związku z wyjątkowo
kiepskimi zbiorami, również na ziemniaki. Dodatkowym, zdaniem wielu
zupełnie nieuzasadnionym, utrudnieniem był nakaz zmniejszania
przydziałów przysługujących obywatelom artykułów żywnościowych w przypadku otrzymania przez nich paczki z zagranicy. Jeżeli zatem ktoś
otrzymał paczkę, do której jakiś życzliwy i mieszkający poza granicami
Wielkiej Brytanii krewny włożył na przykład kilogram cukru, zgodnie z przepisami obdarowana osoba dostawała odpowiednio mniej kartek na
cukier. Wszystkie paczki były bowiem poddawane ścisłej kontroli na
poczcie i gdy ktoś na przykład otrzymał cukier lub inne reglamentowane
towary, pracownicy placówki mieli obowiązek poinformować o tym
administrację.
Państwo zmagało się z bezrobociem, zdecydowana większość poddanych
Jerzego VI ledwo wiązała koniec z końcem, a wartość funta gwałtownie
spadała, czego efektem było drastyczne ograniczenie importu. Wszędzie
szukano oszczędności: ponieważ na rynku brakowało papieru produkowanego
głównie z importowanego drewna, którego sprowadzano zbyt mało, objętość
gazet zmniejszono do czterech stron. Wiele elektrowni brytyjskich
pracowało na pół mocy albo było regularnie wyłączanych, w efekcie
większość miast nocami spowijały ciemności. Wprawdzie nie wszystkie
miasta były tak doszczętnie zrujnowane jak Coventry, ale wiele domów
było zburzonych albo zniszczonych w stopniu, który uniemożliwiał ich
zamieszkanie. Z powodu powojennego kryzysu nie remontowano ich, a na
budowę nowych nie było pieniędzy. Skala problemu była ogromna, ponieważ
naloty Luftwaffe, trwające od 7 września 1940 roku do maja roku
następnego, nękały nie tylko Londyn; niemieckie bomby spadły także na
Liverpool, Bristol, Cardiff, Portsmouth, Plymouth, Southampton, Swansea,
Belfast i Glasgow. Stolica państwa najbardziej ucierpiała podczas
bombardowań w nocy z 29 na 30 grudnia 1940 roku, kiedy naloty zniszczyły
setki budowli, w tym siedzibę władz miasta Guildhall i dziewiętnaście
kościołów. Niektóre ze zrujnowanych budynków nie zostały do dziś
odbudowane.
W roku przyjścia na świat przyszłego króla Karola III rządzący Wielką
Brytanią od dwóch lat laburzystowski gabinet premiera Clementa
Attlee'ego wciąż borykał się ze spłatą zaciągniętego w czasie wojny w Stanach Zjednoczonych długu w wysokości 31,4 miliarda dolarów. Wprawdzie
zaraz po zakończeniu wojny zadłużenie umorzono w 90 procentach, ale do
spłaty zostało jeszcze 4,34 miliarda dolarów. Nawiasem mówiąc, Wielka
Brytania ostatnią ratę zadłużenia spłaciła stosunkowo niedawno, bo w 2006 roku. Budżet państwa nadwerężyła też organizacja pierwszych po
wojnie letnich igrzysk olimpijskich, pomimo że wydano na ten cel i tak
dość skromną kwotę 732 268 funtów. Dla porównania: kolejna olimpiada,
która odbyła się w Londynie po sześćdziesięciu czterech latach,
kosztowała 9,3 miliarda funtów, co nawet biorąc pod uwagę mniejszą
obecnie siłę nabywczą funta, jest i tak dużą kwotą. W celu uzupełnienia
niedoborów na rynku brytyjskie władze stosowały dość kontrowersyjne
metody, które dziś budzą nie tylko zdziwienie, ale wręcz potępienie. Z pewnością wyjątkowo nietrafionym pomysłem była kampania namawiająca
Brytyjczyków do niemarnowania papierosów, której hasło brzmiało: Palcie
papierosy do samego końca. To może być korzystne dla waszego zdrowia.
Współczesnym ekologom i obrońcom zwierząt na pewno włos się jeży na
głowie, kiedy czytają o kampanii mającej na celu uzupełnienie niedoborów
wieprzowiny i wołowiny mięsem wielorybów. Kryzysowi w gospodarce
towarzyszył wzrost przestępczości, a media pisały o "fali zbrodni".
Udręczeni wojną i trwającym po niej kryzysem poddani Jerzego VI
potrzebowali zatem pozytywnych wieści, dających odrobinę radości i nadzieję na lepszą przyszłość. Na szczęście wszyscy bezgranicznie
kochali swojego króla i jego rodzinę, na co monarcha zasłużył postawą w czasie wojny, kiedy wraz z żoną i dwiema córkami, Elżbietą i Małgorzatą,
odmówił wyjazdu z bombardowanego Londynu, dzieląc los swoich poddanych.
Para królewska nie zgodziła się nawet na wyjazd księżniczek do Kanady, a królowa uczyła się strzelać, by osobiście walczyć z najeźdźcą, gdyby
Hitlerowi udało się jednak dokonać inwazji na Wyspy. A przecież ani ona,
ani jej małżonek nie byli przygotowywani do objęcia władzy, ponieważ
Jerzy VI, a w zasadzie Albert Fryderyk Artur Jerzy, bo właśnie takie
imiona otrzymał na chrzcie, nie urodził się jako następca tronu. Książę
Yorku - nieśmiały, zahukany i jąkający się - żył w cieniu uwielbianego
przez wszystkich starszego brata Edwarda, który był prawowitym
sukcesorem ich ojca Jerzego V. A to właśnie on objął tron po śmierci
monarchy 20 stycznia 1936 roku, ale nie wytrwał na nim roku i 11 grudnia
abdykował, nie doczekawszy się nawet oficjalnej koronacji. Przyczyną tej
zaskakującej decyzji była miłość do amerykańskiej dwukrotnej rozwódki,
Wallis Simpson. Tak przynajmniej brzmiała wersja oficjalna, którą
ogłosił ustępujący król w mowie pożegnalnej 11 grudnia 1936 roku.
Niewykluczone jednak, że sprawa miała drugie dno i przyczyn ustąpienia
Edwarda należałoby szukać w jego sympatiach wobec nazistowskich Niemiec
i samego Hitlera. Monarcha był zdeklarowanym antysemitą i niejednokrotnie dawał upust swoim przekonaniom, utrzymywał serdeczne
stosunki z ówczesnym ambasadorem Niemiec Ribbentropem i otwarcie
manifestował poparcie dla władz Trzeciej Rzeszy. W jego oczach Hitler
był jedynym człowiekiem, który byłby w stanie zmieść z powierzchni ziemi
komunistyczną zarazę. A z komunistami władca miał osobiste porachunki: w 1918 roku bolszewicy stracili bowiem jego krewnego, a zarazem ojca
chrzestnego, cara Mikołaja II oraz jego żonę i dzieci.
Nazistowskie sympatie Edwarda były nie na rękę brytyjskiemu rządowi,
podobnie jak jego nadzieje na sojusz Wielkiej Brytanii z Trzecią Rzeszą.
Dziwnym trafem w lipcu 1936 roku nowy król omal nie padł ofiarą zamachu
z rąk Irlandczyka Jerome'a Brannigana, który próbował go zastrzelić.
Część współczesnych historyków uważa jednak, że rzeczywistym
organizatorem zamachu była brytyjska Służba Bezpieczeństwa, czyli MI5.
Na szczęście miłość Edwarda do Wallis sprawiła, że nie trzeba było
uciekać się do tak drastycznych środków - brak zgody rządu na małżeństwo
z ukochaną, nawet jeżeli byłby to związek morganatyczny, skłonił go do
podjęcia decyzji o abdykacji, a tron przypadł drugiemu pod względem
starszeństwa Albertowi, który miał panować jako Jerzy VI. Edward,
obdarzony przez młodszego brata tytułem księcia Windsoru, opuścił
ojczyznę i 3 czerwca 1937 roku we Francji poślubił swoją ukochaną.
Małżonkowie spędzili miesiąc miodowy w Niemczech, gdzie traktowano ich
jak parę królewską i przyjmowano z honorami należnymi koronowanym
głowom.
Istnieje jeszcze jedna wersja wydarzeń, zgodnie z którą Windsor sam
podjął decyzję o abdykacji, mając na względzie dobro dynastii. Wprawdzie
nie ma twardych dowodów na poparcie tej tezy, ale Edward miał być
bezpłodny na skutek komplikacji po przebytej w młodzieńczych latach
śwince, jak potocznie nazywa się zapalenie ślinianek przyusznych.
Zachorował na nią w wieku szesnastu lat podczas pobytu w Royal Naval
College w Dartmouth. Jak powszechnie wiadomo, przebycie świnki w wieku
dziecięcym w zdecydowanej większości przypadków przebiega łagodnie i bez
większych komplikacji, gorzej jest, jeżeli chorują dorośli mężczyźni i chłopcy w wieku dojrzewania. A przyszły król zapadł na nią w wieku
szesnastu lat, w dodatku choroba miała ostry przebieg i wywołała
zatrzymanie rozwoju płciowego. W efekcie David, bo tak zwano księcia w rodzinie, jeszcze jako dwudziestolatek wyglądał jak przerośnięte
dziecko, wykazywał cechy niedojrzałości psychicznej i w ogóle nie
interesował się kobietami. Z czasem dojrzał, wydoroślał i stał się
playboyem, bez opamiętania uwodząc kobiety ku rozpaczy rodziców. Część
jego biografów twierdzi, jakoby wspomniane wcześniej niepokojące objawy
związane z dojrzewaniem Edwarda były wynikiem świnkowego zapalenia
jąder, które wywołuje u mężczyzn bezpłodność. Według części historyków
to właśnie świadomość niemożności spłodzenia dziecka legła u podstaw
decyzji króla o abdykacji, a miłość do Wallis jedynie ugruntowała to
postanowienie. Wydaje się jednak, że teoria o bezpłodności króla stanowi
próbę przedstawienia go w lepszym świetle, wszak monarcha rezygnujący z tronu dla dobra dynastii budzi szacunek, na który nie zasługuje władca
abdykujący w imię miłości do kobiety wątpliwej konduity, w dodatku o dość dyskusyjnej urodzie, a tym bardziej jeżeli został zmuszony do tego
z powodu nazistowskich sympatii.
Zupełnie nieprzygotowany do pełnienia funkcji głowy państwa, jąkający
się Jerzy VI, który nigdy nie miał w rękach żadnego dokumentu
państwowego, został koronowany 12 maja 1937 roku. Wraz z nim koronowano
także jego żonę Elżbietę. Nowy monarcha, dzięki wsparciu swojej małżonki
i pomocy australijskiego logopedy Lionela Logue'a, pozbył się wady
wymowy. W przeciwieństwie do swojego brata miał uroczą żonę i dwie
równie urocze córeczki, dlatego z miejsca zdobył sympatię swoich
poddanych, w oczach których stateczny mąż i ojciec uosabiał ideę
solidnej i trwałej monarchii. Jerzego VI trudno wprawdzie uznać za
sympatyka Hitlera i nazizmu, ale początkowo on także nie opowiadał się
za kursem kolizyjnym z Trzecią Rzeszą. Wręcz przeciwnie - przyjął na
audiencji ówczesnego premiera Wielkiej Brytanii Arthura Neville'a Chamberlaina, który podpisał w gruncie rzeczy haniebne porozumienie z Hitlerem, będące efektem konferencji w Monachium i decydujące o przyłączeniu do Trzeciej Rzeszy 29 tysięcy kilometrów kwadratowych ziem
sudeckich, zamieszkanych przez mniejszość niemiecką. Zarówno rządy
ówczesnej Francji, jak i Wielkiej Brytanii uznały to za wielki sukces, a przeciętni zjadacze chleba widzieli w swoich przywódcach wielkich mężów
stanu, którym udało się zapobiec wybuchowi konfliktu na miarę I wojny
światowej. Jerzy VI podzielał to zdanie, skoro zadowolony z poczynań
Chamberlaina wystosował pismo do premiera z zaproszeniem do pałacu, w którym pisał, iż pragnie "wyrazić osobiście moje najserdeczniejsze
gratulacje. Ten list to gorące powitanie człowieka, który dzięki swej
cierpliwości i wytrwałości zyskał sobie wieczną wdzięczność rodaków w całym imperium"1. Po skończonej audiencji zaprosił polityka na
balkon w pałacu Buckingham, by Chamberlain pokazał się tłumom wraz z rodziną królewską. Nawiasem mówiąc, był to pierwszy premier, który
dostąpił takiego zaszczytu. Monarcha tym posunięciem wyraził akceptację
dla poczynań Chamberlaina, zanim ówczesny szef gabinetu miał okazję
wyjaśnić je w parlamencie, co było równoznaczne z zaszachowaniem
opozycji. Tym samym wykonał polityczną woltę i zignorował regułę,
zgodnie z którą monarcha udziela swojej akceptacji aktom prawnym dopiero
po ich przejściu przez obie izby parlamentu.
Wśród powszechnej euforii niczym memento brzmiał głos znajdującego się
wówczas w opozycji Winstona Churchilla, który ostrzegał: "Anglia miała
wybór pomiędzy wojną i hańbą. Wybrała hańbę, ale będzie miała
wojnę"2. Twardo stąpający po ziemi polityk słusznie uznał, że
ustępstwo w Monachium jedynie podsyci apetyt Hitlera, który będzie
wysuwał kolejne roszczenia, ostatecznie doprowadzając do konfliktu
zbrojnego. Osiągnięty kosztem Czechosłowacji pokój był tylko chwilowy
niczym cisza przed burzą. Król początkowo był najgorętszym zwolennikiem
utrzymania pokoju niemal za wszelką cenę, a jego prywatne listy dowodzą,
że całym sercem popierał politykę appeasementu, czyli załagodzenia, czy,
jak wolą niektórzy, ugłaskania hitlerowskich Niemiec, polegającą de
facto na ustępstwach wobec Hitlera. Sytuacja polityczna i wybuch II
wojny światowej wymusiły jednak zmianę stanowiska monarchy, który 4
września 1939 roku wystąpił z orędziem do narodu, w związku z wypowiedzeniem przez Wielką Brytanię wojny Niemcom.
Wprawdzie wierny zasadzie, że król panuje, ale nie rządzi, nie mieszał
się do polityki, lecz swoją postawą skutecznie podtrzymywał morale
narodu w czasie wojny. Akcje monarchy i jego rodziny znacznie wzrosły,
gdy podjął decyzję o pozostaniu w kraju i odmówił zgody na odesłanie
córek do Kanady. Obie księżniczki przebywały w znacznie bezpieczniejszym
od bombardowanego Londynu Windsorze, gdzie spędzał noce także Jerzy VI i jego małżonka, ale w ciągu dnia królewska para dzielnie towarzyszyła
nękanym nalotami londyńczykom. W geście solidarności z narodem król wraz
z żoną regularnie odwiedzali szpitale, wizytowali jednostki wojskowe i lotnicze, odznaczając obrońców ojczyzny. I niejednokrotnie groziło mu
niebezpieczeństwo, bo pałac Buckingham był bombardowany aż dziewięć
razy, a jedna z bomb niemieckich zniszczyła kaplicę zamkową. W tym
feralnym dniu para królewska przebywała w rezydencji, a ich apartament
znajdował się niespełna 70 metrów od zbombardowanego miejsca. "Cieszę
się, że nas zbombardowano. Dzięki temu mogę spojrzeć w oczy mieszkańcom
East Endu"3 - oświadczyła wówczas królowa, a jej słowa znalazły
się na pierwszych stronach wszystkich brytyjskich gazet. Ten oczywisty
zabieg PR-owski, będący dziełem ówczesnego premiera Wilstona Churchilla,
sprawił, że sympatia dla rodziny królewskiej sięgnęła zenitu.
Dziś wiemy, że życiu i bezpieczeństwu monarchy, jego żony i córek
zagrażały nie tylko bombardowania. Hitler planował wysłanie do Anglii
kilku grup świetnie wyszkolonych spadochroniarzy, którzy mieli wylądować
na terenie pałacu Buckingham oraz innych królewskich rezydencji, pojmać
króla i jego rodzinę, a następnie przetrzymywać całą czwórkę pod
niemiecką ochroną. A przy okazji w łapy nazistów wpadliby także inni
europejscy monarchowie, którzy zdołali uciec przed hitlerowskimi
najeźdźcami i teraz korzystali z gościnności brytyjskiego władcy:
holenderska królowa Wilhelmina oraz król Norwegii Haakon VII i jego syn,
książę Olaf. Haakon, zanim wsiadł na pokład brytyjskiego ciężkiego
krążownika HMS Devonshire, który zawiózł go wraz z synem do Anglii,
przez kilka tygodni kluczył i uciekał przed stuosobowym oddziałem
hitlerowskich spadochroniarzy. A kiedy w końcu dotarł do pałacu
Buckingham, był tak wyczerpany, że wraz z Olafem położyli się na
podłodze i zasnęli; królowa Elżbieta zaś, nie chcąc ich budzić, chodziła
wokół nich na palcach.
Brytyjska królowa doskonale wiedziała, że podobnie jak Churchill może
być celem hitlerowskich zamachów, wywiad donosił też o planach desantu.
Dlatego, na wszelki wypadek, trenowała strzelanie z pistoletu do
szczurów wypędzonych przez służbę i bombardowania z pałacowych
przybudówek. Jej kuzynka Margaret Rhodes skomentowała to w następujący
sposób: "Przypuszczam, słusznie, jak sądzę, iż uważała, że jeśli
wylądują spadochroniarze i dokądś ich zabiorą, przynajmniej pociągnie za
sobą jednego czy dwóch"4.
Tymczasem Jerzy VI przez cały czas trwania wojny nie zdejmował munduru
marynarki wojennej, do czego miał pełne prawo, co więcej, rwał się do
udziału w walkach i pragnął osobiście wziąć udział w lądowaniu aliantów
w Normandii, ale ten pomysł skutecznie mu wyperswadowano. Za to tuż po
przeprowadzeniu tej operacji udał się do Francji, gdzie, narażając się
na możliwość niemieckiego ataku, wizytował alianckie oddziały, co bez
wątpienia przyczyniło się do zwiększenia jego popularności w kraju. Duże
znaczenie dla wzrostu popularności rodziny miała też publikacja w prasie
fotografii księżniczek Elżbiety i Małgorzaty, na których zostały
uwiecznione podczas kopania rowów i transzei w Windsorze.
3 października 1940 roku poddani Jerzego VI mieli okazję wysłuchać
przemówienia następczyni tronu, księżniczki Elżbiety, adresowanego do
wszystkich dzieci ewakuowanych z Londynu w obawie przed niszczycielskimi
nalotami. Cztery lata później osiemnastoletnia już Lilibet, tak bowiem w rodzinie zwano starszą córkę monarchy, czynnie zaangażowała się w obronę
ojczyzny i wstąpiła do wojskowej służby kobiecej. Młodszy oficer
Elżbieta Aleksandra Windsor służyła w Pomocniczych Służbach
Terytorialnych, odbyła też kurs w Centrum Szkolenia Transportu
Mechanicznego, na którym nauczyła się prowadzić pojazdy mechaniczne, jak
również serwisować je i naprawiać. Królewska córka spisywała się na tyle
dobrze, że zaledwie po pięciu miesiącach awansowała na stopień młodszej
dowódczyni, odpowiednik stopnia kapitana, a zaszczepiona wówczas pasja
motoryzacyjna nie opuściła przyszłej królowej do końca życia. Lilibet
nosiła mundur zaledwie przez kilka miesięcy, gdyż wojna wkrótce
zakończyła się zwycięstwem aliantów. Po raz ostatni zaprezentowała się w nim poddanym swego ojca 8 maja 1945 roku, kiedy wraz z resztą rodziny
królewskiej, towarzyszącym jej premierem Churchillem i zgromadzonymi na
ulicach mieszkańcami Londynu świętowała dzień zwycięstwa.
Jak można się domyślić, po tym radosnym wydarzeniu uwielbienie dla
rodziny królewskiej jeszcze wzrosło. Czas pokazał, że po wojennej
zawierusze towarzyszyło "królewskiej czwórce", jak król Jerzy VI nazywał
siebie, swoją żonę i córki, również w czasach pokoju, kiedy Wielka
Brytania dźwigała się z wojennych zniszczeń i zmagała się z panującym
wówczas kryzysem. Wszyscy członkowie rodziny królewskiej stali się
ulubieńcami tłumów, swego rodzaju celebrytami. Szczególnym
zainteresowaniem cieszyła się oczywiście następczyni tronu, księżniczka
Elżbieta, zwłaszcza że wkraczała w wiek, w którym powinna zacząć
rozglądać się za mężem.
A małżeństwo nie było jej prywatną sprawą, wszak w przyszłości miała
zasiąść na tronie Anglii, wybierając męża, nie powinna się zatem
kierować wyłącznie porywem serca. Zresztą królowa Elżbieta miała już
przygotowaną listę stosownych mężczyzn z arystokratycznych rodów, z których każdy doskonale sprawdziłby się w roli królewskiego zięcia.
Lilibet natomiast miała słabość do Henry'ego George'a Reginalda Molyneux
Herberta lorda Porchester, zwanego przez przyszłą królową po prostu
Porchie. Jednak jej serce należało już do mężczyzny, którego pokochała
pierwszym, dziewczęcym uczuciem. Uczucie to okazało się miłością na całe
życie.
Księcia Filipa Mountbattena, bo to właśnie on okazał się wybrankiem
przyszłej królowej, Lilibet poznała 22 lipca 1939 roku w Royal Naval
College w Dartmouth, dokąd udała się z rodzicami z okazji królewskiej
wizytacji w placówce. Osiemnastoletni Filip, siostrzeniec, a zarazem
podopieczny kuzyna Jerzego VI Louisa Mountbattena, został zobowiązany
przez wuja do zaopiekowania się księżniczkami. W czasie tego spotkania
wywarł wielkie wrażenie na trzynastoletniej wówczas Elżbiecie, co nie
umknęło uwagi Louisa Mountbattena, który postanowił kuć żelazo póki
gorące i zachęcał swojego podopiecznego do nawiązania korespondencji z młodziutką księżniczką. Z czasem młodzi bardzo się do siebie zbliżyli i pokochali, chociaż niektórzy uważają, że to Lilibet była bardziej
zakochana w Filipie niż on w niej.
9 lipca 1947 roku ogłoszono zaręczyny pary. Nie wszyscy byli tym faktem
zachwyceni, bo narzeczony księżniczki był dość kontrowersyjną osobą:
wprawdzie legitymował się królewskim pochodzeniem i miał tytuł greckiego
księcia, był również bardzo przystojny, ale na tym kończyły się jego
zalety. Filip wywodził się duńskiej dynastii
Schleswig-Holstein-Sonderburg-Glücksburg, w skrócie określanej
Glücksburgami. Jego przodkowie po mieczu oraz współcześni mu krewni
władali Danią i Norwegią, zaś jego dziadek ze strony ojca, Jerzy I, w latach 1863-1913 zasiadał na tronie Grecji.
Filip był piątym, ostatnim dzieckiem, a zarazem jedynym synem księcia
Andrzeja i księżnej Alicji Battenberg, prawnuczki królowej Wiktorii.
Życie nie szczędziło mu ciosów, i to niemal od urodzenia. Kiedy miał
zaledwie półtora roku, jego stryj, król Konstantyn, na skutek
niepowodzenia w wojnie z Turcją został zmuszony do abdykacji, a oskarżony o zdradę książę Andrzej, skazany na dożywotnie wygnanie,
musiał uchodzić z kraju wraz z całą rodziną. Azyl znaleźli we Francji,
lecz małżeństwo rodziców Filipa bardzo szybko się rozpadło. Jego
cierpiąca na zaburzenia natury psychicznej matka, a może tylko
borykająca się z ciężką depresją, do której przyczyniły się zdrady męża,
wbrew swojej woli została zamknięta w zakładzie psychiatrycznym. Siostry
Filipa wyszły dobrze za mąż, ojciec zaś miał liczne kochanki i niemal w ogóle nie interesował się losem syna.
Młody książę tułał się po domach krewnych, znajdując namiastkę
rodzinnego ogniska u swego wuja, wspomnianego już lorda Mountbattena, i nawet przyjął jego nazwisko. Tymczasem jego matka, po opuszczeniu
szpitala, znalazła pocieszenie w religii. Z czasem wróciła do ojczyzny
swego męża, do Grecji, gdzie spędziła wojnę i pomagała miejscowym Żydom,
za co przyznano jej po latach odznaczenie Sprawiedliwy wśród Narodów
Świata. Ostatecznie założyła zakon kontemplacyjny Chrześcijańskie
Zgromadzenie Sióstr pod wezwaniem świętych Marty i Marii, ale losem
swojego jedynego syna zupełnie się nie interesowała. Nieszczęsny Filip
czuł się jak sierota. Życiowym powołaniem młodego księcia okazała się
służba w marynarce wojennej, czego dowiódł w czasie II wojny światowej.
Wybór córki nie podobał się królowi Jerzemu VI ani jego żonie. Filip nie
miał grosza przy duszy, zdaniem monarchy ubierał się beznadziejnie, w dodatku obracał się w niezbyt dobrym towarzystwie, a szczególny niepokój
budziły plotki o jego skłonności do długonogich blondynek. Ponieważ stan
jego konta nie pozwalał na zakup pierścionka godnego królewskiej córki,
młodego księcia wsparła matka, która wyjęła diamenty ze swojej
zabytkowej tiary i przekazała je jubilerowi. Na domiar złego trzy
siostry Filipa związały się z wysokimi rangą oficerami hitlerowskimi, a poddani Jerzego wciąż zmagali się z niełatwymi doświadczeniami
wojennymi, Niemcy więc, mówiąc oględnie, nie budzili w nich ciepłych
uczuć. Wielką przeciwniczką małżeństwa Lilibet z Filipem była jej matka,
królowa Elżbieta, która nie tylko krytykowała jego styl i wychowanie,
ale w przypływie złego humoru nazywała Hunem. Księżniczka była jednak
uparta i w końcu postawiła na swoim, doprowadzając do ślubu z ukochanym
mężczyzną.
Ceremonia zaplanowana na 20 listopada 1947 roku początkowo miała mieć
prywatny charakter, młoda para miała powiedzieć sakramentalne "tak" w kaplicy św. Jerzego w Windsorze. Borykające się z wojennymi
zniszczeniami i kryzysem państwo miało ważniejsze wydatki niż
finansowanie kosztownej ceremonii, ale ostatecznie zdecydowano się nadać
ślubowi księżniczki rangę uroczystości państwowej. Władze państwa
słusznie uznały, że tak radosne wydarzenie przyczyni się do poprawy
nastrojów społecznych. W związku ze zmianą rangi ceremonii miała się ona
odbyć w opactwie westminsterskim, najważniejszej świątyni Kościoła
Anglii, w której koronowano większość władców angielskich i brytyjskich.
Tam też spoczywa wielu królów oraz wybitnych osobistości związanych z historią państwa, w tym Izaak Newton i Karol Darwin. Zmiana rangi
wydarzenia nie oznaczała jednak przyzwolenia na szastanie pieniędzmi.
Wręcz przeciwnie - zarówno parlament, jak i ówczesny rząd nie tyle
prosił, ile wymagał od pałacu, by wydatki ograniczyć do niezbędnego
minimum i kupować wyłącznie towary rodzimej produkcji.
Pomysł, aby ślub następczyni tronu potraktować jako wydarzenie
państwowej rangi, okazał się bardzo trafny. Tak jak przewidział to
Churchill, romantyczna uroczystość stała się dla poddanych króla Jerzego
VI "rozbłyskiem koloru na szarej nudnej drodze, którą mamy do
pokonania"5. Wszyscy widzieli w tym wydarzeniu dobrą wróżbę
na przyszłość, znak, że ciężkie czasy niedługo odejdą w przeszłość. W przeddzień ślubu narzeczeni otrzymali z rąk króla Order Podwiązki. Filip
został oficjalnie przyjęty do rodziny królewskiej, otrzymując zezwolenie
na używanie tytułu Jego Królewskiej Wysokości po zawarciu związku
małżeńskiego z następczynią tronu. W dzień ślubu natomiast Jerzy VI
nadał zięciowi tytuł barona Greenwich, hrabiego Merioneth i księcia
Edynburga.
Stryjeczny brat księżniczki, wówczas sześcioletni Michał z Kentu, który
podczas ceremonii był paziem, po latach uznał ślub następczyni tronu za
"pierwszy radosny, wesoły zjazd rodzinny [...] od czasu wojny"6.
I rzeczywiście tak było, bo w opactwie westminsterskim doszło do
pierwszego od stu lat zjazdu członków europejskich rodzin królewskich,
zarówno tych panujących, jak i tych zdetronizowanych i przebywających na
wygnaniu. Pewnym zgrzytem była wyjątkowo skromna liczba gości ze strony
pana młodego, którego rodzinę reprezentowali matka oraz stryj, książę
Jerzy. Jego trzy siostry (czwarta, Cecylia, już nie żyła, zginęła w katastrofie lotniczej) uznano za osoby niepożądane z powodu zawartych
przez nie małżeństw z niemieckimi oficerami.
Wprawdzie odprawiający nabożeństwo arcybiskup Yorku w wygłoszonym
kazaniu oświadczył, że ceremonia zaślubin następczyni tronu "jest w gruncie rzeczy dokładnie taka sama, jaką byłaby dla każdego wieśniaka,
który mógłby brać ślub tego popołudnia [...] w odległej wiosce w Yorkshire"7, to przeszło dwa i pół tysiąca gości w kościele
oraz tłumy czekające na młodą parę pod opactwem świadczyły o czymś
przeciwnym. Ślub księżniczki od podobnych uroczystości w życiu poddanych
jej ojca odróżniał także niebywały szum informacyjny towarzyszący temu
wydarzeniu. Relacje z ceremonii zamieszczały na swoich łamach wszystkie
brytyjskie gazety i zdecydowana większość prasy zagranicznej, transmisji
w radiu mogli wysłuchać obywatele aż czterdziestu czterech krajów. Ślub
został także uwieczniony na taśmie filmowej i pokazywany był w kinach
oraz w raczkującej wówczas telewizji. Barwny korowód powozów i królewskich kawalerzystów jadących w orszaku nowożeńców stanowił
kontrast do szaroburych londyńskich ulic, wciąż jeszcze usianych lejami
po bombach. Bez wątpienia ślub księżniczki Elżbiety stał się, tak jak
chciał tego Churchill, "rozbłyskiem koloru" w ponurej, powojennej
rzeczywistości Brytyjczyków.
Świeżo upieczeni małżonkowie początkowo mieszkali wraz z rodzicami
Elżbiety, czekając na zakończenie remontu swojej rezydencji Clarence
House. Po miesiącu miodowym, który para spędziła w Broadlands,
posiadłości należącej do stryja Filipa, spokrewnionego także z Elżbietą
lorda Mountbattena, zwanego w rodzinie wujkiem Dickiem, księżniczka
oddała się swoim obowiązkom. Jako następczyni tronu otrzymała zadanie
promowania wizerunku Wielkiej Brytanii na Starym Kontynencie, w którego
zakresie w maju 1948 roku wyjechała do Paryża, gdzie miała otworzyć
wystawę pt. Osiem wieków brytyjskiego życia, w paryskim muzeum mody
mieszczącym się w Palais Galliera. Poznała wówczas odpowiedzialnego ze
strony francuskiej za zorganizowanie ekspozycji, ówczesnego komisarza
generalnego ds. turystyki, Georges'a Pompidou, z którym spotkała się
ponownie, kiedy oboje pełnili znacznie ważniejsze funkcje. Ona była
panującą monarchinią, on zaś - prezydentem Republiki Francuskiej.
Dochodzące z Paryża wieści o poczynaniach młodziutkiej Elżbiety musiały
bardzo ucieszyć jej ojca, gdyż księżniczka radziła sobie doskonale, w dodatku zarówno francuska prasa, jak i Francuzi oszaleli na punkcie
Zizette, jak nad Sekwaną nazywano przyszłą królową. Ba, nawet tamtejsi
dyktatorzy mody, z Christianem Diorem na czele, zachwycali się elegancją
następczyni tronu, doskonale prezentującej się w modnych w owym czasie,
rozkloszowanych sukniach, uwydatniających wcięcie w talii. A przecież
Francuzi i Brytyjczycy raczej nie darzą się sympatią, a poza tym
Francuzi mają bardzo negatywny stosunek do instytucji monarchii. A mimo
to urocza i niebywale elegancka księżniczka bez trudu podbiła ich serca.
W pierwszej oficjalnej zagranicznej podróży przyszłej królowej
towarzyszył oczywiście jej mąż, książę Filip. Bez niego księżniczka
radziłaby sobie znacznie gorzej, zwłaszcza że w czasie wizyty dokuczały
jej poranne mdłości, towarzyszące pierwszym miesiącom ciąży. Elżbieta
była bowiem w odmiennym stanie, o czym wiedzieli tylko jej najbliżsi.
Jak na członkinię rodu Windsorów przystało, księżniczka nie użalała się
nad sobą i przezwyciężając słabości, sumiennie wypełniała obowiązki.
Także po powrocie do domu kontynuowała swoją pracę, a kiedy tylko
poczuła się lepiej - prowadziła dość ożywione życie towarzyskie,
brylując na balach, imprezach i na wyścigach, ale jej odmienny stan
utrzymywany był w tajemnicy. 4 czerwca 1948 roku pałac wydał oficjalny
komunikat informujący, że Jej Królewska Wysokość księżniczka Elżbieta
nie będzie w najbliższym czasie wykonywać żadnych obowiązków. Wprawdzie
nie podano przyczyny bezczynności następczyni tronu, ale poddani Jerzego
VI potrafili czytać między wierszami i zorientowali się, że ich ukochana
księżniczka spodziewa się dziecka. Cały kraj oczekiwał więc szczęśliwego
rozwiązania.
Radosne narodziny
Ze wspomnień Crawfie, jednej z niań Elżbiety i Małgorzaty, która
odważyła się opublikować książkę o życiu swoich królewskich
podopiecznych, narażając się tym samym na ostracyzm ze strony rodziny
królewskiej, wynika, że księżniczka nie miała żadnych obaw dotyczących
ciąży i narodzin pierwszego dziecka. Uważała, że skoro z woli Boga
kobiety zostały stworzone do rodzenia, to także w jej przypadku wszystko
pójdzie dobrze.
Perspektywa porodu wnuka króla spędzała za to sen z powiek ówczesnego
sekretarza Jerzego VI, sir Alana Lascellesa. A wszystko za sprawą
zwyczaju, czy też nakazu, zgodnie z którym przy narodzinach dziecka w rodzinie królewskiej musiał być obecny minister spraw wewnętrznych. Ten
obyczaj sięgał korzeniami XVII stulecia, narodził się za panowania
Jakuba II Stuarta i miał związek z podejrzeniami związanymi z przyjściem
na świat jego syna, Jakuba Franciszka Edwarda. Żona króla, Maria z Modeny, 10 czerwca 1688 roku urodziła syna, co było bardzo radosnym
wydarzeniem, bowiem wszystkie poprzednie ciąże królowej kończyły się
poronieniem lub wydaniem na świat martwego dziecka. W dodatku monarcha
ze swojego poprzedniego małżeństwa miał jedynie córki. Ale narodziny
zdrowego następcy tronu, zamiast stać się powodem do radości i świętowania, zrodziły podejrzenia, że kwilące w kołysce dziecię nie jest
prawowitym synem królewskiej pary, tylko podrzutkiem. Mówiono, że
królewski potomek urodził się martwy i został podmieniony na noworodka
płci męskiej niewiadomego pochodzenia, którego przyniesiono do pałacu w szkandeli - specjalnym naczyniu przeznaczonym do podgrzewania pościeli.
Sprawa była na tyle poważna, że pałac wydał oficjalny komunikat,
zapewniając, że chłopiec jest biologicznym synem królewskiej pary, ale
nie ukróciło to plotek.
Aby zapobiec podobnym sytuacjom w przyszłości, ustanowiono zwyczaj,
zgodnie z którym urzędnik państwowy, najlepiej członek rządu, musiał być
świadkiem narodzin każdego potomka króla. Dotyczyło to także dziecka z najbliższej rodziny królewskiej, które miało choćby cień szansy, aby w przyszłości zasiąść na tronie. Obyczaj ten był kultywowany przez
stulecia, a obecność ministra towarzyszyła także narodzinom księżniczki
Elżbiety 21 kwietnia 1926 roku. Dom jej rodziców odwiedził wówczas
minister spraw wewnętrznych w rządzie Stanleya Baldwina, sir William
Joynson-Hicks. Polityk jednak nie był świadkiem samego cudu narodzin,
zresztą nie wiadomo, czy byłby to w stanie zdzierżyć, gdyż Elżbieta
przyszła na świat za pomocą cesarskiego cięcia. Do pokoju położnicy,
ówczesnej księżnej Yorku, polityka wprowadził lekarz, który
zaprezentował mu noworodka.
Minister powiadomił pozostałych członków rządu o narodzinach wnuczki
króla Jerzego V, dodając, że dopełnił swojego obowiązku i sprawdził, czy
nie nastąpiła podmiana dziecka. A potem z wielką ulgą powrócił do swoich
obowiązków. Oglądanie noworodków niezbyt go bawiło, zwłaszcza że malutka
dziewczynka miała raczej niewielkie szanse na objęcie tronu. Nie była
dzieckiem króla ani nawet dzieckiem następcy tronu, ale jedynie owocem
małżeństwa księcia Yorku, który zajmował wówczas drugie miejsce w kolejce do tronu, i Elżbiety Bowes-Lyon. Wprawdzie prawowity następca
tronu uparcie tkwił w stanie kawalerskim, ale wszyscy mieli nadzieję, że
wkrótce się to zmieni i młody książę wstąpi w związek małżeński z jakąś
odpowiednią panną, a potem spłodzi gromadkę dzieci. Jak wiadomo, los
miał jednak zupełnie inne plany.
Dla sir Lascellesa obecność przedstawiciela rządu w charakterze świadka
narodzin potomka Elżbiety była jedynie reliktem przeszłości i nie miała
żadnego racjonalnego uzasadnienia. Trudno się z tym nie zgodzić, ale
sekretarz króla mierzył się w tym przypadku z problemem natury
konstytucyjnej, aczkolwiek Home Office, czyli Ministerstwo Spraw
Wewnętrznych, uznało, że nie jest to prawo, ale jedynie zwyczaj. On zaś
uważał, że należy go zaniechać, ale monarcha nie był tego taki pewny,
tym bardziej że jego małżonka, niebywale czuła w kwestii monarszego
ceremoniału, stała na stanowisku, iż zaprzestanie tej w gruncie rzeczy
bezsensownej tradycji zrodzi zagrożenie dla "godności tronu". Był
jeszcze jeden szkopuł: otóż, zgodnie z tzw. deklaracją Balfoura z 1926
roku, która została potwierdzona pięć lat później przez Statut
Westminsterski, wszystkie brytyjskie dominia miały równe prawa w ramach
Korony Brytyjskiej. W związku z tym, oprócz ministra rządu Wielkiej
Brytanii rodzącej księżniczce musieliby towarzyszyć także delegaci z Kanady, Australii oraz wszystkich państw Wspólnoty. Z obecnością jednego
ministra król jakoś jeszcze mógłby się pogodzić, ale wizja kilku
dygnitarzy kręcących się wokół jego córki wydającej na świat swoje
pierwsze dziecko zjeżyła Jerzemu VI włosy na głowie. W efekcie
doprowadził do zniesienia owego zwyczaju.
Uporawszy się z jednym problemem, monarcha wraz ze swoim sekretarzem
przystąpili do rozwiązania kolejnego. Otóż, zgodnie z patentem króla
Jerzego V z 1917 roku, ojca Jerzego VI, prawo do tytułu Ich Królewskich
Wysokości przysługiwało jedynie wnukom panującego władcy w linii
męskiej, wobec czego dziecko następczyni tronu powinno mieć status
księcia bądź księżniczki. A to oznaczało, że gdyby księżniczka powiła
chłopca, mógłby on nosić tylko, przejęty po ojcu, honorowy tytuł
hrabiego, dziewczynka zaś nosiłaby tytuł lady Mountbatten. A tymczasem
Jerzy VI pragnął, aby jego wnuk, który w przyszłości zasiądzie na
tronie, nosił tytuł królewski, nie książęcy. Dlatego wydał nowy patent,
zgodnie z którym wszystkie dzieci następczyni tronu od urodzenia miały
być tytułowane Ich Królewskimi Wysokościami, a jednocześnie
przysługiwałby im tytuł książęcy.
Królowi nie podobało się także, że jego zięć nie zachowywał się jak
przystało na przyszłego ojca, tylko w podejrzanym towarzystwie włóczył
się po barach. W dodatku w ostatnich dniach przed narodzinami dziecka na
ręce Lascellesa wpłynęły raporty donoszące, że książę Edynburga był
widywany w nocnych klubach o nie najlepszej reputacji. Widziano go także
szalejącego na parkiecie z urodziwą aktorką Pat Kirkwood. Na domiar
złego Filip, tańcząc z dziewczyną żywiołowe fokstroty i samby, robił
głupie miny w stronę obserwujących go ludzi. Rozeźlony król wezwał do
siebie zięcia i porządnie go zbeształ, ale zdaje się, że na mężu
Elżbiety nie zrobiło to specjalnego wrażenia.
Tymczasem księżniczka przygotowywała się do porodu, który miał się odbyć
na jej warunkach - przyszła mama chciała urodzić w apartamencie
pałacowym, w otoczeniu, w którym dorastała i w którym czuła się
bezpiecznie. Z tego względu salę porodową urządzono w pokoju znajdującym
się bezpośrednio pod sypialnią Elżbiety na drugim piętrze pałacu
Buckingham. I właśnie tam, otoczona położnymi i w obecności aż czterech
lekarzy, miała wydać na świat swoje pierwsze dziecko. Bóle porodowe
rozpoczęły się 14 listopada 1948 roku, ale nie wszystko poszło tak
gładko, jak spodziewała się Elżbieta - po czterech godzinach zdecydowano
się bowiem na cesarskie cięcie, w którego wyniku o godzinie 21.14 na
świat przyszedł zdrowy, silny, ważący niespełna 3,5 kg chłopczyk.
Jak się okazuje, pierwszą kobietą, która trzymała na rękach przyszłego
króla Karola III, była Susan Charles, a właściwie Ingelore Czarlinski,
bo tak brzmiało jej prawdziwe nazwisko. Susan nie była rodowitą
Angielką; na Wyspach razem ze swoją młodszą o cztery lata siostrą Marion
znalazła się w lipcu 1939 roku, jako piętnastoletnia dziewczyna, w ramach akcji "Kindertransport", w której wyniku Wielka Brytania przyjęła
do siebie około 10 tysięcy żydowskich dzieci. Ewakuacja małoletnich
Żydów obejmowała nie tylko hitlerowskie Niemcy, ale także okupowane bądź
jedynie zagrożone okupacją Trzeciej Rzeszy terytoria Austrii,
Czechosłowacji, Wolnego Miasta Gdańska i Polski. Ponieważ sprowadzono
wyłącznie osoby małoletnie, a cała akcja nie dotyczyła ich rodziców,
wszyscy imigranci trafili do domów dziecka lub do brytyjskich rodzin
zastępczych. Ingelore zmieniła imię i nazwisko na bardziej angielskie -
Susan Charles, czyli... Karol, i została położną. Radziła sobie na tyle
dobrze, że sir William Gilliatt wybrał ją na swoją najbliższą
współpracownicę, której zadaniem było asystowanie mu przy porodach, jak
również przygotowanie ciężarnej do porodu.
Panna Charles chyba nawet w najśmielszych marzeniach nie przypuszczała,
że przyjdzie jej asystować przy narodzinach przyszłego monarchy. W dniu,
kiedy Karol miał przyjść na świat, udała się z wizytą do swojej siostry
Marion. "14 listopada 1948 roku zaprosiłam siostrę na herbatę do mojego
mieszkania w Clapham - wspominała w 2005 roku Marion w artykule
zamieszczonym na łamach magazynu Stowarzyszenia Żydowskich Uchodźców. -
Telefon zadzwonił i ktoś oficjalnym tonem powiedział, żeby wykręciła
natychmiast numer do Whitehall (siedziba brytyjskiego rządu). Wkrótce
przyjechał po nią samochód. Kiedy dotarła do pałacu Buckingham,
przygotowała księżniczkę do porodu"8. Susan nie uczestniczyła w porodzie, bo to zadanie powierzono jednak bardziej doświadczonej
położnej, ale trzymała noworodka na rękach, zanim do pokoju weszła
babcia, królowa Elżbieta, której przekazała malca.
Co ciekawe, Susan nigdy nie chwaliła się, że uczestniczyła w tym
doniosłym wydarzeniu, nie mówiła o tym nawet swoim córkom. Dopiero kiedy
w 1973 roku Charles została zaproszona na ślub księżniczki Anny,
opowiedziała najbliższym o swojej roli w narodzinach przyszłego króla.
Niestety, kiedy w lipcu 2005 roku ówczesny książę Walii wydawał
przyjęcie dla ocalonych w ramach "Kindertransport" Żydów, Susan już nie
żyła - zmarła w 1994 roku. Natomiast Marion była na nim obecna i nie
omieszkała powiedzieć Karolowi o swojej siostrze. "Powiedziałam mu, że
byłam szczęśliwa, mogąc dotrzeć do Anglii 66 lat wcześniej, ale moja
siostra była szczęśliwsza, ponieważ była pierwszą osobą na świecie,
która trzymała go w ramionach"9. Książę był zaskoczony tą
informacją, a pod koniec przyjęcia obwieścił wszystkim: "Jaki mały jest
świat. Tu jest siostra pielęgniarki, która zajmowała się mną, gdy się
urodziłem. Widziała nawet, jak mnie kąpano. Co to musiał być za
widok"10 - dodał z właściwym sobie poczuciem humoru.
Filipa nie było przy porodzie ani nawet w pałacu, bo zapewne chcąc
odreagować stres, grał wówczas ze swoim sekretarzem na pałacowym korcie
w squasha. Na wieść o narodzinach syna natychmiast udał się do żony, by
zobaczyć dziecko i wręczyć Elżbiecie bukiet róż, zawczasu przygotowany
przez jego sekretarza. Wówczas świeżo upieczony ojciec ujrzał też po raz
pierwszy pierworodnego, który jego zdaniem wyglądał jak... śliwkowy
pudding. Crawfie natomiast, która także dostąpiła zaszczytu zobaczenia
dziecka swojej niegdysiejszej wychowanki, zauważyła, że malec jest
łudząco podobny do swego dziadka ze strony matki, czyli króla Jerzego
VI. Spostrzeżenie okazało się trafne, a przyszłość dowiodła, że mały
książę odziedziczył po nim także niełatwy charakter. Nawiasem mówiąc,
narodziny chłopca stanowiły miłe zaskoczenie dla krewnych Elżbiety oraz
jej małżonka, ponieważ wszyscy się spodziewali, że powije dziewczynkę.
Zgodnie z wielowiekową tradycją, na chwilę przed wybiciem przez pałacowe
zegary północy, maleńkiego księcia przeniesiono do sali balowej, gdzie
został zaprezentowany dworzanom. Przedtem jednak wokół jego łóżeczka
zebrali się wszyscy najbliżsi krewni ze strony matki. Poza promieniejącą
ze szczęścia królewską parą była tam także prababcia przyszłego króla,
królowa Maria, której towarzyszył jej najmłodszy brat, Aleksander
Cambridge, hrabia Athlone wraz z małżonką.
Londyńczycy dowiedzieli się o narodzinach przyszłego króla Karola III z ust głośno obwieszczających ten fakt policjantów, którzy pełnili wartę
przed pałacem Buckingham. Jego przyjście na świat uczczono biciem
dwutonowego sewastopolskiego dzwonu w zamku Windsor, który, podobnie jak
dzwon Zygmunta na Wawelu, odzywa się w ważnych dla narodu chwilach.
Brytyjskie okręty wojenne stacjonujące na terenie Wielkiej Brytanii i poza nią oddały salwy armatnie na cześć narodzin przyszłego króla, a fontanny na Trafalgar Square zostały z tej okazji podświetlone w specjalny sposób. Oficjalny komunikat pałacu obwieszczał poddanym
Jerzego VI, że następczyni tronu powiła zdrowego syna i zawierał dane
dotyczące wagi dziecka. Znalazła się w nim także informacja, że matka i syn czują się dobrze. Czytelnicy "Manchester Guardian" zostali także
poinformowani, że zdaniem ginekologów pierworodny syn następczyni tronu
miał wagę zbliżoną do idealnej dla noworodków. Przemilczano natomiast
fakt, że konieczne było przeprowadzenie cesarskiego cięcia, bo w owych
czasach nie rozmawiano o tak intymnych sprawach, za jakie uważano
wszelkie kwestie związane z ciążą, porodem, połogiem czy karmieniem
dziecka piersią, nie było dla nich również miejsca w przestrzeni
publicznej.
Dowiedziawszy się o narodzinach wnuczka, Jerzy VI wpadł w ekstazę, a ówczesny sekretarz prasowy monarchy, komandor Richard Colville,
skwitował ten fakt słowami: "Wiedziałem, że to zrobi! Nigdy by nas nie
zawiodła!"11. Jeden z lekarzy rodziny królewskiej, sir John
Weir, pozwolił sobie natomiast na niecenzuralną uwagę, iż "nigdy jeszcze
nie uradował go tak widok męskiego członka"12.
Rodzina Elżbiety sądziła, że księżniczka urodzi dziewczynkę, ale
Churchill był pewien, że powije syna. Kiedy jego przewidywania się
sprawdziły, uradowany wygłosił mowę do narodu, w której powiedział:
"Pradawna monarchia oddaje nieocenione usługi naszemu krajowi, całemu
Imperium Brytyjskiemu oraz Wspólnocie Narodów. Ponad odpływami i przypływami partyjnych waśni, wzlotami i upadkami ministerstw oraz
osobistości, monarchia brytyjska od niepamiętnych czasów, w spokoju i najlepiej jak można w zakresie swoich obowiązków, zawiaduje bogactwem
narodu ocalonym z przeszłości i chwałą wpisaną w kroniki kraju. Nasze
myśli podążają do matki i ojca, a także, szczególnie dzisiaj, do małego
księcia, który właśnie przyszedł na świat pełen walk i burz"13.
Przemówienie, utrzymane w znacznie mniej euforycznym tonie niż mowa
Churchilla, wygłosił również ówczesny szef rządu Clement Attlee. Premier
nie tylko mówił o wielkiej radości, jaką dla rodziców i dziadków
stanowiły narodziny księcia, ale także przypomniał, że rodzina królewska
"swoim przykładem w prywatnym życiu, a także gorliwością, z jaką
wypełnia obowiązki publiczne, daje wielu ludziom siłę i poczucie spokoju
w dzisiejszych czasach stresu i niepewności"14.
Z kolei autor artykułu zamieszczonego na łamach "Timesa" pisał z emfazą:
"Narodziny dziecka przypuszczalnej następczyni tronu są wydarzeniem
państwowym, narodowym i imperialnym, które powinno oderwać na chwilę
ludzkie myśli od zaciekłych waśni wewnętrznych i niepokojów
międzynarodowych. Przy huku salw i dźwięku dzwonów wszyscy mogą się
połączyć w radości. Każde nowo narodzone dziecko jest dla rodziny
ucieleśnieniem celów, do których zmierza; to dziecko od chwili narodzin
stało się dla wielu ludzi symbolem wspólnych dążeń do państwa i imperium
jeszcze nawet wspanialszych niż te, które zastali dzięki męstwu i waleczności przodków"15.
Poeta John Masefield poświęcił temu wydarzeniu wiersz, w którym życzył
przyszłemu królowi:
Niechaj przeznaczenie, rozdzielając losy,
Nie poskąpi dziecięciu, ofiarując w wianie
Straż lepszą niż okręty i forteczne fosy:
Wszędy miłość wzajemną i ludu oddanie16.
Narodziny syna następczyni tronu wywołały szczególną radość w Szkocji, a jej mieszkańcy z miejsca okrzyknęli chłopczyka najbardziej "szkockim
następcą tronu" od czasu Karola I Stuarta. Nie bezpodstawnie, wszak w żyłach przyszłego króla za sprawą babki po kądzieli płynie całkiem spora
domieszka szkockiej krwi. Żona Jerzego VI była bowiem córką szkockiego
hrabiego, dorastała na zamku Glamis, uchodzącym za najbardziej
nawiedzone zamczysko w Szkocji. Ale nie tylko Szkoci cieszyli się z narodzin małego księcia. Na ulicach wszystkich brytyjskich miast
zapanowała euforia, a wieść o przyjściu na świat synka następczyni
tronu, za sprawą ówczesnych mediów, dotarła do najdalszych krańców
imperium, jak również do USA, gdzie wzbudziła dużą sensację i zainteresowanie brytyjską rodziną królewską.
Pod pałacem Buckingham zebrał się spory tłum pijanych szczęściem, i nie
tylko szczęściem, londyńczyków i przyjezdnych. Ludzie świętujący
narodziny małego księcia zachowywali się jednak tak głośno, że zmęczona
porodem księżniczka nie mogła zmrużyć oka. Zirytowany Filip wysłał
swojego sekretarza i przyjaciela, Mike'a Parkera, by uspokoił
rozwrzeszczaną tłuszczę. Mężczyzna niezbyt sobie z tym radził i w przypływie desperacji poprosił o pomoc, jak sam się wyraził, "pierwszego
rozsądnie wyglądającego przechodnia", którym okazał się znany angielski
aktor David Niven. Artysta, przywykły do publicznych wystąpień, bardzo
szybko opanował sytuację - przed pałacem zapanowała błoga cisza, a księżniczka wreszcie mogła się przespać. A tymczasem jej malutki synek,
nieświadomy zamieszania, jakie wywołał swoimi narodzinami, spokojnie
spał w kołysce, w dodatku tej samej, w której przed laty leżała jego
matka.
Ukochany wnuczek
Powszechną euforię wywołaną przyjściem na świat syna następczyni tronu
zakłóciła wiadomość, że wnuk monarchy będzie nosił imię Karol, które
oprócz imienia Jan uważane jest za bardzo nieszczęśliwe, wręcz pechowe
dla monarchii. Wcześniej nosiło je dwóch władców z dynastii Stuartów,
potomków ściętej przez Elżbietę I Tudor Marii Stuart: Karol I Stuart i jego syn Karol II Stuart, dwóch wyjątkowych pechowców na tronie.
Pierwszy został pozbawiony przez rewolucję nie tylko tronu, ale i głowy,
gdyż oskarżony o zdradę, skończył życie na szafocie. Jego synowi
wprawdzie udało się powrócić na tron, ale jego panowanie naznaczyły dwie
wielkie tragedie: epidemia dżumy w 1665 roku, która zabrała z tego
świata przeszło 70 tysięcy londyńczyków, i pożar Londynu w 1666 roku,
który strawił aż dwie trzecie miasta. Obrazu nieszczęścia dopełniały
klęski angielskich wojsk w wojnie z Holandią. Trudno się zatem dziwić,
że wielu Brytyjczyków martwiło się o przyszłość syna Elżbiety, bojąc
się, iż nadane mu niefrasobliwie imię ściągnie na jego głowę lawinę
nieszczęść. Już wówczas pojawiły się głosy, że w dniu, w którym wstąpi
na tron, powinien je natychmiast zmienić, najlepiej na znacznie
szczęśliwsze dla władców Albionu imię Jerzy, oddając tym samym hołd
swojemu dziadkowi i pradziadkowi. Jak wiadomo, pierworodny syn Elżbiety,
obejmując tron, nie zmienił nadanego mu na chrzcie imienia i zdecydował
się panować jako Karol III. Najwyraźniej nie wierzy w magię imion albo
po prostu, ufny w swoją szczęśliwą gwiazdę, uważa, że uda mu się
odmienić zły los.
Chrzest pierworodnego syna następczyni tronu odbył się w sto
czterdziestą piątą rocznicę bitwy pod Trafalgarem, a więc 21
października 1950 roku, a ceremonię zorganizowano w pokoju muzycznym
pałacu Buckingham, gdzie przed laty była ochrzczona jego matka.
Zgodnie z wielowiekową tradycją przyszły król miał kilkoro rodziców
chrzestnych. Do chrztu trzymali go: król Zjednoczonego Królestwa Jerzy
VI, a więc dziadek ze strony matki, król Norwegii Haakon VII, którego
reprezentował hrabia Althone, Maria, królowa matka Zjednoczonego
Królestwa - prababka Karola ze strony matki, siostra Elżbiety
Małgorzata, hrabina Snowdon, książę grecko-duński Jerzy, w którego
imieniu występował książę Edynburga, prababka ze strony ojca Karola,
markiza Wiktoria Milford Haven, kuzynka księcia Filipa lady Brabourne
oraz krewny ze strony matki dziecka - David Bowes-Lyon. Ceremonii
przewodniczył arcybiskup Canterbury Geoffrey Fisher. Jak pisze biograf
Karola Jonathan Dimbleby, w przyszłości Karol odkryje, że chrzciny "są
zaledwie pierwszymi kajdanami, które przypadek królewskiego urodzenia
nakłada na posłusznego księcia"17.
Ponieważ koronowany władca Wielkiej Brytanii jest także głową Kościoła
Anglii, chrzest jest niebywale istotną ceremonią w życiu rodziny
królewskiej, z którą związanych jest wiele tradycji, kultywowanych przez
pokolenia royalsów. Przede wszystkim głowy wszystkich chrzczonych dzieci
polewane są wodą z Jordanu, przywożoną specjalnie do tego celu, a więc
rzeki, której wodą ochrzcił Jezusa św. Jan Chrzciciel. Odprawiający
ceremonię kapłan czerpie wodę ze specjalnej misy, zwanej Lily Font.
Naczynie to, obecnie należące do klejnotów koronnych, jest przepięknym
dziełem sztuki wykonanym ze szlachetnych kruszców i ma kształt
rozwiniętego kielicha kwiatu, otoczonego ozdobną obwódką z lilii wodnych
oraz liści. Misa spoczywa na łodydze, u której podstawy siedzą trzy
grające na lirach cherubiny. Pomiędzy owymi cherubinami znajdują się
trzy herby: królowej Wiktorii, która w 1840 roku zleciła wykonanie Lily
Font, jej męża księcia Alberta oraz ich pierworodnej córki, a zarazem
pierwszego dziecka ochrzczonego wodą z tej chrzcielnicy, księżniczki
Wiktorii Adelajdy Luizy. Rok później ta sama monarchini zleciła uszycie
koronkowej szaty, w którą aż do 2004 roku ubierano na chrzest wszystkie
dzieci z rodziny królewskiej. Potem delikatną szatę zamknięto w specjalnej gablocie muzeum i zastąpiono ją dokładną repliką wykonaną
przez nadworną krawcową Elżbiety II, Angelę Kelly. Chociaż dziwnie to
zabrzmi, tradycją królewską jest również podawanie na przyjęciu po
uroczystości... tortu z wesela rodziców ochrzczonego dziecka. Na ten cel
zachowywany jest najwyższy poziom kilkupoziomowego tortu weselnego. Ze
względu na zawartość zużytego do wypieku alkoholu ryzyko zatrucia nawet
kilkuletnim tortem jest praktycznie żadne.
Lilibet była zachwycona macierzyństwem oraz swoim maleńkim synkiem. W liście do niegdysiejszej nauczycielki muzyki z entuzjazmem opisywała
dziecko. Pisała, że dłonie Karola "są raczej szerokie, ale wytworne, o długich palcach - całkiem niepodobne do moich, a zupełnie różne od rąk
jego ojca. Ciekawe, kim będzie"18. Wprawdzie matczyny zachwyt
tłumaczy ślepa macierzyńska miłość, ale trzeba przyznać, że książę był
naprawdę uroczym dzieckiem i budził podziw nie tylko matki. Siostra
królowej Elżbiety, a więc babcia cioteczna Karola, stwierdziła na
przykład, że malec "nie mógłby wyglądać bardziej anielsko. Ma złote
włosy i piękną cerę, a także zdumiewająco delikatne rysy, jak na tak
maleńkie dziecko"19.
Z racji pozycji społecznej Elżbiety w opiece nad dzieckiem wspierał ją
sztab nianiek i opiekunek, ale młoda mama kochała synka i wzorowo
wywiązywała się ze swoich obowiązków. Karmiła dziecko piersią i przez
pierwsze dwa miesiące życia Karola prawie się z nim nie rozstawała, bo
synek sypiał w przylegającej do matczynej sypialni garderobie. Po
upływie tego okresu księżniczka niespodziewanie zachorowała na odrę, a więc na polecenie lekarzy dziecko zostało odseparowane od chorej mamy. A kiedy wróciła do zdrowia, spadły na nią kolejne obowiązki, co było
związane nie tyle z jej pozycją następczyni tronu, ile z pogarszającym
się stanem zdrowia ojca. Poważne problemy zdrowotne dopadły Jerzego
jeszcze przed narodzinami Karola, ale mając na względzie dobro ciężarnej
Elżbiety, utrzymywano to przed nią w tajemnicy, nie informowano także
poddanych.
Król nigdy nie był okazem zdrowia, od dziecka nękały go różne
schorzenia. Jego kondycję pogorszyły stresy i ciężkie przeżycia
ostatnich lat: abdykacja brata, i to w atmosferze skandalu, burzliwe
lata wojny i powojenna recesja. Monarcha cierpiał od lat na schorzenia
układu pokarmowego, zaburzenia krążenia i dolegliwości układu
oddechowego, które potęgował nałóg tytoniowy, bo Jerzy był namiętnym
palaczem. Na domiar złego w 1948 roku stwierdzono u niego chorobę
Bürgera - odcinkowe, wieloogniskowe zapalenie małych i średnich naczyń
krwionośnych o postępującym przebiegu, diagnozowane w większości u mężczyzn nałogowo palących papierosy. Jest to bardzo niebezpieczne
schorzenie, gdyż nieleczone prowadzi do niedotleniania i zgorzeli
tkanek, a w konsekwencji - do amputacji chorej kończyny. Na szczęście w przypadku króla obyło się bez tak drastycznych metod, bo jeden z najlepszych specjalistów brytyjskich, profesor James Learmonth,
zastosował sympatektomię lędźwiową, operację polegającą na przecięciu
nerwów odpowiedzialnych za kurczenie się naczyń krwionośnych, dzięki
czemu udało się uratować nogę monarchy.
Udany zabieg i poprawa stanu zdrowia króla ucieszyły zarówno poddanych,
jak i jego rodzinę, a zwłaszcza Elżbietę, bo oznaczało to dla niej nieco
mniej obowiązków. Kiedy Karol miał osiem miesięcy, książęca para
przeprowadziła się do wyremontowanej rezydencji Clarence House, w której
w czasie II wojny mieściły się biura Czerwonego Krzyża. Znalazło się tam
też miejsce na pokój dziecinny, gdzie poczesne miejsce zajmował Jumbo,
ukochana zabawka małego księcia. Był to niebieski słonik na kółkach,
który pomógł malcowi łagodnie przejść z raczkowania do pozycji stojącej,
ale potem pojawiły się tam także inne zabawki, typowe dla małego
chłopca: samoloty, żołnierzyki oraz czołgi.
Życie małego Karola toczyło się zgodnie z ustalonym z góry schematem, od
którego nie było odstępstwa: o godzinie siódmej, kiedy odsłaniano
zasłony w pokoju dziecinnym, przyszły król się budził, był myty,
ubierany i jadł śniadanie. O godzinie dziesiątej znoszono go na dół,
gdzie pół godziny spędzał z matką, a potem w towarzystwie niań oraz
umundurowanego oficera policji wychodził na spacer. O godzinie pierwszej
podawano księciu obiad, a wiemy, że ulubionym daniem małego Karola był
gotowany kurczak z ryżem, następnie, po krótkim odpoczynku, nianie
zabierały go na wizytę do krewnych, zazwyczaj do dziadków bądź do
prababci Marii, wdowy po królu Jerzym V. Sędziwa dama mieszkała w Marlborough House i bardzo lubiła wizyty małego Karola, który nazywał ją
Gan-Gan i był jej jedynym wnukiem, któremu pozwalała dotykać swojej
cennej kolekcji jaspisów. Około 16.00 książę wracał do domu na herbatę,
wieczorem zaś ponownie widywał matkę, która przychodziła do niego, by
uczestniczyć w kąpieli i ułożyć go do snu.
Bardzo istotnymi postaciami w życiu małego księcia były nianie. To one,
a nie wiecznie zapracowana i nieobecna przez większą część dnia mama,
"uczyły go zabaw, obserwowały jego pierwsze kroki, karciły go i nagradzały, pomagały ubrać w słowa pierwsze myśli"20. Pierwszą
nianią Karola była pochodząca z Edynburga Helen Lightbody, zwana przez
chłopca Naną, która cały czas była przy nim, spała bowiem w pokoju
małego księcia, uspokajała go, kiedy z płaczem budził się w nocy. Ona
też świętowała z nim pierwsze urodziny, bo mamy i taty nie było wówczas
w kraju. Nic dziwnego, że pierwszym słowem wypowiedzianym przez Karola
nie była "mama", ale "nana" - niania. Panna Lightbody opiekowała się
dziećmi królowej, bo Elżbieta w 1950 roku powiła córeczkę Annę, do 1956
roku, kiedy niespodziewanie została osobiście zwolniona przez swoją
pracodawczynię. Podobno panie poróżniły się o pozornie błahą sprawę -
pudding, który na polecenie królowej przygotowano dla jej syna.
Wprawdzie malec za nim przepadał, ale niania, której na sercu leżało
zdrowie jej podopiecznych i dbała o ich zdrową dietę, uznała, że
smakołyk ma stanowczo zbyt dużo cukru, i odesłała pudding do kuchni. A potem, nie pytając królowej o zdanie, wykreśliła go z menu swoich
podopiecznych. Urażona do żywego Elżbieta uznała, że nie będzie
tolerować kobiety, która uważa, że wie lepiej, co jest dobre dla jej
dzieci, i niania musiała pożegnać się z posadą, aczkolwiek do końca
życia wypłacano jej z królewskiej kasy emeryturę.
W niektórych publikacjach można spotkać się z opinią, że wyszło to tylko
na dobre Karolowi, który miał odczuwać paniczny lęk przed apodyktyczną
Lightbody, ale wydaje się, że jest w tym sporo przesady, skoro już jako
dorosły człowiek utrzymywał z nią kontakt aż do jej śmierci w 1987 roku.
Niania obowiązkowo była zapraszana na wszystkie ważne uroczystości w życiu swojego najsłynniejszego wychowanka.
Z całą pewnością ukochaną nianią Karola była Mabel Anderson, córka
policjanta z Liverpoolu, która początkowo dzieliła obowiązki z Lightbody, a po jej zwolnieniu przejęła pieczę nad Karolem. Malec bardzo
ją kochał i tylko jej pozwalał dotykać swojego misia, ulubionej
przytulanki, z którą do dziś się nie rozstaje. Mocno sfatygowana
maskotka zajmuje honorowe miejsce na stoliku nocnym w jego sypialni, a jeżeli przypadkiem zapomni ją zabrać, opuszczając którąś ze swoich
rezydencji, wysyła po nią szofera. Jak się okazuje, Mabel dbała nie
tylko o księcia, ale także o misia, cerując go i łatając. Wdzięczny
Karol zapewnił jej godziwą emeryturę, którą spędziła w apartamencie
zamku Windsor, urządzonym zgodnie z jej wolą i gustem. Co ciekawe, jako
szacowna emerytka zaprzyjaźniła się z królową Elżbietą: obie panie
lubiły razem spędzać czas, plotkując i oglądając telewizję. A zdaniem
wielu biografów Camilla Shand zdobyła serce Karola zdumiewającym wręcz
podobieństwem do jego ukochanej niani.
Uwolniona od nawału obowiązków, w których wyręczała wcześniej ojca, w 1949 roku Elżbieta mogła wraz z małżonkiem wyjechać na Maltę, gdzie
Filip miał pełnić funkcję I oficera, a zarazem zastępcy dowódcy HMS
Chequers, admiralskiego okrętu Pierwszej Flotylli Niszczycieli Floty
Śródziemnomorskiej, który stacjonował na wyspie. Tam przyszła królowa po
raz pierwszy, i jak się miało okazać ostatni, miała okazję zakosztować
życia, jakie wiedli poddani jej ojca. Jak wszystkie żony oficerów, w przerwach między obowiązkami związanymi z prowadzeniem domu wylegiwała
się na plaży, pływała w morzu, wieczorami zaś wraz z mężem chadzali na
przyjęcia i rauty. Był to także jedyny okres w jej życiu, w którym
chodziła do salonu fryzjerskiego, gdyż wcześniej i później to fryzjer
przychodził do niej do pałacu. Willa Casa Medina, w której mieszkała
książęca para, była zatem zwyczajnym domem dobrze sytuowanej oficerskiej
rodziny, ale zabrakło tam syna Filipa i Elżbiety, Karola, którego
rodzice nie zabrali na Maltę, lecz pozostawili w Anglii pod opieką
dziadków i nianiek.
Ale król i królowa byli z takiego stanu rzeczy zadowoleni, obecność
wnuka wnosiła bowiem wiele radości zwłaszcza w życie schorowanego
Jerzego, o czym świadczą pisane przez niego listy do córki. "Karol jest
tak słodki, gdy drepcze wokół pokoju - relacjonował król Elżbiecie w jednym z nich. - Będziemy szczęśliwi, mając go przy sobie w Sandringham.
Jest pięćdziesiątym pokoleniem, które tu żyje, i mam nadzieję, że
pokocha to miejsce"21. Babcia zaś oszalała na punkcie wnuka i bezgranicznie go pokochała. Bez wątpienia to Karol był oczkiem w głowie
królowej i to jego kochała najbardziej ze sporej gromadki sześciorga
wnucząt, których dane jej było doczekać.
Jeżeli wierzyć lady Colin Campbell, autorce biografii żony Jerzego VI,
ta zaborcza i bezwarunkowa miłość babci miała bardzo zły wpływ na
przyszłego króla: "Już jako małe dziecko Karol obdarzył babkę trwałym i głębokim uczuciem, a jego przywiązanie do Elżbiety rzutowało
niekorzystnie na relacje z rodzicami, zwłaszcza z ojcem - czytamy w Królowej - Babka starała się uczynić z młodego księcia osobę równie
afektowaną, pretensjonalną i przewrażliwioną jak ona sama, wiedząc, że
jeśli uda jej się wywrzeć na chłopca wpływ, z jednej strony wytworzy się
między nimi niezwykle silna więź, z drugiej zaś Karol będzie oddalał się
od rodziców"22. Serdeczne relacje łączące królową z Karolem nie
podobały się też Małgorzacie, siostrze Elżbiety, zwłaszcza że
przypominały jej dzieciństwo, kiedy, jej zdaniem, była zaniedbywana
przez matkę, która poświęcała więcej uwagi starszej córce, przyszłej
królowej. "Snobizm w najczystszej postaci. Jedynym wnukiem, który się
liczył, był przyszły monarcha"23 - przyznała księżniczka.
Wydaje się jednak, że lady Campbell, która nie kryje się z antypatią do
królowej matki i uwielbieniem dla księcia Filipa, zbyt surowo oceniła
postępowanie babci Karola. Między nim a babką rzeczywiście wytworzyła
się silna, emocjonalna więź, czemu trudno się dziwić, skoro w dzieciństwie spędzał z nią więcej czasu niż z matką. Trudno też
przypuszczać, by chciała go ukształtować na swój obraz i podobieństwo,
bo Karol był bardzo podobny do dziadka, Jerzego VI. Jak sam o sobie
mawia, "jest trochę odludkiem", odludkiem był też jego dziadek, który
najlepiej czuł się w domowych pieleszach. "Jakże ja nienawidzę być tym
królem! Czasem podczas uroczystości chcę wstać i krzyczeć
wniebogłosy!"24 - odnotował w swoim pamiętniku niedługo po
koronacji. Trudno mu się dziwić, bo dla nieśmiałego introwertyka, którym
był Jerzy VI, uczestnictwo w oficjalnych ceremoniach, w obecności
tłumów, musiało być prawdziwą torturą.
Karol odziedziczył po dziadku ze strony matki także krzywe nogi i płaskostopie, dlatego nosił specjalne obuwie ortopedyczne, ale na
szczęście nie miał wady wymowy, za to, podobnie jak Jerzy VI, borykał
się z wrodzoną nieśmiałością. Uwagi jego babci nie uszła też duża
wrażliwość wnuka, która także łączyła go z dziadkiem. Jednak syn
Elżbiety, w przeciwieństwie do dziadka, który niespodziewanie musiał
zająć opustoszały brytyjski tron po abdykacji swego brata, miał znacznie
więcej czasu, chyba nawet zbyt dużo, na przygotowanie się do roli
monarchy.
Elżbieta wróciła do domu latem 1950 roku, ale wówczas także nie mogła
poświęcić swojemu synowi zbyt wiele czasu, była bowiem w ostatnim
okresie ciąży i do ojczyzny przyjechała po to, by wydać na świat drugie
dziecko. 15 sierpnia 1950 roku w Clarence House powiła córkę, Annę
Elżbietę Alicję Luizę (ang. Anne Elizabeth Alice Louise). Książę Filip,
który chyba bardziej cieszył się z narodzin córki niż z przyjścia na
świat Karola, ze względu na obowiązki wynikające ze służby wojskowej
wkrótce rozstał się z rodziną i wrócił na Maltę. Jego żona dołączyła do
niego zaraz po drugich urodzinach Karola, znów pozostawiając dzieci pod
opieką dziadków i nianiek.
Wprawdzie dziś może wydawać się to bulwersujące i naganne, ale w owych
czasach takie postępowanie, zwłaszcza w wyższych sferach, do których
należała rodzina bohatera niniejszej publikacji, nikogo ani nie dziwiło,
ani nie bulwersowało. Dzieci wychowywały się z dala od rodziców, w swoich apartamentach, pod opieką niań i guwernantek, a potem były
odsyłane do szkół z internatem. W dodatku, czytając wspomnienia
dorosłych już członków angielskiej arystokracji, należałoby dojść do
wniosku, że ich matki miały beztroskie, a wręcz nieodpowiedzialne
podejście do macierzyństwa, tolerowane przez pokolenia. Dziś żadna
odpowiedzialna matka nie poszłaby w ślady lady Edwiny Mountbatten, żony
wuja Dickiego, która w lipcu 1935 roku zostawiła swoje dwie córeczki
jedynie pod opieką niani w niewielkim hoteliku pod Budapesztem, a sama
wyjechała na wakacje z kochankiem. Nawiasem mówiąc, jej małżonek nie
miał nic przeciwko temu, zwłaszcza że sam nie był przykładnym i wiernym
mężem, małżeństwo Mountbattenów było typowym otwartym związkiem. Tak się
pechowo złożyło, że w trakcie wakacyjnych peregrynacji Edwina zgubiła
kartkę z nazwą i adresem hotelu i nie mogła tam trafić przez cztery
miesiące. Po córki przyjechała jednak w odpowiednim momencie - właśnie
robiło się zimno, a niani skończyły się już pieniądze i nie miała za co
kupić dziewczynkom ciepłych ubrań.
Kiedy Elżbieta w najlepsze korzystała z uroków życia żony oficera Royal
Navy, stan zdrowia jej ojca znacznie się pogorszył. Po udanej operacji
wykonanej przez doktora Learmontha, któremu wdzięczny monarcha przyznał
szlachectwo, Jerzemu coraz bardziej dokuczał suchy kaszel, który był
odporny na wszelkie medykamenty. Zdjęcie rentgenowskie wykazało
zaciemnienie na lewym płucu, które zostało błędnie zdiagnozowane jako
zapalenie opłucnej. Choremu monarsze przepisano penicylinę, a przede
wszystkim zalecono wypoczynek, co wiązało się z rezygnacją z niemal
wszystkich oficjalnych obowiązków. A to oznaczało, że Elżbieta, jako
następczyni tronu, musiała spakować walizki i wrócić do kraju, by
odciążyć schorowanego ojca.
Księżniczka była posłuszną córką, od dziecka zresztą przyzwyczajaną do
funkcji, którą przyjdzie jej pełnić, bez sprzeciwu zatem podporządkowała
się tym wymogom. Znacznie gorzej zniósł to jej mąż, dla którego służba w marynarce była życiowym powołaniem. Kiedy oświadczał się Elżbiecie,
wiedział, że gdy jego żona zasiądzie na tronie, będzie musiał pożegnać
się na dobre ze służbą na morzu. W dodatku już do końca życia małżonki
będzie w jej cieniu, podążając i stojąc zawsze kilka kroków za
monarchinią. Sądził jednak, że zanim do tego dojdzie, upłynie jeszcze
sporo czasu. I miał ku temu podstawy, Jerzy VI był mężczyzną w sile
wieku, w dniu ślubu Elżbiety miał tylko pięćdziesiąt dwa lata i bynajmniej nie myślał o abdykacji. A patrząc na jego przodków, można
było sądzić, że dożyje przynajmniej siedemdziesięciu lat, tak jak jego
ojciec i poprzednik na tronie.
Jego dziadek, Edward VII, wprawdzie żył o rok krócej, ale był to wynik
zignorowania zaleceń lekarskich - monarcha, chory na zapalenie oskrzeli,
zamiast leżeć w łóżku, uparł się, żeby przy wyjątkowo kiepskiej pogodzie
osobiście nadzorować prace w ogrodzie w Sandringham. Matka Edwarda,
praprababka Wiktoria, zapisała się jako monarchini najdłużej zasiadająca
na tronie Wielkiej Brytanii i dożyła słusznego wieku osiemdziesięciu
lat. Dziś nie wydaje się to jakimś wielkim osiągnięciem, ale pamiętajmy,
że w 1901 roku, kiedy babka Europy, jak ją nazywano, zamknęła oczy na
zawsze, średnia długość życia Europejczyków wynosiła 46,4 lat w przypadku mężczyzn i 49,7 lat w przypadku kobiet.
Mając tak długowiecznych przodków, Jerzy VI miał więc prawo oczekiwać,
że dożyje sędziwego wieku, i pewnie by tak było, gdyby nie zgubny nałóg
nikotynowy, w którego szponach tkwił od wczesnej młodości. Ponowne
badanie rentgenowskie wykonane 16 września dowiodło bowiem, że
zaciemnienie nie jest stanem zapalnym, tylko nowotworem, który
zaatakował lewe płuco i część krtani, dlatego opiekujący się królem
lekarze zdecydowali się poddać go natychmiastowej operacji. Ponieważ
umieszczenie monarchy w szpitalu, w którym leczyli się jego poddani, nie
wchodziło w grę, postanowiono wykonać zabieg w specjalnie do tego celu
zaadaptowanej sali pałacu Buckingham. 23 września 1951 roku Jerzy VI
został poddany skomplikowanej i niebezpiecznej operacji, która polegała
na usunięciu zaatakowanego przez nowotwór lewego płuca i części krtani.
Lekarze obawiali się komplikacji, ale najbardziej tego, że w wyniku
zabiegu zmieni się głos króla. Co gorsza, istniały uzasadnione obawy, że
monarcha w ogóle straci zdolność mówienia. Elżbieta, obawiając się o zdrowie ojca, chciała nawet odwołać zaplanowaną na 25 września oficjalną
podróż do Kanady, ale Jerzy VI się na to nie zgodził. Poza tym operacja
przebiegła nadspodziewanie dobrze, a rokowania były pomyślne,
ostatecznie więc para książęca wyruszyła za ocean. Wizyta w Kanadzie,
podobnie jak podjęta przy tej okazji wizyta w Stanach Zjednoczonych,
okazały się wielkim sukcesem następczyni tronu, która doskonale
wywiązała się ze swoich obowiązków. Jak można się domyślić, w owej
podróży nie towarzyszyły jej dzieci, które znów pozostawiła pod
troskliwą opieką dziadków, można też podejrzewać, że obecność wnuków, a zwłaszcza małego Karola, wpływała kojąco na schorowanego Jerzego.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki