Rozdział I
- Królu mądrości mojej, jak ja tego nie cierpię - narzekał Czesio
Wituła. - Trup, korki i dziergany w trąbę Święty Mikołaj.
- Gdzie? - spytał z zaciekawieniem Lonia Antałowicz, zatrzymując
samochód i rozglądając się po parkingu.
- A tam. - Wituła, niechętnym ruchem głowy, jakby go uwierał kołnierzyk
zbyt ciasno zapiętej koszuli, wskazał grupkę ludzi tuż przy wejściu do
budynku. Światło jaskrawych witryn padało na zziębnięte ofiary nałogu.
Okupowali nieczynną fontannę, przytupując z zimna na mokrym od śniegu
patio, i gorączkowo palili papierosy. Wśród nich, otoczony niebieskim
dymem, stał wysoki mężczyzna przebrany za Mikołaja. Ponad nim, wysoko,
na szklanej elewacji królowało logo stacji telewizyjnej w czułych
objęciach gigantycznego świętego w czerwonym kubraku. Napompowana twarz
tryskała optymizmem. Usta rozciągnięte w jowialnym uśmiechu i figlarne
oczka zapowiadały prawdziwie świąteczny ubaw. Zbliżało się Boże
Narodzenie 2011, a z nim szczyt zakupowego szaleństwa. Handlowcy
zacierali niecierpliwe dłonie, serwery kart płatniczych rozgrzewały się
do czerwoności, a dzieci czekały na spełnienie marzeń. Niektórzy dorośli
też.
- Jakoś przeżyjemy. - Antałowicz wykrzywił usta w cierpkim uśmiechu.
Po przeciwnej stronie grupki palaczy, najbliżej wejścia, stał ambulans z czerwoną literą "S". Obok zatrzymał się szary furgon z wymalowanymi na
bokach srebrnymi wieńcami laurowymi, a tuż za nim policyjne radiowozy.
Obaj jednocześnie zatrzasnęli drzwi służbowego volkswagena. Mężczyźni
wcisnęli głowy w ramiona i garbiąc się szybko, przemierzyli podjazd.
Obaj byli wysocy i dobrze zbudowani, jak bokserzy wagi ciężkiej. Mocne
ramiona i szerokie plecy masywnych sylwetek mężczyzn emanowały siłą i skumulowaną w nich energią.
Z czasem, jaki razem spędzili, upodobnili się do siebie. Z daleka łatwo
było ich pomylić. Z bliska różnice stawały się oczywiste, również w reprezentowanych poglądach. Resztki bujnej niegdyś czupryny Wituła golił
na łyso. Wojownicy kroczący Drogą Walki nie noszą warkoczy - mawiał. W swoim mniemaniu Wituła był wojownikiem. Wojownikiem ulicy w mieście
stołecznym średniej wielkości kraju po przejściach, ale jednak
wojownikiem. Natomiast Antałowicz wciąż cieszył się obfitą fryzurą,
zapuszczone włosy spinał w ciasny węzeł na karku. Wyznawał celtyckie
przekonanie, że we włosach ukryta jest siła. Sam nigdy by się jej nie
pozbawił. Wituła niezmiennie drwił z fryzury Antałowicza: "Długie włosy
- rozum krótki". Na co ten mu odpowiadał: "Nie każda głowa łysa mądra
bywa". Zaś Wituła odparowywał: "Pieprzysz głupoty jak Kazio z Ochoty".
Wątpliwości w kwestii owłosienia głowy wciąż powracały, ale nigdy nie
stanowiły punktu zapalnego przyjacielskich stosunków. Dla obu
najważniejsza była praca.
Weszli przez ogromne szklane drzwi do obszernego westybulu. Minęli
jajowate fotele we wściekle czerwonym kolorze, ścianę rozjarzoną rzędami
monitorów, futurystyczną kanapę dla interesantów, kierując się cały czas
prosto, ku żółtym taśmom policyjnym, których strzegł umundurowany
posterunkowy. Towarzyszyło mu dwóch mocno przejętych ochroniarzy.
Załopotały okładki służbowych legitymacji, posterunkowy bez słowa
otworzył dwuskrzydłowe drzwi i przepuścił mężczyzn. Za drzwiami, w korytarzu czekał młody mężczyzna w szarym golfie. Na widok Antałowicza i Wituły wyraźnie się ożywił.
- Witaj, Krzysiu. - Antałowicz wymienił szybki uścisk dłoni z mężczyzną
w golfie. - Co dziś mamy? - spytał.
- W pomieszczeniu obok zwłoki mężczyzny. To Hubert Renkiel, lat
trzydzieści sześć, z zawodu kucharz, właściciel restauracji i... - tutaj
mężczyzna zawiesił znacząco głos - gwiazda telewizji. W trakcie
przyjęcia, którego był współorganizatorem, poczuł się źle. Nim
przyjechało pogotowie, stracił przytomność i upadł. Reanimacja się nie
powiodła. Lekarz stwierdził zgon na skutek zatrucia chemicznego. Sprawa
jest niejasna. Nie można wykluczyć udziału osób trzecich.
Antałowicz z aprobatą pokiwał głową. U swoich współpracowników cenił
przede wszystkim rzeczowość i dobrą organizację. Sam nie lubił
narzuconego porządku i w duchu cieszył się, że jego miejsce zajęli tacy
jak aspirant Krzysztof Zubik. Antałowicz stanowczo wolał swoje obecne
położenie dowódcy, które pozwalało mu pracować według własnego rytmu. Co
prawda, takie podejście do służby nie gwarantowało Antałowiczowi awansu.
Na szczęście dla śledczego - awansu nie pragnął. Stopień nadkomisarza w pełni go satysfakcjonował. Wyższa ranga oznaczałaby dla niego rutynę za
biurkiem. Obaj z Witułą śmiali się, że z ich gabarytami trudno będzie
ich zabić, ale na pewno łatwo zanudzić na śmierć.
- Z tych Renkielów? - przerwał Wituła relację aspiranta.
Młody policjant w golfie potarł z zakłopotaniem gładko wygolony
policzek.
- Nie wiem. Dowiedziałem się, że miał swój program telewizyjny, kolejny
już. A może chodziło o kolejny sezon. Uściślę to, jeśli trzeba. Aha,
podobno Renkiel wart był każdych pieniędzy, bo jeszcze większe zyski
przynosił. Może to jakiś trop.
Wituła przymknął powieki, przywołując z pamięci nazwiska i fakty.
Pokiwał z namysłem głową.
- Tak, to musi być Renkiel Junior. Jego ojciec zaczynał w latach
siedemdziesiątych od cukierni, po dziadku, na Targowej koło Różyca.
Nigdy nie zapomnę ponczowych babeczek z lukrem. Albo pączków z różą. -
Nieoczekiwanie dla wszystkich rozmarzył się Wituła. - Byłem już w liceum, gdy stary otworzył cukiernię na mieście.
- Czyli po lewej stronie Wisły? - uściślił Antałowicz.
- Przecież mówię. - Wituła wykrzywił usta w grymasie dezaprobaty. -
Chłopaki, jakiego on miał merca! Co to była za fura! - Mlasnął językiem,
jakby mówił o czymś bardzo smacznym. Ożywiony kontynuował: - Jeszcze za
komuny stary Renkiel miał nową dużą pracownię z cukiernią na Szembeku i kilka punktów handlowych: na Wiatraku, obok Latawca i gdzieś tam
jeszcze. Ludzie, na tamte czasy Renkielowie to byli potentaci.
Aspirant Zubik nabrał powietrza i czekał na odpowiedni moment, by dalej
referować aktualny stan śledztwa lub - wolał to ująć bardziej uczenie -
dotychczasowe czynności dochodzeniowe.
Nagle Wituła zasępił się. Jego twarz poszarzała i przybrała zwykły
grymas odrazy do całego świata. Może tylko bruzdy wiodące od nosa do ust
stały się głębsze niż minutę temu.
- Funta kłaków ze szczurzej grzywki to wszystko niewarte - powiedział
nieoczekiwanie i zamilkł.
Aspirant Zubik wymienił porozumiewawcze spojrzenie z Antałowiczem. Z westchnieniem podjął relację tam, gdzie ją przed chwilą przerwał.
- Miejsce zdarzenia zabezpieczono dość późno. Policję wezwał lekarz po
zaprzestaniu akcji ratunkowej. Nasza ekipa była tu pierwsza. Na sali
znajdowało się kilkanaście osób, zgromadziliśmy ich w wolnym studiu tu
obok. Chłopaki spisały dane. Usiłują teraz odsiać tych, co nic nie
widzieli, i zwolnić ich do domu. Mamy już wszystko obfotografowane.
Zatrzymałem lekarza z zespołu ratunkowego, no i jest już patolog.
- Kto? - spytał Antałowicz.
- Świetlikowska.
Na dźwięk nazwiska patologa sądowego twarz Antałowicza rozjaśnił łagodny
uśmiech.
Wituła potarł dłońmi szczecinę kiełkującą od rana na twarzy. Wyglądał,
jakby chciał odpędzić resztki snu lub nieznośnie powracające
wspomnienia.
- W takim razie prowadź, Krzysiu - wysapał.
Aspirant otworzył drzwi z napisem "Studio 1" i weszli do kolejnego
korytarza. Stąd czworo drzwi prowadziło dalej. Nacisnął klamkę
pierwszych z lewej i weszli do jasno oświetlonego pomieszczenia
przedzielonego przepierzeniem. Zza niskiej ścianki słychać było
stłumione głosy, błyskały flesze. Na wprost drzwi na fotelu siedział
mężczyzna w czerwonym uniformie ratownika medycznego. Ze skupieniem
pisał coś na cienkich arkuszach samokopiującego się formularza.
- Doktor Zwierowicz - przedstawił mężczyznę Zubik.
Lekarz podniósł zmęczony wzrok. Miał szarą, wyczerpaną twarz. Wstając,
skinął lekko głową, lecz zaraz opadł ciężko na fotel. Policjanci nazbyt
często widzieli takich lekarzy. Po przegranej bitwie o życie wszyscy
wyglądali tak samo.
- Witam. Nadkomisarze Wituła i Antałowicz - krótko przedstawił ich
Wituła i spytał: - Czy mógłby pan zrelacjonować nam przebieg zdarzeń?
Nie chcemy pana tu niepotrzebnie zatrzymywać - dodał szybko i usiadł na
sąsiednim fotelu. Antałowicz dołączył do nich, ostrożnie umieszczając
potężne ciało na brzegu filigranowego krzesła.
Lekarz przyglądał im się przez chwilę, jakby zbierał myśli.
- Wezwano nas do nieprzytomnego mężczyzny o godzinie osiemnastej zero
dziewięć - zaczął. - Byliśmy tu osiemnaście po szóstej. Gdy dotarliśmy,
mężczyzna leżał na podłodze. Ktoś podłożył mu pod głową koc. Okryto go.
Według świadków uskarżał się wcześniej na zawroty głowy i silny ból
brzucha. Zastaliśmy go w kiepskim stanie. Nie reagował na bodźce, bez
kontaktu, skóra zasiniona, silne drgawki i tachypnoe.
- Tachypnoe? Szybkie, krótkie oddechy? - wtrącił Wituła. Chciał się
upewnić, czy obaj z lekarzem tak samo rozumieją to słowo.
- Podobne do tych w zatruciu tlenkiem węgla. Ale tutaj wszystko działo
się dużo szybciej. Za szybko. Natychmiast zdecydowałem, że zabieramy go
do szpitala. - Doktor Zwierowicz mówił powoli, starannie dobierając
słowa. - W tym samym czasie nastąpiła zapaść. Rozpoczęliśmy
resuscytację. Niestety bez powodzenia. Po czterdziestu minutach
nieustannych zabiegów zaprzestaliśmy dalszych działań. O godzinie
siódmej zero jeden stwierdziłem zgon. Mówiłem już patologowi, że moją
uwagę zwrócił odór chemikaliów. W trakcie zabiegów reanimacyjnych
uwolniły się gazy żołądkowe. Miały silny, chemiczny zapach. To właściwie
wszystko. Straciliśmy go. Myślę, że i on, i my byliśmy bez szans. - Z rezygnacją opuścił głowę.
- Rozumiem. Dziękujemy bardzo. Nie będziemy pana zatrzymywać - powtórzył
Antałowicz. - Dobranoc.
- Ani dla was, ani dla nas ta noc nie będzie dobra. - Lekarz podniósł
się ociężale. Przez chwilę stał w miejscu, zbierając siły do wyjścia. -
Życzę panom po prostu spokojnej nocy.
Gdy drzwi zamknęły się za lekarzem, policjanci przeszli za
przepierzenie. Przy jednej ścianie ustawiono długi stół, nad którym
wisiała ogromna tafla lustra. Jaskrawe światło, zwielokrotnione przez
odbicie, wyłuskiwało najmniejsze szczegóły twarzy. W kącie stał
nowoczesny szezlong, na którym piętrzyły się koce i ręczniki. Na ziemi
obok leżało bezwładne ciało mężczyzny. Klęczała nad nim kobieta w białym
kombinezonie.
- Zaraz kończę, chłopaki - rzuciła przez ramię.
- Nie śmielibyśmy przeszkadzać, Jolu - zakląskał słodko Antałowicz. -
Widzieć cię przy pracy to dla nas wszechogarniająca przyjemność.
- Niech się organy ogarną. Przyjemności na razie nie będzie -
wymamrotała, szybko coś zapisując.
- Nigdy nie wiem, Jolu: czy to wrogość, czy flirt?
- To dobrze, że nie wiesz. - Obdarzyła Antałowicza szerokim uśmiechem.
Doktor Jolanta Świetlikowska należała do ulubionych współpracownic
Antałowicza. Była nie tylko kompetentna, pracowita i błyskotliwa, a do
tego miała pulchną figurę i jasną karnację blondynki, co w oczach
komisarza czyniło ją nad wyraz atrakcyjną. Mimo to trwali na etapie
flirtu. Antałowicz nigdy nie myślał o przekroczeniu dzielącej ich
cienkiej granicy. Nie chciał zepsuć idealnej równowagi, jaka panowała w relacji między nimi.
- Podejdźcie. Będę mówić - oznajmiła.
Policjanci stanęli nad zwłokami, nieco pochyleni, nieomal zderzając się
głowami.
Mężczyzna leżał na wznak. Jasne pukle włosów sklejone potem nosiły
jeszcze ślady misternego ułożenia. Sina twarz była lekko obrzmiała. W prawym uchu połyskiwał duży biały kamień. Poza tym nic szczególnego.
Czerwony mundur szefa kuchni z białymi lamówkami dopełniały eleganckie
czarne półbuty. Poły kucharskiej kurtki były rozchylone, odsłaniając
nagą klatkę piersiową. Na skórze dało się zauważyć purpurowe plamy i ciemniejące zasinienia.
- Na to nie patrzcie. To typowe obrażenia po zabiegach reanimacyjnych.
Przy masażu serca złamano mu żebro. O, tutaj. - Wskazała miejsce z lewej
strony mostka. - Z ciekawostek to chciałam pokazać gardło. - Otworzyła
usta mężczyzny, przytrzymała palcami jego język i zaświeciła latarką w głąb. - Śluzówka jest ciemnoczerwona, a tutaj głębiej nawet niebieska.
Widzicie?
- Tak - powiedział Wituła. - Oświeć mnie tylko, moja droga Jolu, w kwestii tej ultramaryny. Jeśli nie jest to złudzenie aptecznego oka, to
co to jest?
Nadkomisarz Wituła z lubością podkreślał swoje praskie pochodzenie i kiedy sobie tylko przypomniał o dziedzictwie, płynnie przechodził z ogólnopolskiej normy językowej na gwarę warszawską. W sumie brzmiało to,
jakby cytował Wiecha lub Grzesiuka.
- Myślę, że to bardzo interesujące zmiany. Do tego zasinienie powłok
skórnych - musnęła palcami czoło i policzki mężczyzny - oraz wyraźnie
chemiczny zapach z ust. - Tu pochyliła się, zbliżając nos do wciąż
rozchylonych warg denata. Jej wąskie nozdrza rozszerzyły się, wciągając
powietrze. - Daje nam to razem zatrucie nieorganicznymi związkami
chemicznymi. Stawiam na azotyny.
- Ty to umiesz postawić - zagruchał Antałowicz i obdarzył doktor
Świetlikowską znaczącym spojrzeniem.
- Szczególnie oczy w słup - odparowała Świetlikowska. - Więcej dopiero w czwartek.
- Co tak późno? - Twarz Wituły wyrażała troskę i niepokój jednocześnie.
Świetlikowska wydęła interesująco czerwone usta i zaperzona wyrzuciła z siebie:
- Nie czytaliście? Przecież u nas zwłoki leżą stosami. Przerób jak w kołchozie. Albo odwrotnie, kołchoz w przerobie.
- My nie czytaci - wymamrotał Antałowicz. - Będziemy czekać, pokornie
upraszając się łaski.
- Robię, co mogę. Anka na zwolnieniu. Szef złamał nogę. I jeszcze w prasie nas opisali, jaki to mamy bałagan. Wszędzie walają się zwłoki i tak dalej. Jakby wszystko samo się robiło i do tego za darmo. Ech,
szkoda gadać. Wyniki badań będą jeszcze później. Będziemy w kontakcie.
- Jak zawsze - przytaknął Antałowicz, wyszczerzony od ósemek do ósemek.
Wituła pochylił się i podniósł czerwoną kulkę na ukruszonej nóżce.
Uniósł ją do światła i przyjrzał się pęknięciu.
- Co to jest? - spytał.
- To guzik od bluzy - stwierdziła Świetlikowska, jakby to była
najbardziej oczywista oczywistość. - Pęknięty guzik. O, zobacz. -
Pochyliła się ponownie nad denatem i ujęła w dłoń brzeg kucharskiej
kurtki. - Oba brzegi mają dziurki do guzików, ale zamiast tradycyjnego
zapięcia stosuje się takie dwie połączone kulki. Coś jak dawne zapięcie
do bielizny pościelowej. Przekłada się to ustrojstwo przez obie dziurki
i gotowe. Dość archaiczne rozwiązanie, ale bardzo praktyczne. Do prania
guziki wyjmujesz, ubranie gotujesz i maglujesz bez trzaskających
guziczków. A takie mundurki pierze się codziennie. Przynajmniej w teorii. Kulki są ceramiczne. Gdy go ratowano, jedna musiała wypaść.
Pękła pewnie pod naciskiem buta. Mnóstwo ludzi tu dzisiaj deptało.
- Mówisz: archaiczne? - Wituła podrapał się po łysej głowie.
- Facet miał niecodzienny gust - zauważył Antałowicz.
- Wydaje mi się, że to tradycyjny strój szefa kuchni - dodała patolożka.
- Tradycjonalista - orzekł Wituła.
- Fajnie się gada, ale klienci choć się nie skarżą, to jednak ulegają
powolnemu rozkładowi, a tego wolę uniknąć. - Świetlikowska zmarszczyła
nos. - Przy tej fatalnej pogodzie na pewno mi jeszcze paru przybędzie. I to niekoniecznie dawców organów - dodała. Wychodząc, rzuciła na
pożegnanie: - Na razie, chłopaki.
Tęsknym wzrokiem odprowadzili nieuchronnie oddalające się krągłości pani
patolog. Potem wyszli na korytarz, ustępując miejsca noszowym.
- Krzysiu, chcemy zobaczyć salę, na której zasłabł nasz klient.
Wyrwany z odrętwienia aspirant Zubik wyprężył się w postawie na
baczność, a potem rzucił się w stronę dwuskrzydłowych drzwi na końcu
korytarza.
W świetle awaryjnych lamp sala emanowała niezmąconym spokojem. Ciepłe
powietrze wypełniała mieszanina aromatów maślanego ciasta i wędzonki
oraz silnie dominująca woń kopru i cebuli. Momentami śmiało przebijał
zapach ryby wymieszany z dusznym aromatem gotowanych jajek i świeżym
oddechem ogórka. Wszystkie miłe dla nosa bodźce budowały nastrój
wyuzdanej uczty kulinarnej. W półmroku, jaki tu panował, można było
dostrzec jedynie krzesła ustawione wzdłuż ścian i stoły bankietowe na
środku sali. Zubik przesunął włącznik i złociste światło zalało wnętrze.
Na stołach piętrzyły się piramidy drobnych przekąsek, z daleka
przypominające wymyślne wyroby cukiernicze. Wituła podszedł do stołu i z wyraźnym zaciekawieniem przyglądał się maleńkim rulonikom. Sąsiadowały z nimi kruche babeczki wypełnione rozetą zielonego kremu. Do nosa Wituły
doleciał subtelny zapach szpinaku z czosnkiem. Obok w karnych szeregach
leżały jeden obok drugiego malutkie udka. Wituła nie chciał się
zastanawiać, czy za życia należały do żab, czy przepiórek. Dalej stały
mikroskopijne ptysie z kremem w kolorze karmelu, niepokojąco pachnące
grzybami w śmietanie. Środek stołu okupowała trzymasztowa fregata w całości wykonana z lśniącego cukru. Stała na podwyższeniu, a wokół niej
na coraz niższych piętrach lustrzanych tafli pyszniły się żaglówki
mniejsze od łupiny orzecha. Burty zastąpiły wycięte z chleba
wrzecionowate plasterki, na których ułożono smakowite dodatki, rolę
ożaglowania pełniły listki sałat i ziół. Wituła wyciągnął dłoń po różowe
cacko nęcące aromatem suszonych pomidorów. Delikatnie dmuchnął w nadęty
listek bazylii. Malutkie arcydzieło wystarczyło tylko włożyć do ust, by
się rozkoszować idealną harmonią słodko-kwaśnego kremu i pieprznego
zioła. Z westchnieniem ostrożnie odłożył perwersyjną przekąskę.
Wituła postanowił podzielić się swoimi przemyśleniami:
- Nie mam zaufania do ludzi, którzy wolą to to od zwykłej bułki z karkówką. Czysta rozpusta.
- Zwykłej, czyli jakiej? - Wzrok Antałowicza przykuł talerzyk na brzegu
stołu. Leżały na nim dwie malutkie kanapeczki z kawiorem. Każda
ozdobiona loczkiem wyciętym z masła. Pozornie nienaruszone, nosiły
jednak ślady uszczuplenia zawartości.
- Takiej cipki. - Wituła objął krytycznym spojrzeniem nienaruszone stosy
kulek pachnących wątróbką. Wszystkie obtoczono w tłuczonych orzechach.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki