Karmazynowy brzeg - Lincoln Child, Douglas Preston

Reflow text when sidebars are open.
Lincoln Child dedykuje tę książkę córce Veronice.
Douglas Preston dedykuje tę książkę Edowi i Darii White'om.
Kiedy rozległ się dzwonek do drzwi wejściowych, Constance przerwała grę na wirginale flamandzkim i w bibliotece zapanowała przepełniona napięciem cisza. Spojrzała w stronę siedzącego przy dogasającym kominku agenta specjalnego Aloysiusa Pendergasta, który w cienkich białych rękawiczkach kartkował w skupieniu iluminowany manuskrypt; obok niego stał na wpół opróżniony kieliszek amontillado. Constance przypomniała sobie ostatni raz, gdy ktoś zadzwonił do drzwi rezydencji przy Riverside Drive 891 - zdarzało się to bowiem wyjątkowo rzadko. Wspomnienie tamtej strasznej chwili zawisło w pokoju jak miazmaty.
Na progu biblioteki pojawił się Proctor, szofer, ochroniarz i prawa ręka Pendergasta.
- Czy mam otworzyć, panie Pendergast?
- Proszę. Ale nikogo nie wpuszczaj. Dowiedz się tylko, kto to i w jakiej sprawie przyszedł, a potem zdaj mi relację.
Trzy minuty później Proctor powrócił.
- To Percival Lake. Chce zaangażować pana do prywatnego śledztwa.
Pendergast uniósł dłoń, by z miejsca odmówić, ale nagle się zawahał.
- Czy wspomniał o naturze przestępstwa?
- Odmówił wyjawienia jakichkolwiek szczegółów.
Agent specjalny pogrążył się w zamyśleniu, jego smukłe palce stukały delikatnie w złocony grzbiet manuskryptu.
- Percival Lake... To nazwisko brzmi znajomo. Constance, czy byłabyś tak dobra i sprawdziła, co o nim piszą w...? Na tej stronie, którą nazwano na cześć wielkiej liczby.
- Google?
- Tak. Wygoogluj go dla mnie, jeśli możesz.
Constance uniosła palce znad pożółkłych ze starości klawiszy z kości słoniowej, odeszła od instrumentu, otworzyła niewielki kredens i wysunęła laptop umieszczony na przesuwanym blacie. Przez chwilę stukała w klawiaturę.
- Jest rzeźbiarz o takim nazwisku, który wykonuje pomniki z granitu.
- Wiedziałem, że coś mi to mówi. - Pendergast zdjął rękawiczki i odłożył na bok. - Wpuść go.
Gdy Proctor wyszedł, Constance spojrzała na Pendergasta z dezaprobatą.
- Czy nasze finanse są aż tak uszczuplone, że musisz dorabiać na boku?
- Oczywiście, że nie. Ale prace tego człowieka, chociaż nieco staroświeckie, są stymulujące intelektualnie. O ile dobrze pamiętam, jego postacie wyłaniają się z kamienia niemal jak Przeciągający się jeniec Michała Anioła. Mogę przynajmniej go przyjąć i wysłuchać, o co mu chodzi.
Po chwili Proctor wrócił, a za nim w drzwiach biblioteki stanął niezwykły mężczyzna. Mógł mieć sześćdziesiąt pięć lat, ale tylko gęsta grzywa białych włosów zdradzała jego wiek. Był wysoki - mierzył blisko dwa metry. Miał ogorzałą od słońca, mocno pobrużdżoną, lecz przystojną twarz oraz smukłą, atletyczną sylwetkę. Nosił niebieski blezer, a do niego nowiuteńką białą bawełnianą koszulę i brązowe spodnie. Tryskał zdrowiem, emanował wigorem. Miał ogromne dłonie.
- Inspektor Pendergast? - Podszedł i ścisnął bladą dłoń gospodarza swoim wielkim łapskiem; potrząsnął nią tak mocno, że niemal przewrócił kieliszek z sherry.
Inspektor? Constance się skrzywiła. Wyglądało na to, że jej opiekun rzeczywiście ma szansę na oczekiwaną stymulację.
- Proszę usiąść, panie Lake - rzekł Pendergast.
- Dziękuję. - Lake zajął miejsce, założył nogę na nogę i odchylił się do tyłu.
- Czy mogę zaproponować coś do picia? Sherry?
- Nie odmówię.
Proctor bez słowa nalał nieduży kieliszek i postawił obok łokcia mężczyzny. Rzeźbiarz upił łyk.
- Doskonały trunek, dziękuję. I dziękuję, że zgodził się pan ze mną spotkać.
Pendergast pochylił głowę.
- Zanim opowie mi pan swoją historię, muszę poczynić sprostowanie. Obawiam się, że nie mogę pozwolić, by tytułowano mnie inspektorem. To brytyjskie określenie. Jestem jedynie agentem specjalnym FBI.
- Chyba czytam za dużo kryminałów. - Mężczyzna poruszył się na krześle. - Pozwoli pan, że przejdę do rzeczy. Mieszkam w małym nadmorskim miasteczku w północnym Massachusetts o nazwie Exmouth. To spokojna mieścina, z dala od turystycznych szlaków, niezbyt znana nawet wśród letników. Jakieś trzydzieści lat temu kupiliśmy z żoną starą latarnię morską i domek latarnika w Walden Point i od tamtej pory tam mieszkam. Okazało się, że to dla mnie idealne miejsce do pracy. Zawsze ceniłem szlachetne wina - czerwone, nie przepadam za białym - a piwnice starego domu doskonale nadawały się do tego, żeby trzymać tam dość pokaźną kolekcję. Nisko osadzona piwniczka z kamiennymi ścianami i podłogą pozwala zachować przez okrągły rok stałą temperaturę dwunastu stopni Celsjusza. W każdym razie kilka tygodni temu wybrałem się na długi weekend do Bostonu, a gdy wróciłem, zobaczyłem, że okno z tyłu jest wybite. Z domu nic nie zginęło, kiedy jednak zeszliśmy do piwnicy, okazało się, że została zupełnie ogołocona. Cała zawartość mojej piwniczki zniknęła!
- To straszne.
Constance odniosła wrażenie, że w głosie Pendergasta wychwyciła delikatną nutę pogardliwego rozbawienia.
- Proszę powiedzieć, panie Lake, czy nadal jest pan żonaty?
- Moja żona zmarła przed kilkoma laty. Obecnie mam... ee... przyjaciółkę, która ze mną mieszka.
- Czy była z panem w weekend, kiedy okradziono piwniczkę?
- Tak.
- Proszę mi opowiedzieć o swoich winach.
- Od czego zacząć? Miałem całą kolekcję roczników château léoville poyferré, począwszy od tysiąc dziewięćset pięćdziesiątego piątego roku, a także pokaźny zbiór najlepszych roczników château latour, pichon-longueville, petrus, durfort-vivens, lascombes, malescot-saint-excupéry, château palmer, talbot...
Pendergast przerwał tę wyliczankę, unosząc dłoń.
- Przepraszam - rzekł Lake, uśmiechając się z zakłopotaniem. - Kiedy schodzę na temat wina, czasami mnie ponosi.
- Tylko francuskie bordeaux?
- Nie. Ostatnio zacząłem zbierać również niektóre spośród przecudownych win włoskich, głównie brunello, amarone i barolo. Wszystko przepadło.
- Poszedł pan z tym na policję?
- Szef policji z Exmouth do niczego się nie nadaje. Prawdę mówiąc, to osioł. Jest z Bostonu i odbębnia swoje, ale nie mam wątpliwości, że nie traktuje tego poważnie. Podejrzewam, że gdyby chodziło o kolekcję piwa Bud Light, wykazałby się większym zaangażowaniem. Potrzebuję kogoś, kto znajdzie moje wino, zanim się bezpowrotnie rozpłynie albo, uchowaj Boże, zostanie wypite.
Pendergast powoli pokiwał głową.
- Ale dlaczego przychodzi pan z tym do mnie?
- Czytałem książki o pańskich dokonaniach. Te, których autorem był Smithback. William Smithback, o ile się nie mylę.
Minęła dłuższa chwila, zanim Pendergast znów się odezwał.
- Obawiam się, że te książki w dużej mierze przeinaczają fakty. Niemniej na podstawie ich lektury - akurat w tym zakresie są zgodne z prawdą - da się wywnioskować, że zajmuję się przede wszystkim ludzkimi dewiacjami, a nie skradzionym winem. Bardzo mi przykro, ale nie mogę panu pomóc.
- Cóż, miałem nadzieję, że pan się zdecyduje. Z książek wynikało, że i pan jest koneserem. - Lake wychylił się na krześle do przodu. - Agencie Pendergast, jestem w rozpaczliwym położeniu. Moja żona i ja poświęciliśmy mnóstwo czasu na zgromadzenie tej kolekcji. Każda butelka wina ma swoją historię, a przede wszystkim wiążą się z nimi wspomnienia cudownych lat, jakie przeżyłem u jej boku. W pewnym sensie odnoszę wrażenie, jakby żona ponownie umarła. Jestem gotów zapłacić panu sowite honorarium.
- Naprawdę bardzo mi przykro, że nie mogę panu pomóc. Proctor odprowadzi pana do wyjścia.
Rzeźbiarz wstał.
- Cóż, wiedziałem, że szanse na pozyskanie pańskiej współpracy są nikłe. Jestem wdzięczny, że zechciał mnie pan wysłuchać. - Jego udręczona twarz nieco się odprężyła. - Mogę przynajmniej podziękować Bogu, że złodzieje przegapili haut-braquilanges!
Zapadła cisza.
- Château haut-braquilanges? - spytał półgłosem Pendergast.
- Tak. Całą skrzynkę rocznika tysiąc dziewięćset czwartego. Mój najcenniejszy nabytek. Wino stało z boku, w kącie piwniczki, w oryginalnej drewnianej skrzynce. Ci cholerni idioci ją przegapili.
Proctor otworzył drzwi do biblioteki i czekał.
- Jak udało się panu zdobyć całą skrzynkę? Sądziłem, że żadne wina z rocznika tysiąc dziewięćset czwartego się nie zachowały.
- Wszyscy tak uważali. Zawsze uważnie wypatruję kolekcji win na sprzedaż. Zwłaszcza gdy ich właściciel umiera, a spadkobierca chce wymienić zbiory na gotówkę. Znaleźliśmy tę skrzynkę z żoną w starej kolekcji w Nowym Orleanie.
Pendergast uniósł brwi.
- W Nowym Orleanie?
- Wystawiła je na sprzedaż pewna stara francuska rodzina, która popadła w tarapaty finansowe.
Constance zauważyła, jak na twarzy Pendergasta pojawił się wyraz rozdrażnienia - a może niepokoju?
Lake odwrócił się w stronę otwartych drzwi i w tej samej chwili Pendergast wstał z fotela.
- Myślę, że jednak zajmę się pańskim małym problemem.
- Naprawdę? - Rzeźbiarz znów się odwrócił, a na jego ustach pojawił się uśmiech. - To cudownie! Jak już wspomniałem, oferuję sowite...
- Moim honorarium będzie po prostu butelka haut-braquilanges.
Lake się zawahał.
- Myślałem raczej o czymś w rodzaju umowy finansowej.
- Jedna butelka. To moje honorarium.
- Ale otwarcie skrzynki... - Lake nie dokończył; w bibliotece zapadła długa cisza. W końcu się uśmiechnął. - Czemu nie? Przecież widać, że pieniędzy panu nie brakuje. Powinienem się cieszyć, że zdecydował się pan mi pomóc. Nawet pozwolę, żeby sam wybrał pan butelkę ze skrzynki!
Uszczęśliwiony własnym gestem szczodrości rzeźbiarz wyciągnął rękę.
Pendergast ją uścisnął.
- Panie Lake, proszę przekazać swój adres i dane kontaktowe Proctorowi. Dołączę do pana w Exmouth jutro.
- Nie mogę się doczekać. Niczego nie ruszałem w piwnicy, wszystko zostawiłem tak, jak było. Oczywiście policja przeprowadziła oględziny, ale zrobili jedynie kilka zdjęć, i to, nie uwierzy pan, aparatem w komórce.
- Byłoby dobrze, gdyby znalazł pan wymówkę, by trzymać ich z daleka od tego miejsca, na wypadek gdyby wrócili.
- Gdyby wrócili? To mało prawdopodobne.
Po chwili rzeźbiarz wyszedł odprowadzony przez Proctora. Constance odwróciła się do Pendergasta. Odnalazł jej spojrzenie, a w jego srebrzystych oczach malowało się rozbawienie.
- Mogę zapytać, co robisz? - rzuciła.
- Przyjmuję prywatną sprawę.
- Skradzionego wina?
- Moja droga Constance, to przygnębiające, ale w ostatnich miesiącach w Nowym Jorku nie doszło do żadnych seryjnych morderstw. Umieram, jak to się mówi, z nudów. To idealna okazja, żeby wybrać się na małe wakacje. Tydzień lub dwa w uroczym nadmorskim miasteczku poza sezonem, a naszą amuse-bouche będzie mało znacząca sprawa, którą zajmiemy się na boku. Nie wspominając o sympatycznym kliencie.
- Nazwałabym go raczej pyszałkiem i samochwałą.
- Masz większą skłonność do mizantropii niż ja. Mnie za to, po ostatnich wydarzeniach, dobrze zrobi rześka, jesienna bryza.
Zerknęła na niego ukradkiem. To prawda, po przeżyciach minionego lata wszelka odmiana na pewno wyjdzie mu na dobre.
- Ale butelka wina w charakterze zapłaty? Jak tak dalej pójdzie, wkrótce zaczniesz przyjmować sprawy w zamian za darmowego hamburgera z byle sieciówki.
- To akurat wątpliwe. Jedynym powodem, dla którego przyjąłem tę sprawę, jest wino. W dziewiętnastym wieku Château Haut-Braquilanges wytwarzało najlepsze wina we Francji. Ich najsłynniejsze, czerwone, pochodziło z pojedynczej winnicy o powierzchni niespełna hektara; z tamtejszych zbiorów właśnie powstawały cabernet sauvignon, cabernet franc i merlot. Plantacja znajdowała się na wzgórzu niedaleko Fronsac. Niestety, podczas pierwszej wojny światowej, gdy o wzgórze toczyły się zawzięte walki, użyto tam gazu musztardowego, który na zawsze skaził glebę, a château zostało zrównane z ziemią. Wiadomo o istnieniu co najwyżej dwóch tuzinów butelek wina różnych roczników z tej winnicy. Nie pozostała jednak ani jedna z najlepszego ze wszystkich roczników, tysiąc dziewięćset czwartego. W każdym razie powszechnie uważa się, że się nie zachowały. Dlatego to niesamowite, że ten człowiek ma ich całą skrzynkę. Widziałaś, z jaką niechęcią rozważał myśl, że miałby oddać choćby jedną butelkę.
Constance wzruszyła ramionami.
- Mam nadzieję, że będziesz się dobrze bawił na urlopie.
- Nie wątpię, że będą to niezapomniane wakacje dla nas obojga.
- Dla nas? Chcesz mnie zabrać ze sobą? - Poczuła, że jej policzki zalewa rumieniec.
- W rzeczy samej. Myślę, że jesteś już gotowa na taki wyjazd, z dala od znanych ci miejsc. Powiem więcej: nalegam. Potrzebujesz wakacji podobnie jak ja, no i dobrze będzie wykorzystać okazję, żeby chociaż na jakiś czas uwolnić się od natrętnych listów, jakimi zasypuje nas administracja ogrodu botanicznego, nie uważasz?
Constance poczuła zapach morskiego powietrza, gdy tylko Pendergast wjechał klasycznym porsche roadsterem na most Metacomet - niszczejącą konstrukcję z zardzewiałych podpór i kratownic, rozciągniętą nad rozległymi słonymi trzęsawiskami. Promienie październikowego słońca odbijały się od tafli wody, gdy mknęli po estakadzie. Na drugim końcu moczarów droga biegła na krótkim odcinku przez ciemny sosnowy las, po czym znów wychodziła na otwartą przestrzeń. To właśnie tam, wzdłuż rozległego zakola, gdzie bagniste tereny spotykały się z oceanem, leżało miasteczko Exmouth. Constance tak właśnie wyobrażała sobie typową dla Nowej Anglii osadę - z jedną główną ulicą i skupiskiem niewielkich, krytych gontem domów, kilkoma kościołami i ceglanym budynkiem ratusza. Kiedy zwolnili, sunąc w dół głównej ulicy, zaczęła się z zaciekawieniem rozglądać wokoło.
Exmouth wydawało się nieco zaniedbane, lecz paradoksalnie przydawało mu to uroku: ot, typowe nadmorskie miasteczko z białymi budynkami z desek szalunkowych, nierównymi ceglanymi chodnikami, lokalnymi sklepikami i krążącymi w powietrzu mewami. Minęli stację benzynową i kilka starych przeszklonych witryn sklepowych, przydrożny bar, dom pogrzebowy, kino przerobione na księgarnię i osiemnastowieczną rezydencję kapitańską z charakterystycznym dla Nowej Anglii tarasem na dachu. Tablica informacyjna przed budynkiem głosiła, że mieści się tu Towarzystwo Historyczne oraz Muzeum Exmouth.
Kilkoro przechodniów na ulicach zatrzymało się, by na nich popatrzeć. Constance była zaskoczona swoją nienasyconą ciekawością. Choć nigdy by się do tego nie przyznała, we własnym kraju czuła się jak Marco Polo, bo mimo swego oczytania prawie w ogóle nie zaznała świata.
- Widzisz może kogoś, kto mógłby być potencjalnym złodziejem wina? - spytał Pendergast.
- Ten starszy dżentelmen w madrasowej marynarce, z fioletową muchą wygląda podejrzanie.
Pendergast zwolnił i bezceremonialnie podjechał do krawężnika.
- Zatrzymujemy się?
- Mamy czas. Spróbujmy czegoś, co, jak sądzę, jest miejscowym rarytasem - bułki z homarem.
Kiedy wysiedli, dżentelmen w madrasowej marynarce minął ich, uśmiechając się, i lekko skinąwszy głową, pomaszerował dalej.
- Zdecydowanie podejrzany - szepnęła Constance.
- Powinno się go zamknąć choćby za samo chodzenie pod muchą.
Przeszli do końca ulicy i skręcili w boczną uliczkę prowadzącą nad ocean. Chatki rybackie mieszały się tu ze sklepikami i nielicznymi restauracjami, a rząd pirsów wchodził w zatokę u ujścia terenów zalewowych. Dalej, ponad połacią falujących morskich traw, Constance dostrzegła jasną linię oceanu. Czy mogłaby mieszkać w takim miasteczku? Absolutnie nie. Ale uznała to miejsce za ciekawe i warte odwiedzenia.
Przy pirsie dla statków handlowych stał kramik oferujący owoce morza, z namalowanym wizerunkiem homara i małża, które tańczyły przed rzędem muszli grających na rozmaitych instrumentach.
- Poproszę bułkę z homarem - rzekł Pendergast, gdy podeszli do lady.
Posiłek podano bardzo szybko: potężne kawałki homara w kremowym sosie, który wylewał się z rozciętej, posmarowanej masłem bułki do hot doga na tekturowe tacki.
- Jak należy to jeść? - spytała Constance.
- Nie mam pojęcia.
Na pobliski parking zajechał dwukolorowy radiowóz i wykręcił. Zwolnił, a kierowca, potężny mężczyzna z belkami kapitana, przyglądał im się przez chwilę, po czym posłał znaczący uśmiech i pojechał dalej.
- A oto i szef policji we własnej osobie - rzekł Pendergast i wyrzucił nietkniętą bułkę z homarem do kosza na śmieci.
- Najwyraźniej coś go rozbawiło.
- Tak, i śmiem twierdzić, że wkrótce dowiemy się co.
Kiedy wrócili na główną ulicę, Constance zauważyła mandat trzepoczący się na przedniej szybie porsche. Pendergast wyjął go i obejrzał.
- Wygląda na to, że zaparkowałem na dwóch miejscach postojowych. Cóż za niedbalstwo z mojej strony.
Constance zauważyła, że Pendergast faktycznie zaparkował ukośnie, w poprzek linii oddzielających dwa miejsca parkingowe.
- Ale na całej tej ulicy praktycznie nie ma innych zaparkowanych aut.
- Prawa należy przestrzegać.
Pendergast włożył mandat do kieszeni marynarki, po czym wsiedli z Constance do samochodu. Uruchomił silnik i wyjechał na główną ulicę. W kilka chwil przemknęli przez miasteczko i znaleźli się na jego drugim końcu, gdzie sklepiki ustąpiły miejsca skromnym domkom z dachami krytymi gontem.
Droga pięła się pod górę pośród trawiastych łąk, a po jej obu stronach rosły masywne dęby. W końcu znaleźli się na wyżej położonym terenie, skąd rozciągał się widok na Atlantyk. Patrząc w stronę urwiska, Constance dostrzegła w oddali latarnię morską w Exmouth - cel ich podróży. Była pomalowana na kolor kości, miała czarny wierzchołek i odcinała się wyraźnie na tle błękitnego nieba. Obok niej widać było domek latarnika, surowy, jakby wyjęty z obrazu Andrew Wyetha.
Kiedy podjechali bliżej, Constance ujrzała również skupisko rzeźb na łące wzdłuż krawędzi urwiska - wykute z granitu, wypolerowane, nieco złowieszcze sylwetki: twarze, fragmenty ciał, mityczne potwory morskie. Było to doprawdy niezwykłe miejsce na ogród kamiennych rzeźb.
Pendergast zatrzymał porsche na wysypanym żwirem podjeździe przy domu. Kiedy wysiedli, w drzwiach pojawił się Percival Lake, po czym wyszedł na ganek.
- Witam! Wielkie nieba, naprawdę podróżuje pan z klasą! To porsche spyder pięćset pięćdziesiąt, rocznik pięćdziesiąty piąty, jeżeli się nie mylę - rzekł, schodząc po schodach.
- Prawdę mówiąc, pięćdziesiąty czwarty - odparł Pendergast. - To samochód mojej zmarłej żony. Wolę wygodniejsze auta, ale moja współpracownica, panna Greene, uparła się na ten samochód.
- Wcale nie - wtrąciła.
- Pańska współpracownica. - Constance nie spodobało się ironiczne rozbawienie, z jakim Lake uniósł brwi, gdy na nią spojrzał. - Miło mi znów panią widzieć.
Uścisnęła mu dłoń dość chłodno.
- Odwiedźmy miejsce przestępstwa - zaproponował Pendergast.
- Nie marnuje pan czasu.
- W wypadku śledztwa kryminalnego zachodzi odwrotnie proporcjonalna zależność między jakością materiałów dowodowych a czasem, jaki upłynie, zanim zostaną zbadane.
- Racja.
Lake wprowadził ich do domu. Przeszli przez frontowy hol i salonik, skąd rozciągał się urzekający widok na ocean. Stary dom był zadbany, wywietrzony i czysty, bryza znad morza wywoływała lekkie falowanie firanek. W kuchni atrakcyjna tleniona blondynka, szczupła i wysportowana, oskrobywała i kroiła marchewkę.
- To moja współpracownica Carole Hinterwasser - oznajmił Lake. - Przedstawiam ci agenta Pendergasta i Constance Greene. Przyjechali tu, żeby odnaleźć moją kolekcję wina.
Kobieta odwróciła się, ukazując w uśmiechu białe zęby, wytarła dłonie w ściereczkę i kolejno uścisnęła ręce gościom. Mogła mieć trzydzieści kilka lat.
- Przepraszam, ale robię właśnie mirepoix. Tak się cieszę, że przyjechaliście! Perce jest naprawdę zdruzgotany. Te wina wiele dla niego znaczyły, znacznie więcej niż ich wartość w gotówce.
- Z pewnością - rzekł Pendergast.
Constance zauważyła, że srebrzyste oczy agenta strzelały na wszystkie strony.
- Tędy - powiedział Lake.
Na drugim końcu kuchni znajdowały się wąskie drzwi. Gospodarz otworzył je i przekręcił włącznik światła. Ujrzeli strome, nierówne schody prowadzące w ciemność. Z piwnicy napłynęła chłodna woń żyznej wilgotnej ziemi i kamieni.
- Ostrożnie - ostrzegł. - Te schody są strome.
Zeszli do przypominającej labirynt piwnicy o kamiennych ścianach pokrytych saletrą i o kamiennym podłożu. W jednej z wnęk znajdowały się piec i podgrzewacz wody, w innej zaś pracownia z narzędziami pneumatycznymi, uszczelniaczami, workami z piaskiem, kombinezonami ochronnymi oraz sprzętem do polerowania kamieni.
Skręcili za załom korytarza i znaleźli się w największym spośród piwnicznych pomieszczeń. Jedną ze ścian zabudowano od podłoża po sklepienie prostymi drewnianymi regałami na wino. Pożółkłe, odklejające się przy rogach karteczki z oznaczeniami albo były do nich przylepione, albo walały się na podłodze pośród potłuczonych butelek; w powietrzu unosił się ciężki aromat wina.
Pendergast podniósł fragment stłuczonej butelki i odczytał napis na etykiecie.
- Château latour, rocznik sześćdziesiąty pierwszy. Włamywacze byli wyjątkowo nieostrożni.
- Narobili tu nielichego bałaganu, kretyni.
Pendergast ukląkł przed stojącym najbliżej niego regałem na wino, by mu się przyjrzeć w jasnym świetle ołówkowej latarki LED-owej.
- Proszę opowiedzieć o weekendzie, podczas którego doszło do kradzieży.
- Udaliśmy się z Carole do Bostonu. Często tam jeździmy, żeby pójść do restauracji, do filharmonii albo do muzeum - żeby naładować baterie. Wyjechaliśmy w piątek po południu i wróciliśmy w niedzielę wieczorem.
Promień światła przesuwał się to w jedną, to w drugą stronę.
- Kto wiedział o waszym wyjeździe?
- Praktycznie wszyscy w miasteczku, tak sądzę. Musieliśmy przejechać przez całe Exmouth, a jak miał pan okazję się przekonać, to nieduża mieścina. Wszyscy wiedzą, że często wypuszczamy się do Bostonu.
- Wspomniał pan, że złodzieje wybili szybę. Zakładam, że dom był zamknięty na klucz.
- Tak.
- Czy jest tu system alarmowy?
- Nie. Z perspektywy czasu wydaje mi się to głupie. Ale przestępczość jest tu praktycznie zerowa. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz w Exmouth doszło do kradzieży.
W dłoniach Pendergasta pojawiła się probówka i pęseta wyjęta z którejś z kieszonek garnituru. Pęsetą wyłuskał coś ze stojaka na wino i umieścił w probówce.
- Jaka jest historia tego domu? - spytał.
- To jeden z najstarszych budynków na północ od Salem. Jak wspomniałem, był to dom latarnika, postawiony w roku tysiąc siedemset czwartym i w późniejszych latach rozbudowywany. Moja żona i ja kupiliśmy go i nie szczędząc czasu, poddaliśmy gruntownej renowacji. Jako rzeźbiarz mogę pracować gdziekolwiek, ale stwierdziliśmy, że to doprawdy sielskie miejsce - ciche, położone z dala od uczęszczanych tras, a jednak dość blisko Bostonu. Czarujące i nieodkryte. No i miejscowy granit jest znakomity. Po drugiej stronie słonych moczarów znajduje się kamieniołom. Stąd pochodził w większości różowy granit użyty do budowy nowojorskiego Muzeum Historii Naturalnej. Cudowny materiał.
- Chciałbym, żeby kiedyś oprowadził mnie pan po swoim ogrodzie rzeźb.
- Bardzo chętnie! Zatrzymaliście się w gospodzie? Umówimy się na zwiedzanie.
Podczas gdy Lake zachwalał zalety lokalnego granitu, Constance patrzyła, jak Pendergast pełza na kolanach, brudząc garnitur, i uważnie przepatruje każdy fragment podłoża piwniczki.
- A butelki haut-braquilanges? Zakładam, że są w tamtej skrzynce w kącie?
- Tak i Bogu dzięki, że nie zwrócili na nią uwagi!
Pendergast znowu się podniósł. Na jego bladej twarzy malowała się troska. Podszedł do drewnianej skrzynki oznaczonej pieczęcią château. Wieko nie było zatrzaśnięte, podniósł je więc i zajrzał do środka. Następnie delikatnie wyjął butelkę, przytulił ją niemal tak, jakby trzymał w ramionach dziecko.
- Kto by pomyślał! - wymamrotał pod nosem.
Odłożył ją na miejsce.
Przy wtórze chrzęstu tłuczonego szkła Pendergast wrócił do pustego regału na wino. Tym razem przyjrzał się uważniej jego górnej części. Pobrał jeszcze kilka próbek, omiótł promieniem latarki sklepienie i podłogę, do której przymocowano stojaki na wino. Nagle schwycił dwa drewniane uchwyty w środkowej części regałów i szarpnął z całej siły. Z głośnym trzaskiem oderwał regał, odsłaniając znajdującą się za nim ścianę z ociosanego kamienia.
- Co, u licha...? - zaczął Lake. Pendergast zignorował go jednak i odrywał kolejne fragmenty regału na wino, aż ich oczom ukazała się cała środkowa część pokrytej zaprawą ściany. Następnie wyjął niewielki scyzoryk, wbił ostrze pomiędzy dwa kamienie i zaczął wyłuskiwać spomiędzy nich zaprawę. Ostrożnie odłożył jeden kamień na ziemię i poświecił latarką przez powstały otwór. Constance ze zdumieniem stwierdziła, że za ścianą znajduje się wnęka.
- A niech mnie diabli - mruknął Lake i wychylił się do przodu, by się lepiej przyjrzeć.
- Proszę się cofnąć - rzucił ostro Pendergast.
Agent wyjął z kieszeni garnituru parę lateksowych rękawiczek i je nałożył. Potem zdjął marynarkę i rozścieliwszy ją na brudnej podłodze, umieścił na niej kamień. Pracując nieco szybciej, lecz wciąż z dużą ostrożnością, usunął kolejny kamienny blok, a potem jeszcze jeden i wszystkie ułożył na marynarce wewnętrzną stroną do góry. Constance skrzywiła się, bo szyty na miarę angielski garnitur wydawał się nie do uratowania.
Pendergast odsłaniał stopniowo płytką niszę. Była pusta, jeśli nie liczyć łańcuchów w głębi, wkutych w górną i dolną część ściany. Zwieszały się z nich kajdany na ręce i nogi. Constance przyglądała się im z chłodną obojętnością; dawno temu odkryła podobne przedmioty na niższych piętrach piwnicy w należącej do Pendergasta rezydencji przy Riverside Drive. Jednak agent FBI był zdecydowanie bledszy niż zazwyczaj.
- Jestem zaskoczony - odezwał się Lake. - Nie miałem pojęcia...
- Bardzo proszę o ciszę - przerwała mu Constance. - Mój opiekun, to znaczy pan Pendergast, jest zajęty.
Pendergast usuwał kolejne kamienie, aż odsłonił całą wnękę. Miała około metra osiemdziesięciu wysokości, blisko metr szerokości i głębokości. Była równie stara jak dom i bez wątpienia zbudowano ją, by uwięzić w niej człowieka. Kajdany na ręce i nogi były zardzewiałe i pozostawały zamknięte, ale nie było w nich szkieletu. Wnęka, jak zauważyła Constance, wyglądała podejrzanie czysto, bez choćby odrobiny kurzu.
Pendergast ukląkł i zaglądał do każdej, nawet najmniejszej szczeliny przy użyciu szkła powiększającego, cały czas trzymając w gotowości pęsetę i kilka probówek. Constance obserwowała go przez kolejnych dziesięć minut, aż w końcu agent - nie znalazłszy zbyt wiele - skupił uwagę na podłożu przy wejściu do niszy. Znów długo i żmudnie badał powierzchnię. Lake, który przyglądał się temu wszystkiemu, wyraźnie miał coraz większy problem z zachowaniem milczenia.
- Ach! - rzucił nagle Pendergast.
Podniósł się, trzymając pęsetą coś, co przypominało niewielką kość. Obejrzał ją, przykładając lupę do oka. Następnie opadł na kolana przed kamieniami, które usunął ze ściany, i przyjrzał im się z uwagą przez szkło powiększające w świetle latarki ołówkowej.
A potem uniósł wzrok i spojrzał srebrzystymi oczami na Constance.
- O co chodzi? - spytała.
- Koniec wakacji.
- Co chcesz przez to powiedzieć?
- To coś więcej niż zwyczajna kradzież wina. Sprawa jest o wiele poważniejsza i bardziej niebezpieczna. Nie możesz tu zostać. Musisz wrócić do rezydencji przy Riverside Drive.
Constance spojrzała na pokrytą kurzem twarz Pendergasta. Po chwili odparła:
- Zbyt niebezpieczne? Dla mnie? Aloysiusie, chyba zapomniałeś, z kim rozmawiasz.
- Bynajmniej.
- Wobec tego może zechcesz mi to wyjaśnić.
- Tak też zrobię. - Wrzucił maleńką kostkę do szklanej probówki, zatkał otwór korkiem i jej podał. - Weź to.
Wzięła od niego probówkę i lupę.
- To dalszy człon ludzkiego lewego palca wskazującego. Na pewno zauważysz, że czubek kości jest ukruszony, porysowany i popękany. Stało się to perimortem - w chwili śmierci.
Oddała mu probówkę.
- Widzę.
- Przyjrzyjmy się teraz kamieniom ze ściany. - Wykonał zamaszysty ruch latarką ołówkową. - Poukładałem je na swojej marynarce w takiej kolejności, w jakiej rozmieszczono je in situ, tak by były do nas odwrócone wewnętrzną stroną. Zauważ te głębokie żłobienia, rysy i rozbryźnięte ślady ciemnej substancji. - Używał latarki zamiast wskaźnika. - Co ci to mówi?
Constance spodziewała się, że zada jej takie pytanie.
- Że wiele lat temu ktoś został żywcem wtrącony do tej wnęki, zakuty w kajdany i zamurowany, próbował jednak walczyć i utorować sobie drogę na zewnątrz.
Na twarzy Pendergasta pojawił się chłodny uśmiech.
- Doskonale.
- To okropne - odezwał się Lake z wyrazem nieskrywanego szoku. - Po prostu okropne. Nie miałem pojęcia! Ale... skąd pan wiedział, że tu jest wnęka?
- Złodzieje nie zabrali haut-braquilanges. To stanowiło dla mnie pierwszy trop. Każdy, kto zadał sobie tyle trudu, żeby skraść zawartość piwniczki z winem, musiał słyszeć o tym legendarnym roczniku. No i prawdziwy koneser nie byłby tak nierozważny, by stłuc wielką butelkę château latour rocznik sześćdziesiąty pierwszy - Pendergast wskazał rozbite szkło na podłodze - która jest warta co najmniej piętnaście tysięcy dolarów. Dlatego od początku wiedziałem, że chociaż mamy do czynienia ze złodziejami, prawie na pewno nie byli to złodzieje wina. O nie, oni przyszli tu, żeby zabrać coś, co miało - przynajmniej dla nich - znacznie większą wartość. Rzecz jasna skłoniło mnie to do tego, by zajrzeć za stojaki na wino, gdzie dostrzegłem ślady niedawnej aktywności, co z kolei doprowadziło mnie do odnalezienia tej wnęki.
Lake z przejęciem zajrzał do odkrytej niszy.
- I naprawdę uważa pan, że był tu zamurowany człowiek?
- Tak.
- A kradzież została zaaranżowana w celu... usunięcia szkieletu?
- Bez wątpienia. - Pendergast postukał w trzymaną przez Constance probówkę z fragmentem kości paliczka.
- Dobry Boże.
- Z całą pewnością zamurowano tu kogoś w odległej przeszłości. A jednak ludzie, którzy zabrali stąd szkielet, musieli wiedzieć o tej zbrodni i albo pragnęli ją zatuszować, albo zabrać coś, co znajdowało się w niszy, albo jedno i drugie. Zadali sobie wiele trudu, żeby ukryć ślady swoich poczynań. Tym gorzej dla nich, że przeoczyli tę kość. Najpewniej okaże się bardzo pomocna w uzyskaniu niezbędnych odpowiedzi.
- A dlaczego mówiłeś o niebezpieczeństwie? - spytała Constance.
- Moja droga! Ta zbrodnia jest dziełem miejscowej ludności lub przynajmniej kogoś, kto jest związany z tym miasteczkiem. Jestem pewien, że ci ludzie wiedzieli także o czymś, co zostało tu zamurowane wraz ze szkieletem. Przypuszczalnie było to coś naprawdę wielkiej wartości. Ponieważ musieli przesunąć stojaki z winem i nie byli w stanie zatuszować swojej obecności, zainscenizowali kradzież, żeby zamaskować te poczynania.
- Oni? - spytał Lake. - Było ich kilku?
- To tylko przypuszczenia. Te działania wymagały sporego wysiłku.
- Wciąż nie odniosłeś się do kwestii zagrożenia - wtrąciła Constance.
- Zagrożenie wynika z faktu, że zamierzam przeprowadzić śledztwo w tej sprawie. Ktokolwiek to zrobił, na pewno nie będzie zadowolony. I poczyni niezbędne kroki, żeby się obronić.
- A czy twoim zdaniem ja jestem bezbronna?
Cisza przedłużała się, dopóki Constance nie zrozumiała, że Pendergast nie zamierza odpowiedzieć na pytanie.
- Prawdziwe niebezpieczeństwo - rzekła półgłosem - grozi jedynie przestępcom, którzy popełnią błąd i spróbują się z tobą zmierzyć. Bo wtedy będą mieli do czynienia ze mną.
Pendergast pokręcił głową.
- Szczerze mówiąc, tego obawiam się najbardziej. - Przerwał i zamyślił się przez chwilę. - Jeżeli pozwolę, żebyś tu została, będziesz musiała trzymać się w ryzach.
Constance zignorowała jego aluzję.
- Jestem pewna, że mogłabym ci się przydać, zwłaszcza gdy chodzi o aspekty historyczne, ponieważ ewidentnie mamy tu do czynienia ze zdarzeniami o charakterze historycznym.
- Owszem, twoja pomoc może się okazać nieodzowna. Proszę jednak, nie podejmuj żadnych działań na własną rękę. Wystarczy, że zrobiła to Corrie.
- Na szczęście nie jestem Corrie Swanson.
W pomieszczeniu zapadła cisza. - No cóż - powiedział w końcu Lake. - Opuśćmy tę wilgotną piwnicę, napijmy się, obejrzyjmy zachód słońca i porozmawiajmy o tym, co się teraz wydarzy. Muszę przyznać, że jestem kompletnie zaskoczony tym odkryciem. To dość makabryczny, chociaż na swój sposób fascynujący zwrot akcji.
- Fascynujący, tak - zwrócił się do niego Pendergast. - Ale przez to niebezpieczny. Niech pan o tym nie zapomina, panie Lake.
Usiedli na ganku, skąd rozciągał się widok na ocean, a zachodzące za nimi słońce barwiło chmury na wschodnim horyzoncie odcieniami fioletu, pomarańczu i szkarłatu. Lake otworzył butelkę veuve clicquot.
Pendergast przyjął kieliszek.
- Panie Lake, chciałbym zadać jeszcze kilka pytań, jeżeli nie ma pan nic przeciw temu.
- Przeciw temu nie, ale przeciwko zwracaniu się do mnie per "panie Lake" owszem. Proszę mi mówić Perce.
- Pochodzę z Południa. Byłbym zobowiązany, gdyby uczynił pan mi tę grzeczność i pozwolił, żebyśmy odnosili się do siebie nawzajem w sposób formalny.
Lake wywrócił oczami.
- No dobrze, skoro pan tak chce.
- Dziękuję. Kilkakrotnie wspomniał pan, że tutejsza policja nie jest skora do pomocy. Co udało im się ustalić do tej pory w związku z tą sprawą?
- Kompletnie nic! Mamy w miasteczku zaledwie dwóch gliniarzy. Komendanta policji i młodego sierżanta. Przyjechali, pokręcili się tu i tam przez piętnaście minut, zrobili kilka zdjęć i to wszystko. Żadnego zdejmowania odcisków palców, zupełnie nic.
- Proszę mi o nich opowiedzieć.
- Komendant Mourdock to mięśniak, tępy jak krawężnik granitowy. W gruncie rzeczy od czasu przenosin z komendy w Bostonie jest tu na wakacjach. Leniwa łajza, zwłaszcza teraz, gdy do przejścia na emeryturę zostało mu zaledwie pół roku.
- A co z jego zastępcą? Tym sierżantem?
- Gavinem? Jest znacznie bystrzejszy niż jego szef. Wydaje się porządnym facetem, ale komendant trzyma go na krótkiej smyczy. - Lake się zawahał.
Constance zwróciła na to uwagę.
- Komendant wie, że tu jesteśmy, prawda?
- Cóż, któregoś dnia puściły mi nerwy. Mourdock mnie zirytował. Powiedziałem mu, że zamierzam wynająć prywatnego detektywa.
- Jak zareagował? - spytał Pendergast.
- Przechwałkami i pogróżkami.
- Jakiego rodzaju?
- Powiedział, że jeśli jakiś prywatny łaps postawi nogę w jego mieście, z miejsca go aresztuje. Oczywiście wątpię, żeby coś takiego zrobił. Ale z pewnością będzie sprawiał problemy. Przepraszam, powinienem był trzymać język za zębami.
- I tak pan właśnie zrobi, zwłaszcza jeżeli chodzi o dzisiejsze odkrycie.
- Będę milczał jak grób, obiecuję.
Pendergast upił łyk szampana.
- Zmieniając temat, co pan wie o historii tego domu i jego mieszkańców?
- Niewiele. Do lat trzydziestych dwudziestego wieku był to dom latarnika, później latarnię zautomatyzowano. Dom zaczął popadać w ruinę. Kiedy go kupiłem, praktycznie cały się sypał.
- A latarnia? Czy nadal działa?
- O tak. Włącza się o zmierzchu. Oczywiście nie jest już potrzebna, ale wszystkie latarnie morskie wzdłuż wybrzeża Nowej Anglii nadal działają, myślę, że zachowano je z powodów sentymentalnych. Nie jestem właścicielem latarni, stanowi ona własność Amerykańskiej Straży Wybrzeża i fundacji American Lighthouse, która zajmuje się jej utrzymaniem. Latarnia jest wyposażona w soczewki Fresnela czwartego rzędu błyskające białym światłem w odstępach dziewięciosekundowych. Towarzystwo Historyczne powinno mieć listę wszystkich latarników.
Pendergast spojrzał na Constance.
- To twoje pierwsze zadanie: dowiedz się, kto był latarnikiem, kiedy w piwnicy tego domu doszło do tej ohydnej zbrodni. Ja zajmę się analizą kości paliczka i podam ci datę.
Constance pokiwała głową.
Pendergast znów przeniósł wzrok na Lake'a.
- A historia miasteczka? Czy jest coś, co mogłoby chociaż trochę przybliżyć nas do tajemnicy krypty w podziemiach?
Lake pokręcił głową, przeczesując białe włosy wielką, poprzecinaną żyłami dłonią. Constance zauważyła, że ma masywne ramiona - zapewne dlatego, że zajmował się rzeźbieniem w kamieniu.
- Exmouth to bardzo stara rybacka i wielorybnicza osada założona na początku osiemnastego wieku. Nie jestem pewien, co za geniusz postanowił usytuować ją na słonych moczarach, ale to nie był najlepszy pomysł. Cały ten obszar jest wylęgarnią gzów. Chociaż przez dziesięciolecia połowy się tu opłacały, Exmouth nigdy nie zyskało miana popularnego letniego kurortu, jak Rockport czy Marblehead.
- Gzy? - spytał Pendergast. - To rodzaj gryzącej muchy?
- Najgorszego gatunku. Tabanus nigrovittatus. Naturalnie w przypadku tego gatunku tylko samice kąsają i piją krew.
- Naturalnie - wtrąciła Constance. - Tylko samice zajmują się poważną robotą.
Lake się zaśmiał.
- Auć!
- Czy miasteczko ma jakąś mroczną historię? Legendy, pogłoski, morderstwa, spiski?
Lake machnął ręką.
- Pogłoski.
- Jakie konkretnie?
- Takie, jakich można by się spodziewać, biorąc pod uwagę, że na południe stąd leży Salem. Opowieści o tym, jak to niedaleko stąd w ostatniej dekadzie siedemnastego wieku osiadła grupa czarownic usiłujących zbiec przed prześladowaniami i procesami. Oczywiście to bzdury. W gruncie rzeczy stanowimy pozostałość dawnej nowoangielskiej osady rybackiej. Aczkolwiek w zachodniej części miasteczka - zwanej Dill Town, Osadą Dilla, choć w latach czterdziestych włączono ją do Exmouth - zdarzają się czasem drobne przestępstwa. Można by rzec, że to ta gorsza część miasta.
Lake upił spory łyk szampana.
- Muszę przyznać, że odkrycie izby tortur w mojej piwnicy to dla mnie szok. Aż nie mogę w to uwierzyć. To jak scena wyjęta z upiornego opowiadania Edgara Allana Poego Beczka Amontillado. - Przerwał i spojrzał na Pendergasta. - Twierdzi pan, że w środku było coś cennego? Może skarb piratów? Szkielet strzegący skrzyni ze złotem?
- Za wcześnie, żeby o tym spekulować.
Lake odwrócił się do Constance.
- A co pani o tym myśli? Jakieś podejrzenia? - spytał z błyskiem w oku.
Constance przeniosła na niego wzrok.
- Nie. Ale przychodzi mi na myśl pewien cytat.
- Jaki?
- Na miłość boską, Montresorze!
Pendergast spojrzał na nią gniewnie, a potem zwrócił się do Lake'a, którego przepełniona zdumieniem twarz wyraźnie pobladła.
- Musi pan wybaczyć mojej współpracownicy - rzekł. - Ma dość ostre poczucie humoru.
Constance dokładnie wygładziła przód swojej sukni.
Pendergast wjechał porsche roadsterem - z opuszczonym dachem, aby nacieszyć się porannym słońcem - na parking przy Main Street.
- Samochody wciąż stanowią dla mnie pewną nowość - powiedziała Constance, wysiadając. - Ale nawet ja potrafię stwierdzić, że zaparkowałeś w niewłaściwy sposób. Znów przekroczyłeś linię.
Pendergast tylko się uśmiechnął.
- Chodźmy na zakupy.
- Nie mówisz poważnie.
- Constance, jedna z podstawowych zasad, jakie musisz sobie przyswoić, kiedy uczestniczysz ze mną w dochodzeniu, jest taka, że nie możesz kwestionować każdej najmniejszej błahostki. A teraz do rzeczy... Zauważyłem na wystawie tamtego sklepiku śliczne hawajskie koszule, co więcej, są na wyprzedaży!
Weszła z nim do sklepu i udawała, że patrzy na śnieżnobiałe stroje tenisowe, podczas gdy on zajął się oglądaniem hawajskich koszul i wybrał kilka na chybił trafił. Usłyszała, jak gawędzi ze sprzedawczynią, pytając, czy kiedykolwiek miała problemy ze złodziejami sklepowymi i czy kamera monitoringu, wyraźnie widoczna na witrynie, naprawdę jest niezbędna. Zmarszczyła brwi, gdy usłyszała, jak sprzedawczyni nabija na kasę zakupione przez niego rzeczy. Uznała, że próbował zrobić rozpoznanie w Exmouth, ale wydawało jej się ono bardzo przypadkowe i bardzo niezorganizowane, biorąc pod uwagę, że mieli dużo pilniejszych spraw do gruntownego zbadania. Jak choćby lista latarników oczekująca na nią w archiwach Towarzystwa Historycznego i datowanie kości paliczka izotopem węgla C-14.
Gdy ponownie wyszli na ulicę, Pendergast trzymał w dłoni torbę z zakupami. Przystanął w drzwiach sklepu i spojrzał na zegarek.
- Ile dokładnie sztuk tego pożal się Boże przyodziewku nabyłeś? - spytała Constance, spoglądając na pękatą torbę.
- Nie liczyłem. Postójmy tu przez chwilę.
Popatrzyła na niego. Może tylko jej się zdawało, niemniej odniosła wrażenie, że dostrzegła na jego twarzy wyraz wyczekiwania.
I wtedy zobaczyła dwukolorowy radiowóz sunący powoli wzdłuż Main Street.
Pendergast ponownie spojrzał na zegarek.
- Mieszkańcy Nowej Anglii są cudownie punktualni.
Radiowóz zwolnił i podjechał do krawężnika. Wysiadł z niego policjant - komendant, którego widzieli wczoraj. Constance nie była specjalistką od dwudziestowiecznych wzorców męskości, ale ten osobnik wyglądał jak przebrzmiała uczelniana gwiazda futbolu - włosy ostrzyżone na jeża, gruby kark i kanciasta szczęka osadzone na masywnym, zwalistym cielsku. Podciągnąwszy pobrzękujący pas służbowy, wyjął gruby plik blankietów i zaczął wypisywać mandat.
Pendergast podszedł do niego.
- Mógłbym się dowiedzieć, w czym problem?
Policjant się odwrócił, a mięsiste usta wykrzywiły się w uśmiechu.
- Ciężko przyswajamy, prawda?
- Co chce pan przez to powiedzieć?
- Znów zaparkował pan nieprzepisowo. Przekroczył pan linię. Wygląda na to, że jeden mandat nie wystarczył.
Pendergast wyjął poprzedni mandat.
- Ma pan na myśli to?
- Zgadza się.
Pendergast pieczołowicie rozerwał mandat na pół i wsadził obie części z powrotem do kieszeni.
Komendant zmarszczył brwi.
- No pięknie.
Constance skrzywiła się, słysząc ciężki południowobostoński akcent. Czy w języku angielskim istniał akcent, który brzmiał bardziej nieprzyjemnie? Pendergast znów był sobą i zachowywał się prowokacyjnie; zaczęła rozumieć, dlaczego wydawał się taki podekscytowany. To mogła być miła zabawa. We właściwym momencie wyjmie swoją legitymację agenta FBI i pokaże temu paskudnemu gliniarzowi, gdzie jest jego miejsce.
Policjant skończył wypisywać mandat i wsunął go pod pióro wycieraczki.
- Proszę bardzo - uśmiechnął się. - Jeszcze jeden do podarcia.
- Nie omieszkam. - Pendergast sięgnął po karteczkę, rozdarł ją na dwie części i wsunął do kieszeni, którą delikatnie poklepał.
- Może pan je drzeć całymi dniami, ale to nie sprawi, że znikną. - Komendant wychylił się do przodu. - Dam panu drobną darmową radę. Nie lubimy, gdy jakiś przemądrzały prywatny łaps zjeżdża do naszego miasteczka i wtyka nos w nasze dochodzenia. Proszę więc mieć się na baczności.
- Owszem, działam jako prywatny śledczy - odparł Pendergast. - Wypraszam sobie jednak, żeby używał pan wobec mnie określenia "łaps".
- Bardzo przepraszam, że nazwałem pana łapsem.
- Skradziono kolekcję wina wartą kilkaset tysięcy dolarów - rzekł Pendergast, a jego głos nabrał napuszonego tonu. - To zabór mienia znacznej wartości. Skoro policja nie chce lub nie potrafi doprowadzić do rozwiązania tej sprawy, trudno się dziwić, że zostałem tu wezwany.
Komendant zmarszczył brwi. Dzień nie był upalny, jednak na jego tłustym czole zaczęły się pojawiać kropelki potu.
- W porządku. Wie pan co? Zamierzam obserwować wszystkie pańskie poczynania. Wystarczy, że o centymetr, o włos przekroczy pan granicę, a wyekspediuję pana z tego miasta, ani się pan obejrzy. Rozumiemy się?
- Oczywiście. A podczas gdy ja będę się zajmował sprawą zaboru mienia znacznej wartości, pan może dalej chronić miasto przed plagą złego parkowania.
- Prawdziwy z pana komik.
- To było spostrzeżenie, a nie żarcik.
- Wobec tego ujmę to tak: gdy następnym razem zaparkuje pan w niedozwolony sposób, przekraczając wyznaczoną linię, odholuję pański wóz. - Przesunął grubymi paluchami po karoserii porsche. - A teraz proszę zaparkować jak należy.
- Teraz?
Gliniarz oddychał z coraz większym trudem.
- Teraz - wycedził.
Pendergast wsiadł, uruchomił samochód i wycofał, ale trochę za szybko się zatrzymał i tylny zderzak znalazł się na linii. Wysiadł.
- I już.
Policjant spojrzał na niego.
- Wciąż przekracza pan wyznaczoną linię.
Pendergast spojrzał na porsche z przesadnym skupieniem, na zderzak, po czym na linię na asfalcie i zmarszczył brwi.
- Znajduje się dokładnie na linii, nie przekracza jej. Poza tym proszę spojrzeć na te wszystkie miejsca parkingowe przy ulicy. Kogo to obchodzi?
Oddech gliniarza przeszedł w świst.
- Ty mały chujku, myślisz, że jesteś zabawny?
- Najpierw nazywa mnie pan łapsem. Teraz małym chujkiem. Nie mogę się nadziwić kwiecistości pańskiej wymowy. Najwyraźniej zapomina pan, że znajduje się w obecności damy. Może matka powinna była częściej smarować pańskie złote usta mydłem.
Constance widywała już wcześniej, jak Pendergast celowo prowokował ludzi, nigdy jednak nie robił tego tak bezceremonialnie. Zastanawiała się, dlaczego rozpoczął śledztwo od pójścia na wojnę z tutejszym komendantem policji.
Mężczyzna postąpił krok naprzód.
- No dobrze. Dość tego. Chcę, żeby opuścił pan to miasto. I to natychmiast. Wskakujcie do tego pedalskiego autka i żebym was tu więcej nie widział, ani ciebie, ani tej twojej przyjaciółeczki.
- Albo?
- Albo aresztuję cię za nagabywanie i zakłócanie spokoju.
W nietypowy jak na niego sposób Pendergast zaśmiał się w głos.
- Nie, dziękuję. Zamierzam zostać tu tak długo, jak mi się spodoba. Prawdę mówiąc, nie mogę się doczekać, żeby dziś wieczorem obejrzeć w gospodzie mecz bejsbola, podczas którego drużyna New York Yankees bez wątpienia raz na zawsze wtrąci Red Soxów z powrotem do rynsztoka, skąd próbowali wypełznąć podczas rozgrywek o mistrzostwo American League.
Zapadła długa, pełna napięcia cisza. Wreszcie policjant ze spokojem i namaszczeniem sięgnął do pasa i wyjął ze skórzanego futerału parę kajdanek.
- Proszę wyciągnąć ręce do tyłu i się odwrócić.
Pendergast skwapliwie wykonał polecenie. Komendant zakuł go w kajdanki.
- Zapraszam pana do radiowozu. - Delikatnym szturchnięciem popchnął Pendergasta w stronę samochodu patrolowego. Constance czekała, aż Pendergast coś powie i wyjmie legitymację. Ale nic takiego się nie stało.
- Chwileczkę - rzekła półgłosem pod adresem oddalającego się policjanta.
Zatrzymał się i odwrócił. Spojrzała mu w oczy.
- Jeżeli pan to zrobi, skończy pan jako najżałośniejszy człowiek w całym Massachusetts.
Wytrzeszczył oczy w wyrazie udawanego strachu.
- Grozi mi pani?
- Constance? - rzucił Pendergast, a jego głos, choć pogodny, zawierał ostrzegawczą nutę.
Nie odrywała wzroku od komendanta.
- Nie grożę panu. Przewiduję jedynie, że czeka pana smutna i upokarzająca przyszłość.
- A niby kto miałby do tego doprowadzić? Pani?
- Constance... - powtórzył Pendergast, tym razem nieco głośniej.
Z olbrzymim trudem pohamowała cisnącą się jej na usta odpowiedź i spróbowała zagłuszyć dudnienie krwi w uszach.
- Suka - wycedził gliniarz.
Odwrócił się i poprowadził Pendergasta do radiowozu. Agent FBI szedł potulnie, po czym komendant otworzył tylne drzwiczki, osłonił dłonią głowę Pendergasta i wepchnął go do środka.
- Przywieź na posterunek książeczkę czekową - powiedział Pendergast do Constance, nie bez trudu sięgając do kieszeni i rzucając jej kluczyki do samochodu - żebyś mogła wpłacić kaucję.
Constance patrzyła, jak radiowóz rusza od krawężnika i z piskiem opon mknie Main Street, przekraczając dozwoloną prędkość. Przez tych parę chwil gorączkowo starała się spowolnić oddech i czekała, aż rozwieje się czerwona mgła, która przesłoniła jej wzrok. Dopiero gdy wóz patrolowy zniknął jej z oczu, rozpływając się w oddali, przypomniała sobie, że przecież porsche nie ma kto prowadzić.
Posterunek w Exmouth mieścił się w staroświeckim ceglanym budynku na drugim końcu miasta.
- Proszę się upewnić, że samochód jest zaparkowany w obrębie linii - poleciła Constance młodemu mężczyźnie, którego zwerbowała do poprowadzenia porsche. Chłopak gapił się na roadstera, kiedy zastanawiała się, co zrobić, więc w końcu zaproponowała mu, żeby poprowadził. Skwapliwie na to przystał. Dopiero gdy zasiadł za kierownicą, poczuła, że cuchnie rybami.
Zaparkował i zaciągnął hamulec ręczny.
- Wow - powiedział. - Nie do wiary. Ale jazda. - Spojrzał na nią. - Skąd masz taką brykę?
- Nie jest moja. Bardzo dziękuję, że zachował się pan jak dżentelmen. Jest pan już wolny.
Zawahał się, a ona wyczuła, że dopiero teraz uważniej się jej przyjrzał. Otaksował ją wzrokiem od stóp do głów. Był krzepkim mężczyzną, w typie prostodusznego i pracowitego robociarza, na lewej dłoni miał obrączkę ślubną.
- Posłuchaj, gdybyś była później wolna...
- Nie będę i pan też nie jest - odparła, wyłuskując z jego ręki kluczyki.
Wysiadła i ruszyła w stronę posterunku policji. Mężczyzna pozostał na parkingu i odprowadził ją wzrokiem.
Weszła do zaskakująco nieskazitelnej poczekalni, gdzie królowały portrety gubernatora i wicegubernatora, w rogu stał ozdobiony złotymi frędzlami amerykański sztandar, a na ścianach pokrytych drewnianą boazerią wisiały rozmaite dyplomy, tablice pamiątkowe i pochwały. Za biurkiem siedziała drobna kobieta, która odbierała telefony i usiłowała sprawiać wrażenie bardzo zapracowanej. Zza jej pleców przez otwarte drzwi dochodziły dźwięki teleturnieju telewizyjnego.
- W czym mogę pomóc? - spytała kobieta.
- Przychodzę, żeby, jak to się mówi, wpłacić kaucję za pana Pendergasta.
Kobieta spojrzała na nią z zaciekawieniem.
- Jego sprawa jest w toku. Proszę usiąść. Jak pani godność?
- Constance Greene. - Zajęła miejsce i wygładziła długą suknię.
Z jednego z pokoi na tyłach wyszedł młody policjant i zatrzymał się, aby się jej przyjrzeć. Constance odwzajemniła jego spojrzenie. Czy z tym miasteczkiem było coś nie tak, czy to ona była dziwna? Mężczyzna był śniady, wyglądał na Włocha i miał zamyślony wyraz twarzy. Odniosła wrażenie, że się zarumienił, gdy na niego popatrzyła, po czym odwrócił wzrok, podał kobiecie w recepcji kartkę papieru, zamienił kilka słów i zwrócił się do niej:
- Pani w sprawie Pendergasta?
- Tak.
Zawahanie.
- To może potrwać kilka godzin.
Czemu, u licha, jeszcze się nie ujawnił?
- Zaczekam.
Policjant odszedł. Constance stwierdziła, że kobieta w recepcji także patrzy na nią dziwnym wzrokiem. Sprawiała wrażenie, jakby chciała o czymś porozmawiać. Constance, która normalnie zamknęłaby się w sobie, tak jak zamyka się komuś drzwi przed nosem, przypomniała sobie, że ma prowadzić śledztwo, i doszła do wniosku, że oto nadarza się dogodna okazja, aby je rozpocząć. Posłała kobiecie uśmiech, który, miała nadzieję, wyda się jej przyjazny.
- Skąd pani jest? - spytała kobieta.
- Z Nowego Jorku.
- Nie wiedziałam, że w Nowym Jorku mieszkają amisze.
Constance spojrzała na nią.
- Nie jesteśmy amiszami.
- Och, bardzo przepraszam! Tak sobie pomyślałam... Mężczyzna w czarnym garniturze, a pani w długiej sukni... - urwała. - Mam nadzieję, że pani nie uraziłam.
- Ani trochę. - Constance przyjrzała się uważniej kobiecie w recepcji. Miała około pięćdziesięciu lat. Zachłanne spojrzenie zdawało się świadczyć o znudzeniu rutyną i zamiłowaniu do plotek. To był ktoś, kto z pewnością wiedział o wszystkim, co działo się w miasteczku. - Po prostu jesteśmy staroświeccy - odparła, siląc się na kolejny uśmiech.
- Przyjechaliście na wakacje?
- Nie. Prowadzimy dochodzenie w sprawie kradzieży wina z piwniczki Percivala Lake'a.
Cisza.
- Ten mężczyzna w czarnym garniturze jest prywatnym detektywem?
- W pewnym sensie. Jestem jego asystentką.
Kobieta zaczęła się denerwować.
- Proszę, proszę - powiedziała, przekładając papiery na biurku z miejsca na miejsce i znów sprawiając wrażenie ciężko zapracowanej.
Może nie powinna była tak szybko ujawniać celu ich przybycia do miasteczka. Postanowiła spróbować czegoś innego.
- Jak długo pani tu pracuje?
- Dwadzieścia sześć lat.
- I lubi pani tę pracę?
- To miłe miasteczko. Przyjazne.
- Czy dochodzi tu do wielu przestępstw?
- Ależ skąd. Prawie wcale. Do ostatniego morderstwa w tej okolicy doszło w tysiąc dziewięćset siedemdziesiątym ósmym roku.
- A inne przestępstwa?
- To co zwykle. Głównie chuligańskie wybryki nastolatków. Wandalizm, kradzieże w sklepach, picie alkoholu przez nieletnich, i to w sumie tyle.
- A zatem aresztowanie kogoś za nagabywanie i zakłócanie spokoju to coś niezwykłego?
Kobieta nerwowym gestem poprawiła włosy.
- Nie potrafię powiedzieć. Przepraszam, jestem zajęta, muszę wracać do pracy. - Znów skupiła się na papierkowej robocie.
Constance poczuła się rozgoryczona. Jak, u licha, Pendergast to robił? Będzie musiała dokładniej przyjrzeć się jego metodom działania.
Było późne popołudnie, gdy młody policjant wrócił i wręczył kolejny plik papierów kobiecie w recepcji.
- Panna Greene? - odezwała się kobieta.
Constance wstała.
- Ustalono wysokość kaucji. Pięćset dolarów.
Kiedy Constance wypełniała czek, kobieta wyjaśniła zasady zwolnienia i podsunęła w jej stronę dokumenty do podpisania.
- To nie potrwa długo - obiecała kobieta.
I faktycznie: pięć minut później Pendergast pojawił się w drzwiach i wydawał się mieć zaskakująco dobry nastrój. Torba z hawajskimi koszulami zniknęła.
- Doskonale, naprawdę doskonale - powiedział. - Chodźmy.
Constance nie odezwała się ani słowem, gdy szli do samochodu.
- Jak tu przyjechałaś? - spytał Pendergast, widząc stojące przy ulicy porsche.
Wyjaśniła mu.
Pendergast zmarszczył brwi.
- Musisz zapamiętać, że w tej mieścinie skrywają się niebezpieczne indywidua.
- Uwierz mi, on nie był jednym z nich.
Gdy wsiedli do samochodu, Constance poczuła narastające rozdrażnienie. Pendergast wyciągnął rękę po kluczyki, ale mu ich nie podała.
- Aloysiusie?
- Tak?
- Co ty wyprawiasz, na miłość boską?
- O co ci chodzi?
- Celowo sprowokowałeś komendanta i dałeś się aresztować. Kilka godzin temu. Nie powiedziałeś mu, że jesteś agentem FBI?
- Nie.
- Niby jak miałoby to dopomóc w naszym śledztwie?
Pendergast położył dłoń na jej ramieniu.
- Przede wszystkim chciałem ci pogratulować, że zdołałaś się pohamować podczas rozmowy z komendantem. To wyjątkowo antypatyczny człowiek. A teraz odpowiem na twoje pytanie: to bardzo pomoże w naszym śledztwie.
- Czy zechciałbyś mi to wyjaśnić?
- Na razie nie. Uzbrój się w cierpliwość, a wkrótce wszystko zrozumiesz, obiecuję.
- Twoja nieprzeniknioność doprowadza mnie do szału.
- Cierpliwości! Czy moglibyśmy wrócić do gospody? Mam spotkanie z Percivalem Lakiem. Może zechciałabyś się do nas przyłączyć podczas kolacji? Na pewno umierasz z głodu.
- Zjem w swoim pokoju, dziękuję.
- Dobrze. Miejmy nadzieję, że ten posiłek nie będzie równie rozczarowujący jak poranne śniadanie.
Jechali wąską alejką między kamiennymi murami. Wreszcie szpaler drzew w oddali przed nimi rozstąpił się i ich oczom ukazała się gospoda Pod Kapitanem Hullem - wielki dom kapitana żeglugi, w stylu wiktoriańskim, z szarymi gontami i białymi wykończeniami, stojący pośród rozległej łąki porośniętej gęsto ciężkimi od kwiatów krzakami dzikiej róży. Dom miał szeroki, ciągnący się dookoła ganek z białymi kolumnami i rzędem bujanych foteli ustawionych w stronę morza; było stąd widać oddaloną o niespełna kilometr latarnię morską w Exmouth. Na parkingu wysypanym tłuczonymi muszlami stało kilka samochodów. Constance stwierdziła, że pokój, w którym się zameldowała i rozgościła ostatniej nocy, był przyjemnie staroświecki.
- Kiedy odbędzie się twój proces? - spytała. - Jak rozumiem, w małych miasteczkach takich jak to hołduje się zasadzie jak najszybszego wymierzania sprawiedliwości.
- Nie będzie żadnego procesu - odparł Pendergast i spojrzał na nią, starając się odczytać wyraz jej twarzy. - Constance, nie chcę być rozmyślnie perfidny. Po prostu lepiej przyswoisz moje metody działania, jeśli zaobserwujesz naturalny rozwój wydarzeń. A teraz chodźmy już, dobrze?
Wysiadł i otworzył jej drzwi.
Percival Lake zatrzymał się w drzwiach restauracji Pokój Map i od razu wypatrzył Pendergasta wśród znajdujących się w sali gości. Ten człowiek pasował do otoczenia jak pięść do nosa, cały w czerni i bieli wśród mieszkańców Nowej Anglii gustujących raczej w kraciastym madrasie i pasiastej bawełnie. Lake wiedział, że nawet ekscentrycy i ludzie niekonwencjonalni starannie dbają o swój image. Mało kto nie przejmował się zdaniem innych. Pendergast należał do tej nielicznej grupy.
Lake'owi się to podobało.
Pendergast patrzył na tablicę - w Pokoju Map, który znajdował się w gospodzie Pod Kapitanem Hullem, nie było kart dań - i marszczył brwi. Kiedy Lake przechodził między stolikami, agent uniósł wzrok, po czym wstał.
Uścisnęli sobie dłonie.
- Uwielbiam tę salę - rzekł Lake, gdy usiedli. - Stare sosnowe deski na podłodze, przyrządy żeglarskie, kamienny kominek. Jest tu bardzo przytulnie, zwłaszcza teraz, jesienią. Kiedy robi się chłodniej, rozpalają w kominku.
- Moim zdaniem jest tu jak w trumnie - skwitował Pendergast.
Lake zaśmiał się i spojrzał na tablicę.
- Tutejsze wino to zwykły sikacz, ale gospoda oferuje przyzwoity wybór piw rzemieślniczych. Jedno miejscowe polecam szczególnie...
- Nie pijam piwa.
Kelnerka, młoda kobieta o krótko przyciętych włosach, niemal tak jasnych jak Pendergasta, podeszła, żeby przyjąć zamówienie.
- Co dla panów? - spytała pogodnym tonem.
Nastała cisza, gdy Pendergast lustrował butelki ustawione w rzędzie za barem. W końcu jego blade brwi się uniosły.
- Widzę, że macie absynt.
- Wydaje mi się, że to na próbę.
- Wobec tego zamówię, jeżeli można. Tylko proszę dopilnować, żeby woda była świeża i źródlana, a nie z kranu. Musi być lodowata, ale bez lodu. I do tego kilka kostek cukru. Byłbym wielce zobowiązany, gdyby udało się pani zdobyć także wygiętą łyżeczkę z otworami i kieliszek absyntówkę.
- Kieliszek absyntówkę. - Kelnerka wszystko zapisała. - Postaram się. Zrobię, co w mojej mocy.
- Zamówimy coś na kolację? - spytał Lake. - Tutejszą specjalnością są smażone małże.
Pendergast raz jeszcze spojrzał na tablicę.
- Może później.
- Poproszę o kufel riptide ipa.
Kelnerka oddaliła się, a Lake zwrócił się do Pendergasta:
- Prawdziwa ślicznotka. Jest nowa.
Pendergast był tym tak niezainteresowany, że wyglądał, jakby w ogóle nie słuchał. Lake odchrząknął.
- Słyszałem, że został pan dziś aresztowany. Oczywiście całe miasto o tym huczy. Narobił pan niezłego rabanu.
- W rzeczy samej.
- Chyba miał pan powody.
- Oczywiście.
Młoda kobieta wróciła z drinkami i rozstawiła przed Pendergastem wszystko: kieliszek, łyżeczkę - choć nie miała specjalnych otworów i nie była wygięta - talerzyk z kostkami cukru, nieduży szklany dzbanek z wodą oraz absynt w wysokim kieliszku.
- Mam nadzieję, że wszystko jest jak trzeba - powiedziała.
- Widzę, że się pani postarała - odparł Pendergast. - Dziękuję.
- Wygląda, jakby zamierzał pan przeprowadzić eksperyment chemiczny - powiedział Lake, gdy Pendergast przystąpił do przygotowania swojego trunku.
- W istocie jest to związane z procesami chemicznymi - odparł agent, kładąc kostkę cukru na łyżeczce, umieszczając ją nad kieliszkiem absyntu i delikatnie, kropelka po kropelce, nalewając na nią wodę.
Lake patrzył, jak zielony płyn mętnieje. W powietrzu nad niedużym stolikiem rozszedł się zapach anyżu, a rzeźbiarz się wzdrygnął.
- W absyncie znajdują się pewne ekstrakty ziołowe na bazie olejków, które łatwo rozpuszczają się w alkoholu, ale kiepsko w wodzie - wyjaśnił Pendergast. - Wytrącają się z roztworu, kiedy doda się do niego wody, tworząc opalescencję albo efekt louche.
- Skosztowałbym, gdyby nie to, że nie cierpię lukrecji. Czy piołun nie powoduje uszkodzeń mózgu?
- Samo życie powoduje uszkodzenia mózgu.
Lake zaśmiał się i uniósł kufel.
- W takim razie za Exmouth i tajemnicę zamurowanego szkieletu.
Stuknęli się szkłem. Pendergast napił się i odstawił kieliszek.
- Zauważyłem u pana dość nonszalanckie nastawienie.
- Jak to?
- Dopiero co stracił pan cenną kolekcję win. Zwykle ludzie, którzy padli ofiarą kradzieży, czują się rozbici i sponiewierani. A pan wydaje się mieć doskonały nastrój.
- Jakżeby inaczej, skoro pan zajmuje się tą sprawą? - Lake napił się piwa. - W ogóle podchodzę do życia z dużą swobodą. Nauczyłem się tego, dorastając.
- A gdzie pan dorastał?
- W Outpost w Minnesocie. Niezła nazwa, prawda? Trochę ponad trzydzieści kilometrów na południe od International Falls. Stu dwudziestu mieszkańców. Zimy jak z powieści Kafki. Żeby to przetrwać, ludzie sięgali po alkohol, tracili zmysły albo uczyli się przyjmować życie takim, jakie jest. - Lake zachichotał. - Większość wybrała ostatnią możliwość. - Upił kolejny łyk piwa. - Tuż za mostem był kamieniołom. Tak nauczyłem się pracować w kamieniu. Miałem sporo wolnego czasu od listopada do kwietnia.
- A potem?
- Cóż, oto znalazłem się - ja, prosty, wiejski chłopak ze Środkowego Zachodu - w Nowym Jorku, żeby zaistnieć w świecie sztuki. To było na początku lat osiemdziesiątych i moje prace chwyciły. Wszystko, co stare, znów było modne, na tym to polegało. Cóż za szalone miejsce. Gdy osiągnąłem sukces, woda sodowa uderzyła mi do głowy. Pieniądze, sława, imprezy, cały ten przeklęty, pretensjonalny śródmiejski światek galerii sztuki. - Pokręcił głową. - Jak wszyscy zacząłem brać kokainę. Ale w końcu się obudziłem. Zdałem sobie sprawę, że jeśli czegoś z tym nie zrobię, nie wyrwę się z tego otoczenia, na zawsze stracę swoją muzę.
- Jak pan wybrał akurat to miejsce?
- Poznałem wspaniałą dziewczynę, która podobnie jak ja miała serdecznie dość Nowego Jorku. W dzieciństwie spędzała lato w Newburyport. Kupiliśmy latarnię morską, odrestaurowaliśmy ją, a reszta to już historia. Elise i ja przeżyliśmy wiele cudownych lat. Boże, jak ja ją kochałem. Brakuje mi jej. Tęsknię za nią każdego dnia.
- Jak zmarła?
Lake był trochę zaskoczony tym bezpośrednim pytaniem i słowem "zmarła", gdyż wszyscy inni posłużyliby się raczej eufemizmem w rodzaju "odeszła".
- Rak trzustki. Trzy miesiące po diagnozie było po wszystkim.
- Nigdy się tu panu nie nudzi?
- Jeżeli myśli się poważnie o tym, żeby być artystą, należy pracować w cichym miejscu. Trzeba się wycofać ze świata, oderwać od całego tego szajsu, kuratorów, krytyków, trendów. Ale też potrzebowałem po prostu sporo przestrzeni. Moje prace są duże. Wspominałem już, że właśnie tu, niedaleko, na wybrzeżu znajduje się wspaniałe źródło surowca - różowego granitu. Mogę pojechać do kamieniołomu i wybrać kamień, a oni go przytną według mojego życzenia i dostarczą mi do domu. Idealna sprawa.
- Jestem po trosze obeznany z pańskimi pracami - rzekł Pendergast. - Nie boi się pan unikać trendów i tego, co ulotne. Co więcej, ma pan wspaniałe wyczucie kamienia.
Lake poczuł, że się czerwieni. Podświadomie wyczuwał, że agent rzadko, o ile w ogóle, chwali kogokolwiek.
- A pańska nowa przyjaciółka, panna Hinterwasser? Jak pan ją poznał?
Jego pytania stawały się zbyt bezpośrednie.
- Po śmierci Elise wybrałem się w rejs. I właśnie tam ją poznałem. Była tuż po rozwodzie.
- Postanowiła z panem zamieszkać?
- Sam ją zaprosiłem. Nie lubię samotności. Podobnie jak celibatu. To nie w moim stylu.
- Czy podziela pańskie zamiłowanie do wina?
- Woli raczej daiquiri i margaritę.
- Nikt nie jest doskonały - skwitował Pendergast. - A miasteczko? Jak by je pan scharakteryzował?
- Ciche. Nikt się tu nie przejmuje tym, że jestem dość sławnym rzeźbiarzem. Mogę spokojnie się zajmować swoją pracą.
- Ale...?
- Ale... przypuszczam, że wszystkie małe miasteczka mają swoje mroczne strony. Romanse, zdrady i waśnie, sfałszowane umowy na sprzedaż nieruchomości, niekompetentni radni - wie pan, nowoangielski odpowiednik wierchuszki - no i rzecz jasna komendant policji, który większość czasu poświęca na wlepianie mandatów przyjezdnym spoza stanu, żeby uskładać na pensję.
- Opowiedział mi pan już co nieco o historii komendanta.
- Krążyły plotki, że w Bostonie wpakował się w jakieś kłopoty. Nie były na tyle poważne, żeby go wylać z policji, ale mógł się pożegnać z obiecującą karierą. To nieokrzesany typ, chociaż przez lata nabrał nieco ogłady.
- Jakie to były kłopoty?
- Mówi się, że naciskając lub grożąc, próbował wymusić na podejrzanym przyznanie się do winy, chociaż ten człowiek nie popełnił zbrodni. Podejrzany został później uwolniony od stawianych mu zarzutów dzięki analizie materiału DNA i wyszedł na wolność, a następnie wytoczył miastu głośny proces, który wygrał, i wypłacono mu olbrzymie odszkodowanie.
- A zastępca?
- Gavin? - Lake się zamyślił. - To porządny facet. Cichy, spokojny. Pochodzi z Exmouth. Jego ojciec był komendantem policji. Po studiach - na Uniwersytecie Bostońskim, jak sądzę. Dobrze sobie radził, zrobił magisterium z kryminalistyki i prawa karnego. Wszyscy spodziewali się, że wysoko zajdzie. A tymczasem wrócił i podjął pracę na posterunku, gdzie komendantem był jego ojciec. Nie muszę chyba mówić, że wszyscy w miasteczku przyjęli to z wielkim entuzjazmem. Oczywiście ma chrapkę na stanowisko Mourdocka. - Przerwał. - Jest pan gotowy, żeby coś przegryźć?
Pendergast znowu rzucił okiem na tablicę.
- Czy w tym miasteczku jest lepsza restauracja?
Lake się zaśmiał.
- Znajduje się pan w lokalnym numero uno. Tyle tylko, że najwyraźniej trudno im się wybić ponad przeciętność typowej oferty klasycznego, nowoangielskiego pubu: wątłusz z rusztu, hamburgery, smażone małże. Mają jednak nowego kucharza, który pracował podobno w marynarce. Może on zdoła podnieść jakość usług.
- Okaże się.
Lake spojrzał na Pendergasta.
- Muszę przyznać, że wzbudził pan moją ciekawość. Starałem się rozpoznać pański akcent. Wiem, że jest pan z Południa, ale nie potrafię określić skąd dokładnie.
- To akcent z Nowego Orleanu, a konkretnie z dzielnicy francuskiej.
- Rozumiem. A co sprowadziło pana do Nowego Jorku? O ile, rzecz jasna, wolno mi o to zapytać.
Lake wywnioskował z wyrazu twarzy Pendergasta, że było to pytanie, na które ten wolałby nie odpowiadać.
- Przybyłem do Nowego Jorku kilka lat temu w związku z prowadzonym dochodzeniem. Nowojorskie Biuro Terenowe poprosiło mnie, żebym tam został.
Lake spróbował wrócić na bezpieczniejszy grunt.
- Jest pan żonaty? Ma pan dzieci?
Poniewczasie zdał sobie sprawę, że zadał o jedno pytanie za dużo. Łaskawy wyraz twarzy zniknął z oblicza Pendergasta i zapadła długa cisza, zanim agent znów się odezwał.
- Nie - odparł głosem tak lodowatym, że mógłby zamrozić wodę.
Lake zatuszował zmieszanie, pociągając kolejny łyk piwa.
- Wobec tego porozmawiajmy o sprawie. Jestem ciekaw, czy ma pan jakieś hipotezy, kto mógł tego dokonać.
- Nie mam żadnych hipotez, które wychodziłyby poza poziom czystych spekulacji. - Pendergast rozejrzał się dokoła, a jego twarz przestała wyrażać obojętność. - Może byłoby lepiej, gdyby opowiedział mi pan o osobach znajdujących się w tej sali.
Ta prośba wyraźnie zbiła Lake'a z tropu.
- Chodzi panu o ich nazwiska?
- Nazwiska, pochodzenie, garść szczegółowych informacji, ewentualnie jakieś ciekawostki.
Lake zamówił drugie piwo, tym razem thunderhead ipa. Miał olbrzymi apetyt i musiał szybko coś zjeść. Wychylił się do przodu.
- Jest jedna potrawa, której w tej restauracji nie mogą zepsuć. Ostrygi na połówkach muszli.
Pendergast momentalnie uniósł wzrok.
- Wyśmienity pomysł. Zamówmy dwa tuziny.
Lake przywołał kelnerkę i złożył zamówienie. Odwrócił się do Pendergasta.
- Zastanówmy się. Ta nowa kelnerka...
- Ona mnie nie interesuje. Następna osoba?
- Hmm... - Lake rozejrzał się po sali. Poza barmanem i mężczyzną przy barze goście siedzieli jeszcze tylko przy dwóch stolikach. - Mężczyzna za barem to Joe Dunwoody. Dunwoody są starą rodziną z Exmouth, ich korzenie sięgają jeszcze czasów kolonialnych. Jego brat Dana jest jednym z miejskich radnych i na dodatek wyjątkowo szczwanym prawnikiem. Nie chciałby pan wejść mu w paradę.
- A gdyby tak się stało?
- Mógłby pan nie dostać pozwolenia na garaż, który miałby pan ochotę zbudować. Albo mógłby się pojawić inspektor i zamknąć pańską restaurację za nieprzestrzeganie odpowiednich warunków higieniczno-sanitarnych. Takie tam drobiazgi, ale bardzo dokuczliwe.
- Następna osoba.
Lake rozejrzał się wokoło.
- Widzi pan tę biuściastą kobietę w rogu sali sączącą seven and seven? To Dolores Claybrook. Miejscowa intrygantka i plotkara. Straszna kobieta, chodząca definicja schadenfreude. Jej rodzina była jedną z najzamożniejszych w miasteczku, zbiła fortunę w Gloucester na szkutnictwie. Filia przeniosła się tutaj i zajęła się połowami dorsza. Firma zaczęła podupadać, w miarę jak malała liczba dorszy na łowiskach. Została już tylko ona, jest ostatnia z rodu, pochowała trzech mężów. Gdyby pan puścił do niej oko i uszczypnął w tyłek, pewnie szybko skłoniłby ją pan do mówienia.
- Może kiedy indziej. Następna osoba?
- Ta para przy stoliku pod oknem - Mark i Sarah Lillie. On prowadzi miejscową agencję ubezpieczeniową i zajmuje się inwestycjami w małych miasteczkach. Kierują na boku firmą specjalizującą się w planowaniu finansowym. Jego rodzina też jest dość stara, podobnie jak prawie wszystkie pozostałe w Exmouth. Pochodzi z Oldham.
- Oldham?
- To nieduże miasteczko na Crow Island, na południe stąd. Zostało zniszczone przez huragan w tysiąc dziewięćset trzydziestym ósmym roku. Większość mieszkańców osiadła w Dill Town, które wcześniej zostało opuszczone. Rodzina Lillie zintegrowała się z błękitnokrwistymi rodami z Exmouth, a przynajmniej z tymi, które starają się za takie uchodzić.
Pendergast wskazał mężczyznę w tweedzie pałaszującego kolację przy barze.
- A ten dość osobliwy człowiek ze skórzanymi łatami na łokciach marynarki?
- Nie jest stąd. To oczywiste. Jest Anglikiem. Był tu przed kilkoma tygodniami. Prowadził badania historyczne związane z morską tajemnicą, skądinąd dość słynną w tej okolicy. Wygląda na to, że właśnie wrócił. Nie mam pojęcia dlaczego.
- Morską tajemnicą?
- W tysiąc osiemset osiemdziesiątym czwartym roku zaginął statek SS "Pembroke Castle" płynący z Londynu do Bostonu. Zniknął bez śladu nocą, podczas sztormu gdzieś na odcinku wybrzeża pomiędzy Cape Elizabeth a Cape Ann. Jakby rozpłynął się w powietrzu. Nic po nim nie zostało, nawet złamana reja. Od czasu do czasu ktoś tu przyjeżdża, żeby ustalić, co się właściwie wydarzyło. To historia przywodząca na myśl losy Latającego Holendra albo Mary Celeste.
- Ciekawe. A jak się nazywa ten dżentelmen?
- Morris McCool.
- Zna go pan?
- Nie. Ale muszę przyznać, że jest w nim coś podejrzanego. Gdyby nie to, że nie pochodzi stąd, byłby pierwszym podejrzanym w związku z kradzieżą mojej kolekcji wina. Morris McCool... To brzmi jak wymyślone nazwisko.
- Wręcz przeciwnie, nikt nie wymyśliłby dla siebie takiego pseudonimu.
Kelnerka przyniosła wielki półmisek surowych ostryg na kruszonym lodzie, z dodatkowym naczyniem, na którym znajdował się sos koktajlowy, tarty chrzan oraz plasterki cytryny.
- Z czym pan je lubi? - spytał Lake.
- Tylko z cytryną i z niczym więcej.
- Tak jak ja. - Lake wycisnął cytrynę na lśniącą, tłustą ostrygę i patrzył, jak jej brzegi zaczynają się kurczyć, kiedy spłynął na nią kwas. - Pan pierwszy.
Pendergast wziął jedną ostrygę i zdecydowanym gestem uniósł skorupę do ust. Bezgłośnie wyssał jej zawartość, po czym z iście kocią delikatnością odłożył muszlę i otarł usta.
Lake wziął następną i tak w milczeniu, w dość szybkim tempie na zmianę pałaszowali jedną pulchną ostrygę po drugiej, aż na półmisku nie zostało nic oprócz błyszczących pustych skorup.
Pendergast ostatni raz otarł usta, po czym złożył starannie serwetkę i spojrzał na zegarek.
- Muszę już iść. To było nad wyraz smakowite i sycące. Bardzo dziękuję za pańską sugestię.
- Cała przyjemność po mojej stronie.
Lake skonstatował, że w tym mężczyźnie jest coś niezwykłego i zarazem ujmującego: surowe, jak wykute z marmuru oblicze, czarny garnitur, przenikliwy wzrok... No i na dodatek uwielbia ostrygi.
[...]