Karma - Rafał Kulak
20.19 zł
16.76 zł
(17,16 zł najniższa cena z 30 dni)

Reflow text when sidebars are open.
- Chłopak ma krzywy kręgosłup, - taką diagnozę wygłosił ortopeda spoglądając na Wilę znad okularów - to tak zwany "koci grzbiet". Skrzywienie tworzy łukowate zaokrąglenie pleców i dlatego syn się garbi.
- Zauważyłam wcześniej, że zaczął się garbić, dlatego z nim przyszłam panie doktorze, a czy to bardzo poważne skrzywienie?
- To zależy co dalej będzie się działo. Nie ma konieczności zakładania gorsetu, ale konieczna będzie rehabilitacja.
- Oczywiście. To znaczy co musimy robić?
Lekarz podszedł do rozebranego do pasa Aleksa, chwycił go za ramiona i odgiął do tyłu.
- Chłopak musi dbać o właściwą postawę: ramiona do tyłu, głowa prosto.
Aleks wyprężył się jak struna, lub żołnierz na defiladzie.
- Właśnie tak - lekarz z zadowoleniem pokiwał głową. - Czy stoisz, czy siedzisz - prawidłowa postawa.
- Ponad to, co najmniej pół godziny dziennie, powinien leżeć na wznak na twardej, płaskiej powierzchni. Na podłodze po prostu. - Ale to nie wszystko proszę pani. - Wila spojrzała z niepokojem najpierw na doktora, następnie na syna.
- Chłopiec ma również niedorozwój klatki piersiowej, tzw. "kurzą pierś".
- Co to znaczy? Co pan przez to rozumie?
- Zauważyła pani na pewno, że jest bardzo szczupły, ma bardzo wątłą budowę. Jego klatka piersiowa jest bardzo wąska. Nie grozi to jakimiś zdrowotnymi następstwami, ale ze względów estetycznych... Rozumie pani. Chłopak rośnie, będzie kiedyś mężczyzną...
- Nigdy o tym nie myślałam panie doktorze. Syn jest szczupły i
delikatny, bo taki się urodził. Nawet ubrania muszę specjalnie dobierać, bo wszystko na nim wisi, ale zawsze myślałam, że jak będzie starszy to się rozrośnie.
- Zbytnio bym na to nie liczył.
***
Po szkole Aleks bał się wrócić do domu. Głównym powodem było podbite oko. Nie pomogło polewanie zimną wodą w szkolnej łazience. Śliwa pod okiem przybrała właściwy śliwie fioletowy kolor.
Zdarzenie miało miejsce po ostatniej lekcji, kiedy to nie wytrzymał szykan i kuksańców jednego ze szkolnych "zabijaków" - głośno zaprotestował, odepchnął napastnika, no i dostał łomot. Nie pierwszy zresztą, gdyż wielu jest amatorów wyżycia się na słabszym od siebie. Ten łomot jednak skutkował wspomnianą wcześniej "śliwą", czy jakby to określił biegły doktor medycyny - "podbiegnięciem krwawym w okolicy oczodołu lewego". Takich śladów nie da się ukryć przed ojcem. Tłumaczenie, że podbite oko jest skutkiem upadku na schodach, czy innego losowego zdarzenia nie wchodziło w grę, gdyż Jelonek senior nie znosił krętactwa i zwykł je karać z całą surowością.
Aleks wlókł się w stronę domu rozmyślając co powie, jak się usprawiedliwi. Nie starał się nawet zrozumieć, dlaczego fakt bycia pobitym jest okolicznością godną potępienia i zasługującą na karę. Czy jakby on prał kolegów w szkole to by było w porządku?
Przygotowany na najgorsze, wszedł do mieszkania, ale o dziwo ojciec nie wybuchł na widok jego obitej twarzy. Coś tam i owszem powiedział, zapytał, zganił - ale tak jakoś bez przekonania i entuzjazmu. Zadowolony z takiego obrotu sprawy Aleks taktownie usunął się do swojego pokoju, postanawiając nie rzucać się w oczy.
Dziwne zachowanie ojca było początkiem do coraz większego napięcia, jakie z dnia na dzień dało się zauważyć pomiędzy rodzicami. Przyczyny takiego stanu rzeczy były widocznie na tyle poważne, że w rezultacie Jelonkowie rozwiedli się, a ich drogi rozeszły. Aleksander wraz z siostrą pozostali przy matce, ale na czas załatwienia przykrych dla każdego spraw towarzyszących rozpadowi rodziny, Aleks trafił do dziadków, gdzie pod ich opieką mógł spokojnie ukończyć edukację podstawową, a co za tym idzie kolejny etap swojego życia.
Zaraz po skończeniu podstawówki, Aleks wrócił do domu rodzinnego (do tej pory mieszkał u dziadków). Ojciec wyprowadził się do innego miasta i obecnie w bloku na Fabrycznej mieszkali we trójkę z mamą i młodszą o siedem lat siostrą - Domicelą. W swoim pokoju urządził się od nowa. Pozawieszał ściany różnymi plakatami i urządził sobie prymitywną mini siłownię. Tak, tak Aleks wziął się za siebie. Dobrze wryły mu się w pamięć słowa lekarza pediatry, który przed laty ubolewał nad jego mizerną i wątłą budową. Postanowił nie być ani mizerny, ani wątły.
Siłownia była dość osobliwa, żeby nie powiedzieć śmiechu warta, ale na początek musiała wystarczyć. Na całe jej wyposażenie składała się wykonana własnym sumptem sztanga, która na tą fachową nazwę w ogóle nie zasługiwała, a jeżeli już, to była to najdziwniejsza sztanga na świecie. Składała się ze stalowej rurki, do której z jednej strony przymocowany był drutem zardzewiały ośmiokilowy odważnik znaleziony w piwnicy u dziadków, a z drugiej, tymże drutem przytroczona była, stara, zepsuta maszyna do pisania, otrzymana od ciotki pracującej w biurze. Przedziwnym tym urządzeniem Aleks trenował z zapałem i właściwym swojej naturze uporem.
Młody organizm i determinacja sprawiły, że ważąca około szesnastu kilogramów sztanga (licho raczy wiedzieć ile tak naprawdę ważyło to ustrojstwo) stała się niewystarczająca. Choć Aleksander dalej był chudy jak szczapa, to przyznać trzeba że siły mu przybyło. I tu pomocny znowu okazał się Tadzio Ziółek (ten od produkcji kryształów).
Tadzio uczęszczał na zajęcia karate i miał przywilej chodzenia do klubu sportowego, gdzie mieściła się siłownia z prawdziwego zdarzenia. Tam właśnie wprowadził kolegę i odtąd trzy razy w tygodniu uczęszczali razem, układając samodzielnie zestawy ćwiczeń. Czas mijał, a upór i determinacja Aleksa zaczęły procentować, co zdopingowało go do jeszcze większego wysiłku. Z chuderlawego, tyczkowatego chłopaka przeistaczał się w prawdziwego sportowca. Rozrósł się. Nadal był szczupły, ale wyrzeźbiony i żylasty.
Oprócz siłowni w klubie sportowym, razem z Tadziem odwiedzali wieczorami szkolne boisko, gdzie trenowali wspólnie ciosy i kopnięcia, oraz rozciągali się nawzajem asekurując. W piwnicy zawiesili stary worek treningowy, w który na zmianę tłukli, owijając dłonie bandażem elastycznym.
Aleks, oprócz tego że nabrał krzepy, to okazało się, że jest pieruńsko szybki. Ciosy na worku wyprowadzał w tempie karabinu maszynowego, nie zaniedbując jednocześnie gardy i uników. Treningi bokserskie, choć ewidentnie amatorskie, stały się jego pasją.
***
Na podwórku osiedlowym, nastoletni chłopcy chętnie spędzali ze sobą czas. Takie spotkania to odskocznia od szkoły i obowiązków. Można pogadać, pośmiać się, pobawić, czy nawet zapalić zakazanego papierosa.
Aleks nie był wyjątkiem, miał swoich osiedlowych kumpli, z którymi spotykał się regularnie. Nie miało znaczenia, że chodzili do innych szkół, (niektórzy edukację już zakończyli) ważne były wspólne zainteresowania i pasje. Czasem wystarczyło, że jeden chłopak przyszedł w wiadome miejsce, pokręcił się chwilę, a po chwili zbierało się całe towarzystwo.
Jednego popołudnia pojawił się obcy - czyjś znajomy, czy kuzyn z innego osiedla. Już od pierwszej chwili nie podobał się Aleksowi, który nie lubił ludzi zbytnio gadatliwych, próbujących za wszelką cenę zwrócić na siebie uwagę. Jakikolwiek temat byłby poruszany - osobnik nie dawał nikomu dojść do słowa, grając rolę znawcy i eksperta w każdej dziedzinie. Milczący i powściągliwy z natury Aleks, mierzył nieznajomego niechętnym spojrzeniem. Pomińmy opis wyglądu zewnętrznego gaduły, licząc na to, że czytelnik sam wyrobi sobie taki obraz; mam nadzieję jak najgorszy.
Nastoletni chłopcy dużo rozmawiają o sporcie, tak było i tym razem. Tematy przechodziły z piłki nożnej na koszykówkę, z koszykówki na kolarstwo. W każdej z tych dyscyplin nieznajomy mienił się znawcą tematu i ekspertem. W końcu rozmowa zeszła na boks, który był ulubioną dyscypliną Aleksandra i tu, jak się domyślacie gadatliwy chłopak znów wiódł prym. Kiedy kreował się na doświadczonego boksera, Aleks nie wytrzymał.
- Chciałbym to zobaczyć - mruknął pod nosem.
- A co może nie wierzysz? - nie wiadomo jakim bokserem był gaduła, ale słuch miał dobry.
- Słyszałem, że jesteś świetnym piłkarzem, koszykarzem, ale że bokserem?
- Trenowałem w klubie i walczyłem na prawdziwym ringu, - zacietrzewił się samochwała - a tacy jak ty, jednej rundy nie wytrzymywali.
- Mistrz wagi ciężkiej się znalazł. Na olimpiadę jedź, bo tu się marnujesz - kilku chłopców zaśmiało się, a domniemany bokser poczerwieniał ze złości.
- Jak dostaniesz w dziób, to inaczej będziesz gadał.
- Spróbuj.
Towarzystwo ożywiło się.
- Bójka, pojedynek, gdzie się będziecie bić?
- Nie tutaj. Ludzie się kręcą. - Tadzio Ziółek wziął na siebie rolę organizatora walki i sędziego zarazem.
- Chodźcie za przychodnię, tam nikt nie chodzi.
Miejsce za przychodnią było zarośniętym krzaczorami, niewielkim placem, odwiedzanym sporadycznie przez pijaczków, o czym świadczyły kolekcje butelek ustawionych pod ścianą. Tadzio, jak na sędziego przystało, wyszedł na środek. Widzowie zajęli miejsca na skraju placu, a adwersarze naprzeciw siebie.
- Nie wolno kopać leżącego, ani ciągnąć za włosy, po za tym wszystkie chwyty dozwolone. Możecie zaczynać - ogłosił Tadzio i wycofał się.
- No i doigrałeś się chłopaczku.
Gaduła uśmiechnął się szyderczo. Był równy wzrostem Aleksowi, ale na pewno cięższy.
Nie przestając się uśmiechać zamarkował atak, wykonując gwałtowny ruch do przodu, po którym od razu się cofnął. Aleks ani drgnął, stojąc na lekko ugiętych nogach, z lewą ręką wysuniętą odrobinę do przodu, a prawą przy prawym policzku. Nie spuszczał wzroku z oczu przeciwnika.
Gaduła zaatakował na poważnie, próbując frontalnie kopnąć w brzuch, ale kopnął jedynie powietrze, gdyż przeciwnik odskoczył pół metra w tył. Następnie zaszarżował, zadając szereg dość chaotycznych ciosów, próbując trafić w głowę. Aleks schodził z linii ciosów oszczędnymi unikami i odskokami. Nie lekceważył adwersarza - wręcz przeciwnie, był to jego pierwszy poważny pojedynek, dlatego był raczej spięty i bardzo skupiony. Nie śmiał jeszcze wyprowadzić ciosu.
Tymczasem uśmiech zniknął z twarzy gaduły. Nie mogąc dosięgnąć przeciwnika denerwował się i atakował bez przerwy, sypiąc gradem ciosów. Jego ramiona przypominały śmigła wiatraka. Aleksander zaczął zdawać sobie sprawę ze swojej przewagi. Odnosił wrażenie, że przeciwnik porusza się jakby w zwolnionym tempie. Żaden z jego ciosów nie stanowił zagrożenia, gdyż z łatwością można go było przewidzieć i uniknąć.
Gaduła całkowicie zaniedbał obronę, skupiając się jedynie na ataku. Nastąpiła kolejna seria wiatrakowatych ciosów, po których Aleks uderzył z prędkością sprawiającą, że akcja umknęła przed wzrokiem spektatorów.
Cios spadł na lewą stronę szczęki przeciwnika z taką siłą, że nogi natychmiast się pod nim załamały, a on sam padł na wznak tracąc przez chwilę przytomność.
- Koniec walki - ogłosił Tadzio, nie siląc się na wskazywanie zwycięzcy. Pokonany leżał jeszcze wodząc wokół oczami, jakby nie rozumiejąc co w ogóle zaszło. Próbował wstać ale nogi miał jak z waty i wrócił do poprzedniej - horyzontalnej pozycji. Dwóch widzów chwyciło go pod ramiona i z ich pomocą wrócił do pionu.
Były to czasy, kiedy łaknący przygód młodzi ludzie, z upodobaniem wyruszali na różnego rodzaju wyjazdy. Biwaki, kempingi, lub choćby kilkudniowe wypady w góry, czy nad morze. Aleks nie stanowił w tym względzie wyjątku. Jeśli nadarzała się okazja, a w pracy mógł wziąć kilka dni wolnego, jeździł pociągiem, lub autobusem gdzie tylko się dało, a wycieczki takie zwykle obfitowały w przygody.
Pewnej sierpniowej nocy, w maleńkim nadmorskim miasteczku, spędził na plaży niezwykle interesujący czas z nieznajomą dziewczyną, która (jak sama wyznała) uciekła z pokoju ekskluzywnego hotelowego, mając dość luksusów jakimi otoczył ją jej bogaty chłopak.
Innym razem, skakał przez ognisko nad kaszubskim jeziorem "Świętym", które swoją nazwę (tak twierdzili miejscowi) zawdzięczało niezwykłej ilości ludzi, którzy się w nim utopili.
W całkiem innym jeziorze, którego nazwa zatarła się w pamięci (może i dobrze), pływał przy świetle księżyca, szukając skrzynki z piwem umieszczonej w wodzie celem schłodzenia, a która to skrzynka dziwnym sposobem znalazła się w zupełnie innym miejscu i to na suchym lądzie.
W jakiejś zapadłej, mazurskiej wiosce, brał udział w zabawie tanecznej odbywającej się cyklicznie w strażackiej remizie (gdzieżby indziej), podczas której zgodnie ze świętą tradycją, uczestnicy z okolicznych wsi najpierw się popili, a następnie pobili, rozpętując bitwę godną jeśli nie tej po Grunwaldem, to przynajmniej tej pod Austelitz. Dodajmy dla porządku, że Aleks uczestniczył zarówno w tańcach, jak i w bitwie.
***
Zimowa pora, to przede wszystkim wypady w góry, a tej właśnie zimy, podczas której toczy się nasza opowieść Aleksander wraz z kilkoma sprawdzonymi koleżkami, postanowili odwiedzić stolicę polskich Tatr.
Całe przedsięwzięcie napotkało jednak pewne trudności. Okazało się, że Aleks nie może wyruszyć wraz z ekipą, gdyż z dniem wyjazdu zbiegło się jakieś pilne zamówienie w szwalni, gdzie przecież cały czas pracował. Szef nie mógł i nie chciał dać mu wolnego, dopóki zamówienie nie zostanie zrealizowane. Ostatecznie stanęło na tym, że dojedzie jak tylko skończy swoje obowiązki.
Gdy towarzystwo wyjechało nocnym pociągiem, jeszcze tego samego dnia rano, wziął się ostro do roboty. Pracował jak szatan zostając po godzinach, ale pracę przeznaczoną na tydzień wykonał w ciągu dwóch dni.
Tego wieczora, z poczty zadzwonił Kiler, szczęśliwie zastając Aleksa w domu.
- Cześć Jeluś. To kiedy będziesz?
- Cześć. Za trzy godziny mam pociąg. Pakuję się i jadę do was.
- Super, ale słuchaj. W Zakopcu nie znaleźliśmy żadnej kwatery - wszystko zajęte. Wynajęliśmy domek w miejscowości Chłabówka - to taka pipidówa na peryferiach. Zapamiętaj albo zapisz sobie - Chłabówka numer osiemnasty.
- Dobra, będę pamiętał.
- Do tej Chłabówki kursują busy z dworca, to albo dojedziesz, albo spytasz o drogę i dojdziesz. To do jutra.
- Do jutra Kiler.
Podróż nocnym pociągiem w środku zimy nie należy do najprzyjemniejszych. W przepełnionym wagonie, Aleks znalazł miejsce jedynie na śmierdzącym dymem papierosowym korytarzu. Poza tym było pieruńsko zimno. Zatarł dłonie, postawił kołnierz i wbił ręce w kieszenie swojego czarnego płaszczyka trzy czwarte z wielbłądziej wełny, wyglądając przez niewielką szczelinę, którą wydrapał był w grubej warstwie lodu pokrywającego szybę wagonowego okna. Za oknem niczego nie dojrzał, gdyż panowały nieprzeniknione ciemności, rozpraszane odrobinę przez większe połacie leżącego śniegu.
Jechał tak już dłuższy czas, odczuwając coraz dotkliwsze mrowienie w palcach nóg, obutych w modne botki koloru kasztanowego ze szpiczastymi noskami.
Mroki za oknem jakby zszarzały, co było niechybnym zwiastunem poranka - słonecznego zresztą, choć mroźnego. Do odczuwanego zimna dołączyła senność, która po całonocnej podróży zaczęła dawać się we znaki. Tymczasem zrobiło się już całkiem widno, a pociąg znacznie zwolnił, wlokąc się teraz niby żółw.
Aleks poszerzył nieco swoją szczelinę obserwacyjną i przyglądał zalesionym wzgórzom górskiego krajobrazu. Po chwili pojawiły się pierwsze zabudowania, a pociąg zwolnił jeszcze bardziej, co mogło zwiastować zbliżanie się do jakiejś stacji. Tak zresztą w istocie było. Hamulce zaczęły przeraźliwie piszczeć, za oknem ukazał się kolejowy peron, a następnie niewielki szary budynek dworca z dużym napisem "Chabówka". Aleks momentalnie ocknął się z ogarniającej go senności.
- Chabówka! - miejscowość, o której mówił przez telefon Kiler! To tu chłopaki wynajęli kwaterę! Nie muszę dojeżdżać do miasta! Mogę wysiąść tutaj! - wszystko to przeleciało mu przez głowę w tempie pociągu ekspresowego. Niewiele już myśląc chwycił swoją walizeczkę i biegiem do wyjścia. Czas był najwyższy, bo na stacji wysiadły tylko dwie osoby i zawiadowca dawał sygnał do odjazdu. Aleks znalazł się na peronie, odprowadzając wzrokiem odjeżdżający pociąg.
- No dobra, to dokąd teraz. Kiler mówił o numerze osiemnastym, ale warto by się kogoś podpytać.
Wybór padł na jegomościa ubranego w kożuch i granatową kolejarską czapkę zawiadowcy stacji, który w tej chwili zabrał się za odgarnianie śniegu sprzed wejścia służbowego.
- Dzień dobry.
- Dobry.
- Nie wie pan przypadkiem, gdzie znajdę numer Chabówka 18?
- A na jakiej ulicy? - zawiadowca wbił łopatę w śniegową zaspę, przyglądając się pytającemu z zainteresowaniem.
- Eee, ulicy? Nie wiedziałem, że tu są ulice? - Aleks był nieco zbity z tropu.
- A czemu miało by nie być? - kolejarz zrobił ze zdziwienia duże oczy - Pan służbowo?
- Nie, dlaczego? Turystycznie przyjechałem. Mam się tu spotkać z kolegami.
- Turystycznie?? - zmierzył Aleksa od stóp do głów, najwyraźniej nie będąc w tym względzie przekonany. - Proponuję sprawdzić w hotelu. Może mają jakieś wolne pokoje.
- Hotel - tutaj. Kiler mówił, że to pipidówka - pomyślał Aleks mając coraz gorsze przeczucia.
- Niech mi pan powie. Jak daleko jest stąd do Zakopanego?
- Koleją to będzie pięćdziesiąt kilometrów, a szosą to pewnie z sześćdziesiąt. Nic panu nie jest?