Kariatydy - Zuzanna Waleczek

-
Proszę czekać

Rozdział 1

Jeszcze nic nie wypiła, a już trema wymieszana z podnieceniem musowała jej w głowie, wybuchała szampańskimi bąbelkami w dole brzucha i wprawiała palce w kompulsywne drgania. Na powiekach roztarła czarne krechy w ostre linie. Specjalnie głodziła się przez cały dzień. Teraz sięgnęła po kryształowy kieliszek, który uderzył o zęby; wibracja rozeszła się po całym ciele. Koniak trafił na podatny grunt pustego żołądka. Była gotowa odtańczyć dziś swoje rytualne danse macabre. Taksówkarz dzwonił domofonem już dwa razy. Sfrunęła z czwartego piętra, potykając się w ciężkich buciorach kilka razy o własne nogi. Niedoczekanie, żeby wychodzenie ze strefy komfortu obejmowało od razu torturowanie stóp szpilkami na dziesięciocentymetrowych obcasach.

W śmierdzącej środkiem dezynfekującym i papierosami bez filtra taksówce pociągnęła kilka solidnych łyków z piersiówki ukrytej za pazuchą skórzanej kurtki. Wpatrzona w nocną Warszawę, widzianą przez nakrapianą deszczem szybę, przypomniała sobie swój debiut w Nowym Jorku. A miało to miejsce prawie dziesięć lat temu w podrzędnej galeryjce na Brooklynie, która obecnie wystawia prace warte miliony. Wtedy też nie wiedziała, w co się ubrać, i wypiła dla odwagi o kilka drinków za dużo. Dzisiejszy stres sprawił, że poczuła się jak za starych, dobrych czasów, a to znajome uczucie oraz gin z limonką przyjemnie rozgrzewały ją od środka.

Wernisaż odbywał się w sali, gdzie zamordowano Narutowicza. Dopiero gdy Barbara opowiedziała jej historię o zastrzelonym prezydencie, zdecydowała, że jej wystawa zatytułowana "Pro-life" musi zostać pokazana w Polsce, i to w tej konkretnej sali. Jak zwykle dopięła swego, choć nie było to łatwe. Dyrektor Zachęty z jednej strony bał się złej prasy, z drugiej był podniecony możliwością wystawienia prac znanego artysty. To był jeden z tych panów po pięćdziesiątce przesadnie przekonanych o własnym czarze i intelekcie. Miał też tę niewdzięczną manierę ciągłego głaskania i poklepywania po plecach swoich interlokutorów, szczególnie tych płci żeńskiej. Na szczęścia los skrzyżował jej ścieżki z młodą kuratorką, która pracowała w galerii od niedawna i bardzo chciała się wykazać. Joanny nie przestraszyły dzieci szukające szczęścia na wysypisku śmieci w Meksyku, poród na klepisku w samym środku brazylijskiej faweli, martwe delfiny na plaży na Mauritiusie, portrety z oddziału onkologii pediatrycznej czy wymowne puste tratwy dryfujące po Morzu Śródziemnym. Dobry kurator widział w tych obrazach dużo więcej niż tanią sensację.

I tak oto pewnego styczniowego dnia, właśnie dzięki Joannie, te wielkie czarno-białe fotografie zawisły na ścianach jednej z najważniejszych galerii w Polsce. Nazajutrz artystka przyszła, żeby dodać ostatni, brakujący element wystawy - czerwoną farbą ochrzciła zdjęcia i ściany tam, gdzie uważała za słuszne. Za każdym razem plamienie wychodziło jej inaczej. Na razie brakowało jej odwagi, żeby urządzić prawdziwy performance. Ale w trakcie kazała się filmować. "Może kiedyś" - myślała. Poprzez fotografie z tej konkretnej serii chciała pokazać to, co dla niej tworzyło sferę sacrum - świętość życia. Zwierzęcego, dzikiego, nieustępliwego. Najwyraźniej w Polsce życie było czymś kontrowersyjnym.

Decyzja o solidnym spóźnieniu jak zwykle opłaciła się bez pudła. Mogła podkraść się bezszelestnie do Barbary, która stała odwrócona gołymi plecami do wejścia. Kuzynka jak zwykle perorowała do kręgu urzeczonych wyznawców. W turbanie i ciemnozielonej sukni wyglądała jak skrzyżowanie arabskiej księżniczki ze złowrogą syreną. Kiedy Barbara poczuła zimną dłoń na plecach, odwróciła się zaskoczona i krzyknęła:

- Spóźniona na własną wystawę!

- To raczej wy wszyscy przyszliście za wcześnie!

Wyciągnęła z dłoni Baśki lampkę białego wina. Przepuściła je przez wszystkie swoje kubki smakowe, po czym wypluła z powrotem do kieliszka.

- La pisse de gobelin. Quel dommage.

- Nie ten rocznik, kochana?

Zbyła tę uwagę machnięciem dłoni.

- Gdzie Cyprian?

- Wiem, że może ci się to wydać szokujące, ale czasami pozwalam mu chodzić samopas. W końcu jest już pełnoletni.

- Ledwo. Donc, monsieur le directeur próbował, jak to się mówi, wystawiać szopkę?

- No, powiedzmy, że próbował zainicjować jakieś przemówienie, ale wobec twojej nieobecności, na szczęście dość szybko się poddał, więc w sumie zrobiłaś nam wszystkim wielką przysługę.

- My pleasure. - Skłoniła się nisko, po czym odwróciła na pięcie, aby odmaszerować.

- A ty dokąd?! - krzyknęła Barbara, unosząc brwi.

- Jak to dokąd? Do baru! Zabić smak tej uryny czymś mocniejszym.

Zawartość piersiówki wolała zachować na czarną godzinę, która musiała przecież kiedyś nastąpić, taki był naturalny porządek rzeczy. Zresztą w jej mniemaniu open bar był jedyną prawdziwą zaletą wernisaży i należało to wykorzystywać na maksa.

- Podwójną wódkę na skałach raz!

- Co?! - zapytał rudy barman z tępym wyrazem twarzy.

- No wódkę z lodem. Podwójną.

Dlaczego ludziom trzeba wszystko tłumaczyć? Zero poezji. "Ta cholerna dosłowność kiedyś nas wszystkich zabije" - pomyślała i sięgnęła po papierośnicę.

- Przepraszam panią, ale tu nie wolno palić - zaalarmował natychmiast rudzielec.

- Wiem. To mój wernisaż. Poproszę o popielniczkę - ucięła.

Stojąc przy barze, nerwowo przebierała palcami po wyimaginowanej klawiaturze. Uważnie lustrowała salę w poszukiwaniu oznak reakcji samozwańczych koneserów sztuki. Nikt na razie nie odważył się do niej podejść. Dziękowała wszystkim bogom Olimpu za to, że Polacy nie hołdowali kretyńskiej, jankeskiej tradycji small-talk. Sama dziwiła się, że wytrzymała aż tyle lat w ojczyźnie tego okropnego zwyczaju.

Z lekkim znudzeniem przerzucała wzrok z jednej obcej twarzy na drugą, jakby przeglądała znajomy katalog. Ich oryginalność była do bólu przeciętna. Uważała za zabawne i zarazem krzepiące, że wszędzie na świecie tak zwana bohema artystyczna wyglądała mniej więcej tak samo. Trochę ją to nudziło, a trochę koiło zszargane nerwy.

Właśnie miała odpalić drugiego papierosa, kiedy jedyna postać w rogu sali przykuła jej uwagę. Była wysoka, wręcz posągowa, i fatalnie ubrana. Wyróżniała się spośród tłumu swoją cywilną zwyczajnością. Nie wyglądała na jedną z nawiedzonych artystek, ani też na pretensjonalną filantropkę. I akurat podziwiała jedną z ulubionych fotografii samej autorki. W sali było gwarno i parno od przeintelektualizowanej paplaniny. Drewniana podłoga lekko dyszała pod ciężarem ludzkiej biomasy. Artystka stwierdziła, że zanim ktoś odważy się ją zaatakować kurtuazyjnymi pytaniami, ona sama wybierze ofiarę do konwersacji. Podeszła do niej od tyłu. Biała, długa szyja pachniała na kilometr tanią wodą toaletową, jednak w połączeniu z tymi akurat feromonami, była to woń zaskakująco przyjemna. Jak wiadomo, feromony nigdy nie kłamią. Wciągnęła ten zapach głęboko w nozdrza i rzuciła z wystudiowaną niedbałością:

- To jedno z moich ulubionych.

- Przepraszam? - Kobieta odwróciła się gwałtownie.

Jej brązowe oczy do złudzenia przypominały oczy afgańskiej dziewczynki ze słynnej fotografii: piękne i wystraszone.

- To zdjęcie. Jedno z lepszych tutaj, nie sądzisz?

- Przepraszam, ale nie znam się na fotografii. Jestem tu jakby z pracy. No i korzystam z darmowego wina. - Kobieta-Bambi spojrzała wymownie na swój pusty kieliszek. Po jej nienaturalnie poważnym wyrazie twarzy było widać, że w panice zastanawia się, dlaczego jakaś nieznajoma zagaiła z nią rozmowę.

- Z pracy? Skoro nie jesteś fotografem, to w takim razie...?

- Jestem architektem. Pracuję w firmie odpowiedzialnej za przebudowę galerii i tak jakoś wyszło, że szef wydelegował akurat mnie na pierwsze otwarcie po renowacji. Szczerze mówiąc, to raczej nie bywam na tego typu... imprezach - mlasnęła.

- Cóż, niewiele straciłaś. Wszystkie tego typu imprezy są takie same, zmieniają się tylko dekoracje. Wiem, co mówię. Rozmawiasz z weteranem.

- W sumie to trochę nie ma co robić, jak już się obejrzy wszystkie obrazy. - Piękna nieznajoma zamaskowała zakłopotanie lekkim uśmiechem.

- Dokładnie tak, straszne nudziarstwo, zgadzam się.

Zapadła między nimi nieco zbyt długa cisza. Miały dokładnie tyle czasu na prześlizgnięcie się wzrokiem po swoich twarzach, ile morski bałwan potrzebuje na rozbicie się o betonowy falochron. Tych kilka rozbitych ułamków sekundy wystarczyło na impulsywną, obustronną decyzję o chęci kontynuowania rozmowy.

- Och, przepraszam, nie przedstawiłam się. Agnieszka Leśniewska, GeKo Studio. - Wyciągnęła przed siebie rękę i po męsku zaserwowała zaskakująco mocny, pewny uścisk, zupełnie niepasujący do tych łagodnych oczu.

- Margot Laurent, enchantee! - Odwzajemniła uścisk i uśmiechnęła się triumfalnie.

- O mój Boże! Przepraszam, nie wiedziałam, że ty to ty... - Agnieszka zaczerwieniła się uroczo jak zażenowana nastolatka.

- Well, ja też nie wiedziałam, że ty to ty, także mamy kwita, tak się mówi po polsku?

- Przepraszam, naprawdę... - Agnieszka chciała zapaść się pod ziemię.

- Słuchaj, znamy się od jakichś dwóch minut, a Ty już przepraszałaś ze cztery razy. Zdecydowanie powyżej średniej europejskiej. Choć z tego, co widzę, w Polsce przepraszanie za wszystko, łącznie z rzeczami, na które się nie ma wpływu, jest bardzo popularne. Et franchement, jakoś w ogóle mnie ten trend nie przekonuje.

- Sorry. To znaczy przepraszam. Cholera. Miałam nie przepraszać. Taki nawyk. Naprawdę strasznie głupi. W każdym razie, słuchaj, okropnie mi głupio i... - Język znowu ją zawiódł. Przy takich osobach jak Margot plątał się jeszcze bardziej niż normalnie.

Nie mogła oderwać wzroku od jej garbatego nosa. Był przepiękny, ale nie chciała zostać przyłapana na gapieniu się, więc spuściła wzrok.

- Zupełnie niepotrzebnie. Naprawdę spoko, nic się nie stało. Poza tym jako architekt nie musisz się znać na fotografii. Ja na przykład wcale się nie znam na architekturze - skłamała przekonująco.

W rzeczywistości Margot uwielbiała architekturę i miała niezdrową obsesję na punkcie brutalizmu.

- No, ale nie zostałaś na tym przyłapana w tak żenujący sposób - westchnęła Agnieszka.

- Wiesz co? Kiedyś czytałam artykuł o tym, że ludzie, którzy przeżyją razem taki awkward moment, bardziej się do siebie zbliżają, jakby ta mikrotrauma ich łączyła. Nie wiem, czy to dobrze wytłumaczyłam po polsku, mais bon.

- Może coś w tym jest. Skoro nie uciekłaś w siną dal, tylko nadal tu stoisz... - Wypowiadając to zdanie, Agnieszka nadal uważnie przyglądała się podłodze.

- Uciekać? Od ciebie? Żeby rzuciły się na mnie te hieny w designerskich metkach i tweedowych marynarkach? Daj spokój, to najbezpieczniejszy corner tej sali, chyba że...

Margot urwała, bo na horyzoncie zamajaczyła łysa glaca dyrektora galerii. Musiała się streszczać. Zaczęła grzebać po kieszeniach swojej skórzanej kurtki.

- Słuchaj, jeśli masz ochotę jednak dowiedzieć się więcej o fotografii, to tutaj masz mój numer.

Wcisnęła Agnieszce swoją elegancką wizytówkę i błysnęła w uśmiechu równiutkimi zębami. Na ten widok Aga natychmiast przypomniała sobie o swoim krzywym zgryzie i ściągnęła usta w ciup. To był jeden z jej największych kompleksów.

- Dzięki.

"Kto w dzisiejszych czasach jeszcze używa wizytówek? Dziwne i na wyrost" - pomyślała.

- Alors, świetnie się gada, ale zbliża się nieubłaganie mój prześladowca - wskazała ruchem głowy.

- Ach tak, dyrektor, faktycznie strasznie uciążliwy. Też raczej wolałabym na niego nie wpaść.

- No to do zobaczenia? - Margot delikatnie przesunęła dłonią po jej ramieniu i zaczęła się oddalać w stronę przejścia do drugiej sali.

Aga czuła, jak miejsce dotyku pali ją żywym ogniem. Ostatni raz poczuła coś takiego parę lat temu, gdy w autobusie jakiś obcy facet chwycił ją za pupę. To wtedy przestała korzystać z komunikacji miejskiej.

- Yyy, no nie wiem. Może. Ja mam teraz dużo pracy i... - Aga wzruszyła ramionami.

- No excuses! Po prostu do zobaczenia, ciao!

Margot dała nura w tłum kłębiący się w kolejnym pomieszczeniu. Po jej odejściu Agnieszka poczuła się jeszcze bardziej samotnie niż na początku wernisażu, kiedy wkroczyła jako pierwsza do pustej sali. Zrobiła z siebie idiotkę. Mogła przecież wygooglować na czyją wystawę idzie. Była zła na siebie, ale też na szefa, że kazał tu przyjść właśnie jej. Oczywiście nie powiedział tego wprost, ale jego władczy ton głosu sugerował, że właściwie to powinna być mu wdzięczna za zorganizowanie jej czasu wolnego.

Już na miejscu ze zdumieniem odkryła, że wystawa bardzo jej się podoba. Zdjęcia były poruszające, kieliszki słodkawego wina wypijały się same, wszyscy ludzie wokół wydawali się jej szalenie interesujący, o wiele ciekawsi niż ona sama. Już prawie zaczynała żałować, że zaraz będzie musiała się zbierać, i właśnie wtedy objawiła się Margot. A potem popełniła to tragiczne faux pas i mimo że z jednej strony chciała rozpłynąć się w powietrzu, to z drugiej nie chciała, żeby ta rozmowa kiedykolwiek dobiegła końca. Nie pozostało jej nic innego, jak tylko udać się do szatni. Otrzymana przed chwilą wizytówka ciążyła jej w kieszeni szarego płaszcza jak kamień. Przechodząc obok śmietnika, pomyślała, że chyba ją wyrzuci, bo przecież i tak nie odważy się zadzwonić. Gdy wyciągała wizytówkę z kieszeni, przecięła sobie palec jej ostrym brzegiem. Przytknęła kciuk do ust i zaczęła ssać swoją krew. Od zawsze lubiła jej ołowiany posmak. Spojrzała jeszcze raz na przepełniony kosz i schowała wizytówkę z powrotem do kieszeni. Bilecik był bardzo ładny. Czarny, minimalistyczny, z wytłoczonymi srebrnymi literami. Agnieszka lubiła estetyczne przedmioty. Może go używać jako zakładki do książki.

Uciekając przed dyrektorem, Margot znowu natknęła się na Barbarę i jej partnera Cypriana w towarzystwie pary sympatycznych gejów. Stali wokół sugestywnej plamy z czerwonej farby, która pyszniła się na podłodze.

- To co, zbieramy się? - rzuciła jak gdyby nigdy nic.

- Ale jak to? Przyszłaś zaledwie przed chwilą! - zdziwiła się Barbara.

- Nie wiem, jak wy, ale ja już obejrzałam wszystkie images. - Uśmiechnęła się szelmowsko.

Cyprian uniósł rękę do góry jak grzeczny uczeń.

- W sumie ja też, tak że jeśli chcesz się zbierać, to jestem za, bo szczerze, to trochę wieje tu nudą.

- Gdzie się chodzi w Warszawie, w sensie na clubbing? - zapytała Margot.

- Zostaw to mnie. Obiecuję, że nie będziesz rozczarowana. Zresztą trzeba wykorzystać, że na dziś wieczór mamy opiekunkę do dzieci - oznajmił Cyprian i porozumiewawczo mrugnął okiem do Barbary.

Margot omiotła salę wzrokiem po raz ostatni. Publiczność wyglądała na zadowoloną. Udało jej się w miarę bezboleśnie i bezkrwawo rozdziewiczyć Warszawę.

Rozdział 3

Margot przyjechała do Warszawy tuż przed Bożym Narodzeniem, bo nie miała już siły na kolejny, amerykański festiwal konsumpcjonizmu. Tym bardziej że były to pierwsze święta po rozwodzie i wszyscy znajomi czuli się w obowiązku zaprosić ją do siebie na obżeranie się indykiem, przedawkowywanie whisky z wygazowaną colą i spanie w pokojach gościnnych w ich ślicznych, przytulnych domach z kominkiem. Poza tym najzwyczajniej w świecie miała ochotę na plucie ościami z karpia i wypicie hektolitrów barszczu.

Mijał już szósty tydzień jej pobytu na Pradze, lecz po mieszkaniu nadal chodziła jak po muzeum. Bo w sumie było to swego rodzaju osobiste archiwum pamiątek po wujku Władku. Nawet parę razy wpadła jej do głowy myśl, że powinna sobie zorganizować szpitalne, plastikowe ochraniacze na buty, żeby tylko nie porysować podłogi starannie ułożonej z dębowej klepki, oraz rękawiczki, żeby nie zanieczyścić swoimi odciskami palców bezcennego księgozbioru. Ciocia Zofia i Wujek Władek żyli dość oryginalnie, bo na dwa mieszkania. Jedno na drugim, a drugie na trzecim piętrze stalinowskiej kamienicy. Jak na tamte czasy to już w ogóle była ekstrawagancja zupełnie poza skalą wyobraźni. Przez prawie czterdzieści lat tak sobie biegali góra-dół. Każde z nich miało własną przestrzeń do myślenia, natomiast na posiłki zawsze spotykali się na dole. Przede wszystkim jednak dwa mieszkania oznaczały dwa razy więcej przestrzeni składowej na książki, których oboje byli niepohamowanymi kolekcjonerami. Margot szalenie się ten koncept spodobał. Prawie zaczęła żałować, że już nigdy więcej nie wstąpi w związek małżeński. Nie mogła uwierzyć, że te boazerie i tapety były kiedyś czyimś prawdziwym życiem, a nie tylko dekoracją do "Dekalogu" Kieślowskiego. "Zresztą co to jest prawdziwe życie?" - Zaskoczyła samą siebie tym filozoficznym pytaniem. Może to już czas wrócić do klasyków? Nie czytała nadętego Sartre'a od czasów liceum. Bref, czemu to zakichany Sartre jako pierwszy przyszedł jej do głowy? Od zawsze miała z nim problem, bo okropnie wkurwiało ją to, jak traktował Simone, ale w sumie czemu by nie sięgnąć znowu po Camusa albo Kierkegaarda? A może nawet Schopenhauera? Z drugiej strony po cóż znowu pławić się w tym słodkim, mdłym, depresyjnym sosie? Znała jego smak już nazbyt dobrze. Gdy już się porządnie zagotował, wykipiał i rozlał, oblepiał wnętrze głowy jak smoła. Nie należało dopuszczać do podsycania jego produkcji nieodpowiednią literaturą. Już wydarzenia ostatnich miesięcy napsuły jej wystarczająco krwi i chociaż nie było to łatwe, wszystkimi siłami zapierała się przed słuchaniem smutnej muzyki czy setnym oglądaniem "Casablanki". Gdy miało się dwadzieścia lat cierpienie z powodu złamanego serca było nawet urocze, przed czterdziestką było po prostu żałosne i zbędne. Podeszła do meblościanki. Książki aż wysypywały się z wąskiej witryny. Kojarzyły się jej z tancerkami kankana. Zalotnie zapraszały falbanami swoich stron do pogłębionej lektury. Zaczęła je nerwowo przetrząsać. Wszystkie tytuły brzmiały obco, ale podobały jej się wytarte, socjalistyczne okładki - tak różne od tych, które pamiętała ze swojego francuskiego dzieciństwa. Jej wzrok przykuły białe oczy, niebieskie zęby i czerwony napis na czarnym tle: "ZŁY". Leopold Tyrmand. To nazwisko wcale nie brzmiało po polsku, ale tytuł zachęcił Margot do ułożenia się z tą właśnie książką na kanapie. Spojrzała na zegarek, potem za okno. Cudownie jest nie musieć nigdzie być w taki dżdżysty, wietrzny wtorek. Na poznawanie Warszawy miała jeszcze całą resztę życia. Albo przynajmniej jego część.

Kiedy była młodsza, zawsze popełniała ten sam błąd. Będąc w nowym mieście, chciała zaplanować swój czas co do minuty. Szybko nauczyła się, że odhaczanie kolejnych punktów z listy najatrakcyjniejszych miejsc nie ma sensu. Zaczęła po prostu przepływać przez miasta: stołowała się w podłych jadłodajniach, penetrowała uliczki o szemranym wyglądzie, z marszu wchodziła do muzeów o dziwnych nazwach. Tym sposobem powstały jej najlepsze zdjęcia i wspomnienia. W Warszawie też płynęła ulicami. Czasami te eskapady wsysały ją tak skutecznie, że wychodząc z domu o ósmej rano, wracała późnym wieczorem następnego dnia. Uwielbiała uwodzić nowe miasta jak kolejne kochanki. Wiedziała, że ten stan oszołomienia nowością nie potrwa zbyt długo. Zawsze po kilku tygodniach zaczynała chodzić tymi samymi trasami, znajdowała swoją ulubioną kawiarnię, ulubiony fotel w kinie i traciła bezpowrotnie to odurzające uczucie, że oto, tuż za rogiem, czeka ją coś nadzwyczajnego.

Jak dotąd w Warszawie spotkała się z paroma dziewczynami z Tindera, chyba bardziej z jakiegoś zakodowanego głęboko automatyzmu niż z rzeczywistej potrzeby. W większości jej dates były ekstremalnie skupione na tym, żeby dobrze przed nią wypaść, przez co szybko stawały się irytujące. Tylko jedna dziewczyna wyróżniła się pięknymi rudymi lokami i historyjką o pchlim targu otwartym tylko w niedziele, gdzie Margot planowała wybrać się przy najbliższej dogodnej okazji. Ruda wyznała w sekrecie, że chodziła tam kraść. Bynajmniej nie dlatego, że nie było jej stać na zakup figurki Jezusa z ukruszonym nosem albo skarpetek w ananasy, ale po to, żeby bezwstydnie ćpać adrenalinę. Margot postanowiła natychmiast wynagrodzić to urocze w jej mniemaniu wyznanie - zaciągnęła rudowłosą kleptomankę na szybki numerek do kibla w kawiarni, w której się spotkały. W środę w samo południe przesiadywały tam głównie matki z dziećmi. Jeśli któraś z nich akurat miała potrzebę przebrać bachora, no cóż, pech - trzeba było poczekać, bo przewijak był zajęty.

Margot wróciła myślami do "Złego". Wodziła błędnymi palcami po okładce. Nie miała pojęcia, co to za książka. Dziwne, że babcia nigdy jej o niej nie mówiła. W dawnych czasach kultywowano ten piękny zwyczaj, że okładka z tyłu nie była wypełniona streszczeniami, rekomendacjami czy pretensjonalnymi zdjęciami autora. Cieszyła się, że to, co znajdzie między tekturowymi okładkami, będzie niespodzianką.

Zanim otworzyła książkę, jeszcze raz spojrzała za okno. Jakiś ptak o nieznanej nazwie właśnie przysiadł na parapecie. Spojrzał na nią swoim brązowym wszechwiedzącym okiem i nagle do jej głowy wpadła myśl o dziewczynie z wernisażu. Minął prawie tydzień, a ona się nie odezwała. Margot nie zapamiętała polskiego, szeleszczącego nazwiska, ale wystarczyłby jeden telefon do Joanny, żeby załatwić jej numer... Oczywiście nie chciała być natrętna, ale instynkt podpowiadał jej, że w tym konkretnym przypadku trzeba wyjść z inicjatywą. Nie żeby na Tinderze brakowało ładnych twarzyczek, ale to był typ kobiety, której nie znajdzie się w serwisie randkowym, co stawiało ją w osobistej hierarchii Margot o półkę wyżej. Była to chyba jedyna osoba tego wieczoru, która nie przyszła tam dla niej, a konkretniej dla jej nazwiska. Akurat burżuazyjnych klakierek i groupies chętnych na szybką przygodę w damskiej toalecie zawsze miała pod dostatkiem.

Tak właśnie spędziła swój ostatni rok w Nowym Jorku. Po dwóch latach małżeństwa z Glorią ich życie seksualne mocno zwolniło, a właściwe zamarło w trzepoczącym bezruchu niczym koliber. Seks od zawsze był dla Margot ważny, więc skoro nie dostawała go tam, gdzie powinna, no cóż - jakoś musiała zapełnić tę dojmującą pustkę. Z czasem zaczęła obawiać się, że jest psychopatką. Potrafiła być żoną idealną. Czekać na Glorię wieczorem z trzydaniowym wykwintnym obiadem, na stole bukiet kwiatów za sto pięćdziesiąt dolarów i kartka z cytatami z francuskiej poezji miłosnej. Za to w inne wieczory mogła wychodzić z aparatem w noc, mówiąc, że idzie pracować, i nawet nie do końca było to kłamstwem. Wbijała się na cudze domówki albo szwendała po klubach, znajdowała lekko oszołomione miastem, alkoholem i narkotykami urodziwe dziewczęta. Zaciągała je do obskurnych hotelików na godziny albo lądowały miękko w najprzeróżniejszych kabinach toaletowych. Robiła im zdjęcia polaroidem - trochę z własnej zarozumiałości, trochę z egzaltacji, a trochę z autentycznej wiary w to, że kiedyś powstanie z tego jakiś poważny projekt. Chowała je razem z trawką w blaszanym pudełku po ciastkach, o którego istnieniu Gloria nie miała pojęcia. Aż pewnego dnia ona jednak zajrzała do szafki pod piekarnikiem, co było więcej niż dziwne, bo przecież nigdy nie gotowała.

To niestety koniec bezpłatnego fragmentu. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki.

Rozdział 2

Jednak Margot nie nadawała się do podążania śladami Bukowskiego. Głowa pękła jej na pół - to by tłumaczyło, dlaczego czuła mózg spływający po plecach lepką, zimną strugą. Budzik wydzwaniał siódmą sześć. Do jasnej cholery, że też akurat tym razem bateria nie mogła się wyładować poprzedniego wieczoru! "Po co w ogóle nastawiłam ten budzik? I czemu tu tak strasznie ciemno?" - zastanawiała się. Przecież nigdy nie zaciągała zasłon.

Przypomniało jej się mgliście, jak próbowała dotrzymać kroku Cyprianowi w piciu szotów. Potem jakaś dziewczyna - blondyna o cudownie wulgarnej urodzie. Obie były zbyt pijane, żeby doszło do czegoś więcej niż tylko migdalenia się na parkiecie. Chyba ludzie, to znaczy ludzie rodzaju męskiego, zebrani w kółeczko na parkiecie bili im brawo. Na trzeźwo miałaby ochotę wychłostać ich batem po pyskach. Po pijaku było jej wszystko jedno, mogła nawet być czyjąś spełnioną fantazją erotyczną rodem z Pornhuba.

W wątłym świetle telefonu dostrzegła pastelowy, kwiatowy print na kanapie.

- Putain de merde!

Dobrze znała ten wzór, jednakże nie ze swojego mieszkania. Po cichu wstała i, starając się nie potknąć pomimo zawrotów głowy, znalazła przedpokój i drzwi. Wyszła na klatkę schodową pomalowaną sraczkowatą farbą olejną. Na drzwiach, które cicho zamknęła, zobaczyła złotą siódemkę. Pewnie ciocia Zofia zapomniała zamknąć na noc. "Oh fuck" - pomyślała Margot. "Mam szczęście, że nie zadzwoniła na policję. Je suis degueulasse!" Mimo że nikt jej nie widział, to jednak zaczerwieniła się ze wstydu. Ucieszyła się, bo to oznaczało, że ocaliła w sobie jeszcze jakieś resztki przyzwoitości. Wbiegła po schodach na następne piętro, wygrzebała z kieszeni kurtki cudem niezgubione klucze i otworzyła drzwi swojego mieszkania. Po wejściu od razu skierowała swoje kroki do łazienki. To było chyba jej ulubione pomieszczenie. Wyłożone kafelkami w kolorze majtkowego różu, nieremontowane od nowości, czyli od lat siedemdziesiątych, świetnie sprawdziłoby się jako plan filmowy dla horroru klasy B. Stojąc przed porysowanym lustrem, które było zarazem frontem plastikowej szafki na szczoteczki do zębów, zauważyła, że jej beznadziejny stan świetnie nadaje się do utrwalenia na kliszy. Do tak pięknych okoliczności przyrody idealnie pasowała stara, radziecka Smiena 8M. Nie szukała zbyt długo idealnego, czystego kadru. Szybko podjęła decyzję o naciśnięciu spustu migawki - ten dźwięk zawsze działał na nią kojąco i rozweselająco. Dźwięk spełnienia. Prawie jak orgazm. Wiedziała, że zdjęcie wyszło tak, jak powinno. Nie dlatego, że była doświadczonym fotografem, ale dlatego, że fotografując samą siebie, pozwalała sobie na więcej szczerości niż z jakąkolwiek modelką. Ludzie myśleli, że fotograf robiący sobie self-portrait to szczyt narcyzmu, a było wręcz przeciwnie. Spenetrowanie samej siebie swoim własnym obiektywem było jak masturbacja przed publicznością.

Aparat zostawiła w szafce z lustrem i szybko ogarnęła się do wyjścia. To po to nastawiła ten cholerny budzik: żeby pół godziny później siedzieć za szybą w studiu radiowym. We wczorajszym makijażu i z butlą wody pod pachą. Zapach przetrawionego alkoholu próbowała zamaskować chmurą drogich perfum, które tylko wzmagały jej mdłości. Agresywny dżingiel oznajmił, że są już na antenie.

- Dzień dobry, Anna Lasota, witam państwa. Dziś w studiu ze mną wyjątkowa gościni, rodem z... no właśnie? Paryża? Nowego Jorku? A może już z Warszawy? Wybitna fotografka i fotoreporterka, zdobywczyni licznych prestiżowych nagród, w tym World Press Photo: Margot Laurent. Dzień dobry!

- Oui, bonjour, dzień dobry.

Odkrztusiła flegmę. Na twarzy wyniosłej, idealnie odprasowanej i w kołnierzyku redaktorki malowało się obrzydzenie.

- Dobrze, a zatem wczoraj w Galerii Zachęta miał miejsce wernisaż zbioru pani prac pod tytułem "Pro-life". Czy może pani opowiedzieć słuchaczom, jak powstała ta wystawa, co było dla pani największą inspiracją?

- Alors. - Margot zebrała się w sobie. - Jak się nietrudno domyślić po tytule, największą inspiracją w mojej pracy jest, i zawsze było, po prostu życie. ("Ty głupia krowo" - dodała w myślach). Staram się je... nie wiem jak to się mówi, no... embrace... tak w całości. - Magot pokazywała gestem obejmowanie, zapominając, że jest w radiu i że nikt nie może zobaczyć jej gestu.

- Objąć - podrzuciła znudzona dziennikarka.

- Właśnie, c'est ca. - Margot już wiedziała, że to nie będzie zbyt miła rozmowa.

- Rozumiem, wrócimy jeszcze do tych kwestii po przerwie, teraz zapraszam państwa do posłuchania Krzysztofa Krawczyka.

Dziennikarka zdjęła słuchawki i wyszła z kabiny nagraniowej, nie mówiąc ani słowa, z lekko obrażoną miną. Margot położyła swoje rozpalone, wilgotne czoło na zimnym blacie. Tak bardzo chciała walczyć z globalnymi nierównościami i całym złem tego świata, wypowiadając się elokwentnie w radiu, a tymczasem jej trzydziestoczteroletni metabolizm zawiódł ją na całej linii! W tle leciało "Chciałem być marynarzem...". Chyba nie znała tej piosenki. "Podróże, tatuaże, piękne kobiety, to wszystko już było" - pomyślała Margot. "Teraz to tylko chciałabym być z powrotem w łóżku w towarzystwie aspiryny i ulubionego serialu". Spojrzała na zegarek. Była dopiero ósma cztery.

*

Agnieszka stała w korku na Towarowej. Miała ochotę po prostu wysiąść z auta, trzasnąć drzwiami i zacząć skakać po dachach unieruchomionych samochodów, wgniatając do środka miękką jak plastelina blachę. Jak superbohaterowie na filmach Marvela. Wtedy na pewno zdążyłaby na czas. Niestety nie mogła sobie pozwolić na mandat, a tym bardziej na punkty karne. Mogła tylko pofantazjować, jak to jest dać się ponieść fali gniewu.

W radiu rozpoczęły się poranne wiadomości. Kompletnie nie miała ochoty słuchać tej pesymistycznej litanii. Zdumiewało ją, że dotychczas nikt nie wymyślił choćby jednego medium, które będzie przekazywało tylko dobre informacje. A może wymyślił, tylko okazało się to projektem zbyt niszowym i padło?

Agnieszka przeskoczyła kilka kanałów z nadzieją, że choć jedna stacja będzie nadawać muzykę, a ostatecznie nawet i reklamy. Zrezygnowana już miała wyłączyć radio i spędzić ostatnie minuty drogi przy akompaniamencie klaksonów i przegrzanych silników, kiedy coś przykuło jej uwagę. Redaktorka o znudzonym głosie wymieniła imię i nazwisko, z którym Agnieszka wczoraj zdążyła się zaznajomić aż nazbyt dobrze. Podkręciła głośność. Margot miała lekko zachrypnięty głos: "Zresztą ekspandowanie praw człowieka na dzieci to wynalazek zaledwie wczorajszy. Oh, par example, podczas tych kretyńskich zawodów kopania w piłkę, kto wychodzi na początku na stadion? No właśnie dzieci, bo dzieci są przyszłością, są najważniejsze na świecie, c'est-a-dire te, które akurat miały szczęście urodzić się we właściwym kraju, we właściwych rodzinach, w przeciwieństwie do dzieci z moich zdjęć. Dlatego chyba oddaję im tak liczną reprezentację w moich pracach, j'sais pas".

Agnieszka już miała wjeżdżać do firmowego garażu, ale audycja nadal trwała. Zatrzymała się więc tuż przed szlabanem, bo żal jej było stracić choćby jedno słowo przez brak zasięgu. Po chwili usłyszała za plecami donośne trąbienie. Spojrzała w lusterko wsteczne: nabity kark i sportowe okulary przeciwsłoneczne. "Wszędzie za dużo tego cholernego testosteronu" - zdiagnozowała w myślach.

Nienawidziła się spóźniać. Bardzo rzadko zdarzało jej się wkraczać do biura po ósmej, dlatego dziś witały ją wysoko uniesione brwi koleżanek i kolegów - musiało stać się coś wyjątkowego, skoro Pani Idealna ma poślizg. Oczywiście nikt nie odważył się niczego skomentować.

Agnieszka wślizgnęła się bezszelestnie do swojego biura. Torebkę rzuciła na fotel dla gości i stanęła przy wielkiej tafli szkła. Warsaw Spire. Wielu dałoby się pokroić za biuro w takiej lokalizacji. Jej widok na panoramę Warszawy już dawno się opatrzył. Chciałaby pojechać do Singapuru lub Hongkongu, żeby zobaczyć prawdziwą betonową dżunglę. Wcale nie czuła tutaj, z góry, że ma miasto u swoich stóp, raczej jakby obserwowała ciasny domek dla lalek. Z obrzydzeniem stwierdziła, że dziś smog rozścielił się wyjątkowo gęsto, i spuściła żaluzje. Zasiadła w swoim masywnym, skórzanym fotelu wiceprezesa. Dziś nie miała siły od razu rzucać się w wir pracy. Otworzyła kalendarz, żeby zobaczyć, co ją czeka. Lawina spotkań. Najmniej ulubiona część jej pracy. Miała wrażenie, że przez ostatni rok coraz mniej projektowała. Wciąż tylko biegała między galami, prezentacjami i konferencjami. Nie umiała sobie przypomnieć, kiedy ostatni raz liczyła, ile powinien ważyć strop, a przecież uwielbiała tę zabawę cyferkami, tabelkami, liniami i krzywiznami. Drugim utrapieniem Agnieszki było zarządzanie ludźmi. Nigdy nie odnajdywała się dobrze w roli liderki. Oczywiście nie ośmielała się narzekać. Tym bardziej że wszyscy już wystarczająco nienawidzili ją za ten szybki, niespodziewany awans na stanowisko wice. Rozpięła granatową marynarkę i zrobiła sobie masaż skroni z naiwną nadzieją, że przegna w ten sposób rozpoczynający się właśnie migrenowy ból głowy. A mówią, że myślenie nie boli... "Co się ze mną dzieje? Może to już starość? Nie dam dziś rady. Chcę wrócić do łóżka. I obudzić się za dwadzieścia lat. Nie ma takiej opcji. Trzeba było jednak nie pić tyle tego wina. Szlag. Dobra, trzeba się wziąć w garść. Muszę zadzwonić do pana Staszka w sprawie ekspertyzy geodezyjnej. I sprawdzić projekt Kaśki. Może to tylko PMS? Muszę kupić podpaski, bo chyba się kończą. Dobra, jak wypiję kawę, to ciśnienie mi skoczy i poczuję się lepiej. To, co mówiła Margot, było interesujące, może powinnam jeszcze raz pójść zobaczyć jej wystawę?" Myśli Agnieszki gnały jednocześnie we wszystkich kierunkach. Aby zatrzymać tę galopadę, wstała i mechanicznie udała się do kuchni po swój odwieczny zestaw śniadaniowy - kawę z mlekiem i cukrem oraz cztery trójkątne kanapki ser-majonez-pomidor. Zjeść śniadanie, zażyć Ketonal i przetrwać najbliższe osiem godzin. Taki był plan.

Jak zwykle, gdy tylko weszła do kuchni, rozmowy zamilkły. Malwina i Kaśka wymownie porzuciły swoje kubki w zlewie i wyszły z minami, jakby coś im śmierdziało pod nosem. W kącie została tylko Oksana, z kamienną twarzą chrupiąca swoją granolę. Aga uśmiechnęła się do niej pokrzepiająco, bo właśnie przypomniała sobie, co powiedziała Malwina, kiedy zapowiedziała, że będzie z nimi pracować dziewczyna z Ukrainy. "W sensie, że będzie jeździć tutaj na mopie?" Kilku idiotów to podchwyciło i zaczęło się śmiać. Mimo że Oksana przeszła wyśrubowany proces rekrutacji i od czterech miesięcy pracowała bez najmniejszego zarzutu, nadal musiała udowadniać, że zasłużyła na tę posadę. Aga wręcz czuła się winna, że ściągnęła ją do tak toksycznego środowiska. Podstawiła kubek pod ekspres. W myślach tamte dziewczyny nazywała glonojadami, choć tak po prawdzie tylko jedna z nich wypełniła sobie usta jakimś kwasem czy innym botoksem. Mniejsza o szczegóły, w jej mniemaniu ilorazem inteligencji obie nie przewyższały rybek akwariowych. Miała ochotę ponarzekać na Kaśkę i Malwinę do Oksany, ale to byłoby nieprofesjonalne, więc z parującą kawą podreptała z powrotem do swojego biura. Jedzenie było dla niej czynnością na tyle intymną, że wystrzegała się jakichkolwiek świadków. W momencie, gdy już wgryzała się drapieżnie w drugą kanapkę, ktoś zapukał do drzwi i bez czekania na odpowiedź natychmiast wparował do środka. Gedeon Kozanecki - on zawsze wchodził jak do siebie. "No cóż" - pomyślała. "Właściwie to on jest u siebie". Agnieszka błyskawicznie strzepnęła okruszki z żakietu i zasłoniła dłonią buzię pełną chleba.

- Ach, tu jesteś - powiedział z teatralną dykcją.

"A gdzie indziej miałabym być, inteligencie?" - pomyślała Aga, ale nic nie powiedziała, bo starała się jak najszybciej rozdrobnić jedzenie zębami.

- Słuchaj, mogłabyś sprawdzić jak ta nowa, yyy... no, Olena...? - zawiesił się.

- Oksana.

"Nie taka nowa. Po trzech miesiącach mógłbyś już zapamiętać jej imię, dupku" - dodała w głowie.

- No właśnie, Oksana. Sprawdzisz, jak uporała się ze swoim najnowszym projektem? Sorry, że dokładam ci pracy, ale nikt nie zrobi tego lepiej niż ty. Trzeba trzymać rękę na pulsie. Wiesz, jak jest, raz czegoś nie sprawdzisz, to akurat to spierdolą, prawo Murphy'ego. - Kretyńsko wyszczerzył swoje idealnie proste zęby.

Aga energicznie pokiwała głową na "tak" i wreszcie przełknęła, ale niestety pokarm trafił do niewłaściwej rurki. Od razu krew nabiegła jej do twarzy. W akcie desperacji wstała od biurka i zaczęła uderzać pięściami w pierś. Gedeon nadal stał w progu i obserwował ją zażenowany. Czerwona od kaszlu i wstydu Agnieszka chwyciła za butelkę z wodą i przepłukała gardło. Zniesmaczony Gedeon już prawie zamykał za sobą drzwi, gdy Aga wreszcie przestała się krztusić i opadła na fotel. Ten godny pożałowania popis na oczach znienawidzonego szefa zmęczył ją bardziej niż przebiegnięcie półmaratonu.

- A właśnie, jeszcze miałem pytać, jak było na tym wernisażu.

- Nie ma o czym gadać. Totalne nudy. No wiesz, przemowy, bla-bla-bla, toasty. Artyści. - Aga przewróciła oczami.

- Serio? Nic? Żadnych ciekawych, nowych znajomości? Nikogo z ratusza?

- Nie powiedziałbym. - Agnieszka cmoknęła ze zniecierpliwieniem.

- No nic, trzeba było odwalić tę renowację ze względów prestiżowo-marketingowych. Współpraca z Zachętą dobrze wygląda na naszej stronie internetowej - skwitował Gedeon.

- Wiem, spoko, przynajmniej było darmowe wino. Co prawda liczyłam na kawior i szampana, ale chyba dość mocno przestrzeliłam z oczekiwaniami. Jednak to instytucja państwowa. - Zdobyła się na malutkie drgnięcie w górę kącikami ust.

- Ej, a poznałaś tę, no, francuską fotografkę? - zapytał, majstrując przy złotej spince od mankietu.

- Ja? No co ty, skądże. - Agnieszka sama nie wiedziała, dlaczego tak gorliwie zaprzecza. Czuła jak temperatura jej ciała podnosi się raptownie, zupełnie jakby ktoś przyłapała ją in flagranti. "Tylko właściwie na czym?" - zapytała samą siebie.

- Widziałem ją na zdjęciu w gazecie. Całkiem niezła. Taka ostra sztuka. - Gedeon prawie się rozmarzył.

- Aha. - Aga była gotowa zrzygać się wprost na swoje biurko.

Gedeon zauważył jej rumieńce i pomyślał z niesmakiem, że Leśniewska to chyba najbardziej świętojebliwa osoba, jaką zna. Nawet jego babcia nie czerwieniła się na takie wzmianki. Nieodmiennie frapowało go, jak ktoś tak zaściankowy mógł zajść tak wysoko w karierze architekta, która przecież była domeną ludzi światłych i nowoczesnych.

- Dobra, lecę. Cześć. - powiedział, marszcząc czoło, i wyszedł równie niepostrzeżenie, co wszedł.

"Niech się dzieli tymi spostrzeżeniami ze swoimi nadętymi, nowobogackimi kumplami w oparach cygar i whisky po partyjce golfa" - pomyślała Agnieszka. Nie mogła przecież wiedzieć, że Gedeon gardził golfem, który uważał za sport emerytów. Wolał tenis i żeglarstwo. Miała go już serdecznie dość, choć pracowała dopiero rok w tej firmie. Była zła na siebie, że podczas rozmowy kwalifikacyjnej dała się nabrać na jego aparycję światowca. Włosy miał półdługie i, mimo że był zaledwie trzy lata starszy od Agnieszki, przyprószone dodającą szlachetności siwizną. Zamiast sztampowych krawatów nosił jedwabne fulary. Swój spokojny baryton potrafił modulować jak profesjonalny lektor filmowy. Dopiero po kilku tygodniach wspólnej pracy okazało się, że pod maską intelektualisty całkiem sprawnie zakamuflował się prostacki despota.

Gdyby jej życie przypominało "Seks w wielkim mieście", podczas lunchu z przyjaciółkami opowiedziałaby, że szef przez jakieś dziesięć minut gapił się na to, jak prawie się udusiła, zamiast podbiec i klepnąć ją w plecy. Wszystkie zgodnie zwymyślałyby Gedeona od najgorszych. Tyle tylko, że Agnieszka nigdy nie chodziła na lunche w godzinach pracy ani nie miała wianuszka zaufanych przyjaciółek.

Wieczorem, po powrocie z pracy, moszcząc się wygodnie na swojej drogiej poduszce ortopedycznej, zaczęła wymyślać swoje osobiste top10 najbardziej palących problemów na dzień następny. Nie mogła powstrzymać się przed planowaniem wszystkiego co do minuty. Spojrzała jeszcze na książkę, leżącą grzbietem do góry na stoliku nocnym. Zdobywca ubiegłorocznej Nagrody Nike. Jedna z tych książek, które wypada przeczytać, ale nigdy się nie ma na to ani siły, ani czasu, ani ochoty. Lekko ćmiący ból głowy był tej nocy jej jedyną kołysanką. Podczas gdy inni marzyli o urlopach pod palmami i drogich torebkach, dzikie fantazje Agnieszki były takie: ustrzelić kurczaka zagrodowego na promocji w Lidlu i wrócić do domu, nie stojąc w najgorszych korkach. No i jeszcze móc do obiadu zobaczyć najnowszy odcinek Magdy Gessler. Agnieszka kochała Magdę Gessler. A jeszcze bardziej kochałaby bycie Magdą Gessler. Rzucanie talerzami i kategoryczne wygłaszanie swoich nawet najbardziej absurdalnych opinii, ubieranie niepasujących do siebie kolorów i niczym niezachwiane przekonanie o własnej samozajebistości. Ciekawe o czym Magda myśli przed snem?

Po ciężkim dniu Aga chciała po prostu przytulić się do miękkiego niczym drożdżowe ciasto ciała Gesslerowej i dać się jej nakarmić rosołem z kaczki jak małe dziecko - samolocikami frunącymi wprost do buzi. Powoli w jej umyśle zacierała się granica pomiędzy jawą a snem. Nagły, donośny dźwięk wiadomości poderwał ją z poduszki. Gedeon: "Przypominam o spotkaniu z Blachnickim jutro w Platter o 18. WAŻNE".

"Jakbym kiedykolwiek zapomniała o jakimkolwiek spotkaniu". Odruchowo przewróciła oczami i odłożyła telefon do szufladki. Zaczęła przewracać się z boku na bok. Doskonale wiedziała, że już nie będzie potrafiła zasnąć.

W środku czuła się wydrążona jak spróchniały pień. Mogłaby tę pustkę zapchać ulubionymi ciastkami składowanymi zazwyczaj w dolnej szufladzie stolika nocnego. Te jednak, jak na złość, właśnie się skończyły. Dlatego poprawiła poduszki za głową i wsunęła lewą rękę pod kołdrę. Drugą sięgnęła po telefon i wpisała pierwsze litery w wyszukiwarkę, która od razu podpowiedziała jej co lubi. Nigdy nie kasowała historii. Bo niby przed kim miała się ukrywać? Sama dziwiła się swoim upodobaniom. Że tak bardzo ją to podnieca. Że właściwie to jedyne, co ją podnieca. Nie potrafiła też przypomnieć sobie, kiedy ostatni raz masturbowała się tak po prostu - tylko w myślach, nie do pornola. Z filmem było szybciej i skuteczniej. Kolejne zadanie do wykonania zamaszyście skreślone z listy. Zresztą po co miałaby z tego rezygnować, skoro syciło tak dobrze? Nie była napalonym, bezmózgim czternastolatkiem. Wiedziała, że to fikcja, że prawdziwy seks musiał przecież wyglądać inaczej. Seks, którego nie uprawiała. Bez jakiejś jednej konkretnej przyczyny. Tak po prostu wyszło, że nigdy nie było na to dość dobrej okazji. Z tego samego powodu nie nauczyła się ani pływać, ani jeździć na nartach. Najzwyczajniej w świecie nikt nie przyszedł i jej nie pokazał, jak to się robi. Odpaliła filmik z analem. Ten rodzaj penetracji wydawał się jej jakoś bardziej aseptyczny i mniej emocjonalny. Przypakowany facet (takich z brzuszkiem nie tolerowała) i szczupakowata brunetka sczepili się w "miłosnym tańcu" jak psy w rui. Im brutalniej, im mocniej ją ruchał, tym szybciej narastało podniecenie Agi. Kończyła płaskim, krótkim orgazmem, który przynosił ulgę podobną do kichnięcia. Po wszystkim nie mogła już na to patrzeć. Odłożyła telefon i opadła bezwolnie na poduszkę. Wytarła mokrą dłoń o prześcieradło. Życie dosłownie przeciekało jej przez palce.