Kardio - Łukasz Małek
43.90 zł
35.12 zł
(33,80 zł najniższa cena z 30 dni)

Reflow text when sidebars are open.
KARDIO TO WIĘCEJ NIŻ ZNANY TRENING
Każdy tekst trzeba w jakiś sposób zacząć. W gabinetach, gdzie prawie codziennie przyjmuję pacjentów, zwykle na początku wizyty proszę, aby opowiedzieli trochę o sobie i powodach, dla których przyszli na konsultację. Pomyślałem więc, że zanim przejdę do meritum, trochę się przedstawię - by wytłumaczyć, dlaczego podjąłem się napisania tej książki.
Jestem lekarzem kardiologiem z dwudziestoletnim stażem, od dziesięciu lat specjalizującym się w kardiologii sportowej. Medycyną zainteresowałem się po części z wyboru; po części wynikało to z naturalnej kolei rzeczy - moi rodzice to lekarze. Żartobliwie można przypuszczać, że byłem "skazany" na taką ścieżkę i zaspokojenie niewypowiedzianych co prawda, ale domniemanych oczekiwań rodziców, których moi dwaj młodsi bracia nie musieli już spełniać.
Nie oznacza to, że uważam swoją decyzję za błąd; wybrałbym tę drogę raz jeszcze, mimo wzlotów i upadków mojej wiary - nie tyle w medycynę, ile w otaczające mnie środowisko medyczne. Pamiętam, że rozważałem także dziennikarstwo; lubiłem pisać i dobrze mi to wychodziło. Wracam teraz do tych niespełnionych marzeń, gdy tworzę felietony i artykuły popularnonaukowe; zapał ten pomagał mi pewnie także w pisaniu artykułów naukowych na przestrzeni lat.
Wybór kardiologii jako mojej głównej specjalizacji wynikał z niezwykle dynamicznego rozwoju tej dziedziny na początku obecnego stulecia oraz - jak to często bywa - ze spotkania odpowiednich ludzi w odpowiednim czasie. Po stażu w Centralnym Szpitalu Klinicznym Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego, w trakcie rezydentury, przez wiele lat pracowałem w Narodowym Instytucie Kardiologii. Moje zainteresowania kliniczne się zmieniały - od zaburzeń rytmu i zabiegów ablacji, czyli usuwania arytmii przy pomocy małoinwazyjnych zabiegów przeprowadzanych na sercu, przez kardiologię interwencyjną w postaci koronarografii, cewnikowań i wszczepiania stentów, po nieinwazyjne obrazowanie serca za pomocą rezonansu magnetycznego. To ostatnie zainteresowanie pozostało ze mną do dziś. Podczas pracy w szpitalu najwyższego stopnia referencyjności obserwowałem w klinice i na dyżurach, w tym na oddziale intensywnej terapii, wielu pacjentów w bardzo ciężkim stanie. Przeżywałem dramaty - ich, jak również ich rodzin. Czasem udawało się efektywnie pomóc pacjentom, ale w większości były to osoby w stanie ciężkim, z nieodwracalnymi zmianami i powikłaniami, a leczenie skupiało się na polepszeniu jakości ich życia i jego nieznacznym przedłużeniu, bez szans na istotną poprawę. Były to trudne doświadczenia, ukazujące niemoc medycyny, jeśli leczenie wdrożono zbyt późno.
Wiele z tych osób latami "pracowało" na swoje choroby - prowadziło nieodpowiedni tryb życia, prawdopodobnie funkcjonowało z dnia na dzień, ale często także wierzyło w moc współczesnej medycyny, którą jednak przeceniamy. To pod wpływem takich doświadczeń postanowiłem intensywniej zająć się promocją i profilaktyką zdrowia. Jest to jedyny realny sposób na długie życie bez chorób.
Decyzje te zbiegły się w czasie z moim powrotem do regularnego uprawiania sportu, zwłaszcza biegania. Zawsze byłem aktywny, pochodzę z rodziny ceniącej ruch. Jeździliśmy na nartach, graliśmy w piłkę i koszykówkę w przydomowym ogrodzie, aktywnie podróżowaliśmy, regularnie chodziliśmy na basen. W dzieciństwie nigdy jednak nie uprawiałem sportu wyczynowo. Nie było wówczas tylu klubów sportowych, a zatem okazji, ale też mody na aktywność fizyczną. Zamiast tego czytałem książki z dziedzin takich jak chemia i biologia, startowałem w kolejnych konkursach i olimpiadach naukowych - nie sportowych. Na studiach co prawda przez pewien czas pływałem w drużynie pływackiej, ale to raczej epizod, a nie zorganizowana i przemyślana droga życiowa. Okazjonalnie trenowałem wspinaczkę ściankową.
Zacząłem regularnie biegać dopiero w trakcie rocznego wyjazdu studenckiego do Perugii we Włoszech w ramach programu Socrates-Erasmus. Nie było mnie stać na karnet na basen czy na ściankę (stypendium Erasmusa w tamtych czasach wynosiło nieco ponad 200 euro), ale mieszkałem niedaleko stadionu lekkoatletycznego. Zacząłem regularnie biegać, a po roku wystartowałem w bawełnianej koszulce, trampkach oraz starych spodenkach od WF-u w biegu na 11 km w Perugii.
Poszedłem za ciosem i po powrocie do Polski zapisałem się na Maraton Warszawski. W tamtym czasie uczestniczyło w nim niespełna tysiąc osób. Przygotowywałem się całe lato, biegałem w okolicach Giessen i Marburga, gdzie pracowałem jako instruktor skautingu i ratownik na obozach skautów amerykańskich. Maraton ukończyłem, ale kosztował mnie wiele wysiłku. Na ostatnich kilometrach ssałem mokrą gąbkę przeznaczoną do schładzania ciała i doświadczałem rytmicznych skurczów mięśni przedramienia; bardziej szedłem, niż biegłem. Potem nastąpiła kilkuletnia przerwa od tej aktywności - praca, dzieci... życie.
Przytyłem, żyłem w przewlekłym stresie - niewyspany, zmęczony, miewałem nawet do dziewięciu dyżurów w miesiącu. Po trzydziestce postanowiłem wziąć się za siebie i zacząłem ponownie regularnie biegać - każdego dnia lub co drugi. Kontynuuję ten rytm od piętnastu lat aż do dziś, poza krótkimi przerwami związanymi z kontuzjami. Ukończyłem wiele maratonów, a nawet ultramaratonów.
Określiłbym siebie jako tzw. late bloomera, bo mój prime time wypadł między trzydziestym trzecim a trzydziestym ósmym rokiem życia. W tym okresie biegałem po kilka maratonów lub ultramaratonów rocznie, najchętniej w górach i z dużymi przewyższeniami. Nigdy nie osiągałem spektakularnych sukcesów, ale najczęściej plasowałem się w górnej połowie startujących. Obecnie z racji powolnego starzenia się, potrzeby dłuższej regeneracji i braku motywacji do aż tak intensywnego trenowania zmniejszyłem zarówno kilometraż, jak i intensywność wysiłków.
Znam wiele dużo starszych osób, które wciąż zapamiętale trenują, ale w moim wypadku sprawdza się podejście oszczędzające. Będę o tym jeszcze pisał, ale wpływ długich lat wysiłku na organizm jest bardzo indywidualny i trzeba to brać pod uwagę. Lepiej uprawiać mniej sportu, ale regularnie przez całe życie, niż zupełnie stracić tę możliwość. W moim wypadku doszły nowe aktywności - rower, powrót do pływania, narciarstwo alpejskie, wędrówki górskie, okazjonalnie siłownia i joga. Sport dawał i daje mi szereg korzyści, zarówno fizycznych, jak i psychicznych. Nie ma żadnej innej interwencji czy substancji, które tak skutecznie zapobiegałyby tylu chorobom lub je leczyły - mówię to z pełnym przekonaniem. Wejście na górski szczyt sprawnym tempem z niewielką tylko zadyszką sprawia ogromną frajdę.
Widząc korzyści z uprawiania sportu i doświadczając rozczarowania ograniczeniami medycyny oraz jej złą organizacją (leczymy, ale nie zapobiegamy wystąpieniu chorób), postanowiłem zmienić swoje zainteresowania zawodowe. Skończyłem studia z zakresu kardiologii sportowej w renomowanym ośrodku w Londynie, założyłem i wciąż prowadzę poradnię kardiologii sportowej i oferuję konsultacje dla sportowców na różnym szczeblu zaawansowania - od amatorów po profesjonalistów, aby mogli jak najdłużej bezpiecznie ćwiczyć.
Nie mówię nikomu, że ma zaprzestać uprawiania aktywności fizycznej, co uważam za najgorsze z możliwych zaleceń. Zdziwilibyście się, jak często moi pacjenci słyszą takie słowa - najczęściej od lekarzy, którzy nigdy nie liznęli sportu, bo uważają (o zgrozo), że tak będzie bezpieczniej. Ja jednak staram się tak prowadzić leczenie, aby usunąć przyczynę, która może przeszkadzać w uprawianiu sportu, lub w ostateczności zalecić pewne ograniczenia w intensywności czy charakterze ruchu. Co więcej, restrykcje te są często przejściowe, ale nigdy, przenigdy nie zalecam całkowitego porzucenia aktywności!
Nie zniechęcam też a priori amatorów - także starszych, w tak zwanej kategorii masters, czyli powyżej 35-40 roku życia - bardzo intensywnie uprawiających sport do podążania tą ścieżką dla zasady, jak część moich kolegów i koleżanek lekarzy. Zamiast tego uwrażliwiam podopiecznych na potencjalne negatywne skutki bezrefleksyjnego katowania organizmu wyczerpującymi treningami.
Staram się promować aktywność fizyczną i swoje podejście do życia w mediach społecznościowych i tradycyjnych, piszę artykuły popularnonaukowe i felietony oraz biorę udział w podcastach czy kongresach medycznych. Moje dzieci poszły do klas sportowych, rodzinnie ćwiczymy - regularnie biegamy, jeździmy na nartach, chodzimy razem po górach, startujemy w zawodach biegowych.
Tyle o mnie i mojej dotychczasowej drodze, która doprowadziła do napisania tej książki. Pora przejść do tematu głównego. Zapraszam Was do wspólnej podróży po świecie serca i sportu, widzianych oczami lekarza kardiologa i jednocześnie sportowca amatora, który wierzy, że aktywność fizyczna nie musi być ani skrajnością, ani ryzykiem, by stać się najlepszą inwestycją w zdrowe życie.
Kardio to zarówno greckie słowo określające serce, jak i popularna forma treningu w postaci krótkich, przerywanych aktywności o dużej intensywności, a zatem z szybkim biciem serca (tzw. trening kardio). Na takie ćwiczenia mogą składać się np. rytmiczne podskoki, wypady, pady, skoki, wskoki itp. Od słowa kardio pochodzi też nazwa dziedziny medycyny, a bardziej szczegółowo - chorób wewnętrznych, czyli interny, która zajmuje się chorobami serca i naczyń, tj. kardiologii. Połączenie opowieści o sercu i aktywności fizycznej nie mogło mieć zatem lepszego tytułu niż właśnie kardio. Termin ten nawiązuje też do historii, a i o niej powiem sporo, gdyż nie byłoby dzisiejszego rozumienia budowy i czynności serca oraz zachodzących w nim zmian pod wpływem wysiłku bez lat badań nad tym narządem i aktywnością fizyczną.
Serce jako organ od zawsze fascynowało ludzi, w tym lekarzy starożytnych. Jako jedyny narząd w naszym organizmie porusza się rytmicznie niezależnie od woli - bije bez przerwy, czy śpimy, czy czuwamy, czy o nim myślimy, czy nie, choć nie zawsze w taki sposób, jakiego byśmy sobie życzyli. Czasem pragniemy, aby biło wolniej, spokojniej, bardziej miarowo, a kiedy indziej marzymy, aby zabiło nam mocniej. Nie zawsze mamy jednak na to wpływ.
Uderzenie bijącego serca o wewnętrzną stronę ściany klatki piersiowej, nazywane uderzeniem koniuszkowym - ponieważ właśnie tam koniuszek, czyli szczyt serca, dotyka od wewnątrz żeber - bywa często widoczne gołym okiem, zwłaszcza u osób szczupłych oraz w pozycji leżenia na lewym boku, gdy serce zostaje dociśnięte do ściany klatki piersiowej. Nawet jeśli tego uderzenia nie widzimy, możemy je łatwo wyczuć, gdy przyłożymy dłoń pod lewy sutek.
Brak wiedzy o położeniu i pracy serca sprawia, że zupełnie prawidłowe zjawiska mogą budzić niepotrzebny niepokój. Dobrym przykładem jest właśnie wyczuwalne uderzenie koniuszkowe podczas leżenia na lewym boku. Zdziwilibyście się, jak często to fizjologiczne zjawisko skłania pacjentów do wizyty u lekarza, podczas gdy zazwyczaj wystarczyłoby po prostu położyć się na prawym boku - i po kłopocie. To tylko jeden z przykładów, jak lepsze zrozumienie pracy narządu może ukoić nasze lęki - a takich sytuacji będzie jeszcze wiele.
Ze względu na pozostawanie w ciągłej rytmicznej pracy, która ustaje dopiero po śmierci, oraz na odczuwane reakcje serca pod wpływem emocji przez wiele lat uważano je za siedlisko duszy. Będę o tym opowiadał więcej w kolejnym rozdziale. I mimo że obecnie lokalizujemy duszę - o ile coś takiego w ogóle istnieje - raczej w mózgu, to w pierwszej kolejności przy problemach natury psychicznej myślimy właśnie o naszym sercu. To w jego okolicy często odczuwamy nieprzyjemne objawy - ból, ścisk, gniecenie, kołatanie. Być może brzmi to dziś archaicznie, ale w przekonaniu, że w sercu mieści się dusza, kryje się jednak pewne ziarno prawdy. Serce reaguje bowiem gwałtownie w przypadku tragicznych wydarzeń, ba - w literaturze nie brakuje opisów, że "pękało" ono z żalu lub smutku. Notabene, serce rzadko pęka w sensie dosłownym, stąd użyty cudzysłów. W zasadzie może tak się zdarzyć tylko w przypadku urazu lub jako sporadyczne powikłanie nieleczonego zawału. Nie bez powodu sercu towarzyszy wiele określeń frazeologicznych związanych z emocjami. Można mieć złamane serce, na powrót sklejone serce, rozdygotane serce lub serce na dłoni. Miałem okazję komentować kiedyś artykuł do pisma "Wysokie Obcasy" powstający przy okazji Świąt Bożego Narodzenia na temat najpopularniejszej piosenki tego okresu - Last Christmas zespołu Wham! (może na równi z All I want for Christmas Mariah Carey). W piosence tej autor śpiewa:
W ostatnie Boże Narodzenie
Dałem ci moje serce
Ale od razu następnego dnia
Oddałaś je
W tym roku
Aby uchronić się od łez
Dam je komuś wyjątkowemu.
George Michael, śpiewający te słowa, zmarł ponoć z powodu choroby serca krótko po śmierci swojego partnera. Czyżby "pękło" mu serce? Artysta cierpiał na chorobę mięśnia sercowego zwaną kardiomiopatią rozstrzeniową, ale emocje lub stres mogły być dodatkowym czynnikiem, który przyczynił się do tragicznego finału.
Medycyna zna przypadki przejściowych zaburzeń pracy serca pod wpływem gwałtownych emocji. Chorobę tę nazywa się zespołem złamanego serca lub mniej poetycko zespołem takotsubo. Podejrzewa się, że w tym wypadku gwałtowny wyrzut hormonów stresowych (katecholamin) może przejściowo uszkadzać serce do tego stopnia, że pojawiają się objawy takie jak w zawale, co wymaga przyjęcia do szpitala, leczenia oraz monitorowania. Nie są to jednak częste zdarzenia - choroba występuje powszechniej u kobiet i pod wpływem najsilniejszych i najbardziej gwałtownych emocji, w takich sytuacjach jak nagła śmierć bliskiej osoby.
Zazwyczaj jednak nasze serce pracuje jak dobrze skonstruowany szwajcarski zegarek, a nawet lepiej, bo nie wymaga nakręcania, wymiany baterii, korekty czasu i pewnie też rzadziej się psuje (choć producenci szwajcarskich zegarków mogliby być innego zdania). Jest ono tak genialną strukturą, że do tej pory nie udało się opracować jakiegokolwiek organicznego lub mechanicznego zamiennika, który byłby równie bezpieczny, skuteczny i trwały. Co prawda istnieją urządzenia zastępujące serce - sztuczne serca, pompy - ale nie dorównują one w najmniejszym stopniu pierwowzorowi.
Każdy, kto pierwszy raz zobaczy lub usłyszy bijące serce, jest pod ogromnym wrażeniem. Jeszcze bardziej magiczny widok to pierwsze samoistne skurcze serca po odłączeniu krążenia pozaustrojowego i po puszczeniu przez nie ponownie ciepłej krwi w czasie operacji kardiochirurgicznej. Ma się poczucie, że działa tam jakaś siła wyższa, jakbyśmy uczestniczyli w swoistym misterium. Podobnym doświadczeniem jest oglądanie serca na ekranie monitora w trakcie badania echokardiograficznego czy rezonansu magnetycznego. Daje to niemalże namacalne doznanie obcowania z czymś żywym, mimo że widzimy najczęściej tylko dwuwymiarowy obraz. W echokardiografii, która jest badaniem obrazowym serca, możemy posłuchać, jak ono bije, jak otwierają się i zamykają zastawki, jak kurczy się mięsień i tłoczona jest krew do tętnic.
Z jednej strony serce pozostaje dla nas czymś niemal mistycznym i tajemniczym, budzącym zachwyt, z drugiej - jego codzienna, nieprzerwana praca towarzyszy nam stale i jest na tyle bliska, że możemy ją sami usłyszeć. Wystarczy przyłożyć ucho do klatki piersiowej drugiej osoby lub wykorzystać w tym celu stetoskop (słuchawki lekarskie). U osób po wszczepieniu sztucznej zastawki serca, której dyski w czasie pracy wydają odgłos cykania lub kliknięcia, mamy wrażenie, jakby ktoś połknął zegarek wskazówkowy. Nie ma żadnego innego narządu w naszym ciele, który tak namacalnie świadczyłby o trwaniu życia.
Ale też z tego powodu najbardziej się o serce boimy i często w pierwszej kolejności myślimy właśnie o jego bezpieczeństwie - o naszym bezpieczeństwie. Boimy się, że serce nam stanie albo że wyskoczy z klatki piersiowej, że bije za wolno lub za szybko, a czasem nierówno, że może to serce nas boli, a może za chwilę po prostu pęknie. I nawet jeśli żadna z tych sytuacji nie znajduje obiektywnego potwierdzenia, to czasem nas to nie pociesza. Nasze emocje są bowiem bezpośrednio połączone z pracą serca, czujemy jego stałą obecność, ba, możemy nawet w pewnym zakresie wpływać na jego pracę, o czym opowiem dalej.
Choć traktujemy serce jako coś o szczególnym, niemal symbolicznym znaczeniu, z anatomicznego punktu widzenia pozostaje ono po prostu wyspecjalizowaną pompą, podtrzymującą krążenie krwi. Jest mięśniem z dodanymi zastawkami, który napędzany własnym mechanizmem kurczy się rytmicznie, do czego zużywa energię. Zasysa, a następnie pompuje krew symultanicznie do płuc, aby mogła ulec utlenowaniu, i do całego ciała, aby ponownie dostarczyć mu tlen. Historię poznawania budowy serca i jego pracę omówię dokładniej w kolejnym rozdziale.
Serce jako pompa czerpie bezpośrednio z aktywności fizycznej - podczas wysiłku jego praca staje się wyraźnie odczuwalna, a trening nie tylko ujawnia jego znaczenie, lecz także pozostaje jednym z kluczowych warunków utrzymania zdrowego, sprawnie funkcjonującego organu.
Historia aktywności fizycznej jest starsza od pierwszych prób poznania budowy i czynności serca oraz wyjaśnienia przyczyn chorób dotykających ten narząd. Dlaczego? Ponieważ człowiek należy do królestwa zwierząt, o czym - z różnych względów, także religijnych - często w obecnych czasach zapominamy. W związku z tym człowiek zawsze pozostawał w ruchu. To, że dzięki dużym mózgom byliśmy w stanie osiągnąć stopień rozwoju i poziom cywilizacyjny niedostępny innym naczelnym, nie oznacza, że możemy wyeliminować ruch. Jest on dla nas biologicznie oraz ewolucyjnie ważny i naturalny, a także równie potrzebny dla utrzymania zdrowia, co odżywianie, sen czy oddychanie świeżym powietrzem. Niestety wraz z postępującą urbanizacją, industrializacją, a wreszcie cyfryzacją i zdalną komunikacją coraz bardziej znikają okazje do pozostawania w ruchu. Często nie musimy już, przynajmniej w naszej części świata, polować, zbierać plonów czy uprawiać roli przy pomocy jedynie własnej siły fizycznej. Czasem nie musimy chodzić pieszo do pracy - a przynajmniej nie tyle kilometrów - nie musimy wchodzić po schodach, dźwigać zakupów, ba, nawet kosić trawy czy odkurzać, bo wyręczają nas w tym autonomiczne urządzenia. O tym, jakie problemy to powoduje i dlaczego ewolucyjnie nasz gatunek nie był w stanie tak szybko się przystosować do nowych okoliczności życia i zredukować zapotrzebowanie na przyjmowanie kalorii czy ruch, napiszę jednak w kolejnych rozdziałach.
Po co w ogóle wracam do przeszłości? Wydaje mi się, że obecnie zbyt często wyważamy otwarte drzwi, a pewne uniwersalne prawdy dotyczące aktywności fizycznej były nam znane od zarania dziejów. Najczęściej ograniczamy naszą wiedzę historyczną do najbliższego nam kręgu kulturowego, a z naturalnych powodów (koszula bliższa ciału) mniejszą uwagę poświęcamy odleglejszym historycznie i geograficznie cywilizacjom. Tymczasem można i tam zauważyć wiele ciekawych praktyk, o których chciałbym wspomnieć.
Gdy podróżowałem po Wietnamie, moje zainteresowanie wzbudziły grupy ludzi praktykujące tai-chi w parkach, wcześnie rano i wieczorami. Były to godziny względnie najchłodniejsze i w związku z tym najbardziej odpowiednie do wychodzenia na zewnątrz. Tai-chi łączy w sobie zarówno ruch, medytację, jak i przebywanie w grupie; jest formą ćwiczeń, które może wykonywać praktycznie każdy, bez względu na wiek, stopień wytrenowania czy stan zdrowia. Historia tai-chi sięga starożytności, aktywność ta nie została jednak zapomniana i wciąż jest powszechnie praktykowana. Pokazuje to, że dawna, tradycyjna wiedza dotycząca ruchu i troski o ciało wciąż jest obecna w różnych kulturach i nie traci na aktualności, przypominając nam o uniwersalnych zasadach wspierających zdrowie - także zdrowie serca.
Nie oznacza to oczywiście, że możemy bezkrytycznie czerpać z myśli starożytnej, ale okazuje się, że wiele koncepcji, które wówczas tworzono głównie na podstawie wnikliwej obserwacji, teraz znajduje potwierdzenie w rzetelnie przeprowadzonych badaniach naukowych. Na szczęście nie wszystko pozostało bez zmian - dzięki czemu nie praktykujemy już w zasadzie krwioupustów ani nie wkładamy chorej Rozalki do pieca "na trzy zdrowaśki".
Wspomniane wcześniej tai-chi jest przykładem celowej, ustrukturyzowanej praktyki ruchowej zakorzenionej w tradycji, warto jednak pamiętać, że przez większość tysiącleci aktywność fizyczna realizowała się przede wszystkim "przy okazji" - jako naturalny element codzienności, a nie zaplanowany trening. Ruch był po prostu wpleciony w zwyczajne życie. To prawda, istniały akademie wojskowe czy szkoły, w których praktykowano sport, organizowano nawet starożytne igrzyska olimpijskie, ale zaryzykuję stwierdzenie, że regularne treningi fizyczne dotyczyły mniejszej liczby osób niż obecnie. Po prostu na co dzień więcej się poruszano.
I chyba w tym tkwi pierwsza recepta na zdrowie. Niekoniecznie polega na wyczynowym uprawianiu sportu, ale na regularnym pozostawaniu w ruchu. Nie musimy od razu planować zjazdów na nartach z Mount Everestu, nurkowania na bezdechu na głębokości ponad 100 m czy surfowania po Maverickach. Wystarczy ruch prowadzący do przyjemnego zmęczenia - i o tym wiedziano już bardzo dawno temu.
Po prostu - jak to bywa - historia zatoczyła koło. Dopiero w naszych czasach mamy tak mało wymuszonego życiem ruchu, że musimy go planować i wykonywać często bez dodatkowego celu, przynajmniej w naszym kręgu kulturowym. Stąd pojawiło się uprawianie sportu dla przyjemności, rekreacyjnie. Jeszcze kilkadziesiąt lat temu widok osoby biegającej skłaniał do komentarzy w stylu: "Wziąłby się lepiej do porządnej pracy". Jeden ze starszych biegaczy, którymi się opiekuję, opowiadał mi, że po powrocie do Polski ze stypendium naukowego w Stanach Zjednoczonych, gdzie przebywał w latach siedemdziesiątych ubiegłego stulecia i gdzie zaczął przygodę z bieganiem, postanowił ją kontynuować i biegać z pracy w centrum Warszawy do domu. Często podstawiano mu nogę, śmiano się, a nawet go opluwano! Na tyle nietypowy był wówczas widok osoby biegnącej "bez powodu" - nie dlatego, że spieszy się na uciekający autobus lub coś ukradła.
W Polsce Ludowej bieganie "bezproduktywne" było nie do pomyślenia. W Stanach natomiast były to czasy popularności Steve'a Prefontaine'a, biegacza długodystansowego, który poprawił wszystkie rekordy kraju na dystansach od 2000 do 10000 m. Kariera Prefontaine'a, obok karier Jeffa Galloweya (pomysłodawcy marszobiegu), Franka Shortera (zwycięzcy maratonu na igrzyskach w Monachium w 1972 r.) czy Kennetha Coopera (od testu Coopera), wzbudziła duże zainteresowanie mediów, co przyczyniło się do "boomu biegowego" w latach siedemdziesiątych XX wieku. Obecnie widok ludzi biegających w parkach, lasach czy wzdłuż ulic w Polsce szczęśliwie nikogo nie dziwi. Zresztą jak pisałem wcześniej, w pierwszym maratonie, w którym startowałem w Warszawie w 2003 r., wzięło udział niespełna 1000 osób, a w tej samej imprezie w 2025 r., w której również uczestniczyłem, już prawie 10000 biegaczek i biegaczy.
zapraszamy do zakupu pełnej wersji.