5
Przez lata służby wojskowej nietrudno było trafić na kolegów, którzy mieli za sobą doświadczenia w misjach zagranicznych. Były to misje pod egidą ONZ w Bośni czy na pograniczu izraelsko-libańsko-syryjskim. Słyszało się różne historie, ale nie było wśród nich tych bitewnych. Koledzy ze wzgórz Golan mówili o spokojnie i miło spędzonym czasie. W telewizyjnych relacjach z Iraku rzadko jeszcze padały słowa o zamachach czy zamieszkach. W grudniu 2003 roku złapano Saddama.
Do Iraku jechali tylko ochotnicy. Różne były motywacje tych, którzy się zaciągnęli. Na pewno jedną z nich były pieniądze. Ale czy jedyną? Za miesiąc służby w Iraku jako dowódca kompanii otrzymywałem tysiąc osiemset dolarów. Moi żołnierze mniej. Dużo czy mało? Na pewno dla wielu były to kuszące zarobki. Bezrobocie w kraju było dość spore, misja w ramach zmiany to jednak nie praca na lata. W tym samym czasie w Londynie za barem dostawało się tysiąc funtów. Czyli podobnie jak u nas. Tyle że na naszą pracę składało się patrolowanie ulic Karbali, zabezpieczanie składów amunicji, zabezpieczanie miejsc zgromadzeń, wydawanie darów, reagowanie na zamachy terrorystyczne, udzielanie pomocy rannym, walka z bojownikami, namierzanie snajperów. Na pewno wielu traktowało to jak przygodę, inni jak wyzwanie. Jeszcze inni widzieli w tym krok naprzód w karierze żołnierza, nowe doświadczenie. Wojsko to misja, ale wojsko to też zwykła codzienna praca. Jedni chodzą do biura czy fabryki, inni na poligon. Ci z biura mają swoją ścieżkę awansu, ci z fabryki swoją, więc swoją ma też i żołnierz. Kto chce być lepszy w tym, co robi, korzysta z okazji do nauki.
Lepiej, żeby pojechał żołnierz dobry niż żołnierz słaby. Dobrze, by pojechał ktoś, kto chce się czegoś nauczyć i potem tę naukę przekazać innym. Dobrze, by Polski w razie wybuchu wojny bronili żołnierze, którzy coś potrafią.
Chętnych do wyjazdu było sporo. Wybierano spośród żołnierzy zawodowych i nadterminowych. Wielu ochotników odpadło w czasie badań. Nasza grupa miała do końca problem z obsadą podstawowych stanowisk. Mieliśmy dosyć oficerów, ale brakowało żołnierzy do pojazdów rozpoznawczych BRDM. Załogę udało się uzupełnić na sam koniec, przed wyjazdem. Czasu, by się zgrać i dobrze poznać, już nie starczyło.
Misja stabilizacyjna miała być jak robota policyjna. Patrole uliczne, zbiórka broni, ochrona budynków. Nikt nie przypuszczał, że akurat na naszej zmianie polski żołnierz stanie po raz pierwszy od wielu dekad do regularnej bitwy.
Ale zanim do tego doszło, wysłano nas na szkolenie.
Szkolenie miało kilka etapów i było prowadzone w różnych miejscach. Na potrzeby Polskiego Kontyngentu Wojskowego drugiej zmiany w Iraku utworzono 17 Batalion Zmechanizowany. Jednostką formującą była 17 Wielkopolska Brygada Zmechanizowana z Międzyrzecza, lecz w skład batalionu weszli ochotnicy z ponad sześćdziesięciu jednostek wszystkich rodzajów sił zbrojnych. Batalion liczył trzystu dwudziestu żołnierzy. W batalionie znalazł się również konsultant do spraw psychoprofilaktyki. Był też zespół działań psychologicznych, który przygotowywał materiały dla miejscowej ludności: ulotki lub nadawane przez głośnik z samochodu terenowego Honker apele i informacje.
W armii nikt nie wiedział, jak w praktyce będą wyglądały nasze zadania, bo nikt wcześniej niczego podobnego nie robił. Owszem, mówiono nam, że będą patrole, zabezpieczanie konwojów, składów amunicji i tak dalej. Ale nie było w polskim wojsku ludzi, którzy mieli jakiekolwiek doświadczenia w tym zakresie. Dlatego z braku praktycznej znajomości warunków irackich pierwszy etap szkolenia przeprowadziła w Międzyrzeczu amerykańska Gwardia Narodowa z Illinois. Byli to doskonale przygotowani instruktorzy, zaznajomieni z sytuacją i warunkami Bliskiego Wschodu. Uczyli nas, jak patrolować ulice miast, jak organizować punkty kontroli - checkpointy, jak ochraniać transporty. Szkolenie było tak wartościowe, że po wzbogaceniu go o nasze późniejsze doświadczenie wyniesione ze służby w Iraku, amerykańscy instruktorzy nie byli już więcej potrzebni. Kolejne zmiany wojsk w Iraku były szkolone przez wracających naszych żołnierzy.
O ile szkolenie przez Amerykanów napawało optymizmem i wiarą w ich profesjonalizm, o tyle część szkoleń, które przeszliśmy podczas etapu w Kielcach, mogła zachwiać wiarę, czy dobrze robimy, wybierając się w gorący rejon świata. Kadra kieleckiego Ośrodka Szkolenia na potrzeby Sił Pokojowych w owym czasie miała dobre przygotowanie i rozeznanie w sytuacji krajów byłej Jugosławii, Syrii czy Libanu. Ich wiedza o Iraku wtedy była jednak jeszcze niewielka. Szczególnie zajęcia z profilaktyki zdrowia i zagrożeń czekających nas na miejscu były dość ubogie, żeby nie powiedzieć zniechęcające. Lekarze mało wiedzieli o Iraku i chorobach tam panujących. Raczej kwitowali całość swoich wysiłków retorycznym pytaniem: "Po jaką cholerę wy tam jedziecie?".
Dobrze za to spisali się kulturoznawcy i religioznawcy. Zorganizowano nam nawet spotkanie z polskimi muzułmanami, którzy wyjaśniali zawiłości świata islamu, podział na szyitów i sunnitów, sposób zachowania w świętych miejscach. Dużo dowiedzieliśmy się o obyczajach i mentalności mieszkańców Iraku, o tym, jak z nimi rozmawiać, by ich nie urazić. Mieliśmy też zajęcia z arabskiego, podczas których nauczono nas podstawowych zwrotów.
Fachowo przeprowadzono też zajęcia saperskie. Do nich nie potrzeba bogatych doświadczeń regionalnych. Domowej roboty miny i bomby wyglądają tak samo na Bliskim Wschodzie, w Jugosławii czy Afryce.
Armia przygotowała też dla wyjeżdżających bardzo pomocną książeczkę. Pełen przydatnych wiadomości Irak. Vademecum żołnierza. Długie czasy przejazdów i przelotów do Iraku powodowały, że żołnierze chętnie sięgali po coś, co im ten czas umilało. A książeczka była pod ręką. I za tę książeczkę armii należy się słowo pochwały.
Reszta tekstu dostępna w regularniej sprzedaży.