Rozdział II.
Długa karawana wozów, podobna do niezmiernego węża w białe pasy, wiła się przez falującą równinę.
Jarzma wołów z pochylonemi potężnemi łbami kołysały się pracowicie, ciągnąc okryte płótnem "skunery prerjowe". Ciężkie czterokonne furgony towarowe stosowały się do wolnego kroku wołów. Karawana ta, licząca sto trzydzieści cztery wozy, ciągnęła się na przestrzeni siedmiu mil. Droga na szlaku Santa Fé była żółta, kręta, pełna kurzu, a po obu jej stronach rozpościerał się step bez końca, zielonoszary, falujący jak morze.
Wolny, cierpliwy ruch tej karawany był niejako symbolem nieprzepartego dążenia na Zachód. Ruch ten posiadał znaczenie epiczne. Nic nie mogło powstrzymać go na stałe. Tam, poza bezgranicznym purpurowym widnokręgiem, wzywało do siebie tworzące się państwo. Poza praktycznemi myślami tych przewoźników, poza ich odwagą, wesołością, wytrwałością, beztroskiem lekceważeniem burz, pragnienia, pożarów stepowych i wrogich dzikusów, ukrywało się marzenie pionierów i budowniczych.
Dopiero trzeci dzień mijał od opuszczenia Independence przez karawanę, a już wchłonęła ją w siebie kraina stepowa. Dokoła rozpościerała się monotonna równina. Jastrzębie o rudych ogonach szybowały nad trawą, rzucając wdół spojrzenia; ze wzgórz dolatywał przeszywający świst dzikich koni; na wydmach widniały małe pieski stepowe, siedzące na tylnich łapach w pobliżu swych nor, przyglądając się ciągnącej karawanie; wilki pomykały zdala, zlewając się z szarzyzną, a królików zdawało się tyle, ile kęp trawy.
Gdzieś pośrodku tej karawany Clint Belmet siedział dumnie na koźle krytego furgonu ojcowskiego, trzymając lejce i bicz w rękach. Zastąpił matkę, czującą się niedobrze i leżącą pod osłoną pokrycia furgonu. Dwunastoletni chłopiec zajął tedy stanowisko człowieka dorosłego. Pierwszego dnia ojciec czuwał pilnie nad nim, jadąc ztyłu. To samo czynił Sam Bell od przodu. Stopniowo jednak troska ich o chłopca osłabła.
Trzeciego dnia Clint zaznał takiego szczęścia, jak nigdy przedtem. Zaufano mu i usprawiedliwił to zaufanie, pokładane w nim przez starszych, stawał się cząsteczką czegoś, co czuł, że jest ogromne. Ciężka strzelba stała oparta obok niego na koźle. Gdy uczono go strzelać z niej w obozie, przy pierwszym strzale przewrócił się nawznak, ale już przy drugim - stał mocno ku zadowoleniu Jima Belmeta i nie zawahałby się strzelać jeszcze. Pomimo swej młodości, odgadywał znaczenie strzelby w tej podróży przez stepy. Przysłuchując się temu, co opowiadali wieczorami przy ogniskach obozowych przewoźnicy, przewodnicy i myśliwi, posunął się daleko poza swe lata.
Choć cudowne wydały się dwa dni poprzednie, to jednak przewyższył je trzeci. Słońce było całkiem złote; powiewał wietrzyk ciepły, suchy i pachnący; trawy stepowe kołysały się i rzucały cienie; soczyste bursztynowe światło rozciągało się jak pokrowiec nad równiną, przechodząc wdali w purpurę ciepłą i głęboką; niebo wydawało się morzem błękitnem, po którem płynęły wydęte żagle obłoków. Turkot ciężkich kół, miarowe uderzenia kopyt o ziemię stanowiły muzykę dla uszu Clinta, ale z pewnością najmilszy odgłos dochodził go od strony towarzyszki, małej May Bell, usadowionej obok niego na koźle.
Dwukrotnie już poprzednio dzieliła z nim to miejsce, teraz jednak ona i Clint byli sami. Znajdowała się pod jego opieką. Pies Clinta, Jack, leżał zwinięty u jej stóp.
- Patrz, - powtarzała May po raz już może tysiączny - czy to nie ładne? - i wskazywała na długi łuk karawany, rozciągniętej na stepie, której przodownicy znikali już za wyniosłością gruntu.
- No, tak - odpowiadał niedbale Clint.
- Tylko pomyśl - ciągnęła May. - Tatuś powiedział, że mogę jechać choćby cały dzień obok ciebie na koźle, jeżeli pozwolisz... Pozwolisz, co?
- Ma się rozumieć - odparł Clint, ukrywając swą radość.
- Jesteś już prawdziwym woźnicą - odezwała się znów May, rzucając nań okiem z pod swego kapturka.
- Eh!
- Jestem szczęśliwa. Takiś mocny, zręczny i... i wszystko... Jak daleko pojedziemy dzisiaj?
- Słyszałem, jak jeden z przewoźników mówił do tatusia, że mamy prawie dwadzieścia dwie mile do Fish Creek, naszego najbliższego postoju. Kawał to drogi. Wczoraj zrobiliśmy tylko osiemnaście.
- A mnie się zdawało, żeśmy zajechali już bardzo daleko. Ale ja lubię tę jazdę. Możesz nawet jechać wolniej, jeżeli ci się spodoba... Clint, czy chciałbyś, aby się prędko skończyła?
- Co?
- Ta jazda. Mama powiada, że jestem zanadto żywa, że nie jem tyle, ileby chciała. I mam sny okropne. Krzyczę we śnie.
Clint roześmiał się i świsnął biczem.
- Ha - odparł - założyłbym się, że będziesz jeszcze miała czego krzyczeć, zanim dojedziemy na miejsce.
To ją otrzeźwiło, ale nie na długo. Była popędliwa, ciekawa, radowała się, sama nie wiedząc z czego. Dziecięcy jej umysł rozkoszował się życiem awanturniczem i pięknością, sięgając marzeń rodziców: przyszłości nieznanej.
- Strasznie jeszcze daleko do fortu Union!
- Ma się rozumieć. Prawie tysiąc mil.
- Oh, w takim razie przez całe tygodnie będziemy w drodze?
- Mogłabyś się założyć.
- Tatuś ma zostawić mamę i mnie w tym forcie. Czy będziesz często tam zaglądał?
- Za każdym przejazdem tam i zpowrotem.
- Ach, to dobrze. Nie będę się w takim razie czuła tak nieszczęśliwa... Clint, co się z nami stanie?
- Co się z nami stanie? Co chcesz przez to powiedzieć, May?
- Ja nie mówię, co się z nami stanie teraz, podczas tej jazdy, ale potem... Bo uważaj! Te stepy są tak okropne, tak strasznie duże. Co się znajduje na drugiej ich stronie?
- Czy nie uczyłaś się geografji?
- Nie.
- A więc jedziemy w stronę gór Skalistych i poza te góry.
- Oooo! Jakże to cudownie! Ale czy potrafimy wspiąć się na nie?
- Znajduje się tam wąwóz. Miejsce, przez które przejechać można.
- Cieszę się za te biedne woły. Widziałam jednego z grzbietem zakrwawionym. Ale powiedz mi, Clint, co my będziemy robili tam, daleko, na Zachodzie?
- Pracowali.
- Jak?
- Otóż, słyszałem, co mówił do tatusia kapitan Couch. Nie masz pojęcia, co to za człowiek! Mówił, że najpierw walczyć będziemy z Indjanami, potem powybijamy bizony i wkońcu weźmiemy się do roli.
- Ależ, Clint, dziewczynki, jak ja, nie mogą walczyć z Indjanami, ani też wybijać bizonów - przekładała May oszołomiona.
- Dlaczego nie, gdy podrośniesz?
- Bo to nie wypada.
- A jednak będziesz musiała. Kobiety muszą pomagać. Moja mama jest odważna. Ona to potrafi. A dzieciaki, jak ty...
- Ja nie jestem dzieciakiem - przerwała mu May oburzona.
- Przepraszam. W każdym razie jedziesz na Zachód, czy nie? A tam nie będzie tak, jak w domu. Będziesz musiała zastosować się do tego, pomagać matce, uczyć się, czego można, a wyrósłszy, wyjść zamąż. Każda dziewczyna będzie to musiała, bo inaczej Zachód...
Tu Clint utknął, a May spoglądała na niego osłupiała szeroko otwartemi oczyma.
- Wyjść zamąż? Ja? - westchnęła.
- Ma się rozumieć. Nie jesteś lepsza, niż inne.
- Ja nie mówiłam, że jestem lepsza.
- Jestem przekonany, że pewnego dnia zechcesz być żoną pioniera.
- Co to jest pionier? - spytała zaciekawiona May.
- Widzisz, pionier to człowiek taki, jakim będzie tatuś. Pójdzie przed siebie tam, gdzie niema jeszcze nikogo. A za nim przyjdą inni. I walczyć będą z Indjanami, z niedźwiedziami i z bizonami, ścinać będą drzewa, budować chaty z pni, orać, siać i zbierać. Uprawiać ziemię, tak że osiedli się tam więcej ludzi. To jest pionier.
- Podoba mi się taki pionier. Clint, czy ty będziesz także pionierem?
- Zdaje mi się, że jestem stworzony na pioniera. Chciałbym hodować konie.
- Clint, - zawołała May - gdy wyrosnę, będę żoną pioniera!
- Hm, dlaczego nie, jeżeli będziesz tego warta.
May wsunęła już dość śmiało swą rączkę pod rękę Clinta i spojrzała na niego figlarnie z pod swego kapturka.
- Czy chciałbyś mnie mieć, Clint?
- Naco?
- Za żonę twojego pioniera. Naturalnie, gdy dorosnę. Ale to już niedługo.. Mam teraz lat dziesięć. Chciałbyś?
- Przyznam się, że chciałbym... myślałem o tem.
- Ale czy byłbyś z tego szczęśliwy?
- Naturalnie - odparł Clint szybko.
- Najpierw jednak musielibyśmy się pokochać- westchnęła May, uśmiechając się marzycielsko.
- Rzeczywiście, takby się należało, ale, widzisz, pionierzy nie mogą czekać na wszystko!
- W takim razie - rzekła May bardzo poważnie - daję ci słowo.
- Niech tak będzie, May. Ja także.
I tak jechały te dzieci na koźle "skunera prerjowego" trawiastą równiną, spoglądając pełnemi nadziei oczami młodości w stronę wzywającego ich purpurowego widnokręgu, niewinne i romantyczne, zgodnie z tym wielkim ruchem, którego stanowiły cząstkę.
O zachodzie słońca, przy wielkiej złotej łunie, karawana stanęła u gęsto porosłego drzewami jaru, w którego głębi płynął potok, zwany Fish Creek. Było to miejsce idealne na obozowisko, obfitujące w trawę i drzewo na ogniska. Odprzęgnięto konie oraz woły i puszczono na paszę, pod nadzorem dwudziestu strażników. Zawrzało życiem ogromne obozowisko. Wzdłuż całej linji rozbrzmiewały okrzyki i głosy wesołe, rozlegał się stuk siekier, z ognisk unosił się niebieski dym i wnet pięćdziesiąt grup zgłodniałych podróżnych rozsiadło się ze skrzyżowanemi nogami na ziemi.
Clint był niemniej wygłodzony od innych, pomimo to jednak nie zapomniał wybrać kilka najlepszych kąsków strawy dla małej May. Po wieczerzy zaś ruszył w towarzystwie May z Jackiem, następującym im na pięty, na przechadzkę pomiędzy furgonami a potokiem. O ile mogli spostrzec, byli jedynemi dziećmi w tej karawanie. A i kobiet widzieli nie o wiele więcej. Starzy przewoźnicy, długowłosi wywiadowcy, krzepcy pionierzy - wszyscy mieli spojrzenia łaskawe i przyjazne dla tej młodocianej pary, niektórzy zaś na jej widok potrząsali poważnie głowami.
Szybko nastała ciemność. Ogniska obozowe przygasły. Kojoty rozpoczęły swój chór żałosny. Clint wsunął się do namiotu, który dzielił z matką, i, nie budząc jej, ułożył się do snu. Ojciec jego spał w furgonie krytym. W tejże chwili wszedł do namiotu pies Clinta i zwinął się w kłębek u stóp jego posłania. Niebawem cisza zapanowała w obozowisku i drgające na płótnie namiotu cienie ognisk pobladły.
Clint powstał o świcie. Polubił pierwsze brzaski dnia. I ku rozczarowaniu swemu odkrył, że nazwa Fish Creek nie była trafna. Ojciec i Sam Bell przyjęli go śmiechem, gdy powrócił z próżnemi rękoma, ale uśmiech małej May był mu nagrodą.
Wkrótce karawana ruszyła w dalszą drogę na Zachód.
Tego dnia karawana zrobiła dwadzieścia mil i prawie tyle dnia następnego. Szóstego dnia ujrzano daleko na południu bizony. Wzrok jednak Clinta dojrzał tylko długą, niewyraźną ciemną linję. Tej nocy rozłożono się obozem na płaskiej równinie, w pewnej odległości od wody. Clint szybko zrozumiał, dlaczego furgony ustawiano kołem, blisko jeden drugiego, z otworami u obu końców ogromnego ogrodzenia, które tworzyły w ten sposób. Konie i woły puszczono pod strażą na paszę, ale wkrótce po nastaniu ciemności wpędzono je zpowrotem do ogrodzenia. Namioty ściągnięto.
- Ojcze, - spytał Clint, wskazując na mnóstwo koni i wołów w ogrodzeniu - dlaczego je spędzono?
- Indjanie, synku, powiadają wywiadowcy - odparł ojciec. - Od dnia dzisiejszego będziemy się mieli wciąż na baczności.
Clint nie był senny, gdy legł na swem posłaniu i długo nie mógł zasnąć. Jack zachowywał się jakoś dziwnie, przytulając się do niego. Clintowi przyszła na myśl matka i mała May. Nic jednak nie zaszło i wreszcie zasnął.
Następnego poranku kapitan Couch nakazał woźnicom, aby jechali blisko siebie, nie zatrzymywali się po drodze i pilnie baczyli na początek i na koniec karawany.
Clint przeczuwał, że szykuje się coś złego. Gdy wspiął się na kozioł i zgarnął lejce, serce biło mu mocno. Karawana ruszyła rześko, furgon tuż za furgonem. Wywiadowcy konni wysunęli się daleko naprzód, straż zaś tylna odsunęła się wtył. Powożenie nie było tego poranku zabawą dla Clinta Belmeta.
May Bell skinęła raz rączką na niego. Jakże blada była jej twarzyczka! Naprężone lejce nie pozwoliły mu odpowiedzieć jej również skinieniem, czuł jednak, że ona to rozumie.
Pomimo to wszakże godziny mijały jedna za drugą, zwiększała się liczba mil przejechanych, a nic się nie przytrafiło. Clint uczuł ulgę. Powoził niegorzej od innych woźniców, choć bolały go ramiona. Około popołudnia niskie tumany kurzawy posunęły się wzdłuż stepu. I znów ujrzał niewyraźną czarną linję. Tym razem nie potrzebowano mu mówić, że to stado bizonów. Widać było, jak się stado porusza, a zatem znajdowało się niezbyt daleko. I znów ogarnęło Clinta wzruszenie. Z grozą wpatrywał się w stado, aż go zabolały oczy.
Ku wielkiej jego uldze nakazano postój na długo jeszcze przed zachodem słońca. Błądzące chłopca oczy pobiegły w step. Zielona wstęga topoli w zagłębieniu gruntu wskazywała, że tam jest woda i drzewo na ogniska. Karawana jednak stanęła kołem na wyniosłem miejscu. Furgony ustawiono tak, że przód każdego z nich prawie że dotykał tyłu furgonu przed nim stojącego.
Obozowisko to nie robiło bynajmniej wrażenia postoju wesołej wycieczki. Charakter miało bardzo poważny. Odprzęgnięte konie i woły poprowadzono pod silną strażą do wody, a następnie pozwolono im paść się do zachodu słońca. Clint spostrzegł sylwetki jeźdźców, odcinających się na tle nieba. Byli to wywiadowcy karawany na straży. Podczas wieczerzy znać było niepokój na twarzy starego Belmeta, Sama Bella i innych mężczyzn. Wszyscy milczeli. Clint nie znalazł sposobności porozmawiania z May.
Ciemności zapadły szybko tego wieczora. Nie było zorzy wieczornej. Blade gwiazdy nikły poza cienką warstwą obłoków. Pogaszono ogniska, a jeżeli kto pozwolił sobie na rozmowę, to szeptem. Pozdejmowano też koniom wiszące u szyi dzwonki.
Uchem czujnem Clint dosłyszał, jak jeden ze starych woźniców mówił:
- Jak Couch przypuszcza, wpobliżu są czerwonoskórzy. Prawdopodobnie Pawniowie lub Arapahowie. Damy sobie radę, aby tylko nie byli Komancze.
Pilny umysł chłopca zapamiętał ten wyraz: Komancze. Ukucnąwszy przy tlejącym popiele rozrzuconego ogniska, Clint nasłuchiwał. Dokoła siedzieli ludzie, paląc i szepcąc. Wreszcie zamilkli. Można było słyszeć, jak konie chrupały trawę.
- Synku, - odezwał się stary Belmet - lepiejbyś się położył. Pięćdziesięciu ludzi jest na straży.
Ale Clint ociągał się, miał bowiem wrażenie, że Jack zachowuje się jeszcze dziwniej, niż nocy poprzedniej. Jack był owczarkiem, a Clint twierdził, że to, czego Jack nie wie, prawie nie zasługuje na uwagę. Może to szczekanie kojotów najeżyło szerść Jacka. Ale nie szczekał. Nagle jednak uszu Clinta doleciał z ciemności ostrzejszy, dzikszy głos nieznanego zwierzęcia. Głos ten odezwał się wnet powtórnie. Było to wycie głębokie, pełne, jakby jakiegoś psa nieziemskiego. Szczekanie kojotów umilkło.
- Co to jest? - spytał Clint szeptem siedzącego obok mężczyzny.
- Wilk stepowy - brzmiała odpowiedź. - A bestja umie śpiewać! Zobaczymy, chłopcze, co nam wyśpiewa.
Po raz pierwszy tej nocy Clint uczuł strach przed ciemnością i samotnością, przed czemś nieznanem. Z Jackiem u stóp swoich wślizgnął się do namiotu matki, rozpiętego pomiędzy dwoma wozami, z ciężkim furgonem towarowym nazewnątrz. W namiocie panowała ciemność głęboka. Jeżeli matka Clinta nie spała, to w każdym razie nie dawała tego poznać. Clint doznawał dziwnego uczucia. Zdawało mu się, że się obudził drżący z ciężkiego snu. Podpełznąwszy do swego posłania, ściągnął buty i kurtkę i, wślizgnąwszy się pod koc, przykrył się nim razem z głową. Czuł, że Jack układa się u jego nóg, poczem nastała cisza. Słyszał tylko bicie własnego serca.
Po chwili odkrył głowę, aby odetchnąć swobodniej. Dokoła zdawało się panować milczenie grobowe. Clint usiłował zasnąć, ale napróżno. Noc ta była dziwnie przygnębiająca. I Jack musiał to odczuwać, gdyż podpełznął do swego pana i liznął go w rękę. Na dworze żaden koń się nie poruszył.
Nakoniec Clint zasnął. Obudził go pies. Jack powstał, warcząc cicho. Clint słyszał, że węszy, a następnie wybiega z namiotu. Clint leżał obudzony. Zdaleka, bardzo słabo, doleciało go hukanie sowy. W tejże chwili do namiotu wpadł Jack, skoczył na posłanie pana i warknął groźniej.
Rozległ się odgłos kroków nazewnątrz namiotu i dał się słyszeć głos ojca Clinta:
- Co się stało temu głupiemu psu? Jack, chodź tutaj!
- Ojcze, - odezwa się Clint - ten pies coś czuje.
- A więc nie śpisz, synku. Doprawdy ten pies zachowuje się dziwnie. Wskoczył do furgonu i na moje posłanie.
Clint usiadł. Zrobiło się znacznie jaśniej. Widocznie wzeszedł księżyc. Chłopiec ujrzał ojca podnoszącego płótno, zasłaniające wejście do namiotu. Dostrzegł też połysk strzelby w jego ręce.
- Jack chce widocznie, aby tatuś poszedł za nim.
- A więc chodź, Jack, dobry piesku, wyśledź ich! - zawołał Belmet i zniknął.
Zaraz potem huknął strzał niedaleko miejsca, w którem leżał Clint. Strzał ten obudził matkę chłopca.
- Co to jest? - spytała przerażona.
- Nie wiem, mamo, ale zdaje mi się, że to Indjanie. Tatuś był tu przed chwilą i zabrał Jacka.
Wtem rozległ się w samym obozie grzmot grzechoczący wystrzałów tak, jakby zataczał półkole. Clint upadł, wystraszony śmiertelnie, poczem nastąpiły rzadsze już wystrzały i rozległo się wycie tak dzikie, jakiego Clint jeszcze nigdy nie słyszał. Krew mu zastygła w żyłach. Na płótno namiotu posypał się jakby grad. Co to być mogło? I znów strzały i ochrypłe głosy ludzi.
- Boże drogi, - krzyknęła nagle matka Clinta dziwnym głosem - jestem postrzelona.
- Och, mamo, mamo! - jęknął Clint, zrywając się przerażony, i ujrzał matkę, klęczącą, a potem zginającą się we dwoje i padającą na ziemię.
- Biegnij, biegnij po tatusia! - wykrztusiła.
Clint wyskoczył pędem z namiotu. W bladem świetle księżyca widział ludzi, powstrzymujących strwożone konie, i błyski ognia, padające z pod furgonów. Uszy rozdzierał mu huk wstrząsający. Biegnąc tu i owdzie i wołając na ojca, wypadł przez otwór w kolisku wozów i natknął się na gromadę ludzi.
- Tato, tato, matka jest postrzelona! - wołał rozpaczliwie.
- Kim jesteś, chłopcze? Kto jest twym ojcem?- spytał rosły mężczyzna, zatrzymując Clinta.
- Poznaję go, to syn Jima Belmeta-rzekł inny.
- Tak, to mój ojciec! Och, gdzie go znajdę? Mama jest postrzelona!
- Oto już wracają - odezwał się jeszcze inny z gromady. - Jim był z nimi w pogoni za czmychającemi djabłami.
Clint ujrzał zbliżające się ciemne postacie i usłyszał ciche ich głosy. Nagle ukazał się Jack i podskoczył do Clinta.
- Ilu zabiliście? - spytał człowiek o głosie ochrypłym, gdy wracający podeszli.
- Dwu na pewno. Uciekali, jak sarny. Dostali się poza strumień, gdzie mieli konie.
Clint poznał głos ojcowski.
- Oh tatusiu, mama jest postrzelona! Śpiesz się!
Belmet krzyknął i pobiegł szybko do koliska furgonów. Jack podążał za nim, a Clint na końcu. Gdy dotarł do namiotu matczynego, ujrzał wpadającego tam człowieka z latarnią. Bez tchu, oblany zimnym potem, odgarnął płótno. Ojciec jego klęczał przed ciemną, nieruchomą postacią. Światło latarni padło na nią i Clint ujrzał twarz matczyną, dziwnie ściągniętą i spokojną.
- Boże, Boże miłosierny! - wyjąkał Belmet stłumionym głosem i pochylił się nad leżącą.
Człowiek z latarnią opuścił ją i położył twardą, poczciwą dłoń na ramieniu Clinta.
- Bądź mężny, chłopcze, - rzekł ochryple - jesteśmy w stepach, a ci przeklęci Komancze zabili ci matkę!
W tejże chwili Jack zaskowyczał i liznął bose stopy Clinta.