I
Znaliśmy go w owych czasach pełnych bujności i
swobody, kiedy wystarczało nam to, że byliśmy panami swego życia i
majątku. Zdaje się, że obecnie nikt z nas majątku nie posiada,
niektórzy zaś przenieśli się lekkomyślnie na tamten świat; ale
pewien jestem, że ci nieliczni, którzy pozostają jeszcze przy
życiu, zachowali wzrok dość bystry, aby - czytając dzienniki o
solidnej reputacji i treści nieco zamglonej - nie pomijać wzmianek
o różnych malajskich powstaniach na Wschodnim archipelagu. Blask
słońca bije z pośród wierszy tych krótkich notatek - blask słońca i
lśnienie morza. Jakoweś dziwne imię budzi wspomnienia; drukowane
słowa czuć zlekka dymem naszej atmosfery, lecz bije od nich zarazem
subtelny i przenikliwy zapach nadbrzeżnych powiewów, ciągnących pod
gwieździstem niebem dawno minionych nocy; ognisko-sygnał błyszczy
jak klejnot na wyniosłem czole ciemnej skały; wielkie drzewa - niby
wysunięte naprzód placówki olbrzymich lasów - stoją czujnie i cicho
nad sennemi rozlewiskami szerokich wód; biały przypływ grzmi o
pusty brzeg, pieni się płytka woda między skałami, a zielone
wysepki leżą o cichej, południowej godzinie, rozsypane po morskiej
gładzi, jak garść szmaragdów, rzucona na stalową tarczę. Majaczą mi się i twarze - ciemne, srogie, uśmiechnięte; szczere i
śmiałe twarze ludzi bosych, zbrojnych i cichych. Zapełniali wąski a
długi pokład naszego szkunera barbarzyńskim, strojnym tłumem, który
mienił się pstremi barwami kraciastych sarongów, czerwonych
zawojów, białych kaftanów, haftów - rozsiewał błyski pochew,
złotych pierścieni, amuletów, naramienników, lanc i rękojeści
sadzonych drogiemi kamieniami. Ludzie ci zachowywali się swobodnie
a powściągliwie, z oczu patrzyła im stanowczość; i - zda się -
słyszymy jeszcze łagodne głosy, które mówią o bitwach, podróżach,
ucieczkach; przechwalają się statecznie, żartują ze spokojem;
niekiedy sławią w wyszukanych słowach własną odwagę lub naszą
hojność, albo z lojalnym zapałem wynoszą pod niebiosa cnoty swojego
władcy. Pamiętamy twarze, oczy, głosy, widzimy znów połysk jedwabiu
i metali, patrzymy na szemrzące rozkołysanie tej ciżby -
wspaniałej, świątecznej, wojowniczej; i czujemy, zda się,
dotknięcie przyjaznych, brunatnych rąk, które - po krótkim uścisku
- kładą się zpowrotem na cyzelowanej rękojeści. Byli to ludzie Karaina - wierni mu i oddani. Łowili swoje ruchy na
jego ustach; czytali swoje myśli w jego oczach; gdy mruknął do nich
niedbale o życiu i śmierci, przyjmowali jego słowa w pokorze, jak
wyroki przeznaczenia. Wszyscy byli ludźmi wolnymi, a zwracali się
do niego, mówiąc: "twój niewolnik". Z nadejściem władcy uciszały
się głosy, jakby go strzegło milczenie; korne poszepty szły za nim.
Zwali go swoim wodzem. Był panem trzech osad na wąskiej
płaszczyźnie, władcą nieznacznego skrawka ziemi - zdobytego skrawka
ziemi - który nakształt księżycowego sierpa leżał zapomniany między
pasmem wzgórz a morzem. Z pokładu naszego szkunera, zakotwiczonego w środku zatoki, Karain
wyciągał ramię ku poszarpanym zarysom wzgórz, obejmując teatralnym
ruchem całą przestrzeń swej dziedziny. Ten szeroki ruch zdawał się
odsuwać wstecz granice jego władztwa, powiększając je naraz do
olbrzymich i nieokreślonych rozmiarów; zdawało się nam przez
chwilę, że tylko niebo stanowi jego granice. I rzeczywiście:
patrząc na to miejsce zamknięte skałami ze strony morza i
odgrodzone od lądu stromemi zboczami gór, trudno było uwierzyć w
istnienie jakiegokolwiek sąsiedztwa. Był to zakątek cichy,
stanowiący całość sam w sobie, nieznany i pełen życia, które
tętniło potajemnie, sprawiając niepokojące wrażenie pustki; które w
niewytłumaczony sposób zdawało się próżne wszystkiego, co mogłoby
pobudzić myśl, wzruszyć serce, przypomnieć złowróżbne następstwo
dni. Ten zakątek wydawał nam się krajem bez wspomnień, żalów i
nadziei; krajem, gdzie nic nie mogło przetrwać nadejścia nocy i
gdzie każdy wschód słońca - niby oddzielny, olśniewający akt
stworzenia - oderwany był i od wczoraj i od jutra. Karain zatoczył ręką łuk w kierunku swojego państwa. "Wszystko to
moje!" Stuknął w pokład długą laską; złota jej gałka zabłysła jak
spadająca gwiazda; stojący tuż za nim stary Malaj w bogato
haftowanym, czarnym kaftanie, jeden jedyny z całej świty nie
powiódł oczami za władczym gestem. Nie podniósł nawet powiek. Stał
nieruchomo za swym panem z głową spuszczoną, trzymając na prawem
ramieniu długą klingę w srebrnej pochwie. Pełnił służbę obojętny na
wszystko. Zdawało się, że coś mu cięży - ale nie brzemię wieku; że
ugina się raczej pod ciężarem tajemnicy życia. Karain, ociężały i
pełen wspaniałości, stał w wyniosłej pozie i oddychał spokojnie.
Była to nasza pierwsza wizyta; rozglądaliśmy się z ciekawością. Zatoka wyglądała jak bezdenna jama, pełna jaskrawego światła.
Okrągły płat wody odbijał świetliste niebo, a zamykające go brzegi
tworzyły matowy pierścień z ziemi, zawieszony w przejrzystej pustce
błękitu. Łańcuch wzgórz, fioletowych i nagich, odrzynał się ciężko
na niebie; szczyty zdawały się rozpływać w barwnem drganiu, niby
owiane wznoszącą się parą; u stóp stromych zboczy, pokreślonych
zielenią wąskich rozpadlin, leżały pola ryżowe, plantacje, żółte
piaski. Strumień wił się jak upuszczona nitka. Grupy drzew
owocowych znaczyły wioski; smukłe palmy stykały głowy nad niskiemi
chatami; dachy z suchych liści palmowych jaśniały zdala, za ciemną
kolumnadą pni, niby dachy ze złota; barwne postaci przesuwały się,
szybko znikając; dym z ognisk tkwił prostopadle nad gąszczami
kwitnących krzaków; bambusowe płoty połyskiwały, biegnąc w łamanych
liniach między polami. Nagły okrzyk na wybrzeżu dźwięczał żałośnie
w oddali i milkł, niby zduszony ulewą światła; lekki podmuch
znaczył się błyskawicą ciemności na gładkiej wodzie, owiewał nasze
twarze i przepadał. Nic się nie poruszało. Olśniewający blask
spływał w świetlistą kotlinę, pełną barw i ciszy. Tak wyglądała scena, po której stąpał Karain, przybrany wspaniale
dla odegrania swojej roli, pełen niezrównanego dostojeństwa,
wyolbrzymiony przez szczególną, wrodzoną mu siłę, która wzbudzała w
ludziach bezsensowne oczekiwanie, że stanie się coś bohaterskiego i
buchnie czynem lub pieśnią na wibrujące tło cudownego słońca.
Uderzający był - i zagadkowy; nie umieliśmy bowiem zdać sobie
sprawy, czy te sztuczne pozory nie kryją jakiejś okropnej pustki.
Nie można o nim powiedzieć, aby chodził w masce; za wiele w nim
było życia, a maska jest rzeczą bezduszną; lecz występował
zasadniczo jako aktor, jako ludzka istota utajona za wyzywającem
przebraniem. Najdrobniejsze jego czyny obmyślone były i
niespodziane, przemowy poważne, a zdania - pełne złowróżbnych
aluzyj i zawiłe jak arabeski. Traktowano go z uroczystą czcią,
którą bezceremonjalny zachód obdarza monarchów tylko na scenie; a
przyjmował te głębokie hołdy z niezachwianem dostojeństwem, jakie
widuje się jedynie w świetle kinkietów - w skondensowanej i
fałszywej atmosferze jaskrawego tragizmu. Trudno było pamiętać kim
on jest rzeczywiście: naczelnikiem drobnego plemienia w zatraconym
kącie Mindanao, gdzie mogliśmy ze względnem bezpieczeństwem łamać
prawo, zabraniające dostarczania krajowcom broni palnej i amunicji.
Co nastąpiłoby, gdyby która z zamierających hiszpańskich
kanonierek, tknięta prądem galwanicznym, ożyła nagle do czynnego
życia - kwestja ta przestawała nas obchodzić z chwilą, gdy
znaleźliśmy się wewnątrz zatoki - tak dalece państwo Karaina
zdawało się leżeć poza obrębem wścibskiego świata; a przytem
mieliśmy w owych czasach dość żywą wyobraźnię i zapatrywaliśmy się
z pewnego rodzaju wesołą obojętnością na perspektywę, że powieszą
nas gdzieś chyłkiem, nie narażając się na dyplomatyczne
interwencje. Co się zaś tyczy Karaina, mogło go spotkać tylko to,
co spotyka nas wszystkich - przegrana i śmierć; odznaczał się
jednak pewną szczególną właściwością: otaczała go zawsze złuda
niezawodnego powodzenia. Wydawał się zbyt wspaniały, zbyt potrzebny
- stanowił zanadto niezbędny warunek istnienia swego państwa i
ludu, aby mogło go coś unicestwić - chyba tylko trzęsienie ziemi.
Był wcieleniem swej rasy, swego kraju, żywiołu namiętnego życia i
tropikalnej natury. Posiadał jej bujną siłę, jej czar; i - podobnie
jak i ona - krył w sobie zaród niebezpieczeństwa. Po wielu kolejnych odwiedzinach poznaliśmy dokładnie scenę, na
której występował - fioletowe zakole wzgórz, smukłe drzewa
pochylone nad chatami, żółte piaski, płynną zieleń wąwozów.
Wszystko to miało surowy i olśniewający koloryt malowanej
dekoracji, jej celowość prawie przesadną i podejrzaną nieruchomość;
a scena ta stanowiła tak idealne tło dla zdumiewającego widowiska,
jakiem był Karain, że reszta świata zdawała się wyłączona nazawsze
ze wspaniałego przedstawienia. Nic nie mogło istnieć pozatem.
Odnosiło się wrażenie, że ziemia odsuwa się, wirując, coraz dalej,
rzuciwszy w przestrzeń tę kruszynę swej powierzchni. Karain wydawał
się odcięty od wszystkiego - prócz słońca - a nawet i słońce było
jakby tylko dla niego stworzone. Gdy raz zapytałem, co się znajduje
po drugiej stronie wzgórz, odrzekł ze znaczącym uśmiechem:
"Przyjaciele i wrogowie - liczni wrogowie; inaczej dlaczegożbym
kupował wasze strzelby i wasz proch?" Takim był zawsze - odmierzał
słowa ze wzorowym taktem, stosując się wiernie do pewników i
tajemnic swego otoczenia. "Przyjaciele i wrogowie" - nic pozatem.
Pojęcie nieuchwytne i szerokie. Ziemia toczyła się zaiste coraz
dalej, usunąwszy się z pod jego kraju, i oto pozostał z garścią
swojego ludu, otoczony cichym zamętem - jak gdyby jego państewko
było oazą w świecie swarliwych cieni. I rzeczywiście, żaden dźwięk
z zewnątrz nie przedostawał się za łańcuch wzgórz. "Przyjaciele i
wrogowie!" Mógł był dodać: "i wspomnienia" - przynajmniej o ile
chodziło o niego samego - lecz nie uczynił tego wówczas.
Dowiedzieliśmy się o tem później, ale już po ukończeniu codziennego
przedstawienia - za kulisami, że się tak wyrażę, i po zgaszeniu
świateł. A tymczasem roztaczał na scenie swój barbarzyński
majestat. Przed jakiemi dziesięciu laty Karain poprowadził na zdobycie
zatoki swój lud, garść zebranych przygodnie wędrownych Bugisów - a
teraz pod jego dostojną pieczą poddani zapomnieli o przeszłości i
zbyli się wszelkiej troski o przyszłość. Obdarzał ich mądrością,
radą, nagrodą, karą, życiem lub śmiercią, zachowując zawsze
niezachwianą pogodę w mowie i wyglądzie. Znał się na nawadnianiu
pól i sztuce wojennej, na broni i budowaniu statków. Umiał zataić
swoje uczucia; miał więcej wytrwałości, potrafił pływać dłużej i
lepiej sterować łodzią niż którykolwiek z jego poddanych; a
strzelał celniej i prowadził układy bardziej zawile od wszystkich
ludzi z jego rasy, jakich zdarzyło mi się spotkać. Był to morski
awanturnik, wygnaniec, władca - i mój serdeczny przyjaciel. Życzę
mu nagłej śmierci wśród walki, śmierci w blasku słonecznym,
albowiem zakosztował władzy i wyrzutów sumienia, a żaden człowiek
nie może więcej od życia wymagać. Dzień po dniu zjawiał się przed
nami, niezachwianie wierny scenicznej perspektywie, a o zachodzie
pochłaniała go noc, jak spuszczona kurtyna. Porysowane wzgórza
zamieniały się w czarne cienie, stercząco wysoko na czystem niebie;
nad niemi błyszczący bezład gwiazd podobny był do obłąkanego
zamętu, uciszonego jednym gestem; wszelkie dźwięki milkły, ludzie
usypiali, kształty się rozpływały - i pozostawała tylko istota
wszechświata - przedziwna otchłań mroku i świetlistych migotań.