Karaibska krucjata. Płonący Union Jack - Marcin Mortka

Reflow text when sidebars are open.
Wnikliwemu czytelnikowi, którego zafrapowały losy kapitana O'Connora oraz jego dzielnej fregaty, pragnę przyznać się do kilku niecnych posunięć wobec Pani Historii. Tkając opowieść, zmuszony byłem tu i ówdzie nagiąć fakty, by fabuła nabrała wymarzonego przeze mnie kolorytu.
Pierwszym przestępstwem są rozchwiane nieco ramy czasowe. Celowo unikałem podawania dat, niemniej niektóre fakty (zakończenie wojny siedmioletniej, wprowadzenie miedzianego obicia dna żaglowców, stan posiadania mocarstw karaibskich) wskazują, iż powieść toczy się w drugiej połowie XVIII wieku. Początkowo w istocie założyłem takie ramy czasowe, ale gdybym chciał zachować konsekwencję, nie mógłbym wspomnieć ani słowem o Port Royal, które w roku 1692 pochłonęło trzęsienie ziemi. Trudno mi jednak wyobrazić sobie powieść o piratach bez Port Royal, dlatego też postanowiłem owo trzęsienie ziemi pominąć milczeniem. Co, mam nadzieję, czytelnik zechce mi wybaczyć.
Opisując stan posiadania największych mocarstw kolonialnych, również starałem się zachować historyczną wierność, niemniej tu i ówdzie nie uniknąłem drobnych odejść. I tak gubernator Dolittle okłamuje Billy'ego, mówiąc, że St. John's i Antigua należały uprzednio do Hiszpanów. Nazwa Antigua w istocie pochodzi z hiszpańskiego - Kolumb, który rzucił tam kotwicę w 1493 roku, nazwał ją Santa Maria de la Antigua na cześć posągu Matki Boskiej z katedry w Sewilli, ale pierwszymi osadnikami z Europy byli tam Anglicy i oni też rządzili wyspą do opisywanych przeze mnie czasów.
Geografię karaibskich wysp starałem się również opisywać możliwie najwierniej, ale w kilku wypadkach pozwoliłem sobie na odrobinę inwencji twórczej. I tak moim wymysłem są rafy Meek Shallows i Capricorn Spine, a także historia fortu w Speightstown. Stworzyłem również Isla de la Exilio, aczkolwiek mam dziwne przeczucie, że takich wysp w Indiach Zachodnich było mnóstwo. No, może bez złóż diamentów.
Fani historii owego okresu wytkną mi zapewne, że ogień z Fort James nie był jedyną przeszkodą dla "Magdaleny" i "Mascary de Oro" podczas ucieczki z Port Royal. Oba okręty mogły również zostać ostrzelane przez leżące dalej Fort Carlisle oraz Fort Walker, ale dla dobra intrygi de Gilliery postanowiłem o nich świadomie zapomnieć.
Postacie piratów karaibskich - Bekkera, Rodriguesa, de Lanvierre'a i innych - są fikcyjne, czego nie można powiedzieć o dwóch przybyszach z zaświatów. Hawkins i Lavasseur istnieli niegdyś jak najbardziej i trwale się odcisnęli w historii Karaibów, ale więcej o tym czytelnik odnajdzie w drugim tomie dylogii "La Tumba de las Piratas".
William O'Connor, Vincent Fowler oraz Edward Love nie są to oczywiście postaci historyczne, ale całkiem autentyczne i realnie istniejące. Zostały bowiem, wraz z resztą załogi "Magdaleny", stworzone i uwiarygodnione podczas serii całkowicie niezapomnianych, magicznych sesji erpegowych, które odbyły się zimą 2003 roku i stanowiły dla mnie najwspanialsze źródło inspiracji na świecie. Moją fascynację Karaibami dzielili w nich drodzy przyjaciele - Adam Budzyński, Michał Kubiak i Michał Brywczyński - i im dedykuję tę powieść.
Marcin Mortka
COPYRIGHT ? BY Marcin MortkaCOPYRIGHT ? BY Fabryka Słów sp. z o.o., LUBLIN 2011
WYDANIE I
ISBN 978-83-7574-558-0
Wszelkie prawa zastrzeżone All rights reserved
Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.
PROJEKT I ADIUSTACJA AUTORSKA WYDANIA Eryk Górski, Robert Łakuta
FOTOGRAFIE NA OKŁADCE ? Eric Isselée, David Freund, Dmitry Raykin, Diana Hirsch | istockphoto.com Rcpphoto | dreamstime.com Marcus Ranum
PROJEKT I ILUSTRACJA NA OKŁADCE Paweł Zaręba
REDAKCJA Małgorzata Koczańska
KOREKTA Barbara Caban, Celina Nikolska
SKŁAD "Grafficon" Konrad Kućmiński
SPRZEDAŻ INTERNETOWA
ZAMÓWIENIA HURTOWE
Firma Księgarska Olesiejuk sp. z o.o. s.k.a. 05-850 Ożarów Mazowiecki, ul. Poznańska 91 tel./faks: 22 721 30 00 www.olesiejuk.pl, e-mail: hurt@olesiejuk.pl
WYDAWNICTWO
Fabryka Słów sp. z o.o. 20-834 Lublin, ul. Irysowa 25a tel.: 81 524 08 88, faks: 81 524 08 91 www.fabrykaslow.com.pl e-mail: biuro@fabrykaslow.com.pl
Nazywam się William O'Connor i jestem pechowcem. Mój pech polega przede wszystkim na tym, że przez większość życia dręczy mnie monotonia, a jeśli już pojawi się jakieś urozmaicenie, szybko przeradza się w zawieruchę, której z trudem stawiam czoła. A potem znów pojawia się nuda.
I tak też się wszystko zaczęło. Przybyłem do Indii Zachodnich jako trzeci oficer starego, rozsypującego się liniowca "Mercury", którym dowodził kapitan Christopher Hawke. Zadaniem okrętu było wzmocnienie eskadry jamajskiej podczas trwających właśnie zmagań z Francuzami i sprzymierzonymi z nimi Hiszpanami. Wojna, która miała przejść do annałów pod nazwą "wojny siedmioletniej", polegała głównie na tym, że obie strony z uporem wyrywały sobie z rąk wyspy i wysepki o znikomym znaczeniu strategicznym. Jako młody porucznik nie dostrzegałem jednakże jej bezsensu i nie przestawałem marzyć o bitwie, która zakończy okres beznadziejnej nudy, okryje mnie sławą bohatera, a przy okazji pozwoli dokopać Francuzom, którzy wedle słów mego ojca byli największymi świniami pod słońcem. To, iż nie miałem pojęcia, dlaczego tak sądził, wcale mi nie przeszkadzało śnić o wielkich czynach.
Niestety, jak już wspomniałem, miałem pecha.
Pech zaś objawiał się głównie tym, że określenie "liniowiec" miało się do naszego okrętu jak kichnięcie do wystrzału z armaty - używano go jedynie dlatego, że w oficjalnych dokumentach Royal Navy nie figurował termin "krypa". Ani "pieprzony pływający zamtuz". Dla większości załogi, którą desperacko próbowałem szkolić, termin i tak nie miał większego znaczenia, gdyż była to rozpuszczona, zdemoralizowana banda leni ze statków handlowych, więzień, tawern i przymusowego poboru. Mieliśmy w załodze farmerów i hodowców bydła, mieliśmy drobnych złodziejaszków, którzy zamienili odsiadkę na służbę w marynarce, a także pijaków, ślepców, ludzi nieznających ani słowa po angielsku, urodzonych panikarzy, sodomitów, paru klasycznych piromanów oraz osobnika, który co niedzielę próbował popełnić samobójstwo. Prawdziwych marynarzy było na okręcie jak na lekarstwo, a nawet wśród nich syfilis walczył o lepsze z rzeżączką, dyscyplina zaś stanowiła pojęcie równie urojone jak czysta odzież.
Nie to jednak było najgorsze. Liniowiec HMS "Mercury", nawet gdyby miał załogę najlepszą pod słońcem, mógł wzbudzić respekt jedynie jako relikt minionej epoki. W zmurszałym kadłubie można było wybić dziurę tępym końcem bosaka, a z dna od dobrych paru lat nie oskrobywano wodorostów - istniała bowiem realna obawa, że liniowiec wyciągnięty na brzeg zapadnie się pod własnym ciężarem. Jedynym dobrze funkcjonującym urządzeniem na okręcie były zatem pompy - kabestan zacinał się co drugi obrót, reje spadały podczas zwrotów, a jedna ze steng kiedyś po prostu się rozpękła. Podczas bezwietrznej pogody. Odpalenie pełnej salwy burtowej na "Mercury" nie zdarzyło się od lat, gdyż groziło rozsypaniem kadłuba. Na wszelki wypadek pierwszy oficer okrętu, porucznik Traughty, od dłuższego czasu nie kontrolował zapasu prochu, wierząc święcie, iż tylko zwietrzały proch zapewni załodze bezpieczeństwo. Nie miało to jednak większego znaczenia - nasz dowódca, stary, zgorzkniały człowiek, całkowicie oddany czytaniu poezji i popijaniu grogu, i tak nigdy nie wpadł na pomysł przeprowadzenia ćwiczeń artyleryjskich.
Tęskniłem za hukiem dział i zapachem prochu, przyznaję, ale wkrótce moje marzenia przesłonił znacznie poważniejszy problem. Z chwilą gdy HMS "Mercury" rzuciła kotwicę na redzie Port Royal, największego, najpiękniejszego i cudownie wprost zdeprawowanego angielskiego miasta w Ameryce, kapitan Hawke niespodziewanie przeobraził się w sadystyczne, humorzaste monstrum. Jego pasją, ba, wręcz obsesją stało się wymierzanie chłosty za byle przewinienie i ustawiczne gonienie załogi do wytężonego sprzątania jednostki lub równie bezsensownych zawodów w wiosłowaniu między wachtami. Kadrę oficerską zaczął zaś nękać coraz bardziej dotkliwymi złośliwościami, przez co szybko miejsce marzeń w mojej głowie zajęła czysta, skondensowana nienawiść do dowódcy.
Tak, Hawke nie marnował bowiem żadnej okazji, by nas zelżyć, ośmieszyć czy znieważyć. Nikt nie zliczy bezsennych nocy, które spędziłem na obmyślaniu zemsty, nikt nie zliczy godzin, które spędziłem na marsach zakotwiczonego okrętu, gotując się z wściekłości. Choć byłem realistą i wiedziałem, że babcia "Mercury" miałaby problemy z pokonaniem łodzi wiosłowej uzbrojonej w procę, modliłem się o wyjście na morze i rychłą bitwę. Gdy wreszcie nadszedł stosowny rozkaz i stareńki liniowiec postawił żagle, pech objawił się niemalże natychmiast. Spotkaliśmy bowiem Hiszpanów, i to od razu dwie fregaty.
Czyż nie mówi się, że nieszczęścia chodzą parami?
Rozległ się ogłuszający trzask, gdy kula armatnia wybiła dziurę w korytarzu przy sterburcie. Nagły skok okrętu sprawił, że potoczyła się w moim kierunku niczym żywe stworzenie. Uskoczyłem w przestrachu. Wybita przez nią czeluść była równie czarna jak rozpacz w moim sercu.
Poprawiłem mundur, splamiony krwią i przybrudzony prochem strzelniczym, i postąpiłem krok naprzód. Mocno zastukałem do drzwi kajuty kapitańskiej.
- Kapitanie - głos, przed chwilą wywrzaskujący rozkazy w ogniu bitwy, niemalże odmówił mi posłuszeństwa. - Kapitanie, porucznik Traughty przekazuje pozdrowienia i pragnie przypomnieć, iż jesteśmy nadal atakowani przez dwie hiszpańskie fregaty.
Zza drzwi odpowiedziała mi cisza, co było miłą odmianą po tym, jak za pierwszym razem kapitan Hawke posłał mnie do wszystkich diabłów, za drugim kazał mi powiadomić Traughty'ego, że uważa go za niekompetentnego durnia, a za trzecim oznajmił, że wyjdzie na pokład, gdy skończy to, czym się akurat zajmuje. Moja ostatnia wizyta w kajucie kapitańskiej miała miejsce jakiś kwadrans temu. Przez ten czas pociski z fregaty "Nuestra Se?ora" przebiły kilkakrotnie kadłub oraz zmasakrowały nieszczęśników, którzy dali się zapędzić do łatania takielunku.
Przez kadłub liniowca przeszło kolejne drżenie po trafieniu, tym razem gdzieś od dziobu.
Od baterii porucznika Fowlera, uświadomiłem sobie. Jedynej, która wciąż strzela. Oczyma wyobraźni ujrzałem kłęby dymu i pryskające naokoło drzazgi, przewracane działa i miażdżące artylerzystów lawety, a wszelkie emocje w jednej chwili ustąpiły miejsca szalonej wściekłości.
- Kapitanie! - ryknąłem, niemalże zagłuszając krzyki spod pokładu. - Banda hiszpańskich sukinsynów właśnie rozwala panu okręt! Zabija pańskich ludzi! A pan siedzisz wygodnie w kajucie jak najgorszy skurwy...
Reszta moich słów utonęła w zgodnym huku salwy burtowej drugiej fregaty, "Santa Maria Magdalena". Cofnąłem się i z całej siły uderzyłem barkiem w drzwi, a potem jeszcze raz. Drzwi ustąpiły za trzecim razem. Wpadłem do środka. Przez chwilę krótką jak okamgnienie walczyłem o utrzymanie równowagi, ale wtedy w rufę grzmotnęły dwa, może trzy pociski z hiszpańskich dział. Okręt znów zadrżał i padłem na deski zamroczony.
Pierwszym, co ujrzałem po podniesieniu wzroku, była siniejąca twarz kapitana. Przewrócone kopnięciem krzesło z pięknymi złoceniami leżało pod ścianą, a on sam kołysał się wraz z ociężałymi ruchami rannego okrętu. Jego ręce na próżno drapały szyję, próbując zerwać wrzynającą się w nią linkę przewieszoną przez górną wręgę. W wybałuszonych oczach widziałem bezbrzeżną panikę.
- A więc to tak? - spytałem głucho. Gniew wyparował, a jego miejsce zajęły pogarda i obrzydzenie. - Pod maską cynika i złośliwca kryje się zwykły tchórz? Jestem rozczarowany pana decyzją, kapitanie. Rozczarowany i zdegustowany. Samobójstwo to śmierć honorowa, godna dżentelmena, a pan, kapitanie, cóż... Pan jest zwykłym łajdakiem. Nie pozwolę panu tak zginąć.
Wyrwałem szpadę, błyskawicznym zamachem przeciąłem linkę, wbiłem broń w futrynę i złapałem ciężkie, obwisłe ciało Hawke'a w ramiona.
- Dziękuję panu, O'Connor... - wychrypiał Hawke. - To był błąd, niech mi Bóg wybaczy. Jestem panu... O'Connor, co pan robi?
- Racja - syknąłem mu do ucha, wlokąc go do galeryjki rufowej. - Niech panu Bóg wybaczy.
Kopnięciem otworzyłem drzwi. Owionęła mnie ostra bryza, niosąca zapach prochu. Nienawiść dodała mi sił - cisnąłem Hawkiem o reling, po czym chwyciłem go za mundur i wypchnąłem w kierunku spienionego, nierównego kilwateru. Mimo zmiażdżonej tchawicy kapitan ryczał niczym przerażone zwierzę.
- Nieeee! O'Connor, niechże pan...
Byłem silniejszy, ale Hawke walczył desperacko. Jego prawa dłoń niczym monstrualny pająk zacisnęła się na balustradzie, ale wtedy porwałem za szpadę, nadal drżącą w ścianie kabiny, i machnąłem z furią. Trzy odcięte palce potoczyły się po deskach galeryjki, a wrzeszczący z bólu i przerażenia Hawke wpadł z hukiem do wody i znikł wśród szczątków płetwy sterowej, rozbitej celnym pociskiem z "Nuestra Se?ora".
- Wymodliłem ci piekło, Hawke - wydyszałem.
Na granatowym, wieczornym niebie niczym złowieszczy znak zalśniła niema błyskawica.
Wiedziałem, że z tą chwilą obumarło we mnie wszystko - miłość do bandery brytyjskiej, szacunek dla autorytetów, nawet posłuszeństwo wobec rangi. Stałem na galeryjce rufowej umierającego, rozdzieranego wrogimi kulami okrętu, który, choć BYŁ najbardziej zaniedbanym i zapuszczonym liniowcem we flocie, BYŁ przecież moim domem i powodem do dumy. Dumy? - parsknąłem w duchu. Wszyscy święci, jak można być dumnym ze służby na okręcie, którego kapitan okazuje się zdrajcą, a załoga to banda największych szumowin i mętów w Royal Navy?
Szybko pan to odkrył, poruczniku O'Connor, odezwał się jakiś głos w mojej głowie, sumienie zapewne. Idź pan zatem na stanowisko bojowe i rób swoje.
Czyli giń z honorem, przetłumaczyłem sobie. Odwróciłem się i pobiegłem na pokład ze szpadą w garści.
- Co z kapitanem? - wyryczał Traughty na mój widok. Chudy jak tyczka, rudy pierwszy oficer próbował właśnie zapędzić ludzi na reje. Z ostrza jego szpady spływała krew. - Na litość boską, O'Connor, przecież...
- Kapitan nie żyje - odparłem spokojnie.
- Co takiego? - Traughty stanął jak wryty. Trzech marynarzy wykorzystało tę chwilę nieuwagi zwierzchnika i uciekło pod pokład. - Do cholery, przecież...
Nie dokończył, wyjąca niczym potępiona dusza hiszpańska kula urwała mu głowę. Okaleczone ciało pierwszego oficera zawirowało wokół własnej osi, tryskając krwią, po czym miękko uderzyło o pokład.
- Czy zechce pan, bym wysłał za nimi piechotę morską? - spokojnym tonem spytał porucznik Love, dowódca piechoty morskiej na HMS "Mercury". Patrzył na mnie z lekkim znudzeniem, jakby właśnie obstawiał partyjkę wista, a nie znajdował się w środku przegranej bitwy. Krople krwi Traughty'ego spływały mu po twarzy, ale nawet tego nie zauważył.
- Co? - Otrząsnąłem się. - Dlaczego mnie pan pyta? Jestem tylko trzecim oficerem, po śmierci dowódcy i pierwszego komendę sprawuje porucznik Patterson!
- Pan wybaczy, poruczniku... - w spokojnym głosie Love'a zazgrzytała wzgarda. Lekko skinął głową w kierunku śródokręcia, gdzie trwała właśnie zaciekła walka o ocalałe z wrogiego ostrzału szalupy. Jedna z ostatnich, maksymalnie obciążona, odbijała od burty, a siedzący w niej marynarze bosakami i kordelasami odpychali tych, którzy próbowali do nich dołączyć. Wśród ogarniętego paniką tłumu, który walczył o drugą łódź, wciąż wiszącą na żurawikach, dostrzegłem loki Pattersona.
Tak zatem w wieku dwudziestu pięciu lat zostałem dowódcą liniowca Jego Królewskiej Mości "Mercury", którego problemem były nie tyle potworne braki w załodze, poszatkowany takielunek, pożary na pokładzie czy dziury w kadłubie, ale dwie szybkie, plujące ogniem fregaty hiszpańskie.
Burtę "Nuestry Se?ory" spowiły kłęby dymu. Niemalże widziałem, jak pchane siłą odrzutu działa hiszpańskiego okrętu cofają się, ciskając mordercze pociski w kierunku naszego wraku. W chwilę później wśród takielunku zaświstały kolejne kule, gdzieś na dziobie spadł zerwany blok z garścią lin, a bagenreja nad naszymi głowami niebezpiecznie zaskrzypiała.
- Powinniśmy... - bąknąłem, patrząc na zasłany szczątkami pokład. - O Boże...
Lecz Bóg się od nas odwrócił, czemu w sumie trudno było się dziwić, a ja nie miałem pojęcia, co dalej. Za potrzaskanym kabestanem kryło się kilku zapłakanych, bladych z przerażenia chłopców okrętowych, a Matthews, pomocnik bosmana, pełzł po pomoście i wymiotował krwią. Pan Goodstone, nawigator okrętu, właśnie wytoczył się z luku, śpiewając i wymachując opróżnioną do połowy butelką wina. Żagle obwisły, a kadłub przechylał się na bakburtę, nabierając coraz więcej wody. "Nuestra Se?ora" podchodziła śmiało coraz bliżej, aż wykonała zgrabny zwrot przez rufę i odpaliła kolejną salwę. Tym razem kule roztrzaskały ostatnią szalupę i przeorały tłum walczących o nią szaleńców. Zdruzgotane żurawiki zwisły nieruchomo.
I wtedy Bóg się leciutko uśmiechnął.
Przez pokład "Mercury" przeszło drżenie. Działo po dziale bateria porucznika Fowlera plunęła ogniem w kierunku manewrującego Hiszpana. Zuchwałe podejście pod naszą burtę zemściło się teraz na wrogiej fregacie stukrotnie. Z tej odległości pociski Fowlera nie mogły chybić. Pierwszy strzaskał reling na śródokręciu "Se?ory", drugi wyrwał hamaki z siatek i cisnął na pokład dwóch marynarzy, trzeci wpadł przez furtę działową i zniszczył przeładowywaną armatę, a czwarty...
Czwarty pocisk wpadł tuż za nim.
Takie przypadki zdarzają się raz na milion, gdyż rozstawione co kilka jardów działa burtowe siłą rzeczy trafiają w inne cele. Tym razem jednak nie dość, że dwie kule uderzyły idealnie w to samo miejsce, to jeszcze najprawdopodobniej obie ugodziły w ten sam żywotny organ. Wśród dymów hiszpańskich furt armatnich niespodziewanie ujrzałem błyski i nim zdążyłem się odezwać do Love'a, jęzory ognia strzeliły przez luki na pokład.
W okamgnieniu przepiękny, groźny i zwinny okręt hiszpański, który jeszcze przed chwilą darł "Mercury" na strzępy, zamienił się w przedsionek piekieł, z którego tłumnie umykali przerażeni, krzyczący rozbitkowie. Odruchowo zasłoniłem twarz ramieniem, a gdy ponownie uniosłem wzrok, ujrzałem agonię żaglowca. Przeniosłem wzrok dalej, ku "Santa Marii Magdalenie". I nagle już wiedziałem, co robić.
- Poruczniku Love - zwróciłem się do żołnierza. W jego szarych, wciąż spokojnych oczach odbijała się łuna ogarniętego pożarem okrętu, od którego odrywały się ciemne plamki skaczących do wody uciekinierów. - Proszę natychmiast zagonić żołnierzy oraz wszystkich w miarę przytomnych marynarzy do nabijania muszkietów pod pokładem. Pan zaś, Sullivan - pochwyciłem za ramię przerażonego midszypmena - pan przekaże porucznikowi Fowlerowi, by nabił działa kartaczami. A potem - zrobiłem przerwę dla zaczerpnięcia oddechu - potem spuści pan banderę.
Kilka lat później Edward Love wyznał mi, że tego wieczoru, gdy przechylona na bakburtę "Mercury" tonęła, a "Santa Maria Magdalena" z gotowymi do strzału działami sunęła nam na spotkanie, wyglądałem strasznie.
- Jakby cię co opętało, Billy - wybełkotał wtedy, unosząc wzrok znad dzbana wina. - Wyglądałeś jak... Jak nie ty. Jak sam diabeł morski. Nie mogliśmy nie posłuchać...
Nie miałem o tym pojęcia. Ostatnią bitwę liniowca "Mercury" pamiętałem jak przez mgłę.
Nieprzytomnie patrzyłem na dziób zbliżającej się "Santa Marii Magdaleny" i płonący kadłub "Nuestry Se?ory", bez zrozumienia śledziłem krzątaninę niedobitków załogi, a jednocześnie obcym, nieznanym mi głosem wykrzykiwałem krótkie, rzeczowe rozkazy. Członków załogi, których poznałem jako dobrych marynarzy, pchnąłem do Love'a, reszcie zaś pozwoliłem, by biegali jak szaleni wzdłuż pomostów, skakali do wody lub upijali się wytoczonym rumem. Jakiś pijany mat porwał za sznur dzwonu okrętowego i szarpał z całej siły, rycząc jakąś sprośną piosenkę. Nie przerywałem mu. Czym więcej chaosu, tym większe zaskoczenie.
Patrzyłem na rosnący w oczach dziób "Santa Marii Magdaleny", a blask płomieni, pożerających kadłub "Nuestry Se?ory", pełgał po złotym galionie, rzeźbie biuściastej kobiety pod bukszprytem. Hiszpańska fregata parła naprzód, jakby chciała staranować burtę "Mercury". Przez lunetę dojrzałem postać hiszpańskiego dowódcy, wysokiego mężczyzny w czarnym mundurze, który wpatrywał się w nasz okręt z nieodgadnioną twarzą. Nie było wątpliwości, że Hiszpan chce nas posłać na tamten świat. Tylko czy chciał to uczynić przy pomocy salwy z bliskiego dystansu, czy postanowił nasz okręt wprzódy splądrować?
Wiedziałem, jak mu pomóc w podjęciu decyzji.
- Panie Sullivan! - mój głos ledwie się przebił przez wrzaski i chaotyczne dzwonienie.
Roztrzęsiony midszypmen tylko na to czekał. Naparł na skrzynię ustawioną na uskoku rufówki, kufer zakreślił wąski łuk w powietrzu i roztrzaskał się o deski pokładu. Złote i srebrne monety, zaległe pobory dla oddziałów hrabiego Dale-Brickstona, rozprysły się jak błyszczące krople. Marynarze oniemieli na ten widok, lecz wrodzona chciwość natychmiast pokonała lęk przed śmiercią. Jak jeden mąż padli na kolana i rzucili się do walki o toczące się monety, a ja, odwróciwszy wzrok od upokarzającego widowiska, znów spojrzałem na pokład rufowy wrogiej fregaty. Zgodnie z oczekiwaniami Hiszpanie ożywili się na widok bogactwa, a dowódca wydał krótką komendę sternikowi. Kurs "Santa Marii Magdaleny" zmienił się nieznacznie. Szli na zbliżenie, do abordażu.
Odetchnąłem z ulgą, lecz nadal kalkulowałem chłodno, z nieludzką precyzją.
Szlochający Sullivan zgodnie z rozkazem zabrał się za kolejną, tym razem pustą skrzynię, ale udawał, że utknęła i nie można pchnąć jej dalej. Na pokładzie "Santa Marii Magdaleny" szykowano już haki abordażowe.
- Wszyscy na pozycjach - zameldował Love beznamiętnym tonem.
- Doskonale - usłyszałem swój głos, jakby dobiegał z daleka, jakby mówił ktoś inny. - Na dany sygnał proszę zastrzelić wrogiego kapitana.
- Pan raczy żartować - odezwał się Love po dłuższej chwili. - To wbrew etykiecie... Nie można strzelać do oficerów jak...
- To nie wbrew etykiecie, ale wbrew prawu - przerwałem mu z wściekłością. - Podobnie jak szykowanie obrony po spuszczeniu bandery.
- Chce pan, bym to nazwał po imieniu? - Love wyprostował się.
- Pozwolisz, że ja to zrobię. - Szarpnąłem go za ramiona i przyciągnąłem do siebie. - Dziś na pokładzie tej tonącej krypy każdy przekroczy jakąś granicę, Edwardzie! Tylko od ciebie zależy, którą wybierzesz! Życie czy śmierć? Honor czy tchórzostwo? Jeden kodeks moralny czy drugi? Zrób to teraz, a oszczędzisz mi złudnych nadziei.
- Przysięgałem, że będę bronić honoru oficera...
- Każdy z nas przysięgał! - wrzasnąłem mu w twarz. - Mieliśmy bronić króla i ojczyzny, a tymczasem giniemy tu, na Karaibach, w imię Bóg wie jakich interesów! Dano nam starą krypę, bandę szubrawców zamiast załogi i kapitana szaleńca, po czym kazano bronić sławy imperium! Kazano nam udawać dumnych, niezłomnych obrońców króla i jego majestatu! Czy czułeś się obrońcą, gdy Hawke szydził z twego munduru, a ćwiczenia na śródokręciu nazywał pajacowaniem? Czy Traughty czuł się obrońcą, gdy kapitan zelżył go za pomylenie kursu? Albo Sullivan, któremu nakazał publicznie pucować pokład?
- Billy, ty chyba...
- Bo ja, gdy wpadłem do jego kajuty chwilę temu, wcale nie poczułem się jak obrońca. Poczułem się po prostu oszukany, Edwardzie! Oszukany i zdradzony! Myślałem, że jak uchwycę tego suczego syna i wywalę go do morza, to mi ulży, ale pomyliłem się, więc...
- O Boże... - Edward cofnął się o krok, blednąc.
- Czyli zrozumiałeś. - Na mojej twarzy nie drgnął ani mięsień. - Tak, Edwardzie. Ja już nie mam odwrotu. I chcę zacząć na nowo.
- Oszalałeś.
- Najwidoczniej. Pociesz się jednak tym, że masz tutaj jedynie martwych, szalonych oraz takich jak ci! - Machnąłem dłonią w kierunku Pattersona, który z szaleńczym chichotem piął się na postrzępione reje z kapeluszem pełnym złotych monet.
Love patrzył na mnie przez dłuższą chwilę, aż jego myśli przerwało skrzypienie rei oraz pokrzykiwania po hiszpańsku - "Santa Maria Magdalena" dobijała do naszej burty. Najmniej zapamiętali ze zbierających złoto podnosili właśnie głowy i nieruchomieli z przerażeniem. Czas nadszedł. Czekałem tylko, aż...
W oczach Edwarda naraz błysnął ogień. Płynnym ruchem podrzucił muszkiet do ramienia, obrócił się na pięcie i wystrzelił w kierunku pokładu rufowego Hiszpana.
Trafił.
Zaraz potem ożyły działa Vince'a Fowlera.
Pamiętam, że dudniło mi w głowie, a reling rufowy, na którym kurczowo zaciskałem dłonie, wydawał mi się dziwnie obcy, wręcz nieprzyjemny. W odległości kilku kabli od zdobytej fregaty zanurzała się w falach "Mercury", przypominająca teraz żebraczkę, która sięgała po ostatnią w życiu jałmużnę. Wzdłuż poszarpanych burt liniowca miotała się garstka marynarzy, którzy walczyli o monety lub kryli się pod pokładem do chwili, gdy rzuciliśmy liny abordażowe. Ani myślałem po nich wracać.
- I co teraz? - spytał Vincent Fowler, obecnie pełniący obowiązki pierwszego oficera "Santa Marii Magdaleny".
Ból głowy nasilił się i zacisnąłem powieki. Pamięć podsunęła mi obraz przerażonych hiszpańskich marynarzy, w których szeregi uderzyły wyjące kartacze, przypomniałem sobie kłęby dymu z muszkietów nacierających żołnierzy Love'a, gdy znów beznamiętnie rzucałem rozkazy, wskazywałem cele i przemieszczałem resztki przerażonych marynarzy. Ja, trzeci oficer przegniłego liniowca, młokos z mlekiem pod nosem, wielki przegrany w walce o honor i sławę.
Przegrany? Gdy haki abordażowe przyciągnęły burtę okrętu wroga, jako pierwszy przeskoczyłem na jego pokład. Za mną pobiegł Love z obnażoną szpadą i Fowler z ciężkim toporem, a za nimi reszta marynarzy i niedobitki piechoty morskiej. Nie myśleliśmy jednak o chwale czy sławie, o niczym nie myśleliśmy. Po prostu cięliśmy zaskoczonych Hiszpanów, strzelaliśmy im prosto w przerażone twarze, strącaliśmy ich do wody, ścigaliśmy po pomostach, rejach i dolnych pokładach, aż nagle się okazało, że już nie ma z kim walczyć.
Aż się okazało, że wygraliśmy.
- I co teraz? - powtórzyłem pytanie Vince'a i odwróciłem się w kierunku garstki tych, którzy przeżyli. Przez chwilę przyglądałem się osmolonym, bladym ze zmęczenia twarzom, zakrwawionym mundurom oraz założonym byle jak opatrunkom, a potem przeniosłem wzrok na dwie szalupy wypełnione ponurymi niedobitkami hiszpańskiej załogi, które powoli brały kurs na Hispaniolę. Minęła dłuższa chwila, nim w wyschniętym na wiór gardle pojawiła się kropelka śliny.
- Zdaje się, że właśnie wymówiliśmy służbę Jego Królewskiej Mości - oznajmiłem, patrząc na Union Jacka, kaprysem losu nadal zwisającego z rufy tonącej powoli "Mercury". - Płyniemy na Tortugę, uzupełnimy braki w załodze, a potem poszukamy jakiejś dobrej roboty.
Tego dnia miało miejsce jeszcze jedno ważne wydarzenie. Opuściliśmy się z Vincentem na linach, by dokładnie przyjrzeć się rufie, która najbardziej ucierpiała od ostrzału z dział świętej pamięci HMS "Mercury". Gdy zawiśliśmy nad rzędem cudem nietkniętych okien kajuty kapitańskiej, naszym oczom ukazała się starannie wymalowana, nieco osmolona nazwa "Santa Maria Magdalena". Pierwsze słowo zostało roztrzaskane celną kulą liniowca.
- Cholera... - mruknął Vince. - I co z tym zrobimy?
Dobrze wiedziałem, o co mu chodzi. W myśl starego jak świat marynarskiego przesądu zmiana nazwy zdobytego okrętu przynosi pecha, ale przecież żaden z nas nie miał zamiaru żeglować na fregacie z hiszpańskim mianem. Rozwiązanie przyszło mi do głowy niemalże natychmiast.
- Panie Sullivan! - zawołałem ku górze, gdzie sterczał młodziutki midszypmen z rozdziawioną gębą. - Weźmiesz pan jakąś farbę ze składu bosmańskiego i zamalujesz nazwę, a jak wyschnie, to wypiszemy pośrodku "Magdalena". Ładne, zwięzłe i dumne, no nie? - Ostatnie słowa skierowane były już do bujającego się tuż obok Vincenta. - A przy okazji nie złamiemy tradycji.
- "Magdalena" - mlasnął pierwszy oficer i uśmiechnął się szeroko. - Podoba mi się.
- Zamalować? - z góry dobiegł nas jęk Sullivana. - Ale jak?
Zdaje się, że właśnie tego dnia też narodziło się moje bezgraniczne wprost zaufanie do tego człowieka.
- Starannie, panie Sullivan. Starannie! - wrzasnąłem i też się uśmiechnąłem, po raz pierwszy tego dnia.
Inne decyzje zapadły już w zaciszu nowej kajuty kapitańskiej, w towarzystwie Edwarda, Vincenta oraz kilku butelek malagi, które namiętnie kolekcjonował poprzedni dowódca "Magdaleny". Objąłem komendę, Vincent został pierwszym oficerem, a Edward postanowił utworzyć i wyćwiczyć własny oddział piechoty morskiej, unikając przy tym, jak to określił, "pożałowania godnych błędów tradycyjnego szkolenia". Z racji tego, że każdy z nas został wychowany w duchu tradycji i dyscypliny Royal Navy, nie przyszło nam nawet do głów, by zabrać się za piractwo. Postanowiliśmy wstąpić na służbę któregoś z neutralnych państw kolonialnych, przykładowo Holandii lub Danii, jako okręt korsarski. Całkiem oczywiste było również to, że zachowamy zwyczaje i dyscyplinę Royal Navy, ale z angielską admiralicją nie chcieliśmy mieć nic wspólnego - każdy z nas poprzysiągł, że nigdy już nie powróci na służbę Wielkiej Brytanii.
I wcale nie dlatego, że w Port Royal czekał na nas stryczek. To była kwestia honoru.
Pchnięty równie honorowymi wyrzutami sumienia, otworzyłem pokład "Magdaleny" dla wszystkich, których pokrzywdziły ludzka niegodziwość do spółki z wymiarem sprawiedliwości. Jako pierwszy dołączył do załogi bosman Douglas O'Neil, który zdezerterował z HMS "Revenge" po tym, jak kapitan kilkakrotnie poddał go chłoście za nazbyt opieszałe wykonywanie rozkazów, oraz nawigator Jean Pierre Millard, który spędził kilka lat we francuskim więzieniu za to, że ośmielił się zakochać w córce komendanta portu wojennego. Po nich przybyła trójka dezerterów z HMS "Ganges", którzy zostali przymusowo wcieleni do służby: jednooki Timmy Mullholland za to, że był Irlandczykiem, Wayne Sanders, który popełnił zbrodnię łapania królików w lasach księcia Walii, oraz Smitty Paproch, który po prostu miał pecha napotkać grupę werbunkową pod tawerną, z której właśnie się wytoczył. Wkrótce do załogi trafili też wielki, dobroduszny Bambo, zbieg z plantacji trzciny cukrowej, felczer Tom Pollock, który przyciągnął uwagę Temidy małą wytwórnią spirytusu do celów leczniczych, i szalony, uzależniony od prochu Holender Augusto Zeeman, który nikomu w niczym nie zawinił, lecz po prostu chciał sobie postrzelać. Jak trafił do nas straszliwy kuk Samuel Butcher, nie pamiętam, a żałuję. Musiałem mieć kiepski dzień.
Przez chwilę sądziłem, że moja szczęśliwa gwiazda błyśnie na dłużej - już w kilka tygodni później stałem się posiadaczem listu kaperskiego od hrabiego de Truese, gubernatora francuskiego Port-au-Prince. Kiedy już udało mi się zapomnieć, iż Francuzi to świnie, mój pech jak zwykle doszedł do głosu. Zmęczone wojną mocarstwa wycofały już floty z posiadłości kolonialnych, pozostawiając tu i ówdzie dla zasady parę fregat. Na plantacjach, w wielkich miastach i na szlakach handlowych panował spokój, a wyładowane dobrami konwoje jeden po drugim bez przeszkód opuszczały Antyle i żeglowały do Europy. Hiszpańska flota skarbowa opuściła zaś deltę La Platy z tak żenująco nieliczną eskortą, że Drake czy Sharpe przewracali się w grobach. Naraz Indie Zachodnie stały się oazą spokoju, zamarła również łupieżcza działalność ongiś licznych karaibskich piratów. Imiona słynnych niegdyś Morrisa Blacka, Beniamina "Siedem Żyć" Bekkera czy też Hernando "Papugi" Rodriguesa coraz rzadziej szeptano z trwogą, a optymiści mawiali wręcz, że czasy piratów dobiegły końca wraz ze śmiercią straszliwego Christophera de Lanvierre'a w bitwie pod Cabo Verde. Ja zaś chyba byłem jedynym żeglarzem na Karaibach, którego ta wizja napawała przerażeniem.
Bo ja chciałem walczyć. Chciałem zdobywać sławę i skarby, chciałem gromić piratów, szerzyć sprawiedliwość, ratować pokrzywdzonych i mścić znieważonych. Chciałem, by nazwisko O'Connor wymawiano z szacunkiem i bojaźnią, a "Magdalenie" salutowano wystrzałami z dział. Niestety, mój pech zarządził inaczej. Zamiast odpalać salwy armatnie i skakać do abordażu, kazano mi przewozić pocztę. Eskortować transportowce. Zatrzymywać statki z kontrabandą. Patrolować bez końca wody dookoła Île de la Gonâve. Salutować Hiszpanom.
Tak, nawet salutować Hiszpanom.
Na francuskiej służbie wytrzymaliśmy rok. Aż rok. Kiedy tylko usłyszałem, że gubernator Jamajki McDonalds, wystraszony wieściami o napadzie Beniamina Bekkera, na gwałt poszukuje lekkich korsarskich okrętów wojennych, natychmiast wymówiłem służbę de Truesemu i kazałem wziąć kurs na Port Royal.
W kajucie kapitańskiej rozgorzało wówczas piekło. Vincent i Edward z wściekłością próbowali mi przypomnieć, że przysięgaliśmy nigdy więcej nie służyć Anglii, a także uświadomić, że za dezercję z HMS "Mercury" grozi nam stryczek bez procesu. Mieli rację, a jakże. Nie wiem, dlaczego z taką zaciekłością broniłem swej decyzji. Z pewnością nie kierowałem się patriotyzmem ani poczuciem obowiązku. Miałem po prostu nadzieję, że gubernator Port Royal jak za dawnych lat wykaże się pobłażliwością dla ochoczych do służby grzeszników, a przed nami otworzy się wreszcie szansa na wywalczenie sobie miejsca w historii.
Po serii zaciekłych kłótni Vince i Edward machnęli ręką i obiecali mnie wypatroszyć, jeśli szczęśliwa gwiazda zgaśnie w chwili rzucenia kotwicy w Port Royal. Na szczęście nie zgasła, a moje przewidywania (i nadzieje) okazały się słuszne. Strach przed spadkiem obrotów oraz sakiewka ze skarbczyka byłego dowódcy "Santa Marii Magdaleny" wywołały u gubernatora gwałtowny atak amnezji, dzięki czemu z naszych akt zniknęły pewne niefortunne zapiski sprzed paru lat, a kapitan William O'Connor stał się dumnym posiadaczem angielskiego listu kaperskiego.
Niestety, kiedy McDonalds odszedł z tego padołu jakieś pół roku później, mój pech znów się odezwał. I wszystko zaczęło się walić na łeb na szyję.
W sumie to mogłem się tego domyślić. W końcu kapitan fregaty, który zawala pierwsze zadanie powierzone przez nowego gubernatora, a zaraz po powrocie potajemnie wpełza do łoża jego córki, nie powinien się spodziewać serdecznego przyjęcia. Przynajmniej ze strony ojca-gubernatora. Widok ostrza halabardy, kołyszącego się niebezpiecznie blisko mojego mostka, wstrząsnął mną jednakże do głębi.
- Ejże, dobry człowieku... - spróbowałem zagaić polubownie, ale żołnierz trzymający broń zmarszczył tylko brwi. Jego towarzysze wyglądali na równie nieprzejednanych, a wąsaty sierżant z namaszczeniem wyciągał rzemienne pęta.
- Hej, co jest grane? - odezwałem się raz jeszcze, groźniej, ujmując się pod boki. - Co to za zabawy? Czy możecie mi z łaski swojej wytłumaczyć, co...
- Rozkaz gubernatora - mruknął nieprzychylnie sierżant. Ostrze halabardy nadal groźnie kierowało się w moją stronę.
Westchnąłem ciężko. A zatem doigrałeś się, O'Connor. Ciekawe tylko, czy zostałem zatrzymany za romans z Victorią, aferę z "Pride of Bombay", czy może dezercję z "Mercury"? Och Boże, spraw, by gubernatorowi chodziło tylko o córkę...
Kula słońca wynurzyła się znad horyzontu, a wody Port Royal Harbour zalśniły żywym złotem. Krzyk krążących nad masztami mew wzmógł się, a z fortecy Fort Charles rozległ się pojedynczy wystrzał armatni, któremu odpowiedziały działa pozostałych czterech fortów strzegących Port Royal. Zbocza Gór Błękitnych, przed chwilą jeszcze tonących w mgłach świtu, rozjarzyły się soczystą zielenią lasu tropikalnego. Za zakrętem przemknęło kilka dziewcząt o ciemnej skórze, niosących kosze pełne owoców w stronę portu. Westchnąłem raz jeszcze, żałośnie.
- Rozkaz gubernatora, tak? - Pokiwałem głową, odpinając szpadę. - Nie trzeba pęt, sierżancie. Pójdę sam.
Błąd leżał w założeniu.
Rozumiałem konieczność zaprzyjaźnienia się z nowym gubernatorem Jamajki aż za dobrze, dlatego też na balu, który wyprawił zaraz po uroczystości zaprzysiężenia, pojawiłem się w najlepszym mundurze galowym, niosąc w kieszeni brzęczące antidotum na dociekliwość, a w duchu powtarzając starannie ułożoną gadkę, która miała mu uświadomić wagę podtrzymania listu kaperskiego dla "Magdaleny". Niestety, do rozmowy nie doszło. Udało mi się co prawda odciągnąć gubernatora na stronę, lecz ledwie zdążyłem wymacać sakiewkę, pojawiła się Victoria. Piękno jej uśmiechu i porażająca wprost głębia dekoltu sprawiły, że wywarcie wpływu na jej ojca odłożyłem na czas nieokreślony.
Tej samej nocy zbadałem natomiast wszelkie tajemnice owego dekoltu i nie tylko jego. Ogarnięty czarem Victorii, zapomniałem o bożym świecie. Moje niedawne lęki wydawały się odległe i pozbawione znaczenia. Zlekceważyłem, że w żywotnym interesie moim i całej załogi jest to, by gubernator Port Royal nie postanowił przypadkiem zbadać naszej przeszłości. Nie zdobyłem się na rozmowę z nim ani następnego dnia, ani przez kolejne trzy tygodnie upojnego, skrywanego starannie romansu. Nie zdołałem tego uczynić również w dniu, gdy gubernator przypomniał sobie o dzielnych kaprach z "Magdaleny" i wyznaczył im pierwszą misję.
Której wzmiankowani kaprowie nie omieszkali kompletnie zawalić.
Idąc w kierunku Admiralty Court, gdzie urzędował gubernator Port Royal, gorzko żałowałem, że brak mi umiejętności przewidywania.
Gubernator nazywał się Morgan, jak na przyzwoitego gubernatora przystało, i tak też zresztą wyglądał. Był potężnym, barczystym człowiekiem o ogromnych dłoniach, do których znacznie lepiej pasował topór abordażowy niż wachlarz czy pióro. Jasne loki peruki, noszonej wedle najnowszej londyńskiej mody, miast upiększać jego pobrużdżoną, ogorzałą twarz, podkreślały jedynie jej dziki charakter. Bladoniebieskie oczy otaksowały mnie gniewnie spod krzaczastych brwi, a ja poczułem się niewyraźnie, stojąc przed nim bez broni, nieogolony i potargany, w koszuli, która pamiętała lepsze czasy.
- Dzień dobry - bąknąłem, starając się, by w moim wzroku było jak najwięcej niewinności. - Panie gubernatorze, od dawna chciałem już... Eee...
Straciłem wątek i przez chwilę w komnacie panowała ciężka, złowieszcza cisza, przerywana jedynie skwirem mew. Morgan przypatrywał mi się badawczo, a ja rozpaczliwie starałem się nie myśleć o tym, że jest ojcem kobiety, z którą spędzałem jedną upojną noc za drugą.
Z drugiej strony wiedziałem, że oskarżenie o romans z córką to najlepsze, co może mnie spotkać. Wywleczenie dezercji oznaczało bowiem definitywny koniec dla mnie i reszty załogi.
- Zostawcie więźnia i zaczekajcie pod drzwiami - rzucił gubernator szorstko i chrapliwie do żołnierzy, którzy zasalutowali i wyszli. Ton jego głosu zrujnował wszelkie moje nadzieje.
- Gubernatorze, jest mi ogromnie miło...
- To naciesz się pan tym uczuciem, O'Connor - burknął Morgan. - To pański okręt?
Powolny jego skinieniu, podszedłem do okna komnaty i aż westchnąłem z zachwytu. Z tej wysokości roztaczał się przepiękny widok na Port Royal. Nigdy dotąd miasto nie wydało mi się takie piękne - niewątpliwie przez świadomość rychłego kresu mej kariery. Widziałem czerwone, spadziste dachy kamieniczek w kupieckiej dzielnicy Merchant Exchange, widziałem też szare kloce magazynów portowych King's Warehouse i tradycyjne zamieszanie przy North Docks, ale nade wszystko zgrabne kadłuby okrętów na redzie i przystani.
W tym i mej ukochanej "Magdaleny", która kotwiczyła blisko liniowca HMS "Victorious", okrętu flagowego jamajskiej eskadry, oraz nieznanego mi, nieco mniejszego liniowca hiszpańskiego. "Mascara de Oro" - "Złota Maska" - odczytałem nazwę na rufie.
Naraz zamrugałem. Na pokładzie mego okrętu wrzała niecodzienna krzątanina, połyskiwały czerwone mundury piechoty, ktoś wypadł za burtę, ktoś wypalił z pistoletu... Tknięty niepokojem, przypadłem do parapetu, by przyjrzeć się dokładniej.
- Naciesz się pan tym uczuciem - powtórzył Morgan i zgarnął garść suszonych fig z glinianej misy.
- Gubernatorze, na pokładzie mojej fregaty...! - wykrzyknąłem ze wzburzeniem
- Pańskiej, se?or? - w komnacie rozległ się nagle nowy głos, mówiący po angielsku z obcym akcentem.
Odwróciłem się błyskawicznie. W ciemnym kącie komnaty, kilka stóp za biurkiem Morgana, rozparł się szczupły jegomość w czarnym, szamerowanym srebrem kaftanie z bufiastymi rękawami. Starannie ułożone ciemne loki okalały gładką, urodziwą twarz z zadartym nosem i wąskimi, mocno zaciśniętymi ustami. Bębniące po poręczy fotela dłonie były ciężkie od pierścieni. Wyglądał na zwykłego fircyka, wymuskanego dworskiego bawidamka, ale przeczył temu wrażeniu chłód w jego przymrużonych, ciemnobrązowych oczach.
Teraz dopiero poczułem ostre pachnidła, których woń wisiała w komnacie, nie ustępując przed łagodnymi podmuchami bryzy. Kichnąłem.
- Wdarłżeś się pan tu jak fircyk do burdelu, O'Connor - warknął Morgan. - Zachowujże się pan jak na więźnia przystało. Nie zdążyłem panu nawet naszego gościa przedstawić. Oto se?or Antonio Miguel de Gilliera z...
- Co się dzieje na "Magdalenie"? - przerwałem mu bezceremonialnie. - Aresztuje pan moją załogę? Za co? Służymy temu miastu...
- Proszę o wybaczenie, sir, lecz ten okręt nie nazywa się "Magdalena" - odezwał się ponownie de Gilliera. - Za czasów, gdy pływał na nim mój ojciec, nazywał się "Santa Maria Magdalena", a porwany został...
- Gubernatorze, ten człowiek...
- Milczeć! - huknął Morgan. Posłusznie zamknąłem usta. - Wpadłżeś pan jak banan w kompot. Tak, właśnie tak! - dodał, najwyraźniej rozkoszując się w myślach mocą swego neologizmu. - Jak w kompot! Kapitanie O'Connor, sytuacja polityczna w rejonie Morza Karaibskiego staje się nader napięta! Napięta jak... jak łuk! Słyszał pan wieści? Wielka Brytania stoi na krawędzi wojny z odwiecznym wrogiem, z przebrzydłą Francją, O'Connor! Przebrzydłą niczym... Ach, do cholery, mniejsza z tym! Wojna się szykuje, O'Connor! Rozumie pan to?
Jeden z żołnierzy zajrzał do komnaty, zaniepokojony rykiem, ale natychmiast umknął, ujrzawszy zaczerwienioną, nabrzmiałą twarz gubernatora. Marzyłem o tym, by pójść w jego ślady.
- Niewykluczone, że polityka omija tawerny i burdele, w których zwykł pan na co dzień przebywać, O'Connor, nie będę więc pogłębiał mętliku w pańskim pustym łbie! - ryczał gubernator, co rusz oblizując spryskane śliną wargi. - W żywotnym, jakże żywotnym interesie naszego króla jest utrzymanie kolonii w Indiach Zachodnich! Wszystkich kolonii, i to wszelkim kosztem, O'Connor! Wszelkim!
Przez moment chciałem się wtrącić i nadmienić, że od chwili przybycia do Port Royal nie byłem ani razu w burdelu, ale w porę ugryzłem się w język. Nie chciałem ryzykować pytania, co też porabiałem zamiast tego.
- W związku z tym pragnę panu oznajmić, że Jego Wysokość król Anglii zawarł sojusz wojskowy z Jego Katolicką Wysokością królem Hiszpanii przeciwko Francji. Francji, która... - Morgan zazgrzytał zębami, wysilając umysł w poszukiwaniu odpowiedniej metafory - która jest przebrzydła! Ja zaś, jako gubernator największej brytyjskiej posiadłości na Karaibach, czując się szczególnie zagrożony ewentualnymi atakami Francuzów, postanowiłem okazać naszym hiszpańskim przyjaciołom gest dobrej woli! A wie pan, co to takiego?
- Doprawdy, doskonała mowa, gubernatorze... - bąknął ogłuszony tyradą de Gilliera.
- Rozumie mnie pan?
Wpatrywałem się w gubernatora z rosnącym przerażeniem. Niespodziewanie oderwane z pozoru fakty - moje aresztowanie, interwencja żołnierzy na pokładzie "Magdaleny" oraz wizyta hiszpańskiego szlachcica - ułożyły się w logiczną całość.
- Ale gubernatorze... - Kolana ugięły się pode mną. - Przecież mamy list kaperski! List kaperski wystawiony przez pana poprzednika!
- Dokładnie - skrzywił się Morgan. - Przez mojego poprzednika. Pewnie sam też bym go podpisał, O'Connor, gdyby prowadzony przez pana konwój nie stracił statku przy Barbados. Z pańskiej cholernej winy.
W ten sposób utraciłem ostatni argument.
- Mój okręt... - wyjęczałem doprawdy żałośnie.
- Cały szkopuł w tym, se?or, że naprawdę nie pański - oznajmił Antonio de Gilliera, wstając. - Jak już zdołałem panu nadmienić, se?or, "Santa Maria Magdalena" ma prawowitego właściciela, którym jest mój ojciec, don Ferdinand Miguel de Gilliera. Pan i pańska banda zbirów uprowadziliście jego okręt dwa lata temu, łamiąc ogólnie przyjęte zasady kodeksu morskiego, których przestrzegają nawet Br... Portugalczycy, znaczy się.
- To wcale nie tak... - wymamrotałem słabym głosem. - "Magdalena"...
- Wybaczy pan, se?or, ale w rodzinie wolimy mówić "Santa Maria".
- Mało oryginalne - mruknął gubernator.
- Zabieracie mi mój okręt... - Klęcząc na posadzce, spojrzałem na słońce wspinające się coraz wyżej na lazurowym nieboskłonie. - Gdybym to wiedział... Gdybym wiedział o tej całej sytuacji politycznej, gubernatorze, nigdy byście mnie już w Port Royal nie zobaczyli! Jakoś zapomniałbym o wdziękach Victorii i popłynąłbym... Eee... O kurwa.
Gubernator przez chwilę patrzył nierozumiejącym wzrokiem. Przez bardzo krótką chwilę.
- Co? - ryknął niespodziewanie z taką mocą, że na targowisku przy Bramie Zachodniej na moment wstrzymano transakcje. - Coś pan, kurwa, powiedział?
Lochy wyglądały obskurnie.
Najwidoczniej plotki o tym, że Morgan przebudował i wyczyścił więzienie, mają tyle wspólnego z prawdą, co te o jego awersji do Hiszpanów, pomyślałem, wspierając dłoń na zardzewiałym pręcie. W głowie jeszcze dudniło mi echo zatrzaśniętych z całej siły stalowych drzwi, zamykających najniższe piętro Marshallsea Prison. Zostałem uwięziony przez państwo, któremu postanowiłem służyć.
Rozejrzałem się, westchnąwszy z rezygnacją. Wilgotną kamienną podłogę zaścielało siano, a na pryczy pod ścianą leżała zbutwiała derka. Obok łóżka stało wiadro, ale wnioskując po zapachu, poprzedni bywalcy celi nie krępowali się z potrzebami fizjologicznymi. Stadko wychudłych szczurów o mokrej, pozlepianej sierści kłębiło się już u moich stóp.
- Wspaniale, po prostu wspaniale! - parsknąłem z wściekłością, odkopując popiskujące gryzonie.
- I ty to mówisz, Billy?
Znieruchomiałem. Głos dobiegał z przeciwległej celi, jak dotąd skrytej w półmroku. W świetle padającym z wąskiego okienka tuż pod sufitem dostrzegłem szczupłą postać podchodzącą do krat.
- Edward? - wyjąkałem z niedowierzaniem.
- Tak, to ja, choć gdybym był tobą, też bym siebie nie poznał - mruknął człowiek przy kratach i z obrzydzeniem otrzepał powalaną błotem kurtkę oficera piechoty morskiej.
Gdyby nie głos, zapewne bym go nie poznał. Edward Love, dowódca piechoty morskiej "Magdaleny", był bowiem uosobieniem szyku i elegancji, a stan jego munduru przyprawiał o ataki zawiści nawet najbardziej fanatycznych pedantów. Tymczasem jedyną pamiątką po wytworności Edwarda były starannie przycięte bokobrody. Ciemne, zazwyczaj związane w harcap włosy miał zmierzwione, mundur podarty w kilku miejscach, a bielutkie na ogół bryczesy pokrywały plamy błota i krwi. Jak żyję, nigdy nie sądziłem, że Edward jest w stanie przeobrazić się w sapiące, rozczochrane i brudne monstrum w łachmanach.
- Billy, czy byłbyś łaskaw mi wytłumaczyć, co tu się dzieje? - w głosie Edwarda pojawiła się rzadka nutka rozdrażnienia, rezerwowana zazwyczaj na sytuacje, gdy któryś z żołnierzy zapomniał o wypucowaniu guzików. - Jestem oficerem Królewskiego Korpusu Piechoty Morskiej i nie życzę sobie, by traktowano mnie jak...
- Edwardzie, ciszej...
- Nie, Billy, nie będę cicho! Ci grubianie przerwali mi pojedynek, zabrali moją szpadę, podarli mundur, a na dodatek ośmielili się okładać mnie kułakami! Wtrącili mnie tu bez żadnego wytłumaczenia! Czuję się poniżony i brudny! Brudny! - ostatnie słowo niemalże wykrzyczał.
- Naprawdę nic nie powiedzieli? - spytałem. - Nie mówili, dlaczego cię aresztują i wloką do lochu? Nie usłyszałeś żadnego "rozkaz gubernatora"?
- Możliwe. - Love zastanowił się. - Nie przysłuchiwałem się zbytnio. Widzisz, gdy udziela się komuś nagany, trudno go przy tym jednocześnie słuchać.
- Obrugałeś żołnierzy Morgana?
- Billy, mój drogi, oni przerwali mój pojedynek! Dżentelmen pewnych rzeczy płazem nie puszcza.
- A skoro już o płazach mówisz... Pewnie znów fechtowałeś się z tym zaspanym żabożercą?
- Z chevalier du Vigny! - odpalił urażony Edward. - Wypraszam sobie obrażanie mojego oponenta! W przeciwieństwie do większości Francuzów ten człowiek wie, na czym polega szermierka, dlatego też zawsze gdy nazywasz go "zaspanym żabojadem", czynisz afront mnie oraz... Boże, o czym ja gadam? - wrzasnął niespodziewanie.
Aż drgnąłem. Jak dotąd, widziałem krzyczącego Love'a tylko raz - gdy jego chiński służący wylał herbatę na świeżo uprasowaną koszulę.
- Powiedz mi, Billy, o co w tym chodzi? - Love z furią zacisnął szczupłe, delikatne palce na prętach kraty. - Czyżby od czasu naszej ostatniej wizyty w Port Royal zakazano pojedynków? Billy, ja pojedynkuję się z du Vigny od chwili, gdy dostaliśmy list kaperski od McDonaldsa! Co my, do cholery, robimy w lochu?
Było naprawdę niedobrze. Edward nie dość, że krzyczał, to jeszcze przeklinał.
- Tu nie chodzi o twój pojedynek, Edwardzie, a o coś znacznie poważniejszego. Pozostaje tylko liczyć, że wkrótce ktoś tu przyjdzie i wszystko wyjaśni - powiedziałem najbardziej pocieszającym tonem, na jaki mogłem się zdobyć.
Moje słowa w znacznej mierze okazały się prorocze. W jakąś minutę później stalowe wrota z hukiem uderzyły o ścianę i do środka wpadł wrzeszczący, przeklinający i posapujący tłum żołnierzy, którego epicentrum stanowił pierwszy oficer "Magdaleny", Vincent Fowler. Wszystko wskazywało na to, że ludzie gubernatora starają się wtłoczyć Fowlera do jednej z pustych cel, lecz pomimo przytłaczającej przewagi liczebnej szło im to niesporo. Dziko ryczący Fowler, wyższy o pół głowy od najroślejszego z żołnierzy, stawiał zacięty opór do chwili, gdy któryś z nich podciął mu nogi. Vince padł, a wtedy pochwycono go za ramiona i nogi, ciśnięto do wnętrza celi i zatrzaśnięto kratę.
- Witamy, panie Fowler - odezwał się Love, który przyglądał się starciu jak przeraźliwie nudnemu przedstawieniu w teatrze. - Dostarczył nam pan doprawdy przedniego widowiska.
- Na litość boską, Edwardzie... - Pochłonięty dramaturgią walki, stałem nieruchomo z kubłem nieczystości w dłoniach. - Następnym razem zejdź mi z linii strzału! Zamierzałem chlusnąć w ten motłoch tym, na co zasługuje, ale za nic w świecie nie chciałbym pogłębiać twojej depresji dodatkową porcją brudu.
- Tak się składa, Billy, że ja byłem częścią owego motłochu. - Vincent wyprostował się i zacisnął ogromne dłonie na kratach. - Edwardzie, dziękuję z całego serca. Chyba zawdzięczam ci, że uniknąłem działania sekretnej broni kapitana Williama O'Connora.
- Cała przyjemność po mojej stronie.
Vincent splunął krwią i spojrzał na mnie, przekrzywiając głowę. W przeciwieństwie do Edwarda pierwszy oficer "Magdaleny" należał do tego typu ludzi, którzy czym są brudniejsi i bardziej potargani, tym groźniej się prezentują. Ongiś biała koszula z żabotem rozchyliła się, ukazując szeroką, owłosioną klatkę piersiową. Przekrwione, brązowe oczy błyskały w mroku niczym ślepia drapieżnika, a mięśnie ramion napinały się raz za razem, jak gdyby Vince sprawdzał wytrzymałość krat. Krótkie, kruczoczarne włosy miał dziko zmierzwione, a w ogorzałej, dość przystojnej twarzy kryła się niewysłowiona groźba. W półmroku celi jego barczysta postać wydawała się jeszcze potężniejsza niż w blasku słońca.
- Ten, tego... - Zrobiło mi się trochę głupio i odstawiłem wiadro. - Co cię tu sprowadza, Vince?
- Około tuzina umundurowanych chudzielców.
- Och, mnie również! - ucieszył się Love.
- Tuzin? - Fowler zmierzył spojrzeniem szczupłą postać porucznika piechoty morskiej. - Naturalnie, Edwardzie. Tuzin. Aż dziwne, że poradzili sobie bez wsparcia artyleryjskiego z fortecy.
- Kpiny na bok, Vince - warknąłem. - Wiesz, czemu cię aresztowano?
- Domyślam się. - Olbrzymi pierwszy oficer roztarł krew w kąciku ust. - Te pajace w czerwonych mundurach opadły mnie, gdy zszedłem na nadbrzeże amunicyjne, by odnaleźć Rogersa i dogadać się w sprawie wymiany lawet. "Rozkaz gubernatora!" - gdaczą jeden przez drugiego. No, to się rozsierdziłem i... Ech, nieważne. Zdajecie sobie sprawę, co to wszystko oznacza?
Wściekły wzrok Vincenta smagał niczym bat. Przypomniałem sobie zażarte kłótnie, w których przyjaciele próbowali mi wyperswadować powrót do Port Royal, i naraz zapragnąłem cofnąć się w głąb celi.
- Chodzi o dezercję, tak? - spytałem głucho. - I o to, że zawiśniemy, jak tylko Morgan połączy nasze nazwiska z zatonięciem "Mercury"?
Ciężkie milczenie starczyło za wszelką odpowiedź.
- Otóż się mylisz. Miałem wielką nadzieję, że Morgan kazał mnie aresztować, gdyż podejrzewa mnie o schadzki z Victorią, ale...
- Billy, chyba żartujesz! - W półmroku lochu widziałem, jak twarz porucznika Love'a gwałtownie blednie. - Mam nadzieję, że są to tylko czcze przechwałki, gdyż... Och!
Zmełłem przekleństwo. Od oficerów jednego z eskortowanych statków Kompanii Zachodnioindyjskiej, których zaprosiliśmy na obiad, dowiedzieliśmy się najnowszych plotek z Londynu. Mocno wstawieni porucznicy z "Pride of Bombay" opowiedzieli, że Morgan wystarał się o gubernatorstwo Jamajki głównie po to, by wyciągnąć Victorię z wyższych sfer, gdzie słynęła z chęci obdarzania wdziękami każdego jak leci. Udałem, iż mnie to nie obeszło, ale jak na złość Love zapamiętał. Hołdujący wyobrażeniom o czystej miłości Edward wydawał się wstrząśnięty domniemaną rozwiązłością córki gubernatora i przez następne kilka dni grzmiał na występność kobiecej natury. Nie wiedział co prawda o moim romansie z Victorią - starannie ukrywałem go nawet przed przyjaciółmi - ale chyba coś przeczuwał, gdyż uderzał w kaznodziejski ton tylko w mojej obecności.
Nigdy się nie dowiedział, jak bliski był wówczas śmierci.
- Ach, szlag by to trafił... - sapnąłem, machając ręką. - Prawdziwym powodem było coś innego...
W krótkich, treściwych zdaniach opowiedziałem przyjaciołom o spotkaniu z gubernatorem i tajemniczym hiszpańskim szlachcicem Antoniem Miguelem de Gillierą, który rościł sobie prawa do "Magdaleny". Vincent i Edward słuchali w ponurym milczeniu, kręcąc tylko głowami z niedowierzaniem. Wiedziałem, co czują. Fregata była dla nas wszystkim - domem, skarbem i bronią, która niejednokrotnie ratowała nam życie i honor.
- Jest w tym wszystkim coś pozytywnego - zakończyłem ponuro. - Mimo aluzji do bezprawnego zdobycia "Magdaleny" Morgan nawet nie wspomniał o dezercji i stryczku.
- Może wydaje mu się to oczywiste - odezwał się w końcu Vincent. - Morgan nie będzie pobłażał partaczom, Billy. Zapewne przełknąłby jeszcze to, że przed wypłynięciem z Port Royal bosman O'Neil z chłopakami spuścili lanie ludziom z "Victorious", ale tego, że prowadzony przez nas konwój wszedł na rafę przy Barbados, płazem nie puści!
- Przecież to nie była moja wina! - Zatrząsłem się z wściekłości. - Była mgła, nawigator Millard obraził się na cały świat i schował pod pokładem, a wachtę pełnił Sullivan, któremu popieprzyła się pozycja!
- Tak czy owak, "Pride of Bombay" z ładunkiem kawy i koszenili leży na dnie. Kompania Zachodnioindyjska dostanie kurwicy.
- A ty na domiar złego sypiasz z tą wywłoką - dorzucił Love i poczerwieniał.
- O co wam chodzi, do jasnej cholery! - syknąłem, mierząc obu wściekłym spojrzeniem.
- O to, że nabroiliśmy wystarczająco, by gubernator obwiesił nas jeszcze dzisiaj - powiedział Vincent. - Nawet bez dezercji. Na jego miejscu też bym poświęcił takich jak my, jeśli korzyścią byłby sojusz z Hiszpanami!
- Przyjaciele, przecież nie może być aż tak źle - jęknąłem bezsilnie. - To jakieś nieporozumienie. Cierpliwości. Zobaczycie, zaraz ktoś przyjdzie i wyjaśni...
Stalowe drzwi do lochu huknęły w tej samej chwili, wpuszczając do środka krąg światła z pochodni trzymanej przez postawnego, wąsatego sierżanta. Tego samego, który szykował dziś rano na mnie pęta.
- Tędy, panienko - wymamrotał z niskim ukłonem.
- Dziękuję, sierżancie MacGreg - rozległ się dźwięczny głos dziewczęcy i w kręgu światła pojawił się drobny, kształtny cień kobiecej postaci, która ujęła rąbek sukni i powoli, ostrożnie rozpoczęła schodzenie w dół.
- Dobry Boże... - jęknął oszołomiony Fowler.
Schodząca kobieta miała okrągłą, urodziwą twarz, zadarty lekko nosek i pełne usta jakby stworzone do całowania. Ciemne loki opadały na jej odkryte ramiona oraz głęboki dekolt, odsłaniający najpiękniejszy biust, jaki Fowler, bądź co bądź wybitny znawca tematu, kiedykolwiek widział. Ja zresztą też, ale miejsce podziwu w moim umyśle zajął paniczny lęk. W przeciwieństwie do Vince'a, dostrzegłem bowiem furię, z jaką przybyła zaciskała drobne dłonie na rączce parasolki.
- O'Connor! - wrzask Victorii wprawił kraty w drżenie. - Ty cuchnący, tchórzem podszyty łajdaku! Wyłaź z tej nory! Pokaż swą parszywą gębę, a jak ci w nią...
- Oj, panienko... - Fowler uśmiechnął się od ucha do ucha. - Takie grube słowa w ustach tak pięknych...
Parasolka uderzyła w zardzewiały pręt tuż obok jego twarzy, krzesząc iskry. Fowler odskoczył przerażony.
- Vicky, najdroższa... - wymamrotałem nieśmiało. - Padliśmy ofiarą...
- My padliśmy? My? - Victoria wrzeszczała tak, że szczury, piszcząc ze strachu, tłoczyły się przy szczelinach w podłodze. - Ty zawszony parszywcze! Ty marynarzu od siedmiu boleści! Jak śmiałeś! Jak śmiałeś powiedzieć papie, że...
Niespodziewanie jej głos załamał się, a modre oczy wypełniły łzami. Parasolka, jeszcze przed chwilą wymierzona w celę Fowlera, opadła bezsilnie ku ziemi. Piersią dziewczyny wstrząsnął szloch.
- Vicky, to nie tak! - Tknięty nagłym impulsem, przypadłem do krat i wyciągnąłem ku niej rękę. - Pozwól mi to wszystko wytłumaczyć! Mój okręt...
Zawsze byłem głupcem.
Wydarzenia pomknęły jak salwa z burty. Parasolka Victorii odbiła moją rękę. Krzyknąłem, lecz nim zdołałem odskoczyć, białe dłonie dziewczyny zacisnęły się na połach mej kurtki. Córka gubernatora szarpnęła z ogromną siłą, wbijając moją twarz między dwa zardzewiałe pręty.
- Ty zafajdany kutafonie! - wrzeszczała. - Jak śmiałeś wypaplać przed papą, że niby ja... Córka gubernatora Port Royal! Z takim obszczyportkiem jak ty! Ja z tobą! Nigdy! Nigdy!
- No właśnie - sapnął uspokojony nieco Love. - A ja naprawdę uwierzyłem, Billy, że ty z tą kobietą...
Parasolka z hukiem przecięła powietrze niebezpiecznie blisko twarzy Love'a, który przezornie cofnął się o krok. Vicky podjęła osłabiony na moment chwyt.
- Odszczekasz wszystko przed papą albo obiecuję ci, Williamie O'Connor, że nie sprawisz już nigdy żadnej kobiecie przyjemności, jakkolwiek wątpliwej...
- A jednak! - jęknął Love. - Billy, ty z nią...
- Milczeć! - krzyknęła córka gubernatora, po czym wciągnęła głęboko powietrze, szykując się do kolejnej tyrady. Niespodziewanie znów zgrzytnęły drzwi do lochu. Dziewczyna obejrzała się, poluźniając palce, a wtedy wciągnąłem w nozdrza znajomą, drażniącą woń. Kichnąłem, a zaalarmowana dziewczyna na nowo szarpnęła mnie za poły munduru. Za jej plecami pojawił się mój stary znajomy, wąsaty sierżant MacGreg, w asyście weteranów aresztowania porucznika Fowlera. Wąsacz, zaznajomiony już z możliwościami córki gubernatora, nie kwapił się jednak do szybkiej interwencji. Zaczynało brakować mi tchu.
- Czego? - warknęła Victoria. - Skradacie się pod drzwi i podsłuchujecie, tak? Kolejni tchórzem podszyci bohaterowie od siedmiu boleści...
- Ależ panienko, my nie podsłuchujemy... Naprawdę. - Sierżant zamrugał niewinnie. - Po co podsłuchiwać, skoro nawet w przystani panienkę... Eee... No, rozkaz gubernatora.
Sapnął ciężko, pokręcił głową i sięgnął po pęk kluczy u pasa.
- Jaki rozkaz gubernatora? - Victoria puściła mój mundur i odwróciła się do sierżanta, lecz MacGreg odsunął ją bezceremonialnie i włożył klucz do zamka. Wziąłem głęboki wdech i wyprostowałem się dumnie, rozmasowując policzki, na których odgniotły się pręty celi.
- Kapitanie O'Connor - powiedział sierżant - pan i pańscy oficerowie pójdą ze mną na nadbrzeże. Załoga "Magdaleny" zbuntowała się, ostrzelała szalupę z żołnierzami i nie chce dobrowolnie zejść na ląd, a ten pierdo... eee... nasz zacny hiszpański gość sprzeciwia się zbombardowaniu okrętu. Ma pan godzinę, by nakłonić załogę do zejścia na ląd, kapitanie. Rozkaz gubernatora.
Przy ostatnich słowach sierżant spojrzał mi w oczy, jakby szukając w nich zrozumienia, po czym wepchnął sobie do ucha palec i potrząsnął.
- To był dość wyraźny rozkaz - dodał.
- Rozumiem, sierżancie - westchnąłem z udawanym współczuciem. - To u nich rodzinne. Ma pan moje słowo honoru, że...
- Słowo honoru? - zdumiał się żołnierz, otwierając celę. - Pan gubernator kazał mi zastrzelić was jak hieny, gdy wykona pan pierwszy podejrzany ruch. A to dobrzy strzelcy, kapitanie O'Connor. Innymi słowy, niech się pan lepiej postara.
- A co ja z tego będę miał? - Byłem pewien, że w moich oczach zalśniła stal. - Co będę miał z tego, że nakłonię załogę do poddania się?
- Nie wiem. - Wąsaty sierżant wydął wargi. - I prawdę powiedziawszy, gówno mnie to obchodzi. Idziesz pan czy uznać pański ruch za podejrzany?
- Na litość boską, ty zawsze zachowujesz się jak idiota! - parsknęła nagle Victoria i ruszyła ku wejściu, zadzierając dumnie głowę.
Mimowolnie wypięty biust torował jej drogę wśród oszołomionych żołnierzy niczym galion wśród fal.
- Billy, więc ty naprawdę... - stęknął wyprowadzany z celi Love, gdy stanął ze mną ramię w ramię.
- Tak, Edwardzie. Ja naprawdę - warknąłem. - Ale przysięgam na mój honor, że nie tknąłbym tej kobiety, gdybym wiedział, że jej głos jest w stanie wybić dziurę w murze. I jeszcze coś - dorzuciłem po chwili szeptem, gdy uwaga żołnierzy skupiła się na celi porucznika Fowlera, z namaszczeniem otwieranej przez wąsatego sierżanta.
Pomni nieprzyjemnych doświadczeń, ludzie MacGrega jak jeden wymierzyli w Fowlera karabiny.
- Gdy chwyciła mnie za kołnierz - szeptałem - poczułem obcą woń. Poza pachnidłami tymi co zawsze było coś jeszcze. Taki ostry zapach... Poczułem go od de Gilliery, tego hiszpańskiego skórkojada...
- Wielkie nieba, Billy!
- Powoli, nie wyciągaj pochopnych wniosków - dokończyłem, próbując stłumić nagły, bardzo dotkliwy ból w sercu. - Mam pewien pomysł, ale wyjdźmy najpierw z tej nory...
Fregata jak zwykle prezentowała się wspaniale. Jej wysoka burta, pomalowana w czarno-żółtą kratę, unosiła się dumnie na mieniącej się w blasku słońca tafli, a szereg zamkniętych furt działowych krył w sobie milczące wyzwanie dla prażonego upałem miasta. Holowany przez szalupę dziób obracał się wolno ku morzu, wyzywająco mierząc bukszprytem w kolejne zabudowania Port Royal. Już straciłem z oczu galion, przedstawiający długowłosą, odzianą w powłóczystą szatę kobietę z rozrzuconymi ramionami, a zamigotały złocenia rzeźby rufowej. Ujrzałem szerokie okna kajuty kapitańskiej oraz mój ulubiony balkonik, na którym zwykłem popijać malagę i podziwiać krasę zachodzącego słońca.
Cokolwiek by powiedzieć o Hiszpanach i ich wielokrotnie krytykowanym przemyśle szkutniczym, niemłoda już "Magdalena" była nadal udanym okrętem. Fregata dobrze żeglowała choćby i półwiatrem, a przy wietrze z baksztagu robiła nawet dwanaście do trzynastu węzłów. Dolny pokład krył trzydzieści dwie armaty dwudziestoczterofuntowe, które uzupełniały cztery dziewięciofuntowe pościgówki na dziobie i rufie oraz kilkanaście falkonetów. Choć po Karaibach żeglowały okręty znacznie nowsze, a także wielokrotnie cięższe i lepiej uzbrojone, "Magdalena" dzięki zwrotności i szybkości nie musiała obawiać się nikogo ani niczego.
Moja ukochana fregata, pomyślałem, patrząc na marsle opadające na foku i grocie. Oczy mi wilgotniały. Moja niedościgniona, uwielbiona, najwspanialsza...
- Hej! - oprzytomniałem nagle. - Przecież ona wypływa na otwarte morze! Kto dał rozkaz...!?
Holująca dziób szalupa zawracała, by przybić do burty fregaty. Okręt przechodził właśnie obok zakotwiczonej przy forcie ogromnej "Victorious" i stojącego tuż przy niej hiszpańskiego liniowca, którym przybył de Gilliera. Nawet z tej odległości usłyszałem gwizdki bosmańskie, które zagnały kolejne grupy marynarzy na reje.
Odgłos wystrzału armatniego brutalnie zburzył ową sielankę. Południowa ściana Fort James skryła się na moment w obłokach dymu, a przy bakburcie "Magdaleny" wykwitł wysoki słup wody.
- O'Connor! - rozległ się znajomy ryk.
Rozwścieczony Morgan parł w naszym kierunku, roztrącając kordon żołnierzy i tłumek gapiów na nadbrzeżu, a za nim kusztykał zaczerwieniony de Gilliera. Przez chwilę miałem wrażenie, że Hiszpanowi towarzyszy mężczyzna o ostrej twarzy i długich, czarnych włosach, które wypływały spod kapelusza, ale gdy spojrzałem nań ponownie, już go nie było. Nim zdołałem się rozejrzeć, z wściekłością naskoczył na mnie gubernator.
- O'Connor, ci pańscy bandyci... - wysapał, mierząc mnie złowrogim spojrzeniem. - Pańska załoga odmówiła... odmówiła zejścia na ląd! Ma pan dwa wyjścia, drogi panie! Albo namówi ich pan, by zeszli... albo każę rozwalić tę zbuntowaną krypę!
Jakby na potwierdzenie tych słów kolejne działo ryknęło ogniem, lecz tym razem kula przeleciała wśród takielunku i plusnęła w wodę w bezpiecznej odległości od okrętu. Załoga "Magdaleny", zajęta wciąganiem szalupy na żurawiki, przypadła na chwilę do pokładu.
- Ten okręt jest nam potrzebny - wycharczał de Gilliera. Jego hiszpański akcent brzmiał jeszcze wyraźniej. - Rozumie to pan, O'Connor?
- Nie. Tego akurat nie rozumiem - powiedziałem wolno, obrzucając Hiszpana chłodnym spojrzeniem.
Zerknąłem też na Morgana. Dłoń gubernatora, ocierająca spocone czoło batystową chustką, nagle znieruchomiała, a sam gubernator spojrzał bacznie na swego gościa.
- Nie musi pan - zacisnął zęby de Gilliera. - Proszę wykonać rozkaz swego zwierzchnika, a przysięgam, że...
- Coś pan mi tu za dużo gadasz. - Gubernator Morgan wciągnął głęboko powietrze, przez co jego zwalista postać jeszcze urosła. - Gadasz pan jak najedzony. Najęty, się znaczy. A pan, O'Connor, za długo myślisz. O wiele za długo.
Ryknęło kolejne działo twierdzy. Kula odbiła się od wody kilkanaście jardów od burty i przemknęła nad pokładem.
- Vincent, zatrzymaj tych durniów! - syknąłem nerwowo.
Porucznik Fowler porwał tubę głosową z rąk stojącego za jego plecami żołnierza i nabrał głęboko tchu. Nauczony doświadczeniem zacisnąłem powieki. Stojący obok Love uczynił to samo.
- Ahoj, "Magdalena"!
Ostrożnie rozchyliłem powieki. Ogłuszeni żołnierze łapczywie wciągali powietrze. Idealnie brytyjska końska szczęka gubernatora Morgana opadła o kilka cali i zwisła nieruchomo, a de Gilliera wyglądał, jakby tuż przy nim eksplodowała beczka prochu.
Tymczasem krzątanina na fregacie natychmiast zamarła, a przy relingu rufowym wyrosła niedźwiedziowata postać bosmana O'Neila.
- Ahoj, poruczniku! - ryk bosmana w niczym nie ustępował rykowi Fowlera, z tym że O'Neil nie używał tuby.
- Kotwica w dół! - wyryczał Fowler. - Fokmarsel na wiatr! Idziemy do was!
- No, sierżancie. - Love położył dłoń na ramieniu MacGrega. - Do szalupy. Miał pan czekać na nasz fałszywy ruch, pamięta pan? No, proszę. Niechże doprowadzi pan kilku swoich ludzi do stanu używalności i płyniemy.
- Blmpshmtmsowdslad - powiedział sierżant, potrząsając głową. - Dhtlupsowkal - dodał po chwili.