Karaibska krucjata. La Tumba de los Piratas - Marcin Mortka

Reflow text when sidebars are open.
Podobnie jak w tomie pierwszym dylogii "Karaibska krucjata", również w "La Tumba de los Piratas" poważyłem się na splatanie faktów z własnymi wymysłami. Starałem się zachować możliwie największą wierność jeśli chodzi o geografię Karaibów, wygląd i uzbrojenie okrętów, przebieg bitew morskich (z wyjątkiem szczegółów takich, jak szturm Edwarda Love'a na "Mascarę de Oro") oraz ogólną sytuację polityczną w rejonie Indii Zachodnich w połowie XVIII wieku. Osoby zainteresowane historią karaibskiego piractwa pragnę jednakże przestrzec przed uznaniem Christophera de Lanvierre'a i jego świty za postacie historyczne. Wielcy adwersarze Billy'ego O'Connora zostali co do jednego wymyśleni przeze mnie, autentyczni natomiast są piraci "eteryczni": Drake, Hawkins, Jackson, Teach oraz wszyscy inni, których nazwiska znajdują się na nagrobkach na La Tumba de los Piratas. Jedynym wyjątkiem od tej reguły jest Jan Marten, który po Indiach Zachodnich hulał tylko w powieści Janusza Meissnera "Opowieść o korsarzu Janie Martenie". Książka ta stanowiła jedną z najwspanialszych lektur mojego dzieciństwa i nie mogłem oprzeć się pokusie, by chociaż w ten sposób podziękować Panu Meissnerowi za zaszczepienie we mnie miłości do karaibskich peregrynacji.
Największym moim wymysłem w drugim tomie dylogii jest oczywiście Czarny Szkwał. Takiego demona na szczęście nie wyznawali ani pokojowo nastawieni Arawakowie, ani też ich następcy, wojowniczy Karaibowie. Magia voodoo, którą uprawia ciocia Klara, również jest dziełem mojej inwencji. Nie znam się na voodoo i wolałbym, żeby tak pozostało.
Znawcy broni białej zapewne już w pierwszym tomie domyślili się, że w ręce Billy'ego O'Connora wpadł słynny rapier Francisa Drake'a, który rzekomo otrzymał z rąk królowej Elżbiety na pokładzie "Golden Hinde". W istocie, starałem się, by jego opis był możliwie najbliższy oryginałowi, ale zmuszony zostałem dokonać pewnego przekłamania. Napis na awersie oryginalnie brzmiał tak: Whoso striketh at thee, Drake, striketh also at us - ktokolwiek uderzy ciebie, Drake, uderzy równie nas. Chcąc jednakże utrudnić identyfikację ducha wielkiego korsarza, zdecydowałem się wyciąć z napisu słowo "Drake".
Swego rodzaju ciekawostką jednakże jest to, że istnieje miejsce, które nosi legendarną nazwę La Tumba de los Piratas. Znajduje się ono na przylądku Buen Suceso półwyspu Mitre, który stanowi najbardziej wysunięty na południowy wschód skrawek Ziemi Ognistej. Na okolicznych wodach rozegrała się bitwa między "Providence", statkiem ostatniego wielkiego handlarza niewolników Davida Flaxhama, a ścigającymi go okrętami wojennymi Anglików i Francuzów. Flaxham, widząc beznadziejność sytuacji, strzelił sobie w głowę. Pochowano go na przylądku Buen Suceso, w miejscu które potem nazwano La Tumba de los Piratas. Historię tę zaczerpnąłem z opracowania Lwa Kaltenbergha "Czarne żagle czterdziestu mórz".
Na zakończenie chciałbym raz jeszcze podziękować trójce moich przyjaciół: Adamowi Budzyńskiemu, Michałowi Brywczyńskiemu oraz Michałowi Kubiakowi. Ich szczery entuzjazm, z jakim angażowali się w nasze karaibskie erpegowanie, był dla mnie najwspanialszym źródłem inspiracji.
Marcin Mortka
COPYRIGHT ? BY Marcin MortkaCOPYRIGHT ? BY Fabryka Słów sp. z o.o., LUBLIN 2011
WYDANIE I
ISBN 978-83-7574-562-7
Wszelkie prawa zastrzeżone All rights reserved
Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.
PROJEKT I ADIUSTACJA AUTORSKA WYDANIA Eryk Górski, Robert Łakuta
PROJEKT OKŁADKI Paweł Zaręba
FOTOGRAFIE NA OKŁADCE ? leviticus, Dmitry Raykin, James Brey, FlamingPumpkin | istockphoto.com Stephen Coburn | dreamstime.com Marcus Ranum
REDAKCJA Małgorzata Koczańska
KOREKTA Magdalena Grela-Tokarczyk, Celina Nikolska
SKŁAD "Grafficon" Konrad Kućmiński
SPRZEDAŻ INTERNETOWA
ZAMÓWIENIA HURTOWE
Firma Księgarska Olesiejuk sp. z o.o. s.k.a. 05-850 Ożarów Mazowiecki, ul. Poznańska 91 tel./faks: 22 721 30 00 www.olesiejuk.pl, e-mail: hurt@olesiejuk.pl
WYDAWNICTWO
Fabryka Słów sp. z o.o. 20-834 Lublin, ul. Irysowa 25a tel.: 81 524 08 88, faks: 81 524 08 91 www.fabrykaslow.com.pl e-mail: biuro@fabrykaslow.com.pl
Otóż to. Zazwyczaj to autor przypomina, o czym to Czytelnikowi opowiadał w poprzednich tomach powieści, jednakowoż tym razem wolałbym uczynić to ja, kapitan fregaty William O'Connor. Zwolniłem zaś z tego obowiązku autora głównie dlatego, że powieść "Karaibska krucjata" dotyczy przede wszystkim mnie (obojętne, co na ten temat twierdzili Edward i Vincent) i ja wiem najlepiej, co też trzeba Drogiemu Czytelnikowi pamiętać, a o czym powinien jak najszybciej zapomnieć.
W ramach swoistego rachunku sumienia przypomnę, iż rozpoczęliśmy naszą krucjatę jako bohaterowie, którym trochę brakowało do ideału. Nad każdym z nas ciążył wyrok śmierci za dezercję z tonącej HMS "Mercury", zaś Hiszpanie żywili do nas uzasadnioną niechęć za podstępne zajęcie fregaty "Santa Maria Magdalena", której nazwę skróciliśmy później do "Magdalena", by każdy członek załogi był w stanie ją zapamiętać. Załogę zaś dobraliśmy spomiędzy typów podobnych do nas - ludzi skłóconych z prawem lub niesprawiedliwie potraktowanych przez los. Podziękowaliśmy Royal Navy za wspólny, jakże bolesny epizod w naszych dziejach i jako korsarze poszliśmy na służbę do Francuzów, co w gruncie rzeczy okazało się jeszcze gorsze. Po jakimś czasie powróciliśmy więc na łono angielskiego gubernatora Port Royal, wierząc w to, że kilka sakiewek z hiszpańskimi dublonami korzystnie wpłynie na pamięć naszych rodaków, odpowiedzialnych za księgi, wyroki i inne takie.
Musisz wiedzieć, Drogi Czytelniku, iż się nie omyliłem. Nasi z ochotą zapomnieli o byłych przewinach oficerów "Magdaleny", niestety - nie zapomnieli Hiszpanie.
Pewnego pięknego dnia do Port Royal wpłynął na uzbrojonym po zęby liniowcu se?or Antonio Miguel de Gilliera, który bezczelnie ogłosił się właścicielem naszej uczciwie zrabowanej fregaty. Gubernator Port Royal, niejaki Morgan, uwierzył mu bez zastrzeżeń, a ja, Vincent i Edward wylądowaliśmy w lochach. Zdecydowanie przeżyłem to najgorzej, gdyż żołnierze wyrwali mnie z ramion córki gubernatora, która podówczas była niepodzielną władczynią mego robaczywego serca. Mam nadzieję, że Szacowny Czytelnik wykaże się taktem i nie zapyta o dalsze szczegóły naszego romansu, rzeknę tylko tyle, że dziewczę owo słodkie o mało co nie powyrywało mi flaków w akcie udawanego oburzenia. Dalej wydarzenia runęły jak pijak sikający z okna na piętrze - dzięki naprędce zainscenizowanemu buntowi załogi "Magdaleny" ocaliłem swych ludzi przed gubernatorskim lochem, a potem postanowiłem utrzeć nosa de Gillierze. Od początku podejrzewałem bowiem Hiszpana o niecne intencje i nie myliłem się - domniemany hidalgo okazał się bowiem zamaskowanym piratem, który wyeliminował z walki jeden z fortów strzegących Port Royal, zniszczył królewski liniowiec, a na końcu spróbował porwać córkę gubernatora, o której już zdążyłem napomknąć. Żeby nie zanudzać Drogiego Czytelnika opisami moich przewag, nadmienię tylko tyle, że ocaliliśmy "Magdalenę" i uratowaliśmy córkę Morgana, czego później przyszło mi żałować, ale de Gilliera spalił część miasta i zadał niepowetowane straty naszej dumie.
Te krwawe zajścia okazały się jednakże dopiero początkiem prawdziwych perypetii, Drogi Czytelniku. W ramach odnowionego zaufania do mojej skromnej osoby gubernator Morgan powierzył mi chwalebne zadanie eskortowania powolnego konwoju Kompanii Zachodnioindyjskiej. Niestety, pech chciał, że ledwie wypłynęliśmy z Port Royal, a na pokładzie zagnieździła się największa cholera pod słońcem z wyjątkiem kuka Butchera - mianowicie diabeł morski. Do dziś twierdzę, że to on mi namieszał w głowie, i ignoruję argumentację Vincenta, który złośliwie głosi, iż problemy z pomyślunkiem prześladują mnie od kołyski. W każdym razie w okolicy mielizny Meek Shallows natknęliśmy się na porzucony okręt Royal Navy, którego załoga została wymordowana z ekstraordynaryjnym bestialstwem. Na podstawie kilku wątłych przesłanek wmówiłem sobie, że sprawcami rzezi mogli być tylko Francuzi, więc bez namysłu przypuściłem atak na pierwszy napotkany francuski okręt wojenny, tym samym rozpoczynając wojnę między Francją a Anglią, co przyznaję ze skruchą, ale też odrobiną satysfakcji. Ufam jednakże, iż Wyrozumiały Czytelnik nie weźmie mi za złe i wraz ze mną przypisze winę za ów stan rzeczy memu szacownemu ojcu, który wychował mnie w świadomości, że Francuzi to świnie.
Po doprowadzeniu konwoju w bezpieczne miejsce zawinęliśmy do St. John's na wyspie Antigua, gdzie wydarzenia po raz pierwszy zaczęły mnie przerastać. Tamtejszy gubernator Dolittle dał mi bowiem do zrozumienia, że kroi się coś poważniejszego od wojny z Francją, od czego on zresztą z urzędniczą wprawą umył ręce. Gubernator nawiał z St. John's kilka godzin później, uwożąc swój majątek, ja zaś po przeuroczej, klasycznej wręcz bójce w tawernie wpadłem w łapska znanego pirata, hrabiego Christophera de Lanvierre'a. I nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że ów pirat powinien być martwy od dobrych kilkunastu lat.
De Lanvierre zaproponował mi uczestnictwo w swoim sekretnym planie, czego oczywiście odmówiłem, tknięty porywem serca i chorobliwą miłością do Korony. Pirat okazał wielkie rozczarowanie moją postawą i postanowił przekłuć mnie szpadą. Oczywiście, nieustraszenie stawiłem mu czoła i nie bez pewnego trudu przebiłem się do portu oraz "Magdaleny". Gwoli ścisłości nadmienię, że w odpowiednim momencie w sukurs przyszedł mi porucznik Love, aczkolwiek dzielnie dawałem sobie radę, co przyzna każdy uczestnik tych wydarzeń. Po dotarciu na pokład uświadomiłem sobie jednak, że chyba popełniłem błąd. Rozmach intrygi de Lanvierre'a przerósł bowiem moje najśmielsze oczekiwania.
Drogi Czytelnik wie już zapewne, iż nie należę do ludzi strachliwych. Kiedy jednak ujrzałem francuskie statki w St. John's, niszczone salwami ze zbuntowanego okrętu Royal Navy, poczułem, że miękną pode mną nogi. A kiedy okazało się, że w tym samym czasie kilku innych piratów sprzymierzonych z de Lanvierre'em, między innymi Beniamin "Siedem Żyć" Bekker, "Papuga" Rodrigues, szalony Irlandczyk Conally i paru innych huncwotów pustoszy brytyjskie posiadłości w Indiach Zachodnich, ogarnął mnie prawdziwy niepokój. W ciągu raptem jednej nocy piraci de Lanvierre'a zdławili brytyjskie panowanie na Jamajce, Barbadosie oraz Antigui i zatopili wszystkie większe jednostki Royal Navy. W ciągu jednej nocy staliśmy się sierotami.
Wcześniej jednak miało miejsce inne ciekawe wydarzenie, o którym pragnąłbym napomknąć Wiernemu Czytelnikowi. Uciekając z niewoli de Lanvierre'a, zabrałem ze sobą pewne słodkie, acz uparte dziewczę o imieniu Manuela. Jedynym marzeniem se?ority było dotarcie do wyspy Isla de la Exilio. Zdecydowałem się spełnić jej zachciankę, głównie przez to, że dno fregaty wymagało reperacji, a także dlatego że... Cóż, Manuela miała pewne metody, by skłonić mnie do podjęcia odpowiedniej decyzji. Jakież było jednakże nasze zdziwienie, gdy na tej pozornie bezludnej, zapomnianej wyspie odkryliśmy ekspedycję piracką Portugalczyka Rodriguesa!
Nie chciałbym, by Wnikliwy Czytelnik wziął mnie za pyszałka, tedy przemilczę iście sowizdrzalski pomysł, dzięki któremu udało mi się piratów pokonać. Skupię się natomiast na powodach, dla których Manuela pragnęła się znaleźć na Isla de la Exilio, a które są daleko bardziej frapujące od opisów wojennych przewag. Na wyspie wraz z plemieniem zaprzyjaźnionych Karibów żył bowiem jej dawno zaginiony brat, jezuita Armando. Ten zaś przed laty przyłączył się do piratów, by zbawić duszę Christophera de Lanvierre'a, a w końcu stał się jego najwierniejszym towarzyszem i przyjacielem. Niestety, diabeł mieszkający w sercu de Lanvierre'a okazał się zbyt silny. Dzielny jezuita poniósł porażkę i zamieszkał wśród Indian, by chronić ich przed białymi ludźmi, a także bronić największej tajemnicy wyspy - bogatego złoża szlachetnych kamieni.
Na Isla de la Exilio miało miejsce jeszcze jedno ważne wydarzenie. Otóż znów trzeba ci wiedzieć, Drogi Czytelniku, iż nie jestem człowiekiem ani odrobinę przesądnym. Tymczasem okazało się, że "Papudze" Rodriguesowi w owej ekspedycji, której celem ani chybi było zbieranie diamentów dla de Lanvierre'a, towarzyszył pewien duch, którego uwolniła dopiero śmierć pirata. Jestem przekonany, że Sprawiedliwy Czytelnik sam łatwo przyzna, iż wraz z owym diabłem morskim, który prześladował nas w okolicach Meek Shallows, była to już naprawdę przesada.
Staliśmy się zatem wygnańcami, bez portu, przyjaciół i sojuszników. Doprawdy, nie wiem, czym by się zakończyła nasza smutna żegluga, gdybyśmy przypadkiem nie zasłyszeli, że na dalekim Barbadosie tli się jeszcze iskierka nadziei. Na wschodnim wybrzeżu wyspy broniło się Speightstown, które trzymał dzielny major Callahan z kilkoma regimentami piechoty. Wylądowaliśmy tam w porę, by wziąć udział w odparciu generalnego szturmu na miasto, po czym z garścią najdzielniejszych (i najpaskudniejszych) marynarzy wybrałem się do stolicy wyspy Bridgetown, by zabić przywódcę tamtejszej bandy, osławionego, niezniszczalnego Beniamina Bekkera.
Może mi tu Drogi Czytelnik zarzucić odrobinę pychy, ale nie chwaląc się, zdołaliśmy tego dokonać. Przy okazji zaskarbiliśmy sobie łaskę niebios, oswabadzając z niewoli miejscowego duszpasterza o imieniu Maurycy, ale też dla równowagi okazało się, że zostaliśmy wciągnięci jeszcze bardziej w świat nadprzyrodzony. W chwili śmierci Bekkera dowiedziałem się bowiem, że wraz z piratami z krwi i kości po Indiach Zachodnich hulają również duchy tych, których dni świetności minęły już dawno, jak Hawkinsa czy Lavasseura.
I więcej niestety nie wolno już mi powiedzieć, choć chciałbym. Wypada mi zatem oddać inicjatywę w ręce autora i modlić się do wszystkich bogów siedmiu mórz, by opowiedział resztę historii jak należy. Bo coś mi mówi, Drogi Czytelniku, że się jeszcze spotkamy, i to nie raz. Wtedy zaś opowiem Ci całkiem inną historię...
kapitan William O'Connor
I tak oto stara, dobra "Magdalena" stała się wilczycą.
Fregata prawym halsem cięła zalaną słońcem taflę Morza Karaibskiego. Stały, mocny baksztag z prawej wydymał spłowiałe płótno żagli, a wysłużone reje i maszty poskrzypywały cierpliwie, z zadumą. Przez otwarte okna rufowe dobiegały wesołe pokrzykiwania marynarzy i siarczyste przekleństwa O'Neila, co pół godziny przerywane uderzeniami dzwonu pokładowego. Vince Fowler, który prowadził okręt pod moją nieobecność, rozprawiał z kimś głośno i co rusz wybuchał gromkim śmiechem.
A ja oczywiście zamknąłem się w kajucie. Z problemem spiłowanego zamka poradziłem sobie bez trudu - po prostu kazałem zdrajcy Sanchezowi przynieść kilka desek oraz garść gwoździ, po czym własnoręcznie przybiłem drzwi na stałe do futryny. Nie interesowało mnie, jak się stąd wydostanę, gdyby doszło do bitwy - czułem, że któryś z moich wspaniałych przyjaciół z pewnością sforsuje zabezpieczenia znacznie wcześniej.
Nie istniały jednak zabezpieczenia, które odgrodziłyby mnie od radosnych odgłosów z pokładu, a te raniły mnie najmocniej. Wiedziałem, że moja załoga oszukuje się. Wiedziałem, że nie ma powodów do wesołości.
Bo tylko szalone wilki polują na stada lwów.
Gdy wczesnym rankiem zabrałem Vincenta i Edwarda do ruin fortu Speightstown i opowiedziałem o moim nowym pomyśle, zapadła długa, bardzo długa cisza. Oczekiwałem, że spojrzą na mnie jak na szaleńca lub ironicznym tonem zapytają, czy przypadkiem nie zaszkodziło mi karaibskie słońce. Tymczasem Vincent nabrał głęboko tchu w płuca i przetarł czoło, a Edward zapatrzył się na horyzont. Ciszę przerywał jedynie szum fal, krzyk kołującego nad fortem ptactwa i pogwizdywanie Butchera, który szedł nadbrzeżem z dwoma pełnymi wiadrami.
- I co my z tego będziemy mieć, Billy? - spytał w końcu Vince.
- Gówno, stary - odparłem. - Nic. Nikt nam za to nie zapłaci, nikt nawet nie uroni łzy, jeśli "Magdalena" pójdzie na dno. Robimy to dla siebie, tylko i wyłącznie dla siebie.
- Dwa hiszpańskie galeony, Billy. - Vincent pokręcił z niedowierzaniem głową. - Jasna cholera, dwa galeony. I pewnie eskorta. Ty chyba do reszty oszalałeś.
- Nie sądzę. - Edward uniósł lewą brew. - Nie oszalał, mój drogi Vincencie. Na pewno nie.
- Co takiego? - Vince zmrużył gniewnie brwi.
- Obcemu człowiekowi pomysł naszego kapitana w istocie może wydać się szaleństwem - wyjaśnił Edward. - Ale nie mnie. Nie nam. Bo obaj znamy cię na wylot, Billy. I obaj wiemy, co ci w duszy gra.
- Tak? - zapytałem, siląc się na ironię, gdyż w głębi duszy byłem bezgranicznie zaskoczony. - I co to niby jest?
- W twojej duszy mieszka krzyżowiec, Billy. Rycerz krucjatowy, prawdziwy święty wojownik, jak u Torquata Tassa. Jesteś twardym człowiekiem oraz zuchwałym żeglarzem, więc historia może zapamięta cię jako nieugiętego korsarza. My z Vincentem wiemy o tobie więcej. Wiemy, że w gruncie rzeczy prosty z ciebie chłopak, a ponadto szlachetny do wyrzygania. I że marzysz o tym, by walczyć w świętej wojnie jedynie dla honoru i dla sławy.
- Tak, Billy - wtrącił się Vincent, kiwając głową. - Nie wiem, kto to ten cały Tasslehof, ale zgadzam się z Edwardem w całej rozciągłości. Jesteś pieprzonym marzycielem. Chciałbyś, aby świat składał się z czerni i bieli, a nie odcieni szarości.
- Słuchajcie, nie mam ochoty wysłuchiwać tego waszego filozofowania. - Poczułem narastające zniecierpliwienie. - Jeśli nie chcecie brać w tym udziału, to po prostu...
- Nie złość się. - Fowler uderzył dłonią w kolano. Był dziwnie uśmiechnięty. - Po prostu razem z Edwardem próbujemy sobie jakoś wytłumaczyć twój nowy pomysł. A nie jest to łatwe, stary. Ktoś z zewnątrz bez chwili wahania wziąłby cię za szaleńca. Nieuleczalnego szaleńca.
- A my ci na żadne szaleństwo nie pozwolimy - wtrącił Edward. - Chyba że też będziemy mogli w nim uczestniczyć.
Kochałem ich obu, szczerze i bez granic. I tym większy czułem ból na myśl, że oto wysyłam ich, wraz z ukochanym okrętem i drogą mi załogą, na niemalże pewną śmierć. Popijałem malagę, łudząc się, że w głębi szklanicy pełnej ciemnoczerwonego trunku odnajdę sposób na rozegranie oczekującej mnie bitwy, ale jedynym efektem była coraz cięższa głowa i narastająca frustracja.
Płynęliśmy zniszczyć dwa hiszpańskie galeony przy wyspie Santa Lucia.
W epoce fregat i liniowców nazwa galeon była odarta z wszelkiej dostojności i każdy nazywany w ten sposób okręt był zapewne starą krypą, poskładaną gdzieś na przełomie wieku przez szkutników odpornych na nowe trendy w sztuce budowania okrętów. Dawne galeony - wielkie, ciężkie trójmasztowce z wysoko wysklepionymi, kilkukondygnacyjnymi pokładami rufowymi - były dziś zbyt wolne, zbyt niezgrabne i zbyt przestarzałe, by uczestniczyć w morskich starciach. Ich miejsce dawno już zajęły nowocześniejsze okręty liniowe, a galeonom przypadł los wysłużonych, zapomnianych weteranów. Większość zatonęła, zbutwiała lub została oddana do rozbiórki, a nieliczne zostały wykupione przez kupców-bankrutów lub gniły po portach wojennych jako hulki więzienne. To, że Hiszpanie nadal wysługiwali się okrętami tego typu, świadczyło albo o poważnych brakach w ich marynarce, albo o braku zainteresowania zdobyciem Santa Lucii.
Kusiło mnie, by przyjąć drugie wyjaśnienie, ale po wszystkim, przez co ostatnio przeszliśmy, łatwiejsze rozwiązania odrzucałem z odrazą. Z tego, co wiedziałem o Santa Lucii, wyspę tę nie bez kozery nazywano Piękną Heleną Indii Zachodnich. O panowanie nad nią ścieraliśmy się bowiem z Francuzami od początku walk o kolonie w tym rejonie świata. Wyspa budziła zainteresowanie przede wszystkim ze względu na tereny nadające się na plantacje trzciny cukrowej, ale także dzięki strategicznemu położeniu niedaleko kolejnej francuskiej posiadłości. Ten zaś, kto rozciągnie swą władzę nad Santa Lucią, będzie miał otwartą drogę do jeszcze bogatszej Martyniki. Wszystko wskazywało zaś na to, że po stuleciu walk francusko-angielskich po wyspę łapska wyciągnęli Hiszpanie i wątpiłem, by ruszyli do boju nieprzygotowani. Wprawdzie na archaicznym galeonie odpalenie pełnej salwy burtowej groziło rozpadnięciem kadłuba, lecz wiedziałem, że starczy kilka ciężkich dział, by pokrzyżować atak niewielkiej "Magdaleny". Co więcej, galeonom z pewnością przydzielono eskortę. Ile wrogich fregat skrywał horyzont? Jedną? Dwie, trzy? A może jakiś liniowiec? Plotka głosiła, że Hiszpanie wycofali większość swej floty do Europy, ale w plotki już nie wierzyłem.
A zatem u brzegów Santa Lucii czekały na nas dwa stare, lecz z pewnością uzbrojone galeony w eskorcie minimum jednej fregaty, w najlepszym razie równej wielkością "Magdalenie". Płynęliśmy do bram piekieł.
Moje wyrzuty sumienia częściowo łagodziło przeświadczenie, że zrobiłem wszystko, co w mojej mocy, by w tym piekle jak najbardziej narozrabiać. Jeszcze w Speightstown opowiedziałem załodze o boju, który nas czeka, i zwolniłem wszystkich, którzy krzyżowcami zostać nie chcieli. O dziwo, odeszła jedynie garstka, a w ich miejsce dołączyło kilku miejscowych oprychów, paru ludzi van Hoogena, a także ojciec Maurycy, "święta ksiądz" wyratowany przez Bamba. Później uległem namiętnym namowom Zeemana i zgodziłem się na przeniesienie na pokład dwóch zdobycznych trzydziestodwufuntówek. Tymczasem Love, nie przestając pouczać całkiem już przybitego majora Callahana, nakazał opróżnić miejski arsenał z kul armatnich i prochu, Sanchez obrabował portowy magazyn z lin i płótna żaglowego, a Fowler zarządził zbieranie wszelkiego oręża po piratach. Pocieszyć się mogłem zatem tylko tym, że na spotkanie z Hiszpanami płynęliśmy uzbrojeni w najbardziej morderczą kolekcję broni palnej i siecznej, jaką kiedykolwiek zgromadzono na Karaibach. Oraz w nowe, wrzaskliwe stado papug.
Wciąż jednak było to mizerna pociecha i od chwili wypłynięcia ze Speightstown siedziałem samotnie w kajucie, zajęty ponurymi rozmyślaniami oraz karafką malagi. Vince i Edward na razie szanowali moją prywatność - wedle niepisanej zasady ich szturm na moją kajutę miał się rozpocząć jakąś dobę po zatrzaśnięciu drzwi, czyli jutro wczesnym rankiem. Tymczasem pierwszy gość w mojej kajucie pojawił się znacznie wcześniej, bo tuż po zapadnięciu ciemności.
Wszedł cicho, bez pukania czy wyważania drzwi. Wzrokiem zamroczonym od malagi patrzyłem, jak wytwornym gestem zdejmuje kapelusz i kłania się głęboko, po czym odgarnia rude włosy, siada na wolnym krześle i zdejmuje rękawiczki z brązowej skóry. Wszystko działo się w absolutnej ciszy - nie zaszeleściła kryza wokół jego szyi ani szerokie mankiety taftowego kaftana. Pierwszym odgłosem był dopiero grzechot kości do gry, które wysypały się z jego dłoni.
- A to co? - Zaśmiałem się bełkotliwie. - Ach, rozumiem! Jesteś Latającym Holendrem, tak? I właśnie znalazłeś kolejnego van Straatena, z którym zagrasz w kości o duszę?
W blasku jedynej świecy oblicze diabła morskiego pozostało blade i nieruchome, miałem wrażenie, że wpatruję się w spłowiałe malowidło. Nagle widmowe palce ujęły jedną z kości i poturlały ją po stole. Kostka znieruchomiała przy samej krawędzi, połyskując pojedynczą, srebrną kropką pośrodku ścianki. Okręt nagle jednak skoczył na fali, kość spadła na podłogę, przetoczyła się pod gródź i znieruchomiała w pozycji "pięć".
- Nie mam szczęścia do gier. - Czknąłem. - Przegrywam nawet w domino. Nie mam ochoty na twoje sztuczki, diable. Jeśli chcesz moją duszę, to ją bierz, proszę bardzo. Niewiele będziesz miał z niej pociechy, ale proszę, jest twoja.
Niezgrabnie złapałem za poły koszuli i szarpnięciem odsłoniłem klatkę piersiową, parskając przy tym pijackim śmiechem. Diabeł uśmiechnął się lekko, jakby z politowaniem, i ujął kolejną kość. Przez chwilę obracał ją w palcach, aż zamigotały dziurki. W końcu potoczył kość po stole, a ta zatrzymała się na mapie Małych Antyli, niedaleko Martyniki i Santa Lucii. Znów błysnęła pięcioma kropkami.
- Jak już mówiłem, nie gram - wybełkotałem, uparcie kręcąc głową. - Nie gram i tyle. Znajdź sobie jakiegoś głupiego, bo ja z diabłem do gry nie zasiądę.
Diabeł morski zmarszczył lekko brwi, po czym ruchem szybkim jak myśl zerwał mapę z biurka. Odskoczyłem jak oparzony, potrącony kieliszek spadł na podłogę i roztrzaskał się w drobiazgi. Kości toczące się po stole migotały niczym konstelacja małych gwiazdek. Serce biło mi jak szalone.
- Nie gram i tyle - wymamrotałem, dotykając plecami ściany. - Zaraz zawołam ojca Maurycego, a on zna egzorcyzmy, że aż uszy puchną...
Zesztywniałem, gdyż diabeł wstał niespodziewanie, wymownym gestem postukał się w czoło, po czym ukłonił się, założył kapelusz i wyszedł. Zostałem sam, zlany potem i ciężko dyszący. Pięć kostek migotało w blasku świecy. Dopiero po chwili dojrzałem, że znieruchomiały na mapie, która leżała pod poprzednią - na mapie prądów i pływów wokół Santa Lucii. Dziwnym trafem pokazywały liczby od jeden do pięciu.
A wtedy obudziła się we mnie wściekła myśl: będziesz ze mną grał, diable?
Szarpnąłem mapę i cisnąłem nią na podłogę, a kości strzeliły naokoło niczym okruchy zbitego lustra. Nagle zrobiło mi się duszno, zbyt duszno, nawet pomimo otwartych okien rufowych. Kilkoma kopniakami zrzuciłem deski, którymi przymocowałem drzwi do futryny, i jednym susem wypadłem na pokład. Z zamkniętymi oczyma przypadłem do relingu i przez chwilę wdychałem chłodne, rzeźwiące powietrze nocy.
- Wszystko w porządku, sir? - usłyszałem za sobą zatroskany głos Danny'ego, podoficera wachtowego.
Pytaniu zawtórowało pełne zachwytu cmokanie.
- To raczej ja powinienem zadać to pytanie, Danny. - Odepchnąłem się od relingu i odwróciłem, próbując przybrać marsową minę.
Malejący księżyc skrył się za chmurami i w ciemnościach zamajaczyły dwie baryłkowate, przygarbione postacie o owłosionych rękach i szerokich, pomarszczonych gębach. Jedna z nich nosiła czapkę.
- Proszę o meldunek - zwróciłem się do marynarza w czapce.
- Kurs północno-zachodni ku zachodowi, sir, prędkość siedem węzłów - rzucił ten bez czapki. Jego towarzysz ściągnął usta w trąbkę i zaczął się czochrać w okolicach genitaliów. - Stały prawy baksztag, postawione wszystkie żagle na fokmaszcie i grotmaszcie oraz główny bezan. Barometr lekko opadł, ale jeśli wiatr się utrzyma, powinniśmy nad ranem minąć Vieux Fort.
- Dziękuję, Danny. - Skinąłem głową i już miałem ruszyć w kierunku pokładu rufowego, gdy zmogła mnie ciekawość. - A... a wy jak się nazywacie, marynarzu? - zwróciłem się do osobnika w czapce, który właśnie wpychał sobie język do nosa.
- Za pańskim wybaczeniem, kapitanie... - Danny wyraźnie się stropił. - Koko nie za bardzo umie mówić. Odkupiłem go od jednego człowieka w Speightstown. To szympans, wie pan. Z Afryki. Tak jak Bambo.
- Ach, szympans - powiedziałem miękko. - Jak Bambo. Tak, oczywiście. Pomyślałem tylko, że... No, wracaj do obowiązków. To znaczy, wracajcie do obowiązków.
- Eee, kapitanie?
- Co takiego? - Zatrzymałem się.
- Trochę mi głupio, że nie było mnie w tej bitwie na lądzie - bąknął Danny Baryła ze zwieszoną głową. - Ale jutro... Jutro pan zobaczy. Pogonimy cholernych Hiszpanów, że hej.
- Pewnie, Danny - odpowiedziałem. Miałem nadzieję, że nie dosłyszał markotnego tonu w moim głosie.
- Chłopaki ciągle mówią o zdobyciu "Cassandry", pościgu za "La Gorgone" i zabiciu Bekkera. I mówią też, że po tym wszystkim do piekła za panem wskoczą. I że...
- Dość tego, Danny. Wracaj do obowiązków i naucz swojego przyjaciela z Afryki, by nie drapał się po dupie przy ludziach.
Na pokładzie rufowym przywitało mnie kilka milczących salutów, a marynarze natychmiast odsunęli się od burty po nawietrznej, która wedle starej tradycji morskiej była miejscem przynależnym dowódcy. Miałem tu więcej światła niż na śródokręciu - blask księżyca wzmacniały dwie latarnie oraz fosforescencja w kilwaterze - ale na wszelki wypadek bacznie przyjrzałem się każdej twarzy.
- Ja też dałem się nabrać - odezwał się cicho Vince, który zbliżył się do mnie bezszelestnie. - I to w dzień. Myślałem, że to jakiś kuzyn Danny'ego.
Nie odpowiedziałem. Oparłem dłoń na napiętym, lekko drżącym baksztagu i wsłuchałem się w kojącą ciszę nocnego rejsu. Od dziobu dobiegał równomierny łoskot odrzucanej fali dziobowej, wśród want pogwizdywał mocny, równy wiatr, a wachtowi, przemykający wśród cieni śródokręcia, okrzykiwali się półgłosem. Powoli wracał mi spokój.
- Ludzie są w dobrych nastrojach, Billy. Chcą walczyć. Pewnie nie zdają sobie sprawy, z jaką przewagą przyjdzie się nam zmierzyć, ale można na nich liczyć.
Jakaś papuga, niewidoczna wśród takielunku, zaskrzeczała chrapliwie, a mnie przeszył dreszcz. Zabrzmiało to jak ostrzeżenie lelka kozodoja.
- Nie możesz spać? - spytał po dłuższej chwili Fowler.
- Tak wyszło. Diabeł morski wpadł pograć w kości. Sam wiesz, jak to jest...
- Ach, tak. - Vincent ze zrozumieniem pokiwał głową. - Jasne. Diabeł, oczywiście. Billy, sądzę, że powinieneś...
- ...że powinienem co? - szepnąłem z zamkniętymi oczyma. Morski wiatr chłodził płonące policzki. - Dać sobie spokój z dowodzeniem tą fregatą? Bo nie dość, że mylę swoich ludzi z małpami, zamykam się w kajucie na całe tygodnie i rzucam okręt na mrowie nieprzyjaciół, to jeszcze mam zwidy?
- Billy, tylko się nie denerwuj. - Ciężka łapa Fowlera spoczęła na moim ramieniu. - Nie wrzeszcz i nie miotaj się przy ludziach. Wszyscy czujemy napięcie, ale...
- Vince, ostrzegam cię! - Strząsnąłem jego dłoń, a mój szept przeobraził się w chrapliwy warkot. - Skończ z tymi radami dobrego wujaszka, bo...
- Wszyscy czujemy napięcie - dobitnie powtórzył Vincent. - Jedynie ty udajesz, że z tobą jest inaczej. Billy, nie ma potrzeby zgrywać bohatera. Idź do swojej kajuty, zabij drzwi deskami, wypij jeszcze pół flachy i połóż się spać.
- Nie traktuj mnie jak dziecko! - Odskoczyłem.
Księżyc znów skrył się za chmurą, a wokół błysnęły białka oczu wachtowych. Nagle zrozumiałem, że wpatruje się we mnie każda para oczu na rufie i oprzytomniałem nieco.
- Nie traktuję cię jak dziecko. - Wbrew swym słowom Vince ujął mnie za łokieć i przyciągnął do siebie. - Po prostu jutro czeka cię straszliwy bój i chcę, byś rozpoczął go w pełni sił. Idź się połóż. Sen to dobry doradca. Być może wyśnisz pomysł, jak jedna mała fregata może pokonać dwa hiszpańskie okręty.
Niespodziewanie w wyobraźni ujrzałem kostkę, która toczy się po blacie stołu, spada i nieruchomieje przy ścianie, połyskując pięcioma kropkami.
- Pięć... - wyszeptałem półprzytomnie. - Hiszpanie mają pięć okrętów.
- Co takiego? - w głosie Fowlera przebijało zdumienie, ale nawet na niego nie spojrzałem. Zacisnąłem mocno powieki, chcąc przypomnieć sobie kolejne rzuty diabła.
Zaraz, zaraz, myślałem gorączkowo. W drugim rzucie kostka zatrzymała się na mapie. Gdzie? Zaraz, chyba na zachód od... Tak, na zachód od Antyli. I była znów piątka, pięć okrętów. A potem rzucił pięć kości na mapie pływów przy Santa Lucii. Pięć kości, które wskazywały wynik od jeden do pięciu... A ja strąciłem je ze stołu. Boże, przecież to mogły być pozycje Hiszpanów! Cóż ze mnie za dureń...
- Cóż ze mnie za dureń... - powtórzyłem z wciąż zamkniętymi oczyma.
- Nie przesadzaj. Jeśli chodzi o Danny'ego i jego małpę, to...
Wciąż maksymalnie skupiony, próbowałem sobie przypomnieć, jak ułożyły się kostki, nim szarpnąłem za mapę. W wyobraźni znów ujrzałem owalny kształt wyspy Santa Lucia, którą blask świecy zamienił w bezkształtną plamę, oraz tajemniczo migoczące kości. O ile się nie myliłem, trzy z nich chyba tworzyły ciasny łuk w odległości jakichś kilkunastu mil od zachodniego brzegu, a pozostałe dwie leżały w pobliżu, na południowym i północnym przedłużeniu cięciwy łuku. Ich rzucane przez świecę cienie, rozciągnięte i trójkątne, sięgały samego serca wyspy.
Nie, z pewnością się nie myliłem. Otworzyłem oczy i z tryumfalnym uśmiechem spojrzałem na Vincenta.
- Hiszpańskich okrętów jest pięć - oznajmiłem. - Trzy galeony z wojskiem, nie dwa, a do tego dwie jednostki eskorty. Stoją w dryfie po zawietrznej przy brzegu wyspy, czekają...
- Eee... - Vincent przełknął ślinę i gorączkowo szukał jakichś odpowiednich słów. - Eee... Billy, chyba trzeba... Chyba musisz...
- Postaw więcej żagli, Vince - przerwałem mu bez szacunku dla troski, jaką wykazywał o moją równowagę psychiczną. - Następnie pożeglujesz wedle koordynat, które zaraz obliczę. I każ zaraz wymalować na rufie napis "Sandstorm".
- Ale Billy, posłuchaj...
- I to natychmiast.
Ciemne, opustoszałe niebiosa przecięła spadająca gwiazda. "Magdalena" niestrudzenie pruła fale, miarowymi ruchami bukszprytu grożąc Santa Lucii, skrytej za czarnym horyzontem. Wiedziałem, że tej nocy już nie usnę.
Zgodnie z ostrzeżeniami barometru tuż przed nastaniem świtu wiatr gwałtownie przybrał na sile. "Magdalena", która niewiele wcześniej zmieniła kurs na północny ku zachodniemu, brnęła ciężko przez coraz wyższe fale, mocno wychylona pod naporem półwiatru z prawej burty. Wtedy to ponad trzeszczenie napiętych masztów i huk mas wody poniósł się werbel alarmu bojowego.
- Dzień dobry, kapitanie.
Umundurowany, starannie ogolony Edward stanął obok. W wypielęgnowanej dłoni trzymał spodeczek, a na nim filiżankę z parującą kawą.
- Dzień dobry, Edwardzie.
Mimo narastającego napięcia nie mogłem powstrzymać zaciekawionego spojrzenia. Jakkolwiek nie miałem najmniejszych wątpliwości, że Edward nigdy w życiu nie zostanie żeglarzem, fascynował mnie sposób, w jaki ignorował niedogodne dla siebie prawa fizyki. Pomimo że pokład był maksymalnie wychylony, wiał porywisty wiatr, okręt unosił się i opadał, a wokół biegali spieszący na stanowiska marynarze, Edward nie uronił nawet kropelki z filiżanki.
- Doszły mnie słuchy, że w nocy miałeś wizję - odezwał się, unosząc lekko lewą brew. - Marynarze mówią, że przyzwałeś duszę hiszpańskiego admirała i zmusiłeś ją, by ci wyjawiła pozycję wrogiej floty. To znaczy połowa z nich.
- A druga połowa? - zapytałem.
Spod pokładu dobiegł stłumiony stukot młotków, którymi usuwano ścianki grodziowe. Wciąż omiatałem lunetą zamglony horyzont, znad którego sterczały już dwa bliźniacze stożki wulkaniczne Gros Piton i Petit Piton, najbardziej charakterystyczne punkty wybrzeża wyspy.
- Ci twierdzą, że użyłeś czarów voodoo. Billy, mógłbyś mi to łaskawie wyjaśnić?
- To prawda. - Złożyłem z trzaskiem lunetę i uśmiechnąłem się przekornie.
- Co takiego, mój drogi? - Prawa brew Edwarda podjechała wyżej. - Naprawdę ściągnąłeś tu duszę tego nieszczęśnika czy naprawdę skorzystałeś z voodoo?
- Naprawdę miałem wizję.
- Lung, drogi chłopcze, zanieś proszę tę filiżankę do kajuty. - Edward oddał naczynie swemu służącemu, który stał tuż za nim, uśmiechając się głupkowato, po czym splótł ramiona na piersi i ponownie zmierzył mnie badawczym spojrzeniem. - Billy, sądzę, że ostatnio dużo pracowałeś... - zaczął, ale nie pozwoliłem mu dokończyć. Ująłem go za ramiona i obróciłem jak manekina w kierunku śródokręcia.
- Spójrz, przyjacielu. Tylko spójrz na to - wyszeptałem mu do ucha.
W ruchach marynarzy, wyrwanych ze snu drapieżnym werblem, nie znać było ociężałości czy zniechęcenia. Zarówno ci, którzy pod komendą niestrudzonego Vincenta pięli się na reje, by zrefować żagle, jak i ci, którzy ponaglani przez bosmana usuwali zbędne rzeczy z pokładów i pakowali hamaki do siatek, wyglądali na ożywionych i rozradowanych. Słychać było głośne wybuchy śmiechu i radosne pohukiwanie, a z grotrei dobiegła nawet wesoła piosenka.
- Widzisz? - zapytałem cicho. - Nieważne, czy naprawdę miałem wizję, czy nie, Edwardzie. Starczy, że oni w to wierzą. W tej chwili cała załoga "Magdaleny" z wyjątkiem racjonalnie sceptycznej kadry oficerskiej jest święcie przekonana, że ich kapitan dysponuje magicznymi mocami. Wierzą więc we mnie, w okręt, w siebie i w zwycięstwo, choć nawet najgłupszy z nich wie, jakie mamy szanse przeciwko pięciu okrętom wroga. A wiara daje siłę, przyjacielu, ogromną siłę.
- A naprawdę miałeś wizję? - spytał z niedowierzaniem Edward. - Wybacz, mój drogi, ale żyjemy w epoce rozumu i...
- Nie miałem żadnej wizji. - Roześmiałem się. - Tak naprawdę to o wszystkim powiedział mi diabeł morski. Wiesz, wpadł pograć w kości i...
- Okręt na horyzoncie! - rozległ się nagle krzyk z salingu fokmasztu.
- A zatem stało się. - Odetchnąłem głęboko, przeżegnałem się i chwyciłem za wyblinki drabiny wantowej. - Edwardzie, skieruj swych ludzi pod pokład i póki co niech żaden nawet nosa nie wyściubia!
W okularze lunety dojrzałem maszty i niewyraźny zarys kadłuba obcej jednostki, ale jej tożsamość skryła przede mną gęsta mżawka. Dzięki niespodziewanej wizycie diabła morskiego nie miałem jednak najmniejszych wątpliwości.
- Wygląda mi na... - zaczął Vincent, który wspiął się za mną z własną lunetą w garści.
- To fregata! - krzyknąłem, by zagłuszyć huk wiatru. - Jeden z dwóch okrętów eskorty! Druga jest kilka mil dalej na północ, a galeony stoją w dryfie gdzieś tam.
Wskazałem na północny zachód.
- Billy, posłuchaj mnie...
- Przejdziemy jak najbliżej tego Hiszpana! Trzeba go załatwić jedną salwą! Prosto w maszty i żagle!
Nie czekając na odpowiedź Fowlera, zsunąłem się na pokład, gdzie przygotowania do bitwy dobiegały pospiesznie końca. Marynarze układali falkonety przy burtach i odbierali broń od uśmiechniętego O'Neila, zaś Zeeman z namaszczeniem roznosił lontowniki. Ludzie na mój widok szczerzyli zęby i kiwali głowami, a kilku nadgorliwców wydało nawet tryumfalne okrzyki.
- Szykujcie się na rozpierduchę, jakiej jeszcze Karaiby nie widziały, chłopaki! - wrzasnąłem. - Pokażemy hiszpańskim sukinsynom, gdzie ich miejsce!
- Na dnie! Na dnie! Na dnie! - wyryczała zgodnym chórem załoga, wymachując pięściami, kordelasami i toporami.
Fok łopotał głośno nad naszymi głowami, jakby ktoś strzelał z pistoletu na wiwat.
- Karrrramba! - zaskrzeczała Pruchło, bijąc skrzydłami. - Dupa! - dorzuciła, najwyraźniej nie mogąc znaleźć rymu.
- Do dział! Panie Zeeman, podwójny ładunek!
- Podwójny ładunek! - Zeeman przewrócił oczyma z radości, po czym obcałował stojącego najbliżej marynarza.
- Panie O'Neil, mamy jeszcze jakiegoś Jolly Rogera?
- A pewnie, że mamy! - Bosman roześmiał się gromko. - Trzymam własną banderę na wszelki wypadek, bo któż to może wiedzieć, kiedy szanownego pana kapitana cholera raczy strzelić!
W oczach Edwarda, śledzącego czarną banderę z trupią czaszką i skrzyżowanymi piszczelami, którą bosman wciągnął na maszt przy akompaniamencie dzikich wrzasków, odbiło się lekkie niedowierzanie.
- Zdaje się, że przejrzałem twój fortel, o Cezarze siedmiu mórz - stwierdził. - Czyżbyś jednak sądził, że Hiszpanie są na tyle naiwni, by wziąć nas za piratów Bekkera?
- Niestety, Hiszpanie nie są aż tak głupi. Liczę jednak, że uda nam się zaskoczyć przynajmniej pierwszą z ich fregat. To trochę zniweluje przewagę eskorty, a ja już nie mogę się doczekać, aż zabierzemy się za te ich tłuste, nieruchawe galeony.
O tym, że hiszpańskie galeony będą z pewnością uzbrojone, wolałem mu nie wspominać. Pominąłem również to, że nawet pojedyncza fregata diegów to ciężki orzech do zgryzienia, oraz to, że okręty wroga mają w stosunku do nas przewagę wiatru. Nawet nie chodziło mi o to, że Edward nie rozumiał tego pojęcia. Po prostu nie chciałem zdroworozsądkowym rozumowaniem zagasić ognistego entuzjazmu, który wbrew wszelkiej logice płonął we mnie coraz silniej.
- Rozumiem. W trudnej sztuce strategii poczyniłeś znaczne postępy. - Edward skinął głową. - Niebawem każesz zamaskować "Magdalenę" jako statek wielorybniczy.
- Żartujesz chyba. Tylko Francuzi byliby wystarczająco głupi, by się na to nabrać.
W okularze lunety widziałem już wysokie burty hiszpańskiej fregaty i wysklepiony pokład rufowy, skąd przyglądało nam się kilku oficerów w bogatych mundurach. Hiszpańscy marynarze niczym mrówki stłoczyli się na grotrei, z której nagle osunęła się szara płachta żagla.
- Sądzę, że powinienem zejść pod pokład - oznajmił Edward. - Oficerowie piechoty morskiej to raczej rzadkość na jednostkach pirackich, nieprawdaż?
- Prawdaż. Zapraszam na pokład, gdy tylko rozlegną się pierwsze salwy.
- Nie omieszkam. Do zobaczenia podczas bitwy.
Wyraźnie widziałem już krzyże, wieńczące topy masztów wrogiego okrętu, oraz złocony galion w kształcie delfina. Na burcie naliczyłem szesnaście furt działowych, a zatem wróg nie przewyższał nas uzbrojeniem, wnioskując zaś z tempa, w jakim marynarze stawiali żagle i wybierali liny, załoga była wyszkolona przynajmniej w rzemiośle żeglarskim.
Zobaczymy, jak dobrze wam idzie machanie szpadami, pomyślałem, kierując lunetę na pokład rufowy. Hiszpańscy oficerowie wciąż przyglądali nam się ze spokojem, od czasu do czasu wymieniając uwagi. Jeden z wielką dbałością zapalił nawet cygaro, natychmiast wywołując zaciekłą kłótnię. Mój stuknięty fortel działał i jak na razie wciąż mieliśmy atut zaskoczenia.
- Panie kapitanie! - usłyszałem za sobą zdyszany, pełen podniecenia głos Sandersa. - Porucznik Fowler melduje, że działa gotowe!
- Bardzo dobrze.
Wychylona na lewą burtę "Magdalena" sunęła wśród wysokich fal niczym przyczajony dziki kot, skradający się w kierunku zdobyczy. Widziałem już pojedyncze grotwanty i złociste guziki na kurtce mundurowej kapitana, który patrzył teraz przez lunetę prosto na mnie. Serce biło mi coraz szybciej.
Uniosłem dłoń w geście pozdrowienia.
Wrogi kapitan odpowiedział tym samym. Kilku marynarzy na dziobie "Magdaleny" zawyło z zachwytu i również zaczęło machać w kierunku coraz bliższej hiszpańskiej fregaty. Łopot Jolly Rogera przypominał dziki chichot.
Jeszcze dwa kable... Jeszcze półtora. Jeszcze jeden... I nagle zrobiło mi się żal ufnych, naiwnych żeglarzy hiszpańskich.
Vincent ma rację, pomyślałem. Jestem szlachetny do wyrzygania i miękki jak przeżuta flaglinka.
- Danny, ster trzy rumby na bakburtę! - krzyknąłem, siląc się na surowy ton.
Fregata obróciła się ciężko i zwróciła burtą w stronę okrętu hiszpańskiego. Jego dowódca odjął lunetę od oka i ze zdziwieniem spojrzał na swoich podkomendnych, jakby oczekiwał od nich wyjaśnień, ci jednak milczeli jak zaklęci. Ja zaś nabrałem głęboko tchu w płuca...
- Ognia! - wrzasnąłem z całych sił, zamykając jednocześnie oczy.
Spod pokładu dobiegł upiorny chichot Zeemana. Trzask otwieranych furt działowych zlał się w jeden huk, a potem tuż pod moimi stopami wystrzeliła straszliwa trzydziestodwufuntówka ze Speightstown. Pokład zadrżał od dzikiego szarpnięcia cofającej się lawety, zatoczyłem się, ale wtedy wystrzeliła kolejna armata i następna. Świat utonął w huku, a sterburta całkowicie znikła w białym, gryzącym dymie, co chwila rozświetlanym kolejnym wystrzałem. Zamieszanie spotęgowali strzelcy Edwarda oraz marynarze z bronią palną, którzy z dzikimi wrzaskami razili wrogą załogę z muszkietów i falkonetów. Nim wystrzeliło ostatnie działo, uderzył silny, porywisty wiatr, który rozpędził dym.
Wtedy ujrzałem hiszpański okręt.
Z odległości kabla nie można było chybić i kule "Magdaleny" zamieniły pokład wrogiego okrętu w przerażające rumowisko. Widziałem strzaskaną ławę wantową i poszarpane, powiewające liny, widziałem nieruchome ciała na pokładzie i krew, ściekającą ze szpigatów, zdemolowane szalupy, zniesiony reling, a nawet dziury w kadłubie. Nietknięte maszty i reje jednakże nadal pięły się wysoko ku szaremu niebu, a kapitan Hiszpanów podrywał się właśnie na równe nogi. Wkrótce przerażoną, zaskoczoną załogę zdyscyplinowały pierwsze rozkazy.
- Kurwa mać! O'Neil, do zwrotu przez rufę! - wrzasnąłem przez tubę głosową. - Jeffe, biegnij do porucznika Fowlera! Każ mu obsadzić działa na przeciwnej burcie!
Zaświstały gwizdki bosmańskie, gdzieś na śródokręciu zaryczał bosman O'Neil, zatupały stopy biegnących marynarzy. Żołnierze Edwarda, stojący w równym szeregu wzdłuż relingu, oddali kolejną salwę, kosząc hiszpańskich majtków.
- Całkiem przyzwoicie, panie Kent! - zawołał Edward, karmiąc psa kawałkami pomarańczy. - Jones, drogi chłopcze, poprawka na wiatr!
- Ładuj! - ryknął czerwony na twarzy Kent.
- Chyżo na reje!
- Karramba! Srututututu! Purtupurtu! - darły się oszołomione hałasem papugi.
- Danny, ster prawo!
Baryła zakręcił kołem sterowym. Nad naszymi głowami zaskrzypiały obracające się reje, a fregata przekroczyła linię wiatru i nagle skoczyła do przodu, chwytając świeży podmuch w żagle. Przez krótką chwilę byliśmy odwróceni do Hiszpanów rufą - okręt stanowi wówczas mniejszy cel, ale dobry ostrzał mógł strzaskać ster. Z przestrachem obróciłem lunetę na rozpędzający się wrogi okręt, ale jego dowódca z nabrzmiałą od wściekłości twarzą właśnie rugał osmolonych, oszołomionych oficerów. Mieliśmy okazję do oddania kolejnej salwy.
- Złożyć grotmarsel! Skrócić foka! - wrzasnąłem, gdy "Magdalena" zakończyła zwrot i ruszyła z wiatrem. - Danny, jeszcze dwa rumby na prawo!
- Aye, dwa rumby na prawo!
- Jak sam pan widzi, panie Kent, na tej burcie nie zostało już nic do zabicia. Zechce pan zatem wydać rozkaz przejścia...
- Salwą burtową ognia!
Zdążyłem jeszcze zauważyć, że na burcie wrogiej jednostki nierówno opadły furty działowe, ale wtedy pokład zadrżał na nowo, a świat znów znikł w kłębach dymu. Tym razem nasze pociski uderzyły jeszcze celniej. Top grotmasztu hiszpańskiego okrętu, sterczący nad całunem dymu, zakołysał się nagle, a sam maszt runął na fok, rwąc takielunek i miażdżąc reje. Nad huk salwy wzbił się ryk radości załogi "Magdaleny". Odetchnąłem z ulgą.
- Ogień ciągły! Kurs północ!
- Aye, kurs północ!
- Grotmarsel staw! Refy foka zrzuć!
- Pierrrrdut!
Nie przestając strzelać, "Magdalena" wykonała kolejny zwrot przez rufę i znów wychylona ostro na lewą burtę, ruszyła do drugiej fregaty. Okaleczony okręt hiszpański dopiero teraz się przebudził i oddał nierówną salwę, która uderzyła w fale daleko za naszą płetwą sterową. Ze złowrogą fascynacją patrzyłem na przechylony pokład i strzaskany grotmaszt, który mimo rozpaczliwych wysiłków załogi w końcu osunął się do wody.
- Dobra nasza! - krzyknąłem w kierunku Danny'ego. - Jeszcze ten drugi sukinkot i bierzemy się za skubanie galeonów!
- Okręt! - wrzasnął obserwator na salingu foka. - Okręt jeden rumb na lewo od dziobu!
Uniosłem lunetę i radosne uniesienie natychmiast ze mnie uleciało. Drugi z hiszpańskich okrętów wojennych pędził ku nam pod pełnymi żaglami, a złoty lew na jego dziobie szczerzył kły z nienawiścią. Zamiary jego kapitana były jasne i czytelne.
- Na stanowiska! - ryknąłem. - Obsadzić i przeładować działa na lewej burcie! Danny, jeden rumb w prawo! Jeffe, ściągnij już to gówno! - Wskazałem na Jolly Rogera. - Niech skubańcy wiedzą, kto naprawdę kroi im tyłki!
Flaga brytyjska pomknęła na maszt wśród chrapliwych wiwatów - załoga być może nie miała wielu powodów do wdzięczności wobec Korony Brytyjskiej, ale Union Jack z pewnością był im bliższy niż bandera piracka. "Magdalena" i okręt hiszpański pędziły niczym rycerze podczas turnieju, mierząc w siebie ostrymi bukszprytami. Nie było już czasu na skomplikowane manewry. Obie fregaty szły na zwarcie, do morderczego pojedynku artyleryjskiego na krótki dystans. Przeżegnałem się w duchu - podczas takiego starcia nawet zwycięski okręt ponosił zwykle ciężkie straty.
- Edward, strzelcy na marsy! - wrzasnąłem. - Głowy nisko! Ster lewo!
"Magdalena" odskoczyła w ostatniej chwili, gdy dziób wrogiej fregaty był w zasięgu strzału z muszkietu. Manewr ten skierował jednakże okręt pod wiatr i fregata zaryła w fali niczym koń wstrzymany szarpnięciem uzdy. Na odpalenie salwy mieliśmy parę sekund.
- Kapitanie, okręt na północnym...
- Ognia!
- Fuego! - dobiegł nas ryk z pokładu wrogiej jednostki.
Zdążyłem dostrzec, że hiszpańska fregata zwija żagle i odbija, by pokryć nas jak najcelniejszym ogniem. A następnie rozpętało się piekło.
Któraś z naszych kul strzaskała łeb złośliwego lwa, inna ścięła grotreję przeciwnika, jeszcze inna rozrzuciła grupę biegnących marynarzy. Zniszczenie, które wywołała nasza salwa, nijak się jednakże miało do spustoszenia, które siały kule Hiszpanów. Ich pociski z gwizdem przelatywały tuż nad naszym pokładem, druzgocząc reling i szalupy, rwąc wanty i rozszarpując na kawałki ludzi. Jakiś pocisk zniósł galeryjkę rufową, a inny rozwalił mocowania bagenrei, która z hukiem upadła w poprzek rufówki. A potem wszystko niespodziewanie ucichło.
O Boże! - pomyślałem z przerażeniem, widząc zalane krwią i zasłane szczątkami takielunku śródokręcie.
Z kłębów dymu dobiegało wycie rannych i okrzyki przerażenia.
- Spokój! - ryknąłem przez tubę. - Mullholland! Odciąć bezan! O'Neil, do zwrotu przez rufę!
Przygarbieni, ogłuszeni salwą marynarze rzucili się do ocalałych szotów, a ludzie Mullhollanda, słaniając się i potykając, biegli już na rufę. Starczyło parę cięć kordelasa, by kotłujący się na wietrze bezanżagiel pomknął nad falami niczym płaszcz odrzucony przez szermierza. Tymczasem wroga fregata zataczała łuk, wychodząc na naszą rufę. Wzdłuż jej burty raz za razem wykwitały obłoczki wystrzałów z muszkietów.
- Zwrot! - ryczałem. - Edward, strzelajcie, na litość boską! Slump, usuńcie tę cholerną bagenreję!
Kilka sekund, które trwa obsadzenie szotów i obrócenie rei, rozciągnęło się dla mnie w wieczność. Wreszcie sfatygowane drzewca skrzypnęły i dziób fregaty wolno, niemiłosiernie wolno zaczął odwracać się ku północy. Któryś z ludzi O'Neila wysoko na fokmarsie chwycił się za pierś i z przeraźliwym wrzaskiem runął do wody.
- Kapitanie! - Grupę marynarzy, którzy pośpiesznie odcinali liny i spychali bagenreję do wody, roztrącił zaaferowany obserwator. - Kapitanie! Jakiś okręt nadpływa od północy!
- Co takiego? - wykrzyknąłem oszołomiony. Rzeczywiście, przecież obserwator coś krzyczał przed tą przeklętą salwą. Uniosłem lunetę i ujrzałem, jak wśród fal przebija się sporej wielkości dwumasztowiec o burtach pomalowanych na czarno. Nie dostrzegałem żadnej bandery.
- Ki diabeł... - wyszeptałem.
- Padnij! - wrzasnął nagle Danny.
Wzdłuż burty wrogiej fregaty znów wykwitły kłęby dymu, a w ułamek sekundy później już leżałem na płask, kryjąc głowę.
Mój Boże, przeszło mi przez myśl, diegowie przeładowują szybciej od nas!
Hiszpańskie kule nadleciały z upiornym świstem. Wielokrotnie trafiony kadłub zadrżał, a na pokład posypały się drzazgi i strzępy lin. Jakiś marynarz padł obok mnie i znieruchomiał, zachłystując się własną krwią. Zamarłem z przerażenia, zapatrzony w jego uciekające tęczówki, po czym poderwałem się niezgrabnie.
- Jakie straty? - zawołałem stłumionym głosem, wychylając się ku śródokręciu.
"Magdalena" powoli kończyła zwrot, dlatego też część kul przeciwnika przeszła nad rufą. Inne zdruzgotały reling i okna rufowe oraz podziurawiły płótno stermarsla. Płetwa sterowa na szczęście ocalała, podobnie jak sam Danny, który osmolony i półprzytomny, wciąż napierał na szczeble. Z wolna ogarniała mnie rozpacz.
- Dwóch zabitych i sześciu rannych, sir! - ryknął zakrwawiony O'Neil. Za jego plecami para zgarbionych marynarzy taszczyła wrzeszczącego wniebogłosy towarzysza w kierunku szpitalika. - A może by na zwarcie z kurwim synem? Do abordażu?
- Nie ma czasu. Szybciej z tym zwrotem, do licha - jęknąłem do siebie.
W końcu miłosierny Bóg wysłuchał moich modlitw i żagle na skręconych rejach wypełniły się wybłaganym wiatrem. Okręt skoczył do przodu, ponaglany ochrypłymi wrzaskami załogi. Strzelcy Edwarda, kryjący się za szczątkami szalupy, nadal zasypywali pokład wrogiej fregaty kulami, wspomagani przez kilku marynarzy.
- Teraz, Vincent! - krzyknąłem, gdy okręt odwrócił się wreszcie burtą do przeciwnika. - Ognia!
Vincent jednak miał mocniejsze nerwy i zaczekał, aż nabierająca prędkości "Magdalena" znajdzie się na szczycie fali.
- Wszystkie stanowiska ognia! - dobiegł stłumiony ryk pierwszego oficera.
Nagle okrętem wstrząsnął potworny, przeciągły wybuch, który ponownie posłał mnie na deski. Przez głowę przemknęła mi rozpaczliwa myśl, że eksplodowała prochownia. Poderwałem się na kolana, lecz spowity dymem pokład wyglądał na cały, podobnie jak burty i maszty. Wtedy zrozumiałem - wbrew zasadom prowadzenia walki artyleryjskiej Fowler nakazał wszystkim załogom działowym wystrzelić w jednej chwili.
Wciąż otumaniony hukiem, spojrzałem ku okrętowi wroga. Nasza salwa przeszła nisko, ścięła parę want, zniszczyła do reszty reling i rozpędziła grupę strzelców na pokładzie, zostawiając kilka rozrzuconych trupów. Grotreja wisiała nisko, grożąc lada chwila upadkiem. Hiszpański kapitan, wsparty na ramieniu oficera, kusztykał ku spowitemu dymem śródokręciu.
- Poczekaj, diego - syknąłem przez zaciśnięte zęby. - Nie będziesz bezkarnie zabijał moich ludzi.
A wtedy, choć wydawało się to nieprawdopodobne, hiszpańska fregata znów odpaliła pełną salwę. Tym razem większość kul uderzyła w nasz kadłub, a spod pokładu buchnęły wrzaski bólu i przerażenia.
- Sir! - Sullivan szarpnął mnie za ramię, co samo w sobie stanowiło o jego ogromnym wzburzeniu. - Ten bryg! Ja go znam, sir!
Dwumasztowiec o czarnych burtach zbliżył się już na milę morską. Choć nie był to wielki okręt, coś w jego wyglądzie budziło niepokój.
I wtedy uświadomiłem sobie, do jakiego stopnia zakpił ze mnie los. Na topie grota brygu załopotała czarna bandera z trupią czaszką i skrzyżowanymi piszczelami.
- Co to, kurwa, ma znaczyć! - wykrzyknąłem. - Przecież... Przecież piraci nie mogli o niczym wiedzieć? Przecież diabeł...
- Otóż to, sir! - szepnął Sullivan. - To diabeł... To "Hellfire", okręt Morrisa Blacka!
Rozejrzałem się. Podziurawione żagle "Magdaleny" złapały wiatr, a okręt nabierał prędkości. Owiany dymem, straszliwy okręt hiszpański nie ustępował jednakże i sunął równolegle do nas po prawej, a z lewej próbował właśnie wyrównać piracki bryg, na razie jeszcze za naszą rufą. Uśmiechnąłem się ponuro. Wyglądało na to, że przeciwnicy mają nadzieję złapać nas w sidła. Nie wiedzieli jednak, że na całym Morzu Karaibskim nie ma okrętu, który zdołałby prześcignąć idącą z wiatrem "Magdalenę".
- O'Neil, proszę postawić wszystko, co tylko się da! - ryknąłem. - Sztaksle, bombramsle, żagle boczne, wszystko! Niech pan nawet rozwiesi kalesony porucznika Love'a!
- Niech blaskiem oślepi Hiszpanów i wypali im gały! - zawołał bosman, wzbudzając falę ochrypłego śmiechu. - Słyszeliście kapitana, panienki! Na reje, moczymordy i koniowały!
Ścigani bluzgami i przekleństwami bosmana marynarze skoczyli ku postrzępionym drabinkom. Płótna nowych żagli opadły niemalże natychmiast i równie szybko zostały zamocowane. Fregata sunęła coraz szybciej, a kolejna salwa Hiszpanów szczęśliwie padła za rufą. Pojedyncza kula odbiła się od grzbietu fali i wpadła na śródokręcie.
- Sir! - Sullivan znów szarpnął mnie za ramię.
Jego drżący palec wskazywał coś przed dziobem.
Na naszych oczach z labiryntu fal wynurzyła się nowa, smukła fregata z wysoko wysklepionym dziobem. Płynęła od południa, a zatem zagradzała nam ostatnią drogę ucieczki. Jakiekolwiek wątpliwości, czyj to okręt, rozpraszała ogromnej wielkości błękitna bandera z trzema złotymi liliami. Francuzi.
Spojrzałem z rozpaczą na Union Jacka, przedziurawionego kulą Hiszpana. Gdybym nie uległ pysze i pozostawił flagę piratów, być może francuska fregata nie wmieszałaby się do walki. Wątpliwe bowiem, by Francuzi interweniowali w starciu między piratami i Hiszpanami, gdyż obie bandy całkiem słusznie uważali za diabła warte. Z Anglią Francuzi byli jednak w stanie wojny i nie sądziłem, by chcieli podarować samotnej fregacie wroga szansę ocalenia. Nie, nie po tym, co się stało z ich statkami w St. John's. Nie po tym, co spotkało "La Gorgone".
"La Gorgone"?
- O Boże, przecież to ona! - zrozumiałem nagle. - To ta sama fregata, którą ostrzelaliśmy przy Meek Shallows!
W jednej chwili straciłem resztki nadziei. Martwym spojrzeniem śledziłem smukły kadłub francuskiego okrętu, z wisielczym humorem zastanawiając się, co jeszcze może się nam przydarzyć.
Wtedy ucichł wiatr.
W całym moim życiu nigdy nie byłem bardziej zaskoczony. Z rozdziawionymi ustami patrzyłem na wygładzoną, niezmarszczoną nawet najlżejszym podmuchem taflę wody, pośrodku której kołysała się nasza fregata. Wyglądałoby to na najzwyklejszą w świecie ciszę morską, gdyby nie to, że jakieś dwa kable dalej przewalały się już wysokie, spienione fale, wśród których brnęła hiszpańska fregata. Nasz przeciwnik nie tracił chwili i jego działa znów plunęły ogniem. Pociski cięły takielunek, wgryzały się w kadłub i smagały płótno żagli, a ja wciąż stałem oniemiały, głuchy na trzask pękającego drewna i krzyki rannych.
Przeznaczenie się dopełniło, mówił jakiś głos w mojej głowie. Morze nie przebacza! Zaatakowałeś bezbronnych, a teraz poniesiesz karę!
Hiszpański okręt szalał z prawej burty, z lewej zbliżała się "Hellfire", a jakieś pół mili przed dziobem "Magdaleny" zwrot wykonywała "La Gorgone". Nagle wyobraziłem sobie francuskich kanonierów, czujnych, skupionych przy działach, z mściwymi uśmiechami oczekujących chwili pomsty za naszą zbójecką napaść. Zamknąłem oczy, oczekując pierwszych wystrzałów.
"La Gorgone" odpaliła salwę.
- Ojejku! - sapnął Danny.
Otworzyłem oczy.
W grotmarslu pirackiego brygu ziała ogromna dziura, a strzaskany bukszpryt nurzał się właśnie w spienionej fali dziobowej, hamując pęd okrętu. Bryg z oporami zaczął odpadać od wiatru, obramowywany kolejnymi kulami, które wzbijały słupy wody wzdłuż burt. W tej samej chwili gładka tafla wokół "Magdaleny" na nowo wzburzyła się od fal, żagle wypełniły się wiatrem, a okręt skoczył naprzód jak koń spięty ostrogami.
- Pruj w Hiszpana, Fowler! - ryknąłem, uczepiony wyblinek. - Pruj z wszystkiego, co jeszcze może strzelać!
- Spieprzajmy, kapitanie! - W oczach Danny'ego zamigotał lęk. - Przepędził pirata, ale przecież to Francuz, będzie chciał...
Omiotłem lunetą pokład rufowy "La Gorgone". Na widok postaci, która stała na pokładzie rufowym, przebiegł mnie dreszcz ulgi.
- Nie, nie będzie - powiedziałem spokojnie. - Nie ten Francuz.
Burta "Magdaleny" rozbłysła salwą. Francuski okręt przyłączył się do ostrzału jakąś minutę później.
Trzy godziny później, gdy wlokącą za sobą strzaskany bukszpryt "Hellfire" stała się plamką na horyzoncie, a mocno przechylona, płonąca na dziobie fregata hiszpańska wyrzuciła się na brzeg Santa Lucii, "La Gorgone" stanęła w dryfie w odległości kabla od "Magdaleny". Od burty niespodziewanego sojusznika odbiła niewielka jolka, która ruszyła w kierunku mojego okrętu, co rusz niknąc wśród wysokich, wzburzonych fal. Przyglądałem się jej jak zaklęty, nie mogąc oderwać oczu od postaci na ławeczce rufowej, tuż obok sternika.
- Właściwie to ty powinieneś popłynąć do nich - stwierdził stojący obok mnie Fowler. Jego koszula była pokryta plamami zakrzepłej krwi, a prawa dłoń nikła pod zwojem bandaży, ale oczy błyszczały mu wesoło. - Wiesz, to francuskie wody terytorialne.
Nie miałem nawet siły otworzyć ust. W głowie wciąż dudniło mi od huku armat, oczy łzawiły od dymu, a gardło miałem suche jak pieprz, choć przed momentem opróżniłem jednym haustem kubek wina.
- W dupie to mam - wychrypiałem w końcu, poprawiając brudny opatrunek na czole. - A poza tym brak mi sił, by zrobić choćby kilka kroków - dodałem po chwili, gdy francuska szalupa uderzyła o naszą burtę. - Nawet na śródokręcie.
Nie było to jednak konieczne. Wedle morskiej etykiety kapitan zawsze oczekiwał gościa na pokładzie rufowym, a nasz gość doskonale znał moje usposobienie i wiedział, że etykietę szanuję ponad wszystko.
- Łódź, ahoj! - krzyknął O'Neil, który również nigdy nie zaniedbywał etykiety.
- "La Gorgone"! - padł okrzyk z dołu, co wedle starego marynarskiego zwyczaju oznaczało, że łódź przewozi dowódcę innej jednostki.
Wtedy kilku ocalałych pomocników O'Neila zadęło w gwizdki bosmańskie, a żałośnie krótki szereg żołnierzy piechoty morskiej zaprezentował z trzaskiem broń. Uśmiechnąłem się blado. Mimo śmiertelnego znużenia, ran i podartych, osmolonych mundurów oddział nadal prezentował się godnie. Długie miesiące tresury Edwarda przynosiły niezwykły skutek. W chwilę później ujrzałem jego samego, jak wchodzi na pokład rufowy, z niesmakiem przyglądając się plamom sadzy na czerwonej kurtce mundurowej.
- Kapitanie, czy zauważył pan, że...
- ...że na prawej burcie stoi okręt francuski? - przerwałem. - Tak, w istocie.
- Och, nawet Winston zauważył ów okręt, kapitanie. - Edward porzucił próby sczyszczenia plam i nałożył białe rękawiczki. Również brudne. - Ja pragnąłbym raczej zwrócić uwagę na jego dowódcę. Mogę się mylić, ale wydaje mi się, że jest to...
- Tak. To on, Edwardzie.
Staliśmy we trójkę - obszarpani, wycieńczeni weterani cudem wygranej bitwy - i patrzyliśmy na tego, który pomógł nam ją przeżyć. Dowódca francuskiej fregaty kroczył wolno wśród strzaskanych drzewc i bloków. Na jego ogorzałej, nieładnej twarzy malowało się wymuszone opanowanie - kilkakrotnie dostrzegłem, jak przełyka ślinę i przystaje, by znakiem krzyża pożegnać martwego marynarza, układanego na zaimprowizowanych noszach. Gdy mijał ciało zmasakrowanego Sandersa, w jego oczach błysnęła łza. W końcu wszedł na rufę, nadal sztywny i wyprostowany, ale w jego twarzy długo by szukać cynizmu, z którego ongiś słynął.
- Bonjour, mon capitaine. - Przytknął dłoń do kapelusza.
- Bonjour, capitaine Millard.
Chciałem również zasalutować, jak na kapitana przystało, ale w ostatniej chwili zawahałem się i po prostu wyciągnąłem dłoń. Millard zaś uśmiechnął się lekko i uścisnął ją serdecznie. Naprawdę serdecznie.
- Nigdy nie sądziłem, że ucieszę się na widok pańskiej gęby - powiedziałem, z trudem pokonując włochatą kulę w gardle.
- Ja też nie. - Millard skrzywił się. - Długo i wytrwale nad tym pracowałem. Poruczniku Love, chyba ma pan zabrudzony mankiet.
- I rozerwany prawy rękaw - z rozbrajającą szczerością przyznał Edward. - Proszę sobie wyobrazić, że jakiś niegodziwiec zdradziecko próbował mnie ustrzelić, gdy piąłem się na mars.
- Niewiarygodne, Edwardzie - burknął Fowler, również najwyraźniej próbujący ukryć wzruszenie. - I to podczas bitwy? Panie Millard... Czy może raczej kapitanie Millard? Pozwoli pan, że zadam najważniejsze pytanie! Co pan tu właściwie robi?
- Przyznam, że i mnie to dręczy - dodałem. - Cóż za niezwykły zbieg okoliczności. Nigdy bym się nie spodziewał, że będzie nam dane spotkać się w takich oto okolicznościach.
- Doprawdy, stęskniłem się za tą angielską gadaniną. - Millard roześmiał się, a ja z pewnym żalem przyznałem w duchu, że rzadko wcześniej słyszałem jego śmiech. - Powiedzmy, że pełnię obowiązki tymczasowego dowódcy "La Gorgone".
- Spodziewaliśmy się, że fregata już dawno popłynęła do Francji.
- Fregata w istocie kierowała się na Atlantyk, ale kapitan Voilles postanowił wcześniej zawinąć do Castries, głównego portu Santa Lucii, by dokonać pewnych napraw - wyjaśnił Millard. - Musiał, cytuję: "naprawić ster, który uszkodził mi jakiś popierdoleniec przy Meek Shallows".
- Eee... Słusznie... Bez steru głupio jakoś... - wymamrotałem.
- Spotkałem się z Voilles'em natychmiast po tym, jak przyprowadziłem "Le Rapide" do Castries - ciągnął Francuz. - Niedaleko Santa Lucii przemknęliśmy obok sporego hiszpańskiego konwoju, tak więc ucieszyłem się, widząc okręt wojenny w porcie. Intencje hiszpańskiego komodora wydały mi się cokolwiek niejasne, gdyż zamiast kierować się na pełne morze, ku metropolii, szedł prosto w kierunku francuskich Antyli. Podejrzane, przyznacie. Nieszczęsny Voilles podzielił moje zdanie, ale atak malarii przeszkodził mu w przygotowaniu okrętu do ewentualnej obrony portu. Wraz z nim zachorował również drugi oficer oraz kilku innych marynarzy. Pierwszy oficer zaś, osoba dość niepopularna, poślizgnął się podczas nocnego spaceru po pokładzie i utopił. Dość długo się topił, nawiasem mówiąc. Ludzie wspominali potem, że wrzeszczał i bulgotał przez dobre pół wachty.
- I tak został pan tymczasowym dowódcą dzielnej francuskiej fregaty? - Uśmiechnąłem się z zadumą. - Millard, wykazał się pan intuicją, odwagą, a nade wszystko... nade wszystko zdrowym rozsądkiem. - Zawahałem się lekko przy ostatnich słowach. - Niech pan przyjmie moje gratulacje.
- Chodzi o to, że nie ostrzelałem "Magdaleny"? - spytał z cierpkim uśmiechem Millard. - Och, gdyby okrętem nadal dowodził Voilles, wykrochmaloną koszulą porucznika Love'a już krztusiłby się jakiś rekin. Po prostu ja... Gdy ujrzałem "Magdalenę", walczącą jednocześnie z piratami i Hiszpanami, natychmiast zrozumiałem, panie kapitanie, iż pańska niezachwiana naiwność, szlachetność i megalomania znowu wpakowały pana w ogromne tarapaty. Tym razem jednakże wszystko wskazywało na to, że staje pan w obronie małej francuskiej wysepki. No to się przyłączyłem. Pomyliłem się w czymś? Uraziłem pana moimi wnioskami? - spytał takim tonem, jakby doskonale wiedział, że trafił w sedno. - Bo jeśli pana uraziłem, to zaraz możemy bitwę dokończyć!
- Nie, skądże... - Miałem wielką nadzieję, że brud na mojej twarzy zakryje rumieniec. - Dajmy temu pokój. Jest pan, szczerze mówiąc, daleki od prawdy, ale... Ale... No, mniejsza z tym. Millard, gdzieś na zawietrznej są jeszcze trzy hiszpańskie galeony, najprawdopodobniej wyładowane wojskiem. Czy ma pan ochotę na porównanie umiejętności artylerzystów angielskich i francuskich?
- Bynajmniej. - Millard skrzywił się paskudnie. - Nienawidzę widoku upokorzonego przeciwnika.
W pół godziny później obie fregaty ruszyły w stronę Santa Lucii, by wspólnie zakończyć polowanie na Hiszpanów.