2. Do ciebie po niebie szłam
Kiedy zatrzymywali granatowe policyjne volvo, karawan ze zwłokami
motocyklisty już odjeżdżał. Wokół tira ustawiano ostrzegawcze trójkąty.
A robotnicy podczepiali lawetę pod osobówkę. Nie miała przedniej szyby.
Poduszka powietrzna wyglądała jak flak i nosiła ślady wciąż jasnej krwi.
Gdzieś przed parą policjantów wyrósł podekscytowany podkomisarz Tomek
Bargiel i dawał znaki komisarzowi Sławkowi Jarosińskiemu, gdzie mogą
zaparkować. Chłopcy i ich warczące maszyny...
Nadkomisarz Anna Wilk cieszyła się, że tym razem ominęło ją oglądanie
trupa. Była dość stara, okrutna i ironiczna, żeby wyobrazić sobie
ostatnie chwile właściciela yamahy. Jeśli chodzi o pozostałych
uczestników wypadku, nic wyobrażać sobie nie chciała. Zbyt bolesny i obrzydliwy proces.
- Mężczyzna w osobówce jechał jako pierwszy. Widział prujący motor, a w lusterku tira. Zakładał, że z motocyklistą mogą być problemy, dlatego
odruchowo zaczął zjeżdżać na pobocze. To prawdopodobnie uratowało mu
życie. Mówił, że wydawało mu się, jakby spadł grad. Potem szyba się
rozbiła, chciał dać po hamulcach, ale zrobił manewr unikający.
Szarpnęło, poduszka wyskoczyła, szybko sflaczała, bo trafił ją pocisk.
Cywilne volvo poszło na bok. Yamaha balansowała, ale się przewróciła, a po niej przejechał tir i mamy marmoladę. Balistyk zbiera dowody. Pociski
6 mm. Pneumatyk. Zapytajcie go zresztą sami. Bartek! - wydarł się
Bargiel.
Podszedł do nich zasmarkany mężczyzna tuż po trzydziestce. Był ubrany w kurtkę moro i bojówki.
- Jak pan to ocenia? - zapytała Anna.
- To nie była wiatrówka na wróble. Waham się pomiędzy Career Ultra 9 mm
200 J lub Career Dragon 240 J.
- Niedopuszczone bez zezwolenia?
- Absolutnie, pani nadkomisarz. A i z zezwoleniem niekoniecznie. To nowa
broń gangusów - splunął. - Córka mafiosa, co ją znaleźli w okolicach
Kampinosu, miała dziurę w czaszce od pneumatyka. Załatwili dziewczynę z przyłożenia. Oddanie ze stosunkowo małej odległości strzału w kierunku
człowieka może wyczerpywać znamiona przestępstwa artykułu 160 Kodeksu
karnego. Mimo że się zakłada, że pocisk od pneumatyka mniej penetruje
ciało, czyli z założenia jest nieśmiercionośny. Choć ja uważam, że
Career Dragon 240 J wchodzi w tkanki jak w mydło.
- Artykuł 160: "Narażenie na niebezpieczeństwo utraty życia lub
ciężkiego uszczerbku na zdrowiu" - przypomniał Sławek. - Sprawca jest
zagrożony karą pozbawienia wolności od trzech miesięcy do pięciu lat.
- Anno, karabinki poniżej 17 J są wydawane bez zezwolenia, ale
rejestracja zawsze obowiązuje - powiedział podkomisarz Tomasz Bargiel.
- Czasem znacznie obniża się ciśnienie nastawne w stosunku do parametrów
fabrycznych broni, ale nawet wtedy rejestracja jest dobrze widziana -
uściślił balistyk Bartek. - Karabinków poniżej 17 J nie uznaje się za
broń, ale w sumie to tylko semantyka... Niby są bezpieczne, ale race też
niby są bezpieczne. Chyba że je sobie postawisz pod dupę albo się nad
racą pochylisz.
- Kto się tym zajmuje? Obniżaniem?
- Ja. I chyba jeszcze trzech gości. Komenda Główna ma spis
przedsiębiorstw posiadających urządzenia do określenia energii wylotowej
pocisku.
- Nie zna ich pan?
- Nie. - "Za szybka odpowiedź", przemknęło Annie przez głowę.
- Ciekawe, czy mierzą też nośność pistoletów do uboju bydła - zażartował
Sławek.
- Ja nie mierzę - odpowiedział poważnie Bartek.
- Mamy jakieś 500 tysięcy sztuk zarejestrowanej broni ostrej, a gangusy
wzięły się za pneumatyki? Tylko mnie nie przekonujcie, że są łatwiejsze
do zdobycia. Bo widzę, że z nimi jest masa pierdolenia - żachnęła się
Anna.
- To nowa zabawka. I stała się modna - stwierdził balistyk.
- Takie chłopięce tamagotchi?
Nie odpowiedzieli.
Normalny ruch już przywrócono. Wszyscy znowu mogli się śpieszyć albo
stać w korkach. W klaksonach nie było nic niepokojącego. Zew miejskiej
frustracji, w sumie nudny, jeśli ma się w sobie serce zblazowanego
mieszczucha. Opony rozcierały piasek - posypano nim ciemniejszą plamę na
asfalcie. Słońce wydobywało iskierki, których źródłem były ziarna szkła,
nie do rozpoznania z wysokości wiaduktu. Annie lekko kręciło się w głowie, spaliny jej nie przeszkadzały, a zapach benzyny nawet lubiła.
Przesunęła dłonią po poręczy wiaduktu, była ciepła. Ktoś wymalował na
niej markerem oko w piramidzie. Nadzieja umiera ostatnia, a jeszcze
później poczucie humoru.
- Kto by wpadł na to, żeby strzelać z wiaduktu? - mruknęła.
Stojący obok Sławek roześmiał się:
- Nie udawaj pierwszej naiwnej. Ludzie ciągle robią takie rzeczy. To jak
hazard.
- Hazard? - starała się ukryć urazę w głosie. - Raczej ucieczka przed
odpowiedzialnością.
- Rozładowanie frustracji i niepokoju. Jak hazard. Przy złudnym poczuciu
kontroli. Kiedy trafiał, mógł czuć się jak Bóg.
- A kiedy nie trafiał?
- Zwyczajny niefart. Następne rozdanie może przynieść nową szansę.
- A jest w tym wszystkim miejsce na człowieka?
- Nie. Gdyby było miejsce, zeskrobywalibyśmy z asfaltu strzelca. Ale
wtedy nie byłby strzelcem tylko samobójcą. Pozbawiłby siebie racji bytu,
skacząc.
- Samobójstwo. Jedyny problem filozoficzny, jaki współcześnie pozostał -
Anna postawiła kołnierz kurtki bosmanki. Wiatr się zmienił i zacinał
paskudnie. - I jedyna możliwość odzyskania kontroli w życiu - przerwać
je.
- Ooo, widzę, że jesteś w temacie... W sumie kto, jak nie ty?
- Co?! - obróciła się gwałtownie do jego uśmiechniętej twarzy.
- Nie mów, że cię nie kusiło... - zajął jej miejsce przy poręczy i spojrzał w dół. Spaliny wirowały w powietrzu.
- Nie, nigdy.
- Oczywiście. To by była też przerwa w bólu, Anno. A ty za bardzo lubisz
ból.
Zaczerwieniła się gwałtownie. Wstyd, trzeba pragnąć radości, nawet jeśli
jej nie ma. Nawet jeśli jest niedostępna. To mało ambitne zadowalać się
bólem, kiedy ten jest na wyciągnięcie ręki.
Potarła oczy. Przez tę chwilę nie była nadkomisarzem, była zwyczajną
Anną. Człowiekiem, który potrzebuje zrozumienia i ciepła:
- Wychowywałyśmy się z Ewą w wieżowcu mrówkowcu, we wspólnym pokoju.
Miałam dwie lalki ze szmatek. Ewa oddała mi swoją, nie chciała jej.
Utrzymywała, że jest za duża na lalki... Wyrzucałam obie lale przez
balkon. Chciały skończyć ze sobą. Równocześnie. Ich plastikowe twarze w końcu stały się popękane... Kiedyś wracałyśmy z Ewą ze szkoły. I zobaczyłyśmy, że pod balkonami tłoczą się sąsiedzi. A przynajmniej
próbują, bo milicja im nie pozwalała. Gapili się na dużą srebrną
płachtę, błyszczała w słońcu. Wtedy nikt nie pomyślał, żeby taką płachtę
NRC nazywać kocem ratunkowym... Czasem nie ma po prostu czego ratować,
Sławek. A wtedy... Sąsiad z dziewiątego piętra, miły dziadziuś, skoczył. Z balkonu, na rabatki mojej mamy Marii.
- Twojej mamy. Obrzydliwe i satysfakcjonujące. Co zrobiła Ewa?
- Stanęła za mną i zasłoniła oczy. Mówiła, że nie mogę patrzeć. Że będą
mnie bolały oczy, jak zapatrzę się w to światło podrygujące na folii. A potem już zawsze będę widzieć czarne plamy, kiedy spojrzę na cokolwiek
innego.
- Pizda miała rację.
Po południu Anna zwołała najbliższych podkomendnych do pokoju komisarzy
na szybkie podsumowanie sprawy.
- Pola, podaj przepis o tych pneumatykach - rozkazała. Aspirantka była
przygotowana. I nawet nie zapomniała oddychać, kiedy recytowała przepis:
- "W rozumieniu ustawy bronią pneumatyczną jest niebezpieczne dla życia
lub zdrowia urządzenie, które w wyniku działania sprężonego powietrza
jest zdolne do wystrzelenia pocisku z lufy lub elementu ją zastępującego
i przez to zdolne do rażenia na odległość, a energia kinetyczna pocisku
opuszczającego lufę lub element ją zastępujący przekracza 17 J".
Sławek głośno i nawet trochę rozpaczliwie zamuczał, a Tomek parsknął
śmiechem.
- Pola posiedzi sobie w cieple i sprawdzi rejestry broni pneumatycznej,
rusznikarzy i sklepy z militariami - zarządziła Anna.
- Zaopatrzyłabym się jeszcze w spis lombardów - powiedziała czarnowłosa
aspirantka.
- Dlaczego? - miauknął Sławek.
- Bo to często pasernie.
- Pola wytypujesz te twoim zdaniem najsensowniejsze, potem Sławek je
przejrzy. Ma większe życiowe rozeznanie.
Pola opuściła głowę. Została skarcona.
- A wy, panowie, nim się zmyjecie, opowiecie mi jeszcze o innych
tamagotchi i ich ukrytych atrakcjach: Air Soft Gun...
- Kolekcjonowanie i strzelanie z replik broni klasycznej - Pola
podniosła głowę.
Anna roztrzepała grzywkę.
- Paintball, gry terenowe, pokoje gier.
- A co pokoje gier mają z tym wspólnego? Niech ci Tomek poopowiada, ja
idę zadzwonić do drogówki, czy koleś z wiaduktu nie przemazał się na
jakiejś kamerze przemysłowej - stwierdził Sławek. Już nie był w humorze.
Następnego dnia o tej samej porze policjanci mieli już coś więcej do
powiedzenia, ale dla Anny to było za mało. Przez cały czas czuła
narastającą irytację.
- Co ze strzelcem? - zapytała Sławka.
- Oficjalnie rusznikarze mówią, że jak mają pneumatyki do przeróbki, to
standardowe gówna, nie careery.
- Pola, a jak w lombardach?
- Sprzęt AGD i wędki.
- Tomek, fora internetowe? Co piszą użytkownicy?
- Wywiązała się dyskusja, czy jak ktoś sięgnął po pneumatyka, to może
przerzucić się na broń ostrą. I w drugą stronę: czy jak ktoś nie ma do
niej dostępu, to czy - aby spuścić z krzyża - sięgnie po sportową.
- I?
- Uważają, że pneumatyki to zabawa dla bogoli. A jak trzeba zrobić
porządek ze światem, to zawsze jakiegoś obrzyna się znajdzie -
zameldował podkomisarz Tomasz Bargiel.
- I oni to tak z legalnych kont? - Sławek się uśmiechnął.
- Tak. A później dyskusja zeszła na hamburgery.
- Co proszę? - zapytała Anna.
- Na ich rozmiar. Wszyscy kochają Michaela Douglasa. Wiecie, ten film
Upadek...
- We Francji w zeszłym tygodniu - zaczęła Pola - ktoś strzelał do
obsługi w bistro, bo za długo czekał na zestaw śniadaniowy.
Anna pomyślała, że są takie dni, kiedy tylko myśli o tym, żeby
zastrzelić cały świat. Ze sobą na końcu. Pozostawiła służbowe dyrektywy,
zabrała Sławkowi kluczyki do nieoznakowanego policyjnego volvo. Nie
lubiła prowadzić, a komisarz nie lubił jej na to pozwalać. Jednak dziś
postąpił odwrotnie niż zwykle.
Anna nie lubiła prowadzić i nie lubiła ćwiczyć na strzelnicy.
Powiedziała wszystkim "ciao" i wybrała się do Rembertowa, gdzie
prowadzono dla policji kursy strzeleckie.
Już od całych dziesięcioleci nie używano naboi z kordytem. Anna nie
pamiętała, bo i nie mogła pamiętać, innych nabojów jak te bezdymne, ale
gdyby ją ktoś zapytał, mogłaby przysiąc, że na strzelnicy unosił się
dziwny chemiczny, cierpki smród. Podeszwy jej sportowych butów tarły o matowe linoleum, a w dłoniach czuła ciężar broni, z której wyraźnie biła
woń smaru. Pamiętała, kiedy po raz pierwszy wzięła do ręki
pozaregulaminowe magnum. Było takie ciężkie... Prawdziwa maszyna do
zabijania. Cudo w porównaniu z każdą inną bronią krótką, którą znała i której używała na służbie. Szacunek i wilgoć pomiędzy udami, tak wtedy
zareagowała. Magnum leżało potem na okrągłym przedwojennym stoliku, w cieniu, bo zasłony mieszkania w kamienicy były zasunięte. A Anna
popatrywała na nie z zapadniętej kanapy, na której kopulowała z rusznikarzem i instruktorem strzeleckim w jednym.
Zdjęła nauszniki i zaczęła wygrzebywać watę z uszu.
- Na pewno chcesz zobaczyć tę katastrofę? - instruktor Janusz Zawadzki
trzymał rękę na wajsze. Jeśli ją opuści w dół, po szynach z końca sali
podjedzie karton z celem.
- Obejdzie się - wiedziała, że strzela fatalnie. Janusz skrzywił się
lekko. Wciąż nie był bardzo stary. A nadkomisarz wiedziała, że ma jędrny
tyłek, a jego lędźwie potrafią pracować jak tłoki.
- Sprawdzałem, nie masz odpowiedniej liczby wystrzelanych godzin -
powiedział z udawaną troską.
- Rok niedawno się zaczął.
- Mówię o zeszłym - uściślił.
- Robiłeś na nielegalu careera? - dopytywała się nadkomisarz.
- Jak ktoś ściąga careera, to go nie osłabia.
- A pomagałeś w ściąganiu?
- A dlaczego miałbym ci o tym powiedzieć, Anno? Bo inaczej na mnie
doniesiesz?
- Z sentymentu.
- Z sentymentu to ja leczyłem grzyba, którym mnie zaraziłaś.
- Może ty mnie? Po drugie, prawie ci się oświadczyłam, w domu uczono
mnie, że jak chłopak wpędzi dziewczynę w ciążę, to jej się oświadcza. A jak dziewczyna jego w grzyba, to ona jemu.
Zmniejszył dystans. Anna pomimo chłodu była w za dużym podkoszulku,
gwarantował jej swobodę ruchów. Janusz zaczął głaskać jej pierś. Złapała
go za kciuk i odsunęła. Kurwa, jak to jest, że faceci zawsze uważają, że
jak poszło się z nimi do łóżka, to zyskują dożywotni abonament na twoją
cipkę? A przynajmniej do czasu, kiedy ona się im nie znudzi.
Starała się być miła i ostrożna. Kolejna strategia.
- Gangusy upodobały sobie pneumatyki czy może to złote dzieci z Konstancina?
- Złote dzieci z Konstancina są jak wyprane pieniądze. Wyprane
pokolenia...
- Może nie do końca idealne.
- Rodzice wolą, żeby zabawiały się gumowymi kulkami. Boli, ale jest
bezpieczniej - stwierdził Janusz.
- Bez osłony gumowe kule są bardzo niebezpieczne.
- Jeśli zajumali z magazynu prewencji gumowe kule, to i dobrali kilka
osłon.
- Tak???
- Nie pamiętasz tej sprawy sprzed kilku miesięcy, kiedy zabito kadeta na
ćwiczeniach broni długolufowej? Inny kadet uzbroił karabinek w pociski
mieszane. Są identyczne z wyjątkiem koloru kryzy. Wtedy się rypło, że w ogóle była jakaś kradzież.
- Umorzone?
- Nie wiem. Może poszło wyżej. Wiesz, nie ma co robić sprawy...
Pocałowała go w usta.
- Ja po prostu chcę wiedzieć, kto był na wiadukcie - zapewniła jego i siebie.
3. Kobieta, która go obsługiwała
Przecież jest cicho, ale ona ma wrażenie, że noc na nią ujada. Obudziła
się przed chwilą, cała mokra od potu. Nie musi sprawdzać na zegarku, że
jest gdzieś pomiędzy drugą a trzecią. W pustce. Anna Wilk wbiła wzrok w czarną dziurę nad sobą, wierząc, że gdzieś tam jest sufit, a wyżej
niebo. Ona sama, a wokół niej, w tych domach, pudełkach na ludzi,
tysiące innych samotności i koszmarów sennych, które - chwała Bogu - nie
potrafią się zsumować. Czy raczej: sumują się raz na kilka pokoleń i wtedy przychodzi kataklizm. Odrzuciła mokrą grzywkę z czoła, była pewna,
że to, co jej się śniło, nie było koszmarem sensu stricto, więc co
takiego ją przeraziło? I dlaczego, choć sen powtarzał się regularnie,
wybudzając się, nie pamiętała go już?
Wstała i zadrżała z zimna. A przecież kaloryfer miała odkręcony na
full, aż wieczorami szyby zachodziły mgiełką. Zima nie chciała
odpuścić, Anna czuła się zatrzaśnięta w tej parszywej porze roku jak w Cube. Nasłuchiwała, ale oddechu Kasi nie było. Nie potrafiła się
przyzwyczaić do tego, że najmłodsza, przyrodnia siostra już z nią nie
mieszka. Wystarczyło kilka tygodni razem, aby Anna w jakimś stopniu się
od Kasi uzależniła, i teraz z bólem, którego w ogóle się nie
spodziewała, przyjmowała nieobecność tamtej. Nieznośnej, zaniedbanej
narkomanki z potężną głową i charakterem bezpańskiego psa, któremu jest
dobrze wszędzie, gdzie czeka kocyk i parówka... Źle, gdy czułości lub
wrzaski zaczynają przenikać przez wygarbowaną doświadczeniem skórę. Anna
zbyt dużo wrzeszczała czy zrobiła się zbyt czuła? Nawet o tym nie
pomyślała, choć była drugą z sióstr Wilk, cierpiącą na patologiczny lęk
przed bliskością. Nawet teraz, w tej rozdzierającej samotności, mogłaby
go doświadczyć, choć brzmiało to jak absurd. Jedyną wolną kobietą od tej
przypadłości była najstarsza z Wilkówien - Ewa. Nie żeby była ideałem.
Może ominęły ją złe geny ojca, generujące dzikość, brutalność i uzależnienie, a także nadmiernie rozwinięty intelekt; za to po matce
Marii, którą dzieliła z Anną, wzięła głodną seksualność, a przede
wszystkim zasłaniającą cały horyzont prozaicznego życia wybujałą
potrzebę, aby oto być królową dramatu. Anna nienawidziła za to siostry.
I trochę też za to, że teraz Kasia przeprowadziła się do niej.
Wstała, poruszała się ostrożnie, bo jej ciało wciąż było na nieświadomym
poziomie karmione myślą, że tutaj wprost na podłodze, w kokonie z kołdry
może polegiwać Kasia. Zapaliła światło: wąska przestrzeń taniego dywanu,
który prosił się o odkurzanie. Nadkomisarz Anna Wilk już nie zaśnie.
Pora na to, aby zaparzyć kawę, wziąć prysznic i przebimbać czas
pozostały do służby, oglądając pornochy na tablecie albo czytając
płaczliwe wpisy na kobiecych forach, przez które ma, kurwa, tyle pracy.
Nie żeby mężczyźni byli lepsi, niewiniątka - te skurwiele nie dawały jej
żyć ani dniami, ani nocami. A jeśli którykolwiek z nich - policjant,
prokurator, kochanek, syn, ojciec, przechodzień - nazwałby ją Anią albo
spódnicą (jak zwyczajowo nazywano gliniarki), zabiłaby gnoja, tak
prędko, że nie dostrzegłby nawet, że umiera.
Tymczasem kilkadziesiąt kilometrów dalej, w małym białym domku w podmiejskim siole dla nowobogackich, Kasia też nie mogła spać. Rękami,
które jeszcze nie drżały, zwijała skręta. Wcześniej posypała gównianej
jakości trawę pokruszonym przeterminowanym oksykodonem, który znalazła w łazienkowej apteczce obok zaśniedziałych cążek do paznokci. Apteczka
była w łazience, w której obecnie Kasia rezydowała. W zasadzie nie była
to łazienka, a raczej krzyżówka pomieszczenia z wielką pralką, małą
kabiną prysznicową i składzikiem na szczotki, którego jedne drzwi -
drewniane i ciężkie, ze sztabą - wychodziły wprost na ogród. Drugie zaś
- do sypialni z balkonowym przeszkleniem otwierającym się na brukowany
podjazd. Obok był - o stopień wyżej - nieużywany gabinecik i dopiero
potem drzwi, z których wychodziło się na rodzinny parter, w pierwszej
kolejności reprezentowany przez kibelek, a w drugiej przez wielką szafę
regałową wypełnioną od góry do dołu kompletami naczyń. Topografia domu
była bardzo ważna, a przynajmniej taka wydawała się Kasi. Ewa umieściła
ją w czymś, co nie było niczym innym jak dobudówką. Miejscem, do którego
zsyła się niewiernego męża, aby go pognębić, ale jednocześnie mieć w zasięgu krzyku. Miejscem, które może zajmować siostra narkomanka - niby
przyjęta do rodziny, a jednak na pewnych warunkach... Kasia wsłuchała się
w trzeszczącą jarzeniówkę: u Anny nigdy nie pozwoliłaby sobie na jaranie
i nie dlatego, że tamta była policjantką. U Anny wszystko było dziwne,
ale do tamtego M-3 hipokryzja nie miała dostępu. A tutaj hipokryzja po
prostu dusiła. Dusiła wszystkich - dwie małoletnie córki, męża ciągle
poza domem, a nawet Ewę, która próbowała zerwać z nią niby z nałogiem.
Kaśka nie zdążyła odsunąć zasuwy i wziąć pierwszego bucha w swoim małym
nocnym ogrójcu, kiedy zorientowała się, że ma gościa. Jej siostrzenica
Klaudia stała w przepisowej piżamce z H&M i gapiła się - nocna zmora
- na ciotkę ze skunem przygotowanym do odpalenia łącznie z marzeniami o błogiej obojętności.
- Dasz macha?
Kaśka nie raczyła nawet odpowiedzieć. Te gówniary oglądają zbyt wiele
agresywnych kreskówek. I jeszcze jest cukier dosypywany do wszystkiego.
Zaćpane towarzystwo.
- Idziesz do ogrodu? - zapytała dziewczynka, patrząc na szczerbatą,
wysoką ciotkę okutaną w wojskowy płaszcz, w czapce z pomponem i...
pantoflach. - Lepiej to zdejmij, bo się zapocisz.
- Czego chcesz, dziecko?
- Nie będę budzić Zośki - wspomniała o młodszej siostrze. - A matka
znowu gdzieś pojechała... Nie chcę być sama.
- Nie słyszałam.
- Samotności się nie słyszy - powiedziała młoda rezolutnie. - Ona po
prostu jest.
- Nie słyszałam samochodu ani bramy.
- Czasem tak masz. Czasem jesteś, ale w ogóle cię nie ma.
Ile lat mogła mieć ta mała istota, młode ludzkiego gatunku? Siedem czy
jednak osiem?
Kaśka zrzuciła płaszcz, pod nim miała koszulkę z Garfieldem i napisem:
"My Valentine". Usiadła.
- Ja postoję, skoro starym nie chciało się tutaj stawiać klozetu -
powiedziała Klaudia.
- Jesteś pewna, że niczego nie jarałaś?
Młoda z dziecięcym namaszczeniem pokręciła głową.
- Czyli Ewa wyjechała...
- Ale po nocy to ona do swojego faceta nie jeździ.
- Skąd wiesz o facecie?
- No przecież od Laury. Naszej opiekunki, przed którą się chowasz.
- Przed nikim się nie chowam.
- Jak wróci ojciec, będzie wściekły - i o ciebie, i o chłopaka matki. Ty
pewnie się wyprowadzisz, ale jak matce nie przejdzie, to co...?
- To co... - powtórzyła Kaśka na ułamek sekundy przed tym, jak zaciągnęła
się blantem.
- I co z nami będzie? - poczuła, jak siostrzenica się do niej przytula.
I co z wami będzie?
Wanna... Kiedy była w żałobie po Mateuszu - po synu, który utonął na jej
oczach w basenie, musiała zdobyć się na jedną rzecz... Pomimo odrętwienia...
Pozbyć się z domu wanny. Wiedziała, że nie zniesie widoku żadnej
stojącej wody. Nawet kałuże doprowadzały Annę Wilk do mdłości.
Teraz miała prysznic. Ciemne kafelki. I nawet duże lustro, w którym
obserwowała zmiany, jakie zachodziły w jej ciele. Po nocnej kąpieli
lustro zaszło mgłą, przetarła je dłonią. Oto ona. Średniego wzrostu,
wysportowana, ale bez przesady. Raczej bonus od natury niż efekt
zamierzonego wysiłku. Proporcjonalnie zbudowana. Ciało lalki, ale bez
zniekształceń, jakich oczekuje się po Barbie. Do długonogich kobiet
należały Ewa i Kasia, Anna nie. Zwyczajne piersi. Okrągłe biodra, dzięki
którym talia wyglądała na bardziej wciętą, niż była. Nie miała rozstępów
na brzuchu, ciąża rozłożyła je na krzyżu i pośladkach. Jasna szatynka z grzywką. W zasadzie to jest coraz bardziej siwa. Zimny odblask włosów,
ta ludzka patyna pokrywająca miniony czas.
Ramiona zdecydowanie pochylone. Wyprostowała się. Opuszczone ramiona są
jednym z psychofizycznych objawów przejścia głębokiej traumy. Anna ją
przeszła, i to niejedną. Gapiła się na siebie, na cały ten bagaż mięśni,
kości, skóry, smutków. Nie chciała być smutna, chciała być obojętna.
Jednak nie da się stworzyć człowieka z kamienia, zawsze tylko z popiołu,
gliny i śliny.
Zarejestrowała, że podobnie pochylone ramiona ma jej podwładna, starsza
aspirantka Pola. Nie znała niskiej, wytatuowanej brunetki zbyt dobrze.
Komendant Bohdan Hwierut przyjął ją ledwie rok przed tym, nim poszedł na
przedłużające się zwolnienie. Było to przeniesienie, mówiło się o protekcji. Pola zachowywała się, jak na razie, całkiem normalnie. To
znaczy zdarzały jej się okresy wycofania, a od czasu do czasu
przychodziła na posterunek zła, ale dla Anny to właśnie oznaczało
normalność. Była przekonana, że Pola jej nie lubi. Brak sympatii kobiet,
przykre, ale w końcu daje się znieść. Gorsze było oczekiwanie, aż
starsza aspirantka coś wywinie i w końcu Anna przekona się, czemu
dziewczynę przeniesiono z Cieszyna do Warszawy. Miało to znamiona
awansu, ale może awansem w ogóle nie było? Anna w każdym razie czekała.
Nadkomisarz wiedziała, że - w przeciwieństwie do mężczyzn, wytresowanych
do wspólnych łowów - kobiety tak naprawdę gwiżdżą na hierarchię. Zdają
się podległe, ale to kwestia socjalizacji. Kiedy tamy wychowania,
wgranych kompleksów niższości i przemocy puszczą, są nie do opanowania.
Jak niewolnicy Spartakusa.
Anna zdawała sobie sprawę, że najlepiej tę specyfikę kobiecego
zarządzania grupą i wzajemnych interakcji oddają kobiece więzienia.
Bunty w kobiecych więzieniach zdarzają się bardzo rzadko. Kobiety
pilnują kobiet.
Prędko wywąchują zmiany, które mogą doprowadzić do katastrofy. W kobiecych więzieniach pozwala się więźniarkom i klawiszkom na całą masę
pierdół. Byle się rozładowały. Inaczej... Żeby ogarnąć bunt w więzieniu
męskim, wystarczy dogadać się z przywódcą albo go odstrzelić. Zniszczyć
jego autorytet przywódcy stada. U kobiet przywództwo jest bardziej
labilne i bardziej podzielone. I kobiety są okrutniejsze, kiedy im na to
pozwolić. A czasem się pozwala, jak i na firaneczki, poduszeczki,
herbatkę w ulubionym kubku... Często własną odzież. Zniszczysz
przywódczynię, na jej miejsce zaraz pojawią się dwie, trzy następne i będą cię tak zalewać fala za falą, fala za falą. A dyrektorowi, co
ciekawe - rzadziej dyrektorce, pozostanie tylko czekać, aż się zmęczą...
Tak, rzadko kiedy wybuchają bunty w kobiecych więzieniach.
A czy kobiety lubią być więzione? Lubią być ofiarami? Rozprzestrzeniła
się taka powszechna bzdura. Powszechna bzdura ma zaś moc zaklęcia. Ale
jest i przeciwzaklęcie. Znajdziecie je w baśni Andersena: Król jest
nagi!
Anna była naga i przypominała sobie, kiedy nago widziała komisarza
Sławka Jarosińskiego. Siedzieli razem w jego wannie. Anna była
odprężona. Lekko nawalona po winie. Lekko nasycona po kolacji, którą
mężczyzna sam przygotował. "Co jest grane?", zastanawiała się. "Kiedy on
mi przypierdoli? A może już to zrobił, zmuszając mnie, żebym weszła do
wanny? Żebym klęczała w wannie, pomiędzy jego rozsuniętymi nogami, i obciągała mu fiuta? Prychała wodą, traciła oddech, ssała i miała z tego
przyjemność". Nie pozwolił jej doprowadzić sprawy do końca. "Białko się
ścina" - szepnął jej chłopięcą tajemnicę prosto na uszko. Wyszedł,
otrzepał się jak pies, a później wyciągnął ją z wanny. Śmiała się.
Zabrał ją do pokoju, położył na łóżku i takiej czystej, takiej wymytej,
wymoczonej, aż porobiły jej się "praczki" na opuszkach palców,
zafundował minetę życia. Krzyczała. Wszedł w nią gwałtownie, kiedy była
cała lepka i śliska. Ściskał jej ręce, które wyciągnął za poduszkę ku
górze. Kiedy znowu doszli, nie klepnął jej zwyczajowo w biodro i nie
kazał wyjść. Ewentualnie kawa i "pa, dzwoń, Anno, po Ubera". Pozwolił
jej leżeć obok. Pozwolił zasnąć. Powiedział: "Śpij, co będziesz wracać
po nocy?". Zupełnie jakby tyle razy wcześniej miał z tym jakiś problem.
Pozwolił zasnąć, ale Anna długo nie zasypiała. Słuchała, jak Sławek
oddycha, wąchała go, uczyła się oddechu. Niby akurat to znała z hoteli,
ale teraz było jakoś inaczej... Zresztą, bądźmy szczere, i z hoteli
potrafił ją wypraszać albo ulatniał się, kiedy ona się myła. W końcu
zmorzył ją sen. I nie śniła żadnego koszmaru. A rano patrzyła, jak on
się goli i słońce za oknami było jakieś jaśniejsze. I zjedli razem
śniadanie, jak normalni ludzie. Ponieważ była to niedziela, na upartego
mogliby ją spędzić razem.
- To ja już sobie pójdę - powiedziała Anna, kiedy dwie godziny dzieliły
ich od południa.
Gdzie w tym wszystkim był haczyk?
Ewa jak zwykle musiała zatrzymać czerwoną mazdę przed kutą bramą. Ta
była zepsuta i trzeba ją było otwierać ręcznie z panelu ukrytego w załamaniu muru, który latem porastał roślinnością. Kobieta aż sapnęła z irytacji. Miała ochotę zakryć sobie uszy, z takim skrzypieniem - godnym
taniego horroru, drzwi przed nią się otwarły. Wróciła do auta. Nie
ruszała jednak, oparła głowę na kierownicy. Kiedyś byli bogaci. Teraz
wszystko się sypało. To znaczy jej życie małżeńskie sypało się już
wcześniej, ale mogła zaszpachlować ten fakt remontem pokojów, nowym
meblem, nawet jakąś sztuką nabytą w jednej z cudownie aroganckich
warszawskich galerii. Teraz nic. Przejechała przez bramę. I nie
wysiadła, aby ją zamknąć. Zerknęła w boczne lusterko. W ledwo co
rozjaśnionym światłami podwórku majaczyła rozwarta gęba jej posesji. Nie
mieli psów, więc Ewa nie bała się, że uciekną i pójdą w wieś, którą
nuworysze uparcie nazywali wiejskim siołem, a tak naprawdę była to
nowsza część Józefosławia. Córkami się nie martwiła. Czyż nie było z nimi Kasi? Ta to poradzi sobie wszędzie.
Ewa miała ochotę wrzeszczeć, ale tylko pojechała przed siebie. Jeszcze
nie pora wracać. Potrzebowała czasu dla siebie. Przez moment miała
wrażenie, że w cieniu pokrzywionego drzewa majaczy jakiś ludzki cień,
ale uznała, że to nie może być prawda. Przewidzenie. Albo to tylko
włóczęga Julian. Okoliczny dziwak.
Julian był suchy jak pień, a jego skóra tak szara, że aż niebieska, jak
drelich, który nosił w piątek i świątek. Julian skończył czterdziestkę,
ale Ewa roześmiałaby się, gdyby ktoś zasugerował, że są rówieśnikami.
Nie żeby się genialnie trzymała (ale na pewno, biorąc pod uwagę metryki,
lepiej od swoich sióstr - wciąż była zadbana), ale Głupi Julian wyglądał
na sześćdziesięciolatka. Głupi Julian - tak nazywali go miejscowi, bo
obok "sioła" żyły sobie niedobitki ze wsi, na którą miasto rozpoczęło
najazd po upadku komuny. Głupi Julian, tak mówili w sumie już wszyscy,
także świeżaki. Ewa niewiele więcej o nim wiedziała, tylko to, że jest
zniszczony i cierpi na jakiś niedorozwój. Miał być też łagodny, a przynajmniej tak utrzymywała wieś. Jedyne co, to czasem, nawet w taki
ziąb jak teraz, potrafił się snuć nocą po wsi. Po "siole"! A co, ona też
się snuła. Tak, Juliana można było bezpiecznie zignorować.
Co innego najbliższego sąsiada, Wojtka Mazowieckiego. Ten trudnił się
zakupem i sprzedażą mieszkań oraz dystrybucją win. Poza tym stale
znajdował się na liście najbogatszych Polaków. Jego trudno było
zignorować. Mógł stanowić dla Ewy deskę ratunku. Sympatyczny facet, nie
wywyższał się, ani on, ani jego żona. Blondynka w kosztownym kolorze
blondu, który pojawia się na włosach bogatych pań gdzieś po
trzydziestce... Nie mieli dzieci, za to trzy ogromne psy. Ewa starała się
przejechać obok ich muru cicho, cichuteńko, ledwo tocząc koło za kołem.
Niepotrzebnie. Cisza. Niby banda mastiffów, a pewnie każdy z nich teraz
rozłożony swobodnie i wiernie przy łożu pańci i pańcia.
Wystrzeliła do przodu, do głównej drogi, po której jeździły mikrobusy, a nawet od czasu do czasu kursował autobus. Nie miała żadnego określonego
celu przed sobą. Nie mogła jednak - pieniądze! - wyjeździć zbyt wiele z baku. Za jakiś czas zatrzyma się i tak sobie posiedzi. Odkąd Kasia była
w domu, Ewa skróciła o połowę dyżury Laury. Była pewna, że tamta za
chwilę zrezygnuje z pracy. Teraz to Kasia, a nie opiekunka, prowadziła
dziewczynki na mikrobus, który podwoził je wprost pod szkołę. A później
wychodziła na przystanek, kiedy miały wracać. Ewa prawie w ogóle dała
sobie spokój z odwożeniem mazdą córek do szkoły i szkolnej zerówki. Nie
chciała stykać się z innymi rodzicami. Szkoła była społeczna, Ewa nie
miała hajsu, żeby rywalizować z ambitnymi matkami. Wciąż miała jeszcze
męża fantastę, w wersji łagodniejszej zwanego mężem z pomysłem - od jego
wycieczek survivalowych na odległe kontynenty. Jak kolorowych ptaków w ogrodzie, spodziewała się go na wiosnę. Wtedy pomyśli... Wtedy...
Długo nie docierało do niej, że faktycznie zostali bez pieniędzy. Te
banki, te kredyty, te marzenia... Jest drożyzna na marzenia. Andrzej
długo nie puszczał farby. W sumie to zrozumiała, że jest naprawdę źle,
kiedy odmówił jej sześciu tysięcy na nową szafę do przedpokoju. "Podobno
jesteśmy bogaci, a mój mąż nie chce mi dać 6 000 pln na nową szafę do
przedpokoju". Pamiętała słowo w słowo to, co napisała na FB. Co ją
napadło? Chciała Andrzeja upokorzyć? Myślała, że się nie dowie? Liczyła
na współczujące komentarze? Nie doczekała się. Czując po równo wstyd i rozczarowanie, zlikwidowała profil. Ale Andrzej i tak się dowiedział...
Próbowała się przed nim bronić, krzyczeć, że ma depresję, że bogate
kobiety też mają depresję. Awantura skończyła się w ten sposób, że Laura
została wyproszona z dziewczynkami na spacer wokół sztucznego jeziora, a Ewa - klęcząc na podłodze w kuchni - robiła mężowi loda. Krztusiła się i myślała o tym, że musi znaleźć odpowiednio duże ciemne okulary, żeby
zakryć puchnący policzek przed perfekcyjnymi mamami, kiedy jutro... Tak
się na tym problemie zakręciła (najpierw na problemie, dopiero potem na
fiucie), że przez chwilę nie rozumiała, co - sapiąc - cedzi Andrzej.
"Nie jesteś już bogatą kobietą... Nie jesteś już bogatą kobietą...". Dobra,
depresji też nie miała. Umarła ze szczęścia, kiedy znajoma, żona
prokuratora Mikołajczyka, załatwiła jej pracę psychologa na
komisariacie. Miała wspierać ofiary przestępstw i nie podlegać policji.
Tym bardziej super, że p.o. komendanta komisariatu okazała się jej
rodzona siostra Anna. Cóż, darowanemu koniowi nie zagląda się w zęby... A później pojawił się Witek... Przekroczył drzwi jej gabinetu wielkości
schowka na miotły. I Ewa się zakochała. Ciekawe, czy pozostawiona w domu
Kasia, zaprawdę gówniara i zaprawdę przyrodnia siostra, pomyślała, że
ten nocny rajd był rajdem do kochanka? Bo nie był.
Ewa zatrzymała się w jakiejś drogowej zatoczce. Nic. Nikogo. Zgasiła
silnik. Wolałaby, żeby padało. Żeby jeśli nie śnieg z deszczem, to żeby
chociaż lał deszcz... Wtedy na pewno nikt by nie zobaczył jej twarzy,
której sama nie chciała oglądać.
Witek - co ciekawe: były sportowiec jak jej mąż - okazał się cudowny w łóżku. Wszystko, co dla Ewy z Andrzejem było obrzydliwe, z Witkiem
stawało się romantyczne... Przy seksie otwierała oczy szeroko... szeroko! W innych sytuacjach zdrowiej byłoby je zaciskać. Była psychologiem, nie
mogła sobie wmawiać, że nie zauważyła, że Witek może jest tak trochę
fiutem. Choć czy potrzeba posiadania czyni z mężczyzny fiuta? Czy od
razu należałoby go nazwać żigolakiem? Może to była jednak zła diagnoza,
w końcu nie pożyczyła mu dotąd złamanego grosza. Może dała jakiś
komputer, o którym Andrzej zapomniał, a który pozostał z tak zwanych
dobrych czasów, ale nowego mu nie kupiła! Bo żywej, świeżej gotówy nie
miała. Po drugie, to było takie romantyczne: kupować jako para telefony
dla par... Zapłaciła kilka razy za kolacje i kino, ale tylko dlatego, że
sama miała ochotę pójść, a nie zdobyłaby się, by iść do kina w pojedynkę. Jakaś wystawa w Zachęcie... Wszystko dyskretnie, wszystko z obawą, wszystko z radością. Z urazą i miłością. Och, dlaczego była taka
biedna?! Dlaczego była zakochaną biedną kobietą! Wrzasnęła, a wrzask
odbił się od blachy samochodu i jazgotliwie powrócił, wbijając się jej
niby potłuczonym szkłem prosto w bębenki.
Chciała go uszczęśliwić.
Wrzasnęła po raz wtóry, ale już ze strachu, nie z frustracji. Ominął ją
samochód w pełnym pędzie. Za nim drugi. Poczuła kołysanie w szoferce.
Gnojki ścigały się, korzystając z mroku i pustej przestrzeni. Jeszcze
chwila i ściągną Ewie na głowę drogówkę, jakby była winna czemukolwiek
więcej poza miłością. Policję. Czy ona się boi policji? Nie może się bać
policji, skoro pięć dni w tygodniu melduje się całkiem ochoczo na
komisariacie...
Z Witkiem spotyka się już z mniejszą radością. Czuje gniew poprzedzający
wykorzystanie. Co może zdarzać się tylko psychologowi albo ofierze
przemocy domowej. Nawet tej incydentalnej.
Przypomniała sobie, jak stanęli przed jubilerem w Złotych Tarasach. To
nie była witryna z pierścionkami zaręczynowymi albo innym pożądanym
kobiecym drobiazgiem. Męskie zegarki. Witek wbił wzrok w sportową omegę
za pięćdziesiąt tysięcy złotych. A później przeniósł spojrzenie na Ewę.
W jego oczach było pytanie: jak by mi w nim było? Niedorzeczność i pożądanie. "Jak mi w nim jest?" - zapytał, kiedy podczas seksu założył
pierścień erekcyjny. Boże, ale on wtedy Ewę długo ruchał, zaruchał
prawie na śmierć!
Chodziła do niego do domu, do tej luksusowej, ale małej kawalerki.
Zdejmował z niej płaszcz i całował, a później od razu zabierali się do
rzeczy... Jednak nie tamtego razu. Zamachał jej przed nosem kluczem.
- Wyprosiłem od ciecia. Choć pokażę ci... - wziął ją za rękę, wyszli na
korytarz. Klucz pasował do mieszkania na tym samym piętrze.
- Sto osiemdziesiąt metrów. Cudo. Nie rozumiem, czemu się jeszcze nie
sprzedało - stąpała głucho po wycyklinowanym parkiecie, a on kolejno
otwierał drzwi do pokojów. Miasto majaczyło za wielkimi oknami. - Taka
okazja. Taka okazja dla nas... Ja nigdy nie dostałbym kredytu bez wkładu
własnego... Ale ty... Ale my...
Pokręciła głową.
- Mogłabyś się rozwieść. Czy nie należałaby ci się jakaś spłata?
Czy gdyby się rozwiodła, Witek ożeniłby się z nią? Kiedy zorientuje się,
że na domu ma hipotekę?
Udawała, że to przemyśli. Udawała też podczas seksu na tej nowiutkiej
podłodze. Powiedział jej, że jest sucha. Prawie się rozpłakała.
Rozpłakała się naprawdę, kiedy zaparkowała swoją mazdę i szła do niego z zakupami. Wychodziła właśnie zza węgła i raptem musiała się cofnąć... Z apartamentowca wyłonił się Witek. Opierał dłoń w cienkiej rękawiczce na
łopatce rachitycznego chłopca. Za nimi kroczyła bardzo młoda blondynka.
Podjechała taksówka. Otworzył blondynce drzwi, a dzieciaka uściskał.
Odjechali.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki