Kara to nie wszystko - Izabela Szolc

Kup ebooka

24.99 zł
21.06 zł (21,06 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

2. Do cie­bie po nie­bie szłam

Kiedy zatrzy­my­wali gra­na­towe poli­cyjne volvo, kara­wan ze zwło­kami moto­cy­kli­sty już odjeż­dżał. Wokół tira usta­wiano ostrze­gaw­cze trój­kąty. A robot­nicy pod­cze­piali lawetę pod oso­bówkę. Nie miała przed­niej szyby. Poduszka powietrzna wyglą­dała jak flak i nosiła ślady wciąż jasnej krwi. Gdzieś przed parą poli­cjan­tów wyrósł pod­eks­cy­to­wany pod­ko­mi­sarz Tomek Bar­giel i dawał znaki komi­sa­rzowi Sław­kowi Jaro­siń­skiemu, gdzie mogą zapar­ko­wać. Chłopcy i ich war­czące maszyny...

Nad­ko­mi­sarz Anna Wilk cie­szyła się, że tym razem omi­nęło ją oglą­da­nie trupa. Była dość stara, okrutna i iro­niczna, żeby wyobra­zić sobie ostat­nie chwile wła­ści­ciela yamahy. Jeśli cho­dzi o pozo­sta­łych uczest­ni­ków wypadku, nic wyobra­żać sobie nie chciała. Zbyt bole­sny i obrzy­dliwy pro­ces.

- Męż­czy­zna w oso­bówce jechał jako pierw­szy. Widział pru­jący motor, a w lusterku tira. Zakła­dał, że z moto­cy­kli­stą mogą być pro­blemy, dla­tego odru­chowo zaczął zjeż­dżać na pobo­cze. To praw­do­po­dob­nie ura­to­wało mu życie. Mówił, że wyda­wało mu się, jakby spadł grad. Potem szyba się roz­biła, chciał dać po hamul­cach, ale zro­bił manewr uni­ka­jący. Szarp­nęło, poduszka wysko­czyła, szybko sfla­czała, bo tra­fił ją pocisk. Cywilne volvo poszło na bok. Yamaha balan­so­wała, ale się prze­wró­ciła, a po niej prze­je­chał tir i mamy mar­mo­ladę. Bali­styk zbiera dowody. Poci­ski 6 mm. Pneu­ma­tyk. Zapy­taj­cie go zresztą sami. Bar­tek! - wydarł się Bar­giel.

Pod­szedł do nich zasmar­kany męż­czy­zna tuż po trzy­dzie­stce. Był ubrany w kurtkę moro i bojówki.

- Jak pan to oce­nia? - zapy­tała Anna.

- To nie była wia­trówka na wró­ble. Waham się pomię­dzy Career Ultra 9 mm 200 J lub Career Dra­gon 240 J.

- Nie­do­pusz­czone bez zezwo­le­nia?

- Abso­lut­nie, pani nad­ko­mi­sarz. A i z zezwo­le­niem nie­ko­niecz­nie. To nowa broń gan­gu­sów - splu­nął. - Córka mafiosa, co ją zna­leźli w oko­li­cach Kam­pi­nosu, miała dziurę w czaszce od pneu­ma­tyka. Zała­twili dziew­czynę z przy­ło­że­nia. Odda­nie ze sto­sun­kowo małej odle­gło­ści strzału w kie­runku czło­wieka może wyczer­py­wać zna­miona prze­stęp­stwa arty­kułu 160 Kodeksu kar­nego. Mimo że się zakłada, że pocisk od pneu­ma­tyka mniej pene­truje ciało, czyli z zało­że­nia jest nie­śmier­cio­no­śny. Choć ja uwa­żam, że Career Dra­gon 240 J wcho­dzi w tkanki jak w mydło.

- Arty­kuł 160: "Nara­że­nie na nie­bez­pie­czeń­stwo utraty życia lub cięż­kiego uszczerbku na zdro­wiu" - przy­po­mniał Sła­wek. - Sprawca jest zagro­żony karą pozba­wie­nia wol­no­ści od trzech mie­sięcy do pię­ciu lat.

- Anno, kara­binki poni­żej 17 J są wyda­wane bez zezwo­le­nia, ale reje­stra­cja zawsze obo­wią­zuje - powie­dział pod­ko­mi­sarz Tomasz Bar­giel.

- Cza­sem znacz­nie obniża się ciśnie­nie nastawne w sto­sunku do para­me­trów fabrycz­nych broni, ale nawet wtedy reje­stra­cja jest dobrze widziana - uści­ślił bali­styk Bar­tek. - Kara­bin­ków poni­żej 17 J nie uznaje się za broń, ale w sumie to tylko seman­tyka... Niby są bez­pieczne, ale race też niby są bez­pieczne. Chyba że je sobie posta­wisz pod dupę albo się nad racą pochy­lisz.

- Kto się tym zaj­muje? Obni­ża­niem?

- Ja. I chyba jesz­cze trzech gości. Komenda Główna ma spis przed­się­biorstw posia­da­ją­cych urzą­dze­nia do okre­śle­nia ener­gii wylo­to­wej poci­sku.

- Nie zna ich pan?

- Nie. - "Za szybka odpo­wiedź", prze­mknęło Annie przez głowę.

- Cie­kawe, czy mie­rzą też nośność pisto­le­tów do uboju bydła - zażar­to­wał Sła­wek.

- Ja nie mie­rzę - odpo­wie­dział poważ­nie Bar­tek.

- Mamy jakieś 500 tysięcy sztuk zare­je­stro­wa­nej broni ostrej, a gan­gusy wzięły się za pneu­ma­tyki? Tylko mnie nie prze­ko­nuj­cie, że są łatwiej­sze do zdo­by­cia. Bo widzę, że z nimi jest masa pier­do­le­nia - żach­nęła się Anna.

- To nowa zabawka. I stała się modna - stwier­dził bali­styk.

- Takie chło­pięce tama­got­chi?

Nie odpo­wie­dzieli.

Nor­malny ruch już przy­wró­cono. Wszy­scy znowu mogli się śpie­szyć albo stać w kor­kach. W klak­so­nach nie było nic nie­po­ko­ją­cego. Zew miej­skiej fru­stra­cji, w sumie nudny, jeśli ma się w sobie serce zbla­zo­wa­nego miesz­czu­cha. Opony roz­cie­rały pia­sek - posy­pano nim ciem­niej­szą plamę na asfal­cie. Słońce wydo­by­wało iskierki, któ­rych źró­dłem były ziarna szkła, nie do roz­po­zna­nia z wyso­ko­ści wia­duktu. Annie lekko krę­ciło się w gło­wie, spa­liny jej nie prze­szka­dzały, a zapach ben­zyny nawet lubiła. Prze­su­nęła dło­nią po porę­czy wia­duktu, była cie­pła. Ktoś wyma­lo­wał na niej mar­ke­rem oko w pira­mi­dzie. Nadzieja umiera ostat­nia, a jesz­cze póź­niej poczu­cie humoru.

- Kto by wpadł na to, żeby strze­lać z wia­duktu? - mruk­nęła.

Sto­jący obok Sła­wek roze­śmiał się:

- Nie uda­waj pierw­szej naiw­nej. Ludzie cią­gle robią takie rze­czy. To jak hazard.

- Hazard? - sta­rała się ukryć urazę w gło­sie. - Raczej ucieczka przed odpo­wie­dzial­no­ścią.

- Roz­ła­do­wa­nie fru­stra­cji i nie­po­koju. Jak hazard. Przy złud­nym poczu­ciu kon­troli. Kiedy tra­fiał, mógł czuć się jak Bóg.

- A kiedy nie tra­fiał?

- Zwy­czajny nie­fart. Następne roz­da­nie może przy­nieść nową szansę.

- A jest w tym wszyst­kim miej­sce na czło­wieka?

- Nie. Gdyby było miej­sce, zeskro­by­wa­li­by­śmy z asfaltu strzelca. Ale wtedy nie byłby strzel­cem tylko samo­bójcą. Pozba­wiłby sie­bie racji bytu, ska­cząc.

- Samo­bój­stwo. Jedyny pro­blem filo­zo­ficzny, jaki współ­cze­śnie pozo­stał - Anna posta­wiła koł­nierz kurtki bos­manki. Wiatr się zmie­nił i zaci­nał paskud­nie. - I jedyna moż­li­wość odzy­ska­nia kon­troli w życiu - prze­rwać je.

- Ooo, widzę, że jesteś w tema­cie... W sumie kto, jak nie ty?

- Co?! - obró­ciła się gwał­tow­nie do jego uśmiech­nię­tej twa­rzy.

- Nie mów, że cię nie kusiło... - zajął jej miej­sce przy porę­czy i spoj­rzał w dół. Spa­liny wiro­wały w powie­trzu.

- Nie, ni­gdy.

- Oczy­wi­ście. To by była też prze­rwa w bólu, Anno. A ty za bar­dzo lubisz ból.

Zaczer­wie­niła się gwał­tow­nie. Wstyd, trzeba pra­gnąć rado­ści, nawet jeśli jej nie ma. Nawet jeśli jest nie­do­stępna. To mało ambitne zado­wa­lać się bólem, kiedy ten jest na wycią­gnię­cie ręki.

Potarła oczy. Przez tę chwilę nie była nad­ko­mi­sa­rzem, była zwy­czajną Anną. Czło­wie­kiem, który potrze­buje zro­zu­mie­nia i cie­pła:

- Wycho­wy­wa­ły­śmy się z Ewą w wie­żowcu mrów­kowcu, we wspól­nym pokoju. Mia­łam dwie lalki ze szma­tek. Ewa oddała mi swoją, nie chciała jej. Utrzy­my­wała, że jest za duża na lalki... Wyrzu­ca­łam obie lale przez bal­kon. Chciały skoń­czyć ze sobą. Rów­no­cze­śnie. Ich pla­sti­kowe twa­rze w końcu stały się popę­kane... Kie­dyś wra­ca­ły­śmy z Ewą ze szkoły. I zoba­czy­ły­śmy, że pod bal­konami tło­czą się sąsie­dzi. A przy­naj­mniej pró­bują, bo mili­cja im nie pozwa­lała. Gapili się na dużą srebrną płachtę, błysz­czała w słońcu. Wtedy nikt nie pomy­ślał, żeby taką płachtę NRC nazy­wać kocem ratun­ko­wym... Cza­sem nie ma po pro­stu czego rato­wać, Sła­wek. A wtedy... Sąsiad z dzie­wią­tego pię­tra, miły dzia­dziuś, sko­czył. Z bal­konu, na rabatki mojej mamy Marii.

- Two­jej mamy. Obrzy­dliwe i satys­fak­cjo­nu­jące. Co zro­biła Ewa?

- Sta­nęła za mną i zasło­niła oczy. Mówiła, że nie mogę patrzeć. Że będą mnie bolały oczy, jak zapa­trzę się w to świa­tło podry­gu­jące na folii. A potem już zawsze będę widzieć czarne plamy, kiedy spoj­rzę na cokol­wiek innego.

- Pizda miała rację.

Po połu­dniu Anna zwo­łała naj­bliż­szych pod­ko­mend­nych do pokoju komi­sa­rzy na szyb­kie pod­su­mo­wa­nie sprawy.

- Pola, podaj prze­pis o tych pneu­ma­ty­kach - roz­ka­zała. Aspi­rantka była przy­go­to­wana. I nawet nie zapo­mniała oddy­chać, kiedy recy­to­wała prze­pis:

- "W rozu­mie­niu ustawy bro­nią pneu­ma­tyczną jest nie­bez­pieczne dla życia lub zdro­wia urzą­dze­nie, które w wyniku dzia­ła­nia sprę­żo­nego powie­trza jest zdolne do wystrze­le­nia poci­sku z lufy lub ele­mentu ją zastę­pu­ją­cego i przez to zdolne do raże­nia na odle­głość, a ener­gia kine­tyczna poci­sku opusz­cza­ją­cego lufę lub ele­ment ją zastę­pu­jący prze­kra­cza 17 J".

Sła­wek gło­śno i nawet tro­chę roz­pacz­li­wie zamu­czał, a Tomek par­sk­nął śmie­chem.

- Pola posie­dzi sobie w cie­ple i spraw­dzi reje­stry broni pneu­ma­tycz­nej, rusz­ni­ka­rzy i sklepy z mili­ta­riami - zarzą­dziła Anna.

- Zaopa­trzy­ła­bym się jesz­cze w spis lom­bar­dów - powie­działa czar­no­włosa aspi­rantka.

- Dla­czego? - miauk­nął Sła­wek.

- Bo to czę­sto paser­nie.

- Pola wyty­pu­jesz te twoim zda­niem naj­sen­sow­niej­sze, potem Sła­wek je przej­rzy. Ma więk­sze życiowe roze­zna­nie.

Pola opu­ściła głowę. Została skar­cona.

- A wy, pano­wie, nim się zmy­je­cie, opo­wie­cie mi jesz­cze o innych tama­got­chi i ich ukry­tych atrak­cjach: Air Soft Gun...

- Kolek­cjo­no­wa­nie i strze­la­nie z replik broni kla­sycz­nej - Pola pod­nio­sła głowę.

Anna roz­trze­pała grzywkę.

- Paint­ball, gry tere­nowe, pokoje gier.

- A co pokoje gier mają z tym wspól­nego? Niech ci Tomek poopo­wiada, ja idę zadzwo­nić do dro­gówki, czy koleś z wia­duktu nie prze­ma­zał się na jakiejś kame­rze prze­my­sło­wej - stwier­dził Sła­wek. Już nie był w humo­rze.

Następ­nego dnia o tej samej porze poli­cjanci mieli już coś wię­cej do powie­dze­nia, ale dla Anny to było za mało. Przez cały czas czuła nara­sta­jącą iry­ta­cję.

- Co ze strzel­cem? - zapy­tała Sławka.

- Ofi­cjal­nie rusz­ni­ka­rze mówią, że jak mają pneu­ma­tyki do prze­róbki, to stan­dar­dowe gówna, nie care­ery.

- Pola, a jak w lom­bar­dach?

- Sprzęt AGD i wędki.

- Tomek, fora inter­ne­towe? Co piszą użyt­kow­nicy?

- Wywią­zała się dys­ku­sja, czy jak ktoś się­gnął po pneu­ma­tyka, to może prze­rzu­cić się na broń ostrą. I w drugą stronę: czy jak ktoś nie ma do niej dostępu, to czy - aby spu­ścić z krzyża - się­gnie po spor­tową.

- I?

- Uwa­żają, że pneu­ma­tyki to zabawa dla bogoli. A jak trzeba zro­bić porzą­dek ze świa­tem, to zawsze jakie­goś obrzyna się znaj­dzie - zamel­do­wał pod­ko­mi­sarz Tomasz Bar­giel.

- I oni to tak z legal­nych kont? - Sła­wek się uśmiech­nął.

- Tak. A póź­niej dys­ku­sja zeszła na ham­bur­gery.

- Co pro­szę? - zapy­tała Anna.

- Na ich roz­miar. Wszy­scy kochają Micha­ela Douglasa. Wie­cie, ten film Upa­dek...

- We Fran­cji w zeszłym tygo­dniu - zaczęła Pola - ktoś strze­lał do obsługi w bistro, bo za długo cze­kał na zestaw śnia­da­niowy.

Anna pomy­ślała, że są takie dni, kiedy tylko myśli o tym, żeby zastrze­lić cały świat. Ze sobą na końcu. Pozo­sta­wiła służ­bowe dyrek­tywy, zabrała Sław­kowi klu­czyki do nie­ozna­ko­wa­nego poli­cyj­nego volvo. Nie lubiła pro­wa­dzić, a komi­sarz nie lubił jej na to pozwa­lać. Jed­nak dziś postą­pił odwrot­nie niż zwy­kle.

Anna nie lubiła pro­wa­dzić i nie lubiła ćwi­czyć na strzel­nicy. Powie­działa wszyst­kim "ciao" i wybrała się do Rem­ber­towa, gdzie pro­wa­dzono dla poli­cji kursy strze­lec­kie.

Już od całych dzie­się­cio­leci nie uży­wano naboi z kor­dy­tem. Anna nie pamię­tała, bo i nie mogła pamię­tać, innych nabo­jów jak te bez­dymne, ale gdyby ją ktoś zapy­tał, mogłaby przy­siąc, że na strzel­nicy uno­sił się dziwny che­miczny, cierpki smród. Pode­szwy jej spor­to­wych butów tarły o matowe lino­leum, a w dło­niach czuła cię­żar broni, z któ­rej wyraź­nie biła woń smaru. Pamię­tała, kiedy po raz pierw­szy wzięła do ręki poza­re­gu­la­mi­nowe magnum. Było takie cięż­kie... Praw­dziwa maszyna do zabi­ja­nia. Cudo w porów­na­niu z każdą inną bro­nią krótką, którą znała i któ­rej uży­wała na służ­bie. Sza­cu­nek i wil­goć pomię­dzy udami, tak wtedy zare­ago­wała. Magnum leżało potem na okrą­głym przed­wo­jen­nym sto­liku, w cie­niu, bo zasłony miesz­ka­nia w kamie­nicy były zasu­nięte. A Anna popa­try­wała na nie z zapad­nię­tej kanapy, na któ­rej kopu­lo­wała z rusz­ni­ka­rzem i instruk­to­rem strze­lec­kim w jed­nym.

Zdjęła nausz­niki i zaczęła wygrze­by­wać watę z uszu.

- Na pewno chcesz zoba­czyć tę kata­strofę? - instruk­tor Janusz Zawadzki trzy­mał rękę na waj­sze. Jeśli ją opu­ści w dół, po szy­nach z końca sali pod­je­dzie kar­ton z celem.

- Obej­dzie się - wie­działa, że strzela fatal­nie. Janusz skrzy­wił się lekko. Wciąż nie był bar­dzo stary. A nad­ko­mi­sarz wie­działa, że ma jędrny tyłek, a jego lędź­wie potra­fią pra­co­wać jak tłoki.

- Spraw­dza­łem, nie masz odpo­wied­niej liczby wystrze­la­nych godzin - powie­dział z uda­waną tro­ską.

- Rok nie­dawno się zaczął.

- Mówię o zeszłym - uści­ślił.

- Robi­łeś na nie­le­galu care­era? - dopy­ty­wała się nad­ko­mi­sarz.

- Jak ktoś ściąga care­era, to go nie osła­bia.

- A poma­ga­łeś w ścią­ga­niu?

- A dla­czego miał­bym ci o tym powie­dzieć, Anno? Bo ina­czej na mnie donie­siesz?

- Z sen­ty­mentu.

- Z sen­ty­mentu to ja leczy­łem grzyba, któ­rym mnie zara­zi­łaś.

- Może ty mnie? Po dru­gie, pra­wie ci się oświad­czy­łam, w domu uczono mnie, że jak chło­pak wpę­dzi dziew­czynę w ciążę, to jej się oświad­cza. A jak dziew­czyna jego w grzyba, to ona jemu.

Zmniej­szył dystans. Anna pomimo chłodu była w za dużym pod­ko­szulku, gwa­ran­to­wał jej swo­bodę ruchów. Janusz zaczął gła­skać jej pierś. Zła­pała go za kciuk i odsu­nęła. Kurwa, jak to jest, że faceci zawsze uwa­żają, że jak poszło się z nimi do łóżka, to zyskują doży­wotni abo­na­ment na twoją cipkę? A przy­naj­mniej do czasu, kiedy ona się im nie znu­dzi.

Sta­rała się być miła i ostrożna. Kolejna stra­te­gia.

- Gan­gusy upodo­bały sobie pneu­ma­tyki czy może to złote dzieci z Kon­stan­cina?

- Złote dzieci z Kon­stan­cina są jak wyprane pie­nią­dze. Wyprane poko­le­nia...

- Może nie do końca ide­alne.

- Rodzice wolą, żeby zaba­wiały się gumo­wymi kul­kami. Boli, ale jest bez­piecz­niej - stwier­dził Janusz.

- Bez osłony gumowe kule są bar­dzo nie­bez­pieczne.

- Jeśli zaju­mali z maga­zynu pre­wen­cji gumowe kule, to i dobrali kilka osłon.

- Tak???

- Nie pamię­tasz tej sprawy sprzed kilku mie­sięcy, kiedy zabito kadeta na ćwi­cze­niach broni dłu­go­lu­fo­wej? Inny kadet uzbroił kara­bi­nek w poci­ski mie­szane. Są iden­tyczne z wyjąt­kiem koloru kryzy. Wtedy się rypło, że w ogóle była jakaś kra­dzież.

- Umo­rzone?

- Nie wiem. Może poszło wyżej. Wiesz, nie ma co robić sprawy...

Poca­ło­wała go w usta.

- Ja po pro­stu chcę wie­dzieć, kto był na wia­duk­cie - zapew­niła jego i sie­bie.

3. Kobieta, która go obsłu­gi­wała

Prze­cież jest cicho, ale ona ma wra­że­nie, że noc na nią ujada. Obu­dziła się przed chwilą, cała mokra od potu. Nie musi spraw­dzać na zegarku, że jest gdzieś pomię­dzy drugą a trze­cią. W pustce. Anna Wilk wbiła wzrok w czarną dziurę nad sobą, wie­rząc, że gdzieś tam jest sufit, a wyżej niebo. Ona sama, a wokół niej, w tych domach, pudeł­kach na ludzi, tysiące innych samot­no­ści i kosz­ma­rów sen­nych, które - chwała Bogu - nie potra­fią się zsu­mo­wać. Czy raczej: sumują się raz na kilka poko­leń i wtedy przy­cho­dzi kata­klizm. Odrzu­ciła mokrą grzywkę z czoła, była pewna, że to, co jej się śniło, nie było kosz­ma­rem sensu stricto, więc co takiego ją prze­ra­ziło? I dla­czego, choć sen powta­rzał się regu­lar­nie, wybu­dza­jąc się, nie pamię­tała go już?

Wstała i zadrżała z zimna. A prze­cież kalo­ry­fer miała odkrę­cony na full, aż wie­czo­rami szyby zacho­dziły mgiełką. Zima nie chciała odpu­ścić, Anna czuła się zatrza­śnięta w tej par­szy­wej porze roku jak w Cube. Nasłu­chi­wała, ale odde­chu Kasi nie było. Nie potra­fiła się przy­zwy­czaić do tego, że naj­młod­sza, przy­rod­nia sio­stra już z nią nie mieszka. Wystar­czyło kilka tygo­dni razem, aby Anna w jakimś stop­niu się od Kasi uza­leż­niła, i teraz z bólem, któ­rego w ogóle się nie spo­dzie­wała, przyj­mo­wała nie­obec­ność tam­tej. Nie­zno­śnej, zanie­dba­nej nar­ko­manki z potężną głową i cha­rak­te­rem bez­pań­skiego psa, któ­remu jest dobrze wszę­dzie, gdzie czeka kocyk i parówka... Źle, gdy czu­ło­ści lub wrza­ski zaczy­nają prze­ni­kać przez wygar­bo­waną doświad­cze­niem skórę. Anna zbyt dużo wrzesz­czała czy zro­biła się zbyt czuła? Nawet o tym nie pomy­ślała, choć była drugą z sióstr Wilk, cier­piącą na pato­lo­giczny lęk przed bli­sko­ścią. Nawet teraz, w tej roz­dzie­ra­ją­cej samot­no­ści, mogłaby go doświad­czyć, choć brzmiało to jak absurd. Jedyną wolną kobietą od tej przy­pa­dło­ści była naj­star­sza z Wil­kó­wien - Ewa. Nie żeby była ide­ałem. Może omi­nęły ją złe geny ojca, gene­ru­jące dzi­kość, bru­tal­ność i uza­leż­nie­nie, a także nad­mier­nie roz­wi­nięty inte­lekt; za to po matce Marii, którą dzie­liła z Anną, wzięła głodną sek­su­al­ność, a przede wszyst­kim zasła­nia­jącą cały hory­zont pro­za­icz­nego życia wybu­jałą potrzebę, aby oto być kró­lową dra­matu. Anna nie­na­wi­dziła za to sio­stry. I tro­chę też za to, że teraz Kasia prze­pro­wa­dziła się do niej.

Wstała, poru­szała się ostroż­nie, bo jej ciało wciąż było na nie­świa­do­mym pozio­mie kar­mione myślą, że tutaj wprost na pod­ło­dze, w koko­nie z koł­dry może pole­gi­wać Kasia. Zapa­liła świa­tło: wąska prze­strzeń taniego dywanu, który pro­sił się o odku­rza­nie. Nad­ko­mi­sarz Anna Wilk już nie zaśnie. Pora na to, aby zapa­rzyć kawę, wziąć prysz­nic i prze­bim­bać czas pozo­stały do służby, oglą­da­jąc por­no­chy na table­cie albo czy­ta­jąc płacz­liwe wpisy na kobie­cych forach, przez które ma, kurwa, tyle pracy. Nie żeby męż­czyźni byli lepsi, nie­wi­niątka - te skur­wiele nie dawały jej żyć ani dniami, ani nocami. A jeśli któ­ry­kol­wiek z nich - poli­cjant, pro­ku­ra­tor, kocha­nek, syn, ojciec, prze­cho­dzień - nazwałby ją Anią albo spód­nicą (jak zwy­cza­jowo nazy­wano gli­niarki), zabi­łaby gnoja, tak prędko, że nie dostrzegłby nawet, że umiera.

Tym­cza­sem kil­ka­dzie­siąt kilo­me­trów dalej, w małym bia­łym domku w pod­miej­skim siole dla nowo­bo­gac­kich, Kasia też nie mogła spać. Rękami, które jesz­cze nie drżały, zwi­jała skręta. Wcze­śniej posy­pała gów­nia­nej jako­ści trawę pokru­szo­nym prze­ter­mi­no­wa­nym oksy­ko­do­nem, który zna­la­zła w łazien­ko­wej apteczce obok zaśnie­dzia­łych cążek do paznokci. Apteczka była w łazience, w któ­rej obec­nie Kasia rezy­do­wała. W zasa­dzie nie była to łazienka, a raczej krzy­żówka pomiesz­cze­nia z wielką pralką, małą kabiną prysz­ni­cową i skła­dzi­kiem na szczotki, któ­rego jedne drzwi - drew­niane i cięż­kie, ze sztabą - wycho­dziły wprost na ogród. Dru­gie zaś - do sypialni z bal­ko­no­wym prze­szkle­niem otwie­ra­ją­cym się na bru­ko­wany pod­jazd. Obok był - o sto­pień wyżej - nie­uży­wany gabi­ne­cik i dopiero potem drzwi, z któ­rych wycho­dziło się na rodzinny par­ter, w pierw­szej kolej­no­ści repre­zen­to­wany przez kibe­lek, a w dru­giej przez wielką szafę rega­łową wypeł­nioną od góry do dołu kom­ple­tami naczyń. Topo­gra­fia domu była bar­dzo ważna, a przy­naj­mniej taka wyda­wała się Kasi. Ewa umie­ściła ją w czymś, co nie było niczym innym jak dobu­dówką. Miej­scem, do któ­rego zsyła się nie­wier­nego męża, aby go pognę­bić, ale jed­no­cze­śnie mieć w zasięgu krzyku. Miej­scem, które może zaj­mo­wać sio­stra nar­ko­manka - niby przy­jęta do rodziny, a jed­nak na pew­nych warun­kach... Kasia wsłu­chała się w trzesz­czącą jarze­niówkę: u Anny ni­gdy nie pozwo­li­łaby sobie na jara­nie i nie dla­tego, że tamta była poli­cjantką. U Anny wszystko było dziwne, ale do tam­tego M-3 hipo­kry­zja nie miała dostępu. A tutaj hipo­kry­zja po pro­stu dusiła. Dusiła wszyst­kich - dwie mało­let­nie córki, męża cią­gle poza domem, a nawet Ewę, która pró­bo­wała zerwać z nią niby z nało­giem.

Kaśka nie zdą­żyła odsu­nąć zasuwy i wziąć pierw­szego bucha w swoim małym noc­nym ogrójcu, kiedy zorien­to­wała się, że ma gościa. Jej sio­strze­nica Klau­dia stała w prze­pi­so­wej piżamce z H&M i gapiła się - nocna zmora - na ciotkę ze sku­nem przy­go­to­wa­nym do odpa­le­nia łącz­nie z marze­niami o bło­giej obo­jęt­no­ści.

- Dasz macha?

Kaśka nie raczyła nawet odpo­wie­dzieć. Te gów­niary oglą­dają zbyt wiele agre­syw­nych kre­skó­wek. I jesz­cze jest cukier dosy­py­wany do wszyst­kiego. Zaćpane towa­rzy­stwo.

- Idziesz do ogrodu? - zapy­tała dziew­czynka, patrząc na szczer­batą, wysoką ciotkę oku­taną w woj­skowy płaszcz, w czapce z pom­po­nem i... pan­to­flach. - Lepiej to zdej­mij, bo się zapo­cisz.

- Czego chcesz, dziecko?

- Nie będę budzić Zośki - wspo­mniała o młod­szej sio­strze. - A matka znowu gdzieś poje­chała... Nie chcę być sama.

- Nie sły­sza­łam.

- Samot­no­ści się nie sły­szy - powie­działa młoda rezo­lut­nie. - Ona po pro­stu jest.

- Nie sły­sza­łam samo­chodu ani bramy.

- Cza­sem tak masz. Cza­sem jesteś, ale w ogóle cię nie ma.

Ile lat mogła mieć ta mała istota, młode ludz­kiego gatunku? Sie­dem czy jed­nak osiem?

Kaśka zrzu­ciła płaszcz, pod nim miała koszulkę z Gar­fiel­dem i napi­sem: "My Valen­tine". Usia­dła.

- Ja postoję, skoro sta­rym nie chciało się tutaj sta­wiać klo­zetu - powie­działa Klau­dia.

- Jesteś pewna, że niczego nie jara­łaś?

Młoda z dzie­cię­cym namasz­cze­niem pokrę­ciła głową.

- Czyli Ewa wyje­chała...

- Ale po nocy to ona do swo­jego faceta nie jeź­dzi.

- Skąd wiesz o face­cie?

- No prze­cież od Laury. Naszej opie­kunki, przed którą się cho­wasz.

- Przed nikim się nie cho­wam.

- Jak wróci ojciec, będzie wście­kły - i o cie­bie, i o chło­paka matki. Ty pew­nie się wypro­wa­dzisz, ale jak matce nie przej­dzie, to co...?

- To co... - powtó­rzyła Kaśka na uła­mek sekundy przed tym, jak zacią­gnęła się blan­tem.

- I co z nami będzie? - poczuła, jak sio­strze­nica się do niej przy­tula.

I co z wami będzie?

Wanna... Kiedy była w żało­bie po Mate­uszu - po synu, który uto­nął na jej oczach w base­nie, musiała zdo­być się na jedną rzecz... Pomimo odrę­twie­nia... Pozbyć się z domu wanny. Wie­działa, że nie znie­sie widoku żad­nej sto­ją­cej wody. Nawet kałuże dopro­wa­dzały Annę Wilk do mdło­ści.

Teraz miała prysz­nic. Ciemne kafelki. I nawet duże lustro, w któ­rym obser­wo­wała zmiany, jakie zacho­dziły w jej ciele. Po noc­nej kąpieli lustro zaszło mgłą, prze­tarła je dło­nią. Oto ona. Śred­niego wzro­stu, wyspor­to­wana, ale bez prze­sady. Raczej bonus od natury niż efekt zamie­rzo­nego wysiłku. Pro­por­cjo­nal­nie zbu­do­wana. Ciało lalki, ale bez znie­kształ­ceń, jakich ocze­kuje się po Bar­bie. Do dłu­go­no­gich kobiet nale­żały Ewa i Kasia, Anna nie. Zwy­czajne piersi. Okrą­głe bio­dra, dzięki któ­rym talia wyglą­dała na bar­dziej wciętą, niż była. Nie miała roz­stę­pów na brzu­chu, ciąża roz­ło­żyła je na krzyżu i poślad­kach. Jasna sza­tynka z grzywką. W zasa­dzie to jest coraz bar­dziej siwa. Zimny odblask wło­sów, ta ludzka patyna pokry­wa­jąca miniony czas.

Ramiona zde­cy­do­wa­nie pochy­lone. Wypro­sto­wała się. Opusz­czone ramiona są jed­nym z psy­cho­fi­zycz­nych obja­wów przej­ścia głę­bo­kiej traumy. Anna ją prze­szła, i to nie­jedną. Gapiła się na sie­bie, na cały ten bagaż mię­śni, kości, skóry, smut­ków. Nie chciała być smutna, chciała być obo­jętna. Jed­nak nie da się stwo­rzyć czło­wieka z kamie­nia, zawsze tylko z popiołu, gliny i śliny.

Zare­je­stro­wała, że podob­nie pochy­lone ramiona ma jej pod­władna, star­sza aspi­rantka Pola. Nie znała niskiej, wyta­tu­owa­nej bru­netki zbyt dobrze. Komen­dant Boh­dan Hwie­rut przy­jął ją led­wie rok przed tym, nim poszedł na prze­dłu­ża­jące się zwol­nie­nie. Było to prze­nie­sie­nie, mówiło się o pro­tek­cji. Pola zacho­wy­wała się, jak na razie, cał­kiem nor­mal­nie. To zna­czy zda­rzały jej się okresy wyco­fa­nia, a od czasu do czasu przy­cho­dziła na poste­ru­nek zła, ale dla Anny to wła­śnie ozna­czało nor­mal­ność. Była prze­ko­nana, że Pola jej nie lubi. Brak sym­pa­tii kobiet, przy­kre, ale w końcu daje się znieść. Gor­sze było ocze­ki­wa­nie, aż star­sza aspi­rantka coś wywi­nie i w końcu Anna prze­kona się, czemu dziew­czynę prze­nie­siono z Cie­szyna do War­szawy. Miało to zna­miona awansu, ale może awan­sem w ogóle nie było? Anna w każ­dym razie cze­kała.

Nad­ko­mi­sarz wie­działa, że - w prze­ci­wień­stwie do męż­czyzn, wytre­so­wa­nych do wspól­nych łowów - kobiety tak naprawdę gwiż­dżą na hie­rar­chię. Zdają się pod­le­głe, ale to kwe­stia socja­li­za­cji. Kiedy tamy wycho­wa­nia, wgra­nych kom­plek­sów niż­szo­ści i prze­mocy pusz­czą, są nie do opa­no­wa­nia. Jak nie­wol­nicy Spar­ta­kusa.

Anna zda­wała sobie sprawę, że naj­le­piej tę spe­cy­fikę kobie­cego zarzą­dza­nia grupą i wza­jem­nych inte­rak­cji oddają kobiece wię­zie­nia. Bunty w kobie­cych wię­zie­niach zda­rzają się bar­dzo rzadko. Kobiety pil­nują kobiet.

Prędko wywą­chują zmiany, które mogą dopro­wa­dzić do kata­strofy. W kobie­cych wię­zie­niach pozwala się więź­niar­kom i kla­wisz­kom na całą masę pier­dół. Byle się roz­ła­do­wały. Ina­czej... Żeby ogar­nąć bunt w wię­zie­niu męskim, wystar­czy doga­dać się z przy­wódcą albo go odstrze­lić. Znisz­czyć jego auto­ry­tet przy­wódcy stada. U kobiet przy­wódz­two jest bar­dziej labilne i bar­dziej podzie­lone. I kobiety są okrut­niej­sze, kiedy im na to pozwo­lić. A cza­sem się pozwala, jak i na fira­neczki, podu­szeczki, her­batkę w ulu­bio­nym kubku... Czę­sto wła­sną odzież. Znisz­czysz przy­wód­czy­nię, na jej miej­sce zaraz poja­wią się dwie, trzy następne i będą cię tak zale­wać fala za falą, fala za falą. A dyrek­to­rowi, co cie­kawe - rza­dziej dyrek­torce, pozo­sta­nie tylko cze­kać, aż się zmę­czą... Tak, rzadko kiedy wybu­chają bunty w kobie­cych wię­zie­niach.

A czy kobiety lubią być wię­zione? Lubią być ofia­rami? Roz­prze­strze­niła się taka powszechna bzdura. Powszechna bzdura ma zaś moc zaklę­cia. Ale jest i prze­ciw­za­klę­cie. Znaj­dzie­cie je w baśni Ander­sena: Król jest nagi!

Anna była naga i przy­po­mi­nała sobie, kiedy nago widziała komi­sa­rza Sławka Jaro­siń­skiego. Sie­dzieli razem w jego wan­nie. Anna była odprę­żona. Lekko nawa­lona po winie. Lekko nasy­cona po kola­cji, którą męż­czy­zna sam przy­go­to­wał. "Co jest grane?", zasta­na­wiała się. "Kiedy on mi przy­pier­doli? A może już to zro­bił, zmu­sza­jąc mnie, żebym weszła do wanny? Żebym klę­czała w wan­nie, pomię­dzy jego roz­su­nię­tymi nogami, i obcią­gała mu fiuta? Pry­chała wodą, tra­ciła oddech, ssała i miała z tego przy­jem­ność". Nie pozwo­lił jej dopro­wa­dzić sprawy do końca. "Białko się ścina" - szep­nął jej chło­pięcą tajem­nicę pro­sto na uszko. Wyszedł, otrze­pał się jak pies, a póź­niej wycią­gnął ją z wanny. Śmiała się.

Zabrał ją do pokoju, poło­żył na łóżku i takiej czy­stej, takiej wymy­tej, wymo­czo­nej, aż poro­biły jej się "praczki" na opusz­kach pal­ców, zafun­do­wał minetę życia. Krzy­czała. Wszedł w nią gwał­tow­nie, kiedy była cała lepka i śli­ska. Ści­skał jej ręce, które wycią­gnął za poduszkę ku górze. Kiedy znowu doszli, nie klep­nął jej zwy­cza­jowo w bio­dro i nie kazał wyjść. Ewen­tu­al­nie kawa i "pa, dzwoń, Anno, po Ubera". Pozwo­lił jej leżeć obok. Pozwo­lił zasnąć. Powie­dział: "Śpij, co będziesz wra­cać po nocy?". Zupeł­nie jakby tyle razy wcze­śniej miał z tym jakiś pro­blem. Pozwo­lił zasnąć, ale Anna długo nie zasy­piała. Słu­chała, jak Sła­wek oddy­cha, wąchała go, uczyła się odde­chu. Niby aku­rat to znała z hoteli, ale teraz było jakoś ina­czej... Zresztą, bądźmy szczere, i z hoteli potra­fił ją wypra­szać albo ulat­niał się, kiedy ona się myła. W końcu zmo­rzył ją sen. I nie śniła żad­nego kosz­maru. A rano patrzyła, jak on się goli i słońce za oknami było jakieś jaśniej­sze. I zje­dli razem śnia­da­nie, jak nor­malni ludzie. Ponie­waż była to nie­dziela, na upar­tego mogliby ją spę­dzić razem.

- To ja już sobie pójdę - powie­działa Anna, kiedy dwie godziny dzie­liły ich od połu­dnia.

Gdzie w tym wszyst­kim był haczyk?

Ewa jak zwy­kle musiała zatrzy­mać czer­woną mazdę przed kutą bramą. Ta była zepsuta i trzeba ją było otwie­rać ręcz­nie z panelu ukry­tego w zała­ma­niu muru, który latem pora­stał roślin­no­ścią. Kobieta aż sap­nęła z iry­ta­cji. Miała ochotę zakryć sobie uszy, z takim skrzy­pie­niem - god­nym taniego hor­roru, drzwi przed nią się otwarły. Wró­ciła do auta. Nie ruszała jed­nak, oparła głowę na kie­row­nicy. Kie­dyś byli bogaci. Teraz wszystko się sypało. To zna­czy jej życie mał­żeń­skie sypało się już wcze­śniej, ale mogła zaszpa­chlo­wać ten fakt remon­tem poko­jów, nowym meblem, nawet jakąś sztuką nabytą w jed­nej z cudow­nie aro­ganc­kich war­szaw­skich gale­rii. Teraz nic. Prze­je­chała przez bramę. I nie wysia­dła, aby ją zamknąć. Zer­k­nęła w boczne lusterko. W ledwo co roz­ja­śnio­nym świa­tłami podwórku maja­czyła roz­warta gęba jej pose­sji. Nie mieli psów, więc Ewa nie bała się, że uciekną i pójdą w wieś, którą nuwo­ry­sze upar­cie nazy­wali wiej­skim sio­łem, a tak naprawdę była to now­sza część Józe­fo­sła­wia. Cór­kami się nie mar­twiła. Czyż nie było z nimi Kasi? Ta to pora­dzi sobie wszę­dzie.

Ewa miała ochotę wrzesz­czeć, ale tylko poje­chała przed sie­bie. Jesz­cze nie pora wra­cać. Potrze­bo­wała czasu dla sie­bie. Przez moment miała wra­że­nie, że w cie­niu pokrzy­wio­nego drzewa maja­czy jakiś ludzki cień, ale uznała, że to nie może być prawda. Prze­wi­dze­nie. Albo to tylko włó­częga Julian. Oko­liczny dzi­wak.

Julian był suchy jak pień, a jego skóra tak szara, że aż nie­bie­ska, jak dre­lich, który nosił w pią­tek i świą­tek. Julian skoń­czył czter­dziestkę, ale Ewa roze­śmia­łaby się, gdyby ktoś zasu­ge­ro­wał, że są rówie­śni­kami. Nie żeby się genial­nie trzy­mała (ale na pewno, bio­rąc pod uwagę metryki, lepiej od swo­ich sióstr - wciąż była zadbana), ale Głupi Julian wyglą­dał na sześć­dzie­się­cio­latka. Głupi Julian - tak nazy­wali go miej­scowi, bo obok "sioła" żyły sobie nie­do­bitki ze wsi, na którą mia­sto roz­po­częło najazd po upadku komuny. Głupi Julian, tak mówili w sumie już wszy­scy, także świe­żaki. Ewa nie­wiele wię­cej o nim wie­działa, tylko to, że jest znisz­czony i cierpi na jakiś nie­do­ro­zwój. Miał być też łagodny, a przy­naj­mniej tak utrzy­my­wała wieś. Jedyne co, to cza­sem, nawet w taki ziąb jak teraz, potra­fił się snuć nocą po wsi. Po "siole"! A co, ona też się snuła. Tak, Juliana można było bez­piecz­nie zigno­ro­wać.

Co innego naj­bliż­szego sąsiada, Wojtka Mazo­wiec­kiego. Ten trud­nił się zaku­pem i sprze­dażą miesz­kań oraz dys­try­bu­cją win. Poza tym stale znaj­do­wał się na liście naj­bo­gat­szych Pola­ków. Jego trudno było zigno­ro­wać. Mógł sta­no­wić dla Ewy deskę ratunku. Sym­pa­tyczny facet, nie wywyż­szał się, ani on, ani jego żona. Blon­dynka w kosz­tow­nym kolo­rze blondu, który poja­wia się na wło­sach boga­tych pań gdzieś po trzy­dzie­stce... Nie mieli dzieci, za to trzy ogromne psy. Ewa sta­rała się prze­je­chać obok ich muru cicho, cichu­teńko, ledwo tocząc koło za kołem. Nie­po­trzeb­nie. Cisza. Niby banda mastif­fów, a pew­nie każdy z nich teraz roz­ło­żony swo­bod­nie i wier­nie przy łożu pańci i pań­cia.

Wystrze­liła do przodu, do głów­nej drogi, po któ­rej jeź­dziły mikro­busy, a nawet od czasu do czasu kur­so­wał auto­bus. Nie miała żad­nego okre­ślo­nego celu przed sobą. Nie mogła jed­nak - pie­nią­dze! - wyjeź­dzić zbyt wiele z baku. Za jakiś czas zatrzyma się i tak sobie posie­dzi. Odkąd Kasia była w domu, Ewa skró­ciła o połowę dyżury Laury. Była pewna, że tamta za chwilę zre­zy­gnuje z pracy. Teraz to Kasia, a nie opie­kunka, pro­wa­dziła dziew­czynki na mikro­bus, który pod­wo­ził je wprost pod szkołę. A póź­niej wycho­dziła na przy­sta­nek, kiedy miały wra­cać. Ewa pra­wie w ogóle dała sobie spo­kój z odwo­że­niem mazdą córek do szkoły i szkol­nej zerówki. Nie chciała sty­kać się z innymi rodzi­cami. Szkoła była spo­łeczna, Ewa nie miała hajsu, żeby rywa­li­zo­wać z ambit­nymi mat­kami. Wciąż miała jesz­cze męża fan­ta­stę, w wer­sji łagod­niej­szej zwa­nego mężem z pomy­słem - od jego wycie­czek survi­va­lo­wych na odle­głe kon­ty­nenty. Jak kolo­ro­wych pta­ków w ogro­dzie, spo­dzie­wała się go na wio­snę. Wtedy pomy­śli... Wtedy...

Długo nie docie­rało do niej, że fak­tycz­nie zostali bez pie­nię­dzy. Te banki, te kre­dyty, te marze­nia... Jest dro­ży­zna na marze­nia. Andrzej długo nie pusz­czał farby. W sumie to zro­zu­miała, że jest naprawdę źle, kiedy odmó­wił jej sze­ściu tysięcy na nową szafę do przed­po­koju. "Podobno jeste­śmy bogaci, a mój mąż nie chce mi dać 6 000 pln na nową szafę do przed­po­koju". Pamię­tała słowo w słowo to, co napi­sała na FB. Co ją napa­dło? Chciała Andrzeja upo­ko­rzyć? Myślała, że się nie dowie? Liczyła na współ­czu­jące komen­ta­rze? Nie docze­kała się. Czu­jąc po równo wstyd i roz­cza­ro­wa­nie, zli­kwi­do­wała pro­fil. Ale Andrzej i tak się dowie­dział... Pró­bo­wała się przed nim bro­nić, krzy­czeć, że ma depre­sję, że bogate kobiety też mają depre­sję. Awan­tura skoń­czyła się w ten spo­sób, że Laura została wypro­szona z dziew­czyn­kami na spa­cer wokół sztucz­nego jeziora, a Ewa - klę­cząc na pod­ło­dze w kuchni - robiła mężowi loda. Krztu­siła się i myślała o tym, że musi zna­leźć odpo­wied­nio duże ciemne oku­lary, żeby zakryć puch­nący poli­czek przed per­fek­cyj­nymi mamami, kiedy jutro... Tak się na tym pro­ble­mie zakrę­ciła (naj­pierw na pro­ble­mie, dopiero potem na fiu­cie), że przez chwilę nie rozu­miała, co - sapiąc - cedzi Andrzej. "Nie jesteś już bogatą kobietą... Nie jesteś już bogatą kobietą...". Dobra, depre­sji też nie miała. Umarła ze szczę­ścia, kiedy zna­joma, żona pro­ku­ra­tora Miko­łaj­czyka, zała­twiła jej pracę psy­cho­loga na komi­sa­ria­cie. Miała wspie­rać ofiary prze­stępstw i nie pod­le­gać poli­cji. Tym bar­dziej super, że p.o. komen­danta komi­sa­riatu oka­zała się jej rodzona sio­stra Anna. Cóż, daro­wa­nemu koniowi nie zagląda się w zęby... A póź­niej poja­wił się Witek... Prze­kro­czył drzwi jej gabi­netu wiel­ko­ści schowka na mio­tły. I Ewa się zako­chała. Cie­kawe, czy pozo­sta­wiona w domu Kasia, zaprawdę gów­niara i zaprawdę przy­rod­nia sio­stra, pomy­ślała, że ten nocny rajd był raj­dem do kochanka? Bo nie był.

Ewa zatrzy­mała się w jakiejś dro­go­wej zatoczce. Nic. Nikogo. Zga­siła sil­nik. Wola­łaby, żeby padało. Żeby jeśli nie śnieg z desz­czem, to żeby cho­ciaż lał deszcz... Wtedy na pewno nikt by nie zoba­czył jej twa­rzy, któ­rej sama nie chciała oglą­dać.

Witek - co cie­kawe: były spor­to­wiec jak jej mąż - oka­zał się cudowny w łóżku. Wszystko, co dla Ewy z Andrze­jem było obrzy­dliwe, z Wit­kiem sta­wało się roman­tyczne... Przy sek­sie otwie­rała oczy sze­roko... sze­roko! W innych sytu­acjach zdro­wiej byłoby je zaci­skać. Była psy­cho­lo­giem, nie mogła sobie wma­wiać, że nie zauwa­żyła, że Witek może jest tak tro­chę fiu­tem. Choć czy potrzeba posia­da­nia czyni z męż­czy­zny fiuta? Czy od razu nale­ża­łoby go nazwać żigo­la­kiem? Może to była jed­nak zła dia­gnoza, w końcu nie poży­czyła mu dotąd zła­ma­nego gro­sza. Może dała jakiś kom­pu­ter, o któ­rym Andrzej zapo­mniał, a który pozo­stał z tak zwa­nych dobrych cza­sów, ale nowego mu nie kupiła! Bo żywej, świe­żej gotówy nie miała. Po dru­gie, to było takie roman­tyczne: kupo­wać jako para tele­fony dla par... Zapła­ciła kilka razy za kola­cje i kino, ale tylko dla­tego, że sama miała ochotę pójść, a nie zdo­by­łaby się, by iść do kina w poje­dynkę. Jakaś wystawa w Zachę­cie... Wszystko dys­kret­nie, wszystko z obawą, wszystko z rado­ścią. Z urazą i miło­ścią. Och, dla­czego była taka biedna?! Dla­czego była zako­chaną biedną kobietą! Wrza­snęła, a wrzask odbił się od bla­chy samo­chodu i jazgo­tli­wie powró­cił, wbi­ja­jąc się jej niby potłu­czo­nym szkłem pro­sto w bębenki.

Chciała go uszczę­śli­wić.

Wrza­snęła po raz wtóry, ale już ze stra­chu, nie z fru­stra­cji. Omi­nął ją samo­chód w peł­nym pędzie. Za nim drugi. Poczuła koły­sa­nie w szo­ferce. Gnojki ści­gały się, korzy­sta­jąc z mroku i pustej prze­strzeni. Jesz­cze chwila i ścią­gną Ewie na głowę dro­gówkę, jakby była winna cze­mu­kol­wiek wię­cej poza miło­ścią. Poli­cję. Czy ona się boi poli­cji? Nie może się bać poli­cji, skoro pięć dni w tygo­dniu mel­duje się cał­kiem ocho­czo na komi­sa­ria­cie...

Z Wit­kiem spo­tyka się już z mniej­szą rado­ścią. Czuje gniew poprze­dza­jący wyko­rzy­sta­nie. Co może zda­rzać się tylko psy­cho­lo­gowi albo ofie­rze prze­mocy domo­wej. Nawet tej incy­den­tal­nej.

Przy­po­mniała sobie, jak sta­nęli przed jubi­le­rem w Zło­tych Tara­sach. To nie była witryna z pier­ścion­kami zarę­czy­no­wymi albo innym pożą­da­nym kobie­cym dro­bia­zgiem. Męskie zegarki. Witek wbił wzrok w spor­tową omegę za pięć­dzie­siąt tysięcy zło­tych. A póź­niej prze­niósł spoj­rze­nie na Ewę. W jego oczach było pyta­nie: jak by mi w nim było? Nie­do­rzecz­ność i pożą­da­nie. "Jak mi w nim jest?" - zapy­tał, kiedy pod­czas seksu zało­żył pier­ścień erek­cyjny. Boże, ale on wtedy Ewę długo ruchał, zaru­chał pra­wie na śmierć!

Cho­dziła do niego do domu, do tej luk­su­so­wej, ale małej kawa­lerki. Zdej­mo­wał z niej płaszcz i cało­wał, a póź­niej od razu zabie­rali się do rze­czy... Jed­nak nie tam­tego razu. Zama­chał jej przed nosem klu­czem.

- Wypro­si­łem od cie­cia. Choć pokażę ci... - wziął ją za rękę, wyszli na kory­tarz. Klucz paso­wał do miesz­ka­nia na tym samym pię­trze.

- Sto osiem­dzie­siąt metrów. Cudo. Nie rozu­miem, czemu się jesz­cze nie sprze­dało - stą­pała głu­cho po wycy­kli­no­wa­nym par­kie­cie, a on kolejno otwie­rał drzwi do poko­jów. Mia­sto maja­czyło za wiel­kimi oknami. - Taka oka­zja. Taka oka­zja dla nas... Ja ni­gdy nie dostał­bym kre­dytu bez wkładu wła­snego... Ale ty... Ale my...

Pokrę­ciła głową.

- Mogła­byś się roz­wieść. Czy nie nale­ża­łaby ci się jakaś spłata?

Czy gdyby się roz­wio­dła, Witek oże­niłby się z nią? Kiedy zorien­tuje się, że na domu ma hipo­tekę?

Uda­wała, że to prze­my­śli. Uda­wała też pod­czas seksu na tej nowiut­kiej pod­ło­dze. Powie­dział jej, że jest sucha. Pra­wie się roz­pła­kała.

Roz­pła­kała się naprawdę, kiedy zapar­ko­wała swoją mazdę i szła do niego z zaku­pami. Wycho­dziła wła­śnie zza węgła i rap­tem musiała się cof­nąć... Z apar­ta­men­towca wyło­nił się Witek. Opie­rał dłoń w cien­kiej ręka­wiczce na łopatce rachi­tycz­nego chłopca. Za nimi kro­czyła bar­dzo młoda blon­dynka. Pod­je­chała tak­sówka. Otwo­rzył blon­dynce drzwi, a dzie­ciaka uści­skał. Odje­chali.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki